NAJBARDZIEJ PRZEMILCZANE W MEDIACH HIPOTEZY NIEZALEŻNYCH HISTORYKÓW

Wiceadmirał Roscoe Henry Hillenkoetter, pierwszy dyrektor CIA (w okresie 1 V 1947 – 7 X 1950 r.), w liście do Senackiej Komisji d/s Nauki i Astronautyki pisał swego czasu: „Oficjalna polityka ukrywania i wyśmiewania prowadzi wielu obywateli do poglądu, że latające spodki to nonsens” – za „New York Times” z 28 II 1960 r.- „Z dala od oczu opinii publicznej, wysocy rangą dowódcy w siłach powietrznych są poważnie zaniepokojeni ufo”; „Czas, aby prawda ujrzała światło dzienne na drodze otwartych przesłuchań przed Kongresem”; „Siły powietrzne wymuszają milczenie swoich pracowników poprzez regulacje prawne”.

Ogólnie według wielu różnych źródeł na całym świecie trwa cicha wojna wywiadów dotycząca polityki wobec ufo. Linia podziału przebiega również przez USA – wywiad marynarki (US Navy tak samo jak US Army ma własny wywiad, siły powietrzne i armię – Marines) współtworzy grupę nazywaną ‚Comm12’, która we współpracy ze służbami innych państw stymuluje kontrolowane przecieki dotyczące ufo i ogólnie zmierza w kierunku ujawnienia opinii publicznej możliwie szerokiego spektrum tego zagadnienia. Z kolei CIA i ich partnerzy z całego świata od handlu dragami z Afganistanu i innych przekrętów, typu MI6, pod szyldem ‚Aquarius’ pracują na rzecz zachowania status quo, w którym koncerny naftowe nadal mają miliardy klientów i w ogóle nic się nie zmienia – bogaci nadal są bogaci, a biedni pracują jak mrówki i wdychają spaliny. Tę linię długo reprezentowało również powołane przez administrację Eisenhowera niejawne ciało ‚Majestic-12’, chociaż ostatnio podobno odchodzą od tego wtykania głowy ludzkości w piasek i też zaczynają jak gdyby pomału „puszczać farbę” w tej delikatnej kwestii, a przynajmniej na to pozwalać. Niewątpliwie jednak w dalszym ciągu wielu ludzi na szczytach władzy w USA siedzi w kieszeni tych, którym w koszmarach śni się, że na wielkich konferencjach prasowych dziennikarze pytają naukowców, na jakim właściwie paliwie ufo przyleciały tu z innych gwiazd i gdzie mają te wielkie zbiorniki.

Przemysł naftowy nie chce pytań o technologie obcych – to dla nich największe możliwe zagrożenie, dosłownie straciliby wszystko w okamgnieniu, a rezerwy samej ropy są warte 300 bilionów dolarów – ktoś wyłożył te pieniądze i prawdopodobnie nie byli to bezdomni z Central Parku, tylko ludzie dla których wydać 50 mln $ na czyjąś kampanię to zwyczaj przekazywany w rodzinie z pokolenia na pokolenie; zresztą prezydenci i tak nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia, oni nawet nie mogą wchodzić do podziemnych baz – np. taki Clinton mówił w swoim otoczeniu, że „nie chce skończyć jak Kennedy”. Zresztą Tesla wynalazł co trzeba już w latach 20-tych XX wieku, a prof. Wernher von Braun (konstruktor rakiety V2 i ojciec amerykańskiego programu kosmicznego, twórca rakiety Saturn V, która wyniosła lądownik z astronautami na orbitę Księżyca, a w zasadzie była przerośniętą rakietą V2) mówił w latach 70-tych, że już wtedy mogliśmy mieć latające samochody i świat bez spalin – tyle że taki scenariusz nie jest na rękę tym, którzy sprzedają energię, bo wtedy nikt by już nie musiał od nich niczego kupować i wszyscy raz-dwa „poszliby z torbami”. Ale jest więcej powodów i grup interesów stojących za utrzymywaniem zagadnienia ufo w tajemnicy i z dala od „poważnego” obiegu. Szczególnie w USA osoby na szczytach władzy, które zawsze chodziły do dobrych szkół i nie znają życia – im się wydaje, że oni są światli, a zwykli ludzie głupi, prymitywni, nie poradziliby sobie sami ze sobą, potrzebują aby ktoś nimi rządził – dlatego „obawiają się paniki”, a tak naprawdę albo sami są niedorzecznymi paranoikami, albo to tylko taka wymówka-wkrętka dla naiwnych – typu władze krajów takich jak nasz. Dyplomaci obawiają się reakcji państw wyznaniowych na kilka faktów z dziedziny religioznawstwa. Władze USA obawiają się gniewu ludzi za ukrywanie całego tematu ufo przez 60 lat i pakt z Szarymi z 1954 r. – a jednocześnie w praktyce to one decydują, kiedy cały świat zacznie o tym mówić. Z tym, że podobno w Indiach ta sama partia (BJP), która kiedyś zaszokowała świat uruchomieniem programu nuklearnego i wybudowaniem arsenału rakiet – jeżeli wygrają następne wybory, to znowu nie będą się na nikogo oglądać i ogłoszą, że kosmici tu są, nawet za cenę wykluczenia ich kraju z niejawnej międzynarodowej współpracy. Fajnie by było, bo po co kolejne pokolenia miałyby zostać nafaszerowane bzdurami, tak jak nas potraktowano.

Inne ciekawe pod tym względem państwa to Brazylia i Meksyk – tam o ufo piszą na pierwszych stronach najpoważniejsze dzienniki (w Indiach zresztą też), normalna sprawa, nikt się z tego nie śmieje. W grudniu 2007 r. zaistniała też ciekawa sytuacja w Japonii, kiedy w ślad za rzecznikiem rządu minister obrony Shigeru Ishiba publicznie wyraził sensowność wprowadzenia zmian do konstytucji na wypadek inwazji z kosmosu, a następnie wokół tego tematu wypowiadali się inni członkowie gabinetu; przy okazji, w japońskim parlamencie oraz ogólnokrajowych kanałach telewizji prywatnej i publicznej była już prawda o zamachach z 11 września w Nowym Jorku – ponieważ zginęli w nich również obywatele japońscy, a „wiele wskazuje na to, że wyjaśnienia udzielone premierowi Koizumi’emu przez prezydenta Busha nie były prawdziwe”. Z tym, że z drugiej strony, póki co to jest podobno tak (patrz Benjamin Fulford), że to Amerykanie zmuszają Japończyków do różnorakich ustępstw, pod stołem grożąc kolejnymi trzęsieniami ziemi lub innymi „naturalnymi” katastrofami – bronie pogodowe to technologia z lat 60-tych, miały ją już wtedy i USA, i ZSRR, obecnie największa na świecie jest instalacja HAARP na Alasce – oficjalnie badawcza.

Różne inne źródła (trochę jest na świecie tych badaczy ufo i nazbierali materiału przez dekady): wokół Ziemi znajduje się osłona, która uniemożliwia wejścia w atmosferę pojazdom przybywającym z kosmosu. Powstają w niej jednak nieregularne, przypadkowe dziury, dzięki którym przejście tej bariery staje się możliwe – ale nikt nie potrafi przewidzieć ich występowania. „Szarzy” oficjalnie tylko starali się pomóc Amerykanom w uporaniu się z czasoprzestrzennymi anomaliami stanowiącymi uboczny efekt ‚Eksperymentu Filadelfia’ z 1943 r. (podobno prawie każdy przesłuchiwany rozbitek z ufo przez długie lata zaczynał rozmowę od refleksji w rodzaju „Ale jesteście porypani..!”, mając na myśli tamten test z przypadkowym przejściem okrętu w hiperprzestrzeń, w wyniku którego według Ala Bieleka powstało ryzyko potężnej katastrofy) – a przy okazji tych wszystkich tuneli czasoprzestrzennych umożliwili przybycie ponad 1400 gadoidom, które teraz siedzą pod ziemią (info od Alexa Colliera z 1994 r.) i są trudne do zabicia, a niektóre z nich wzrostem dorównują ludziom z małych planet – 7.5 metra; jak takiego zobaczysz np. w lesie (póki co nie mają jeszcze od swojej „góry” pozwolenia na paradowanie po deptakach, żeby nie zepsuć niespodzianki), rozsądnie jest zejść mu z drogi – ale bez strachu, one się tym żywią i nakręcają, dla nich to wręcz coś jak dragi: kiedy np. Szarzy porwą Cię na spodek i już nie możesz nic zrobić, najlepiej jest myśleć o czymś od rzeczy, wtedy ich rozczarujesz, bo na pewno liczyli na to, że naszprycują się jeszcze dodatkowo Twoim strachem – więcej Cię nie porwą (z tym, że w ogóle w sprawie porwania najlepiej jechać do USA, obecnie oni głównie tam operują, skoro już mają coś na piśmie – w pierwszej połowie XX stulecia uprowadzali przeważnie w Ameryce Południowej). Przy użyciu środków mechanicznych (Ludzie nie potrzebują do tego maszyn) Gadoidy potrafią przenosić się w czwartą gęstość, trochę inny wymiar, jak gdyby następny – co ciekawe, wtedy najbardziej pozytywne osoby spośród Ziemian są dla nich w ogóle niewidzialne, to znaczy przebywają jak gdyby w zupełnie innym paśmie rzeczywistości; według innych źródeł one zazwyczaj sobie siedzą w tej czwartej gęstości, dlatego ich nie widzimy, gdy pojawiają się między nami i pożywiają się naszymi negatywnymi emocjami – strachem i agresją, albo kiedy nami do pewnego stopnia sterują, wpływając na działanie szyszynki – co jest szczególnie łatwe, kiedy dana osoba jest pijana; niektórzy ludzie twierdzą, że na zasadzie widzenia aury potrafią zobaczyć takie dziwne kształty podczepiające się do niektórych osób. Te jakby z naszego wymiaru (? – może to te same) lubią ludzkie mięso, ale takie niezanieczyszczone nikotyną, kofeiną ani syfem dodawanym do jedzenia – dlatego preferują dzieci, oczywiście żywe – rzeczywiste amerykańskie władze karmią te przykre stwory, żeby nie wychodziły na powierzchnię. Przybyły tu w ramach współpracy rządu USA z mieszkańcami innej planety, tak że chyba nie ma obowiązku przechodzić nad tym do porządku dziennego; dla równowagi trzeba jednak dodać, że niektóre z nich rzekomo pochodzą z naszej planety – kłaniają się czasy dinozaurów, to były jakby ich krowy i sarny, a według niektórych hipotez niekiedy również przodkowie; zresztą legendy o smokach funkcjonują od wieków na całym świecie – ich wykańczaniem zajmował się m.in. niejaki Św. Jerzy – podobnie jak opowieści górali z Polski, Himalajów i Oceanii o olbrzymach śpiących w górach, wszystkich kultur o spektakularnej „magii” i dziwacznie wyglądających istotach z szuwar, z niebios, wyłażących spod ziemi – kiedyś ludziom tak nie wtłaczano do głowy, że już wszystko wiadomo, cały świat został rozpracowany i opisany, no i przekazywali sobie te relacje, normalnie jak to ludzie ludziom i dziadkowie wnukom, ku pamięci; dziś jak takiego stwora zobaczysz, to siedzisz cicho – wiadomo, każdy głupi doskonale rozumie, że lepiej nie występować z tego typu relacją, jakoś tak dziwnie jest skonstruowana nasza rzeczywistość, że można sobie wierzyć w duchy, przesądy, raj, Tarota, wróżenie z ręki – ale jak tylko powiesz coś o stworze z kosmosu, to już możesz zaczynać się martwić, co z Tobą zrobią w przekonaniu, że tylko Ci pomagają.

Według Alexa Colliera i jego rzekomego kontaktu z Andromedanami, w efekcie niefrasobliwych eksperymentów wokół Ziemi narobiło się kilka linii czasu. Istnieje np. taka, w której gadoidy nigdy tu nie przybyły – tak samo jak inna, gdzie III Rzesza trwa sobie jako imperium. Według badaczy takich jak Marcia Schaefer czy David Wilcock, nie żyjemy w do końca identycznych rzeczywistościach – niektóre osoby mogą w roku 2012 wylądować na planszy z kataklizmami, podczas gdy innym woda ledwo przemoczy buty; jak sobie pościelesz, tak przeżyjesz lub nie, cały czas stwarzamy sobie własną rzeczywistość, oczekując jej w naszych głowach – z tym, że jeżeli sobie zablokujesz w mózgu, że nie ma żadnych złowrogich ufo ani ryzyka jakichkolwiek wydarzeń w 2012 r., to może właśnie Wszechświat będzie starał się Ci jakoś mniej lub bardziej delikatnie zasugerować, że masz zakuty łeb – to działa też na tej zasadzie, że dzieje się to, czego nie chcemy, liczy się tylko to, na czym się koncentrujemy, nieważne z jakiego powodu i klimatu w głowie zachodzi potrzeba przerabiania danej lekcji. Liczni niezależni badacze utrzymują ponadto, że według ich źródeł, przecieków i w ogóle szczątków kopalnych, ewolucja form życia na naszej planecie nie przebiegała w tempie linearnym, ale w skokach co ok. 52 miliony lat, kiedy nagle pojawiały się nowe gatunki, bardziej rozwinięte i wyrafinowane, jak gdyby z następnego szczebla złożoności – i właśnie na tym ma polegać ów rok 2012, czy jaka powinna być data, bo tu pomyłka może być o parę wieków – w każdym razie Układ Słoneczny orbituje wokół centrum naszej galaktyki i co kilkadziesiąt milionów lat może faktycznie przechodzi przez jakieś pola czy kanały energii, dzięki którym możliwe są ciekawe przemiany, ale też np. dzieje się sporo innych zauważalnych rzeczy – spekuluje się nawet o zmianach w sposobie rotacji Ziemi i co do położenia biegunów, o liniach brzegowych nie wspominając… Według Plejaran tereny o najsolidniejszych fundamentach w skorupie ziemskiej pod kątem takich okoliczności to Peru i Australia – podobno trzęsień też ma być sporo, zresztą ich liczba mocno wzrosła już w ciągu ostatnich dwóch dekad, tak samo jak aktywność wulkanów.

Kubański kryzys rakietowy był tak naprawdę o to, że sowieci czuli się (i słusznie) oszukiwani przez Amerykanów w kwestii udostępniania technologii pochodzących z wymiany z obcymi – wcześniej Jankesi obiecali im, że będą się uczciwie dzielić (kiedy ZSRR zagroził podpisaniem własnego traktatu), ale w praktyce wyszło inaczej: mikroprocesory, diody LED, laser, kevlar, teflon, hologram, światłowody, poszycia niewidzialne dla radarów – wszystko jakoś „wynaleziono” w USA, chociaż Rosjanie chyba cały czas mieli lepszych naukowców, skoro przodowali w dziedzinie broni pogodowych, zjawisk paranormalnych, kontroli umysłów, konstrukcji myśliwców i łodzi podwodnych, o czołgach i śmigłowcach nie wspominając. W dodatku wszystko to pojawiło się w przedziale ok. 20 lat: 1950 – 1970 r.; dla porównania tempo opracowywania innych wynalazków według współczesnej nauki: koło – 500 tys. lat, młotek – 500 tys. lat… Podczas kryzysu Kennedy dwa razy pytał się CIA, czy to prawda, co mówią Rosjanie – i dwa razy odpowiedzieli mu, że „nie, coś świrują bez sensu” – podobno nawet, kiedy świat dzieliło już tylko 20 minut od rozpoczęcia nuklearnej wymianki. To dlatego chciał ich potem rozpędzić na cztery wiatry, według m.in. Williama Coopera dał im też ultimatum, że mają rok na ujawnienie tematu ufo opinii publicznej. Oswald był człowiekiem Hoovera, który miał mieć oko na chłopaków z CIA krążących wokół JFK jak sępy. Hoover nie był transem, ręczy za niego m.in. Ted Gunderson, który znał go osobiście. W dniu zamachu w Dallas Edgar Hoover otrzymał teleks o treści „Zadrzyj z nami, to zginiesz” – to fakt raczej znany, ale pewnie mało ciekawy; zresztą, może to tylko Lee Harvey faksował sobie z biblioteki? Nawet Jackie mówiła przyjaciółce – która opowiedziała o tym przed kamerami – o agentach Secret Service: „Oni zabili mojego męża”. W ciągu następnych 30 lat w wypadkach, strzelaninach i samobójstwach zginęły 133 osoby, które znajdowały się wówczas na tyle blisko samochodu, że mogły widzieć, co właściwie się stało – pewien matematyk wyliczył, że prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia takiej serii wynosi jeden do kilkudziesięciu miliardów; no cóż, całkiem duże – a może to L.H. Oswald mści się zza grobu na gapiach, jak przystało na samotnego psychopatę..? Jeszcze trzy dekady później np. do Philipa Corso Jr. przyszli tajniacy i powiedzieli (w skrócie): ta książka o ufo to jeszcze może być, ale jak napiszesz o zamachu na Kennedy’ego, to szykuj na cmentarzu miejsce dla siebie i całej rodziny; na początku trzeciego tysiąclecia żyło ponoć jeszcze około stu czterdziestu osób, którym prawda mogłaby zaszkodzić – przy czym sporo wątków zawsze wydawało się orbitować wokół osoby George’a Busha Seniora, który za młodu podobno raz nawet poszedł w tej sprawie do Hoovera ze spluwą za pazuchą, domagając się zakończenia śledztwa i gotowy na wszystko – czyżby miał wiele do stracenia..? Po śmierci JFK awansował na szefa misji łącznikowej w Pekinie, potem został dyrektorem CIA, dalej dwa razy wiceprezydentem za Reagana, następnie sam prezydentem i jeszcze dwa razy zrobił syna, a drugiego gubernatorem – skończył jak Łokietek, a zaczynał od tego, że w jego firmie naftowej tajne służby z powodzeniem wdrażały nową metodę przemytu narkotyków z Ameryki Płd. w zwolnionych z kontroli celnej pojemnikach przerzucanych pomiędzy platformami wiertniczymi (na początku lat 70-tych New York Times ujawnił, że tak samo wykorzystywano trumny z żołnierzami zabitymi w Wietnamie – według Michaela Rupperta robią to przy każdej wojnie, a pieniądze z dragów idą na Wall Street; według innych źródeł na podziemne bazy i tajne projekty). Z kolei kiedy Junior zakładał w latach 70-tych swoją firmę naftową Arbusto, 50 tys. $ na rozruch za pośrednictwem pilota-ochroniarza-kolegi taty przekazał mu …Saul Bin Laden, przyrodni starszy brat Osamy; klan Bin Ladenów to przyjaciele rodziny Bushów od dekad, już po 11 września w czasie wakacji Seniora z małżonką w Arabii Saudyjskiej spędzali wolne chwile razem, jak przystało na długoletnich znajomych; kiedy Osama wysadził najpierw te amerykańskie placówki w Afryce, kontrakt na ich odbudowę otrzymała od rządu USA firma …Bin Laden Constructions, jego przyrodniego brata; no ale po co telewidzowie mają o tym wiedzieć, tylko mogłoby im się pomieszać w głowach, racja. Kartel Bushów tropi m.in. dziennikarz BBC Greg Palast.

Generalnie przez całą zimną wojnę na szczytach władzy funkcjonowała nie najgorsza komunikacja pomiędzy USA, Wlk. Brytanią i ZSRR – na powierzchni trwało napięcie i konfrontacja, patriotyczny wysiłek po obydwu stronach oceanu, a w kosmosie dzięki tej całej produkcji mogła rozwijać się współpraca i postępować ekspansja. W latach 60-tych powstała międzynarodowa baza na Marsie, na Księżycu funkcjonowała już w momencie „pierwszego lądowania”. To dzieje się jakby pod egidą ONZ, np. w słynnej (i jedynej takiej, o której wiadomo) strzelaninie z Szarymi w bazie pod miejscowością Dulce w stanie Nowy Meksyk w 1979 r. zginęło 66 komandosów również z takich krajów, jak Norwegia czy Izrael. Drugi raz polityka ukrywania wszystkiego przed ludźmi okazała się mieć swoje dobre strony, kiedy w roku 1993 baza na Marsie przestała nadawać – było tam wtedy 300 000 ludzi (info: Phil Schneider). Według Alexa Colliera z wywiadu z 1994 r. bazę przejęły Gadoidy, sporo ludzi zjadły, a dla reszty nie mogliśmy nic zrobić, przynajmniej wtedy. Z kolei po 2000 r. pojawiło się anonimowe źródło pod pseudonimem ‚Henry Deacon’ (wywiad po polsku ), gość mówi, że na Marsa jest winda – stabilny tunel czasoprzestrzenny – i dużo tam grał w ping-ponga (w ogóle nie wychodzi się z bazy na powierzchnię), a robił to samo, co na Ziemi, czyli siedział przy maszynerii; według jego relacji jest tam teraz 700 tys. ludzi, to znaczy „mamy tam kilka baz”. Według dr Dana Burisha (domniemanego byłego członka MJ-12) Księżyc i Mars to jedyne miejsca w naszym układzie planetarnym, gdzie obcy tolerują naszą obecność, to znaczy to by było porozumienie z obydwiema frakcjami – „dobrymi” i „złymi” (informacje spod egidy Project Camelot, po 2000 r.). Według dr Burisha na księżycu Jowisza Io znaleziono inną formę życia – małe stworki podobne do krabów, poza tym nic w całym układzie, jeśli nie liczyć (Collier:) baz Szarych na Księżycu i Phobosie ani siedmiu kopuł (dla siedmiu kast) gadoidów na Wenus, skądinąd sfotografowanych już dwie dekady temu przez radziecką sondę – rzekomo tysiące lat temu nakierowały one w nasz układ wielką kometę, która przechodząc obok Urana zmieniła jego oś obrotu, dalej spowodowała eksplozję świeżo skolonizowanej przez Ludzi planety Muldek (znanej również m.in. jako Melona), która tworzy teraz pas asteroid, orbitujący sobie pośrodku naszego układu jak gdyby nigdy nic pomiędzy orbitami innych planet, w czym milion naukowców nie widzi w tym nic dziwnego; przechodząc obok Marsa kometa zdarła z niego prawie całą atmosferę, zmuszając ludzi – uchodźców z gwiazdozbioru Lutni i Wegi – do zejścia pod powierzchnię, a następnie przeniesienia się na Ziemię (gdzie już zostali, gadoidy musiały się stąd szybko zwijać przed jakąś kosmiczną policją – wg Michaela Tsariona) – następnie przechodząc obok naszej planety, kometa zdarła z niej płynną atmosferę, umożliwiając rozwój życia, po czym podebrany Uranowi księżyc zostawiła na orbicie wokół Słońca, gdzie jego lód się stopił i dlatego cała Wenus jest teraz okryta parą i chmurami, bo to właśnie był ten księżyc. Według Alexa Colliera księżyc Marsa Phobos to pojazd Szarych, mają sporo takich dużych – to właśnie olbrzymie obiekty orbitujące wokół równika Ziemi w 1953 r. skłoniły ekipę Eisenhowera do respektu i odrzucenia oferty kosmicznych Ludzi, których żądanie nuklearnego rozbrojenia uznano w tej sytuacji za nie do przyjęcia; zresztą wtedy zimna wojna była jeszcze na serio, a Stalin dopiero się rozkręcał z budowaniem wyrzutni. Mimo, że ludzie z gwiazd mówili wówczas, żeby nie zwracać uwagi na te gigantyczne statki Szarych, generałowie wiedzieli swoje – a na lądowanie Szarych Ajk zaprosił nawet w charakterze wsparcia duchowego biskupa Jamesa Francisa MacIntire’a, który następnie wbrew przykazaniom amerykańskich służb od razu wygadał się papieżowi i to wówczas powołano do życia watykański wywiad – te tropy śledzi włoski dziennikarz Luca Scantamburlo , który zadaje dyskretne pytania o to, dlaczego np. Jezuici wykupili w Stanach obserwatorium astronomiczne na szczycie góry, gdzie zawsze mieszkał bóg miejscowych Indian, a Watykan zasponsorował misję sondy kosmicznej – co jest dosyć dziwne jak na tak niewielkie państwo, w dodatku dość specyficzne; obecnie Stolica Apostolska ma już na koncie nie tylko kilka sygnałów, że Kościół dopuszcza możliwość istnienia cywilizacji pozaziemskich, ale także oficjalnego rzecznika odnośnie tematu ufo – jest nim ojciec Corrado Balducci i przypadkiem jest on również głównym demonologiem Watykanu. Przy okazji, Fatima itp. – to były według A. Colliera akcje Szarych, którzy przygotowują również drugie nadejście Chrystusa z pozbawionym duszy klonem w roli głównej, wszystko ma być lepiej jak w Hollywood – o ile do tego dojdzie, tzn. jeżeli ludzie nadal będą psychicznie stali w kolejce na ten film i będzie im się to opłacało wyprodukować.

Według innych wersji , miliony rzekomo porwanych przez Szarych Amerykanów, którym na pokładach spodków wszczepiono implanty, to tak naprawdę tysiące ludzi faktycznie przez kogoś uprowadzonych, z tym że stały za tym raczej czynniki zbliżone do konglomeratu zbrojeniowego USA, przebrani ludzie itp. – ten przemysł przynajmniej od lat 70-tych rozumie to doskonale, że w końcu nie będzie już z kim toczyć wojen, w związku z czym dla swoich firm, jakże przecież istotnych dla bezpieczeństwa narodowego, nie od dziś planują nowe kontrakty na przetrwanie, tym razem na wyprodukowanie uzbrojenia całej orbity – a że są to przedsiębiorstwa quasi-państwowe, nie powinno być problemu, żeby zorganizować dla tłumów holograficzne bitwy z obcymi (technologia z lat 60-tych – przypadek „ukazania się Matki Boskiej” na kilka godzin nad Hawaną parę lat po przejęciu władzy przez Castro). Oczywiście reszta armii nie będzie o niczym wiedziała – rzekomo już od lat 90-tych zdarzają się ataki latających spodków na placówki wojskowe, a przekręt polega tu na tym, że to są talerze produkcji ziemskiej, które silą się na wrogą flotę z kosmosu; z tym, że ofiary w ludziach są naprawdę i będą także, kiedy przeprowadzą to w skali całej planety – można przypuszczać, że dużo więcej niż w nieskrytykowanym jeszcze przez nasze gadające głowy spektaklu teatru telewizji pt. „11 września”. Jak można się domyślać, każdy, kto będzie mówił, że nie ma żadnej inwazji obcych i to wszystko nie dzieje się naprawdę, będzie albo agentem kosmitów i zdrajcą, albo niebezpiecznym świrem – defetystą – mącicielem wody, zasługującym jeżeli nie na kulkę w łeb (w tych trudnych czasach), to przynajmniej na odizolowanie, najlepiej w obozie pracy, żeby chociaż zarobił na swoje wyżywienie.

Chemiczne smugi (ang. ‚chemtrails’) – ostatnio można je było zobaczyć np. nad Poznaniem w dniu 17.IX.2009, ale nasilają się też doniesienia z innych miast Polski, tak że „doganiamy” w tym temacie resztę świata – według znacząco już nadwątlonej wersji, są to widoczne gołym okiem konsekwencje pomysłu słynnego fizyka Edwarda Tellera: rozpylane w atmosferze cząsteczki aluminium, które mają odbijać promienie słoneczne (na innej planecie użyto do tego złota, bo mieli więcej złota) – dzięki temu temperatura na Ziemi zwiększyła się tylko o 2 stopnie; dla porównania, jasność Wenus wzrosła o 200%, w różnym stopniu to samo dotyczy też wszystkich innych obiektów naszego układu – rzekomo to w związku z rokiem 2012, kiedy względem Ziemi ustawią się w jednej linii Słońce oraz Centralne Słońce Galaktyki, o czym było wiadomo od tysięcy lat np. z kalendarza Majów, a po dziś dzień nie mówi się o tym w telewizji i oficjalnie nie łączy w całość napływających informacji astronomicznych – np. że Wielka Plama na Jowiszu w połowie lat 80-tych zaczęła się przemieszczać po tym, jak przez wieki ani drgnęła, a na Marsie również występuje efekt cieplarniany, chociaż nie ma tam fabryk. Nie mogą ujawnić, że rozpylają to na całym świecie – choć widać, że niebo zmieniło kolor i nie jest już tak błękitne, jak jeszcze paręnaście lat temu – gdyż nie wiadomo, jaki to ma wpływ na zdrowie, zaraz ruszyłaby lawina procesów o odszkodowania itp. Z kolei według Plejaran Ziemia owszem przybliża się do Centralnego Słońca Galaktyki i w sumie to dlatego tu są z tą zaplanowaną na 800 lat misją pomagania nam wśród wielkich przemian – ale oni nie akcentują w żaden sposób daty 2012 r., tak że chyba według nich to jest źle obliczone.

Z ludźmi, którzy podróżowali w czasie, podobno jest taka sprawa, że najlepiej ich nie zabijać, ponieważ mogłoby to wytworzyć dodatkowe anomalie i zapaćkać czasoprzestrzeń jakimiś niebezpiecznymi quasi-sprężynami; Al Bielek czuł się z tego powodu nietykalny do roku 2003 według własnych obliczeń, ale doczekał się za to dedykowanej witryny internetowej oczerniającej go jako oszusta i naciągacza – mnie jednak osobiście przekonują te jego swetry, w których występował m.in. w wywiadzie z gościem z Bułgarii – to było na początku lat 90-tych i w tamtym czasie sam miałem lepsze swetry, żyjąc w Polsce – ten człowiek przez wiele lat utrzymywał się ze skromnego zasiłku, czegoś w rodzaju renty. Relacja Ala Bieleka przedstawia się w taki sposób (źródło: legendarny wywiad w ‚Coast to Coast’ z 1993 r. – „The Philadelphia Experiment – Complete”), że jako naukowiec Ed Cameron w 1943 r. pełnił służbę na pokładzie okrętu USS „Eldridge” podczas testu nowej technologii niewidzialności dla radaru, opierającej się na wywoływaniu efektu opływania jednostki przez promienie wskutek wytworzenia wokół niej potężnego pola elektromagnetycznego; znalazł się tam również jego brat Duncan, który był bardziej kimś w rodzaju agenta do zadań specjalnych, chociaż też ukończył fizykę (Ed na Harvardzie); ich ojciec pracował w wywiadzie, m.in. zajmował się przerzuceniem do Stanów Oscara Schneidera. Technologia owa powstała w roku 1931 na University of Chicago – pracowali tam wówczas dr John Hutchinson oraz dr Nikola Tesla (ten ostatni niejawnie – ostatnie 12 lat życia Tesli było jego najbardziej pracowitym okresem, inaczej niż się podaje – nie wegetował bezczynnie w hotelu w Nowym Jorku, tylko pracował dla rządu Stanów Zjednoczonych). Trzy lata później projekt przeniesiono do Princeton Institute of Advanced Studies, gdzie akurat przewijali się niemal wszyscy najsłynniejsi podówczas fizycy, np. emigranci z nazyfikowanych Niemiec, m.in. Einstein i dr John van Neumann – dorzucili jeszcze Teslę i już wkrótce faktycznie mieli upragniony statek-widmo. Badania finansowała marynarka, sprzyjał im też prezydent F.D. Roosevelt, który znał Teslę jeszcze z 1917 r., gdy piastował funkcję podsekretarza marynarki i pierwszy raz z nim współpracował podczas I wojny światowej. W roku 1940 przeprowadzono udany eksperyment ze „zniknięciem” modelu okrętu w laboratorium – wówczas projekt utajniono, wcześniej to było tylko takie ecie-pecie naukowców, jakieś bzdury; kiedy w środku wojny okazało się, że U-Booty potrafią zatapiać połowę jednostek konwoju, błyskawicznie znalazły się miliony dolarów potrzebne na sprzęt w skali makro i rychło przeprowadzono pierwszy, tzw. „suchy” test, na statku bez załogi: faktycznie zniknął z ekranu radaru, jak również w ogóle z pola widzenia – okazało się, że wytwarzane pole zakrzywia także promienie światła, w związku z czym w miejscu okrętu widoczny był jedynie zanurzony w wodzie obłok mgiełki ozonu pochodzącego z generatorów. W tej sytuacji (i tej na oceanie) pomimo zdecydowanych protestów Tesli, który ostrzegał przed niebezpieczeństwem dla życia ludzi i próbował sabotować projekt, uszkadzając generatory, niezwłocznie zorganizowano kolejną próbę, tym razem z udziałem pełnej załogi okrętu. I to już była katastrofa – okręt wprawdzie faktycznie znikł z radaru, jak również z pola widzenia, ale niestety zniknął także z portu – nie można było nawiązać z nim komunikacji radiowej, choć wszystko odbywało się przy wyłączonych silnikach. Po czterech godzinach statek ponownie zmaterializował się na poprzednim miejscu, jednak nadal niemożliwe było nawiązanie z nim łączności przez radio; wysłano łódź z ekipą ratunkową. Po dopłynięciu do burty niszczyciela, ratownikom ukazał się widok niczym z chorego horroru – niektórzy marynarze płonęli, dwaj zostali wtopieni w metalowe poszycie okrętu; pozostali zwariowali – w efekcie podróży w hiperprzestrzeń doznali fizycznego pomieszania zmysłów, stracili gdzieś w głowie pierwotny punkt odniesienia, jak to później tłumaczono; marynarzom znajdującym się pod pokładem nic się nie stało, bowiem ochronił ich metal. Ponieważ nikt z członków załogi przebywających na pokładzie nie miał szczęścia wyjść z tego cało, a niektórzy zginęli w męczarniach (nikogo nie udało się „odspawać” – to była stal nowego okrętu wojennego), otoczono ich następnie długą opieką w odizolowanych ośrodkach; w kolejnych tygodniach zdarzały się wśród nich przypadki „samoczynnego ludzkiego samozapłonu” (ang. ‚spontaneous human combustion’) – niektórzy nagle zapalali się od wewnątrz i ginęli w płomieniach; barman z lokalnego pubu zelektryzował miejscową prasę relacjonując, że podczas bójki trzech marynarzy po prostu nagle zniknęło – a po trzech dniach nagle zmienił swoją wersję i odtąd już zawsze utrzymywał, że on tylko tak powiedział, że zniknęli, żeby ich kryć – to był taki żart… Eksperyment uznano za połowiczny sukces i projekt przeniesiono w inne miejsce – obecnie na całym świecie znany jest jako „Philadelphia Experiment” (oficjalny kryptonim wyjściowego programu brzmiał „Project Rainbow”) i jest to niewątpliwie najbardziej znany eksperyment, którego nie było – oprócz wielu witryn internetowych oraz filmów dokumentalnych, wywiadów z żyjącymi uczestnikami i świadkami wydarzeń w porcie, powstały o nim nawet dwa hollywoodzkie filmy (co prawda niezbyt wciągające, chyba że ktoś lubi monotonię scen i dialogów a’la teatr tv). Z pokładu USS „Eldridge” w ogóle nie odnalazły się dwie osoby – bracia Ed i Duncan Cameron, którzy obsługiwali generatory i widząc, że już nie da się ich wyłączyć, w związku z czym okręt nieuchronnie zamienia się w gigantyczną kuchenkę mikrofalową, w przypływie geniuszu, który prawdopodobnie uratował im życie, podjęli błyskawiczną decyzję o wyskoczeniu za burtę. Nigdy jednak nie wpadli do wody, ponieważ statek przeniósł się już w hiperprzestrzeń w efekcie wytworzenia zbyt silnego pola elektromagnetycznego, a oni stracili z nim kontakt i więcej go nie zobaczyli, natomiast z tego, co pamiętają (rzecz jasna nasuwa się tu możliwość hipnotycznej impregnacji sztucznych wspomnień), to obudzili się w szpitalnych łóżkach w roku 2137, jak ich poinformowano, po czym Eda wessało jeszcze do 2749 r. – gdzie spędził dwa lata, za wiedzą ówczesnych władz pracując jako przewodnik po latającym mieście, których na Ziemi jest wtedy wiele i zmieniają strefy geograficzne wedle życzeń mieszkańców, a ludzie ze zwykłych miast przyjeżdżają tam jako turyści; poza miastami rozciągają się „żółte strefy”, gdzie wycieczki kończą się reprymendą, oraz „czerwone strefy”, dokąd nie wolno wchodzić pod groźbą kary śmierci; lewitujące miasta są autonomiczne i każdym z nich kieruje sztuczna inteligencja zaklęta w pokaźnych rozmiarów kryształach, stworzona we wcześniejszych wiekach przez ponadprzeciętną moralnie dynastię programistów komputerowych, specjalnie w tym celu wyselekcjonowaną genetycznie – zakończyło to erę nadużyć władzy, których w inny sposób nie dało się wyeliminować; populacja Ziemi w wieku XXVIII wynosi nieco ponad pół miliarda (czyli swoją drogą norma na planetach wielkości Ziemi – np. jeśli chodzi o planety Plejaran). Po jakimś czasie Ed Cameron zapragnął wrócić do swojej epoki i umożliwiono mu to, a w naszych czasach przywitano go praniem mózgu, w związku z czym wszystko to zaczął sobie przypominać dopiero po latach, fragmentami. Z kolei Billy Meier utrzymuje, że był na pokładzie latającego spodka na wycieczce do wieku XXIV, kiedy nawet rozwinięta bardziej od Plejaran rasa Timmerów (pracowali tu przed nimi, im z kolei chodziło o to, żeby ziemscy naukowcy przed rokiem 1974 nie zniszczyli przypadkiem planety przy okazji eksperymentów z urządzeniami do zapalania atmosfery) bardzo miała się na baczności, aby ich spodek nie został wykryty przez ziemskie systemy monitorujące – według ich relacji ludzie posiadają już wtedy technologię podróży międzygwiezdnych. Inne osoby, z Project Montauk, były na rekonesansie niedaleko w przyszłości – ale nie wiadomo dokładnie, kiedy – i wykonały zdjęcia San Francisco całkowicie zniszczonego przez trzęsienie ziemi o nieznanej wcześniej sile w skali Richtera. I to by było na tyle, jeśli chodzi o najbardziej wiarygodne, bo potwierdzane w przeciekach z innych źródeł, relacje z podróży w czasie funkcjonujące w niezależnym obiegu informacyjnym – których opowiadający je ludzie nigdy nie zmieniali np. pod kątem stworzenia szansy, że ktoś w to tak po prostu uwierzy, odkąd przed laty narazili się na bezprecedensowe wyśmiewanie i szkalowanie, zaczynając mówić o tym publicznie.

Według Davida Wilcocka i jego źródeł, strach to przepływ energii w stronę jego obiektu – to jedna z wielu nieodkrytych jeszcze przez naszą publiczną naukę reguł funkcjonujących we wszechświecie; również kiedy nienawidzisz swoich wrogów, oni wygrywają – wtedy przechodzisz jakby na ich fale, zaczynasz grać na ich boisku, wytwarzasz ich przestrzeń życiową. 7 tysięcy wspólnie medytujących osób mogłoby zredukować zbrodnie, kradzieże itp. w skali całej planety o trzy czwarte – rządzący tym światem ukrywają przed ludźmi, jak wielką mają moc, a tylko własne dzieci uczą o Atlantydzie i jak to naprawdę było/jest. Dave Wilcock proponuje też wszystkim prostą refleksję: skoro dobre przeczucia nie prowadzą nigdy do złych zdarzeń, dlaczego po prostu im nie zaufać?

Z kolei Michael Tsarion to badacz z Irlandii; jego kraj miał podobne losy, jak nasz, tak że on też nie pali się do pokłonów przed potężnymi tego świata, przy czym nie jest to w ogóle badacz ufo, ale ezoterycznych tradycji, tajemnej wiedzy i sekretnych praktyk, które można całkiem nieźle prześledzić, korzystając ze starych ksiąg i dokumentów – a że w tych najstarszych sporo jest o „bogach” i ich latającym sprzęcie, to on tego nie omija śladem naukowców z pobliskiego kraju ciemiężycieli, w swojej pracy badawczej koncentruje się jednak nie na poszukiwaniu życia pozaziemskiego, ale na wyjaśnianiu, skąd właściwie wziął się ten niegodziwy system kłamstw, obowiązujący współcześnie w przekazach wtłaczanych co dnia miliardom, a dlaczego nie zauważa się różnych zupełnie oczywistych, a bardzo ciekawych rzeczy – robi to piorunujące wrażenie, kiedy on to zestawi i zacznie puszczać slajdy. W swoich prezentacjach koncentruje się na dawnych czasach, to znaczy reprezentuje takie podejście, że żeby to wszystko dobrze wytłumaczyć, opowieść trzeba by zacząć tysiące lat temu, kiedy ludzkość najwyraźniej z inspiracji pewnych machinatorów z kosmosu nagle przeskoczyła z respektu dla mądrzejszego żeńskiego pierwiastka na patriarchat, w którym stery dzierżą sztywne drewniane roboty, łatwe do manipulowania za pomocą największych nawet bzdur i głupot – i wówczas rozpoczął się upadek człowieka, który obserwujemy do dzisiaj, wystarczy włączyć telewizor. Jego wersja jest taka, że tam, gdzie mieszkały „Węże” (ang. „Serpents”), m.in. w owej Lemurii – tam w przypadkach wielu antycznych kultur było właśnie pozytywnie, następował rozkwit cywilizacji, to również te istoty ewakuowały niewolników z Edenu, chociaż Adamy nie chciały o niczym słyszeć, ale Ewy załapały, o co chodzi; a to tam, gdzie tubylcami rządzili uzurpatorzy – ludzie z kosmosu, szerzyły się patologie, okrucieństwa i zło, tzn. nie zawsze, ale też bynajmniej nie rzadko. Według irlandzkiego badacza znane z antycznych zwojów Węże mieszkały pomiędzy ludźmi jeszcze parę wieków temu w średniowieczu – zostały po nich ślady w pismach, to te ustępy o smokach, bestiach i innych sprawiających problemy stworzeniach, często zwodniczych i ironicznych w szalony i jak na nasze standardy, nieco chory sposób – a kiedy jakiś rycerz chciał udowodnić swoje męstwo, mógł po prostu zakołatać do drzwi takiej istoty i wyzwać ją na walkę (według Colliera gadoidy lubią się bić, a najwięksi twardziele z nich to te z ogonami). Michael Tsarion najwyraźniej ma te wszystkie stare księgi w małym palcu, ale nie przesadza z cytatami częściej niż kilka razy podczas jednej dwugodzinnej prezentacji, pokazuje za to sporo fotografii z różnych miejsc, ciekawych ilustracji historycznych itp. – zapytuje np. dlaczego druga największa rzeźba w Watykanie to szyszka – szyszynka, symbol starożytnego Sumeru, co robią tam człowiek-lew w pozie Sfinksa i obelisk pośrodku placu (to z Egiptu – obeliski stoją też w Waszyngtonie i londyńskim City, pozostałych globalnych centrach władzy: militarnej i finansowej). Interesują go tropy takie, jak pewne zabytkowe miasteczko we Francji, które przed wiekami ktoś zaprojektował na dokładne odwzorowanie jednej z konstelacji gwiazd; co z tymi monumentalnymi kamiennymi schodami odkrytymi w okolicach Japonii na dnie oceanu, 2 km pod powierzchnią, czy to na pewno woda tak prostokątnie wyrzeźbiła – no ale skoro ocean jest tam od tysięcy lat, to mogła być tylko woda i chyba tylko wariat mógłby spekulować, że to może być dzieło jakichś przedhistorycznych kolonizatorów z kosmosu, a każdy zdrowy psychicznie człowiek albo z klasą w ogóle ominie ten temat, żeby nie opuszczać bezpiecznej koleiny „rozsądnej postawy”, albo racjonalnie wytłumaczy, że to sprawka kwadratowych prądów i wirów – w takim świecie żyjemy, przy czym większości z nas to nie przeszkadza, zresztą mówią w telewizji, że wszystko jest fajnie, więc czym się przejmować? Inna ciekawa hipoteza charakterystyczna dla Michaela Tsariona dotyczy starożytnych świątyń – według niego po zagładzie Atlantydy generalnie technologia była zdruzgotana, ale oczywiście nie cała maszyneria się rozpadła i z myślą o odtworzeniu infrastruktury w przyszłości, zakopano lub pozostawiono najcenniejsze urządzenia na miejscu, a ponad nimi wzniesiono świątynie, nad którymi pieczę sprawowali poszczególni ‚bogowie’ vel wyrzutki z innych planet zatrudnione na etatach dozorców – i to wtedy top-listę największych zbrodni, jakie może popełnić człowiek, szturmem podbiła pozycja „świętokradztwo”. A propos świętości – co z tymi drugimi ołtarzami w pomieszczeniach z pentagramami wygrawerowanymi na posadzce, które znajdowano w na wpół zburzonych katedrach miast Anglii i Niemiec, zbombardowanych podczas II wojny światowej? Jak na tak zastanawiającą, wręcz zdaje się szokującą sprawę, dlaczego nic się o tym nie słyszy, nie wydrukują o tym nawet jednego zdania w gazetach w rubrykach z historycznymi ciekawostkami z danego dnia w kalendarzu – ale to pewnie mało znaczy i o niczym nie świadczy, a teraz westchnijmy z przejęciem i współczuciem, łącząc się w bólu z ofiarami różnych chorych grup i praktyk.

Natomiast ustalenia Davida Icke’a (on też ma te obeliski w swoich prezentacjach, jeszcze więcej tego ma – ukrytej w architekturze ezoterycznej symboliki; również nie używa nigdy słowa „ufo”, jego jak gdyby obchodzi tylko to, co dzieje się na Ziemi, w komnatach zamków i za kulisami politycznych spotkań) – byłego piłkarza (bramkarza Coventry), który po kontuzji został znanym prezenterem i komentatorem sportowym telewizji BBC, potem rzecznikiem brytyjskiej Partii Zielonych, a w końcu światowej sławy niezależnym historykiem i tropicielem pół-ludzi, pół-jaszczuroidów wśród globalnych elit – to jednak te gadoidy są odpowiedzialne za wszystko, co złe, a rasa hybrydowa po dziś dzień kontroluje świat – były to królewskie rody kolejno Sumeru, Egiptu i Izraela, które następnie przeniosły się na Stary Kontynent jako arystokracja indoeuropejska, a rozłamowcy stamtąd – do Stanów Zjednoczonych (np. każdy prezydent USA wybrany w wyborach był spokrewniony z brytyjską rodziną królewską, zresztą prawie każdy kandydat, a wygrywał zwykle ten bardziej spokrewniony – to są ustalenia konwencjonalnych genealogów) – dziś są to m.in. rodziny bankierów i dynastii politycznych, w dalszym ciągu starają się zawierać małżeństwa między sobą, tak jak przez wieki mieli przykazane – krew decyduje u nich o hierarchii. Swoją drogą Bush to np. potomek jakiegoś Godfryda, który prowadził jedną z krucjat, a elokwentny Al Gore wywodzi się w prostej linii od legendarnego władcy Karola Wielkiego, który wsławił się m.in. rozkazem powbijania na pale członków kilkutysięcznej armii szlachciców, która nie chciała na rozkaz przejść na katolicyzm. David Icke utrzymuje, że odwiedziwszy ponad 40 krajów miał okazję rozmawiać z setkami osób z różnych ścieżek życia, które opisywały mu, jak były naocznymi świadkami krótkotrwałego przemieniania się najczęściej znanych, ale również zupełnie zwyczajnych osób, w postać przypominającą gadzią – chyba najciekawsza ze zgromadzonych przez niego relacji to zarchiwizowana na wideo opowieść pewnej pani z brytyjskiej organizacji walczącej z wykorzystywaniem dzieci, o podpatrzonym przypadkiem obrzędzie z udziałem kilkudziesięciu osób, podczas którego przemienił się premier Wlk. Brytanii z lat 70-tych sir Edward Heath, ale najbardziej szokujące było w tym to, że nikogo z pozostałych uczestników imprezy na pentagramach to nie zdziwiło; z innych kręgów mielibyśmy tu np. historię gospodyni domowej Mony Kempki, która niezmiennie utrzymuje i równie spokojnie mówi o tym przed kamerami, że pewnej nocy przy jej łóżku zmaterializował się potężny dwunożny jaszczur, który wnikliwie się jej przyglądał, ale poza tym nie szalał i ogólnie wykazał więcej kultury niż przeciętny włamywacz. Według brytyjskiego poszukiwacza prawdy o naszym świecie (to znaczy nie on wymyślił tę teorię) nasz wszechświat jest nieprzenikalnym hologramem, a DNA to coś jak dane w pliku, kiedy gra instaluje Ci się na kompie – kiedy zmienią się dane, zmienia się również sposób, w jaki wyświetlana jest postać, a jest to możliwe gdyż niektóre sekwencje DNA są zdolne zamykać się i otwierać, tak jak akapity rozwijają się na stronie internetowej (nie tej, np. w Wikipedii) – dlatego możliwe są błyskawiczne zmiany fizycznej postaci w wykonaniu „arystokratów”, tj. ludzi o błękitnej, niekrzepliwej krwi z dużym udziałem atomów miedzi zamiast węgla; z tym, że w razie czego pamiętajmy, że to też są ludzie, mieszkańcy naszej planety, nie żadni kosmici – my mamy średnio 10-15% gadzich genów, a oni 50% – rozkręcisz na takiego polowanie, a potem z tej całej agresji nieoczekiwanie sam/a się w łazience przemienisz, bo np. Twój praprzodek był bękartem jakiegoś króla z importu i jego geny z kosmosu nie najgorzej przetrwały te kilka pokoleń. Podobno to oni byli tą nadzieją na pokój, w związku z którą według Alexa Colliera po dziś dzień pół galaktyki uważnie przygląda się Ziemi, czy jednak możliwa byłaby jakaś zgoda pomiędzy Ludźmi a Gadoidami i pokojowe współżycie tych dwóch prastarych ras. Jeśli hybrydy istnieją, to nic dziwnego, że się ukrywają – gdyby okazało się, że Ty też bywasz dwunożną jaszczurką, czy chodzenie tak po ulicy byłoby do końca dobrym pomysłem? Może po kosmopolitycznej Warszawie? Wedle rekonstrukcji faktów w wykonaniu Davida Icke’a, gadoidy uwięzione od wieków w otchłani – jakimś innym wymiarze gdzieś tu koło Ziemi – mogą zamieszkiwać jedynie gadoidzie ciała, dlatego ta rasa hybrydowa jest ich oczkiem w głowie, gdyż dzięki niej mogą jeszcze czasem choć przez chwilkę normalnie pożyć, wstępując w ciało o kompatybilnej strukturze DNA; to stąd brały się te nieraz bardzo surowe prawa dotyczące mezaliansów i taka jest cena, jaką płacą owe bajecznie bogate rodziny – zawsze jedno z dzieci idzie na okazyjny wehikuł dla gadoidziej duszy, to oni się tam bawią na tych pentagramach i to o to chodzi w satanizmie, faktycznie czasem ktoś przybywa – te ścieżki na zasadzie pewnej niekończącej się sprawy (dr MacDonalda) bada od lat były szef FBI w Los Angeles, Ted Gunderson; ale kiedy takiego dziwnego potwora zobaczysz, zachowaj spokój: wystarczy uciąć mu głowę – a potem on np. przemieni się z powrotem w człowieka i okaże jakimś księciem znanym z kolorowych pisemek – wtedy pamiętaj, że nikt tu nie daje gwarancji na te praktyczne porady. Hybrydy według Icke’a możliwie często piją krew, ale noworodki konsumują tylko wtedy, kiedy w czasie obrzędu w ich ciała na krótko wstępują gadoidzie dusze z „otchłani”; poza tym niekiedy w niekontrolowany sposób zmieniają „wyświetlaną postać” podczas snu albo np. w reakcji na woń krwi menstrualnej; w miarę zbliżania się roku 2012 coraz trudniej będzie im kontrolować stan, w którym się znajdują – zwiększy się zapotrzebowanie na enzymy z krwi ssaków, dzięki którym mogą długo pozostawać „wywrócone na ludzką stronę”. Hybrydy i 100% gadoidy preferują jedną rasę ludzi do spożywania ich mięsa oraz picia krwi: są to osoby o jasnych włosach i niebieskich oczach, których przodkowie byli z tego powodu ścigani już tysiące lat temu między odległymi gwiazdami – ich krew zawiera nie występujące nigdzie indziej enzymy dające „najmocniejszego kopa” w galaktyce, dosłownie. Według Davida Icke’a to dlatego Hitler miał zadbać o czystość tej konkretnej rasy – ale brytyjski badacz jest w tej teorii raczej osamotniony, gdyż np. z ustaleń nie tylko Williama Coopera wynika, że Adolf „dał kosza” Szarym (to do niego najpierw się zgłosili w latach 30-tych), co z kolei tłumaczyłyby informacje od Billy’ego Meira – Hitler należał do wpływowego w Niemczech dekady przed nim i po nim towarzystwa mistycznego „Thule”, którego media utrzymywały telepatyczny kontakt z „plejarańskimi terrorystami” spod piramidy w Gizie, naziści byli już z nimi dogadani – cała III Rzesza została zbudowana na podstawach z „magii”, to w dużej mierze od nich mieli też pomysły na latający spodek.

Pusta Ziemia – nie wiadomo, prawda czy dezinformacja, fakt rzędu odkrycia Kopernika czy prowokacja obliczona na ośmieszenie i skompromitowanie niezależnego obiegu informacyjnego, przynajmniej jeśli chodzi o te zdjęcia – bo z kolei trudno lekceważyć relację amerykańskiego kontradmirała Richarda E. Byrda, któremu w 1947 r. najpierw powierzono dowództwo głośnej misji, na którą nakręcono całe Stany (telewizja pokazywała m.in. wizytę dowódcy u prezydenta w Białym Domu itp.) – co ciekawe, w tej „wyprawie naukowej” brał udział pokaźny zespół niszczycieli oraz lotniskowiec – a po powrocie uznano go za chorego psychicznie, kiedy relacjonował, że coś tam jest pod Antarktydą, jakaś kraina – drzewa, miasta, wszystko, tam się wlatuje jak gdyby do nowego świata przez otwór znajdujący się lub pojawiający na biegunie – a następnie w latach 50-tych z rozkazu prezydenta Eisenhowera uznano go za zdrowego psychicznie i powierzono mu dowództwo nad kolejną wyprawą w te rejony; krążą pogłoski, że podczas tej ekspedycji Amerykanie zdetonowali na Antarktydzie bombę atomową lub wodorową, co miało stanowić gest pozdrowienia dla szwendających się tam niedobitków nazistów; po powrocie admirał powiedział jeszcze w wywiadzie, żeby w czasie następnej wojny uważać na nadlatujące z okolic podbiegunowych spodki zdolne do poruszania się z ogromną prędkością – chciał zrobić z siebie pośmiewisko czy uważał to za swój obowiązek, żeby przed tym przestrzec? W każdym razie, jego imieniem nazwano potem niszczyciel, a fantastyczne (?) książki o pustej w środku Ziemi komuś już zdarzyło się zauważyć na półce w gabinecie wysokiego oficera sił powietrznych USA. O wyprawach admirała Byrda jest akurat sporo w necie po polsku, nie problem znaleźć czy obejrzeć np. jakiś film w języku rosyjskim jeżeli ktoś nie zna angielskiego; ale co ciekawe, jeszcze bardziej wiarygodna (po przeczytaniu, bo chyba nie w poniższym streszczeniu) może wydać się krótka, rzeczowa, zwięzła i po prostu przekonująca brakiem fajerwerków relacja norweskiego rybaka Olafa Jensena, niestety zdaje się nie przetłumaczona dotąd na język polski – o tym, jak z ojcem popłynęli za daleko na północ i spotkali gigantów, którzy od czasów zagłady Atlantydy żyją wewnątrz naszej planety i są kilkaset lat przed nami pod każdym względem (dlatego nie chcą, żebyśmy przyjeżdżali i wylatują w spodkach pogadać tylko, kiedy np. zaczynamy przeprowadzać detonacje nuklearne), a po 2 latach gościny pragnąc wrócić do rodzinnego domu, zdani na prąd potężnych wewnętrznych rzek przepłynęli całą Ziemię „na dół” po wewnętrznej i niemal udało im się bezpiecznie wydostać z powrotem „na zewnątrz” – to znaczy jego ojciec zginął pod olbrzymią górą lodową, a sam Olaf Jensen, odnaleziony faktycznie na biegunie południowym przez statek wielorybniczy, którego kapitan kazał go zakuć w łańcuchy jako niebezpiecznego szaleńca, za swoje opowieści spędził potem 27 lat w zakładzie dla obłąkanych i do końca życia nigdy nikomu nie wspominał już o tej wyprawie do krainy skądinąd znanej ze skandynawskich mitów – a swoją historię polecił wyjawić światu dopiero w Ameryce, oddając rękopis w wieczór poprzedzający noc, kiedy wyzionął ducha. Model pustej Ziemi z niewielkim sztucznym słońcem w środku nie jest też bezbronny na polu naukowym w starciu z lansowaną przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne hipotezą o jądrze, które nie ostygło przez 3.5 miliarda lat: dużo prościej wyjaśnia fenomeny obecności wyłącznie słodkiej wody w górach lodowych, zorzy polarnej, wariowania kompasów w okolicach podbiegunowych (w tej teorii to nie jest żadne wariowanie, tylko tak ma być) i dlaczego w licznych dziennikach okrętowych z paru ostatnich wieków wprost roi się od doniesień o ptakach migrujących w stronę biegunów tam, gdzie na mapach nie ma żadnych lądów, a także od wzmianek o akwenach z ciepłym klimatem w rejonach arktycznych lub o tropikalnych owocach znajdowanych w górach lodowych – zdarzają się całe palmy. Jeżeli to prawda, to wszystkie planety i księżyce są puste w środku, co jest efektem działania siły odśrodkowej podczas formowania się – wirowania ciał niebieskich, która to siła nigdy nie przestaje dociskać wewnętrznej powierzchni do zewnętrznej i to dlatego po obydwu stronach zawsze wypływa magma; Księżyc zresztą tak właśnie odbija dźwięk, jak gdyby był pusty w środku, jest o tym w naszych księgarniach książka pt. „Kto zbudował Księżyc?”, wyd. Amber, 2007 (dyskusja na ten temat pomiędzy uniwersytetami w USA zaczęła się w latach 70-tych). Mielibyśmy tu już jednak dwie wersje: że Księżyc jest pusty w środku, a tak przy okazji to jest pojazdem Szarych albo Gadoidów (Collier), lub że to wygładzony w kosmosie fragment jakiejś planety z innego układu (Meier). Propagatorami teorii pustej w środku Ziemi byli m.in. astronom sir Edmund Halley (odkrywca komety) i znani matematycy ze Szwajcarii – Leonard Euler – oraz Szkocji – John Leslie – a także dwaj pisarze imieniem Edgar – Allan Poe oraz Rice Burroughs; dla odmiany w XX wieku pojawiło się całkiem sporo osób, które twierdzą, że tam były, widziały to na własne oczy – często słyszy się np. o mieście Telos pod górą Mt. Shasta w Kalifornii, jacyś dwaj Amerykanie rzekomo znaleźli się tam w latach 70-tych – nie są to jednak doniesienia podparte niczym poza sobą nawzajem. Inna wersja/interpretacja proponuje, że Ziemia nie jest cała pusta w środku, ale w okolicach biegunów znajdują się olbrzymie podziemne przestrzenie i są to zamieszkane krainy, w których bynajmniej nie jest ciemno.

Największym problemem witryn internetowych takich, jak niniejsza, gdzie ktoś stara się zgromadzić i przedstawić kilka ciekawych relacji, o których pomimo konkretnych dowodów przedziwnym trafem nikt nigdy nie słyszał, choć tyle nadają bzdetów przez 24 godziny na dobę – jest taktyka drużyny przeciwnej, polegająca na regularnym infekowaniu niezależnego obiegu informacyjnego różnorakimi opowieściami oraz quasi-wiarygodnymi zeznaniami czy rzekomo autentycznymi dokumentami, czego efekt wygląda potem w ten sposób, że zajmowanie się tymi sprawami wychodzi inaczej, niż np. zakuwanie na studiach – im więcej nocy na to poświęcisz, obejrzysz filmów i wysłuchasz nagrań, przejrzysz zdjęć i dokumentów – tym właśnie mniej wiesz, gdyż turla Ci się po głowie więcej wersji, co do których potrafisz wskazać coraz więcej miejsc, gdzie nie zgadzają się one ze sobą – no i wtedy dopiero masz problem, co właściwie jest prawdą, a gdzie zdarzyło Ci się jednak łyknąć jakąś zanętę skomponowaną specjalnie z myślą o rozgorączkowanych i świeżo wrzuconych w ten krajobraz drugiego dna prawdy o naszych czasach i historii miejscowej cywilizacji. Chyba jedyna sprawdzająca się w praktyce metoda to znana każdemu z życia codziennego i szlifowana np. podczas wybierania przedziału w pociągu technika „na twarz” – nietrudno zauważyć, że osoby wypowiadające się na filmach, do których linki tu zgromadzono, wyglądają jednak trochę inaczej niż tzw. słupy w imieniu NASA bądź SETI deklamujące oświadczenia dla prasy, albo ludzie-upiory z władz USA czy też owi „eksperci” i „psychologowie” z telewizyjnych kanałów dokumentalnych, którzy wciskają naszym dzieciom bzdury, mówiąc przybitym monotonnym tonem, z niezbyt szczęśliwym wyrazem twarzy i matowym, błądzącym wzrokiem jakby nie do końca czystego sumienia.

„300 lat temu naukowcy myśleli, że Ziemia stanowi centrum kosmosu. Dziś sądzą, że Ziemia jest biologicznym centrum kosmosu”

dziwne właściwości wody:

W razie czego podobno najlepiej kupować srebro – ma zastosowanie w przemyśle, a wydobycie jest stałe – bo np. pieniądze są bezwartościowe już od jakiegoś czasu (info: Stewart Swerdlow), a z Księżyca przywieźli tony złota (źródło: John Lear) o niespotykanej na Ziemi liczbie karatów, czy jakoś tak, ale pracują nad tym. Według Colliera kosmiczne Gady dbają o ekosystem naszej planety i przetrwanie naszej populacji – dla nich to coś jak kurnik dla babuszki ze wsi, one by tu chciały jeszcze tysiące lat żywić się naszymi ciałami i/lub emocjami, jak to prawdopodobnie czynią już od wieków, a może od zarania pamiętanych dziejów – kto udowodnił, że to całe zło pomiędzy nami, ludźmi, bierze się tak naprawdę spomiędzy nas..? Widzimy tylko siebie, ale czy jesteśmy tu sami? Co mówią na ten temat księgi, chociażby te święte, przed którymi miliardy padają na kolana – są jakieś inne istoty, które tylko czasem się ukazują, czy nie ma..? To też wszyscy wymyślili w różnych częściach świata, kolejny archetyp po olbrzymach, czarodziejach i potworach..? Jest rok 2008 i na 100 zapytanych osób, 101 będzie się śmiało, kiedy zapytasz, co sądzą o możliwości, że Ziemi w jakiś sposób zagraża nieprzychylna rasa kosmitów. Kiedy dopowiesz, że to oni nas gnębią od epok, to już zrobią zdziwione oczy i zaczną Cię nimi tasować, jak chyba lekko pomylonego. Ale co z tego, jeżeli to prawda? Ktoś musi być pierwszy – tak samo było z Kopernikiem, braćmi Wright, Darwinem, pomysłodawcą teorii dryfu kontynentów Alfredem Wegenerem – z nich również przez dekady trwało pośmiewisko; no i z wieloma naiwniakami, których poglądy się nie sprawdziły, bo np. uwierzyli w jakieś bzdury – tak że pewnie też nie ma co za bardzo panikować i stać u drzwi, czekając na złowrogie monstra z kosmosu – gdyż jest również projekt sztucznej inwazji obcych w powolnym toku od co najmniej trzech dekad i to także nie stanowi już większej tajemnicy w dzisiejszych czasach potęgi niekontrolowanego obiegu informacyjnego, jakiej może nie widziała jeszcze ta planeta – patrz np. zeznania dr Carol Rosin, S. Swerdlow także wiele wie na ten temat. Bujdy o zębatych obcych, którzy zrobią wam kuku, jeżeli zaraz nie dacie nam trzydziestu bilionów dolarów – to ciekawy temat dla rozmaitych ściemniaczy gotowych surfować na ludzkiej ksenofobii i lękliwości, skoro nikt nigdy nie pokazał im innych uczuć i po prostu nie są na tyle biegli w mechanizmach odmiennych pasm emocjonalnych, żeby się w nich wybić i jakoś zaistnieć. Ale za coś chyba jednak Phil Schneider zginął – już nie przesadzajmy, że nie pamiętał własnego życia albo przeprowadził chorą mistyfikację, a na końcu sam się zabił, żeby to wszystko bardziej uwiarygodnić i nabić jeszcze więcej kabzy, niż ten jego kumpel Bielek, też naciągacz..?

A może jednak mamy niezależne media, które by nam o tym wszystkim powiedziały, gdyby tkwiło w tym cokolwiek wiarygodnego i poważnego – tak jak powiedziały nam prawdę o zamachach z 11 września, prawdę o zabójstwie Kennedy’ego czy prawdę o ufo w wydaniu choćby dla dzieci z przedszkola?

Jeszcze garść zwierzeń o informacjach, które na pewno wzbudziły tu lekceważący śmiech i rechot niedowierzania u większości zorientowanych i oczytanych czytelników – też to przerabiałem i sam taki byłem, przez 10 lat czytałem „Wyborczą” i potem długo przechodziłem przez etap „nie, to jakieś bzdury, przecież to by o tym gdzieś było napisane – już przynajmniej na murku na przystanku PKS…” Co do teorii o pustej w środku Ziemi, to niezależnie od tego, czy to prawda czy nie, w każdym razie skoro domniemani mieszkańcy i tak nas tam nie chcą, trudno postulować strategię, w której ujawnienie światu tej erraty do wiadomości z lekcji geografii powinno stanowić główny nurt wszelakich niezależnych dopływów informacyjnych. Zresztą dzieci i tak już są wnerwiające, po co jeszcze miałyby się pytać: „Tato, a dlaczego nie można jechać do wnętrza Ziemi?” – byłby tylko kolejny problem, żeby im to jakoś pozytywnie wytłumaczyć, a jednocześnie nie nakłamać; chociaż póki co też je chyba wkręcamy – osobiście teraz już wierzę w ten model, po pierwsze dlatego, że dziwnie cicho i głucho jest o tych relacjach admirała Byrda i rybaka Jensena, skoro to takie śmieszne bzdury – powinno choć z rzadka przewijać się w mediach, że są jacyś debile, którzy w to wierzą, no nie..? – po drugie, bo nie ufam już nikomu z żadnego towarzystwa z przymiotnikiem „królewski” w nazwie, a po trzecie, gdyż w ten sposób najprościej i bez kombinowania można wytłumaczyć np. obecność tropikalnych owoców w górach lodowych, ptactwo migrujące co roku ‚donikąd’ oraz efekt zorzy polarnej, a także wariowanie kompasów w okolicach podbiegunowych; zresztą nasi naukowcy najgłębsze odwierty w skorupę planety wykonali dopiero na głębokość 20-paru kilometrów – więc to może faktycznie tak być, że pod nami jest tylko 300-milowa powłoka skalna, nie jest to teoria sfalsyfikowana empirycznie, a jedynie niezgodna z obecnie przyjmowaną, wyprodukowaną setki lat temu. Ale udaję, że w to nie wierzę, bo chyba nie ma sensu namawiać do pokonywania całej przepaści do uwierzenia w jednym skoku i pamiętam też z własnego doświadczenia, że przez pierwsze pół roku zgłębiania ukrywanych tematów i partyzanckich wersji historii zawsze, kiedy znienacka natrafiałem na koncepcję pustej Ziemi u jednego czy drugiego badacza, z niesmakiem i poczuciem zmarnowanego czasu od razu dawałem sobie spokój z danym źródłem i długo do niego nie wracałem, choćby nie wiem jak obiecujące wydawało mi się wcześniej; tak samo miałem zresztą z tymi podróżami w czasie i tunelami czasoprzestrzennymi, całym zbiorem zagadnień a’la Project Montauk (co relacjonują też inni badacze – że na początku byli pewni, że to jakieś bzdury i robienie sobie jaj, mało śmiesznych, a mocno debilnych) – z tym, że tu chyba tylko jakieś 2-3 miesiące opierałem się, żeby zacząć na poważnie przypuszczać, że to faktycznie mogło już gdzieś naprawdę się wydarzyć, np. w jakimś wojskowym laboratorium, gdzie wrak spodka kosmitów mają na magazynie od 30 lat – oprócz ciekawego zbiegu okoliczności, że kiedy paręnaście lat temu w Stanach pojawili się uciekinierzy narodowości rosyjskiej z satelitarnymi zdjęciami bąbla czasoprzestrzennego akurat ponad Montauk Point na Long Island, są jeszcze żywi i uczciwi z wyglądu świadkowie, którzy od lat ze spokojem mówią przed kamerami, że w tym uczestniczyli i podziękowano im praniem mózgu – więc tym bardziej trudno w to nie wierzyć, kiedy obejrzało się te wszystkie wywiady z nimi i osoby owe nie sprawiają wrażenia ani zamożnych, ani zwariowanych, ani niewiarygodnych (poza Alem Bielekiem są to Duncan Cameron, Preston Nichols i Stewart Swerdlow – ten ostatni nie był tam naukowcem, tylko „produktem”, przeżyło mniej niż 1 procent z 300 000 dzieci, prawie wyłącznie chłopców, których pościągano z ulic i domów dziecka w późniejszej fazie tego projektu, kiedy podstarzali naukowcy zaimportowani jeszcze w ramach operacji „Paperclip” badali prezenty od obcych pod kątem produkcji psionicznych supermenów – uczestnicy dokonali sabotażu tego programu w 1984 r., po czym zamknięto bazę na Long Island i przeniesiono projekt w inne miejsce[-a] – smutne ale prawdziwe, to wszystko dla bezpieczeństwa narodowego i światowego pokoju, wiadomo…)

W sumie można dojść do wniosku, że ze względu na zagrożenie ze strony garażowych terrorystów, szalonych doktorantów itp., popularyzowanie informacji na temat dostępności technologii podróży w czasie faktycznie nie jest najlepszym sposobem na oddanie przysługi temu światu – jednak w dzisiejszych czasach wskutek obowiązywania blokady informacyjnej tak się jakoś porobiło, że pragnący się czegokolwiek dowiedzieć są skazani na niezależny obieg, a w nim nie sposób nie natknąć się na te tropy – stąd te parę wzmianek powyżej, o co tam chodziło, żeby to wyjaśnić w języku polskim. Ostrożność wydaje się również rozsądnym podejściem do tematu zjadania dzieci przez gadoidy – dorośli powinni o tym wiedzieć, że byłby sens zakasać rękawy i pozwolić flaszce stać na półce w sklepie, ale dzieci lepiej niech na razie zostaną przy nagraniach z rzeźni i ubojni koni, emitowanych czasami w popołudniowych wiadomościach, kiedy akurat nie ma nic o pedofilach – nawet za cenę utrzymywania całej ludzkości i ich samych potem już w dorosłych życiach w świecie kłamstw i szydzenia z prawdy oraz każdego, kto spróbuje dawać jej świadectwo. Z drugiej strony, według m.in. tych samych źródeł, stwarzamy i nasilamy rzeczywistość, o której myślimy, tak że całkiem możliwe, że faktycznie nie ma sensu ciągle o tym mówić ani nadawać w telewizji – a może jest sens, ciekawe co by powiedziały te dzieci i szukający ich potem latami rodzice.

W przygotowaniu podstrona o rozbieżnościach: według Alexa Colliera Szarzy zmodyfikowali nasze religie, cofając się w czasie. Tymczasem Al Bielek wyjaśnia to naukowo, rysuje na tablicy itp., że nie można zmienić przeszłości – cofając się w czasie i robiąc cokolwiek, tworzy się nową, inną linię czasu, która jak gdyby „podbiera” ułamek realności, potencjalnego prawdopodobieństwa, namacalności z oryginalnej linii czasu, którą najlepiej było zostawić w spokoju, bo w końcu może stać się całkiem przezroczysta i „skrajnie mało prawdopodobna”; chyba że my właśnie żyjemy w tej zmienionej linii dziejów, wtedy to by się zgadzało jedno z drugim. Tymczasem Billy Meier relacjonuje, że nie da się zabić swojego pradziadka, gdyż uniemożliwią to prawa spójności wszechświata; z tym co mówi Al Bielek oraz inne źródła byłoby to zgodne co do tego, że można przesunąć się w czasoprzestrzeni np. o 10 lat, ale trzeba wtedy uważać żeby trzymać się z dala od samego siebie o 10 lat młodszego – ponieważ spotkanie czy przypadkowe dotknięcie mogłoby wywołać lokalne rozdarcie czasoprzestrzeni – tzn. może całe miasto by wyparowało, znikło, wpadło w „szczelinę czasoprzestrzenną”. Z kolei syn płk. Corso, Philip Corso Junior, utrzymuje że według jego informacji żyjemy właśnie w zmodyfikowanej linii czasu – w oryginalnej Niemcy wygrali II wojnę, ale amerykańscy naukowcy z lat 60-tych cofnęli się w czasie do lat 40-tych i dostarczyli projekty uzbrojenia, amunicji itp. rozpisane w taki sposób, żeby można je było realizować przy użyciu części dostępnych w latach 40-tych; potem z kolei ZSRR wygrał zimną wojnę i tu już potrzebne było Roswell – ziemski pojazd z androidami na pokładzie (według tego źródła ludzie nie mogą podróżować w kosmosie) przysłany z okolic roku 2112, dzięki któremu Amerykanie od lat 50-tych mogli cieszyć się światłowodami, laserami, mikroprocesorami oraz innymi technologiami wymienionymi już poprzednio; w tej wersji powodem ukrywania przez władze obecności ufo jest przede wszystkim technologia podróży w czasie, dostępna po niewielkiej modyfikacji ich napędu; jeżeli w owym roku 2112 nie skonstruujemy tego spodka i nie wyślemy go w przeszłość, żeby się „‚rozbił” pod Roswell, powróci oryginalna linia czasu – hipoteza dość ekscentryczna, ale to właśnie płk. Corso był odpowiedzialny za akta z Roswell; choć na jego niekorzyść świadczy fakt, że był także członkiem tzw. komisji Warrena, która zamach na JFK wyjaśniła nie lepiej, niż ostatnio kongresowa wydarzenia z 11 września. Dla odmiany według Stewarta Swerdlowa Roswell było sfingowanym incydentem, przez który władze USA rozpoczęły zapoznawanie opinii publicznej z tematem ufo, był to też swego rodzaju test „jak ludzie zareagują”. A najczęściej spotykana wersja jest jeszcze inna: to uruchomione właśnie wówczas potężne radary zaczęły na krótki okres powodować katastrofy spodków i to była właśnie jedna z pierwszych – większość „starej gwardii” niezależnych badaczy (np. William Cooper) zwykła skłaniać się ku tej standardowej w tym temacie tezie – trzech z czterech obcych zmarło w wyniku katastrofy, a ostatni rok później w wojskowej bazie; Alex Collier rozwija to w ten sposób, że na skutek tego wydarzenia Szarzy zmuszeni byli nawiązać kontakt z Ziemianami wcześniej, niż mieli to uknute w swoich planach.

W przygotowaniu również podstrona z cytatami – często na forach internetowych zdarza się, że osoby posiadające dużą wiedzę ironizują, że wszelkie doniesienia na temat ufo mają charakter zbliżony do „Józio mówił, że Pyzio widział”, czyli praktycznie zerową wiarygodność. Tymczasem to jest po prostu inaczej, przez dekady uzbierało się sporo dotyczących latających spodków wypowiedzi osób w stylu dowódców baz z wyrzutniami rakiet nuklearnych, byłych ministrów obrony wiodących krajów NATO, ostatnio na starość pierwsi astronauci jeden po drugim przerywają milczenie i w amerykańskich mediach z bohaterów przemieniani są w zbzikowanych dziadków plotących jakieś bzdury o gigantycznym spisku władz. Inteligentne i oczytane osoby popełniają błąd zakładając, że skoro w kiosku Ruch-u ani w osiedlowej kablówce nie było żadnych wypowiedzi znanych osób na temat ufo, to takie relacje nie istnieją – tymczasem to tylko tak wygląda, stanowiąc efekt mechanizmów filtrujących wbudowanych w największe światowe agencje „informacyjne” (Reuters i Associated Press – znajdujące się zresztą w tych samych rękach), a oddolnie sprawa regulowana jest w sposób znamiennie niegodziwy dla naszego świata – po prostu jeżeli zajmujesz się ufo, to wiadomo, jesteś albo głupi, albo chory psychicznie, albo pomylony, nie znasz się kompletnie na życiu i najwyraźniej coś wytrąciło Cię ze zdroworozsądkowej równowagi, skoro już nie kumasz podstawowej bazy, że gdyby cokolwiek poważnego pojawiło się w tym temacie, to zaraz dawaliby o tym na okrągło we wszystkich telewizjach i stacjach radiowych – nie umiesz nawet oglądać wiadomości i słuchać, co do Ciebie mówią, że wszelkie ważne informacje są podawane na bieżąco… Taka przykładowa podstrona na innej witrynie ( j.pol.) – tutaj.

W przygotowaniu także podstrony z innymi ciekawymi informacjami – np. że w staroindyjskiej świętej księdze „Srimad Bhagavatam” znajduje się opis, jak to poczciwy bóg Shiva przeciw najeźdźcom z niebios o głowach węży, którzy napadli na jakieś trzy systemy planetarne(?), użył potężnych broni ze …swoich pojazdów powietrznych; to znaczy tak jest napisane w oryginale u Hindusów – według Michaela Tsariona w procesie tłumaczenia na język angielski tego typu ustępy zawsze są pomijane, to taka seria przeoczeń ciągnąca się już kilka wieków. Oczywiście również chociażby w mitologii greckiej mamy czarno na białym, że kiedy „bogowie” walczyli z gigantami, to ziemia się trzęsła, a niebo płonęło – według Meiera i Tsariona (ten ostatni samodzielnie rekonstruuje to wszystko na podstawie zapisów z prastarych ksiąg różnych kultur) giganci byli dziećmi ojców z kosmosu i urodziwych już wtedy ziemskich kobiet (zapis m.in. w Biblii: „spojrzeli na kobiety z Ziemi i zobaczyli, że są piękne”) – te urocze bachory w promieniach naszego Słońca powyrastały na dryblasów jeszcze większych od swoich protoplastów, których zapewne słusznie uznali za popaprańców nadających się jedynie do obalenia. Albo co to znaczy, kiedy Jezus mówi do apostołów: „bądźcie mądrzy, jak węże” (ang. „Be wise as the Serpents”) – jakie węże..? Według Tsariona w Biblii są przypisy objaśniające wszystko, tylko nie to jedno zagadkowe zdanie.

Rzekome relacje od sprzyjających nam kosmitów czasami nie są do końca zgodne, albo przynajmniej takie się wydają po połowicznym poznaniu – są jednak wątki, gdzie nie ma i nie było żadnych rozbieżności, jeżeli chodzi o te przekazy. Byłoby to np. uparcie powtarzane przesłanie, że przyczyną pewnego rozczarowania wielu osób własnym życiem jest tzw. „wzorzec ofiary” (ang. ‚victimization pattern’) wpojony nam przez nieżyczliwych obcych oraz ich ziemskich zauszników, polegający na myślach w rodzaju „no tak, ja jestem nieudana”, „to znowu ja, ofiara”, „lepiej będę siedzieć cicho, to grzech się wywyższać”, „wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie – ależ cierpię przez to, że jestem kimś w porządku”… Inaczej mówiąc, chodziłoby tu o takie jak gdyby samodołowanie się – poświęcanie – niedowartościowanie, trochę też na zasadzie „cierpię, więc chyba postępuję szlachetnie, no nie..?” – a wcale nie, właśnie wtedy robisz kroczki na ciemną stronę, wszystkie tego typu myśli i postawy, obojętnie jaką kto preferuje odmianę, to wtyczki mafii złych uczuć, które owszem mogą na chwilę zapewnić poczucie bezpieczeństwa pod parasolem obowiązujących wzorców religijnych itp., ale jakości samego życia jeszcze nikomu nie poprawiły – taki ktoś będzie tylko coraz bardziej „cierpieć” i „poszkodowany”, no bo „poświęcił się dla innych” – a w życiu nie chodzi o to, żeby cierpieć, to chore i gorzej, jak wyrzucanie zanęty dla gadoidów – jeśli istnieją, bo może np. te wszystkie kultury o smokach to też tylko jakieś symultaniczne wymysły w wykonaniu przodków, jest takie prawdopodobieństwo, tyle że dosyć małe; no ale na pewno jeszcze mniejsze jest prawdopodobieństwo, że gdzieś w jakiejś odległej konstelacji w którymś tam miliardzie lat wyewoluowały gady zdolne do obmyślania akcji bardziej wyrafinowanych, niż łapanie much i chowanie się pod kamykami, skakanie po drzewach bądź podwodne pogonie za rybami, darzące ludzi sympatią podobną, jak ludzie gady. To takie nieprawdopodobne, że hej – zwłaszcza, że przecież nasłuchują w SETI 24/7 i nie odebrano jeszcze żadnego sygnału z kosmosu, chyba nie ma tam życia w ogóle, totalna atrapa – a SETI ani NASA nie miałyby powodu nikogo okłamywać w tym pięknym świecie wolnych mediów, gdzie znamy na przykład prawdę o zamachach z 11 września, ogólnie po prostu wiemy, że informują nas o wszystkim i nie żyjemy w świecie propagowania idiotyzmów ani szumowin pałętających się po szczytach władzy. A co do tych gadoidów, to można mieć nadzieję, jeśli nie że są tylko widmem z przeszłości rozdmuchiwanym teraz naumyślnie, to przynajmniej że choć niektóre z nich wyglądem przypominają wojownicze żółwie ninja – poniekąd wiadomo, że rozwija się wśród nich progresywna i życzliwa nam mniejszość, może to właśnie takie; według Prestona Nicholsa i Duncana Camerona w ‚Project Montauk’ w charakterze doradcy pracował Drakonianin z ogonem, przypominający wyglądem człowieka-jaszczura, z jakim w klasycznym epizodzie „Star Trek” walczył kapitan Kirk – który raz nawet, jak to w robocie, upił się jakąś chemiczną miksturą, o której skład później się wywiadywał i odpowiadał za zwiększenie zapotrzebowania na nią; według tej samej relacji również kręcący się po Montauk mali Szarzy „upijali się” z kolei płynem „Lisol”, którym ich nacierano (ludzie próbowali używać go jako zamiennika mydła do ich czyszczenia – Szarzy straszliwie cuchną z racji tego, że wydalają toksyny itp. niestrawione resztki pożywienia przez skórę).

Zamachy z 11 września – chyba każdy śmiał się z tej teorii, że to Amerykanie zaatakowali samych siebie – tymczasem tak właśnie wypowiadali się m.in. były prezydent Włoch prof. Francesco Cossiga (że wszystkie poważne agencje wywiadowcze świata o tym wiedzą – w wywiadzie dla najstarszego włoskiego dziennika „La Corriere della Serra”) oraz były sekretarz obrony Niemiec Aleksander von Buelow (że podczas służbowej wizyty ludzie z CIA pokazywali mu supernowoczesne centrum dowodzenia w budynku WTC7 i to dlatego gmach ten musiał się potem niewytłumaczalnie zawalić, żeby nie został po tym ślad – gość napisał o tym książkę i odszedł z polityki, kiedyś był m.in. szefem komisji weryfikującej agentów Stasi). Niemiecka firma, która wyprodukowała stal, z jakiej zbudowane były kolumny wsporne budynku, wydała oświadczenie, że ich stal nie topi się w temperaturze spalania się paliwa lotniczego, tylko dwukrotnie wyższej. Konstruktor budynków (zginął w zamachach) mówił, że dzięki zastosowaniu schematu moskitiery każda z wież była przygotowana na wytrzymanie uderzeń dwóch Boeingów 707 w dowolne miejsce. Na telewizyjnych nagraniach widać, jak niedługo przed zawaleniem się wież z podziemi wydobywają się kilkupiętrowe kłęby dymu – ci, którzy stamtąd wyszli, strażacy itp., wypowiadali się jeszcze osmaleni przed kamerami, że kolumny nośne pod ziemią są zniszczone, doszło tam do potężnych eksplozji – zawsze przed wyburzeniem budynku najpierw niszczy się podziemia. To samo działo się na zupełnie rozmaitych piętrach powyżej poziomu gruntu – istnieją na ten temat nie tylko relacje bezpośrednich ofiar potężnych wybuchów, ale również nagrania radiowe z meldunkami strażaków, którzy wkrótce potem zginęli – dosłownie tuż przedtem z jednej z wież nadawszy raport, że sytuacja jest właściwie opanowana i pożary znajdują się pod kontrolą. Na trafionych samolotami piętrach panowała rzekomo temperatura pieca hutniczego – jednak to właśnie tam klatki schodowe były zniszczone i ludzie po 20 minut stali w oknach, wymachując koszulami i wołając o pomoc. Na zdjęciach zgliszczy (wszystko wywieziono natychmiast do Chin – sprzątała ta sama firma, co ruiny z Oklahoma City) widać kolumny wsporne ucięte niby krzywo trzymanym nożem – ślady charakterystyczne dla ładunków wybuchowych używanych przy wyburzaniu, według zgodnych opinii ekspertów z całego świata. Sołtys z Shanksville, gdzie rzekomo spadł czwarty samolot, nigdy nie przestał utrzymywać, że kiedy dojechał na „miejsce katastrofy”, była tam tylko dziura w ziemi – nic więcej, żadnego samolotu; miejscowy koroner: „po 20 minutach zakończyłem pracę – na całym polu nie było ani jednej kropli krwi, strzępku ubrania, niczego co wskazywałoby, że rozbił się tam samolot”. Dwa tygodnie przed zamachami z budynków WTC wycofano psy do wykrywania materiałów wybuchowych, a pracownicy zaczęli znajdować na biurkach pył wlatujący z otworów wentylacyjnych (przy wyburzaniu ładunki wwierca się w kolumny i umieszcza wewnątrz). W dniu zamachów akurat odbywały się ćwiczenia o podobnym scenariuszu, co zdezorientowało uczestniczące w nich służby szybkiego reagowania, a od początku września kontrolę nad systemem obrony powietrznej też akurat przejął osobiście v-ce prezydent USA, który jak przystało na wielkiego męża stanu, rzucił myśliwce nad ocean, kiedy już wszyscy się zorientowali, że to jednak nie są ćwiczenia i musiał je poderwać, a jeszcze mogłyby dogonić wracające w kierunku Nowego Jorku samoloty – które przez dwie godziny latały sobie jak gdyby nigdy nic po najbardziej zatłoczonym korytarzu powietrznym świata, choć takich bzdur nie ma w scenariuszach nawet najgłupszych filmów, Renny Harlin by tego nie wyreżyserował. Cztery godziny przed zamachami z World Trade Center ewakuowali się co do jednego pracownicy izraelskiej firmy telekomunikacyjnej, a po uderzeniach samolotów zaalarmowana przez przechodniów policja zatrzymała w parku inne osoby narodowości izraelskiej, które z dachu furgonetki filmowały całe wydarzenie, głośno przy tym wiwatując – zwolniono ich po dwóch tygodniach. Ale zapomnijmy o tym i nie rozwijajmy takich wątków – to przecież pachniałoby antysemityzmem, a my jesteśmy na poziomie, nie jakieś prymitywy. Była to pierwsza w historii budownictwa sytuacja, kiedy na skutek pożaru zawaliły się stalowe budynki – i to 3 od razu tego samego dnia (np. hotel w Madrycie stał w ogniu przez 24 godziny – i nic; spróbuj np. spalić swój rożen do grilla – zobaczymy, czy szybko zamieni się w obłok trującego dymu). Siedem godzin po zawaleniu się bliźniaczych wież nagle zawalił „się” budynek stojący 50 m dalej, WTC7: samą siebie przeszła tym razem telewizja BBC World, która poinformowała o tym zaskakującym wydarzeniu 20 minut przed jego nastąpieniem, pokazując na żywo panoramę Manhattanu m.in. z tym budynkiem stojącym na swoim miejscu bez żadnych ciekawszych pożarów, jak gdyby niczego nie podejrzewał, że wkrótce nieoczekiwanie się zawali i już nawet mówili o tym w wiadomościach – inne budynki stały dużo bliżej wież i nic im się nie stało, chociaż spadały na nie setki ton zgliszcz; reporterka Jane Standley nie chce o tym rozmawiać, skąd miała tę przesadnie aktualną informację – ludzie dzwonią do niej i próbują się czegoś dowiedzieć, ale ona prosi, żeby już zostawić ten temat. Wieże zawaliły się w rekordowym tempie swobodnego spadku kamienia – po przeliczeniu czasu na ilość pięter wychodzi 10 pięter na sekundę – czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie zawalający się w takim tempie budynek, np. zwykły blok mieszkalny? Tylko efekt implozji towarzyszący eksplozjom ładunków wybuchowych może to wytłumaczyć, jak też co stało się z podwojonym rusztowaniem przesadzonych kolumn wspornych, że nie stawiło oporu większego niż powietrze również na piętrach, gdzie nie było żadnych pożarów. Wszystko w okamgnieniu obróciło się w pył, którego kłęby zasnuły pół miasta – w początkowej fazie były to sunące ulicami mordercze obłoki o niewytłumaczalnie wysokiej temperaturze; zgliszcza jeszcze po 2 tygodniach miały gdzieniegdzie temperaturę kilkuset stopni – dr Steven Jones ustalił, że tylko jeden rodzaj materiału wybuchowego może być za to odpowiedzialny (ang. ‚thermyte’, typowy dla właśnie takich ładunków jęzor widać zresztą na nagraniach, jak wybija szyby dziesiątki poziomów poniżej zawalających się pięter). Eksplozje zarejestrowały uniwersyteckie sejsmografy, mówili też o nich reporterzy w relacjach na żywo. Dziwne rzeczy zdarzały się mieszkańcom Nowego Jorku na przestrzeni kilkunastu dni przed ‚uderzeniem terrorystów’ – a to ktoś dostał list od krewnego z marynarki, żeby trzymać się z dala od dolnego Manhattanu, a to policjant wypisujący komuś mandat wskazał na wieże i napomknął, że wkrótce runą, a to dzieci na wycieczce szkolnej pokazywały na budynki mówiąc nauczycielom, że „te wieże niedługo się zawalą”. Były członek administracji Busha, główny ekonomista Departamentu Pracy dr Morgan Reynolds wypisał się z ekipy i zaczął wypowiadać przed kamerami, że to oni to wszystko zaplanowali i przeprowadzili. Podobnie były gubernator Minnesoty Jesse Ventura. Z kolei dr Dan Burish miał w pracy spotkanie, gdzie poinformowano ich o sprawie jeszcze przed całym wydarzeniem – a najbardziej zszokowało go to, że wszyscy potem wrócili do swoich zajęć, jak gdyby nigdy nic, nikt się tym specjalnie nie przejął. Według niego zamachy były konieczne, aby społeczeństwo amerykańskie poparło inwazję na Bliski Wschód – w przeciwnym razie planetę wkrótce ogarnęłaby wielka wojna o te tereny, jak wynikało z podpatrywania przyszłości przy użyciu podarków od obcych, dostępnych dla elit Zachodu od lat 50-tych XX wieku. Inne hipotezy dotyczące przyczyn tej zbrodniczej mistyfikacji są bardziej prozaiczne i zresztą w ogóle nawzajem się nie wykluczają. Według Michaela Rupperta chodziło o to, aby odzyskać kontrolę nad narkoprodukcją Afganistanu, ponieważ bez tych pieniędzy Wall Street zacięłaby się niczym silnik bez oleju – w styczniu 2001 roku Talibowie po raz pierwszy puścili z dymem plony opium. Według zaniepokojonych Amerykanów rząd szykuje im permanentny stan wojenny – przepchnięta po wydarzeniach ustawa Patriot Act wyrzucająca konstytucję do kosza była gotowa …już przed zamachami – i wtedy jeszcze nie przeszła. Faktem jest też, że Talibowie nie chcieli się zgodzić na amerykański rurociąg za psie grosze – a pola za północną granicą ich kraju były już wtedy wykupione, tylko oni opóźniali całe przedsięwzięcie, żądając wyższej stawki – świadkowie z negocjacji mówią, że usłyszeli od Amerykanów dosłownie „albo zalejemy was deszczem złota, albo deszczem bomb”. W Arabii Saudyjskiej prawo koraniczne jest tak samo ostre, jak w wydaniu Talibów – ale tam wojskowe bazy USA bronią jego i reżimu Saudów, dopóki za ropę rozliczają się wyłącznie w dolarach i cały świat nieustannie potrzebuje zielonych, żeby kupować paliwo. Inna sprawa, że te budynki były już przestarzałe jak na dzisiejsze standardy – i tak by je trzeba było zburzyć, a ze względu na otoczenie wiązałoby się to z miliardowymi odszkodowaniami. Tymczasem niejaki Larry Silverstein, który wydzierżawił wieże krótko wcześniej, na odszkodowaniu zarobił miliard $ na czysto – i tak był pewnie rozczarowany, bo chciał polisę na dwa razy więcej; może coś przeczuwał..? Zresztą potem nieroztropnie wypowiedział się przed kamerami na temat budynku WTC7: „przyszli do mnie i powiedzieli, że uszkodzenia są na tyle poważne, że muszą zburzyć budynek”; ale oficjalna wersja wydarzeń po dziś dzień głosi, że WTC7 również zawalił się wskutek pożaru – ponieważ ładunków wybuchowych do kontrolowanego wyburzenia nie dałoby się rozmieścić w kilka godzin… Z kolei rakieta lub jednosilnikowy samolot bezzałogowy, który tamtego dnia uderzył w Pentagon (raczej nie był to Boeing, skoro dziura w ścianie była jak po traktorze, a piętro ponad nią ani ze stołu nie spadł monitor, ani z pochyłego pulpitu książka – widać to na zdjęciach; „dla bezpieczeństwa narodowego” na zawsze utajniono wszystkie taśmy z dziesiątek kamer monitoringu przemysłowego z okolicznych hoteli, stacji benzynowych etc. – FBI zaczęło je konfiskować …20 minut po zamachach) uderzył akurat w jedyne skrzydło gmachu zajmowane przez Marynarkę Wojenną USA – tak podobno wyglądają ich wewnętrzne pozdrowienia. W każdym razie, najbardziej żenująca jest w tym wszystkim postawa polskich dziennikarzy, byłych ambasadorów itp. komentatorów i ekspertów, którzy udają głupich i biorą za to pieniądze, robiąc ludziom wodę z mózgu – lansuje się jakieś kwestie i debaty lustracyjne, że ktoś coś zrobił 20 lat temu i teraz ma za to ponosić konsekwencje, a może nie ma ponosić, studenci i wykładowcy dyskutują o tym na uniwersytetach – a tymczasem żyjemy w świecie fałszu, totalnej zdrady dzień za dniem, kłamania w żywe oczy za pieniądze – i chyba tym należałoby się w pierwszej kolejności zająć, gdyby to całe ględzenie było naprawdę szczere i coś warte. Kiedyś Niemcy i Rosjanie musieli przyjeżdżać czołgami, żeby wydzierać nam wolność, o którą tak wytrwale walczyły pokolenia przodków – potem zmieniły się generacje i wystarczyło, że ktoś wyłożył kasę, a sami się sprzedaliśmy, jedni drugich, dziś cały kraj nie zna prawdy, tylko powtarza kłamstwo – a na naszej ziemi nie ma ani jednego amerykańskiego czołgu, są tylko ich pieniądze. Wstyd – w takiej np. holenderskiej telewizji mają autorskie programy w rodzaju „11 września – atak czy dar z niebios?” [występuje m.in. Michael Meacher, członek brytyjskiego parlamentu i minister środowiska w latach 1997-2003], podobnie w niedemokratycznej Rosji czy „dyktatorskiej” Wenezueli (Chavez wygrał wybory dwa razy tak samo, jak Bush – tyle że poradził sobie bez cudów z tysiącami maszynek do głosowania, mylących się wyłącznie na niekorzyść kontrkandydatów i tylko w stanach o równowadze notowań). W polskiej tv nie było nawet filmów Michaela Moore’a, skądinąd pomijającego w swych dociekliwych dziełach wszystkie wymienione powyżej fakty i lansowanego w amerykańskich mediach z intensywnością, jakiej uczciwi ludzie tam nie doświadczają. Podobne zagrania znane z historii Stanów Zjednoczonych to m.in. „wysadzenie przez Hiszpanów” okrętu USS „Maine” w 1898 r. w Hawanie, co zapoczątkowało zwycięską dla USA wojnę o Kubę – w prasie natychmiast histeria, szok i nienawiść, ludzie masowo zaczęli zgłaszać się do wojska (ponad milion ochotników), a po latach okazało się, że to był pic na wodę, Hiszpanie tego nie zrobili, w wodzie w ogóle nie było żadnej miny – kapitan okrętu od początku utrzymywał, że to eksplodował kocioł z węglem, co później potwierdziło dochodzenie; incydent w Zatoce Tonkin w 1964 r., który zapoczątkował inwazję na Wietnam (wcześniej Eisenhower i Kennedy wysyłali tam tylko doradców wojskowych) – rzekomo wietnamskie kutry storpedowały amerykańskie niszczyciele, a po latach nawet ówczesny sekretarz obrony USA Robert McNamara przyznał, że „to była pomyłka”, w wodzie nie było żadnych torped, to prawdopodobnie niedoświadczony operator sonaru przejął się być może paroma delfinami. Również Pearl Harbor nie było do końca czystą tragedią – konkretnie chodziło o to, że Roosevelt nie potrafił przekonać Amerykanów do rozpoczęcia wojny z Niemcami, Hitler też nie chciał zaczynać, więc trzeba było rozegrać to przez sprzymierzonych z nim Japończyków – najpierw Amerykanie długo prowokowali ich sankcjami, totalnym utrudnianiem życia i żeglugi etc., a kiedy Japończycy postanowili w końcu coś z tym zrobić, prezydent USA miał według skrupulatnych ustaleń teraz już nawet konwencjonalnych historyków co najmniej 7 ostrzeżeń o zbliżającym się ataku na Pearl Harbor – jego reakcją było wycofanie z portu jedynie większości lotniskowców oraz …skierowanie radarów do naprawy – to się miało wydarzyć, żeby można było wreszcie rozpocząć tę wojnę. Ale najbardziej patologiczny z tych wszystkich przekrętów, na szczęście niezrealizowany projekt, to zdaje się ‚Operation Northwoods’ – zestaw pomysłów zaproponowany Kennedy’emu w roku 1962 przez ówczesnego szefa połączonych sztabów gen. Lymana Lemnitzera, który wkrótce potem za te chore koncepcje stracił stanowisko: chodziło o uzyskanie poparcia społeczeństwa dla inwazji na Kubę, plan zakładał m.in. sfingowanie ataków „kubańskich” snajperów w wielkich amerykańskich metropoliach, m.in. Miami i Waszyngtonie, zwalenie ewentualnej śmierci wysyłanego wtedy w kosmos pierwszego astronauty Johna Glenna na rzekomych kubańskich sabotażystów, a także sfingowanie zestrzelenia amerykańskiego samolotu pasażerskiego. Proponowano również atak przebranych za żołnierzy Castro zaprzyjaźnionych Kubańczyków na bazę Guantanamo, ponowne wysadzenie jakiegoś własnego okrętu w okolicy, a także zatopienie łodzi z kubańskimi uciekinierami i akty przemocy wobec społeczności emigrantów na terenie USA, za które winą obarczone miały zostać kubańskie służby. Na tej samej zasadzie doradzano zamachy bombowe i podkładanie dowodów na winę przysłanych z Kuby sprawców oraz porwania powietrznych i lądowych środków transportu; czego się nie robi dla ojczyzny i demokracji, kiedy jest się generałem – patriotą (ich to tam wielu obmyślało, a w podsumowaniu wystąpili o poszerzenie swoich uprawnień i oddanie im dowodzenia nad inwazją na wyspę). Z innych krajów warto wspomnieć operację Gladio potępioną w latach 90-tych przez Parlament Europejski, polegającą na długoletnim fingowaniu przez tajne służby wiodących krajów NATO kontynentalnej Europy morderczych aktów terroru i zwalaniu odpowiedzialności za nie na różnorakie grupy i środowiska wedle bieżącego zapotrzebowania politycznego. Również zamachy 7/7 w Londynie nosiły wszelkie znamiona ‚operacji pod fałszywą flagą’ (ang. ‚false flag operation’) – też akurat odbywały się ćwiczenia o identycznym scenariuszu, z tymi samymi stacjami metra i tym samym czasem synchronicznej eksplozji (!?!), o czym ich zrozumiale wstrząśnięci uczestnicy mówili jeszcze tego samego dnia w radiu i telewizji; pasażer z metra relacjonował, że w wagonie wybrzuszyła się podłoga, a nie że to wewnątrz coś eksplodowało; Brazylijczyk, w którego głowę wpakowano wkrótce potem pół magazynka – akurat wszystkie kamery monitoringu się zepsuły, kiedy do pociągu weszli antyterroryści i kazali wszystkim wyjść – jego terroryzm polegał prawdopodobnie na tym, że wiedział o ofercie pracy „jeżdżenie z plecakami po mieście”, której nie przyjął – „zamachowiec” z autobusu według relacji ocalałych współpasażerów bardzo nerwowo zaczął grzebać w swojej torbie, kiedy w radiu podano informacje o eksplozjach, a był to jedyny z ponad 700 autobusów miejskich, który po pierwszych wybuchach skierowano na inną trasę i postój, gdzie detonacja ładunku nastąpiła akurat w momencie przejeżdżania przy nim furgonetki firmy reklamującej swoje usługi w branży …wyburzania – uwieczniła to kamera; podobnie jak 9/11, również 7/7 to data związana z jakimś cyklem kalendarza słoneczno-zodiakalnego, czy czegoś w tym stylu. To samo zamachy w Madrycie – kiedy hiszpańska policja ruszyła ze śledztwem, po pewnym czasie okazało się, że tropy prowadzą do …współpracowników hiszpańskich służb; według historyków takich jak Michael Tsarion tajne stowarzyszenia pokroju Iluminatów nigdy nie zinfiltrowały żadnej agencji wywiadowczej Starego Świata – to oni je wszystkie pozakładali. Dość zagadkowy epizod (o tym akurat pisały nasze niezależne w tę stronę świata gazety) wiąże się również z wysadzaniem „przez Czeczenów” bloków mieszkalnych w Rosji: na zwołanej po tych wypadkach konferencji prasowej wysoki oficer milicji złożył kondolencje mieszkańcom miast dotkniętych atakami, przy czym wymienił nazwę miasta, gdzie zamachy wydarzyły się dopiero dwa tygodnie później – wzbudzając na ten okres zrozumiałą panikę wśród mieszkańców, którzy powołali obywatelskie patrole sprawdzające piwnice itp.: w jednej z nich milicjanci aresztowali ludzi z ładunkami wybuchowymi, którzy okazali się pracownikami rosyjskich służb FSB; oczywiście ich też potem zwolniono, a zamachy i tak się odbyły – zrobili to Czeczeni, ci nieobliczalni terroryści… (są to rasowi terroryści – podobnie jak wszyscy inni zadziorni mordercy naszych czasów, zamieszkują bowiem powierzchnie ponad resztówką złóż ropy lub tereny równoważne przesmykom górskim tam prowadzącym; być może to wyziewy nafty oddziałują tak na tych ludzi, że zaczynają krwawo prowokować najpotężniejsze mocarstwa, z braku lepszych pomysłów w zaślepieniu kierując swój gniew z reguły na obiekty cywilne, bynajmniej nie wojskowe ani zbliżone do siedzib władz).

Ale opuśćmy już ten świat terroryzmu i zdrady przebierającej się za patriotyzm za parawanem ludzkiej naiwności – ani Jezus, ani Budda, ani żadni kosmici nie mówili, i nikt tak też w sercu nie czuje, że sprytnie byłoby skupiać się na negatywnych sprawach i smucących tematach; od tego są odpowiednie służby i osoby, które co miesiąc otrzymują należyte wynagrodzenie; a przynajmniej można mieć nadzieję, że są wśród nas tacy bystrzacy i to na to idzie chociaż część podatków – bo np. co robią za nasze pieniądze z telewizją publiczną, niestety każdy może zobaczyć. Z ciekawszych rzeczy warto chyba natomiast wypróbować to, czy to z tymi naszymi życiami nie jest czasem tak, jak mówi David Wilcock, że ktoś z gwiazd nawkręcał mu w głowę podczas medytacji, a potem wojskowi naukowcy powiedzieli to samo: że kiedy doświadczasz jakiejś negatywnej emocji, myśli albo zdarzenia – to znaczy, że robisz albo myślisz coś niewłaściwego, nie w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą, nie w tę stronę, co trzeba i byłoby dobrze dla Ciebie oraz Wszechświata. Z kolei kiedy masz dobre przeczucie, to nie jest tak, że to Bóg ci powiedział, kosmos dał cynk albo ufoludki lub znajomi przekazali telepatycznie temat – to cząstka Ciebie, o której nie przeczytasz w gazecie, cały czas próbuje się z Tobą kontaktować, wiedząc wiele rzeczy lepiej i potrafiąc celniej przewidywać – to Twoje takie jak gdyby „wyższe Ja”, trwające sobie gdzieś w innym wymiarze; według tego samego źródła rok 2012 ma w dużym stopniu polegać właśnie na tym (u niektórych osób będzie się to działo wcześniej), że w prawie każdym następować będzie jednoczenie się świadomości z tą jak gdyby nadświadomością i innymi takimi kawałkami nas w jeszcze innych wymiarach – jednak wiele niepoinformowanych osób nie będzie potrafiło wykorzystać tej szansy i myśląc, że zwariowały, że im odbija, będą się skupiały wyłącznie na ukrywaniu swoich nowych mocy psychicznych przed rodziną i znajomymi. Nawet naukowcy z publicznego obiegu doszli już do tego po tych kwantach, że wymiarów jest znacznie więcej, niż cztery – nie wiadomo jeszcze tylko, ile dokładnie ich się tam nazbierało – 7, 11 czy 20-kilka; w tej sytuacji faktycznie wydawałoby się to niegłupie, że skoro istniejemy tu w tych paru namacalnych wymiarach, to w tamtych też muszą sobie trwać jakieś cząstki nas. Przy okazji, według zbliżonych źródeł, oprócz czasoprzestrzeni istnieje też coś takiego, jak przestrzenio-czas – to tam się dzieją sny, to jest jak gdyby odwrotność naszej rzeczywistości, to znaczy jeżeli czasoprzestrzeń wyobrazimy sobie jako zewnętrzną powierzchnię balonu, to przestrzenio-czas byłby jego powierzchnią wewnętrzną – są tam trzy wymiary czasu i jeden wymiar przestrzeni, ale tego to już „za Chiny” nie potrafię zrozumieć ani nawet w połowie pojąć – jak wielu rzeczy, o których mówi ten Wilcock, gość najwyraźniej przeczytał za dużo książek o fizyce i myśli, że każdy potem załapie wszystko w kilku zdaniach…

Żyjemy w świecie, w którym nie ma elementarnej wolności do spontanicznego manifestowania własnej indywidualności, emocjonalności i pomysłowości, do życia „po swojemu” w zgodzie z wewnętrznymi przeczuciami oraz pragnieniami chwili – zamiast tego każdy musi być normalny, zachowywać się tak, jak reszta i myśleć plus minus w ten sam sposób, co inni; jeżeli spróbuje postrzegać ten świat inaczej, to już ryzykuje: albo będzie to tolerowane, albo go gdzieś ze współczuciem zamkną, oczywiście „dla jego dobra”. I to ma być wolność, ten cały szumny wolny świat..? Żeby zrozumieć, o czym mowa, po pierwsze niezbędne będą jakieś poglądy czy w ogóle informacje różniące się od powszechnie propagowanych jako właściwe – dopiero wtedy człowiek faktycznie spotyka się w swoim życiu z taką sytuacją, że chciałby sobie we własnej głowie pospekulować w jakimś kierunku, ale w tle odzywa się brzęczyk, że dalej na tej drodze może czekać uznanie przez otoczenie za przypadek pomieszania zmysłów, nawet przez autentycznie dobrotliwe i inteligentne osoby, które po prostu jeszcze nie natknęły się na żadne ślady matriksu i niczego nie podejrzewają – taka bariera w naszej rzeczywistości, stanowiąca jakby płot wokół naszej wolności, istnieje naprawdę, można tam dotrzeć – to nawet nie jest daleko, ja sam np. jeszcze rok temu myślałem, że wszystko jest fajnie, w XXI wieku media są wreszcie niezależne i naprawdę podają zwykłym ludziom całą prawdę na bieżąco, zresztą miliony dziennikarzy, ekspertów i naukowców przecież nie mogłyby przegapić żadnej większej ściemy, bądźmy poważni i zostańmy na poziomie oczytanych, a nie debili którzy myślą, że świat stoi na głowie; codziennie z zaciekawieniem oglądałem programy informacyjne w polskiej tv, jak również dla większego splendoru także te po angielsku na BBC i Euronews, uznając to za niezłą metodę bycia na czasie ze wszystkimi ważnymi sprawami naszego świata; byłem przekonany na mur beton, że zamachy z 11 września to dzieło ludzi Osamy wyuczonych pilotażu na wielbłądach, śmiałem się do rozpuku ze zwolenników teorii o udziale amerykańskich władz, no i jak każdy wszechstronnie zorientowany, zdawałem sobie też sprawę, że żadnego ufo jakoś niestety nigdy jeszcze nie sfotografowano, w ogóle w całym kosmosie wydaje się panować cisza, jak makiem zasiał, choć wciąż intensywnie szukają i bezustannie nasłuchują przez radioteleskopy; kiedy słyszałem, jak ceniona przeze mnie wcześniej osoba mówi o jakiejś innej wersji na temat 11 września, albo że ludzie nawiązali już kontakt z kosmitami – nie mogłem wyjść ze zdziwienia, jak ktoś tak wiele warty mógł nagle tak szybko zgłupieć, żeby teraz miejscowo zdradzać już totalną ignorancję w temacie wiedzy o świecie nawet na średniawo przyzwoitym poziomie – której w ogóle już nie potrafi odróżniać od absurdalnych wkrętów dla hipernaiwnych, co nikt normalny czy jako tako wykształcony by w to nie uwierzył ani na sekundę, nawet by się nad takim badziewiem nie zastanawiał. Teraz mam za swoje i to ze mnie się śmieją; w każdym razie, na bazie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że nigdy nie wiesz, czym się będziesz zajmować za rok.

Ciekawe, czy na innych planetach, tam gdzie mają pojazdy międzygwiezdne i funkcjonują w ramach struktur zrzeszających wiele układów i różnorakich form życia – czy kiedy się budzą co rano, to od razu kwiczą i łapią się za głowy, że jacyś kosmici istnieją, panikują, że krążą jeszcze gdzieś po galaktykach inne światy i tam też żyją ludzie oraz operują gangi zdołowanych istot, że gdzieś nawet podobno mieszkają hałaśliwe stwory, które swoją planetę nazywają Ziemią, a stanowi ona dom dla miliardów przedstawicieli tej niezwykłej kosmicznej rasy..? Moim zdaniem to jest coś najzupełniej normalnego i właśnie to jest rozsądne i logiczne, że tak jak są ludzie z innych krajów, tak samo są ludzie z innych światów, planet – to tacy trochę dalsi sąsiedzi; np. na powierzchni naszego globu wszystkie tereny są mniej lub bardziej zamieszkane, najwyraźniej ziemia lubi być przez kogoś deptana – a spójrz nocą w niebo, czy to wygląda jak Czarnobyl..? To tylko w naszym świecie taka perspektywa wydaje się póki co w niemałym stopniu szokująca, po pierwsze dlatego, że w sumie dopiero się rozwijamy jako cywilizacja i wiek za wiekiem powoli pozbywamy złudzenia, że jesteśmy pępkiem kosmosu, a po drugie dlatego, że współcześnie po prostu ostro z nami jadą, oficjalnie rozgłaszając nieprawdziwe informacje przy użyciu kanałów rządowych i medialnych, np. „naukowe wiadomości” z instytucji o nazwie SETI – normalni bystrzy ludzie dają się na to nabrać, bo nikt by nie podejrzewał, że oni mogą tak po prostu kłamać albo w ogóle nie znać prawdy o swojej dziedzinie – tzn. te osoby wypowiadające się przed kamerami; dla usprawiedliwienia trzeba dodać, że oni myślą, że robią dobrze, że to dla dobra świata i ludzkości, żeby uniknąć wybuchu paniki i chaosu – no a co z tego wychodzi w praktyce, to się naoglądamy jutro od nowa, nie tylko w telewizji, lecz również na ulicy – piękny świat, nie ma co, a jak rewelacyjnie pachnie z tych wszystkich rur wydechowych – miodzio… Przez 60 lat nie zrobili nic, żeby przybliżyć ludzkość do prawdy i wyswobodzenia z historycznych kłamstw, a właściwie zrobili jeszcze mniej, gdyż wdrażając taktykę ośmieszania i dezinformacji, we współczesnym świecie umeblowali prawdę na przedpokój do domu wariatów, a wiele zwyczajnie szlachetnych osób po prostu wykończyli, skoro groźbami nie dało się ich złamać – kręgi i agencje odpowiedzialne za te tajemnice i ponure ruchy musiałyby zrobić jakiś porządek we własnych szeregach, bo to wszystko dość dziwnie wygląda, a na naiwność w tej sytuacji już raczej nie ma co liczyć; w dzisiejszych czasach nawet nie trzeba być bohaterem, żeby przeciwstawiać się tak hardemu oszustwu i zakłamaniu – jeśli chodzi o niezależny obieg informacyjny, to w tym momencie już zdaje się codziennie zasilają go nowe filmy dokumentalne, istnieją dziesiątki tysięcy(?) stron internetowych w setkach języków – miliony ludzi wzięły się do roboty, choć nikt nie obiecał im za to ani grosza, po prostu z czystej przyzwoitości, której nie pokazywali w telewizji, ale jeszcze najwyraźniej nie przeszła do historii. Może na razie nie mówią o tym w telewizji, to znaczy nie w polskiej ani jej bajecznie bogatej idolce, tej amerykańskiej – ale niewątpliwie coś zmienia się w masowej świadomości, kto nadstawi ucha, ten usłyszy. Przy czym te „czarne charaktery” również zdają sobie z tego sprawę – przypatrz się np. swojemu genetycznie zmodyfikowanemu pomidorowi, smakującemu jak jakieś lekarstwo – kto wie, może to lekarstwo właśnie na te „teorie” spiskowe..? (nie wiem, nie mam mikroskopu – ale są informacje tego rodzaju i to z wielu źródeł)

Hipoteza reptilian (ang. ‚reptile’ = gad): prawda, prowokacja GRU czy oczernianie wesołych potworów z kosmosu – a może wszystkiego po trochu..? Gdyby współcześni ludzie podbijali jakąś planetę i chcieli uczynić jej mieszkańców niewolnikami, na pewno wybudowaliby im wysokie płoty z drutami pod prądem, każdy dostałby zdalnie sterowaną obrożę, bez wątpienia sporo byłoby też brzęczenia łańcuchami… Tymczasem w oparciu o różnorakie dziwne fenomeny naszej rzeczywistości i haniebnie uderzające paradoksy tego świata, coraz częściej słyszy się głosy, że najwyraźniej w branży okupacji istnieją również jakieś bardziej wyrafinowane rozwiązania, systemy tak zaawansowane, że ich więźniowie na własnej ziemi mają duży problem w ogóle ze zorientowaniem się w sytuacji, że cały czas ktoś niepostrzeżenie ich kontroluje i nimi manipuluje, że wolność, którą na co dzień mogą się cieszyć, to tylko wolność reklamowana w telewizji, zwykłe badziewie dla takich, co wierzą reklamom. Jeżeli przekonała Cię ta hipoteza, nie zwlekaj i nie siedź tak bezczynnie, ale może chociaż spróbuj odwdzięczyć się tym, którzy w Twoim życiu najwięcej dla Ciebie zrobili: udaj się do cioci albo babci i wytłumacz im, że jakieś gadoidy lub ich krzyżówki z ludźmi sterują naszym światem od tysięcy lat, to stąd były te wszystkie wojny i masakry, terror wieków – dla nich to coś jak żniwa, bez tego zdechliby z głodu; że to takie dwumetrowe jaszczurki chodzące na dwóch nogach, co jedzą dzieci i fruwają w niewidzialnych latających spodkach, kiedy akurat nie wychodzą ze ściany, a tak w ogóle to potrafią zmieniać postać i zazwyczaj głupio się patrzą, jeśli oczywiście nie przebywają w tym swoim wymiarze, skąd podłączają się do czakr niektórych ludzi, niby wszy do włosów czy tasiemce do układów pokarmowych. Oczywiście babcia albo ciocia nie uwierzy w 97 procentach przypadków; wtedy należy spróbować z kimś inteligentnym, na poziomie, młodym i oczytanym na bieżąco – i co, taka sama reakcja… Bierze się to stąd, że nawet kiedy ktoś o otwartym umyśle, bystry i szybki w myśleniu, z pozytywnym nastawieniem i szacunkiem wobec osoby przekazującej mu tę teorię, słyszy taką propozycję modelu otaczających nas realiów, to w jego głowie uruchamia się normalne inteligentne myślenie, a efekt analizy wygląda w ten sposób, że przecież gdyby byli jacyś kosmici, to chyba ci z SETI powiedzieliby o tym pierwsi, a to nie może być tak, że cały świat jest zakłamany i wszystkie najróżniejsze media rozmijają się z prawdą, ponieważ za dużo jest porządnych dziennikarzy i rozmaitych właścicieli stacji telewizyjnych, żeby to wszystko mogła być jakaś zmowa, kartel, parada kłamstw i banda oszustów. Rozumowanie to wydaje się nie mieć słabych punktów – oprócz tego, ze jest błędne, gdyż ci wszyscy porządni dziennikarze z reguły także myślą, że mówią prawdę i nie wynika to z naiwności ani nieuwagi, tylko naprawdę trudno się zorientować i natknąć na jakieś ślady, że w naszej rzeczywistości „coś poprawiają” – w głównym obiegu informacyjnym w ogóle tego nie ma, a kto ma czas na szukanie jakichś danych po sieci, skoro można mieć wszystko za włączeniem guziczka i gromadząc informacje o świecie, jednocześnie np. jeść pizzę – no czy to nie jest fajne..? Stacje telewizyjne nie mogą siać paniki w oparciu o informacje zupełnie różne od oficjalnie uznawanych za puzzle układanki z prawdą, takie rzeczy grożą utratą koncesji, procesami o odszkodowania i innymi kłopotami, a zyskać można bezpośrednio niewiele. Ale czy to samo się tak porobiło, że akurat tej hipotezie najtrudniej jest dać wiarę i przypisać przyzwoite prawdopodobieństwo poprawności? Przecież gdyby ci z SETI mówili prawdę, to ludziom też łatwiej byłoby uwierzyć w te hybrydy rządzące światem, cwane jaszczurki z kosmosu i w ogóle takie sprawy – gdyby ci z SETI chociaż nie kłamali, to inteligentnym ludziom dużo łatwiej byłoby uwierzyć, w każdym razie nie musieliby odrzucać tej teorii jako nieprawdziwej w związku ze sprzecznością z podawanymi w mediach komunikatami tego rodzaju ‚ośrodków naukowych’. A więc dla kogo oni właściwie pracują..? Pewnie oni sami tego nie wiedzą, tak to wydaje się wyglądać – np. Phil Schneider też przez kilkanaście lat myślał, że nie dość, że zarabia niezłą kasę, to jeszcze pracuje na rzecz dobra ludzkości – aż pojechał służbowo na spotkanie w jakiejś tajnej drugiej siedzibie ONZ gdzieś pod wodą i weszli Szarzy, od których unosi się atmosfera zła, dławiącego paraliżu i cmentarnego robactwa, każdy to relacjonuje mniej lub bardziej okropnie – ludziom chce się wymiotować i pluć na nich jednocześnie, budzą obrzydzenie i niechęć niczym trędowaci faszyści do kwadratu – i takie stwory wchodzą sobie na spotkanie wysokich oficjeli w ONZ, zasiadają w wywyższonej loży i dyktują ludziom politykę, jak postępować z tym światem i jego mieszkańcami – nic dziwnego, że zobaczywszy coś takiego, gościu zrezygnował z roboty, chyba każdy by tak zrobił; no, może poza paroma osobami poruszającymi się po Warszawie drogimi samochodami. Jeżeli chodzi o wskazówki dotyczące najlepszych taktyk w starciach wręcz z Gadoidami i podczas bliskich spotkań z cuchnącymi Szarymi, to może przede wszystkim warto pamiętać, że oni mają rozkazy nas nie zaczepiać, tylko po cichu wszystko przygotowywać – o ile nie biegniesz na takiego z siekierą, on też raczej nie będzie próbował Cię ruszać (no chyba, że wygrałeś w konkursie „wszczepiamy implant”). Podobno (zupełnie niepotwierdzone informacje) wiele zwykłych gadoidów zna angielski oraz kilka innych języków – w razie czego można spytać, czy nie rozumieją, że krzywdząc innych, rozczarowują wszechświat i sami sobie warzą złą karmę – bo tak mówią ci „dobrzy” kosmici, że oni dlatego ciągle wymierają i mają doła, potrzebują do swoich sztuczek maszynerii zamiast siły woli, ponieważ kosmos nie udostępnia im swoich mocy, jest wobec nich niby obrażona matka; według Plejaran na pewnym etapie odkryć naukowych niezbędnym czynnikiem do powodzenia eksperymentów jest miłość, bez tego już dalej nie zaskoczy – według Colliera to dlatego gadoidy nie mogą się dalej rozwinąć i potrzebują zaplutych Ziemian, żeby jakoś ciągnąć; a dopóki my jesteśmy zapluci, zasługujemy na to, żeby one tu były – więc dla Wszechświata jakby wszystko się zgadza…

W roku 1943 admirał Doenitz z radością wypowiedział się, że „na Antarktydzie udało się odnaleźć wejście do mitycznej krainy Shangri-La i wybudowano tam ‚niezniszczalną fortecę’ dla Fuhrera i jego najbliższego otoczenia na wypadek niekorzystnego obrotu działań wojennych”. Według m.in. Billy’ego Meiera i Ala Bieleka, naziści w latach 30-tych zorganizowali ekspedycję do Tybetu, skąd wrócili z koncepcją silnika antygrawitacyjnego od lewitujących po górskich klasztorach mnichów i/lub ze strzeżonych przez nich zwojów (niezłe opisy działania napędu pojazdów ‚bogów’ znajdują się również w prastarych świętych księgach z Indii) – w 1945 r. w bunkrze w Berlinie znaleziono ciała bodajże siedmiu tybetańskich mnichów, z których jeden był w dodatku jakimś strażnikiem klucza, czy coś w tym stylu. Kiedy się pracuje nad tą antygrawitacją, to w pokoju obok można od razu robić podróże w czasie – sprzęt jest praktycznie ten sam; według Ala Bieleka w Niemczech równania związane z poruszaniem się po czasoprzestrzeni pisał m.in. Oscar Schneider, to dlatego był potem taki cenny. Oprócz wyżej wymienionych, istnieje niestety cała masa źródeł i opracowań dotyczących ucieczki śmietanki nazistów na Antarktydę – więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Np. w Polsce jacyś mistrzowie już w latach 50-tych powydawali książki, w których znajdowały się mapy z głównymi ośrodkami nazistowskiej emigracji w Brazylii i na Ziemi Ognistej, a także rozmieszczenie domniemanych baz w Argentynie oraz na Antarktydzie. Możliwe, że to oni pokonali pierwszą ekspedycję admirała Byrda – każdy, kto ma telewizor, nieraz widział zdjęcia z ataków japońskich kamikadze na amerykańskie okręty podczas zaciętych i pełnych ognia bitew, ale zapewne mało kto miał okazję obejrzeć kilkusekundowe nagranie podobnej sceny, ujęcia zza stanowiska artylerii przeciwlotniczej na okręcie, kiedy ponad statkiem bardzo szybko przemyka …latający talerz, brzydki jak niemiecki – bezradna mina amerykańskiego żołnierza (nie są w stanie tak szybko obrócić działka p-lot) pozwala przypuszczać, że jest to materiał autentyczny, do wglądu na niezależnych filmach dokumentalnych o Antarktydzie. Według relacji z kontaktów Billy’ego Meiera, ocaleli naziści czym prędzej poszli po rozum do głowy, tak jakby zerwali z przeszłością w wykonaniu Adolfa i żałowali tego, co nawyrabiał – po czym generalnie odlecieli w kosmos, zresztą u nich dowódcami takich pojazdów były zazwyczaj kobiety, ten dział mieli mocno uduchowiony ze względu na kontakty z prawdziwymi ufo; Plejaranie raczej nie mówią o nich źle, natomiast według Alexa Colliera od tego czasu zdążyli już pomóc gadoidom w podboju kilkunastu planet – tu na ostrożne poparcie byłaby relacja najsłynniejszej amerykańskiej pary uprowadzonych z lat 60-tych Betty i Barney’a Hillów, którzy podczas seansu hipnozy w 1989 r. przypomnieli sobie, że na spodku między Szarymi stał człowiek, w czapce kapitana i …ze swastyką na ramieniu – oni są z małej mieściny, ciekawe po co mieliby wymyślać akurat coś takiego, o ile ich sąsiedzi to nie sami ufolodzy i badacze ukrytych wątków historii. Jeśli to prawda, że post-naziści byli naszą forpocztą w kosmosie, to już naprawdę nic dziwnego, że nie trąbią o tym w radiu – to by dopiero zeszła dolina na miliardy, gdyby to ujawnili, nie mówiąc o renesansie organizacji neonazistowskich. Niestety sporo faktów wydaje się jakby potwierdzać te doniesienia – przede wszystkim po zajęciu Niemiec alianci nie mogli się doliczyć ok. stu łodzi podwodnych najnowszego typu, wyprzedzającego swoją epokę o kilkanaście lat, 100 000 ludzi, w tym wielu naukowców, dwóch latających talerzy (inne znaleźli i żołnierze z Zachodu, i z ZSRR, w bazach we wnętrzach skał, gdzie zaczynali to produkować – według Ala Bieleka alianci wygrali II wojnę o 30 dni, tyle czasu pozostawało do przeważenia się szal, to dlatego Niemcy bronili się do końca, jeszcze dziećmi w Berlinie). W książkach z całego świata poświęconych problematyce podwodnej ewakuacji nazistowskich elit bardzo często (jeśli nie najczęściej) cytowany jest polski badacz Igor Witkowski – autor m.in. czterotomowej pozycji „Supertajne bronie Hitlera”. Wiele osób posiadających atlasy geograficzne może sobie sprawdzić, że do dnia dzisiejszego jeden z regionów Antarktydy bywa nazywany miłą dla ucha nazwą ‚Nowa Szwabia’ (zamiennie z ‚Ziemia królowej Maud’). W czasie wojny w mediach nie obowiązywało jeszcze embargo na informacje o latających spodkach (w ogóle pisało się o tym na pierwszych stronach do połowy lat 50-tych – wtedy to nie było jeszcze śmieszne; u nas np. zrobiło się to nagle niepoważne zdaje się po 1989 r. – w ZSRR zawsze była wokół tego inna atmosfera, oni nie mieli tak dużo do ukrycia, jeśli chodzi o temat gości z kosmosu) – istnieje wiele krótkich notatek w zachodnich gazetach codziennych z ostatnich miesięcy wojny o nowej powietrznej broni Niemców, budzącej wiele obaw wśród dowódców sprzymierzonych. To nie koniec tej garści „szczegółów”: włoski dziennikarz Luigi Romersa po wojnie uparcie zarzekał się, że w 1944 r. na jednej z wysp Bałtyku był świadkiem potężnej eksplozji i widział wielki grzyb – obecni z nim w bunkrze dowódcy (ten jeden raz nie pozwolono mu zabrać tłumacza) nie używali słowa ‚Atombombe’, tylko coś jak ‚Zeitregelungbombe’ – co tłumaczyłoby się jako ‚bomba rozpadowa’; powiedziano mu tylko, że „kiedy bomba będzie gotowa, zostanie użyta na Wschodzie”. Według Ala Bieleka na szczęście dla żołnierzy aliantów Hitler do końca pozostał totalnym rasistą i nie zdecydował się na użycie tej broni przeciwko ludziom z Zachodu; poza tym Niemcy mieli taką zasadę, że nie udostępniali siłom zbrojnym żadnej nowej technologii wojskowej, dopóki nie istniała technologia obrony przed nią – a przed tą bombą, silniejszą niż wodorowa, w żaden sposób nie można się było obronić. Co ciekawe, pierwsze testy z bronią jądrową na amerykańskim poligonie odbyły się …pięć tygodni po zajęciu Niemiec – bywa i tak. Obszerny artykuł na ten temat w języku polskim m.in. ze zdjęciami niemieckiego ufopodobnego badziewia i projektem statku międzygwiezdnego Andromeda w kształcie cygara, którym podobno stąd odlecieli – tutaj. Z kolei hasło ‚Nowa Szwabia’ w polskiej Wikipedii ma do zaoferowania następujące interesujące ustępy:

„Po wojnie powstała teoria spiskowa dotycząca zainteresowania III Rzeszy Antarktydą. Wielu ludzi uwierzyło, że na terytorium Nowej Szwabii Niemcy założyli tajny kompleks, w skład którego wchodziły: baza U-Bootów oraz kompleks schronów i budynków badawczych, w których hitlerowcy zgromadzili ogromne ilości złota z okupowanych krajów, a także prowadzili prace nad „Cudowną Bronią”. Nowa Szwabia miała posiadać też swój własny garnizon wojskowy. Poza tym, w końcowej fazie wojny miała to być kryjówka dla uciekających z Rzeszy nazistów, w tym samego Hitlera. Teorię te mają potwierdzać takie wydarzenia jak:

* przechwycenie w grudniu 1944 r. przez Aliantów komunikatu dla działających na południowym Atlantyku U-Bootów od samego admirała Doenitza: Misji nie przerywać, aż do całkowitego wykonania

* zainteresowanie wobec Antarktydy jakie wykazywali Amerykanie. Od 1946 przeprowadzali oni wojskowo-badawcze misje o kryptonimie „Highjump” dowodzone przez doświadczonego polarnika Richarda Byrda. W oficjalnym raporcie zaskakuje wzmianka o stratach w ludziach i w sprzęcie podczas misji oraz zarzuty wobec Byrda o opowiadaniu przez niego zaskakujących historii o nazistowskich bazach na Antarktydzie. Prawdopodobnie po potwierdzeniu informacji przez kolejną ekspedycję, Byrd został potajemnie zrehabilitowany, co odsunęło od niego widmo pobytu w szpitalu dla obłąkanych i przywrócony decyzją Eisenhowera na stanowisko dowódcy kolejnej wyprawy wojskowej o kryptonimie „Deepfreeze”.

* widywanie przy brzegach Ameryki Południowej U-Bootów długo po wojnie. Na przykład w 1947 wiele osób miało widzieć U-Boota u wybrzeży Argentyny

* zaobserwowane w Republice Południowej Afryki w 1958 roku dwa wstrząsy mogące pochodzić z eksplozji jądrowych nad terenem Nowej Szwabii. W czasie trwania operacji „Deepfreeze” wobec pogłosek o „wojnie na Antarktydzie” Chile, Nowa Zelandia i Argentyna ostro zaprotestowały przeciwko użyciu broni jądrowej w tym rejonie. Badania tkanek pingwinów w latach 60. zaowocowały odkryciem skażenia radioaktywnego w ciałach tych zwierząt”

Ciekawy, chociaż obszerny artykuł w języku polskim dotyczący cudownej broni Hitlera (‚Wunderwaffe’) znajduje się tutaj.

Jeszcze parę słów otuchy i nadziei dla osób pragnących robić karierę w polskich mediach: w „Gazecie Wyborczej” była kiedyś recenzja filmu ‚Fahrenheit 9/11’ pełna pytań, dlaczego jego autor pominął wszelkie naprawdę zagadkowe fakty dotyczące wydarzeń z 11 września; również w „Przekroju” znalazło się miejsce dla artykułu w miarę naturalnie orbitującego wokół tych tematów, co prawda zagranicznego dziennikarza. Do teleprogramu „Kropka tv”sprzedawanego w marketach sieci Biedronka pewnego razu dołączono płytę z filmem ‚Loose Change’, a na portalu Wirtualna Polska (wp.pl) przez ponad miesiąc osoby z różnych miast i miasteczek wpisywały gratulacje za odwagę pod krótkim filmem dokumentalnym rodzimej produkcji zatytułowanym ‚Zamachy z 11 września – największe kłamstwo XXI wieku?’. Wprawdzie to nie to, co we Francji czy Niemczech, gdzie książki o tym normalnie są w księgarniach – ale zawsze lepiej, niż było pod rozbiorami, więc chyba można spokojnie przejść nad tym do porządku dziennego, skoczyć po piwko i włączyć sobie meczyk w tv; coś przecież trzeba porabiać… A świry zawsze się znajdą, co będą wymyślać jakieś niestworzone historie – widziałem takich na filmach, dziwni i strasznie bredzą, sam nie chcę taki być. Zresztą, gdyby to było coś poważnego, to przecież pisałoby o tym w gazetach, mówili ci dziennikarze w telewizji, oni w porządku wyglądają; kredyty mogliby sobie spłacić np. ze społecznych datków dla organizacji pozarządowych, ludzie wpłacają na te konta miliony – przecież nie wydadzą wszystkiego na drogie samochody i wystawne domy, to tylko skromni chrześcijanie… Aha – jeszcze Mariusz Max Kolonko, chyba jako jedyny z publicznie znanych dziennikarzy naszych niezależnych i obiektywnych mediów, pełnych nieugiętych osobowości, wygospodarował w swoich tekstach trochę miejsca na zwięzłe opisanie zbiegu poszlak, że być może kluczowymi warstwami naszego świata od paru wieków z wdziękiem sterują jacyś miłośnicy symboliki opartej na płonących zniczach, pentagramach, piramidach i sowach – w każdym razie pozostawiali swoje znaki w takich miejscach, że trudno nazywać ich zaszczutymi tchórzami kryjącymi się ze wstydu. Poza tym w salonikach Kolportera itp. można znaleźć magazyn Nexus, gdzie większość omawianych w niniejszej witrynie tematów jest poruszanych w artykułach polskich autorów oraz tłumaczeniach zagranicznych badaczy, zazwyczaj na niezłym poziomie.

Wracając do relacji Ala Bieleka – w wieku XXVIII latające miasta mają 2,5 mili wysokości, co około 300 pięter kładą platformę antygrawitacyjną, która znosi nacisk na poziomy poniżej; kiedy telepatycznie przesłuchiwała go sztuczna inteligencja w formie lewitującego kryształu niepołączonego z czymkolwiek, ubrano go w kombinezon chroniący przed promieniowaniem – takie tam mają wtedy komputery, czy raczej będą mieli. „Komputer” chciał wiedzieć, skąd Al (wtedy jeszcze Ed) się tam wziął – ale on nic nie pamiętał. Ówczesny ustrój to …czysty socjalizm: wszystko jest za darmo, ale każdy powinien robić coś dla społeczeństwa – jemu dali pracę przewodnika po latającym mieście dla turystów z klasycznych miast. Sztuczna inteligencja powiedziała mu, że nie ma już wojen, armii ani żołnierzy – choć mają środki do obrony miast, ale nieużywane. Mają telewizję, radio, teatry, pociągi jeżdżące jak statki wycieczkowe, tory po całej planecie dwukrotnie szersze od dzisiejszych, wagony dwuipółkrotnie. Są jeszcze samochody. Wygląd ludzi jest mniej zróżnicowany niż obecnie, to znaczy nie chodzi o ubrania. Według ówczesnej historii około XXI – XXII wieku całkowita populacja Ziemi wynosiła 300 milionów ludzi (w wywiadzie Al komentuje to współczesnymi nam planami spod szyldu Nowego Porządku Świata – ang. ‚New World Order’ – redukcji liczby mieszkańców Ziemi do 500 milionów, a już na pewno mniej niż miliarda, gdyż do utrzymania większej populacji rzekomo nie wystarczy zasobów naturalnych planety). Na socjalizm zdecydowano się w poprzednich wiekach, aby skończyć z systemem bankowym, który ciągle usiłował czerpać zyski z wojen; na sztuczną inteligencję padło, kiedy okazało się, że w tym socjalizmie tak samo tworzą się elity, które sprawowanie władzy wykorzystują do własnych egoistycznych celów. W XXVIII wieku religia już nie istnieje – zresztą już w 2137 r. występuje wyłącznie w formach szczątkowych. W XXVIII wieku „Boga” uważa się za byt bardzo trudny do poznania i niemożliwy do ogarnięcia przy użyciu naszych zdolności rozumienia czy pojmowania; jednak choć „Bóg” pozostaje jak gdyby poza fizycznym wszechświatem, to utrzymuje z nim kontakt poprzez nas, ponieważ to my zbieramy dla niego doświadczenia – a skoro on jest częścią nas, to my jesteśmy cząstkami Niego, to jest sprzężenie zwrotne – takie tam mają wtedy nastawienie; ich filozofię można w naszych czasach odszukać w sieci pod hasłem ‚Wingmakers’. W VIII wieku pozostawili zakopane ‚kapsuły czasu’ ze swoją literaturą, muzyką i technologią, w XX wieku odkopano 3 z nich – np. tę odkrytą ok. 1983 r. w Nowym Meksyku od razu przejęła NSA, tylko jeden z archeologów zaczął o tym mówić uznając, że nie mają prawa tego ukrywać. Pozostałe 4 mają być odkopane w XXI wieku – ta pomoc jest w związku z trudnymi czasami, do których się zbliżamy, kiedy ukształtuje się przyszły obraz naszego świata – ponura dyktatura albo prawda i wolność. W rozumieniu Ala Bieleka pętla czasu jest plastyczna – nasza przeszłość jest ustalona, ale …można ją zmieniać i już to robiono. Ci z XXVIII-go wybadali, że po roku 3000 na Ziemi nie ma już życia, nie wiadomo czemu – może dlatego starają się jak gdyby ‚lepiej rozgrzać’ przeszłość, aby dać ludzkości szansę zmiany tego niekorzystnego rezultatu; według Ala upadek społeczeństwa przyszłości może być wynikiem obserwowanego tam przezeń zaniku pomysłowości i kreatywności, czego przyczynę stanowi brak rywalizacji – skoro wszystko jest dostępne, ludzie po prostu trwają przy codziennych nawykach, nikt nie ma ciśnienia, żeby coś tworzyć i wymyślać, konkurować. Informacje od Ala dotyczące współczesności: kometa Hale’a-Boppa to jeden z największych obiektów, jakie kiedykolwiek weszły w granice Układu Słonecznego – wojsko odkryło ją 10 lat przed publicznie znanymi odkrywcami, jak również obiekt lecący tuż za nią, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa odpowiedzialny za dwie korekty kursu tego ciała niebieskiego, w wyniku których kometa została nakierowana wprost na Ziemię (od tego czasu zniszczyli już ten statek – info m.in. od Phila Schneidera i Stewarta Swerdlowa, te akurat dane są z wywiadu z Bielekiem z 1993 r. w ‚Coast 2 Coast’, gdzie Al określał te informacje jako cynki od kumpla z wojska). Jedna z najbardziej nokautujących informacji od Ala Bieleka, którą Prestonowi Nicholsowi pewnego razu zdradził jego przełożony w pracy, traktuje o tym, że na Księżycu pierwsi byli …Brytyjczycy – w latach 1897-1898 podnosili na Srebrny Glob kapsuły przy użyciu jakiegoś promienia w typie technologii antygrawitacyjnych, które po dziś dzień pozostają tajne.

Przerywnik: dla amatorów mocnych wrażeń historia okrętu radarowego USS „Liberty”, 8 czerwca 1967 r., czyli podczas ‚wojny sześciodniowej’, wysłanego przez prezydenta USA Lyndona Johnsona ku wybrzeżom Egiptu z zadaniem podsłuchiwania komunikacji walczących stron. Ale nie taka była jego prawdziwa misja, o czym jednak załoga ani kapitan jednostki nie wiedzieli. Od czasów projektu operacji Northwoods w kręgach amerykańskiej generalicji i władz funkcjonował koncept, że skoro przez ostatnie pół wieku tylko raz udało się kogoś sprowokować do wojny (Japończyków), to w sumie można by zatopić jakiś własny okręt i zwalić winę na kogokolwiek, kogo warto by zaatakować w ramach walki o pokój – o który USA zawsze walczyły przecież nie mniej niż ZSRR, równie dużo inwazji w przeliczeniu na dekady nie pozostawia złudzeń co do sumienności oddania szczytnej sprawie tego wspaniałego narodu, w którym każdy zwykły obywatel cały czas myśli o tym, by ludziom z innych krajów żyło się lepiej, a nawet gotów jest za to umierać w piekącym słońcu dalekich terytoriów (faktycznie w XX wieku Stany Zjednoczone przeprowadziły więcej interwencji zbrojnych i przewrotów w odległych państwach, niż jakikolwiek współczesny lub historyczny kraj – kto wie, może nawet ustanawiając w ten sposób rekord wszechczasów, którego już nikt nigdy nie pobije na planecie Ziemia). Tak więc kolejny raz zastosowali to zagranie z okrętem – w sumie trudno się dziwić, to najprostsze rozwiązanie, bądź co bądź okrętem najłatwiej podpłynąć do jakiegoś kraju, z którym chce się skojarzyć wojnę. Według relacji załogi, USS „Liberty” cały dzień był śledzony przez jednostki izraelskie, które doskonale zdawały sobie sprawę z jego pozycji. Statek znajdował się 14 mil od wybrzeża, na wodach międzynarodowych, pod dobrze widoczną amerykańską banderą. Izraelski samolot zwiadowczy dodatkowo przeleciał tuż nad nim. O godzinie 14 na niebie pojawiły się trzy nieoznakowane samoloty Mirage-3 (myśliwsko-bombowe klasy Mig-21), które z miejsca przystąpiły do zakłócania łączności i ostrzału okrętu z karabinów maszynowych, a także zrzucania ładunków konwencjonalnych oraz napalmu w trakcie wielokrotnych przelotów nad symbolicznie uzbrojonym okrętem. Następnie nadleciały bombowce m.in. z ładunkami zawierającymi fosfor biały. Kolejny atak przeprowadziły trzy kutry torpedowe płynące pod izraelską banderą: oprócz ostrzału z ciężkich karabinów maszynowych, jedna z torped trafiła w statek i przeszła na wylot, pozostawiając po wybuchu dziurę o średnicy trzydziestu stóp. Dalej kutry torpedowe przystąpiły do niezgodnego z prawem wojennym ostrzału spuszczonych do wody szalup ratunkowych – a cały czas wszystko działo się na wodach międzynarodowych, przy czym na zniszczonym okręcie do końca powiewała wyjątkowo duża amerykańska flaga. USS „Liberty” płonął, a atak ciągnął się przez wiele godzin; bez przerwy wzywano przebywającą w pobliżu amerykańską VI flotę z prośbą o wsparcie powietrzne. Z jej dwóch lotniskowców wysłano na odsiecz eskadry myśliwców, ale zostały one zawrócone na mocy rozkazów z …Białego Domu. Dowodzący lotniskowcami wchodzącymi w skład tego zgrupowania kontradmirał Geiss zatelefonował do Waszyngtonu, domagając się potwierdzenia rozkazu – najpierw rozmawiał z sekretarzem obrony Robertem McNamarą, a następnie do słuchawki dorwał się prezydent Johnson i wykrzyczał, że okręt ma pójść na dno, nie może otrzymać pomocy i rozkazuje odwołać samoloty. Po trzech godzinach metodycznej rzezi na miejscu pojawił się jednak radziecki okręt szpiegowski – wobec świadków Izraelczycy się wycofali, pozostawiając praktycznie zniszczoną jednostkę, która jakimś cudem jeszcze nie zatonęła. Po latach o sprawie zaczęli mówić wysocy rangą dowódcy amerykańskiej marynarki (m.in. admirał Thomas Moorer), którzy o wypadkach byli wówczas informowani na bieżąco, a także oficer US Navy, któremu polecono sfałszować raporty dotyczące tego wydarzenia, jak również jeden z izraelskich pilotów, który trzykrotnie odmawiał zaatakowania sojuszniczego okrętu na neutralnym akwenie, dopóki nie zagrożono mu sądem wojennym. W akcji zginęło 34 amerykańskich marynarzy, 171 zostało rannych, a wszystkim ocalałym oraz dowódcy okrętu zakazano mówić, co się wydarzyło, pod groźbą dożywotniego więzienia lub kary śmierci; kapitanowi na pocieszenie przyznano jednak order – Medal Honoru – tyle, że też nie mógł o tym nikomu powiedzieć. Z czasem sprawa wyszła jednak na jaw – izraelscy dowódcy zajęli stanowisko, że się pomylili, ich żołnierze nie dostrzegli amerykańskiej bandery, to było takie nieszczęśliwe nieporozumienie – no pewnie, przecież nikt nie podejrzewałby, że ktokolwiek z demokratycznych władz jednego czy drugiego kraju mógłby umyślnie zaaranżować taką morderczo-zdradziecką operację. W całej sprawie chodziło o nie byle co, gdyż plan zakładał zwalenie wszystkiego na Egipt, inwazję USA i zajęcie całego Bliskiego Wschodu. Według pewnych źródeł bombowiec z bombą atomową leciał już na Kair – trudno w to uwierzyć, ale są na ten temat relacje i świadkowie. Cały niniejszy akapit stanowi jak gdyby substytut napisów do pięciominutowego fragmentu filmu Alexa Jonesa, który z jego oryginalnym komentarzem można obejrzeć tutaj. Na innym filmie Alexa wypowiada się była pracownica Pentagonu Karen Kwiatkowski, która odeszła z pracy po 11 września – według niej już dawno mieli to opracowane, że wybudują w Iraku cztery wielkie wojskowe bazy, to pod kątem tego planu kraj ten został zajęty jako pierwszy, ponieważ na mapie jest to po prostu nieduże państwo w samym środku Półwyspu i po wybudowaniu infrastruktury stamtąd najłatwiej będzie podbić resztę – czyli Iran i Syrię; tak bez żadnego zaplecza raczej trudno byłoby opanowywać te wszystkie terytoria. A do 2020 r. jeszcze Wenezuelę, żeby już nikt nie pytał, dlaczego wszyscy terroryści są z półwyspu z ropą; ups, oni też mają ropę – no cóż, trudno, przypadek, a znowu będzie pożywka dla tych zwolenników teorii spiskowych i innych niedouków, co w byle bzdury wierzą – tymczasem my pamiętajmy, że gdyby to była prawda, to byłoby o tym w telewizji, tam przecież wypowiadają się wszyscy eksperci i najbardziej renomowani komentatorzy. Nawet jeśli faktycznie tak to się potoczy, że w miarę wzrostu ceny baryłki Wenezuela zamiast spokojnie sprzedawać i stawać się bogata jak emirat, zacznie coraz bardziej sponsorować terroryzm i w końcu w imię pokoju trzeba będzie chcąc nie chcąc przeprowadzić inwazję – to co z tego, ot ktoś tak powiedział i potem tak samo się wydarzyło, ale to jeszcze nic nie znaczy, a że gościówa miała kwity z wypłat z Pentagonu – to fajnie, ale skoro nawet nie mówili o tym w amerykańskiej telewizji, to chyba żaden z tego poważny temat, bo by to na pewno gdzieś podchwycili w Niemczech albo Wlk. Brytanii w jakimś poważnym tygodniku, gdyby to był taki dynamit, od razu by było o tym głośno – my Polacy zamiast sami myśleć, na razie lepiej pouczmy się jeszcze trochę od tych zachodnich demokracji i ich mediów, one sprawiają wrażenie najbardziej rzetelnych i na pewno każdy inteligentny dziennikarz sam potrafi to ocenić.

Refleksja na temat posiadania i prezentowania wiedzy dotyczącej zjawiska ufo, jak również dzielenia się swoimi odkryciami z najbliższym otoczeniem, uprawianymi w wersji ekstremalnej, to znaczy opisując wszystkie hipotezy naraz: wiadomo, że jak z tym wyjedziesz do ludzi, którzy większą część dnia spędzają na pracy i rozwikływaniu własnych problemów osobistych, a informacje czerpią tylko z telewizji i są przekonani, że to tam zawsze podaje się wszystkie najciekawsze i najważniejsze newsy – uznają cię za ostro szurniętego, m.in. bo przecież gdyby naprawdę pojawiły się na ten wielkiego kalibru temat np. jakieś zeznania astronautów i wojskowych, czy wręcz zdjęcia – to byłoby o tym w telewizji, na bank na wszystkich kanałach jednocześnie, jak można tego nie rozumieć..? Można się tym dołować, że wciąż żyjemy w tak wynaturzonym świecie, gdzie ledwo ktoś wypowie prawdę, to już jest nienormalny – on myśli inaczej niż telewizor..?  niezły świrus..! – jednak popatrzmy parę wieków wstecz: za wysunięcie przypuszczenia, że Ziemia obraca się wokół własnej osi – spalenie na stosie (Giordano Bruno); z Darwina do końca życia szydzono w związku z jego koncepcją ewolucji; braci Wright traktowano jak debili, kiedy mówili o lataniu, a po pierwszym locie po prostu im nie uwierzono; teoria dryfu kontynentów w kręgach ‚naukowych elit’ przez dekady budziła śmiech, że boki zrywać; obecnie jest tak np. z badaniem telepatii: każdy doświadczył tego wielokrotnie w zwykłych sytuacjach życia codziennego, kiedy np. ktoś powiedział o czymś, co przybywając tematycznie z daleka pojawiło się w Twojej głowie 1,5 sekundy wcześniej – ale wszyscy muszą być zdania, że nie ma czegoś takiego, bo nie było o tym w szkole, na mszy ani w gazecie, nigdy nie złapano tej telepatii do probówki ani nie namierzono, żeby odbijała jakieś fale – więc chyba nie istnieje, skoro nie można jej nawet sfotografować; a jak nie i wierzysz w telepatię, to na 100% masz coś nie tak pod sufitem – to też jest dziwne, że kiedy wyrażasz jakikolwiek własny pogląd na temat propagowany jako „naukowo przebadany i na bieżąco pogłębiany, że mucha nie siada” – to zaraz inni, wręcz jakby im ktoś za to płacił, wynurzają się z ciemnych głębin własnej apatii i ruszają na Ciebie niczym piranie na dżdżownicę znienacka wrzuconą do wody – takie jest w ludziach ciśnienie, żeby się wybić, choćby na zasadzie „łe, patrzcie, jaki on głupi..! – no i jak teraz wyglądam, przy nim..?” – nawet gdyby dane „głupoty” akurat przypominały normalne logiczne myślenie w oparciu o dostępne informacje i osobiste doświadczenia, to kogo to obchodzi, skoro i tak wszyscy przecież uważają tak samo, jak mówią w telewizorze, pisało o tym w gazetach, że zasadniczo wszyscy są normalni, to znaczy mają takie same poglądy, które są rozsądne – a tak poza tym to świry, bandyci i trzeba mieć zawsze oczy dookoła głowy, kapewu..? Od stuleci sami jesteśmy dla siebie nawzajem klawiszami we własnym więzieniu – można mieć tylko nadzieję, że to jakoś samo tak dziwnie wyszło, że pomimo pojawiania się od dziesiątek lat zeznań i oświadczeń wiarygodnych świadków o nieposzlakowanej reputacji i stażu w sprawowaniu wielkiej odpowiedzialności – nadal nikt nic nie wie, czy w ogóle to ufo istnieje, cała sprawa wciąż jest skutecznie ukryta przed miliardami. Generalnie jednak wydaje mi się, że działając spokojnie i z pewną dozą śmiałości owocną w każdej grze, można pomału odzyskiwać tereny świadomości okupowane przez ten nieludzko sprytny system; jeśli to te jaszczurki, to brawo, niezły wynalazek takie niewidzialne więzienie – ale ludzie z każdego uciekną, zresztą chyba to właśnie dzieje się teraz w rozrastającym się dzięki Internetowi jak na drożdżach niezależnym obiegu informacyjnym, pochłaniającym codziennie kolejne tysiące nieprzekupnych umysłów – tak że np. na YouTube jest już więcej materiałów, niż to się da obejrzeć, dla badaczy z poprzednich pokoleń problemem był brak informacji, a my z kolei mamy już ich nadmiar i też trzeba sobie jakoś radzić w tej sytuacji, umieć powiedzieć „stop” w pewnym momencie, niczym podczas badania rozgałęzień tunelu.

Dywagacje c.d.: weźmy np. taki obszar 51 (‚Area 51’ – oficjalnie nic tam nie ma, żadnej z trzech monstrualnych podziemnych baz, z których jedna rozciąga się pod jeziorem, z Las Vegas codziennie lata tam tylko samolot z pracownikami placówki badawczej zagubionej we wnętrzu górskiego pierścienia, tak że z zewnątrz tego nie widać, ani co tam tak ciągle lata – gdyby znajdowało się tam podziemne miasto, to przecież musieliby zabierać dla nich jakieś kanapki itp.). Skoro to taka bzdura i tego nie ma, to dlaczego nie było o tym nigdy wzmianki w Teleexpressie, Wiadomościach ani Informacjach, że funkcjonuje taka ściema i miliony naiwnych ludzi w to wierzą, a ręczący za jej prawdziwość aktorzy tej wielkiej zmowy i mistyfikacji posuwają się niekiedy nawet do samobójstw, byle tylko ją uwiarygodnić? Skoro pakt z Szarymi to taka bzdura, to dlaczego nikt nigdy o tym nie słyszał, nawet jeśli ogląda telewizor dwadzieścia pięć godzin dziennie – podczas gdy na konferencjach organizacji ufologicznych tysiące ludzi, już z dwóch czy trzech pokoleń, z uwagą słuchały o tym na odczytach od dziesięcioleci..? Ja tego nie rozumiem, tyle jest w magazynach bzdetów o jakichś tam szczegółach z życia amerykańskich gwiazd muzyki z lat 60-tych i 70-tych, setki razy to było – a nigdy ani wzmianki o histerii świateł latających nad Waszyngtonem na początku lat 50-tych, o istnieniu w ogóle czegoś takiego jak sekretne projekty i podziemne bazy ( ! – jasne, nie ma już nawet w ogóle żadnych uprawnień ‚Top Secret’ ani ściśle tajnych dokumentów, teraz wszystko jest jawne i na bieżąco transmitowane w telewizji oraz objaśniane w oficjalnych komunikatach – każdy normalny i rozsądny człowiek powinien mieć co do tego pewność, a jak nie to jest paranoikiem, czy w najlepszym razie zwolennikiem tych śmiesznych teorii spiskowych). Skoro z jednej strony istnieją na ten temat setki filmów dokumentalnych, zeznań astronautów, generałów i naukowców od niejawnych programów, skoro tyle jest trupów, zdjęć latających spodków i udokumentowanych nagrań radarowych niesamowitych manewrów – to dlaczego z drugiej strony nie ma o tym żadnej wzmianki nigdzie w tych grubych tygodnikach, wielkoformatowych magazynach i wszystkich najlepszych programach informacyjnych znanych z dociekliwości autorów? Co by o tym pomyślał porucznik Columbo, zastanowiłoby to go w ogóle..?

Spojrzenie sobie w oczy krańcowo rozbieżnych punktów widzenia na zasygnalizowane powyżej ukryte ciekawostki: która teoria jest bardziej spiskowa – ta, że oficerowie, astronauci i zestresowani naukowcy mówią prawdę relacjonując, czego się dowiedzieli w pracy, że kosmos jest pełen życia, a latające talerze to nie żadne halucynacje powodowane może defektem mózgu zakodowanym w DNA ludzi wszystkich ras oraz identycznymi awariami układów scalonych w kamerach wideo, tylko po prostu nowi kontrahenci naszych elit od brudnych interesów – czy ta, że w XXI wieku cała prawda o naszym świecie i Wszechświecie jest już prawidłowo opisywana w gazetach i książkach, a także szczegółowo objaśniana na uniwersytetach, czyli to byłoby podobnie, jak sprawy miały się w wieku XV czy XVII, kiedy też wszyscy normalni byli przekonani, że współcześni im mędrcy i uczeni mają niezbicie udowodnioną rację na wszelkie tematy, a każdy kto myśli inaczej, doznał opętania lub pomieszania zmysłów? Mnie się coś zdaje, że dzieci z drugiej połowy XXII wieku, gdy będą się dowiadywały na lekcjach historii, co właściwie mieli w głowach ich przodkowie z początków XXI stulecia, jaki obraz świata i koncepcję swej roli na tej arenie, czy to jest jakiś przypadek czy co, to całe życie, czy to by było tak w sumie bez sensu ani powodu – będą sobie myślały: „ale kiszka!..”, miały „niezłą bekę” i oddychały z ulgą, że nie przyszło im żyć w naszej epoce, podobnie jak my wzdragamy się na myśl, że moglibyśmy ciągnąć ten żywot jeszcze może w którymś z poprzednich stuleci, znanych z kart historii jako epoki powszechnej drętwoty, bicia pokłonów przed debilizmami i seksualnej ascezy w roli postawy obowiązkowej dla każdego rzekomo zdrowego i poczciwego człowieka, kobiety czy mężczyzny.

NWO – ang. ‚New World Order’ – ‚Nowy porządek świata’ – plan rozłożony na dekady, którego zwieńczeniem ma być powstanie Światowego Rządu zbieżne w czasie z podarowaniem każdemu elektronicznego czipa wszczepionego pod skórę – to znaczy nie każdy będzie musiał go mieć, ale pieniądze będą już tylko na tych czipach, więc… (ludzie nie zgodzą się na taką nieciekawą alternatywę, chyba że po totalnym krachu finansowym nie będą mieli innego wyjścia). Według informatora Davida Icke’a, geniusza teraz już przymusowo zatrudnionego w CIA – coś mu się nie podobało i pewnego dnia obudził się ze wszczepioną w klatkę piersiową fiolką ze złocistym płynem, który trzeba wymieniać co 48 godzin albo zaczyna się umierać – gdyby ludzie mieli możliwość nie zgodzenia się na jedną rzecz, to najlepiej nie zgodzić się na mikroczip, gdyż opracowano już 5 generacji tych urządzeń, przy czym te ostatnie są zarówno nadajnikami, jak i odbiornikami – a takie transmitery są charakterystyczne dla zdalnie sterowanych robotów. No i jak się robi taki światowy rząd, który zastępuje wszystkie inne? Pomału, krok po kroczku składa się to z klocków: powstały już Unia Europejska i cichociemna Unia Północnoamerykańska (w Stanach dokumenty są już podpisane, choć tylko jeden dziennikarz miał odwagę powiedzieć o tym na wizji – zniesienie granic pomiędzy Kanadą, USA i Meksykiem oraz wprowadzenie wspólnej waluty Amero to przyszłość już zapisana w międzynarodowych umowach, tylko się o tym nie mówi, bo to byłoby mało ciekawe dla Amerykanów), rodzą się również Unia Afrykańska i Azjatycka, a także ich odpowiedniki dla pozostałych kontynentów. Na niektórych terenach, zwłaszcza gdzie nie dodaje się fluoru do wody pitnej, część ludzi jeszcze myśli i nie można z nimi pojechać tak od razu, trzeba przepchnąć te wszystkie traktaty lizbońskie itp. (kiedy np. odrzucają ci konie trojańskie podłożone w Eurokonstytucji, po prostu przygotowujesz inny dokument zawirusowany w podobny sposób i rozsyłasz go pod inną nazwą – jak gdzieś odrzucą w referendum, to robisz następne i tak do skutku). Potem już tylko łączysz te unie np. w obliczu jakiejś katastrofy, jak inaczej nie da rady, no i już masz ten swój Rząd Światowy, na którego czele sobie stajesz i np. zakazujesz posiadania filmu Loose Change już we wszystkich krajach (obecnie tylko w USA jesteś terrorystą, jeśli go masz – co zresztą jest dosyć niewytłumaczalne, skoro to tylko jakieś niepoważne insynuacje studentów odnośnie wydarzeń historycznych). Z drugiej strony należy zauważyć, że np. Plejaranie od B. Meiera doradzają Ziemianom powołanie jednego rządu dla całego globu – w kosmosie każda rozwinięta planeta występuje jako jedna całość; poza tym fajne te unie, że już nie ma granic – to była zawsze dolina z tymi celnikami, a dokładniej z ich minami gestapowców. Nie wiadomo do końca, co o tym myśleć – to znaczy mieć wszczepionego czipa chyba nikt nie pragnie, zapewne niewiele osób znajduje się już na tym etapie – choć w telewizji promują to nie od dziś, że np. można dzięki temu szybciej wejść do klubu w Barcelonie, zrobić zakupy w markecie we Frankfurcie albo pozwolić się namierzyć po porwaniu w Ameryce, zadowoleni ludzie z uśmiechem opowiadają, jak to ich życie zmieniło się na lepsze i łatwiejsze, odkąd dali sobie wszczepić czipa jako pierwsi. Natomiast co do znoszenia granic to jest w tym jakaś myśl i nie jest sprytnie zakładać, że wszyscy politycy świata mają złe intencje i cały czas myślą tylko, jak nam zrobić kuku – zapewne niejawne ciała międzynarodowe obradujące co jakiś czas wokół tematu ‚jak powiedzieć ludzkości o kosmitach’ pracują też jakby na rzecz unowocześnienia struktury politycznej naszego globu do standardu stosunków międzyplanetarnych. Mimo wszystko jednak większość badaczy jest zdania, że ten NWO to jakiś syf i trzeba uważać, dosłownie mieć oczy dookoła głowy, bo cały czas próbują z tym wyjeżdżać – a to będzie utrata suwerenności dla wszystkich krajów na rzecz nie wiadomo kogo, ale to oni dość skrytobójczo popisują się już od dekad, przy czym bankierzy mają u nich jak pączki w maśle, a w żadnej telewizji nikt nigdy złego słowa na nich nie powie; z drugiej strony inni badacze zauważają, że w praktyce już od paru dekad mamy niewidzialny światowy rząd, tyle że niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę – więc to już w sumie nie byłaby wielka różnica, a przynajmniej ludzie by się dowiedzieli. Na wypadek różnych katastrof itp., bez których nie da się przeprowadzać zamaszystych zmian, ponieważ ludzie z reguły nie życzą sobie przemeblowywania całego świata tylko dlatego, że gdzieś daleko ktoś tak sobie wymyślił – badacze tacy jak David Wilcock czy Marcia Schaefer utrzymują, że jedyny sposób, którym można utrzymać się przy życiu w obliczu potężnej katastrofy naturalnej, wojny itp., to siła świadomości, czyli jak gdyby to, co sobie wyobrażasz i na co zgadzasz się w swojej głowie – tylko własne myśli mogą Cię przeprowadzić przez te wszystkie wydarzenia, których najlepiej w ogóle się nie spodziewać, tylko właśnie myśleć pozytywnie, jako że myśl to potęga, wyobraźnia to wielka siła, dusza to bóg-stwórca w miniaturce, który operuje na otoczeniu całą swoją mocą, choćby tego nie chciał albo nie potrafił dostrzec.

Ważna rzecz, którą wypadałoby rozumieć, to że ci wszyscy ludzie nie są źli – ci z CIA czy od tajnych projektów: praktycznie każdy z nich myśli, że jest patriotą i pracuje dla dobra kraju czy w ogóle ludzkości, całego świata; złudzenia trwają nieraz po kilkanaście lat, jak w przypadku Phila Schneidera – dopóki się nie przekonasz, co jest na samej górze tej struktury, jaki syf i bezduszność, kto tak naprawdę już dawno wykupił Twoją drużynę i tylko udekorował pięknymi hasłami korytarz prowadzący z szatni na stadion, gdzie masz czarować tłumy. Również Iluminaci czy Bilderbergowie to w dużej mierze ekipy pełne dobrych chęci i poczucia misji poprowadzenia ludzkości ku lepszemu jutru – ci pierwsi co prawda trochę dużo składają w ofierze dzieci podczas rytualnych obrzędów (np. w Watykanie – informacje od żyjącej w ukryciu Svali, która wychowywała się w takiej rodzinie milionerów wtajemniczonych w dziwne sprawy – oni tam niemal wszyscy są bardzo zamożni, dotyczy to ok. 1% ludzi w USA) – jednak ogólnie chodzi im o pozytywne rezultaty i to nad tym tak ślęczą, bez dopingu ani krztyny uznania ze strony publiczności grając tę trudną partię z wyzwaniami naszych czasów i strącając z szachownicy miliony niczym pionki. Jeśli zapomnimy o jeszcze bardziej obleśnej i przerażającej aparycji globalnych hierarchów religijnych, to ci politykierzy od NWO ze Stanów to byłyby najgorsze typy spośród kręgów elit zainstalowanych na szczytach władzy naszego świata, przynajmniej sądząc po ich twarzach gości, którzy samych siebie uważają za jakieś szmaty – i tak wyprzedzając w ten sposób niektóre gwiazdy naszej sceny politycznej, nawet sobie nie uświadamiające, że jakimś zbiegiem okoliczności wyglądają w sumie jak krzyżówki ludzi ze świniami, a z oczu patrzy im jeszcze gorzej, niż tym poczciwym zwierzętom…

Info od Alexa Colliera z 1996 r. (pokaz slajdów ze zdjęciami z sond i satelitów – j. ang.): 3,5 tys. lat temu zawartość tlenu w atmosferze Ziemi wynosiła 35 – 40%. Obecnie (prelekcja z 1996 r., kontakt po 1994) jest to mniej niż 18%; poniżej 15% ludzie zaczęliby umierać wskutek uduszenia – 23 marca 1994 r. kosmici musieli zadziałać i po dziś dzień się głowią, jak ludzie mogą być tak głupi – bo zostałoby nam tlenu już tylko na cztery dekady. Systemy planetarne dookoła nas są zamieszkane, a goście stamtąd przybywają od dawna. Nasze władze zapomniały nam powiedzieć, że Ziemia to wydmuszka – jest pusta w środku; prawdopodobnie rozpowszechnienie informacji, że na biegunie jest tylko cholernie zimna i pusta czapa lodowa to niedopatrzenie w wykonaniu tego samego nieodpowiedzialnego urzędnika, który w imieniu SETI rozsyła komunikaty, że w kosmosie nie było dotąd słychać nawet odgłosu używania krzesiwa. Otwory na biegunach są duże, musieli je widzieć wszyscy astronauci – może to dlatego prawie wszyscy musieli być jakimiś masonami itp. (co akurat nie jest sprawą wielce tajną – na Księżycu zrobili nawet zdjęcie z małą masońską flagą trzymaną w rękach), może też dlatego Neil Armstrong na konferencji prasowej po powrocie z Księżyca był zdołowany jakby go ktoś trzymał na muszce, a potem przez kilka dekad zgodził się udzielić tylko jednego wywiadu, natomiast Buzz Aldrin zawsze płacze albo wymiotuje, kiedy w gronie znajomych ktoś znienacka zapyta go o spacer po Srebrnym Globie – według ekspertów jest to typowy objaw indukcji posthipnotycznej, czy jak to się fachowo nazywa, w każdym razie najwyraźniej komuś chodziło o to, żeby w ogóle nie mógł wracać do tego pamięcią; według astronauty Scotta Carpentera pierwsi astronauci nigdy nie byli w kosmosie sami, ufo latały za nimi godzinami. Wracając do relacji Alexa Colliera – oskarżanego z kolei nie o to, że jest oszustem próbującym nabijać sobie kabzę, ale że działa jako ofiara prania mózgu i nieświadoma marionetka w projekcie sztucznej inwazji obcych (tymczasem np. Jordan Maxwell na starość uznał plan sztucznej inwazji obcych za zasłonę dymną dla …prawdziwej inwazji obcych): Księżyc jest pojazdem z kategorii bazy, pustym w środku i trochę oklejonym materiałem skalnym dla niepoznaki – istoty, które go tu zaparkowały, w ciągu poprzednich 25 lat wywiozły z Ziemi ponad 30 tys. dzieci; rocznie znika ich około 100 000 z powierzchni naszej planety – rządy na całym świecie o tym wiedzą (w sumie chyba nie można za to wszystko winić paktu Amerykanów – Księżyc był tu już wcześniej). Ogólnie to, co mówi Collier o pochodzeniu Wenus i Księżyca, nie wydaje się specjalnie niezgodne z wersją Billy’ego Meiera – da się na to tak spojrzeć, żeby wychodziło w ten sposób, jak gdyby Plejaranie mówili Billy’emu tylko pół prawdy co do niektórych wydarzeń, tzn. bez wspominania o istotach, które były ich sprawcami. Rząd USA ma 53 latające talerze stacjonujące …po ciemnej stronie Księżyca. Amerykańska baza na Księżycu powstała w lutym 1958 r. pod jurysdykcją NSA (nie mylić z NASA; NSA to prawdziwe amerykańskie władze, statut tej agencji mówi, że nie dotyczą jej zapisy konstytucji ani żadnych ustaw bądź innych aktów prawnych, o ile nie jest ona w nich wymieniona z nazwy – wszystko dla bezpieczeństwa narodowego, zresztą dosłownie jest to właśnie Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, ang. ‚National Security Agency’; to tam się rozrasta cały „Big Brother”, system ‚Echelon’ itp.); Rosjanie też mocno się tam usadowili – obydwie grupy pracują dla międzynarodowych bankierów, którzy stanowią „nowe kapłaństwo” pomiędzy mieszkańcami Ziemi a przybyszami z kosmosu, tzn. uprzywilejowaną kastę pośredników. Na Księżycu znajduje się 9 miast pod kopułami, mieszka tam 5 mln obcych; kiedyś mieli nawet wodę i roślinność. Po drugiej stronie Księżyca (jako jedyny się nie obraca) jest atmosfera, a astronauci zrobili zdjęcia chmur – wszystko, co się nam mówi, to kity. W kraterach powstałych rzekomo wskutek uderzeń meteorytów stoją sobie góry o wierzchołkach niekiedy wystających ponad ściany kraterów. Często wskazywana na opublikowanych kiedyś przez NASA niedokładnie pozamazywanych zdjęciach „półmilowa wieża na Księżycu” to baza amerykańsko-rosyjsko-brytyjska, sfinansowana przez międzynarodowych bankierów i wykonana przy użyciu technologii podarowanych ‚rodzinom panującym’ przez Szarych w 1954 r. – to zdaje się właśnie to miał na myśli Eisenhower w kończącym drugą kadencję przemówieniu, gdy w niedwuznaczny sposób informował naród o „przejęciu potężnych technologii przez kompleks przemysłowo-zbrojeniowy, którego nikt nie kontroluje”. Na Księżycu żyje sobie też 35 tys. ludzi pochodzących z Ziemi, konkretnie są to Aryjczycy – w Stanach ujęcie tego inaczej jest naruszeniem prawa; współpracują z obcymi z kategorii porywaczy klonujących ludzi. Między Ziemią a Księżycem kręci się 18 000 Szarych – ale tylko 2 000 prawdziwych, reszta to klony – oni naprawdę są niedobitkami swojej rasy, przynajmniej w tym jednym nie kłamali. Na Marsie żyły kiedyś dinozaury, jak również gatunki ssaków i gadów dobrze znane nam z Ziemi – kiedyś na obydwu światach występowały podobne formy życia, co „odkryjemy”, gdy polecimy tam publicznie jako rasa, a nie tylko w tajnych misjach najemników elit; pierwszą zamieszkaną planetą w naszym układzie była planeta Muldek, obecnie w kawałkach. Na Marsie występują ozon, tlen oraz woda. 23 marca 1995 r. w lokalnej gazecie z San Diego ukazał się artykuł o tym, że ozon na Marsie odkryto już w roku 1971 – jednak w pracach naukowców koncentrujących się na tej planecie po dziś dzień nie ma o tym ani słowa. W roku 1989 ziemska baza na Marsie została zaatakowana i przejęta przez obcych z Oriona – to w tej sprawie Bush spotykał się z Gorbaczowem na Malcie w atmosferze szczytu przerażenia. 317 lat w przyszłości w naszym rejonie galaktyki panuje tyrania i zniewolenie duchowe – przybysze z galaktyki Andromedy odtworzyli bieg wypadków i po nitce do kłębka doszli do naszego układu planetarnego, bo to tu „przeskoczyła zworka” i energia straciła jasny kolor – dlatego cofnęli się w okolice naszych czasów i podobnie uczyniło wiele innych ras. Kręgi w zbożu to dzieła dwóch grup: z Andromedy, które polegają na kodowaniu w Ziemię informacji, które „kupują dla nas czas”, oraz inteligentnych gadów z Oriona, które przylatują z komety Hale-Bopp – przy czym tak naprawdę to nie jest żadna kometa, sygnały odebrano już w 1960 r. i po dziś dzień czają się, żeby nam powiedzieć, że „odebraliśmy jakieś sygnały”; dość długo nad tym pracują. Wmieszane w niejasne pakty elity muszą wszystko ukrywać przed ludźmi i robić z nich głupków, gdyż boją się ich w kontekście własnej odpowiedzialności i że gdyby ludzie wspólnie zwrócili się o pomoc do pozytywnych kosmitów, to taka pomoc zostałaby udzielona – tak mówią ci Andromedanie. Według nich (lub Alexa Colliera, jeżeli to on to wszystko wymyśla albo ktoś go nabiera) Plejadianie toczą zaciekłą wojnę z Szarymi z dala od naszego układu planetarnego – widzi to teleskop Hubble’a oraz podobny sprzęt Rosjan, o którym się nie mówi. Phobos jako jedyny obiekt w naszym układzie kręci się w drugą stronę, a spodki Szarych wylatują z kraterów; z kolei Ganimedes to baza przyjaznych nam ras. W marcu 1994 nastąpiło przebiegunowanie 19 słońc w naszej galaktyce, a ‚jednocześnie’ wszystkie czarne dziury w znanym nam wszechświecie rozpoczęły emitowanie wibracji koloru i dźwięku, które holograficznie wytwarzają następny wymiar, nową rzeczywistość, która popchnie wszystkie już istniejące do przodu, jakby na wyższe poziomy – nasza ustąpi jej miejsca prawdopodobnie do 3 grudnia 2013 roku i będziemy sobie dalej żyć w tej nowej, bardziej magicznej, tzn. łatwiej będzie wyginać wzrokiem łyżeczki i nie tylko. W latach 90-tych (u nas) Rada Andromedy (sąsiedniej galaktyki) podjęła decyzję o wystosowaniu ultimatum do wszystkich „złych” i „dobrych” przybyszów z kosmosu w naszym układzie planetarnym, żeby odlecieli stąd przed końcem sierpnia 2003 r., a jak nie, to wypchną Księżyc w kierunku Jowisza i tam go rozbroją, a nam dadzą nowy – żaden problem, kiedy opanowało się inżynierię planetarną. Jednak niemal połowa Rady Andromedy forsowała opcję, żeby zostawić Ziemian na pastwę losu – argumentowano, że „nie szanują swojego domu, siebie nawzajem ani siebie samych – więc jaka jest ich wartość”..? Według Andromedan gdyby wdrożono technologie wolnej energii, Ziemia mogłaby wyżywić 11 miliardów ludzi. Trzęsienia ziemi to powierzchniowe efekty pozbywania się przez planetę negatywnych energii – w związku z pozytywnymi zmianami raczej się to nasili. Świat ma zapasy żywności na 53 dni. W opinii Andromedan wszechświat jest hologramem liczącym sobie 23 biliony lat; nie uznają astrologii. Mieszkańcy Ziemi mają geny i banki pamięci 22 ras z kosmosu – nasze ciała to jakby jedne z lepszych bryk w galaktyce. Dusza nie mieszka w mózgu, mózg to tylko ośrodek umożliwiający poruszanie ciałem; duszą jest aura, to tym naprawdę jesteśmy. Wielu ludzi na Ziemi i pozostałych 21 manipulowanych planetach to dusze, które już były na 11 poziomie gęstości (wyżej niż Andromedanie) i zdecydowały się powrócić w wymiar czasu i zapomnieć, kim są, żeby „lepiej nakręcić” ewolucję wszechświata w najbardziej „zakichanych” rejonach – cała wiedza jest w nas, tylko musimy sobie poprzypominać; dla wielu kosmitów poruszanie się w naszym wymiarze to jak chodzenie w kisielu, nie mają takiej siły psychicznej, żeby przemieszczać się w tak gęstej rzeczywistości. Andromedanie nie przypisują Bogowi-kosmosowi płci, ale gdyby już mieli to robić, to wybieraliby płeć żeńską, ponieważ to ta płeć rodzi i daje życie. Nasz układ planetarny to układ podwójny, mamy tu dwie gwiazdy obracające się wokół siebie, ale z Ziemi zawsze widać tylko jedną – z innych planet widać również tę drugą; może naukowcy z NASA po prostu z rozpędu ją przeoczyli, kiedy namierzali w kosmosie 200 miliardów odległych galaktyk – ale kto wie, czy kiedyś jej w końcu nie zauważą, powinno być coś widać np. na zdjęciach z sond, tylko trzeba by je jeszcze raz na spokojnie przeanalizować… [tu w sukurs przychodziłby Michael Tsarion, który w astrologicznych opisach starożytnych Chińczyków zauważył, że nie ma tam ani słowa o żadnym księżycu, a u jeszcze wcześniejszych ludów jest za to mowa o dwóch słońcach na niebie – tylko że on to interpretuje w taki sposób, że jedno z tych słońc to była owa planeta, która się później rozpadła, co u różnych kultur opisuje wiele mitów traktujących o dramatycznych wydarzeniach obserwowanych na niebie]. Prelekcja Alexa Colliera z maja 2008 roku (j. ang.) tutaj (streszczenie: Andromedanie są technologicznie 10 000 lat przed nami, duchowo jeszcze ok. pięć razy bardziej; ich średnia długość życia waha się w przedziale 18 – 23 wieków, dzieci chodzą do szkoły 152 – 180 lat i kiedy kończą edukację, są mądrzejsze od rodziców; ich pojazdy są większe wewnątrz, niż na zewnątrz; żywią się owocami, które sobie uprawiają na statkach długości np. 200 mil; na 5 gęstości mają 4 razy więcej kolorów; zwierzęta są u nich sprytne i telepatyczne, ludzie tak samo, bardzo niewiele dzieci w ogóle uczy się mówić – ta umiejętność właściwie się nie przydaje).

Inne informacje: Project Montauk w wymiarze technologii prania mózgu i programowania ludzi na posłuszne roboty o łatwej do wymazywania pamięci bazował na uruchomionych w Stanach w drugiej połowie XX wieku kolejnych programach spod szyldu MK-ULTRA – Rosjanie zawsze przodowali w tej dziedzinie i kiedy jeńcy zaczęli wracać z Korei, potrzebne było rozeznanie, co oni mogli z nimi zrobić i jak poważne jest zagrożenie. Dziwna sprawa z tym MK-ULTRA polega nie tyle na okrucieństwach metody perswazji poprzez traumę, ale na tym, że sprawa ta w połowie lat 90-tych ujrzała światło dzienne w USA (w Kanadzie już w 1980 r. 9 ofiar eksperymentów wywalczyło od CIA odszkodowania po 100 000 dol.), kiedy odbyły się publiczne przesłuchania byłych ludzi-robotów, często kobiet, które opowiadały niesamowite rzeczy o tym, co robiono z nimi i z ich umysłami, sprawa została opisana w mediach, a następnie …jakoś ucichła, wszyscy o tym zapomnieli, dziś nie zająknie się o tym żaden ‚poważny’ publicysta po dowolnej stronie oceanu, nie ma na ten temat artykułów w ‚prestiżowych’ periodykach i jeśli ktoś ani na chwilę nie wetknie głowy w nurt niezależnego obiegu informacyjnego, to może sobie spokojnie żyć w przekonaniu, że się na wszystkim zna i nie było czegoś takiego, to się po prostu nie wydarzyło, bo inaczej na pewno można by o tym gdzieś przeczytać; czasem może i wspomną temat na Planete, rzucą hasło ‚MK-ULTRA’, ale tak raczej na zasadzie „byle wszyscy mogli spokojnie zasnąć po tym filmie”, co akurat często oznacza niestety badziewne zakole z dala od groźnego nurtu prawdy. Słyszy się z różnych źródeł pomiędzy tu powyżej wymienianymi, że taką placówkę Amerykanie otworzyli w Iraku po zajęciu tego kraju w 2003 r. – ciekawe, po co tak daleko od domu, tyle potem wydadzą na transport lotniczy tych ludzi-robotów…

Kim właściwie są autorytety naszego medialnego półświatka, to twardziele czy raczej gogusie, badacze czy plotkarze? Nic przyjemnego w ogóle stawiać takie pytania i zaczynać nowy akapit od wyciągania kolejnych brudów, ale czy łatwiej byłoby tak po prostu to tolerować..? W dniu 15.10.2008 w programie „Dzień dobry TVN” błysnął np. pan Jacek Żakowski – z miną wybranego, który wraca do platońskiej jaskini, ujawniając światu poruszającą prawdę o Johnie Fitzgeraldzie Kennedym – że to był spidziarz i niestabilny psychicznie chory człowiek. Ze dwa dni wcześniej w tym samym programie tę samą tajemnicę zdradzał tłumom Bogusław Wołoszański – widocznie obydwaj eksperci są szczęśliwymi posiadaczami dekoderów tej samej platformy cyfrowej i znowu dawali to w weekend. Ja też kiedyś oglądałem ten film na Discovery i tak samo błyszczałem potem na internetowych forach niczym supernowa, że coś jest nie tak z tym światem, że nie mówią nam prawdy, że np. taki Kennedy to był zwykły spidziarz i w ogóle żałosne zero, nie żaden bohater. Ale prawda jest taka, że to właśnie jego zabili, więc chyba jednak nie był taki najgorszy, a nawet błyskotliwi Amerykanie są dziś w ponad 70% przekonani, że władze nie powiedziały im prawdy o tym zamachu; po JFK nikt już nie próbował robić tego, co on, to znaczy likwidować Federalnego Systemu Rezerw ani popychać zagadnienia ufo w kierunku ujawnienia – tylko Jimmy Carter na początku kadencji dopytywał się o to drugie, bo sam widział ufo jako gubernator płynąc rzeką statkiem, ale ówczesny szef CIA George Bush Senior przyszedł do niego i odpowiedział, że w myśl prawa to nie działa na zasadzie „chcę wiedzieć”, tylko „muszę wiedzieć”. Kennedy też nie był święty, ale pomysły miał dobre; jeśli chodzi o Marylin Monroe to też jest ciekawa sprawa, że w dniu, w którym „przedawkowała”, wcześniej sąsiedzi widzieli zza firanek, jak jest siłą wpychana do karetki pogotowia – to nie żaden ukryty historycznie fakt, a jednak raczej dość trudno o tym usłyszeć, podobnie jak że aktorka zmarła „samobójczą śmiercią” nie doczekawszy konferencji prasowej na dużą skalę, którą uprzednio sama zwołała, a parę dni wcześniej zwierzała się w gronie zaufanych koleżanek, że „opowie o wszystkim publicznie i sprawi, że pożałują”. Z księżną Dianą też był motyw, szerzej omawia to David Icke – m.in. przyjaciółce mówiła o Windsorach, że „to nie są ludzie” i nazywała ich „jaszczureczkami” (ang. ‚lizzies’); na koniec w pobliżu jej grobu ustawili podobny płonący znicz z kamienia, jak w Dallas w bezpośredniej okolicy miejsca zamachu na Kennedy’ego – ten ostatni na szczycie obelisku, a sam zamach na szczycie piramidy w planie ulic miasta… Fenomeny takie jak ‚masowa amnezja’ odnośnie ujawnionej afery MK-ULTRA osoby dłużej siedzące w tych tematach tłumaczą w ten sposób, że ludzie po prostu nie chcą o tym wiedzieć – można im puszczać w telewizji zeznania świadków, drukować w gazetach szokujące historie odkrywające inny świat, a oni nadal pragną żyć po sąsiedzku z Alicją z Krainy Czarów, nie denerwować się i udawać, że tego nie ma, że nic takiego nigdy się nie wydarzyło, zresztą chyba już w ogóle nie ma żadnych złych ludzi ani morderczych występków, i dobrze bo jeszcze by wypadało coś z tym robić – a potem bezsilnie dziwią się i łączą w smutku z rodzinami ofiar nagłych wysypek ataków snajperów w krajach, gdzie prawo do posiadania broni mają od ponad 200 lat i niejeden raz życie było trudniejsze (według Phila Schneidera i Billa Coopera jedynie fakt posiadania broni przez setki milionów obywateli powstrzymuje elity USA przed wprowadzeniem stanu wojennego i skończeniem z tą serią beznadziejnych ściem śmiechu wartych – osoby wyrażające wątpliwości znajdą duchową przystań w podziemnych więzieniach oraz ośrodkach masowego internowania (‚FEMA camps’) w całych Stanach fotografowanych z helikopterów od początku lat 90-tych, kiedy ich aranżowanie w środowiskach postindustrialnych ruszyło na taką skalę, że Stalin i Pol-Pot mogliby im dać czwórkę z minusem).

Federalny System Rezerw – to jest dopiero ściema: u nas jak się niszczą banknoty, to mennica państwowa dodrukowuje nowe i sprawa jest czysta; w USA wygląda to trochę inaczej po przekręcie z okolic drugiej dekady XX wieku, kiedy skorumpowane amerykańskie władze pozwoliły bankierom przepchnąć napisaną przez nich ustawę – w tym przypadku grupa trzymająca władzę najwyraźniej osiągnęła swój cel i od tamtej pory każdy dolar drukowany w USA był/jest Stanom Zjednoczonym pożyczany na procent przez …zrzeszenie prywatnych banków występujące pod szyldem FRS (Federal Reserve System), z przyzwoitości w książce telefonicznej figurujące w dziale „Firmy i przedsiębiorstwa”, bynajmniej nie „Instytucje publiczne i państwowe” – to w wyniku funkcjonowania już prawie 100 lat tego uczciwego systemu, propagowanego obecnie na całym świecie, każdy Amerykanin, nawet jeśli urodził się godzinę temu albo w życiu nie kupował niczego na raty, ma do zapłacenia ponad 50 tys. dolarów długu i to dlatego USA są niewypłacalne, a Wall Street to noc żywych trupów uzależnionych od krwi z narkopól Afganistanu; na każdego prezydenta, który próbował zlikwidować FRS (znalazło się czterech takich śmiałych), był zamach – ostatnio mało chętnych. W latach 50-tych amerykańską opinią publiczną przez lata wytrząsał skandal po ujawnieniu, że Lenin największe, a Hitler też niemałe pożyczki otrzymali od …amerykańskich bankierów (podczas II wojny światowej na terenie USA w tej drugiej sprawie aresztowany przez policję został Prescott Bush, pracownik banku i dziadek Georga Jr. – dla wyrównania trzeba dodać, że jego syn George Sr. w tym samym czasie niejeden raz wykazał się odwagą jako pilot w misjach nad oceanem, był m.in. zestrzelony i najmłodszym pilotem lotów bojowych w marynarce – nie tak, jak z kolei jego syn, który podczas wojny w Wietnamie walczył w ćwiczebnej jednostce powietrznej na terenie USA przeciwko innym bogatym dzieciom). Inna ciekawa sprawa, że już w latach 70-tych, kiedy na poziomie świadomości społeczeństw zimna wojna trwała jeszcze w najlepsze, piętnastu przedstawicieli najwyższych kręgów władz Kraju Rad co roku przylatywało do Arizony na spotkania ‚grupy Bilderberg’ – osnutego aurą tajemnicy i zapachem pieniędzy wielkiej finansjery międzynarodowego stowarzyszenia, notabene założonego po II wojnie św. przez jakiegoś polskiego masona ni to szpiega Józefa Retingera, wiernego towarzysza gen. Sikorskiego, który opuścił go jedynie w dniu feralnego lotu.

Według Svali w NWO (nowym ładzie po szykowanej przez elity transformacji: czipy i jeden rząd dla wszystkich) Rosjanie będą silniejsi niż Amerykanie, gdyż ich konwencjonalne oraz niekonwencjonalne technologie militarne i kosmiczne są o wiele bardziej zaawansowane, niż to się wszystkim wydaje (ona ma te informacje z dyskusji ‚grup roboczych’ jeszcze z czasów, gdy sama była wewnątrz Iluminatów). Według Ala Bieleka w ZSRR trwał bliźniak programu Montauk, czyli też mieli technologię tuneli czasoprzestrzennych i takich tam – czy doszli do tego bez pomocy obcych, czy ukradli Amerykanom, czy dostali w ramach niejawnej współpracy międzynarodowej – nie wiadomo, brak też innych danych. Jeśli chodzi o próby z bronią wodorową, to nie próbujcie tego w garażu – według Phila Schneidera oraz Ala Bieleka amerykański test na atolu Bikini z lat 50-tych przyniósł ciekawy rezultat tego typu, że na zdjęciu z eksplozji oprócz grzyba w pewnym miejscu widać było przez pomarańczową dziurę gwiazdy z innego wszechświata, to znaczy spontanicznie powstał quasi-tunel czasoprzestrzenny (ang. ‚wormhole’). Był to ostatni test przeprowadzony przez USA, natomiast Rosjanie mimo otrzymania ostrzeżeń wykonali jeszcze potem swoją próbę, wysoko w atmosferze i od razu z kilkukrotnie silniejszym ładunkiem – w podsumowaniu doświadczenia ich naukowcy stwierdzili, że „efekty są nieprzewidywalne i odmienne od przewidywanych przez równania”; po czym na zawsze zaprzestano tych prób. Według dr Burisha wszystkie urządzenia do pokonywania czasoprzestrzeni na skróty (‚stargate’ – gwiezdne wrota, tyle że wyglądają inaczej niż na filmie, to taka wirująca mgiełka, w którą się wchodzi) oraz do podglądania przyszłości (ang. ‚looking glass’ – o tym chyba jeszcze nie ma serialu) skonstruowane lub odkopane na całym świecie (kilkadziesiąt) zostały wyłączone przed rokiem 2006 – gdyż funkcjonowanie choćby jednego z nich w 2012 r. spowodowałoby kataklizmy, przed czym zgodnie przestrzegali zarówno „źli”, jak i „dobrzy” obcy, a zresztą samo patrzenie w nie zaczęło zmieniać przyszłość, która wyglądała inaczej w zależności od tego, kto akurat patrzył – nawet oni tam w tych tajnych projektach nie wiedzieli, jak to interpretować, bo można również w ten sposób, że po prostu każdy znajdzie się wtedy jak gdyby na swojej planszy. Dan Burish według Stewarta Swerdlowa został prawdopodobnie poddany praniu mózgu i mówi to, do czego go zaprogramowano – np. że wojna w Iraku to była konieczność, bo Kadafi wykopał u siebie „gwiezdne wrota” i kiedy zagrożono mu wojną, opchnął je Saddamowi, w związku z czym bezpieczeństwo świata zawisło na włosku, gdy bezwzględny dyktator wszedł w posiadanie przedpotopowej nieziemskiej technologii; rzekomo znaleźli to kilkanaście kilometrów od Bagdadu, a wyglądem bardzo przypomina to urządzenie z filmu „Kontakt” z Jodie Foster, czyli takie obracające się pierścienie. Od rozmaitych świadków z programu Camelot słyszy się też nierzadko, że to nie jest tak, że światem rządzą Iluminaci albo Masoni, hybrydy albo Szarzy, bankierzy lub konglomerat przemysłowo-zbrojeniowy – otóż na całym świecie jest wiele takich ambitnych grup, są jeszcze np. Chińczycy, Indie ustępują tylko USA w technologii Stargate, a według Plejaran od B.M. hierarchowie z Watykanu skrycie a ściśle współpracujący od dekad z globalnymi syjonistami inspirują na całym świecie więcej wojen, niż niejedno dobrze rozpoznawalne mocarstwo (były Iluminat Leo Zagami relacjonuje, że kiedy jeszcze kierował lożą w Monte Carlo, widział ich przy handlu bronią więcej, niż to się mieści w głowie; według niego w Watykanie nie ma włoskiej mafii – bo tam już jest gęsto od mafii typu Jezuici, Różokrzyżowcy, Templariusze, Rycerze Maltańscy itp., które bezpardonowo walczą o wpływy, pieniądze i psychiczną kontrolę nad miliardami łatwowiernych – a włoska policja nie ma prawa tam wkraczać, dlatego papieża można otruć bardziej bezkarnie, niż bezdomnego z dworca, nikt tego nie będzie sprawdzał). Według Stewarta Swerdlowa planeta Nibru to fakt, tyle że już nieaktualny – została zniszczona w 2003 r. za Jowiszem (przez Ziemian w ramach tajnych projektów); w odpowiedziach na listy na jego stronie internetowej można również wyczytać, że wkrótce będziemy obserwować przemianę Jowisza w gwiazdę, a na jego księżyce władze zaczną przesiedlać ludzi – ok. 2010 r. Według niego światem faktycznie od wieków rządzi te paręnaście ‚rodzin panujących’ – to by byli ci wszyscy Rotszyldowie, Rockefellerowie, Cavendishowie (później Kennedy), Windsorowie, Habsburgowie, Warburgowie, Morganowie itp. – tak samo ustalił David Icke i Michael Tsarion wtóruje im obydwu, że dzieci są często wychowywane w rodzinach o innym nazwisku, żeby je można było potem bez budzenia kontrowersji windować na wysokie stanowiska – np. Clinton, Merkel… Jest jeszcze taki gościu Fritz Springmeier, który napisał o tych rodzinach tyle książek, że w końcu wylądował za kratkami – jednak sporym rozczarowaniem w jego opracowaniu jest informacja, że do Iluminatów należał również …papież Jan Paweł II – jak się wydaje, ktoś mu tak powiedział i on w to uwierzył, co niestety może się przytrafić każdemu badaczowi tych niejasnych tematów, np. David Icke do hybryd zalicza nie tylko członków brytyjskiej rodziny królewskiej, Tony’ego Blaira oraz Ala Gore’a, ale również …Krisa Kristoffersona, czyli aktora, który grał „Gumową kaczkę” w filmie „Konwój” – nie widzę absolutnie nic bezsensownego w samym prawdopodobieństwie istnienia prastarych gadopodobnych stworów rodem z innych dzielnic kosmosu, skoro od opisów takich dziwnych istot i ich siarczystej woni niemal roi się w starych księgach z różnych kontynentów, ale w to konkretnie akurat jakoś trudno mi uwierzyć i wątpię, że Icke widział, jak Kris zmienia się np. po występie w Nashville – chociaż z drugiej strony, kto wie, może to właśnie międzygwiezdne jaszczurki są odpowiedzialne za cały gatunek country i to byłaby kolejna z form opresji, w jakiej nas utrzymują, korzystając z naszej nieśmiałości do posiadania prawdziwie własnych myśli i wiecznej gotowości do skakania sobie nawzajem do oczu. Brytyjski badacz wyjaśnia, że do tych ustaleń doszedł na podstawie analiz genealogicznych – w tej sytuacji trudno nadal mieć nadzieję, że ma się „królewskie korzenie”, bo prędko mogłyby się pojawić plotki, że i Ty jesteś pół-potworem z kosmosu; z drugiej strony David Icke mógł sobie dalej być tą gwiazdą telewizji czy parlamentu, co tam chciał, a jednak coś sprawiło, że w 1991 roku wybrał życie pośmiewiska wytykanego palcami jako osoba niespełna rozumu (według jego relacji przez dwa lata nie mógł przejść ulicą do baru, żeby nie być wyśmiewanym przez przechodniów; w jakiejś ankiecie został uznany za trzecią najbardziej ekscentryczną osobę publiczną w Wlk. Brytanii – ciekawe, kto go wyprzedził w tej klasyfikacji). Moim zdaniem gościu jest w porządku i ma sporo racji, o odwadze nie wspominając, szczególnie ciekawe są te jego hipotezy odnośnie natury wszechświata, wibracji i ludzi jako istot trwających w wielu wymiarach jednocześnie, obojętnie ile z nich jest opisywanych w gazetach i szkolnych podręcznikach – natomiast jego słabą stroną jest chyba jak gdyby brak stwierdzeń typu „ktoś mi podsuwał te informacje, ale sprawdziłem to i okazało się, że to ściema”. A tak z boku patrząc – gdyby przez lata kariery szkolnej wtłaczano nam, że przed wiekami wśród elit naszego świata zalągł się jakiś pomiot pokrytych łuskami stworów z dalekich planet – to jak traktowalibyśmy kogoś, kto mówiłby, że to wszystko jest inaczej, że nie ma żadnych wrednych potworów nadciągających z odległych zakątków galaktyki..? Nie oszukujmy się – wszystko zależy od tego, co nam wpojono, jakie postrzeganie świata obowiązuje jako prawidłowe; no ale gdyby te pół-jaszczury naprawdę tu były, to na pewno by się tak nie ukrywały – jasne jest, że ludzie przyjęliby je z otwartymi ramionami, tolerancją i wyrozumiałością dla ich potrzeb żywieniowych… Oddawszy honory odwadze Davida Icke’a i rutynowo rozliczywszy się z osobami spod znaku „to bzdury, bo nie było o tym w telewizji”, na spokojnie trzeba przyznać, że nie wiadomo, czy to o tych hybrydach to prawda – być może wysiłki rodzimych ufologów mógłby wesprzeć np. profesor Jerzy Bralczyk, wyjaśniając, skąd w języku mieszkańców naszego kraju z minionych wieków wzięło się pejoratywne określenie „ty gadzino” – czyżby w następstwie jakiejś większej migracji krokodylów z Nilu albo waranów z Komodo, które dotkliwie spustoszyły hale i kurniki, dając się w ten sposób popamiętać, a może to wzięło się z ciężkiego kalibru wrażeń związanych z wizytami w pierwszych obwoźnych zoo, które nadjechały z dalekich krajów – bo chyba nie chodziło o te nasze małe zielone jaszczurki spod kamyków, co uciekają nawet przed ptakami? Z kolei według Michaela Tsariona David Icke zbyt dosłownie interpretuje zapisy z prastarych ksiąg o „synach Węży” (ang. ‚Sons of the Serpents’) i stwarzaniu przez nich ludzi na własne podobieństwo – zdaniem Irlandczyka nie chodziło tu o podobieństwo fizyczne, to tylko taka przenośnia. Tymczasem Stewart Swerdlow potwierdza wersję Icke’a i utrzymuje, że jako młody chłopak sam niejeden raz widział podczas rytuałów osoby zmieniające postać (ang. ‚shape-shifters’) z kręgów amerykańskich elit, kiedy jeszcze znajdował się pod hipnotyczną kontrolą tych, którzy mu to wszystko zrobili (przez długie lata nie widział normalnie na oczy, tylko jak gdyby ‚widział matriks’, wszystko jako pola energii – w Project Montauk trwale odkształcano ‚zbywalnym’ jednostkom ludzkim mózgi przy użyciu potężnych fal elektromagnetycznych i następnie badano, czy wyszło coś ciekawego, czy np. potrafią jakieś niesamowite rzeczy, widzieć odległe miejsca bądź cokolwiek w tym stylu – ponad 99% uczestników tych wiekopomnych eksperymentów nie przeżyło, tak że jeszcze przez pewien czas raczej się do tego oficjalnie nie przyznają; a że opuszczona baza na Long Island nadal straszy, no cóż, przecież nie trzeba tym frasować telewidzów – w Stanach takie tematy podejmują tylko lokalne stacje kablowe, niektóre z nich wydają się być całkiem niezależne).

Załóżmy, że pełnisz funkcję ordynatora w szpitalu psychiatrycznym i czytasz na karcie pacjenta, że pomimo obejrzenia nagranych na wideo zeznań astronautów i oficerów, naukowców oraz pracowników służb cywilnych, ministrów i gospodyń domowych – że ufo to prawda, kosmici istnieją i przylatują tu do nas często gęsto, a dobrzy i źli tak samo nie mogą się nadziwić, jacy jesteśmy głupi – pomimo obejrzenia setek zdjęć oraz nagrań z kamer wideo i myśliwców, pacjent nadal nie wierzy, że życie mogło narodzić się jeszcze gdzieś w kosmosie z dala od naszej planety, orbitującej wokół jednej z setek miliardów gwiazd w jednej z setek miliardów galaktyk dostrzeżonych już przez nasze teleskopy – bo telewizor nic mu o tym nie mówił – to czy uznasz taką osobę za zdrową psychicznie, czy raczej za ofiarę ciężkiego prania mózgu..? Co prawda wyciekły jakieś fotografie, że na pobliskiej planecie znajdują się ruiny i monumenty, a na widocznym gołym okiem Księżycu migają światełka i piętrzą się jakieś klocki, trudno też znaleźć starą świętą księgę bądź mit Indian bez wzmianki o gościach z nieba, nie sposób wytłumaczyć wiedzy astronomicznej Majów, Dogonów ani Sumerów – ale nie mówili w radiu, że kosmici tu byli, więc pacjent jest jak najdalej od takiego poglądu, ba, taka myśl wydaje mu się śmieszna, niedorzeczna, absurdalna, wręcz dyskwalifikująca autora w kwestii bycia osobą rozumną, rozsądną czy w ogóle w miarę trzeźwo myślącą – czy możemy przypuszczać, że mamy tu do czynienia z kimś, kto sam doszedł do takiego punktu widzenia przy użyciu własnego mózgu, czy też stoimy raczej w obliczu kogoś, kto został wychowany w dość bezwzględnej sekcie, gdzie od prawdy trzymają członków jak najdalej – ci, którzy są na górze i decydują, w co wierzy reszta? Można tak na to spojrzeć, jak na jakiś naprawdę złośliwy i perfidny spisek – z drugiej strony, to może być tylko „przedobrzenie” w wykonaniu amerykańskiej propagandy, która w latach 50-tych otrzymała zadanie zlikwidowania paniki wywoływanej przez latające spodki i zdementowania obecności Szarych oraz kompromitowania osób publicznie twierdzących, że jest inaczej – nikt nie chciał źle, a że przesadzili, to teraz od tego odchodzą i nie tylko za oceanem prawie nie ma kanału w telewizji, żeby choć raz na dobę nie przemknął gdzieś jakiś kosmita, w CNN i Fox News ciągle im puszczają migawki ze światełkami dziwnie zygzakującymi ponad aglomeracjami – przy czym też trudno powiedzieć i opinie są podzielone, czy to jest jąkające się ujawnianie tematu, czy raczej werble przed sztuczną inwazją obcych, którzy oczywiście nadlecą akurat wtedy, gdy skończą się terroryści oraz nuklearni szantażyści, a w związku z tym na moment zadrżą akcje koncernów zbrojeniowych; chyba, że jeszcze wcześniej wyjadą z asteroidami, że trzeba uzbroić orbitę, ponieważ nadlatują olbrzymie skały – chociaż akurat Plejaranie wspominali coś B. Meierowi, że faktycznie pomału zbliża się jakiś obiekt i sami będziemy musieli się przed nim obronić, bo nie jesteśmy już kosmicznymi dziećmi i na wszystkich planetach mieszkańcy stają kiedyś w obliczu takiej próby.

Napisy do niezależnych filmów o eksperymencie Filadelfia czy programie Montauk, zeznaniach świadków Davida Icke’a albo różnych tam dynamitach o ufo (bo takich niezależnych filmów są setki, tzn. na tyle interesujących, że w ogóle nie pokazują ich w telewizji, gdyż zbyt wiele dawałyby do myślenia) – krążą w wersjach chorwackiej, tureckiej, rumuńskiej, serbskiej, o włoskich czy hiszpańskich nie wspominając. Widzowie polskojęzyczni jak na razie nie mają takiego komfortu – najwyraźniej Polacy są zbyt inteligentni i na poziomie, żeby zajmować się takimi tematami; wypada jednak nadmienić, że przetłumaczonych zostało przynajmniej sporo filmów dotyczących 11 września oraz różnorakich globalnych ściem; byle nie o ufo – no tak, wiadomo, to śmieszne – mam nadzieję, że wszyscy się już uśmiali – hi, hi…

Miały być jeszcze jakieś ciekawe informacje – o.k., to może ‚Szmaragdowe tablice Thotha’, datowane na 36 tys. lat p.n.e., czyli grubo przed ustalonym przez historyków wynalezieniem pisma – ale skoro to nie pasuje do oficjalnej teorii biegu dziejów, to wyrzucamy to na bok, tam za te radioaktywne szkielety z prastarego indyjskiego miasta Mohendżo-Daro, niech sobie razem leżą, jak nie umieją pasować do naszych naukowych hipotez, takim faktom-gagatkom nadajemy po prostu status „niewyjaśnionych zagadek” przeznaczonych do opisywania w odpowiednich niszowych magazynach – broń Boże, żeby się tym na poważnie zajmować czy może jeszcze przyznawać jakiekolwiek fundusze na badania, gdyby gdzieś uchowali się naukowcy na tyle odważni, aby zauważyć to, na co wpadnie co drugi byle debil albo żul spod budki z piwem, jeśli przedstawić mu te wszystkie informacje – że obecnie lansowana jako naukowa teoria dotycząca tego, jak to było na naszej planecie, to Frankenstein, który już zaczął czuć się gorzej – a jeszcze trzeba będzie dojść, kto go skonstruował… To wszystko musiało być nie trochę, ale zupełnie inaczej, jedynie całkiem odmienny paradygmat byłby w stanie wyjaśnić wykopane szczątki i artefakty; górnicy i rybacy odprowadzają podatki, część z tego idzie na pensje dla archeologów, antropologów, historyków i filozofów – ale ci ani myślą podpisywać się pod choćby najbardziej oczywistymi wnioskami, najwyraźniej nie szanując ryzyka podejmowanego co dnia przez reprezentantów innych grup zawodowych – pewnie czują się lepsi… Trzy strony streszczenia fragmentów Księgi Thotha w języku polskim – 1, 2, 3. Pełna wersja w języku angielskim – tutaj. Inny ciekawy tekst w j. pol. na ten temat, tylko trzeba zamknąć reklamę – tu. Krótki artykuł na temat szkieletów z wykopalisk w Mohendżo-Daro, po tysiącach lat nadal wykazujących napromieniowanie czterdzieści razy przekraczające normę (samo odkopane miasto przedstawia sobą cyrkularne stopniowanie zniszczeń, z wyraźnym epicentrum) – j. pol. Szerzej opisujący ufo w starożytnych Indiach tekst tutaj – niestety okraszony wywiadem z jakimś doktorkiem – naiwniakiem, przemądrzałym a zdaje się kompletnie niezorientowanym w temacie.

Według źródeł takich jak ‚Henry Deacon’ czy Dan Burish, bardzo ważne dla mieszkańców wszystkich krajów jest, aby wykorzystujące nieziemskie technologie tajne międzynarodowe projekty w przestrzeni kosmicznej oraz na Ziemi były kontynuowane bez zakłóceń – oni jak gdyby w tym widzą największe ryzyko ujawnienia tej tematyki, że zaraz wkręciliby się przed kamery jacyś panikarze albo bezduszni kongresmeni gotowi deptać losy ludzkości niczym szczeble kariery, którzy zaczęliby publicznie kwestionować sensowność przeznaczania grubych bilionów dolarów na jakieś tam sprawy w kosmosie – a to mogłoby się różnie skończyć dla nas wszystkich. Poza tym całkiem możliwe, że gdyby to wszystko było normalnie jawne i godzinami męczone na Discovery, to te wszystkie Dzong Ile i Robertowie Mugabe mogliby sobie odpalać własne programy za marne parę milionów $ – mało jest na świecie jaskiń..? Dlatego np. mamy sporo informacji w niezależnym obiegu, ale na wykładzie Ala Bieleka dźwięk jednak psuje się w pewnych momentach i to akurat w takich, że obejrzawszy wszystko i tak nie dowiesz się, jak to właściwie się robi, to zszywanie czasoprzestrzeni – można przypuszczać, że prawdziwy dynamit, taki który mógłby naprawdę kogoś z nas tu rozsadzić, jest zastępowany dyskretnie ocenzurowanymi kopiami, a nie żeby potem lądował na takich witrynkach – gdzie przecież nie wiadomo, kto to przeczyta, może jakaś nawiedzona babcia, która godzinę w tygodniu spędza w kościele, a przez połowę z pozostałych 167 łypie nienawistnie wokół, będąc przy tym emerytowanym profesorem fizyki, starą panną, która chciałaby wszystko zmienić i na nowo napisać koleje własnego życia – a że w nowej linii czasu Niemcy wygrają wojnę, to już nie jej problem, ona tylko chciała i miała prawo być szczęśliwa, nie spóźnić się wtedy na tamto spotkanie… Również jeśli chodzi o technologie wolnej energii z okolic antygrawitacji, to np. świadek analogicznego projektu z tej dziedziny o budzących zaufanie obliczu i nazwisku dr Paul Czysz jako jeden z wielu ekspertów zaznacza, że niewłaściwie użyte mogłyby przynosić skutki rangi kataklizmów; nie dotyczy to jednak innych technologii wolnej energii, np. związanych z wodą – tak że to bynajmniej nie do końca tłumaczy, dlaczego w dalszym ciągu codziennie musimy wdychać smród spalin; jeśli ktoś nie interesuje się ufo, to mógłby się chociaż o to upomnieć – czemu chociaż tego nie ujawnią, jakie by było tutaj wytłumaczenie z tomiku ‚bo tak będzie lepiej dla ludzkości’..?

Reasumując: najwyraźniej jesteśmy ogłupiani w stylu „z fortuną trzeba ostro grać”, a w pierwszej kolejności wypadałoby przywrócić szacunek i respekt należne przekazom przodków, w dzisiejszych czasach omawianym wyłącznie jako baśnie, historyjki przez wieki urobione na boku, ludowe bajania oraz tradycyjne przypowieści dla młodzieży, przypadkiem dosyć podobne do siebie, ale to przez budowę ludzkiego mózgu, a te wzorki nazywają się archetypy, występują pod czaszkami ludzi wszystkich ras, na różnych kontynentach i rozsianych po oceanach wysepkach generują w umysłach mity przeważnie o bogach z nieba albo protoplastach z gwiazd, jak również o olbrzymach, smokach, magii, przyjaznych aniołach i dobrych wróżkach – tyle, że to przodkowie nie mieli żadnego interesu, żeby nam wkręcać kity i bajki, bo nie żyli za nasze pieniądze i nie mówili nam, co mamy robić, tylko po prostu zdawali sprawę z tego, co się działo w ich czasach, normalnie każdy miał jakichś potomków i pragnął przekazać im parę uwag, niejeden dziadzia Indianin widział, jak wnusio zaczyna gaworzyć, ale nie miał pewności, czy doczeka czasu, kiedy będzie mógł osobiście przekazać mu historię ich świata i ludu, więc organizował przepływ wiedzy tak, żeby się zachowało – i jakoś dali radę, dotrwali do czasów Internetu, teraz już mogą ich wykończyć do reszty, te wszystkie plemiona, spalić ich ostatnie święte księgi (rekord świata: Św. Inkwizycja w Ameryce Płd.) – ale już nie uda się unicestwić ich pamięci, a to właśnie o nią chodziło i to ona przydaje się dzisiaj mieszkańcom wszystkich krajów, którzy w owych relacjach odnajdują kawałeczki zwierciadła prawdy o własnych czasach.

W relacji Alexa Colliera osoby zaimplantowane przez Szarych w trakcie uprowadzeń (według różnych szacunków może to dotyczyć nawet 1 na 40 osób w USA – już pod koniec lat 80-tych dziennikarze wielkich amerykańskich gazet i psychiatrzy, którym przyszło zająć się tym ciekawym zjawiskiem, byli w szoku pod wrażeniem tysięcy praktycznie identycznych relacji swych współobywateli – np. laureat nagrody Pulitzera i profesor Harvardu John E. Mack, R.I.P. – ufo to śmieszny temat, ale rodzina gościa od razu po pogrzebie zapobiegliwie wydała oświadczenie, że nie łączą jego tragicznej śmierci z długoletnimi badaniami fenomenu porwań przez obcych) to niczego nieświadomi, uśpieni żołnierze ich przyszłej armii, która powstanie, kiedy gadoidy przylecą tu większą ekipą – to znaczy ci Drakonianie; Szarzy wyglądali kiedyś podobnie do nas, ale napadnięci i w trakcie ewakuacji przechwyceni w kosmosie przez nieprzyjemnych z wyglądu obcych z Oriona, zostali przetrzebieni oraz poddani manipulacjom genetycznym, tak by ich rasę łatwo można było kontrolować – gadoidy najczęściej nie zabijają podbitych, tylko robią z nich własnych żołnierzy do używania na różnych planetach i możliwe, że tak samo skończą również nasi potomkowie, jeśli nadal będziemy się śmiać z ufo i udawać, że telewizory nas nie wkręcają, że są w porządku i że nie ma żadnych trudnych spraw, którymi trzeba by się zająć i odbębnić naszą rolę w historii, dając dobrą zmianę w długodystansowym biegu pokoleń przez dzieje, zamiast siedzieć bezczynnie z pozbawionymi wyrazu twarzami jak roboty, w których indywidualności i pragnienia wolności tkwi mniej niż w sztucznych zbiegach ściganych w filmie „Łowca androidów”; Szarzy od tysięcy lat pragną się wyzwolić, a nasz układ i to, co się u nas wydarzy, wydaje się być ich może ostatnią, finałową szansą – dlatego zamierzają otwarcie powstać przeciwko swoim ciemiężycielom i wybrali nas na swoich wojowników, a naszą planetę jako pole bitwy. Według Alexa wiele planet i księżyców w naszym układzie gości życie – tymczasem według Plejaran z kontaktu Billy’ego Meiera wcale nie. Czy więc te wersje jednak są niezgodne, czy też sytuacja zmieniła się przez 20 lat; a może komuś coś się pomyliło? Istnieje również inna możliwość… Zgadzają się natomiast co do pradawnej wojny w galaktyce – według Meiera także Plejaranie relacjonują, że dawno temu ich przodkowie wyewoluowali na tak pokojowych i uduchowionych, że stracili zdolność do skutecznej obrony i mieli poważne kłopoty z najeźdźcami, aż musieli rozlecieć się po kosmosie.

Analiza mechanizmu współczesnej rzeczywistości opisywalnego jako „możesz sobie przyczepiać ciężarki w różne miejsca, zbierać znaczki albo monety, całymi nocami skakać przy ogłuszającej muzyce lub wydzierać się na meczu przeciwko drużynie z innego miasta, godzinami oglądać kipiące sztucznością widowiska telewizyjne bądź non stop grać w gry komputerowe – normalność pierwsza klasa, tak trzymaj, wszystko z Tobą w porządku; ale jak tylko powiesz, że wierzysz w kosmitów i ufo, że coś musi być w tych zeznaniach licznych astronautów, wojskowych, dziwnie zmarłych naukowców, w opowieściach kontrolerów ruchu lotniczego oraz przypadkowych cywili, w odtajnionych dokumentach z raportami, w tych setkach zdjęć i nagrań, to ufo to chyba jednak nie jakaś zbiorowa halucynacja tysięcy kamer wideo, nawet jeżeli naukowcy z jakiegoś powodu publicznie tego nie zauważają – to już masz nierówno pod sufitem, świrujesz lub wręcz chorujesz psychicznie”. Czy to się samo tak porobiło, przypadkiem tak wyszło, że tak jest..? No pewnie, że tak – chyba nie wierzysz w jakieś teorie spiskowe? Obejrzyj sobie na Discovery, tam czasami lecą ciekawe i rzetelne programy o tych banialukach, jak miernie trzymają się kupy, w przeciwieństwie do współczesnej wersji oficjalno – naukowej; taka stacja nie ma problemów z koncesją, a gdyby spróbować uruchomić kanał o tych zagadnieniach tu powyżej opisywanych, to jak by było – gdzie my właściwie żyjemy, na trybunach sprzedanego meczu..?

W cyklu „oni nie są tacy źli, też kiedyś byli dziećmi, a zaczynali w ogóle jako urocze bobasy albo maleńkie śliczne kameleony”: jeśli chodzi o osoby wychowane w rodzinach Iluminatów, również te o „prawdziwie królewskim genotypie”, to często wcale nie są one zadowolone, poznając tajemnice własnego rodu i kiedy dowiadują się o obrzędach oraz swej „historycznej roli” do odegrania w rozłożonym na wieki przedsięwzięciu, jest to dla nich w wielu przypadkach okres ciężkich przeżyć i rozterek – z jednej strony szlachetne hasła o prowadzeniu ludzkiego tłumu przez labirynt możliwości pełen zdradliwych pokus, ale na rewersie raczej chore rytuały i mocno kontrowersyjne dokonania – pewnie tak samo z wewnątrz, jak i z zewnątrz nie wiadomo do końca, co o tym myśleć i czy się tego przypadkiem nie współtworzyło w poprzednim wcieleniu – bo trzeba przyznać, że coś w tym jest, że ludzie jako masy normalnych nierzadko bywają głupi, prymitywni, tchórzliwi, zakłamani, a w większych grupach zdolni wręcz do schodzenia poniżej poziomu dzikich bestii – z tym, że kiedy jest się wewnątrz, to nie tak łatwo powiedzieć „nie dziękuję, to mnie nie interesuje”, ponieważ cała Twoja rodzina i wszyscy znajomi są właśnie z tego środowiska i od wielu z nich oczekiwano by potem, by się od Ciebie odwrócili – „co jest, kurde, nie chcesz zbawiać świata?” Z kolei jeśli chodzi o gadoidy, to zdaniem pewnych badaczy być może niektóre z nich wyewoluowały na naszej planecie, z tych małych, zielonych, szybkich i agresywnych dinozaurów; w tym kontekście jak takiego zobaczysz, to atakować go trochę kontrowersyjny pomysł, bo on tu też zawsze mieszkał tak samo, jak Ty, według ‚smoków’ to w ogóle my jesteśmy najeźdźcami, bo one kiedyś opuściły nasz świat, tzn. stąd odleciały, a dinozaury sobie wyginęły – i dopiero wtedy ludzie się „zalęgli”… Czyli to mogło być tak, że na naszej planecie najpierw wyewoluowała forma gadzia, a dopiero potem nasza – i może kosmos czeka, aż w końcu się dogadamy, skoro takie z nas dwie wyjątkowe formy zdolne powstać z pyłu i rozwinąć się do poziomu podróży międzygwiezdnych, czyli to zdaje się dzięki nam wszechświat jest pełen pomysłów – już mniejsza o to, kto jest fajniejszy, bo nigdy gadoidzie laski nie będą się podobały czytelnikom Playboy’a tak, jak Ziemianki, i pewnie vice versa, więc nic dziwnego, że każdy potem myśli, że to on jest lepszy i ładniejszy; a że po obydwu stronach zawsze znajdą się świry, co będą wiecznie chciały wojować i unicestwiać drugich, dalej mszcząc tamte globy rozłupane tysiące lat temu – to się ich wyrzuci na jakąś odległą planetę, tak jak kiedyś los potraktował naszą i w ten sposób z nim również wyrównamy rachunki, coby się wszystko zgadzało; nie tylko według Michaela Tsariona starożytna wojna pomiędzy Ludźmi a Gadoidami na Ziemi nigdy nie została zakończona zawarciem pokoju, tylko to było jak w Korei – obydwie strony z czasem zmęczyły się wzajemnym wyrzynaniem i przestały to robić, a gadziny z gwiazd zeszły głęboko pod ziemię – nie tylko dla nich mieszkanie na powierzchni to obciach, bo tylko tu można zmutować od kosmicznego promieniowania albo dostać w łeb z meteorytu, szaleją żywioły i katastrofy naturalne, a obce ufo czają się między chmurami…

Zdaje się, że można by opracować całą rozbudowaną witrynę internetową poświęconą wyłącznie „niewyjaśnionym” zagadkom oraz tajemnicom, które w prosty i najzupełniej logiczny sposób stają się wytłumaczalne w perspektywie krajobrazów informacji solidnie już utwierdzonych w niezależnym obiegu informacyjnym, o których powstały tysiące książek, filmów oraz witryn internetowych, ale w dalszym ciągu nie sposób czegokolwiek o tym usłyszeć w Teleexpressie ani przeczytać w najgłupszym choćby kolorowym pisemku – co jest raczej dziwne, skoro tworzą to i śledzą miliony ludzi z setek krajów, jest ich więcej niż filatelistów i numizmatyków razem wziętych, a nie mają nawet swojego hasła w encyklopedii; dlatego ciężko się tym zainteresować, kiedy w ogóle się nie wie, że coś takiego istnieje, nie ma żadnych drzwi prowadzących tam z wymiaru koncesjonowanych informacji dla mas – już o samym fakcie, że tak dziwnie ukryte jest istnienie czegoś tak wielkiego, nie można powiedzieć, że jest mało podejrzany. Dziennikarze i eksperci, których praca polega na publicznym deklamowaniu przyjaznym tonem, że wszystko zostaje powiedziane, po prostu udają, że tego nie zauważają – ale to mniejszość, zazwyczaj biorą takich zbyt pewnych siebie, którzy naprawdę wierzą w to, co mówią i piszą, że wszystko jest fajnie i ciekawych informacji najlepiej szukać w oficjalnych kanałach przeznaczonych dla miliardów, bo teraz to tam już dają cały Top Secret i transmisje na żywo z ekspansji w kosmosie, powierzchni innych planet, wszystko… Nie nienawidzę ich i nie gardzę nimi, jako że o mały włos sam takim kimś nie zostałem, a byłbym nie gorszy w sercu niż teraz, śmiejąc się z imbecyli bredzących o podróżach w czasie i obcych porywających czy zjadających ludzi, o innych bzdetach nawet nie wspominając, żeby nie pogrążać tych już i tak najwyraźniej poszkodowanych przez los ludzi. Jak widać to dookoła, można być kimś bardzo inteligentnym i jednocześnie bardzo wkręconym, kwestia polega na inteligencji wkręcającego – jak w ślad za tytułem filmu mówi młode angielskie przysłowie: „Ufo’s – they are here”. Ciekawe, czy ci, którzy posiadają te wszystkie stacje tv i w ostatecznym rozrachunku płacą dziennikarzom i ekspertom owe godziwe pensje za niegodziwe unikanie najważniejszych tematów i ukrywanie samego tego przeoczania, mają może jakieś powiązania lub wspólne interesy z owymi kręgami, które korzystają na tym stanie rzeczy, z tymi ja wiem, może bankierami, co sobie najpierw tanio wykupili Amerykę po Wielkim Kryzysie, potem Eisenhower ich jeszcze wpuścił do sponsorowania prac nad problemem ufo, zanim nasiliły się pogłoski o niejasnych korzeniach ich rodów – i do dzisiaj wszyscy są źli, tylko nie bankierzy, to aniołki których w ogóle nie ma, podobnie jak właścicieli międzynarodowych megakorporacji, więc jak by mogli być źli, skoro w ogóle nie występują na scenie i nikt o nich nie mówił, przynajmniej w żadnej telewizji ani globalnej agencji prasowej, stanowiących przecież własność zapewne pracowitych ludzi dobrej woli, co zresztą widać po nieskazitelnie uczciwych efektach ich pracy..? Czasem jak widzę tych naszych dziennikarzy, jak od rana podśmichują się głupio, gadając o bzdurach z minami pozerów – znawców, to muszę przełączyć, żeby coś zjeść, taki odruch; wiem, że mogłem być jednym z nich, ale coś mi strzeliło do łba i zacząłem sobie sprawdzać w Internecie, czy są jakieś nowe informacje na temat moich zainteresowań z dzieciństwa – i okazuje się, że owszem, funkcjonują już pewne nieźle uwiarygodnione doniesienia, minął ledwie rok od tamtej zajawki, a natrafiłem już na kilka… No więc miało być o tych „niewyjaśnionych zagadkach” – np. deszcze kamyków i żab w dziwnych kolorach, zdarzające się od wieków mieszkańcom różnych miast w wielu krajach, ale co ciekawe, równie często przy bezchmurnym niebie i/lub w głębi lądu. Otóż te piękne żaby i inne dziwy reprezentują planetę opisywaną jako Muldek/Tiamat/Melona, której kawałki po jej eksplozji pozamarzały kiedyś nagle w kosmosie i po dziś dzień sobie orbitują, a kiedy czasami coś wejdzie w atmosferę naszej planety, lód się topi i spada na ziemię pośród uwięzionych w nim fragmentów zapomnianego świata. A teraz odpowiedź drużyny oficjalno-naukowej: jest to niewyjaśniony fenomen, który pozostaje jedną z wielu zagadek czekających na rozwiązanie przez przyszłe wieki, tego samego zdania jest sto tysięcy najwybitniejszych profesorów z 50 najbardziej adekwatnych tu dziedzin wiedzy. Kto przejdzie do następnego odcinka? Jeśli chcesz zagłosować na drużynę „hipotezy historii i biologii będą się musiały jeszcze troszeczkę popoprawiać”, przestań czytać, co Ci ktoś pisze, bo może ja też jestem taką fałszywą opozycją, że niby krytykuję, a idziemy przywitać się z gąską, albo np. ‚demony’ mnie podmieniły i leżę w stawie, podczas gdy w moim pokoju niezdarnie bałagani teraz ich android, który w wolnych chwilach gromadzi informacje o Ziemianach, oglądając „Rozmowy w toku”..? Lepiej słuchaj tych, których jesteś w stanie ocenić przynajmniej po minie, głosie, mowie ciała; chyba, że nie potrafisz, ponieważ spotykane w Twoim życiu osoby nie były szczere ani fałszywe, tylko wszystkie takie same. Zacznij od gości, którzy wypowiadają się dla prasy w imieniu NASA albo SETI – który z nich wygląda na niezłomnego naukowca..? Potem sobie wyszukaj zdjęcia takich, co najpierw gadali same bzdury i bajki, a potem ich znaleźli nagle zmarłych u szczytu działalności – czy prezentowali się jak tchórzliwi wariaci, czy raczej jak naciągacze pozbawieni skrupułów..?

Według Leo Zagamiego Barack Obama jest masonem 33 stopnia i to dobrze, bo Masoni od dwóch wieków byli gnębieni przez Iluminatów i teraz on da im pewnie nieźle popalić. Według licznych źródeł stare sitwy i grupy niejasnych interesów z Waszyngtonu oraz Białego Domu boją się go, jak diabeł prawdy o ufo, a to z tego powodu, że „kompletnie nie mają go w swojej kieszeni” i są tym totalnie przerażeni, jako że nieczęsto coś takiego się zdarzało; zanim w mediach pojawiły się plotki o zamachu na Obamę, w niekontrolowanym obiegu informacyjnym długo wcześniej krążyły już na ten temat artykuły typu „Will Obama be assasinated if he wins?”. Zdaniem Davida Wilcocka (miał nieraz sny z Obamą w roli głównej superbohatera trudnych czasów) jeśli z rokiem 2012 można wiązać jakiekolwiek nadzieje na zmiany na lepsze, to musi wygrać Obama – no i wygrał… McCaina nie ma za bardzo co żałować, bo tam jak był w tym obozie jenieckim, to według relacji innych weteranów układ był taki, że ten kto mówił, miał dobrą opiekę lekarską, a ten kto milczał – umierał sobie na pryczy, pozostawiony sam sobie; no i McCain miał dobrą opiekę lekarską – obwieszeni flagami i orderami byli koledzy nieraz pikietują go w tej sprawie i zawsze w dowolnej chwili można by go zaszantażować, że zacznie się o tym mówić w wielkich mediach, skąd jak wiadomo dane do swoich artykułów czerpią wszyscy najlepsi dziennikarze.

W roku 1997 przygotowany dla Światowej Organizacji Zdrowia raport z badań nad środkami uzależniającymi został poddany rzadkiej w tego typu opracowaniach medycznych cenzurze: utajniono cały jego rozdział, w którym na podstawie szerokiego spektrum danych statystycznych naukowcy wykazywali, że marihuana jest nie tylko mniej szkodliwa dla zdrowia i funkcjonowania w relacjach międzyludzkich, ale również działa mniej uzależniająco w porównaniu z nikotyną i alkoholem. Tymczasem USA oczekują od innych krajów naśladowania swojej nielogicznej polityki farmingu aspołecznych psychopatów, dlatego również u nas, jak chcesz kogoś wytruć – nie ma problemu, trutkę na szczury dostaniesz w sklepie za rogiem albo w dowolnym supermarkecie; jeżeli chcesz kogoś podpalić czy wysadzić w powietrze – udaj się na stację benzynową, tam Ci wszystko sprzedadzą, ewentualnie możesz sobie też kupić tonę petard; a jak chcesz popełnić samobójstwo, to już zupełnie Twoja sprawa, droga wolna, próbuj sobie do woli, to nie jest karalne – ale zapytaj tylko o którąkolwiek z naturalnie występujących w przyrodzie roślin, jakie w tradycji ludów różnych kontynentów do dnia dzisiejszego uznawane są za święte oraz godne specjalnego traktowania i wykorzystywania z należytym szacunkiem, ponieważ jakoby prowadzą do poszerzenia postrzegania, pogłębienia zrozumienia i odczuwania, do uświadomienia sobie własnego miejsca i funkcji wśród trybików wszechświata, do doznania jedności z kosmosem i jego pięknym mechanizmem – nie, tego akurat nie ma, to jest zakazane i wzbronione pod groźbą aresztowania i więzienia, włącz sobie telewizor, kup pół litra i wypal paczkę fajek, a potem pobaw się z dziećmi, tak będzie lepiej dla Ciebie i Twojej rodziny, to wszystko w trosce o Wasze zdrowie i szczęście. Kto stoi za utajnieniem owego rozdziału z oficjalnego naukowego raportu zamówionego przez jedną z głównych agencji ONZ? Na to pytanie pasuje zapewne wiele odpowiedzi, a jednej z nich udziela m.in. David Icke (który jak sam przyznaje, nie wypalił w życiu ani jednego skręta) i wtóruje mu wielu niezależnych analityków tradycji: to gadoidy, hybrydy o takich korzeniach lub inne ośrodki manipulacji tłamszą wszystko, co pozwalałoby ludziom sobie przypominać, że tak naprawdę są istotami międzywymiarowymi i że w ogóle istnieją jakieś wyższe, bardziej magiczne warstwy istnienia i sensów, w dodatku można dosięgnąć ich umysłem, jeśli tylko uda się zmienić jego częstotliwość. Przy czym co innego być podróżnikiem, co innego bezdomnym – z drugiej strony David Wilcock jakby w oparciu o swoje kosmiczne źródła przypomina, że każde uzależnienie jest przejawem braku szacunku dla samego siebie i własnych myśli, z którymi nie chce się zostać i nie może wytrzymać, jednocześnie zazwyczaj oczekując, że ktoś inny z własnej woli gotów byłby znosić ich klimat.

Jeśli ktoś woła do Ciebie od progu: „Siemano, właśnie wczoraj odkryłem wspólny spisek kosmitów, ludzi i pół-ludzi-pół-kosmitów, którzy chcą przejąć już totalną władzę nad światem, a wtedy może nawet naziści wrócą z Księżyca, a z wnętrza Ziemi wyfruną potomkowie mieszkańców Atlantydy, nie chodzi jednak o podróże w czasie, bo te urządzenia już zezłomowano, tak że nie wiadomo, co z szybkimi połączeniami do naszych baz na Księżycu i Marsie, tzn. tych nie zaatakowanych przez prastare gady z kosmosu” – to po dłuższej rozmowie i przedstawieniu relacji może się okazać, że najbardziej szokujące i najtrudniejsze do uwierzenia jest samo to, że cała prawda o naszym świecie mogłaby być ukryta, że można by ją sobie tak po prostu nagle odsłonić, niby zajrzeć za wielką kotarę, zagrać Neo w „Matrixie”, że mógłby to samodzielnie uczynić jeden człowiek i najwyraźniej musi to zrobić na własną rękę, gdyż nikt jakoś nie kwapi się, by mu w tym pomóc – taki motyw „samotnie przeciwko całej rzeczywistości”, nagle na przekór wszystkim książkom, uniwersytetom, telewizorom, gazetom, rozsądnym opiniom normalnych ludzi – gdyby to była prawda… W tym momencie większość ludzi ma na łyżce zbyt dużo dziegciu do przełknięcia i odwraca się z przestraszonym i gniewnym wyrazem twarzy a’la „co mi tu proponujesz za schizę?!”; namiętni telewidzowie mają łatwiej – oni przecież wiedzą, ponieważ zgromadzili te informacje pracowicie leżąc na tapczanie, że te teorie spiskowe owszem jest coś takiego, słyszeliśmy, ale to po prostu nic więcej, tylko takie naciągane bzdury dla naiwnych, eksperci z łatwością je obalają. Szkoda, że nigdy nie pokazują do końca tych ekspertów i wyników ich pracy, tylko zawsze zmieniają wątek – bo chyba każdy chętnie odetchnąłby z ulgą, mogąc przestać myśleć o jakichś nieprzyjemnych stworach, eksperymentach obcych na ludziach w podziemnych ośrodkach „współpracy” oraz o wielu innych smutnych sprawach i przyciężkawych tematach – niestety jednak chyba bardzo trudno jest wyszukać jakieś przekonujące informacje demaskujące bądź kompromitujące wymienianych tu powyżej świadków. Skoro to jest ogólnie takie raczej dołujące, to może faktycznie lepiej o tym nie mówić, tylko też okłamywać wszystkich bzdurami tego pokroju, żeby potem prawda ciężko wchodziła, wydawała się niemożliwa, niewiarygodna, wzięta z jakiegoś filmu albo przynajmniej szokująca – ale w takim razie, co mógł mieć na myśli pan Jezus, kiedy mówił: „prawda was wyzwoli”..?

Załóżmy, że faktycznie tak jest, że manipulują tu nami jacyś obcy albo przynajmniej dumne prawnuki starożytnych hybryd, a ci dobrzy kosmici nam nie pomogą, bo czekają, aż sami się w tym połapiemy i z tego wyzwolimy, a gdyby takie rzeczy robili za nas, to my byśmy pozostawali niedojrzali i niedorozwinięci jako cywilizacja, pozbawieni na przyszłość prawa do satysfakcji z własnych dziejów, niezaradni niczym niepewny siebie młodzieniec, za którego wszystko zawsze załatwiała mamusia i nie nauczył się samodzielnie stawiać czoła wyzwaniom niesionym przez los. No i kim w takim razie byliby nasi przeciwnicy w tej grze, owi kosmiczni pedofile vel nadludzko inteligentne ludojady? Czy wyglądają jak latające przezroczyste mgiełki połyskujące od pomysłów przebiegających w nich z prędkością światła, czy może w ogóle przybierają formę konstrukcji myślowych albo nieuchwytnych sekwencji emocjonalnych, lub też po prostu aż tak nas przewyższają rozwojem, że nie potrafimy nawet niczego o nich powiedzieć ani w ogóle ich sobie wyobrazić? Nie, to tylko przemądrzałe dinozaury, jaszczurki które naczytały się książek, dzieci smoków przybyłych w zamierzchłych czasach na międzygwiezdnych krążownikach, najprawdopodobniej coś koło tego – kosmos niby w grze komputerowej na początek daje nam jakby najprostszego przeciwnika, bo ich spryt i matnia, którą możliwe że to właśnie one nam skonstruowały, owszem wyglądają na nieziemsko inteligentne, nieludzko bystre i diabelsko przebiegłe – ale nadal potrafimy je przeniknąć i wyjaśnić w naszych słowach, więc jednak nie jest to dla nas takie niepojęte i najbardziej przykre jest w tym tylko to, że kiedy o tym mówisz i komuś to opisujesz, chyba nie da się uniknąć przy tym wrażenia, że to wszystko nie mogło się tak ułożyć samo ani przypadkiem, a jednocześnie raczej nie mógł tego wymyślić człowiek, skoro ludzie ledwo potrafią to ogarnąć i zacząć pojmować – takiego przekrętu nie wykombinowałby ani Grobelny, ani Bagsik, to reprezentuje inny format planowania i niespotykany rodzaj genialnej brawury synchronicznie dopinającej się na ostatni guzik z wielu stron i dziedzin – ten matriks, którego zapracowani więźniowie sami na wyścigi tłamszą buntowników, stając w obronie iluzji, że wszystko jest o.k. i ładnie pięknie; druty kolczaste nie są tu potrzebne, w tym systemie nawet Twoi najbliżsi bez ceregieli przepuszczą Cię przez przykry magiel własnych lęków i frustracji, gdy tylko spróbujesz pozbawić ich podstawowych złudzeń typu „jest dobrze, prawda leży na stole, a złe rzeczy już się nie dzieją” i zachęcić do wyrobienia sobie na jakikolwiek temat poglądu rozbieżnego z telewizorem; no a mało kto będzie chciał uciekać z więzienia, w ogóle o nim nie wiedząc i/lub nie chcąc w nie uwierzyć, ani że może istnieć jakieś więzienie, o którym ci nie powiedzą, że w nim jesteś. O ile nie zmywasz podłogi w podziemiach jakiegoś zamku np. w Bawarii czy Lotaryngii, to w sumie nie wiadomo, czy taka zostawiająca większość paranoików daleko w tyle perspektywa jest poprawna i czy na pewno istnieją te sekty gadoidów lub hybryd, których podszytą strachem ambicją jest kontrolowanie naszej rzeczywistości – szkoda, że pomimo tylu relacji nikt nie próbuje tego wyjaśniać, to jednak nieco dziwne i niepotrzebnie podsyca niepokój już przecież wywołany przez doniesienia z całego świata. Może to tylko prowokacja tajnych służb i lansowany ze spokojem projekt wielkiej ściemy, ale jednak trochę jest tych świadków, legend i starożytnych posążków na temat – więc coś musi w tym być prawdy, nie wiadomo tylko, dokładnie ile – i nad tym też oczywiście nie pracują po uniwersytetach, bynajmniej, raczej analizują dzieła Da Vinci’ego albo Kanta, które nikogo normalnego nie obchodzą bardziej niż zgniłe jajka na śmietniku. Jaka może być tego przyczyna, czy tak powinno być, że jedni się męczą i boją po domach, drudzy znikają, a trzeci udają, że nic się nie dzieje albo naprawdę w ogóle o niczym nie słyszeli? A jak by się sprawy miały, gdyby to wszystko była prawda i faktycznie istniały jakieś grupy, którym zależałoby na utrzymywaniu tak głupawej sytuacji i bezsensownego ukierunkowania prac myślicieli..? Każdy, kto się z kimś kiedyś zmagał, wie, że aby pokonać niektórych przeciwników, trzeba ich najpierw docenić; zresztą to właśnie jest według wielu badaczy słabość gadoidów/hybryd – one nie potrafią tego zrobić, są za bardzo uzależnione psychicznie od swojego poczucia wyższości, gdyż to na nim opiera się ich moralne przeświadczenie, że mają prawo nami władać. Chwilowo najwyraźniej mają przewagę, ponieważ one wiedzą o naszym istnieniu, a my się dopiero zastanawiamy, wciąż mają wpływ na nasze prawa i poglądy, wiedzę którą wtłaczamy dzieciom i zapatrywania uznawane przez nas za normalne, podczas gdy my wyśmiewamy się nawzajem, że ktoś w ogóle wierzy w ufo i że władze mogłyby cokolwiek na ten temat ukrywać przed opinią publiczną, że coś mogłoby być „nie tak”; ale sytuacja może się nagle zmienić i wtedy na czym będzie polegała ich przewaga – że ich jest może kilka tysięcy, a nas kilka miliardów..? Jeśli ten nasz matriksopodobny system to sprawka powiedzmy tych hybryd, to one teraz muszą już być nieźle wystrachane i nie cofną się przed niczym, tak jak nie mogą zatrzymać przemian masowej świadomości mieszkańców planety – bez sensu byłoby przypuszczać, że po tych wszystkich wiekach teraz tak po prostu poddadzą się bez walki ani kombinacji, żadnej próby nowej globalnej machinacji lub chociaż postawienia apokaliptycznej zasłony dymnej w charakterze osłony odwrotu – tylko ze spuszczonymi głowami rozejdą się po domach, aresztach i izolatkach, jak niezaradne nieśmiałe dzieci; w niezależnym obiegu informacyjnym rzadko można trafić na życzenia spokojnego wieczoru, natomiast dość często zdarzają się praktyczne porady dotyczące zgromadzenia w plastikowych pojemnikach (nie pękną po zamarznięciu) dużej ilości wody pitnej oraz jedzenia, do którego przygotowania nie potrzeba będzie gotowania; osobom bardziej zapobiegliwym zaleca się ukrycie tego wszystkiego w jaskini położonej możliwie wysoko nad poziomem morza i/lub wydrążenie sobie sieci tuneli a’la żołnierz Wietkongu, w których dałoby się przez pewien czas mieszkać; internautom przydatne mogą się okazać ekrany osłaniające sprzęt przed działaniem impulsów elektromagnetycznych; rachuby czasowe dotyczące zamieszania i anarchii w efekcie wybuchu III wojny światowej lub przetoczenia się megakataklizmów mówią o okresie około półtora roku, który trzeba by jakoś przepękać, utrzymując się przy życiu głównie za pomocą pozytywnych myśli i podążania za dobrymi przeczuciami.

Jeśli ci reptilianie to ściema, to i tak jest problem, bo w takim razie istnieje grupa zdolna do wywołania globalnego niepokoju za pomocą skoordynowanej manipulacji uruchomionej na wielu kontynentach jednocześnie – mielibyśmy tu przynajmniej Wlk. Brytanię (James Casbolt), RPA (Credo Mutwa) i USA (Stewart Swerdlow) – przy czym to pewnie nie ci sami, co popełnili 11 września, bo tamci chyba nie potrafiliby nabrać nawet konduktora PKP na odcinku 33 km, więc gdzie im do wpuszczania w maliny światowej czołówki niezależnych myślicieli i badaczy tematów, o których lepiej nie mówić, bo to śmieszne, poza tym można zginąć, a jednocześnie jest się chorym psychicznie. Mimo wiarygodności doniesień i przychodzących w sukurs legend, nawet mnie nie jest łatwo uwierzyć w te gadoidy – choć uhonorowałem je tu powyżej tyloma akapitami, że wydawałoby się, iż przyzwoicie z mojej strony byłoby mieć 100% pewność co do ich obecności między nami. Nie wiem, może to jest tak, że ich tu póki co jest tak mało, a już tyle osób myśli o nich wieczorami, skoro nie mówią o tym w telewizji – że wynikła za duża dysproporcja i ich istnienia nie starcza na poczucie realności dla wszystkich, którzy gotowi byliby w nie wierzyć; a może już się zwinęły albo tajne służby je przetrzebiły, a w niezależnym obiegu informacyjnym mamy informacje sprzed 15 lat. Jest jednak jeszcze taki wariant, któremu niestety w sumie niewiele przeczy, że to jest wszystko prawda, tylko szalenie trudno w nią uwierzyć, a to dlatego, że te potwory wciąż trzymają się mocno i komponują medialno-naukową papkę dla miliardów, jak przedstawiono powyżej mocno chrzczoną, nauczyły nas co jest rozsądnym poglądem, a co przejawem szaleństwa i to stąd się biorą ilustrowane tu paradoksy; więc chyba jednak warto poruszać tę tematykę, póki się to jakoś nie wyklaruje i nie będzie można co do tych tematów na czymś konkretnym oprzeć swojego spokoju ducha i postawy biernego oczekiwania na wydarzenia „wieczorem przed telewizorem”; jeśli to się potwierdzi, to na pewno niczyja to wina, że urodził się z 50% genów z kosmosu, a nie np. z 48% i by się nie przemieniał w spragnioną ludzkiej krwi dziwną postać, budzącą wkoło niechęć i zmuszoną do ukrywania się przez całe życie – rozumiemy je, ale przecież nie będziemy tak stać i czekać, aż nas zjedzą, tylko te wszystkie relacje i tak trzeba będzie prędzej czy później prześwietlić, zanim nas może skotłują do reszty – bo jak widać, już chyba wcisnęły naszym przodkom parę niezłych kitów i ledwo będziemy w stanie udźwignąć i zrzucić z siebie tę całą ściemę, aż tak nas już wkręciły i wielu z nas nadal codziennie przyczynia się do tego w zamian za sowite wynagrodzenie; „sowite” – ciekawe, skąd to się wzięło…; a może gadoidy nawet nie istnieją i to ktoś inny robi sobie jaja, grupy interesów, których nawet nie potrafimy nazwać ani opisywać w wielu zdaniach – technologia z przerwanego w roku 1984 Project Montauk umożliwiałaby zorganizowanie tak szeroko zakrojonej mistyfikacji, włącznie z pojawianiem się głosów w głowie Davida Icke’a i przedstawiających dwunożne jaszczury hologramów wokół sylwetek niczemu niewinnych osób – kto podrąży informacje dotyczące tego typu programów, bez wątpienia to zrozumie i co miał na myśli Phil Schneider mówiąc, że tajne technologie wojskowe wyprzedzają publiczne o ponad 1000 lat. Generalnie ci kosmici od Wilcocka i Plejaranie od B.M. mówią, żeby zawsze patrzeć we własne serce i podążać za intuicją, choćby w gazetach i naukowych traktatach opisywano ją jako nic nie wartą i nikomu nie potrzebną przybłędę, choćby w telewizji psychologowie i inni eksperci mówili, żeby nie ufać przeczuciom i dużo myśleć, rozsądnie, to znaczy według praw i kanonów opinii propagowanych jako prawidłowe i najlepsze – oni tak mówią, ci kosmici, że myślenie to jest jak gdyby druga liga, a ekstraklasa to byłyby te niejasne przeczucia i „tknięcia”, więc raczej nie znajdzie szczęścia ten, kto nie będzie podążał za głosem intuicji ani pielęgnował w głowie dobrych myśli; poza tym w komórkach naszych ciał są jakieś kwasy i tam jest podobno zawarta cała wiedza, mądrość wszechświata, pamięć poprzednich wcieleń, w ogóle w każdy kawałeczek kosmosu jest na zasadzie fraktala od początku wkodowana cała prawda o nim całym, wzory DNA również skomplikowanych istot oraz inne ciekawe informacje – to dlatego nasze przeczucia są trafne, ponieważ tak naprawdę jesteśmy dużo mądrzejsi, niż moglibyśmy przypuszczać na podstawie stanu wiedzy naszej współczesnej nauki; zwłaszcza, jeżeli potrafimy ów bank danych uruchomić i korzystać z niego choćby w niewielkiej części, do czego można dążyć poprzez medytację i życie zgodne z prawami stworzenia (ang. ‚laws of Creation’), czyli skupione na poszukiwaniu miłości, prawdy i mądrości (umiejętności praktycznego wykorzystywania wiedzy), by nie wchodzić nikomu w drogę i nigdy niczego nie narzucać, na dążeniu do samorozwoju i ewolucji duchowej – życie bez postępu w sferze ducha jest całkowicie zmarnowane jako wcielenie, bo to akurat o to chodzi w tej grze w reinkarnację, którą da się ukończyć; ufać najlepiej przede wszystkim sobie, nie żadnym radom z zewnątrz, chyba że chodziłoby o znaki kosmosu albo losu – nad nimi warto się zastanawiać i zawsze jest ku temu okazja, bo każda chwila jest znakiem, efektem naszych działań i myśli – sorry Winnetou, ale nie ma przypadków (ich istnienie wykluczyła już zresztą nasza matematyka) – nie jest jasne, czy dotyczy to również wypadków komunikacyjnych, chyba właśnie nie, takie nagłe zgony bywają w sprzeczności z zamysłami kosmosu. Jeśli chodzi o kontakt z kosmitami, to fajnie jest mieć w głowie jakąś łączność, ale też trzeba pamiętać (tak mówią np. Plejaranie, Alex Collier oraz rozmaici niezależni badacze), że tam w przestrzeni czai się również wiele zwodniczych istot, które chciałyby zrobić karierę i szukają naiwnych. Amerykański badacz Jim Marrs, który do ufo dobrnął badając sprawę zamachu na Kennedy’ego od dnia jego przeprowadzenia i otwarcie mówi, że nie porusza tematu hybryd stanowiącego główny wątek dociekań Davida Icke’a, ponieważ jego zdaniem ludzie raczej straciliby zainteresowanie całym jego przekazem (podobnie kiedyś wypowiadał się np. Alex Jones w ogóle o ‚reptoidach’ jako wątku niezależnego obiegu informacyjnego, ale on chyba cały temat ufo do niedawna postrzegał jako jeszcze zbyt kontrowersyjny, a do dzisiaj go nie omawia, gdyż wedle jego słów „za dużo jest w nim dezinformacji i dziwaczności”; William Cooper przed śmiercią uznał większość krążących w obiegu informacji za fałszywki spreparowane przez służby, w tym dokumenty MJ-12) – no więc ten Jim Marrs ma takie powiedzonko: „patrzenie na przelatujące po niebie ufo i zastanawianie się, czy pilotujący je kosmici są dobrzy, czy źli, jest jak patrzenie na przelatującego Boeinga i zastanawianie się, czy lecący nim ludzie są dobrzy, czy źli”. I moja refleksja, jako początkującego badacza z Polski: „może z tymi mieszkańcami innych planet to jest tak samo, jak z mieszkańcami naszej – trafisz na tych, na których masz trafić…”

W sumie pewnie uczciwie byłoby zrobić podstronę z moimi (?) refleksjami, bo tutaj gdzieniegdzie je powplatałem i pododawałem do czyichś relacji lub opracowań. Mam jeszcze kilka, ciągle się pojawiają – wiadomo, człowiek myśli o tym raz po raz, nie cały czas można oglądać telewizję (tak naprawdę robię to codziennie, często godzinami, chociaż mam tylko dwa kanały – też lubię, jak coś gra [zresztą podobno Szarym to przeszkadza…]) – to może od teraz będę po prostu te swoje myśli ograniczał – dopisywał do niniejszego akapitu. „Jeśli nienawidzisz hybryd, to wyluzuj – bo w następnym wcieleniu możesz być jedną z nich”. „Jeśli chcesz pokonać Oriona, postaraj się pokonać go najpierw we własnym sercu” – łał, jakie banalne, ale tak naprawdę to jest niezłe i na moje wyczucie tkwi w tym sensu, co niemiara – „ewentualnie możesz spróbować się z tym Orionem pogodzić – też dobry pomysł…”

Najbardziej przemilczane w mediach hipotezy niezależnych historyków:

Teoria Davida Icke’a, że biegiem dziejów ludzkości od tysięcy lat ze zmiennym powodzeniem usiłują sterować hybrydy ludzi i gadopodobnych starożytnych przybyszy z kosmosu, funkcjonujące długo m.in. pod szyldem arystokracji – do dziś kojarzą się między sobą i zza kulis kontrolują świat zachodu jako rody królewskie i bankierskie oraz słynne dynastie polityczne; ostatnio zmodyfikowały genetycznie jedzenie, żeby ogłupić ludzi jeszcze bardziej i wybrakować ich DNA, które ewoluuje w związku z rokiem 2012 na zasadzie roślinki wystawionej do słońca, jako że faktycznie nad naszym układem planetarnym wschodzi jakieś Centralne Słońce Galaktyki i zaczynają w nas strzelać jego niewidzialne promienie – ono jest daleko, ale jak ‚przygrzeje’, to się nam może wszystkim nagle poprzewracać w głowach, to znaczy tak pozytywnie i na zasadzie otwarcia oczu – może to wręcz okazać się zmianą analogiczną do zainstalowania nowej wersji systemu operacyjnego na komputerze: na początku trudno się będzie połapać, ale potem wszystko stanie się łatwiejsze i bogatsze o nowe możliwości, niektóre wręcz przełomowe; dlatego na najbliższe lata (do roku 2020; w sumie nie wiadomo, kiedy przypadnie to apogeum transformacyjnego promieniowania kosmosu – w roku 2012 czy np. dopiero w 2029, każdemu obliczenia wychodzą inaczej) totalnie spanikowana i zdesperowana grupa próbująca utrzymać władzę na Ziemi planuje wszczepienie wszystkim mieszkańcom planety mikroczipów, cały czas pracują nad pretekstem nie do odrzucenia typu „pieniądze straciły wartość, a przecież nie będziemy teraz drukować wszystkiego od nowa, bo szkoda lasów”, „zwłaszcza, że właśnie rozpoczyna się inwazja ufo, nie ma czasu” albo „przecież trwa III wojna światowa, nie dyskutuj i nie opóźniaj kolejki” – a te czipy to będą prawdziwe cudeńka techniki naszych czasów, niestety takiej, o której nic nie wiemy, ponieważ nikomu nie wolno nam o niej opowiadać, „dla bezpieczeństwa narodowego” albo „światowego” – a jednak znaleźli się odważni ludzie, którzy pracowali nad tymi urządzeniami i maksymalnie przed nimi przestrzegają, charakteryzując je jako mikroskopijne konie trojańskie o funkcjonalności rozszerzonej na sfery, które współczesny publiczny obieg naukowy w dalszym ciągu uważa za niemożliwe do badania drogą doświadczalną, np. uznając techniki fotografowania ludzkiej aury za niepoważne insynuacje z kręgów osób myślących magicznie.

Teoria Michaela Tsariona, że Atlantyda to ukrywany fragment prawdziwej historii naszej planety, a w Azji istniała też wtedy Lemuria, gdzie prym wiodły istoty o głowach węży, również nietutejsze; że wojny i bitwy kojarzone z ostatnich pięciu wieków to często były rytualne ofiary składane kontrahentom z innego wszechświata (niejakim „Makrofagom”) przez istoty uwięzione od tysięcy lat na Ziemi, które chcą się stąd wyrwać, ale nie potrafią samodzielnie pokonać bariery uruchomionej w antycznych czasach wokół naszej planety być może właśnie w celu ich odizolowania, niby w poprawczaku albo psychiatryku; portal do wymiaru Makrofagów miał w postśredniowiecznej Anglii otworzyć John Dee, nadworny magik – czyli osoba wtajemniczona w przedpotopową wiedzę zaawansowanych cywilizacji, dziedzictwo skrycie przekazywane wybranym zaufanym, znane też jako „wiedza ezoteryczna”, „tajemna religia Babilonu” etc. – w imieniu królowej podróżował on również w rozmaitych sprawach po Europie (bawił m.in. w Polsce, doprowadzając do bankructwa hrabiego z Sieradza, który jako postępowy szlachcic najwyraźniej wierzył w byty pozaświatowe już w roku 1583), a swoje listy podpisywał …”007″ – był pierwszym słynnym brytyjskim agentem i jego fama odbija się pokątnym echem jeszcze w naszych czasach. Według Michaela Tsariona owym istotom, których przodkowie stracili cały sprzęt w kataklizmach spowodowanych wojną, gdy ich cywilizacja legła w gruzach i w dodatku na dnie oceanu – zależy jedynie na zrekonstruowaniu potrzebnej do odlotu technologii, nie na rozwoju duchowym ludzkości, w ogóle – to stąd ta obserwowana w naszej epoce dysproporcja (według wszystkich najróżniejszych kosmitów technologicznie jesteśmy całkiem nieźli, ale duchowo – tragiczni). Poszlaką przemawiającą za składaniem megaofiar z ludzi pod przykrywką wojen i bitew, gdy wystarczy ich na siebie napuścić i już sami się potem powyrzynają w odpowiedniej liczbie, miałyby być uderzająco podobne znaczki obecne na hełmach, czapkach i naramiennikach żołnierzy walczących stron – pięcioramienne gwiazdki, wężyki, diamenty i inne tego typu symbole, które stanowią potwierdzenie dla Makrofagów i/lub kod dla algorytmu skanującego wszechświat, że krew danego poległego ma zostać przelana „na ich konto” – bo to właśnie jej morza zażyczyli sobie w zamian za wytłumaczenie, w jaki sposób przeniknąć barierę (tak się składa, że ludzka krew jest jednym z najcenniejszych surowców w kosmosie, np. z naszego lokalnego rynku więcej warte byłyby już chyba tylko genomy różnorakich form żywych); w skrócie Tsariona owo wytłumaczenie szło zaś mniej więcej tak: „musicie nauczyć się, jak tworzyć masę z energii; ale wy jesteście tak głupi, że najpierw trzeba wam wytłumaczyć, w jaki sposób uzyskać energię z masy” – rozszczepianie atomów to był więc jak gdyby koniec pierwszego semestru w tym ponurym studium, za które czesne stanowiła krew naszych przodków; a’propos: nasilenie wysypki uniwersytetów na mapie Europy przypadło akurat na okolice połowy poprzedniego tysiąclecia – według irlandzkiego badacza to możne rody wykładały pieniądze na placówki niezbędne do przetwarzania i gromadzenia wiedzy transmitowanej z innego wymiaru rok po roku, dekada za dekadą i wiek za wiekiem, kto wie – może jeszcze po dziś dzień, jeśli ta rekonstrukcja faktów jest trafna i jeszcze nie wydarzyła się owa „ucieczka z planety Ziemia”; z drugiej strony trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do większości omawianych tu powyżej i poniżej ‚teorii’ spiskowych, ta akurat nie może się poszczycić podparciem w słowach jakichkolwiek byłych wojskowych czy naukowców z tajnych projektów – to tylko Michael Tsarion przeczytał te wszystkie stare książki i tak mu się wydaje, że to chyba musiało być jakoś tak, coby jak najwięcej faktów do siebie pasowało.

Teoria m.in. Alexa Jonesa, Jordana Maxwella (dziadek ma prawie siedem dych, a jeszcze odbiera telefony z pogróżkami na serio – nie to, co nasi nieugięci dziennikarze śledczy, dziwnym trafem z wyglądu przypominający rozleniwionych Rzymian), jak również doktora Johna Colemana, Michaelów Parentiego, Rupperta czy Chossudovsky’ego (2 profesorów + były agent FBI postrzelony na samym początku publicznej działalności – innego ktoś zamordował na wakacjach na plaży po 2 tygodniach od przerwania przezeń milczenia w temacie ‚służby & dragi’) oraz wielu innych znanych i nieznanych osób – że władze USA od lat 90-tych fingują na własnym terytorium zamachy terrorystyczne w celu wygenerowania społecznego przyzwolenia dla radykalnych zmian prawnych, niemożliwych do przeforsowania w innych okolicznościach, gdyż przekształcających ustrój tego potężnego państwa w totalitarny system a’la Wielki Brat, gdzie nie inaczej niż w Chinach albo Korei Północnej, każdego niewygodnego mądralę będzie można zamknąć jeśli nie pod zarzutem terroryzmu – a szkoda… – to chociaż za działalność antypaństwowo-wywrotową, szerzenie dezinformacji itp. A te amerykańskie elity polityczne to nie dość, że same marionetki bankierów, zbrojeniówki, nafciarzy, tajnych stowarzyszeń i międzynarodowych sitw z ONZ, nie mówiąc o działających jawnie grupach w stylu Bilderberg, Komisji Trójstronnej (Trilateral Commision) czy Komitetu 300 (The Committee of 300), które w ogóle wywindowały ich do tych najwyższych kręgów władzy – to jeszcze niekiedy okazują się być normalnie jakimiś satanistami na pół gwizdka, w każdym razie siedzą w dość dziwnych klimatach, sfilmowanych dopiero niedawno ukrytą kamerą w niedostępnym Bohemian Groove, gdzie co roku spotykają się, aby oddać cześć wiadomo komu: uosabianemu 13-metrowym pomnikiem starożytnemu ‚bogu’ z nieludzką głową, niejakiemu Molochowi, któremu przed wiekami m.in. w Kartaginie hurtem składano w ofierze nie zwierzęta, lecz dzieci, podpalając przy tym ich ciała – i ciekawy zbieg okoliczności, również utrwalony na wideo, że teraz parę metrów od tego pomnika mają tam metalowy sztuczny ludzki szkielet o zabarwieniu wskazującym na dłuższą znajomość z ogniem…

Inne ciekawe pogłoski: Bilderbergowie to naiwniacy, którzy myślą, że są międzynarodowym ciałem pracującym m.in. nad problemem ufo i innymi takimi globalnymi, a tak naprawdę nic nie znaczą – podobnie jak u Masonów, Iluminatów czy w CIA, w głowach aż huczy od szumnych haseł, ale w praktyce funkcjonuje struktura piramidki, czyli o wszystkim decydują ci na samej górze, ze ścisłego kierownictwa, to oni wyznaczają działaniom kierunki, a często nawet nie wiadomo, czy to nie np. jakieś pół-potwory z kosmosu albo coś w tym stylu – stąd w naszym świecie taka promocja nieprawości, głupawki i nagonki na myślących logicznie, czyli normalnie wyciągających wnioski z faktów, zamiast czekać na nie o ustalonej porze przed telewizorem.

Czyżby więc USA były takim samym niedemokratycznym imperium, jak niegdyś ZSRR, tylko że zamiast strachu przed zesłaniem do łagru lub straceniem, w tym modelu oligarchii funkcjonalne posłuszeństwo dołów opiera się po prostu na ludzkiej chciwości..? A jeśli chodzi o nasz kraj, to podobnie jak w komunizmie, w nowym systemie po kręgach władzy mogą pałętać się tylko ci, którzy w zamian za zaszczyty są gotowi o wielu sprawach milczeć, jak gdyby nigdy o nich nie słyszeli..?

Czy to możliwe, że wszędzie wokół nas znajduje się inny wymiar, a w nim przebywają i zmagają się istoty, które przeszły już do tzw. czwartej gęstości, ale czasami jeszcze, żeby coś załatwić, wyświetlają się nam w naszej trzeciej, poniżej której nie ma już żadnej gorszej (czyli mniej magicznej, a bardziej skondensowanej, materialnej)..? Czy to przypadkiem nie o tym byłyby te zapisy w świętych księgach starożytności, wersy o demonach i aniołach pojawiających się nagle, a następnie znikających z powrotem w niewidzialnej sferze? Czy to może je widują czasem koty i niektórzy ludzie rzekomo zdolni do postrzegania aury..?

Czy światoobraz z telewizora jest fajny, czy zakichany że mdli? Czy nasze przekonania i poglądy, duchowe zapatrywania na sprawy, pozwoliły nam na wygenerowanie społeczeństwa tętniącego życzliwością i szczerością? A jeżeli nie, to gdzie tkwią błędy i pomyłkowe rozwiązania, niecelne strzały i fałszywe założenia?

Dlaczego tyle tysięcy lat ludzie jedli normalnie i nic im nie było, a teraz nagle trudno jest przeżyć tydzień bez spożycia czegoś zmodyfikowanego genetycznie, obojętnie w jakim zakątku kuli ziemskiej by się nie żyło? Co jest grane, kto o to prosił, czemu w ogóle nie mówi się o tym, jak to ohydnie smakuje, np. tych niektórych pomidorów w ogóle nie da się jeść – ciekawe dlaczego, skąd się biorą w ludziach te doznania i odczucia, których nierozsądnie jest słuchać, bo to wszystko zostało naukowo przebadane, że jest dobre i zdrowe..?

Gdy jesteś kimś takim samym, jak wszyscy, masz takie same poglądy, ubrania, sposoby strzyżenia się, zachowywania i spędzania wolnego czasu – łał, ekstra, 10/10 normalności i bycia kimś elegancko ułożonym, na poziomie, z klasą. A jeżeli robisz to, na co masz ochotę, nosisz się na własną modłę i działasz po swojemu, myślisz za siebie i samodzielnie analizujesz ten świat – wiesz co, trochę odstajesz od reszty, sorry, ale chyba z Ciebie jakiś dziwoląg i ktoś nieco fiśnięty, a może nawet bardzo. Czyli normalne jest bycie posłusznym zastanym regułom i podległym przedstawianym postawom, innymi słowy – życie na łańcuchu tchórzostwa; natomiast bycie sobą, odważne manifestowanie własnej wolności – nie, to już nie jest takie na miejscu ani do rzeczy, no i w ogóle po prostu nie wypada, wychodzenie przed szereg jest generalnie w złym guście i zazwyczaj szybko spotyka się z odpowiedzią tych, którzy umieli zachować kulturę i nie wydziwiać, którzy zresztą zawsze to potrafią, bez przerwy przez całe życie non stop są normalni 100% według standardów danej epoki, nikt im nie zarzuci… No pewnie, rozumie się samo przez się – to naturalne, ludzie sami do tego doszli, że to tak jest, po prostu w pewnym momencie to odkryli i wpoili sobie samym na masową skalę, żeby fajniej się żyło. A tak poza tym, to jeżeli chcesz dowiedzieć się, jak być kimś lubianym przez innych – włącz sobie dowolny serial na którym bądź kanale i szybko zaczaisz, że przede wszystkim trzeba się dużo śmiać, być kimś pogodnym, nie gadać o żadnych schizach, tylko spędzać dni na miłych chwilach i rozrywkach – potem tylko naśladuj to w swoim codziennym życiu i efekt murowany, już jesteś kimś „do rzeczy”; widzisz, to wcale nie było takie trudne, tylko uważaj pilnie dalej: jeszcze możesz sobie obejrzeć półgodzinne wartkie wiadomości w tv – to wtedy będziesz się też znać, orientować, na bieżąco; no a jeżeli zainwestujesz w siebie i zakupisz również jakiś prestiżowy tygodnik albo miesięcznik, w którym przez cały rok nie znajdziesz nawet jednego procenta podawanych tu informacji – to wtedy już kwalifikujesz się w sumie do czołówki niezawodowych ekspertów od rozmaitych ważkich zagadnień globalnego teatru, zarazem stylowo śrubując rekordy wysmakowanej kontestacji współczesnej rzeczywistości – czyż bowiem lśniący papier nie potwierdza najwyższej klasy i wartości punktów widzenia wyłaniających się z wydrukowanych na nim literek..? No przecież chyba świat nie stoi na głowie? A może jednak, kurde. W Korei Płn. też mają prasę i telewizję, a jeszcze mniej jest tam popaprańców, którzy na wszystkie tematy muszą mieć własne zdanie i oczywiście zawsze inne, niż prezenterzy telewizyjnych wiadomości. Jeżeli z tym systemem, który nas ogranicza na co dzień i nikt tego nie zakwestionuje, jest wszystko w porządku – to dlaczego nie obserwujemy czegoś takiego w przyrodzie u innych gatunków zwierząt, czemu w ich stadach bycie kimś właśnie się opłaca i zazwyczaj przynosi korzyści, czyli to byłoby zupełnie odwrotnie, niż w naszych nowoczesnych społeczeństwach, w których sądząc po dawnych filmach, najbardziej nowatorska jest skala głupoty i powszechnej degradacji do poziomu stworów o zgąbczałych mózgach, których i tak nie mają już śmiałości używać. Dlaczego to tak jest, że kiedy sobie włączysz telewizor, to na dłuższą metę możesz od tego tylko zgłupieć, gazety też wyprowadzą Cię daleko w pole, powtarzając kłamstwa różnorakich czynników oficjalnych i agencji rządowych, którym zgodnie przeczą sami słynni byli pracownicy tych agencji..? Czy taki opis sytuacji mieszkańcowi innej planety nie wydałby się na mur beton fragmentem powieści z gatunku globalistycznego kryminału sci-fi? A czy to czasem nie miało być wszystko przejrzyście i pozytywnie w ramach współpracy pod egidą ONZ, czy przypadkiem świat nie miał być piękny i dobry, a możliwie często nawet szlachetny? Skoro jest zupełnie inaczej, to chyba jednak sporo zepsutych tkanek zagnieździło się gdzieś w strukturach władz i meganadawców naszej planety – ale zostawmy to, niech tak już sobie będzie, w końcu było nie było, trzeba się skoncentrować na własnym życiu i pracy, żeby potem móc dziecku kupić zegarek, rower, pomóc utrzymać się na studiach – wszyscy tak robią… Żeby nam potem dzieci nie wyrzucały, że za mało dla nich zrobiliśmy, no nie…

Według Davida Icke’a i Stewarta Swerdlowa zmienianie postaci dotyczy wyłącznie osób, które mają dokładnie po połowie genów ludzkich i gadoidzich; są to tacy jak gdyby Transformers, arcydzieło inżynierii genetycznej prastarych kosmicznych cywilizacji, które onegdaj m.in. w ten sposób próbowały przypieczętować pokój na naszej planecie; nie jest ich dużo. Osoby z 49% genów pradawnych króli mogą nawet niczego nie podejrzewać, jak blisko „były szczęścia”. Jednocześnie pojawia się niekiedy inna interpretacja, mianowicie że gadoidzie sylwetki dotyczą tylko aury – to ją i jej transformacje mieliby obserwować naoczni świadkowie tego typu efektów wizualnych, czyli jak gdyby obca dusza wstępowała wtedy w ciało człowieka, ale wyłącznie takie z odpowiednią strukturą DNA. Słyszy się też, że zarówno hybrydy, jak i gadoidy mają już dość chowania się i ukrywania na naszej planecie – żeby móc pojawić się w publicznym obiegu i zacząć chodzić pomiędzy nami bez budzenia zgrozy, mają zostać przedstawione jako zbawcy podczas sztucznej inwazji obcych. Tak że pamiętaj: jeśli widzisz smoka, diabła albo normalnego potwora, to on tu przybył jako wolontariusz z innej planety i możesz mu spokojnie zaufać, bez obaw powierzać opiekę nad dziećmi itd. – niedługo tak powiedzą z telewizora…

Inne ciekawe informacje: kiedy gdzieś około przełomu lat 80-tych i 90-tych Rosjanie ogłosili strefę buforową w kilkusetkilometrowej przestrzeni ponad swoim krajem, udowadniając, że nie żartują, zestrzelili m.in. co najmniej jeden statek Plejadian (info: Phil Schneider), którzy tu jeszcze wtedy latali – wszyscy miłośnicy radzieckiej myśli technicznej mogą więc z dumą zapisać na jej konto uziemienie rydwanu bogów, jako że lepszych ‚bogów’ od tych Plejadian zdaje się nigdy u nas nie było. Przy okazji: Plejadianie utrzymują, że niestety musieli nas opuścić – ale my pamiętamy, co mówili, żeby nigdy do końca nie wierzyć żadnym kosmitom…

Podobno od połowy XX wieku na Ziemi w dużych ilościach rodzą się osoby w pełni telepatyczne – to ich hybrydy boją się najbardziej i to z myślą o nich wyjeżdżają z tymi wszystkimi podejrzanymi szczepionkami, dziwnie smakującym jedzeniem i elektronicznymi implantami – żeby powstrzymać ich przybierającą na sile łączną moc, która słusznie wydaje im się groźna. Cały system galaktycznego imperium gadoidów ma strukturę feudalną, funkcjonuje w nim ścisła hierarchia i totalna odgórna kontrola – stanowiący miszmasz „Roku 1984” i stanu wojennego Nowy Porządek Świata (alias Nowy Światowy Ład; ang. ‚NWO’) widomie przygotowywany w USA i według przecieków tak samo pod stołem w ONZ (gdzie zresztą Stany też przecież nie siedzą w kącie słuchając, co proponują inni), to będzie taki ziemski odpowiednik i przedłużenie tejże struktury: dzięki powołaniu jednego globalnego rządu stojącego ponad zmarginalizowanymi władzami wszystkich krajów, nareszcie możliwe będzie sprawne kontrolowanie całej ziemskiej populacji przez wąską, elitarną grupę – technologia już to umożliwia, więc czemu by nie spróbować; a że przy okazji wszyscy ludzie akurat będą już mieli wszczepione elektroniczne radiotransmitery, to sytuacja będzie jeszcze bardziej opanowana i znacznie trudniejsza dla niepokornych, niż teraz, kiedy i tak nie są w stanie obudzić w osobach o wysoko przetworzonych świadomościach głosu sumienia ani głodu godności.

Rozsądnie jest interesować się ufo i zbierać te wszystkie niesamowite opowieści, skoro się nie wie, które są prawdziwe, w naszych czasach to może być wręcz bardziej w porządku wobec świata, niż onegdaj uczestnictwo w ruchu harcerskim – ale myślmy trzeźwo i bądźmy rozsądni: istnienie istot zdolnych do posiadania dwóch różnych form fizycznych i przełączania się pomiędzy nimi jest raczej niemożliwe. Nasi naukowcy z publicznego obiegu zaprezentują takie bakterie pewnie dopiero za 20 lat, poza tym nawet w filmach s-f za bardzo nie występują tego typu istoty, to znaczy o ile nie pojawiają się wątki z legend (ale przecież wiadomo, że legendy to same bajki, 100% wszystkich, 101% – po prostu kiedyś ludzie powtarzali sobie z pokolenia na pokolenie jakieś brednie, ale to były kompletne bzdury, bardzo zbliżone w najrozmaitszych zakątkach kuli ziemskiej, lecz uczeni zgodnie pracują nad przekonującym wytłumaczeniem tych zbieżności, chociaż na razie niestety bez sukcesów i póki co najlepiej jest w ogóle o tym nie mówić, zresztą to ‚niepoważny’ temat) – więc jak choćby najstarsza i najbardziej zaawansowana technologicznie cywilizacja w naszej galaktyce mogłaby skonstruować takie stworki nawet po trwających miliardy lat badaniach i eksperymentach na milionach planet? Nie, jeśli czegoś takiego nie było w ziemskich kinach na filmach z początków XXI wieku, to kosmos może już sobie dać spokój na zawsze w obydwie strony czasu – nikt nie osiągnie więcej, niż potrafili to sobie wyobrazić słynni Ziemianie, którzy świetlanego poziomu geniuszu własnej cywilizacji dowiedli w obliczu gwiazd choćby przecież tym, jak potraktowali własną planetę; czegoś takiego nie da się opracować – to chyba jasne, że trzeba będzie jakoś inaczej wytłumaczyć te wszystkie doniesienia, skoro to po prostu nie mogło być to, co ludzie widzieli – nie pasuje do naszej wiedzy o świecie, więc to zupełnie nienaukowo w ogóle zastanawiać się nad tym na serio, chociażby nawet i 1000 pojawiało się co roku nowych tego typu relacji – masowe halucynacje się zdarzają, naukowcy już dawno doszli do tego wniosku.

Według Plejaran najlepsze myślenie nie jest ani pesymistyczne, ani pozytywne, tylko obiektywne – konkretne, oparte na faktach z rzeczywistości i prawach istnienia, a nie orbitujące wokół płonnych nadziei czy życzeń z kapelusza, ani tym bardziej negatywnych wkrętek – im bardziej negatywnie myślisz, tym szybciej robi się jeszcze gorzej, to nigdy nie pomaga. Kiedy masz w głowie jakąś myśl, to ona błyskawicznie wypromieniowuje w kosmos i po pewnym czasie wraca pod postacią zdarzenia, ale z niejako „odwróconym znakiem” – to jest akurat taki podpunkt, że tutaj każdemu jest trudno zrozumieć, o co dokładnie chodzi i jak to działa. Wszystkie myśli wszystkich ludzi wszystkich epok są pod kątem ostatecznego obliczenia punktów i zwrócenia doświadczeń zapisywane w elektromagnetycznym banku pamięci zlokalizowanym na orbicie Ziemi i nazywanym Kronikami Akaszy (ang. „Akashic records” od słowa ‚akaśa’ w sanskrycie oznaczającego niebo – przestrzeń – eter) – znajdują się tam również zapisy poprzednich wcieleń wszystkich mieszkańców planety i kosmici mogą je sobie w razie czego wyświetlać, jeżeli się kimś interesują albo chcą mu pokazać parę motywów. Plejaranie często mówili też Billy’emu, że jest jedyną osobą na Ziemi utrzymującą fizyczne kontakty z przybyszami z innych planet – według wielu oznaczałoby to, że np. Alex Collier i Barbara Marciniak dali się na coś nabrać; z kolei ich zwolennicy uważają, że to B. Meier wymyśla, dał się wkręcić albo zazdrości innym popularności, bo mu się kontakt urwał; wprawdzie sympatyczna pani Marciniak wcale nie twierdzi, że przytrafia się jej coś więcej, niż jak gdyby cudze myśli w głowie – niemniej jednak Plejaranie rzekomo określili ją jako osobę pogrążoną we własnych urojeniach, a sam Billy zawsze bardzo krytycznie wypowiadał się o „channelingowcach”, czyli osobach siedzących sobie w domu i odbierających wieczorami transmisje od kosmitów. A’propos tej w naszych czasach niemalże już plagi fizycznych bądź telepatycznych ‚kontaktowców’ – często o taktyce drużyny przeciwnej mówi się, że polega w dużej mierze na rozpowszechnianiu prawdy „modyfikowanej semantycznie”, czyli zmyślnie skażonej dezinformacją – patrz np. chrześcijaństwo; to znaczy chodziłoby o takie przemycanie kłamstw wśród prawdy i w jej atmosferze, żeby ludzie uwierzyli czując, że coś w tym jest.

W wywiadzie radiowym Alexa Jonesa z Davidem Icke z 3 lipca 2008 (chyba się pogodzili – emisja w j. ang.) obydwaj zgodzili się, że Obama też jest be; Alex zwraca uwagę na fakt, że u nich w mediach sporo zaczęło się mówić o ufo i skoro już nawet Larry King nagle się ocknął i bada sprawy w rodzaju przelatującego nad miastem obiektu wielkości pięciu boisk futbolowych, to chyba szykują w tym temacie coś większego.

Załóżmy, że i Alex Collier i Billy Meier świadomie lub nie uczestniczą w misternych mistyfikacjach. To Plejadianie i tak istnieją i nadal mamy problem z tymi Szarymi, Gadoidami i hybrydami, bo Phil Schneider naprawdę nie żyje (strzelał do Szarych; jego tata miał fotkę z Plejadianinem pracującym w Pentagonie, który przez 50 lat się nie zestarzał i co 10 lat go przenosili, sześć palców trzyma/ł zawsze w rękawiczkach, żeby nie wymieniać obustronnie śmiertelnie groźnych bakterii z innych światów), Al Bielek był jego kumplem (pracował z rogatym Drakonianinem, którego IQ szacowali na 1000 – 1200 punktów), a on z kolei potwierdza uczestnictwo Stewarta Swerdlowa w Project Montauk (który widział osoby zmieniające postać, a nawet był przez nie gryziony, co przynajmniej w tym przypadku wyklucza wersję o hologramie – konkretnie przez Williama F. Buckley’a Jr, amerykańskiego wydawcę i szefa programu kontroli umysłów JANUS z siedzibą w kwaterze głównej NATO w Brukseli); wszyscy w swoich opisach ukrytej prawdy o naszej rzeczywistości potwierdzają istnienie Plejadian. Phil ujmował sytuację odnośnie pozycji Ziemian wobec ‚współpracujących’ z nimi obcych stwierdzeniem „władze kupują dla nas czas, ale za straszliwą cenę” – chodziło mu zapewne przede wszystkim o chore eksperymenty Szarych na ludziach. Dane za kanałem Euronews odnośnie liczby zaginionych dzieci w roku 2007: Belgia – 2600, Francja – 45 tys. Parę lat temu w Londynie w trzy miesiące zaginęło 300 czarnoskórych chłopców – zbiorowa utrata orientacji w terenie, sezonowa amnezja czy coś innego, o czym lepiej nie mówić i w ogóle nie poruszać tego tematu..? (teraz już można, bo w brytyjskich mediach z czasem skojarzono te nasilenia zaginięć z okresami częstszych obserwacji ufo). Według nieoficjalnego źródła na samym Manhattanie co kwartał znika bez śladu 3 tys. dzieci – niezależni badacze tłumaczą to wyjątkowo rozbudowaną pod tym terenem siecią tuneli, korytarzy, podziemnych sal itp. (ale to akurat raczej za płytko na 100% kosmitów – szczegóły u Teda Gundersona, który próbował prowadzić śledztwo w takiej sprawie i do dziś stara się nagłośnić fakt, że to niemożliwe ze względu na odgórne blokowanie wszelkich działań i paraliżowanie pracy). Gdyby to wszystko były ściemy, to raczej nie powinny pozostawać aż tak kompletnie przemilczane w masowym obiegu informacyjnym, pełnym przecież najróżniejszych bzdur i głupot o niczym – tylko się powinno ludzi uczulać na tym podobne historyjki utalentowanych naciągaczy. Ale tak się nie dzieje, bo to nie żadni naciągacze – czy istnieje inne logiczne wytłumaczenie obserwowanej sytuacji..? Niezbyt to fajna zajawka snuć łudząco podobne do paranoi rozważania, że gdy tylko włączysz telewizor, to już grasz w trzy kubki – ale jak z wiedzy o tych faktach można by wybrnąć w inny sposób, myśląc logicznie i bez naiwności porównując prawdopodobieństwo różnych hipotez?

Według Stewarta Swerdlowa zamachy sponsorowane lub organizowane przez tajne służby można poznać po tym, że ginie w nich dużo dzieci – są to operacje z kategorii inżynierii społecznej, a śmierć ludzi z domu starców nie wywoływałaby aż takiej nienawiści i żądzy odwetu: np. w Biesłanie – tak miało wyjść, teraz Rosjanie są rozjemcami pomiędzy zwaśnionymi narodami, akurat tymi oddzielającymi ich od Półwyspu; podobnie z zamachami na irackich targowiskach – załóżmy, że na Pomorzu odkryto ropę i jesteś pomorskim separatystą, który skonstruował sobie na własny użytek bombę – czy w Warszawie zdetonujesz ją na targu warzywnym, czy raczej pod jakąś kancelarią albo spróbujesz wejść z nią do Sejmu? Oczywiście, że zrobisz to w kolejce po żywność dla potrzebujących albo na zatłoczonym ryneczku pełnym kobiet, przecież jesteś niebezpiecznym, szalonym mordercą bez zasad, dla ciebie to bez różnicy, nie wierzysz w żaden bilans uczynków po śmierci – oby zginęło jak najwięcej dzieci twoich sąsiadów, z których przodkami pomieszkiwali na tej ziemi już twoi pradziadowie; potem oni w odwecie wysadzą pełne szkolnych wycieczek molo w Sopocie i tak w kółko, a zatem obce siły pokojowe będą musiały was rozdzielać przez długie lata (postaw u buka, że akurat dopóki nie wyczerpią się złoża – takie przeczucie…), skoro tak barbarzyńsko na oślep się masakrujecie – gdyby nie to, mogliby zostać w domu, przecież nie chodzi im o ropę, tylko o pokój i szczęście ludzi w odległych zakątkach globu – co Ty, telewizji nie oglądasz..?

Czasem sobie myślę: „nie, to chyba wszystko jakieś bzdury, to jest za bardzo pojechane i jak z komiksu, to nie może być prawda, bo to wszystko przecież jest po prostu za bardzo inne od tego, jak wszyscy myślą i co twierdzą autorytety, od tego jak piszą w naukowych czasopismach i mówią w radiu, w telewizji, w szkole – każdy głupi wie, jak jest, czyli że normalnie, a nie jakieś potwory z kosmosu, ufo, setki podziemnych baz na całym świecie… To znaczy na pewno gdzieś tam w gwiazdach istnieją różne stwory, to nie było tak, że natura tylko u nas tworzyła na trzeźwo, a resztę kosmosu robiła już wstawiona i zapominała montować po planetach prawo ewolucji; ale dlaczego zaraz u nas, teraz, miałyby chodzić te stwory i to od razu takie przykre – już nie popadajmy w jakieś schizy…” Ale potem się reflektuję – zaraz, zaraz, no ale w takim razie dlaczego nigdzie po kanałach tv ani uniwersytetach wbrew statutom nie mówi się o klamce uwiecznionej na filmie w tym samym samochodzie, który Kennedy opuszczał z dziurą w głowie, znajdującej się w ruchu akurat w momencie, gdy z czoła rozbryzgiwała mu krew, skierowanej wówczas na niego i zaraz potem szybko schowanej przez kierowcę – widać to na filmie 5 razy lepiej, niż na słynnym zdjęciu Ali Agcy z zamachu na Papieża, gdzie pistolet w jego ręku trzeba zaznaczać kółkiem, bo by ludzie nie zauważyli, tak słabo widać – jak to jest, że to jednak jakoś media wypatrzyły, a tamtego już 45 lat nie potrafią dostrzec i to w ‚najbardziej demokratycznych krajach świata’ – skoro do odnalezienia rzeczonego materiału archiwalnego wystarcza dostęp do Internetu, elementarna znajomość języka angielskiego i 5 minut wolnego czasu..? Poruczniku Columbo, czy panu tu wszystko gra..? Skoro nie ma się czym martwić, to dlaczego tak jest, skąd tak bezczelne zakłamanie i liczenie na to, że ludzie są debilami i sami się nie dowiedzą, nie poinformują nawzajem? Fajnie by było się zrelaksować i zapomnieć o tych wszystkich niepokojących relacjach, ale tak żeby się do tego nie zmuszać wbrew rozsądkowi – jeśli można poważnie dalej ufać pakietowi informacyjnemu serwowanemu nam przez wielkie media, to dlaczego nie ma w nim wypowiedzi ani oświadczeń słynnych astronautów, generałów i admirałów, które budzą zastanowienie i chwilę milczenia u każdego, kto się z nimi zetknie, co doświadczalnie sprawdziłem..? Dlaczego władze traktują nas jak ludzi, których trzeba oszukiwać – czyżby ktoś gdzieś miał coś do ukrycia, bał się że coś się wyda? Co skłania byłych pracowników do przeciwstawiania się ich polityce? Dlaczego uderzające podobieństwa opisów z legend do współczesnych relacji o załogach ufo są zawsze pomijane przez „ekspertów” z telewizyjnych pseudoufologicznych cyklów typu „a teraz wyśmiejemy każdego, przerywając mu w pół wypowiedzi – skoro nie jesteśmy w stanie przeszczepić twarzy naszym sceptykom…” ?

Według Ala Bieleka w nalotach bombowych na Niemcy podczas II wojny światowej miasta były zrównywane z ziemią, a straty wśród ludności cywilnej wyniosły dwadzieścia sześć milionów zabitych – potem historię napisali zwycięzcy i ogłosili takie liczby, żeby nie było wątpliwości, którzy byli dobrzy i szlachetni, a którzy masowymi mordercami; na podstawie opowieści z rodzin własnej i znajomych zastanawiam się, co by się okazało, gdyby policzyć wszystkie osoby, które wróciły z przymusowych robót w Niemczech i przedstawić w słupkach, ile z nich zostało rannych podczas bombardowań do poziomu częściowego inwalidztwa (ja np. nigdy nie mogłem uścisnąć dziadkowi prawej dłoni, którą miał sparaliżowaną od 1945 r. po upadku jakiejś szyny w zawalającym się domu). Dalej z tego samego źródła z wywiadu z początku lat 90-tych: technologia programu Montauk w zakresie tuneli czasoprzestrzennych bazowała zasadniczo na osiągnięciach programu Phoenix – w tajnych projektach Ziemianom udało się utworzyć połączenia na zasadzie skoku w odległe zakątki galaktyki i dalej, nie mówiąc o wstrzeliwaniu się w podziemia na Marsie i tym podobnych podstawowych trikach; zasadniczo to zdaje się było tak, że oni to sami wynaleźli tak jakby niechcący przy okazji eksperymentu Filadelfia („Amerykanie”, chociaż akurat amerykańskich naukowców było tam najmniej – prym wiedli Tesla z Serbii i von Neumann z Austro-Węgier), a potem obcy-brzydale tylko im pomagali to rozwijać i kontrolować, żeby nic nie wybuchało w czasoprzestrzeni (i przy okazji podobno umożliwiali przybywanie wielu statków swoich – ale to info z innych źródeł). Informacje z następnej części wywiadu: kolonie na Marsie powstały pod koniec lat 60-tych i szybko w atmosferze pojawił się tlen, a na równiku panuje odpowiednia dla ludzi temperatura, można uprawiać jogging; w podziemiach działała jeszcze maszyneria i udało się zapalić światło, ludzie z Marsa najwyraźniej wymarli dopiero 10-12 tys. lat temu, a sądząc po rysunkach na ścianach, byli to przodkowie amerykańskich Indian – tyle że dwukrotnie więksi. Dinozaury nie mogły żyć na Ziemi przy obecnej grawitacji, bo ich kości nie wytrzymałyby obciążenia – ale żyły, ponieważ współczynnik grawitacji wynosił wtedy 1.3. Fragment innego wywiadu z Alem przeprowadzonego przez tego samego nieszablonowego bułgarskiego badacza: substancje psychoaktywne były wszędzie na świecie całkowicie legalne np. jeszcze w latach 30-tych XX wieku – sytuacja zaczęła się zmieniać po II wojnie światowej, ponieważ dostęp cywili do wyższych poziomów świadomości stanowił kluczowe zagrożenie dla technologii kontroli umysłu – umożliwiałby przypadkowe deprogramowanie agentów, np. takich w ogóle nie zdających sobie z niczego sprawy (że kiedyś umknęło im parę godzin z życia i od tego czasu ich podświadomość czeka na określony znak, aby mechanicznie i bezwiednie wykonać wkodowane wcześniej podczas hipnozy czynności). Co ciekawe, faktycznie: programy kontroli umysłu na poniemieckiej technologii ruszyły w latach 50-tych ubiegłego stulecia i wkrótce później w USA, a następnie za pośrednictwem ONZ na całym świecie, rozpoczęła się delegalizacja i pejoratywizacja roślin świętych od tysiącleci oraz sztucznych specyfików, o których wiele osób mówi niezwykłe rzeczy, że jakoby pozwalają zobaczyć ukryte wymiary rzeczywistości i pajęczyny w nas samych, których inaczej może nigdy byśmy nie dostrzegli. Inna część wspomnianego wywiadu: Hitler nie eksterminował Żydów przed 1941 r., bo taką miał umowę z „plejadiańskimi terrorystami”, którzy udostępniali mu różne technologie i dopiero wtedy wycofali się ze współpracy; wcześniej w imieniu USA ich ofertę odrzucił w roku 1933 prezydent Roosevelt. Do nazistów następnie zgłosili się mali Szarzy, którzy tak samo zaoferowali technologie, w zamian za ludzi na eksperymenty – odpowiedź Adolfa w skrócie brzmiała „żadnych Aryjczyków, ale z obozów możecie mieć, kogo chcecie” – stąd wzięły się niekiedy spore różnice w liczbach osób przybyłych do obozów koncentracyjnych, zagazowanych i wyzwolonych – z tych brakujących wiele przed śmiercią zaliczyło jeszcze podróż prawdziwym latającym spodkiem, a możliwe, że niektórym przyszło potem latami wegetować w laboratoriach obcych – choć znając Szarych, trudno to z przekonaniem podejrzewać, bo to ambitni naukowcy i chyba raczej po prostu porywają sobie następnych, tak im się spieszy, aby przekonać kosmos do sensu trwania swej szlachetnej rasy. Po zakończeniu działań wojennych Alianci błyskawicznie zorientowali się, że Niemcy otrzymywali pomoc technologiczną z zewnątrz. Obecnie (wywiad z 1992 r.) drugim po Stanach celem inwazji Szarych jest Europa. Różni obcy wchodzą w interakcje z ludzkością od co najmniej 10 tysięcy lat, zazwyczaj kontaktując się z królami, kapłanami bądź innymi elitami, w których interesie nie leży ujawnianie tego społeczeństwom, skoro opłaca im się raczej zachować uprzywilejowaną pozycję. Iluminaci od 500 lat mają siedzibę w Bazylei; jest to organizacja o tyle dziwna (a może właśnie reprezentatywna?), że kieruje nią zawsze trio konstytuowane przez dwie osoby należące do gatunku ludzkiego i jedną będącą gadoidem (ang. ‚reptilian’). Następna część: żeby być członkiem trzeba posiadać zaawansowane zdolności psychiczne – widzenie przez czas, zdalne postrzeganie i komunikowanie telepatyczne z inteligencjami pozaświatowymi; mącą na naszej planecie od 10 tys. lat, ale obecnie takich stojących za kulisami grup jest wiele – oprócz już wcześniej wymienianych można do nich zaliczyć także np. Klub Rzymski (ang. ‚Club of Rome’), stawiającą sobie szlachetne cele organizację w praktyce skupiającą się m.in. na opracowywaniu strategii depopulacyjnych. Ofiar obrzędów ‚satanistycznych’ jest znacznie więcej, niż ludziom się wydaje. Po Brytyjczykach następni na Księżycu byli Niemcy – najpóźniej w 1949 r., w latających talerzach, na Marsa od razu też skoczyli; bazę na Antarktydzie po trzech latach eksploracji założyli w roku 1939 i przed zakończeniem wojny przerzucili tam podobno tysiące jednostek (sformułowanie Bieleka – „podobno”); w 1943 r. mieli prototyp ufo o średnicy 75 metrów z montowanym działem okrętowym lub czołgowym – po tym można poznać ich latające talerze, bo z normalnych nie wystają tego typu lufy; od roku 1949 przenosili się w nieznanych ilościach na Księżyc i nie wiadomo, gdzie jeszcze, ani co potem robili; jest to jeden z największych sekretów naszej współczesnej historii, że naziści nigdy się nie poddali – poddali tylko terytorium Niemiec; potem zaprzyjaźnionym krajem była dla nich m.in. Argentyna, możliwe że nawet produkowali tam swoje spodki (przyp. red.: to by tłumaczyło klasyczną opowieść brazylijskiego młodzieńca o spotkaniu z pasażerką ufo w jej pojeździe, przypominającym fragment jakiegoś przyszłego odcinka serialu „Seks w wielkim mieście”…) Wypracowana przez następców Project Rainbow technologia niewidzialności tylko w pewnym stopniu opiera się na specjalnym materiale poszycia kadłubów; urządzenia zapewniające całkowitą niewidzialność są montowane na amerykańskich superlotniskowcach oraz myśliwcach USA i Izraela; dzięki tej technologii amerykańska flota posiada również zdolność do przeskoczenia w inne miejsce oceanu np. kilka tysięcy mil dalej – takie przypadki były obserwowane i zgłaszane przez osoby pilotujące prywatne samoloty. Opracowano również dwa sposoby na uczynienie niewidzialnym człowieka – jeden wymaga użycia maszyny, natomiast drugi tylko wypicia płynu, ale potem agent jest wiele dni ciężko chory. (uwaga: z powodu pousuwania oryginalnych materiałów wideo przez serwis YouTube, przemiksowane fragmenty wypowiedzi zawarte w czterech powyższych linkach „drugiej generacji” mogą nie obejmować wszystkich zrelacjonowanych informacji lub zawierać je w innym rozkładzie; przy okazji jeszcze jedna ciekawostka z innego nowego fragmentu – radio było w użytku długo zanim Tesla zaczął coś konstruować, zostało zastosowane już w 1847 r., a być może nawet jeszcze podczas Wojen Napoleońskich – władze już od setek lat prowadzą politykę ukrywania przed opinią publiczną technologii, także tych ocalałych z czasów przedstarożytnych – nad którymi przez wieki w tajemnicy sprawowano pieczę, skoro nie można było ich reprodukować z powodu niskiego poziomu rozwoju technicznego)

Nigdy nic nie wiadomo, ale według Davida Icke’a, który bada te zagadnienia od kilkunastu lat, hybrydy i gadoidy to raczej dwie różne grupy interesów. Hybrydy mniej lub bardziej sterują naszym światem od tysięcy lat i podoba im się to, tak że nadciągające przez przestrzeń siły Drakonian postrzegają jako zagrożenie dla swojego miłościwego panowania na Ziemi, które teraz w obliczu rozwoju technologii mogłoby stać się absolutne, jeszcze tylko dwa małe kroczki – zwłaszcza, że ludzie śpią, albo udają, że śpią. Z kolei te gadoidy vel smoki zapewne nie darzą wielkim szacunkiem istot, które w połowie są ludźmi, one po prostu mają wytyczne aby opanować nasz system planetarny i zaprowadzić pokój na totalitarną modłę, w którym pewnie już wszystkie telewizory będą się nazywały „Orion”, a okręty „Gwiazda Syriusza”; według Alexa Colliera gadoidy myślą, że robią dobrze, że po prostu zaprowadzają pokój – tylko że w ich wydaniu nie ma pokoju bez całkowitej odgórnej kontroli, oczywiście sprawowanej przez nie. W sumie na chybił trafił trudno strzelać, jak to jest i dlaczego według Icke’a nie od dziś przesiąknięte hybrydami władze USA jednak odrzuciły ofertę kosmicznych Ludzi, wybierając przymierze z istotami prezentującymi się dużo bardziej koszmarnie. W każdym razie przydałby się w końcu jakiś spisek Ziemian, jest nas przecież kilka miliardów i powinno się znaleźć parę konkretnych osób, nawet jeśli 90% zaszczutych od maleńkości reprezentuje poziom „nie mam odwagi się po swojemu ubierać, wyglądać, wypowiadać, posiadać choćby jednego poglądu innego niż telewizor ani zakwestionować żadnego faktu podawanego jako naukowo potwierdzony – co prawda wiem już, że władze i media równie bezczelnie kłamią i o ufo, i o zamachu na JFK, i o zamachach z 11 września – ale nie przeszkadza mi to za bardzo, gdyż ja również jestem osobą w ogóle zakłamaną, podobnie jak większość moich znajomych – przecież wszyscy oglądamy razem telewizję; jestem kimś, kto nie miał odwagi zwrócić w sklepie uwagi, że nabita cena jest inna od naklejonej – więc gdzie mi tam, żeby jeszcze może na głos zauważać, że w naszej współczesnej rzeczywistości młodym ludziom wpaja się po szkołach i uniwersytetach niewiele mniej głupot, niż w wiekach XX, XIX czy XVII – zaraz by powiedzieli, że to ja się nie znam, że coś ze mną nie tak, albo przynajmniej z moją inteligencją…”

W związku z licznymi relacjami na temat nieżyczliwych nam obcych (Phil Schneider, Al Bielek, Stewart Swerdlow, Credo Mutwa, James Casbolt, Preston Nichols i wielu innych) o wiarygodności podpartej ciężkimi przejściami lub wręcz zejściami tych ludzi, w związku z tysiącami zdjęć i setkami nagrań wideo latających talerzy lub szybkich świateł, przemyconymi do mediów zapisami z ekranów radarowych, nie wspominając o relacjach setek pilotów, milionów naocznych świadków i dziesiątek tysięcy uprowadzonych – wydawałoby się, że jest sens zajmować się tym ufo i jakoś próbować badać ten temat, wyjaśniać i dokopywać się do prawdy, skoro jak widać prawdy nie mówią nam o niczym. Niestety: kolejny raz przypadek wieje uczynnym społecznikom w oczy. Otóż akurat tak się składa, że kiedy interesujesz się ufo i gromadzisz informacje o kosmitach, to co drugi lekarz po uważnym wysłuchaniu wystawi Ci diagnozę o schizofrenii, a co czwarty doradzi rodzinie skierowanie Cię na leczenie – te pełne dobrych chęci osoby właśnie tak bowiem zostały przygotowane do pełnienia swych funkcji w społeczeństwie, odebrały takie wykształcenie, które następnie skłania je do formułowania tego rodzaju ocen i zajmowania stanowisk podług tej linii ‚rozsądnej i trzeźwej, naukowej postawy’. To nie jest ani śmieszne, ani ciekawe, tylko realne – jest to rzeczywiste zagrożenie, które czyha na każdego, kto spróbuje opowiadać innym o tych zagadnieniach – najwyraźniej jednak zasługujących na zgłębianie, choćby i po omacku. Takie niebezpieczeństwa nie grożą osobom rozrzucającym papierki po chodnikach – nikt nawet nie posądzi ich o to, że coś z nimi nie tak, gdzie tam – ani godzinami przymierzającym ubrania – jasne, przecież to rozsądne – czy przeżywającym plotki dotyczące gwiazd ekranu – to też jest normalne, że hej. Kolejny raz w naszej rzeczywistości coś chyba zmienia jakaś niewidzialna ręka (bo przecież ufo nie istnieje, kosmitów nie ma, wszystkie planety pośród gwiezdnych mgławic krążą bez jednego porostu; rządowych spisków też nie ma – istnieją tylko zwolennicy teorii spiskowych oraz poświęcone alternatywnym wersjom historii książki, filmy i konferencje), tak że wychodzi bardzo dziwnie, nienaturalnie i niekorzystnie dla nas, a na rękę wszystkim, którzy chcieliby coś ukrywać i dalej bez przeszkód ani głosów sprzeciwu robić ludziom wodę z mózgów. Dobrze, że nie jesteśmy jakąś planetą manipulowaną przez obcych albo pół-obcych, bo w tej sytuacji dopiero byśmy mieli problem, w społeczeństwie żyjącym wedle takich reguł i przekonań. A przy okazji: gdyby istniała gdzieś daleko w kosmosie jakaś planeta kontrolowana przez sekretne stowarzyszenie o częściowo intergalaktycznej proweniencji – to w tym świecie, w kontekście jego obrazu serwowanego tam przez środki masowego przekazu, jaka hipoteza mieszkańcom owego zniewolonego globu wydawałaby się zapewne najbardziej niedorzeczna i niemalże kwalifikująca formułującą ją osobę do trwałego odizolowania od reszty społeczeństwa w zamkniętym ośrodku dla ‚gadających największe bzdury’..?

Z drugiej strony jest równie prawdopodobne, że kultura, w której osoby badające ufo są wysyłane do psychiatryka, stanowi wytwór masowej propagandy na zamówienie czynników ziemskich, które po prostu mają fisia na punkcie ukrywania przed całym światem swoich konszachtów i ustawek z szemranymi handlarzami przybywającymi z innych rejonów kosmosu. Według Dana Burisha czy rzekomego kosmity z polskim obywatelstwem Hejala, jaszczury z Oriona owszem istnieją, ale niestety – to jednak ludzie rządzą Ziemią i ponoszą odpowiedzialność za to całe piekiełko, w którym nigdy nie wiesz, z jaką zbrodnią wyjadą następnego dnia i czy głupawka serwowana w mass mediach w końcu zelżeje, czy raczej systematycznie będzie biła kolejne rekordy, jak niegdyś Bubka albo teraz Isinbajewa. Co do inwazji obcych, to według Plejaran faktycznie zbliża się dla Ziemian czas konfrontacji z jakimiś agresywnymi barbarzyńskimi istotami nastawionymi na podbój galaktyki w imię swojej porąbanej ideologii, ale to jeszcze nie znaczy, że nie będzie wcześniej żadnych ściem w tym temacie – raczej będą, a wręcz już ciągną się od dekad; według m.in. wspomnianego Hejala, jak również wielu innych ciekawych osób, sfingowana inwazja obcych to ma być coś jak szach w długo rozgrywanej partii, po którym ma nastąpić mat w postaci utworzenia globalnego rządu umożliwiającego kontrolowanie całej ludzkości przez kilkaset osób – z tym, że według symulacji ziomków Hejala, to im się raczej nie uda m.in. ze względu na wewnętrzne konflikty wśród tych ‚złych ludzi’; według Hejala każda planeta zaatakowana z kosmosu otrzymuje pomoc od innych cywilizacji, jeżeli sama nie potrafi się obronić. W sumie w ogóle nie wydaje się to nieprawdopodobne, że rodziny bankierów, dynastii politycznych i rodów arystokratycznych (chociaż właściwie wszystkie te grupy bez wyjątków wywodzą się wprost z arystokracji indoeuropejskiej, znanej z wieszania niepokornych przez całe poprzednie tysiąclecie – taka ciekawostka, ale to pewnie tylko jakiś zbieg okoliczności, inaczej na pewno mówiliby o tym eksperci i pisali renomowani komentatorzy) kontrolują nasz świat od stuleci i w krajach nadających ton globalnej polityce tak naprawdę nie ma żadnej demokracji, to jest tylko taka ściema i coś jakby non stop nadawana reklama, ludzie to kupują, a rzeczywistość jak zwykle wygląda mniej różowo – oni też kochają swoje dzieci i to z myślą o nich przedłużają ten system, żeby funkcjonował dalej po ich odejściu; skoro ich latorośle mają dostęp do wiedzy a’la Atlantyda czy ufo, której my, panikujące z byle powodu masy, nie jesteśmy godni – to zrozumiałe, że ich rodzice uważają i zgadzają się wszyscy co do tego, że to właśnie ich pociechy najlepiej będą się nadawały do kierowania ludzkością, a nie jakieś przybłędy z przypadku wybrane przez głupich ludzi, no nie..? Media są zależne od decyzji polityków i vice versa – a kto ma kasę, ten ma i polityków, i media; no a kto ma kasę..? Połowa naszej pracy idzie na podatki, a połowa wpływów z podatków idzie na obsługę zadłużenia narodowego – cały czas nabijamy im kabzę, każdy z nas jest ich pańszczyźnianym parobkiem przez okrągły kwartał w roku, tak jak za dawnych czasów, albo nawet gorzej. Coś ci się nie podoba – to pozdejmuj zastawę z półek, bo jutro trzęsienie ziemi; szczegóły w listopadowo-grudniowym’08 wydaniu magazynu Nexus w wywiadzie z Benjaminem Fulfordem – j. pol., to wszystko dzieje się naprawdę i właśnie dlatego nie ma o tym w telewizorze; gdybym ja mógł zredagować jedno wydanie Wiadomości, to potem przez cały wieczór karetki zderzałyby się ze sobą na skrzyżowaniach – ale to nie ja tak wkręciłem ludzi w zakłamany matriks nie trzymający się kupy, odkryć archeologicznych ani zdjęć powierzchni najbliższych planet, a poza tym już następnego dnia pewnie milej szłoby się deptakiem, gdyby ludzie wiedzieli, że jednak są czymś więcej, niż tylko anomaliami natury w bezsensownym świecie przypadków.

Jeszcze dwa słowa o jedzeniu mięsa (czego osobiście przez długie lata nie praktykowałem i wyrosłem na pięknego szkieletora, patrzącego na protoplastów w górę): według Alexa Colliera należy tego unikać, ale jeżeli ktoś czuje wewnętrzną ochotę/potrzebę, to powinien ją zaspokoić, zamiast się męczyć. Plejaranie jedzą mięso, ale takie uprawiane niby zboże, dzięki czemu nie muszą zabijać zwierząt. Według Hejala nasi naukowcy wynajdą tego typu sztuczne mięso za kilkadziesiąt lat; w jego relacji jednym z nakazów Kreacji, to znaczy takim prawem wszechświata, na które On zerka czy przestrzegamy, jest spożywanie w odpowiednich dla swojego gatunku ilościach pokarmów pochodzenia mineralnego, roślinnego oraz zwierzęcego – czyli jeśli w ogóle nie jesz mięsa, to trochę denerwujesz kosmos; w roślinach podobno za dużo jest jakichś kwasów, żeby można było się tylko nimi odżywiać. Uwaga niezgodność: według Hejala Księżyc to sympatyczny obiekt stworzony przez jakiegoś Gwiezdnego Ogrodnika, pusty w środku i zamieszkany przez istoty niematerialne, które gromadzą energię mentalną wyprodukowaną przez Ziemian (to jedno by się akurat zgadzało – według Schneidera Szarzy ciągle kombinują z jakimiś żniwami dusz [naszych], a według Colliera Księżyc to właśnie jak gdyby główna rafineria w tym systemie i to tam podróżują nasze dusze po śmierci, to znaczy obcy je ściągają, kasują pamięć i coś tam jeszcze robią, a potem się wraca od nowa „produkować miód”); ewentualnie nieco na siłę można by to spróbować uzgodnić zakładając, że Szarzy tylko pasożytują gdzieś na powierzchni Srebrnego Globu i podłączają się do tego przepływu dusz/energii – ale po co uzgadniać, skoro może ten Hejal to po prostu jakaś ściema, choć w sumie całkiem ciekawa, no i byłby pierwszy kosmita-Polak… Według Hejala owa energia mentalna jest potrzebna istotom wyższym na projekty w innych zakątkach kosmosu, a wszystko jedno, czy pochodzi z emocji pozytywnych, czy też negatywnych – byle było jej dużo; układy planetarne stworzone nie przez Kreację, ale przez istoty zwane Gwiezdnymi Ogrodnikami, można poznać po dziwnych relacjach ciał niebieskich – u nas byłby to zbyt duży Księżyc o pozornej wielkości identycznej z tarczą Słońca, u nich na Saleinji jest jakoby jeszcze większe przegięcie – 4 księżyce na tej samej orbicie w równych odstępach od siebie, a kiedy jeden wypadnie z toru po przejściu komety albo zderzeniu z meteorem, jakaś tajemnicza siła ściąga go z powrotem na właściwe miejsce. Dalej z tego samego źródła: wewnątrz Ziemi kwitnie zaawansowana cywilizacja Agarty i na pewno dadzą o sobie znać, jeśli przeprowadzimy jeszcze parę eksplozji nuklearnych albo spróbujemy podbić inną planetę czy np. nawrócić jej mieszkańców na taką lub inną religię (natomiast według Plejaran od Billy’ego Meiera przynajmniej ci z podziemnego miasta Agarta są nieco porąbani i chcieliby rządzić całym światem, ale są za słabi technologicznie). Substancje psychoaktywne generują wizje niewiarygodne z powodu skażenia iluzjami umysłu tworzonymi przez zanikające połączenia nerwowe – narkotyki to droga na skróty prowadząca na manowce, a za pomocą medytacji można osiągnąć nie tylko te same, ale nawet lepsze efekty, tylko trzeba nad tym troszeczkę popracować; do pewnego stopnia usprawiedliwieni są jedynie szamani, którzy do wprowadzania się w trans oprócz psychotropów używają rytmu bębnów – ich wizje mają wartość, w przeciwieństwie do doświadczeń kogoś, kto używa samych narkotyków – ale ze względu na skażenie halucynacjami muszą sobie potem te wizje interpretować i przez to mają więcej roboty oraz okazji do pomyłek niż szamani, którzy do popadnięcia w trans korzystają jedynie z bicia w bębny (tymczasem np. według Baśki Marciniak albo Bashara, „podróże” są o.k. i pozwalają nam na poszerzanie granic własnej świadomości). Generalnie ze wszystkim w życiu to jest tak, że łatwa droga zawsze się komplikuje i kończy katastrofą, a trudna droga z czasem staje się coraz łatwiejsza i okazuje naprawdę dokądś prowadzić. Istnienia duszy można dowieść: na fotografiach kirlianowskich widać brakujące kończyny u osób po amputacjach, a w chwili śmierci waga ciała maleje o pewien ułamek – można to łatwo obliczyć, byle uwzględnić przy tym wdechy i wydechy. Inkarnująca się dusza może sobie wybrać planetę (różnica z przekazem Plejaran – według nich jedyny naturalny sposób, żeby odrodzić się na innym globie, to polecieć tam pojazdem kosmicznym i na miejscu puknąć w kalendarz). Według Hejala nie ma problemu, żeby w następnym wcieleniu inkarnować się np. 700 lat wcześniej, ani …w tym samym czasie w wielu osobach naraz, nawet żyjących na różnych etapach rozwoju duchowego – tzn. chyba chodzi tu o to, że można by w swoim milion pięćsetnym wcieleniu urodzić się np. w roku 2120, potem rozwinąć się duchowo przez wiele żyć i kiedyś ponownie inkarnować się na tej samej planecie w roku 2125, a następnie jeszcze kiedyś w 2118 r. i samego siebie z przeszłości z pogardą gnębić w szkole, obrzucać na ulicy nieufnymi spojrzeniami, napaść w zaułku itp. … O medytacji: to nie człowiek powinien dostosowywać się do formy medytacji, ale na odwrót – można medytować leżąc, w wannie, patrząc w niebo, siedząc na drzewie itp. – jak komu wygodnie. Podczas próby uprowadzenia przez Szarych wystarczy uwierzyć, że można się ruszyć, aby przezwyciężyć paraliż i wprawić w panikę tych wybitnych pozaziemskich naukowców, skłaniając ich do wzięcia nóg za pas. Rasa Hejala, Saleinjiczycy, stosuje astrologię m.in. do przewidywania trzęsień ziemi i wahań nastrojów społecznych – dla nich to bardzo ważna nauka; nasza współczesna jej wersja jest totalnie niedokładna, ponieważ nie uwzględnia choćby pozornego ruchu gwiazd wynikającego z precesji – już lepsi byli w tym Majowie, a nawet wcześniejsze od nich ludy. O przeszczepach: jeżeli dawca nie żyje, to jego dusza może wałęsać się wokół osoby biorcy, w której ciele żyje jeszcze fragment jego ciała – taką duszę trzeba w czasie hipnozy zagaić i przekonać, że umarła, inaczej będzie tak uwięziona do śmierci biorcy i może zacząć wpływać na jego zachowanie, a nawet wypierać jego duszę; prawidłowe rozwiązanie to hodowanie klonów narządów z tkanek pacjenta, to nad tym powinni pracować nasi naukowcy. O żywności modyfikowanej genetycznie: spowodowała wzrost zachorowań na autyzm i inne, nowe choroby genetyczne, a realne skutki jej stosowania będą widoczne za około sto lat – pokarm nie jest trawiony w 100%, ułamek procenta genów z przewodu pokarmowego przenika do organizmu w niezmienionej postaci. Wersja Hejala o Jezusie jest zupełnie inna – że był przywódcą powstania przeciwko Rzymianom i w ogóle nie było wtedy jeszcze ukrzyżowań, a na pal wbito kogoś innego, jakiegoś zwolennika-ochotnika. O Fatimie: to tylko jacyś Dewianie robili sobie eksperymenty chcąc sprawdzić, czy ludzie nadal każdą garść informacji będą przerabiali na religijne cuda. O Roswell: to faktycznie był balon, ale nie meteorologiczny ani prototypowy, tylko szpiegowski. O istotach niskich, demonicznych, regresywnych itp.: od jakiegoś czasu porzucają centra religijne, gdzie żerowały na wywoływaniu w wiernych poczucia winy i strachu przed karą, a przenoszą się do …mediów, powodując brutalizację przekazów. O nauce: ziemska nauka to religia oparta na wierze w dogmaty naukowe, a w naszych czasach sytuacja jeszcze się pogorszyła, ponieważ środowiska biznesowe wspierają te dogmaty w celu ukrycia przed społeczeństwami niektórych wynalazków, np. generatorów darmowej energii. O wnętrzu Ziemi: nie ma tam dnia ani nocy, zawsze panuje półmrok podobny do zmierzchu czy świtu; przejść jest wiele, a jedno z nich znajduje się w Górach Świętokrzyskich, ale jest dobrze zabezpieczone i najlepiej w ogóle go nie szukać, bo „mogłoby się to skończyć dla śmiałka śmiercią”. Zablokowanie pamięci o poprzednich wcieleniach to nie sprawka złowrogich kosmitów lecz efekt eksperymentalnego wprowadzenia na Ziemi prawa karmy z inspiracji Plejaran – to był ich pomysł i to samo w dobrej wierze zrobili u siebie, a kiedy okazało się, że to fatalny system (nikt nie kojarzy, za co pokutuje), odeszli od tego rozwiązania, tymczasem u nas nie dało się już niczego odkręcić i tak zostaliśmy, jako że królowie i kapłani w obronie swej pozycji wzniecili w naszych przodkach nienawiść do przybyszy z gwiazd, którzy próbowali wrócić, aby naprawić ten błąd – posuwano się nawet do ich mordowania. To oto chodziłoby w micie o Edenie – drzewo to cykl życia, owoc to prawo karmy, wąż to kosmiczni ludzie, a wypędzenie z raju to utrata pamięci o poprzednich wcieleniach. Prawo karmy sztucznie wgrane w naszą rzeczywistość niepotrzebnie obciąża np. osoby wykonujące zawód kata – każdy, kto kogoś zabije, zginie z czyjejś ręki w tym lub w kolejnym wcieleniu albo w następnym życiu doświadczy śmierci ukochanej osoby – nie pojmując, dlaczego go to spotkało. Mohendżo Daro było stolicą Imperium Ramy noszącą nazwę Narmini – Atlantydzi rozwalili ich atomówkami, ledwo je wynaleźli; Atlantyda była imperium zbudowanym na niewolniczej sile roboczej. Rzekome uprowadzenia przez kosmitów to przeważnie wojskowe eksperymenty na ludziach kamuflowane wprowadzaniem sztucznych wspomnień; okaleczenia bydła to darmowe eksperymenty na zwierzętach; chociaż faktycznie kręci się tu pewna wymierająca rasa kosmitów. Pasażerowie samolotów, którzy rzekomo zginęli 11 września, w rzeczywistości zostali przekazani wojsku w charakterze materiału na eksperymenty, a wcześniej użyto ich do sfingowania połączeń telefonicznych. W roku 2012 wydarzy się to, co ludzie będą sobie wyobrażać, że się wydarzy, a tak w ogóle to kosmici rozpowszechniają inną datę – 3 II 2029, kiedy zakończy się Era Ryb, a oddziaływanie Ery Wodnika osiągnie moc 100%. Do roku 2023 trwać będzie faza przejściowa; ocieplenie wszystkich planet w naszym układzie stanowi efekt zmian w aktywności Słońca. Saleinjiczycy klasyfikują mieszkańców Ziemi jako …istoty półświadome, zdaje się coś jakby pomiędzy roślinami i drzewami a ludźmi czy pomysłowymi gadami z normalnych planet. Dziura ozonowa to wynik raczej eksplozji nuklearnych – nieprzypadkowo pojawiła się nad Ziemią Królowej Maud, gdzie Amerykanie przeprowadzali detonacje. Zaprzestanie wytwarzania broni to nie najlepszy pomysł – w kosmosie czai się bowiem wiele agresywnych ras; należałoby jednak skoncentrować się na technologii obrony planety przed atakiem spoza Układu Słonecznego. Czipy wszczepiane pod skórę zagrażają zdrowiu i wywołują raka; implanty w rodzaju dodatkowej pamięci podłączanej do mózgu mogą stać się makabrycznym polem do popisu dla ludobójców – twórców wirusów komputerowych, nie wspominając o ponurych planach władz czy wojska. Przygotowywany przez amerykańskich decydentów plan sztucznej inwazji obcych zakłada wylot wszystkich latających spodków ‚made in USA’ i zniszczenie kilku miast, a następnie, w odpowiedzi na wybuch paniki, utworzenie światowego komitetu, który przejmie kontrolę nad siłami militarnymi wszystkich krajów; po spektakularnym „odparciu inwazji” stolicą globalnego państwa zostanie Waszyngton albo Nowy Jork, rozpoczną się polowania na kosmitów oraz ich rzekomych kolaborantów, pokazowe procesy i nagonka-histeria, podczas gdy osoby poddające w wątpliwość prawdziwość inwazji będą eliminowane; dopiero z czasem ludzie zaczną się orientować, że pomimo całego tego strachu i nienawiści, coś jakoś długo ci kosmici nie atakują… Z myślą o tym szlachetnym przedsięwzięciu rozmaite grupy ufologiczne są infiltrowane przez agencje wywiadowcze, starające się odpowiednio ukierunkowywać ich badania i promować dezinformację; według Hejala nieświadomie przyczyniają się do tego ufolodzy w rodzaju dr Jana Pająka (niniejszej witryny pewnie jeszcze nie widział – ale jakby co, to chętnie opiszę i z ulgą zrelacjonuję, że „ukrytesprawy.org” to też trochę prawdy, a niewiele mniej bzdur i ściem). Jednak ukryty światowy rząd, kontrolujący banki, czołowych polityków, przemysł zbrojeniowy oraz spożywczy, dążący do posiadania władzy absolutnej nad losem każdego mieszkańca Ziemi, jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, że „robimy tą inwazję kosmitów” – istnieje bowiem również plan alternatywny, który zakłada po prostu wywołanie kolejnej wojny światowej, czego zbawiennym dla ludzkości skutkiem miałoby być pozbycie się kilku nadmiarowych miliardów ludzi. Plotki o ewakuacji wybranych Ziemian przez kosmitów w przyszłej sytuacji zagrożenia rozpowszechniają rasy, które potrzebują niewolników do pracy na odległych planetach – zachęcają do wkraczania na ich pojazdy, bo to będą statki niewolnicze. Czerwony Meteor został zaprojektowany przez Wszechświatowego Ogrodnika (śmieszna nazwa, ale tu chodziłoby po prostu o jakąś istotę z 11 poziomu gęstości, najwyższego dla istot) w taki sposób, żeby jedynie wspólny wysiłek wszystkich krajów był w stanie odeprzeć to zagrożenie – nie sprosta mu żadne państwo działające w pojedynkę ani dowolnie liczna grupa krajów; ten kamyk ma stuknąć gdzieś pomiędzy Polską, Białorusią a Ukrainą (według Plejaran pomiędzy morzami Północnym a Czarnym), choć wg symulacji Saleinjiczyków w wyniku działań ludzi uda się go skierować na Alaskę – co i tak będzie oznaczało ogromne kłopoty; w tej sprawie można liczyć na zero pomocy od kosmitów, natomiast później mogą się zgłosić różne rasy, które zaoferują wsparcie w odbudowie, ale w zamian za coś – np. zgodę na osiedlanie się; trzeba na to bardzo uważać. Generalnie kosmici przewidują, że nadchodzą ciężkie czasy dla Ziemian – dlatego już nawet wcielają się w Polaków, by pozytywnie oddziaływać na opinię publiczną; takich ‚gwiezdnych wędrowców’ w ciałach dorosłych ludzi jest teraz według Hejala około 50 na naszej planecie, ale za to mamy prawdziwy wysyp dzieci Indygo – one też sporo wiedzą. W wyniku zmian klimatycznych Europa dozna upadku, zmienią się jej linie brzegowe. W Polsce pojawią się drzewa znane z obszarów południowych, będzie można uprawiać banany i owoce cytrusowe, a w Bałtyku pomimo zanieczyszczeń zameldują się stada delfinów oraz rekinów; niestety nadlecą również uciążliwe muszki i moskity. Ludzi nie czeka przejście do czwartej gęstości, ponieważ …już się w niej znajdujemy – przed nami teraz przejście w piątą, ale nie będzie to gwałtowny skok, raczej coś jak oczyszczający prysznic z kosmosu; pojęcia gęstości nie należy rozważać materialnie, gdyż chodzi tu o częstotliwość wibracji energetycznej ciała/aury/duszy – coś jakby taktowanie procesora w komputerze. Teoria Wielkiego Wybuchu mylnie zakłada, że Wszechświat rozchodził się równomiernie we wszystkich kierunkach – tymczasem ta siła jest zbyt wielka, żeby móc w taki sposób eksplodować, zawsze działa przy tym również siła odśrodkowa i wszystko rozchodzi się spiralnie – to dlatego nasi naukowcy się dziwią, że niektóre galaktyki się do nas przybliżają, zamiast oddalać jak im pobliskie; przy czym to i tak jest na tej zasadzie, że cały kosmos rozpływa się jak gdyby po wewnętrznej powierzchni sfery i czym szybciej galaktyki się od siebie oddalają, tym prędzej się ze sobą zderzą – to jest tak jak na Ziemi, że jeżeli samolot leci cały czas w jednym kierunku, to po pewnym czasie okrąży planetę dookoła i znajdzie się ponownie w tym samym miejscu – tyle że w przestrzeni zamiast po powierzchni wypukłej, dryfujemy z tymi wszystkimi gwiazdami po wklęsłej; Wszechświat będzie się tak rozszerzał, „kurczył” i wybuchał wiele razy (według Plejaran 7) i za każdym następnym będzie lepsza jazda i ładniejsze ogrody – o to chodzi. Przepowiednie Nostradamusa to fantazje bibliofila; „kod Biblii” to bzdura i działa również zastosowany do „Moby Dicka” – niestety niektórzy izraelscy politycy traktują go poważnie i opierają na nim swoje decyzje np. odnośnie akcji wobec sąsiednich krajów. Przekazy Kasjopejan to ściema – to ludzie piszą dla ludzi. Ziemianie nie przejęli żadnego wraku ufo – te pojazdy są odpowiednio zaprogramowane na taką ewentualność; niesamowite technologie Amerykanów pochodzą od III Rzeszy i z podglądania przyszłości przez posiadające taką umiejętność osoby, które następnie opisują maszyny naukowcom. Jednocześnie Hejal przyznaje, że wiele informacji zostało mu zablokowanych/wymazanych dla jego własnego bezpieczeństwa pod kątem porywania na spytki przez służby lub tajne organizacje. Telefony komórkowe są bardzo szkodliwe, co można sobie sprawdzić kładąc kilka aparatów antenkami do środka i umieszczając w nim orzeszek lub przepiórcze jajo, a następnie wprawiając komórki w stan odbierania sygnału – orzeszek od razu podskoczy, a białko jajka po pewnym czasie się zetnie. Wersja o katastrofie Tunguskiej identyczna, jak ta od Billy’ego Meiera – to była eksplozja pojazdu pozaziemskiego, dlatego w epicentrum drzewa nie zostały powalone, podobnie jak budynki w Hiroszimie. Jeśli jednak dojdzie do tej III wojny światowej, to najbezpieczniej będzie w centralnej części byłej Jugosławii, w Australii oraz na Antarktydzie; Polska „może ucierpieć na skutek zbytniej uległości polityków wobec obcych mocarstw i doznać skutków ataku nuklearnego z powodu tarczy antyrakietowej, której radar ma być częścią rozszerzonego systemu szpiegowskiego Echelon” – jeśli ten cały Hejal to mistyfikacja, to już wiemy, kto za tym stoi… Saleinjiczycy po katastrofie wywołanej przez uderzenie meteoru 276 tys. ziemskich lat temu urządzili na swojej planecie jeden pas mieszkalny oraz dwa pasy dzikiej przyrody, w których w ogóle nie ingerują w ekosystem – nie gaszą naturalnie powstających pożarów ani nie pomagają zwierzętom podczas powodzi. W naszym prawie według nich brakuje prawa łaski i anulowania kary na życzenie ofiary przestępstwa; jest ich czterysta tysięcy, choć kiedyś było 25 miliardów; są biseksualni, żyją w multi-rodzinach przypominających hippisowskie komuny, mają jedną dziurkę w nosie i po cztery palce u rąk i nóg; słyną ze sztuki barwienia ciał (nie używają ubrań); Ziemianie słyną w kosmosie z poczucia humoru, wynikającego prawdopodobnie z absurdalności naszej rzeczywistości (czyli pośrednio z tego, że jesteśmy największymi głąbami wśród cywilizacji ludzkich – inne są od nas dużo słabiej rozwinięte technicznie, ale należą do tych Unii Galaktycznych itp. konfederacji, ponieważ ich tam chcą i widzą, jako że są wystarczająco rozwinięci duchowo, bo ewoluowali w sposób zrównoważony, a nie tak pozbawiony proporcji, jak my na Ziemi, gdzie według bodajże Andromedan od Alexa Colliera, nasz poziom rozwoju technicznego dziwnie wyprzedza fazę rozwoju duchowego o pi razy drzwi 20 wieków). [koniec wiadomości od Hejala]

Info od Boryski, najwyraźniej „gwiezdnego dziecka” (ur. 1996) dorastającego w Rosji w obwodzie wołgogradzkim (od małego sypie historiami o swoim poprzednim życiu na Marsie, nazwami galaktyk i opisami prastarych ziemskich cywilizacji, choć nikt nie udostępniał mu tego typu informacji, a nawet gdyby – to niby z jakiej paki mały umie o tym opowiadać niczym profesor, zadziwiając naukowców i ufologów z całego świata): Lemurianie mieli 9 metrów wzrostu i jeden z nich był jego przyjacielem, który zginął pod skałą w czasie kataklizmu i jest im pisane spotkać się w tym życiu – tak że chyba nie były to żadne gadoidy; jakkolwiek jego mama usłyszała kiedyś, jak synek mówi do kogoś, samotnie bawiąc się w swoim pokoju: „Jestem pilotem statku badawczego, naukowcem, ale nie, nigdy nie połączę DNA ludzkiego z gadzim..! To sprzeczne z naturalnym prawem selekcji…” – a z kolorowych zabawek miał ułożone spirale DNA. Według chłopca Ziemię czekają poważne katastrofy związane z wodą w latach 2009 i 2013. Wideo z wywiadu w j. ang. tu, artykuł o nim i dzieciach Indygo w j. pol. tutaj.

Emerytowany oficer (nazwa stopnia: Command Sergeant Major) sił powietrznych USA Robert O. Dean służył m.in. w poprzedniej kwaterze głównej NATO w Paryżu w latach 60-tych, gdy niejednokrotnie napięcie pomiędzy obydwoma blokami militarnymi sięgało zenitu z powodu wzajemnego podejrzewania się o agresywne prowokacje z użyciem nieznanej broni powietrznej – a to tylko jakieś gigantyczne świetliste obiekty latały w szyku z zawrotnymi prędkościami od Uralu po Wlk. Brytanię, jakby chciały sprawdzić, kto szybciej zwołuje kryzysowe narady generałów, Układ Warszawski czy Pakt Północnoatlantycki – udzielił w styczniu 2001 roku programowi ‚Coast to Coast’ wywiadu, w którym przedstawił swój punkt widzenia na te tematy po 30 latach dociekań, które prowadził na własną rękę odkąd pewnego razu, kiedy nudzili się w bazie, dowódca powiedział mu „masz, to cię postawi na nogi” – i pokazał dokument potwierdzający obecność obcych na Ziemi. W jego opinii mamy do czynienia z największą historią w dziejach naszej cywilizacji, a ludzi, którzy ukrywają przed społeczeństwami prawdę o naszej historii, można zrozumieć, ponieważ rzeczy tego kalibru nie ogłasza się tak po prostu – np. kto w Twojej rodzinie zgłosi się na ochotnika, by powiedzieć babci, że tak naprawdę jesteśmy hybrydami i nasz gatunek od początku był poddawany manipulacjom genetycznym..? Albo jaki dzień tygodnia będzie dobry, żeby ogłosić, że w intrygę przeciw młodemu rabinowi 2000 lat temu w Galilei zamieszane były czynniki pozaziemskie? Według Roberta Deana już w roku 1964 wojsko miało niezłe rozeznanie co do czterech głównych grup obcych aktywnych na Ziemi od dłuższego czasu; według jego informacji temat Roswell polegał na 3 katastrofach w przeciągu 45-50 dni, pojazdów dwóch różnych ras znajdujących się na odmiennym poziomie rozwoju, a obcych od początku postrzegano jako zagrożenie w związku z nieprawdopodobnymi, z zupełnie innej bajki możliwościami ich technologii, które wielokrotnie prezentowali – nie było wątpliwości, że zwyciężyliby w otwartej konfrontacji, ani rozeznania co do ich planów – i w latach 90-tych nie było go w dalszym ciągu. 50 lat polityki ukrywania i ośmieszania wzięło się z wniosku, że skoro to takie niepokojące, to najlepiej będzie nie frasować tym miliardów. Szokujące fakty na temat naszej historii i planety, Księżyca i Marsa, to również nie są informacje, które ogłasza się tak z dnia na dzień – ujawnianie jest w toku, ale nie powiedzą wszystkiego naraz zbyt nagle. Jak mówi Bob Dean, im dłużej siedzi w tym temacie, tym bardziej rozumie ośrodki decyzyjne stojące za ukrywaniem wszystkiego przed ludźmi. Zresztą (info z innych źródeł) wszyscy pozytywni kosmici też wcale nie palą się do otwierania połączeń promowych pomiędzy naszymi światami, według nich jesteśmy jeszcze takimi prostakami, że jako ogół nie dojrzeliśmy do publicznego kontaktu – zaraz zrobilibyśmy z nich bogów, wrogów albo samolubów, którzy nie chcą nam dać nowych lekarstw ani technologii, a poza tym statystycznie nie jesteśmy na to jeszcze gotowi duchowo i gdyby nagle pokazali swoje statki na niebie, wiele osób równie nagle straciłoby psychiczny grunt pod nogami, ich światopoglądy uległyby z dnia na dzień wywróceniu i mogłoby to stanowić spory problem na skalę społeczną; ale jeżeli jakaś niewiele bardziej rozwinięta cywilizacja do nas podbije, to wtedy nie będzie aż takiej różnicy i prawdopodobnie w ten sposób się to naturalnie zacznie. Wiadomości od Boba Deana z wywiadu dla Project Camelot: klauzula ‚Cosmic Top Secret’ jest najwyższa w NATO i pozwoliła mu na czytanie m.in. raportów z autopsji obcych z rozbitych statków. W latach 60-tych pewien generał sił powietrznych USA wydał rozkaz strzelania do ufo, który został wycofany po 90 dniach, ponieważ latające spodki na kule odpowiadały wyłączaniem elektroniki w myśliwcach – a że były to nielotne odrzutowce zwane przez pilotów „kowadłami”, 30 samolotów spadło i kilku ludzi zginęło. Po szczególnie efektownym przelocie obiektów w lutym 1961 r. NATO powołało studium, które zakończyło prace opublikowaniem raportu w roku 1964 – w projekcie tym wzięli udział przedstawiciele Niemiec, Francji, Włoch, Wlk. Brytanii oraz USA, a także wybitni naukowcy, m.in. historycy, fizycy, antropolodzy i geolodzy z najlepszych uniwersytetów. Dzięki posiadanym uprawnieniom Bob Dean miał wgląd również do tego dokumentu. Wszystkie cztery podstawowe według ówczesnej klasyfikacji grupy obcych posiadają formę humanoidalną, a jedna z nich nie różni się od nas wyglądem w żaden rzucający się w oczy sposób. Raport zatytułowany „Assessment” stwierdzał m.in., że fenomenem ufo interesowali się już …starożytni Rzymianie. Kiedy bohater II wojny światowej gen. Robert Lee zapoznał się z jedną z 15 kopii dokumentu, przytłoczył go szokujący obraz prawdy i jednoczesna świadomość, że wszystkie czołgi i myśliwce tak naprawdę na nic by się nie zdały. Relacja z drugiej części wywiadu: rząd USA to nie to, co ludzie myślą – w kraju nie ma demokracji, ukryte władze (ang. ‚hidden government’) działają bez poszanowania żadnych praw i nie odpowiadają przed jakimkolwiek organem państwowym, Kongresem ani prezydentem, w ogóle niewiele o nich wiadomo oprócz tego, że telefony z pogróżkami wykonywane są z numerów NSA. Pytań bez odpowiedzi jest nadal sporo. Jak powiedzieć np. muzułmańskiemu fundamentaliście, że wszystkie religie świata mają pozaziemskie korzenie? Jak i kiedy zdradzić ludziom, że uprowadzenia to rzeczywistość, która nadal trwa? Jak oznajmić chrześcijańskim fundamentalistom, że Jezus był uczestnikiem programu „Gwiazdy – Ziemianom”..? Grupa ‚Majestic’ już się tak nie nazywa, ostatnio mieli kryptonim PI-40, 20 lat wcześniej podzielili się na dwie zaciekle zwalczające się połowy, z których jedna chciałaby wszystko ujawnić, a druga jest zdania, że nie i nigdy; w latach 1998-2000 z budżetu Pentagonu w niewyjaśnionych okolicznościach znikało 2.7 biliona dolarów rocznie. Generalnie słuchając Boba Deana można odnieść wrażenie, że ksiądz w dalszym ciągu przychodzi do niego z kolędą, a mimo otrzymywania pogróżek nie skończył jak Phil Schneider, bo co kwadrans wzmiankuje, że tak naprawdę władze nie są takie złe i chcą dobrze, a to całe ogłupianie to tylko tak z troski – ale z drugiej strony, gdyby był tchórzem, toby się tym raczej w ogóle nie zajmował, a poza tym przecież to nie jego wina, że go nie załatwili; najwyraźniej on po prostu wierzy w to, co mówi, no i ma sporo ciekawych informacji, jak np. te z najnowszego wywiadu z września 2008 roku (gość nieźle się trzyma w wieku 79 lat – trzy dekady badania ufo najwyraźniej posłużyły mu lepiej niż Geriavit Pharmaton): planeta Nibiru (według innych wersji jakiś jej księżyc) nadal leci w naszym kierunku, ale będzie tu dopiero w roku 2017. Władze nie powiedzą o tym ludziom, żeby nie wywoływać paniki – tym razem Nibiru ma się znaleźć po tej samej stronie Słońca, co Ziemia, a to nie jest dobra wiadomość dla towarzystw ubezpieczeniowych, gdyż jest to duża planeta. Tymczasem w pobliżu szczytu góry Ararat w Turcji satelita NRO sfotografował …wielką łódź – zrzuceni na lokację komandosi zebrali z drewnianego wraku kilka pamiątek, ale takich rzeczy się nie ujawnia, żeby nie wywoływać sporów pomiędzy religiami, nie nastawiać krajów antagonistycznie do siebie nawzajem, nie burzyć klimatu współpracy itd. Według tego emerytowanego oficera sił powietrznych (miał specyficzną pozycję, bo nie był żadnym generałem ani nawet pułkownikiem, ale miał dostęp do informacji, do których oni nie posiadali uprawnień i musieli polegać na tym, co im mówił) Anunnaki istnieją, mieszkają na Nibiru, są też od zawsze na Ziemi i grzebali przy nas od początku, na Marsie również ich nie brakuje – znajduje się tam np. podziemne miasto wielkości Chicago, które promieniuje tyle ciepła, że widać to na zdjęciach termo-jakichśtam. Cenieni przez niego badacze to Zecharia Sitchin i sir Laurence Gardner – tymczasem według Davida Icke’a i jego świadka po przejściach występującego pod przybranym nazwiskiem Arizony Wilder (co do Gardnera tego samego zdania jest również Stewart Swerdlow, z autopsji), są to świadomi dezinformatorzy na usługach Iluminatów, a tak w ogóle to hybrydy – kobieta ta rzekomo nieraz widziała ich zmieniających postać, mówi (j. pol.) o tym przed kamerami – też im była potrzebna do obrzędów ze względu na swoją moc psychiczną (hybrydy jej nie mają i nie potrafią odsyłać przybywających ‚demonów’ z powrotem); wielu zwolenników Icke’a uważa ją za osobę podsuniętą mu w celu wpuszczenia w maliny i skłócenia z innymi badaczami, z kolei zwolennicy wersji Wilder argumentują, że o hybrydach mówiła jeszcze przed ukazaniem się pierwszej książki brytyjskiego badacza, więc nie miała gdzie o tym przeczytać – a według niego informacje od niej w pełni pokrywały się z jego ustaleniami, zanim je opublikował i zaczął nagłaśniać na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Wracając do wywiadu z Bobem Deanem – prowadząca Kerry Cassidy pytała go o planowany według zeznań świadków z tajnych projektów krach ekonomiczny amerykańskiej gospodarki, jaki może się wydarzyć w październiku’08, co sugerowałyby prace The Arlington Institute – ośrodka badającego sny, który przewidział i zawczasu ogłosił zmiany w masowej świadomości we wrześniu 2001 i jeszcze bardziej długofalowe od października 2008 r. (oni po prostu zbierają sny i analizują je statystycznie, a czasami wychodzą bardzo ciekawe wyniki i faktycznie coś się potem dzieje – w ten sposób stali się renomowaną placówką, choć zresztą od początku działali w poważny i metodyczny sposób). Według Boba Deana ten krach to coś jak powycinanie nowotworów – to musiało nastąpić, bo te wszystkie firmy-giganty to po prostu totalne zombie i oszukiwały w papierach od wielu pokoleń księgowych.

Według Plejaran z domniemanego kontaktu B. Meiera, eksplozje bomb atomowych, oprócz nieznacznej ‚korekty’ orbity Ziemi i zdziesiątkowania planktonu, zainicjowały także powolną wędrówkę biegunów, której efekty staną się nie do przeoczenia za 1000 lat, gdy jeden z biegunów będzie się znajdował na dzisiejszym Bliskim Wschodzie; jednak nie wspominali nic o jakiejkolwiek możliwości nagłej zmiany co do ich położenia. Nie wydobywają minerałów ze swojej planety, ponieważ to ją rani – planeta to także żywe stworzenie Kreacji, które sobie ewoluuje na niższym poziomie świadomości. Ropa to dla planety coś jak żywe bakterie, swoją drogą eksplozje nuklearne zabiły jedną trzecią podziemnych zasobów tej nierozpoznanej jeszcze przez nas formy życia. Ze względu na zaburzanie naturalnego przepływu energii po planecie, tamy wodne to zdecydowanie kiepski pomysł; podobnie elektrownie jądrowe – rozszczepianie atomów ma również wiele konsekwencji, których jeszcze nie dostrzegliśmy, gdyż staną się one widoczne dopiero po wielu dekadach. Papież Paweł VI został otruty przez sitwę kardynałów i podmieniony sobowtórem, a w celu zatarcia śladów sfałszowano nawet jego świadectwa szkolne. Jezus/Immanuel nigdy nie mówił, że jest zbawcą, tylko że każdy może być swoim zbawcą i odnajdzie drogę do szczęścia, jeśli tylko będzie żył zgodnie z Prawami Stworzenia – które po prostu znał i to ich nauczał, będąc jednym z pierwszych kolaborantów kosmitów, jakich pamięta nasza historia. Według Plejaran fajnie jest w coś wierzyć, ale nigdzie w znanym im wszechświecie religie nie rozrosły się aż tak bardzo, jak u nas, to znaczy nie osiągnęły takiej pozycji i wpływu na życie ludzi; chrześcijaństwo jest nie lepsze niż islam i nie mniej skutecznie blokuje swoim wyznawcom/wychowankom prawdę, skądinąd obserwowalną w naturze, świecie wokół i w ogóle w kolejach własnego losu.

Łatwo jest potępiać Iluminatów, czy kto tam to zrobił, za wpuszczenie do Afryki AIDS i ukrywanie ‚lekarstwa na raka’ (patrz Raymond Rife) – choć nikt z ‚nich’ nie zarobił na tym pewnie ani centa, bo niby i w jaki sposób. Oni są źli, wiadomo, a my dobrzy, szlachetni i naprawdę w głębi serca pewni, że świat byłby piękniejszy i szczęśliwszy z dodatkowymi dwoma miliardami głodujących i jeszcze paroma dziesiątkami milionów niemieckich turystów-emerytów, na których podróże i gorące kąpiele szłoby rocznie z budżetu UE więcej, niż na obiadki szkolne dla niedożywionych dzieci we wszystkich krajach Starego Kontynentu łącznie. Ale zajmując takie stanowisko i wygodną pozycję w sporze, tak naprawdę chyba bez walki oddajemy im zwycięstwo i rację w oczach decydentów, którzy są już za starzy, by pamiętać wesołe hasła szkolne, tylko po prostu np. pracują w ONZ i muszą się martwić – wiedząc, że za za nich już nikt tego nie zrobi – co będzie z tą planetą dalej za 10 czy 20 lat: jedna wielka katastrofa i wojna o wodę jako najlepszy prezent dla naszych dzieci, na jaki było nas stać, czy jeszcze nie i da się to na pewien czas odwlec, choćby przy użyciu środków gorzej niż drastycznych – skoro faktycznie to jednak trochę ciężka wkrętka robić tę III wojnę światową i pewnie trudno mieć potem fajne sny, gdy do wieczora pracowało się nad planami, jak to zawczasu rozkręcić, coby nasz świat nie wykoleił się niczym przepełniony pociąg. Osobiście uważam, że niepotrzebnie wyjeżdżali z tymi chorobami, bo i tak wiele wskazuje na to, że za jakieś dwa wieki ludzi będzie znaczniej mniej – wystarczy może nawet, jeśli prawdziwy okaże się tylko jeden z wątków takich, jak o planecie Nibru, Czerwonym Meteorze, właśnie tej III wojnie światowej, comebacku Drakonian czy monstrualnych trzęsieniach ziemi i zapadaniu się całych krajów pod wodę w związku z tematyką a’la rok 2012. W tym kontekście chyba ten jeden raz już mogli pozwolić ludziom namnożyć się jak szarańczy – przecież i tak zostaną zdziesiątkowani, a populacja całej planety zejdzie poniżej pół miliarda, czyli tak jak chcieli, a nawet o 100 czy 200 milionów bardziej – według niezależnych od siebie, a jednak intrygująco ze sobą zgodnych relacji z wieków bliskiej przyszłości przedstawianych niezłomnie przez Billy’ego Meiera i Ala Bieleka, którzy co jak co, ale nie wyglądają na głupków, którzy by mogli pomyśleć, że ludzie uwierzą i jeszcze będą ich za to nosić na rękach, kiedy im opowiedzą, że byli w przyszłości; może my już nie doczekamy tych czasów, ale wiele wydaje się wskazywać na to, że za kilka-kilkanaście pokoleń problem przeludnienia naszej planety w końcu odejdzie w zapomnienie. Czyli wychodziłoby na to, że naszą współczesność dotknęły po prostu panikowanie i nadopiekuńczość ze strony Iluminatów, uobecnione dość niesmacznymi przekrętami z AIDS, SARS i rakiem – lekarstwa na które nigdy nie „zostaną” wynalezione i chyba każdy mniej więcej się orientuje, dzięki szkole i mediom ma jako takie pojęcie, że te choroby w oczach wszystkich naukowców z góry wyglądają na nieuleczalne i nie do pokonania jeszcze przez przynajmniej kilka dekad (podczas gdy w rzeczywistości już w latach 80-tych mieli lekarstwo nawet na …starość – prawdopodobnie uzyskaną od obcych technologię pozwalającą na cofnięcie stanu rozwoju ciała dorosłej osoby o dowolną ilość lat: uczyniono tak z Alem Bielekiem w 1984 r., kiedy zaczął się gwałtownie starzeć po skoku przez czas; wobec jego brata Duncana Camerona zastosowano tym razem już na pewno pochodzącą od obcych technologię przeszczepu duszy, świadomości i pamięci do innego ciała – gość ma inną twarz i sylwetkę, niż widział w lustrze w młodości, gdy jeszcze mógł zostać bibliotekarzem zamiast zgłaszać się do oddziałów specjalnych, jest niepodobny do brata i ma czego żałować, jeśli w najlepszych latach stracił kupę czasu na mycie zębów, choć może wewnętrzny głos intuicji podpowiadał mu, że to nie ma sensu; według Plejaran sztuczne przedłużanie życia w nieskończoność byłoby jednak bez sensu, ponieważ dusza potrzebuje odpoczynku „po tamtej stronie” i tak samo jak ktoś pozbawiony przez wiele dni snu, przebywając za długo na tym świecie stawałaby się zidiociała). W niezależnym obiegu informacyjnym nie ma i nie było zresztą bodaj ani jednej informacji z jakiegokolwiek źródła, że ktoś coś słyszał od kosmity albo naukowca z podziemnej bazy, że gdzieś w przyszłości ludzi na Ziemi dalej będą miliardy. Więc jak to jest, ci Iluminaci rządzą światem, a nie mają nawet Internetu, żeby się zorientować, co w trawie piszczy..? A może z tym przetrzebianiem innych ras chodziło jednak o coś innego, a owa troska o przyszłość ludzkości stanowi tylko niezłą wymówkę, na której nie poznało się 95% samych wykonawców tych planów i realizatorów tejże strategii? Słyszy się nieraz, że 80% mieszkańców planety nie jest już potrzebnych możnym tego świata, skoro gros pracy wykonują teraz maszyny – w dodatku owi niepotrzebni zużywają surowce, destabilizują ekosystem, no i dalej się mnożą. Może to prawda, że to tylko o to chodzi; a może to jednak naprawdę wzięło się z obawy przed katastrofalnym przeludnieniem, bo np. Nibiru została zniszczona (Swerdlow), inwazję smoków przyjęli na klatę życzliwi nam obcy (Collier), z rokiem 2012 sami sobie poradziliśmy w ramach międzynarodowej współpracy w tajnych projektach, tak żeby nas nie zalało (Burish), III wojny wszystkim się w sumie odechciało (Meier), a Czerwony Meteor doleci dopiero za 100 lat (oby) – tak też to może być i w kontekście tego typu opcji warto się zastanowić, czy chcemy naprawdę zmienić nasz system cichego załatwiania najtrudniejszych problemów przez ‚globalnych katów – wolontariuszy’ w demokracji działającej nie lepiej od wybielacza z reklamy, czy tylko dalej rzucać kamieniami w kordony Bogu ducha winnych policjantów, ochraniające spotkania cynicznych bywalców szczytów władzy. Wątpliwe bowiem, żeby ktokolwiek pozwolił nam zająć ich miejsce, widząc jak zgrywamy niewinnych „dobrych ludzi”, a tak naprawdę pasuje nam brak władzy i wiążącej się z nią odpowiedzialności, umożliwiający niczym niezmącone żarliwe głoszenie szczytnych haseł, w które w dodatku się wierzy i zasypia spokojnie – choćby ich wdrożenie musiało zamienić losy ludzkości w już totalną jazdę bez trzymanki, jeśli faktycznie do końca nie można liczyć ani na żadne rychłe katastrofy, ani na cwane potwory z kosmosu. Wyobraźmy sobie, ile młodzieńczej paplaniny słychać za zamkniętymi drzwiami w ONZ, gdzie nawet Sarkozy przestaje się uśmiechać, skoro wykresy mówią same za siebie, a w Drugiej Siedzibie jeszcze pewnie Szarzy, jak to oni, pokazują klipy z przyszłości, na których tyle zapłakanych dzieci tuła się po dymiących zgliszczach, że przy tym kroniki z Kambodży to były filmy b.o. – ile tam, z dala od kamer telewizyjnych i mikrofonów, nawet sam Demostenes zdziałałby z linią argumentacji „tylko nie róbmy niczego niegrzecznego, bo to byłoby przecież nieładnie i wbrew przykazaniom, a Bóg i tak uratuje Ziemię, jakoś to będzie”..? Jak to możliwe, że ci Iluminaci czy inne takie grupy, z niejedną nieukaraną zbrodnią na koncie, nadal sobie sterują naszym światem nie niepokojone, choć już co najmniej od pół wieku powstają o ich działaniach niezależne filmy dokumentalne, książki i ludzie z krzeseł, bijąc brawo na konferencjach pełnych prawdy, słono okupionej odwagi i wolnych stanowisk dla kamer telewizyjnych? A kto by się tym zajął za nich – może politycy z naszego kraju, zawsze przedkładający ocenę historii nad widzimisię wyborców, skądinąd też światłych ludzi..? Może ta współczesna globalna sytuacja bierze się właśnie z tego zakłamania, że jako masy „dobrych” wolimy po prostu nie wiedzieć o tych ciężkich klimatach i nie mieć z nimi nic wspólnego – my to byśmy zmietli potężny przemysł farmaceutyków onkologicznych niczym kurz z regału i w każdym domu zwyczajnie dobudowali piętra dla pradziadków, finansując to z nadwyżek funduszy organizacji charytatywnych; a mieszkańcom Afryki posłalibyśmy paczki z nasionami sztucznych jadalnych roślin, które szybko rosną nawet na pustyni bez opadów – to nie żart, naprawdę coś takiego mają już od dawna, według źródła Icke’a, ale prędzej użyją raczej tego drugiego zestawu nasion, agresywnych warzyw i zbóż wyglądających jak normalne, lecz dających plony pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, tak by ludzie nawet z pełnymi żołądkami nadal umierali z głodu. Ciekawe, ile dekad mieszkańcom Czarnego Lądu zajęłoby osiągnięcie populacji 10 miliardów i jak wpłynęłoby to na tamtejszy poziom życia, wyżywienia, dostępu do wody oraz podstawowej opieki medycznej, no i czy w tej sytuacji nie zaczęliby czasem emigrować po 20 mln do każdego ze 100 najbogatszych krajów świata… Więc siłą rzeczy tak to się chyba właśnie układa, że w gmachach globalnej biurokracji ściany wydają się sprzyjać osobom pozbawionym skrupułów, kształtowaniem wydarzeń zajmują się ci „źli” i choć też pewnie potem nieraz snują się zdołowani, to w sumie pewną taką jak gdyby siłą wyporu pozostają u sterów, bo choć rzadko wybitnie szlachetni z twarzy, przynajmniej nie głoszą na prawo i lewo, że trudne problemy nie istnieją, a 50 miliardów też brzmi fajnie i jakoś byśmy się pomieścili, tylko trzeba by przegnać te wszystkiemu winne, niegodziwe władze, coby już wszyscy mogli sobie żyć w słodkim świecie bez grzechu. Ja już nie wiem, chyba też się zapiszę do tych Iluminatów i będę z „demonami” chłeptał po podziemiach krew niewiniątek, a potem własne dzieci podłączał do prądu, żeby uczynić je silniejszymi (jak opowiadała Svali) – nie ma strachu, że się wyda, skoro informacje i zeznania byłych uczestników o tym wszystkim krążą już od dawna, na wideo, pod przysięgą, podparte zaginięciami – wszystko, co chcesz – no i jakoś nikt, dowiedziawszy się o tym, nie rozpowiada tego dalej wśród znajomych, zazwyczaj słusznie przypuszczając, że o niczym takim nie chcieliby słyszeć. Więc może to już tak musi być, potrwać jeszcze ze dwa wieki, zanim społeczeństwa nie dojrzeją do uczciwego zajęcia się na płaszczyźnie publicznego dyskursu problemami typu „nie ma, że boli, bo inaczej wszyscy jesteśmy utopieni”..? Czyli wrogiem, przeciwnikiem, przyczyną zła w naszym świecie nie byliby tak naprawdę ani ci Iluminaci, ani żadni inni ‚sataniści’ – tylko nasze własne powszechne, wygodne zakłamanie, naszych rodzin i znajomych, sąsiadów oraz ludzi mijanych na ulicy..? Totalna nieszczerość w wymiarach jednostkowym i grupowym, w żenującej symbiozie z bajeczkami religii i halucynacjami punktualnie serwowanymi co wieczór z telewizora? A może gdybyśmy byli tą dwudziestką pasażerów z rozbitego w Alpach samolotu, kanapki dawno by się skończyły, a ciała z kokpitu jeszcze nie zepsuły – tak samo też kilka osób „poszłoby coś upolować”, podczas gdy reszta z mieszanymi uczuciami i rozbieganymi oczyma zajęłaby się zbieraniem chrustu, a żadne z dzieci nigdy o niczym nie dowiedziało; i mniej więcej tak samo zdaje się to wyglądać w naszym świecie w skali makro, niemalże optymalnie, jak można było stawić czoła zaistniałej sytuacji: faktycznie, po co dzieciakom opowiadać o tym wszystkim po szkołach – żeby potem na przerwach zamiast śmiać się albo bujać sobie w obłokach, jedno obok drugiego stały niczym zombie, ze spojrzeniami wolno szurającymi po asfalcie..? W takim razie zamiast świecenia z latarką po oknach piwnic starych zamków, może więcej sensu miałaby ‚praca organiczna’ nad bezkompromisowym przepytywaniem, w celu „zagnania w kozi róg”, naszego świata wzajemnych sympatycznych złudzeń, niesionego na falach tej samej paplaniny, której nie sposób nie uświadczyć, zostawiając telewizor włączony na parę godzin albo otwierając gazetę i czytając głębokie myśli felietonistów? A może ludzie zwyczajnie wolą te iluzje od prawdy, może to nie nam pierwszym otwarły się oczy i patrząc po świecie wokół, musielibyśmy jeszcze tylko szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy tak na oko, to otaczają nas kolejne wcielenia dawnych rycerzy i walecznych dziewic, czy raczej hordy zawistników drepczących co tydzień do kościoła, po których trudno się spodziewać klasy, odwagi bądź szacunku dla prawdy większego niż ten, jakim darzą samych siebie..? Jeżeli jednak za współczesnymi zbrodniami kontroli populacji stoją tak naprawdę dobre intencje, tyle że trudne, skomplikowane i kontrowersyjne, niemożliwe do rozegrania w groteskowo zakłamanym dyskursie publicznym – to jakimi dobrymi intencjami wytłumaczyć fluoryzację wody pitnej, mimo protestów wciąż forsowaną w wielu krajach i od dekad stosowaną na terenie USA – choć już w latach 30-tych XX wieku wykazano szkodliwy wpływ floru na ludzki organizm, w szczególności mózg, co do czego zgadzały się największe ówczesne autorytety pokroju laureatów Nagrody Nobla, a przeprowadzone później testy porównawcze osób dorastających w różnych stanach USA wykazały, że picie takiej wody przez całe życie obniża iloraz inteligencji statystycznie o 20 punktów IQ..?

Ale może to wszystko tylko jakieś czcze spekulacje o bzdurach rodem z teorii spiskowych. Spójrzmy na naszą rzeczywistość trzeźwo: jakie są szanse, że rodzina rządząca starym światem bezlitosnych arystokratycznych monarchii – ród Windsorów – i rodzina rządząca ostoją i gwarantem demokratycznego, wolnego świata – Bushów – będą ze sobą spokrewnione..? W naszym kraju nie widzi w tym nic podejrzanego plus minus żaden z tysiąca najbardziej renomowanych profesorów historii, filozofii czy politologii, suto opłacanych z podatków górników i rybaków w rewanżu za ‚dorobek naukowy’; no ale co w tym dziwnego, skoro także według mediów, niezależnie i obiektywnie kontrolujących przecież uczciwość życia publicznego wzdłuż i wszerz, wszystko jest o.k. ..?

Pewnie mało która, a może i żadna z osób dowiadujących się o niepokojąco przemilczanych sprawach, wypowiedziach i relacjach, wpadła na pomysł, aby w ośrodku kultury w swojej miejscowości założyć fanklub tych pradawnych hybryd galaktycznych ludzi z inteligentnymi kosmicznymi gadami – to znaczy nie w tym szerszym sensie, pod który my też byśmy podpadali, tylko pod kątem wyłącznie owych ‚Werther’s Original’, ‚stradivariusów’, w prostej i czystej linii potomków pierwszych starożytnych królów, personifikujących lokalny planetarny pokój w największej wojnie pamiętanej przez gwiazdy historii i nienaruszonymi proporcjami swojego DNA oddających hołd morzu łez i wyrzeczeń własnych protoplastów, którzy zapewne niekoniecznie zakochiwali się też zawsze tylko w hybrydach ze szczytów arystokracji – nakazy bogów z takimi czy innymi głowami to jedno, a życie pisze własne historie, wiadomo jak to z bestiami i pięknymi… Ale oprócz tak oczywistego, że nie trzeba go w ogóle wysławiać, moralnego oburzenia i poczucia etycznej wyższości wynikających u nas z ich zwyczajów picia niewinnej ludzkiej krwi – które pewnie gdzieś za 10-15 lat w „Rozmowach w toku” na wyścigi będą wykrzykiwać i ze zgrozą wyrażać baby grube od skrzydełek maleńkich kurcząt zaszlachtowanych przez ślepe mechaniczne ostrza po krótkim życiu w ścisku bez dotknięcia prawdziwej ziemi, mamy ani promienia słonecznego światła – to w sumie jeszcze nie udowodniliśmy, że my, 85% ludzie, jesteśmy istotami lepszymi od tych 50-50 miksów – kto wie, może to właśnie te hybrydy robią ciekawsze origami i wymyślają śmieszniejsze kawały, rysują najbardziej wciągające komiksy i w ogóle są istotami bardziej „na poziomie” zarówno od nas, jak i od rasowych, 100% gadoidów, smoków czy jak ich tam zwał, tak zwał. Tymczasem dla zwykłych ludzi będą to pewnie po prostu wypisz-wymaluj potwory – dlatego może faktycznie lepiej nie opowiadać o tym w telewizji, bo zaraz by było: „Dali Zenek, chytej no za widły i jadymy do tej Lotaryngii, żeby już proboszcz nie brynczoł…”; nawet wrażliwi poeci pewnie raczej nie zaczną dedykować im tomików swoich wierszy; a miłośnicy kultury ‚gothic’, jak można się spodziewać, woleliby bez ogródek nazywać te osoby po prostu „wampirami”, co brzmiałoby na dzień dobry wyraźnie pejoratywnie i szybko musiało stać się politycznie niepoprawne ze względu na nadmierne uwypuklanie naturalnych potrzeb fizjologicznych właściwych konkretnej rasie (choć w sumie są też takie domysły, że oni piją tę krew głównie po to, żeby się nie przemieniać w tę budzącą szok formę, enzymy z krwi ssaków po prostu utrzymują ich w ssaczej postaci; być może wbrew pozorom jakoś łączy się z tym wątek, że tę gadoidzią wersję siebie trzeba zazwyczaj aktywować właśnie poprzez picie krwi, inaczej pozostałoby się człowiekiem – tu by pasował motyw z legend pouczający o tym, że pijąc krew stajesz się wampirem). Patrząc na to tak z boku, oceniając ich sukcesy na arenie wieków jako program dowolny i jego wykonanie, to póki co trzeba przyznać, że radzą sobie doprawdy nie najgorzej – jest ich tak mało, a jednak to one z polotem nami sterują i od wieków żyją sobie wygodnie na salonach za nasz pot i znój, przy czym skonstruowały nam matriks prawie jak prawdziwy świat, tak trudno się zorientować nawet wielu ufologom pomimo mnóstwa materiałów krążących dziś już nie tylko po Internecie i dostępnych w każdej chwili – wciąż niełatwo stać się tak wewnętrznie pewnym co do ich istnienia i autentyczności tych wszystkich doniesień, przyjąć to za fakt, jakby to już była normalna sprawa typu „tak to jest…” W sumie dolina schodzi, kiedy się o tym myśli, że jest coś takiego, że „oni żyją” – ale z drugiej strony, czyż nie wyjaśnia się przynajmniej ta gnębiąca na pewno każdego zagadka, dlaczego ten nasz świat zawsze był i wciąż jest taki porypany, zryty i przykry, jak gdyby to jakieś dziwolągi napisały historię i nagryzmoliły również kontury współczesnej rzeczywistości, która tak naprawdę chyba nikomu ani przez moment tak całkiem się nie podobała..? Czemu to wszystko jest takie rozczarowujące, los człowieka niczym wypracowanie kompletnie nie na temat, akurat o taki krajobraz perspektyw przecież nigdy żadnemu dziecku nie chodziło, dlaczego przyjaciele i rodzina zawsze mówią do Ciebie zupełnie innym językiem, niż prezenterka z tv czy autor artykułu w gazecie, a Ty też przy obcych wylewnością zwykle nie grzeszysz, bo po prostu jakoś nie ufasz dalekiemu światu – czemu od zawsze naszym oczom ukazują się te dwa zupełnie różne plany, a w potocznej mowie robotników często spotyka się zupełnie nieobecne w słownikach szczególne znaczenie słowa „oni”..?

Jedną z niewielu nie związanych z ufo osób, z jakimi przeprowadził wywiad Project Camelot, jest Benjamin Fulford, kanadyjski dziennikarz i pisarz, który w młodości m.in. pomieszkiwał z dzikimi w amazońskiej dżungli jako członek pierwotnego plemienia, a na stałe osiedlił się w Japonii, gdzie zaskarbił sobie wśród miejscowych taki szacunek, że pewnego razu w hotelu niezamaskowany ninja proponował mu nawet tekę ministra finansów Japonii i to ze słowami „wybieraj, albo życie”; potem jeszcze dzwonił z wiadomościami typu „no i masz, chłopie, jutro będzie trzęsienie w Niigata, Amerykanie użyją swojej maszyny” – i faktycznie następnego dnia doszło do dwóch trzęsień ziemi o identycznej sile 6,8 stopnia w skali Richtera pod największym japońskim reaktorem jądrowym; były minister finansów Japonii Heizo Takenaka powiedział Fulfordowi – który wcześniej publicznie oskarżył go o sprzeniewierzenie się racji stanu – że to ze względu na groźby używania tej broni musiał oddać międzynarodowym globalistom kontrolę nad systemem finansowym kraju). Według Fulforda oko na szczycie piramidy Iluminatów to około 10 000 najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi Zachodu, często o dobrych sercach i szlachetnych intencjach. Ale wynikła taka sprawa, że SARS to jest tak naprawdę ich broń biologiczna wymierzona w Azjatów na stłumienie efektów demograficznej eksplozji – a z kolei tam mają liczące 6 mln członków tajne stowarzyszenie „Czerwoni i zieloni”, stanowiące podziemne przedłużenie armii, floty oraz biurokracji imperium Ming, z historii znane z akcji kalibru Powstania Bokserów, którego 4,2 mln obecnych członków to intelektualiści i ludzie nauki, a 1,8 mln to gangsterzy, w tym 100 000 zawodowych zabójców. Aby powstrzymać Iluminatów przed opanowaniem całej planety, nawiązali współpracę z Indiami, Rosją, Afryką, Ameryką Południową i Stowarzyszeniem Narodów Azji Płd.-Wschodniej (ASEAN); w XIX wieku opium handlowali u nich przybysze związani z …sekretnym bractwem Skull & Bones – tak że ta wojna tajnych organizacji ciągnie się właściwie już od XIX wieku. Aktualnie, w odpowiedzi na zagrywkę z wirusem, wraz z innymi azjatyckimi tajnymi stowarzyszeniami – według tego samego źródła np. Yakuza to nic innego, jak zbrojne ramię cesarza, coś jak FBI i CIA w Kraju Kwitnącej Wiśni – właśnie za pośrednictwem Fulforda wystosowali do przywódców Iluminatów ultimatum, że jeżeli się nie uspokoją, to każdego z nich zlokalizują i zabiją, a mają po 600 asasynów na każdego. Poza tym wszystkie symulacje nieodmiennie pokazują, że USA nie są w stanie wygrać wojny jądrowej z Chinami – mimo, że mogą całkowicie zniszczyć ich powierzchnię, to Chiny wygrałyby po wprowadzeniu ludności pod ziemię, na co są przygotowane – a zatem w tym momencie Stany nie są już w stanie podbić całego świata, na Chińczykach zacięłaby się maszynka wojenna ‚Gillette 8 Superufo’, w którą przekształcono USA i wciąż ostrzy się ją budżetem wojskowym przekraczającym łączne wydatki na zbrojenia następnych 25 państw z czołówki w tej kategorii (np. dane za rok 2003: USA – 400 mld dol., Francja – 27 mld, Chiny – 14,5 mld; Phil Schneider mówił, że tajny budżet na podziemne bazy, latające spodki itp. jest w Ameryce jeszcze większy od oficjalnego i w roku 1994 wynosił ponad 500 miliardów dolarów – gość przez 17 lat budował pod ziemią dla USA/NATO/ONZ, tak że nie musiał nikogo pytać, co się właściwie dzieje). Według współcześnie promowanych w mediach autorytetów od interpretacji świata, powodem tej sytuacji jest fakt otoczenia Stanów Zjednoczonych przez bezlitosnych Kanadyjczyków i Meksykanów oraz pełne rekinów oceany, a poza tym ten demokratyczny i pokojowo nastawiony do świata kraj utrzymuje owe olbrzymie siły zbrojne w wielkodusznej intencji powstrzymywania skandalicznych inwazji na pola naftowe w rodzaju pamiętnego najazdu Iraku na Kuwejt oraz by zachować możliwość kontrataku na wypadek agresji ze strony np. afgańskich koczowników; według nieco bardziej niezależnych interpretacji, to w związku z tym wyłącznie w Stanach odbywa się owo zakrojone na szeroką skalę likwidowanie swobód obywatelskich pod pretekstem zagrożenia zamachami terrorystycznymi – aby zawczasu upodobnić kraj do jednej wielkiej odgórnie sterowanej armii, która ma być właśnie taką maszynką do podbijania świata, do użycia w razie potrzeby, gdyby komuś gdzieś za dużo się nie podobało – coś jak Rzesza XXI wieku, tyle że z arsenałem międzykontynentalnych rakiet z głowicami jądrowymi; zwykli Amerykanie nie będą mieli nic do powiedzenia, czyli coś jak teraz – ich kraj zgodnie z planem pójdzie na straty w związku z nieuniknionym odwetem nuklearnym ze strony Chin i Rosji; słyszy się nierzadko, że dla Iluminatów uwolnienie planety od ciężaru 4 mld ludzi to zachowawczy plan minimum – i tak za mało… Wracając na jedno zdanie do omówionego powyżej wywiadu z Alem Bielekiem: dzięki technologii programów Phoenix/Montauk już dekady temu ‚elity’ rządzące naszą planetą wybudowały sobie bazę-schronienie „na wszelki wypadek” w …innej galaktyce – ale życzliwi Ziemianom obcy polecieli tam i całkowicie rozmontowali ową instalację, dając w ten sposób jasno do zrozumienia, żeby nasi wspaniali liderzy nie byli zbyt pewni siebie i raczej sobie nie kalkulowali, że w razie czego po prostu się stąd zawiną niczym kapitan-szuja z okrętu, który naprowadził na rafy; prawdopodobnie jednak mają chociaż te parę baraków na Księżycu i Marsie, wybudowanych z myślą nie tyle o ciekawych tajnych eksperymentach na żabkach i pelargoniach, co na okoliczność, gdyby na Ziemi „wszystko się pokićkało” i „porobiło”, tzn. gdyby na planecie nie dało się już dłużej żyć np. w wyniku globalnego skażenia radioaktywnego – a może to zarazem jakaś awaryjna opcja ucieczki ‚szlakiem ostatnich nazistów’, choć na razie niestety nie uciekają, tylko wciąż dla naszego dobra nami rządzą, okłamując każdego od maleńkości i wychowując do życia w pokorze wobec teorii wciskanych jako potwierdzone naukowo i autorytetami setek tysięcy profesorów; tak wkręcają sugestię „wszystko już wiadomo, jak to jest: tak i tak – na pewno…”, że potem, kiedy w środku szarego dnia znienacka zamajaczy Ci przed oczyma dziwna postać przed chwilą wydająca się normalnym człowiekiem, jak zresztą ponownie po paru sekundach – to zamykasz na moment oczy, kręcisz głową przykładając ręce do skroni i od razu zasadniczo masz pewność, że to z Tobą chwilowo coś było nie tak, coś Ci się wydawało, potem szybko zapominasz o tej prześmiesznej halucynacji, ewentualnie np. przestajesz pić – tymczasem nie był to żaden omam wzrokowy, tylko widok dobrze znany przodkom i normalna sprawa, zamaskowana systemem poglądów i przekonań tak odchylonych, żeby w ogóle do nich nie pasowała i w jej realność nie mógł z tego powodu uwierzyć ani żaden profesor, ani żaden kark-steryd, przynajmniej za pierwszym razem – a raczej mało kto widział coś takiego kilkakrotnie; w sumie o to akurat się nie gniewam, gdyż jako zmieniająca postać hybryda, wnuczek i dziadek innych hybryd, tak samo i zapewne słusznie obawiałbym się wymordowania całej rodziny przez wrażliwych ludzi pokroju systematycznych chrześcijan, a tylko z uwagi na to zagrożenie też przecież nie wchodziłbym od razu w sojusze obronne z pokręconymi gadzinami z kosmosu, bo co to za życie pod patronatem nieurodziwych demonów – tak chyba jeszcze musi być przez jakiś czas, dopóki społeczeństwa nie będą gotowe do zaakceptowania faktu istnienia tych niezwykłych istot-półludzi bez równoczesnego ubabrania sobie rąk w ich krwi (możliwe, że na niebiesko) – bo pewnie, że istnieją złe hybrydy, tak samo jak istnieją niegodziwi Ziemianie albo nikczemni Plejadianie, lecz nawet gadoidy nie są wszystkie „złe”, więc co dopiero osoby zdolne do wyświetlania się w dwóch różnych postaciach, które całe życie wychowywały się na Ziemi i na pewno oglądały te same filmy, co reszta (a przynajmniej „Ostatniego smoka”); wiadomo, że każdy ma prawo zazdrościć im bogactwa i władzy, a może przede wszystkim wiedzy, tej przedpotopowej z gwiazd, dzięki której mają nad nami przewagę – ale czy wiele osób chciałoby się zamienić na takie leniwe życie w luksusie, przez które od początku do samego końca trzeba ukrywać, kim się naprawdę jest, uzupełniać dietę enzymami występującymi wyłącznie w ludzkiej krwi, żeby nie dostawać niekontrolowanych ‚ataków przemiany’, a przez sen i tak nie da się tego powstrzymywać i to dopiero musi być dolina, kiedy fajna nowo poznana laska wybiega roztrzęsiona jeszcze przed świtem – akurat tego przykładu nie wymyśliłem, tylko naprawdę był taki przypadek, że atrakcyjna pani po trzydziestce zgłosiła się do Davida Icke’a i opowiedziała mu, jak to przygodny partner we śnie diametralnie zmienił prezencję na podobieństwo opisywanych przez niego istot (gość pewnie w dalszym ciągu jest kawalerem – gdyby to ujawniono i publicznie wytłumaczono, może łatwiej byłoby mu znaleźć osobę, która potrafiłaby to zrozumieć i zaakceptować na zasadzie, że liczy się to, kim się jest, a nie czyim potomkiem w mniejszości na jakiej planecie – wyobraźmy sobie planetę hybryd i jak niebezpieczni wydawaliby się jej mieszkańcom ukrywający się pomiędzy nimi 100% ludzie, totalne dziwy natury czy wręcz „potwory” – to nie jest tak, że również według gadoidów my jesteśmy piękni, a one brzydkie: się rozumie, że to musi być odwrotnie, podobno według ich ortodoksyjnego ‚betonu’ jesteśmy wprost obrzydliwi i kto wie, czy nasi laureaci plebiscytów na najpiękniejszych nie mogliby w ich horrorach występować bez charakteryzacji); natomiast pewne podejrzenia i pretensje, ale tak w sumie na ślepo, „na wyczucie”, bo póki co zupełnie nie potrafię tego zrozumieć ani rozwikłać, skąd to się bierze i w jaki właściwie sposób działa, jakby to można ewentualnie potem kiedyś z myślą o własnej korzyści zorganizować i wdrożyć na jakiejś podbijanej planecie np. krasnali z epoki drewnianych chat – mam odnośnie dziwacznego i w dostępny po wyjściu z domu prosty doświadczalny sposób weryfikowalnego mechanizmu naszej rzeczywistości, skłaniającego większość mieszkańców takiego czy innego miasta na jednym albo na drugim kontynencie do starania się przede wszystkim, aby wydawać się wszem i wobec kimś „normalnym”, co osiąga się replikując w swoim życiu sposoby ubierania się, zachowywania i myślenia przedstawiane zewsząd jako właściwe, prawidłowe, rozsądne, inteligentne i „na poziomie”, w odróżnieniu nie tylko od np. świadomości węszącej globalne spiski (zasługującej na wyśmiewanie i pełne szczerej troski pukanie się w czoło), nie tylko od postawy zaangażowanej w te czy inne sprawy globalnej współczesności (godnej ironicznych komentarzy, z litości wygłaszanych za plecami tonem kogoś, kto będzie potrafił skuteczniej pomóc temu światu, bo po prostu stać go intelektualnie na więcej – tylko najpierw musi zostać „tym kimś”, żeby zacząć działać, wiadomo…), ale również w wyraźnym kontraście ze stylem ‚myślącej sobie nie wiadomo co’ osoby, która chodzi ostrzyżona na własną modłę i w kontekście własnego gustu i komfortu odziana w inne kolory czy materiały, niż to w danej dekadzie rzekomo wypada, zazwyczaj również myśli inaczej, niż telewizor, co do nie wiedzieć ilu kwestii, a może jeszcze – jakby tego wszystkiego było mało – raz po raz prezentuje odwagę nieszablonowego działania w wymiarach zwykłych codziennych spraw, tak jakby naprawdę można było żyć własnym życiem, dało się być jako takim sobą i nie czapkować wciąż ogłaszanym niby z niewidzialnych jeżdżących po mieście megafonów zasadom „korzystania z wolności”; w sumie trudno tak kopać leżącego i jeszcze także o to ‚prawo reakcji na odwagę’ oskarżać grupy ukrytych manipulacji, może to pójście na łatwiznę zamiast sięgnięcia po książkę z półki „Socjobiologia” – ale to jednak trochę podejrzane, że aż z taką gorliwością i wściekłością tchórze pospołu ruszają na Ciebie i w nagonce jednoczą się przeciw Tobie w okamgnieniu, gdy tylko publicznie uronisz kropelkę swojej odwagi, choćby z dna dwulitrowego kufla swego nieprzeciętnego tchórzostwa, w który zaglądałaś/eś częściej i znasz ten widok lepiej, niż ktokolwiek inny – ale jednak sugerując w ten sposób, że faktycznie możliwe byłoby wyłamanie się z narzucanych nam foremek i psychicznych rozkładów jazdy, że to mogłoby nie równać się wcale byciu kimś chorym, złym ani nienormalnym, że każdy mógłby tak sobie żyć, gdyby nie brakowało mu tego czegoś, nad czym zastanawianie się tak bardzo go denerwuje; może ta sprawa z czasem wyjaśni się w jakichś następnych przekazach od kosmitów – czy na planetach wolnych od obcych ingerencji również wykształcały się aż tak przykre zasady wzajemnego odbioru jednostek ludzkich w społeczeństwie, czy też jednak to by się wszystko poukładało inaczej, gdyby sprawy szły sobie naturalnym torem, gdyby nasza rzeczywistość nie była z ukrycia modyfikowana; zastanawiające jest przy tym chociażby to, że to właśnie te osoby ‚normalne’, które własnego mózgu używają tylko po kryjomu w testach „na sucho”, a „na żywo” robią i mówią jedynie to, co się im sugeruje jako normalne i odpowiednie – to właśnie one są wiecznie rozeźlone, nieszczęśliwe i skore do wybuchania gniewem, złością, agresją, podczas gdy osoby wedle ‚ich’ przekonań ‚szurnięte’, mimo szkalowania, wyśmiewania i zaczepiania, przeważnie dziwnym trafem są z siebie ponadprzeciętnie zadowolone i znacznie rzadziej zdarza im się wyładowywać swoje frustracje na innych, tak jakby w ogóle mniej ich w sobie nosiły – co by sugerowało, że jednak to całe poczucie bezpieczeństwa i zadowolenie z bycia osobą uznawaną za normalną, a tym samym nienarażoną na złośliwe komentarze czy szyderstwa, jest mniej warte i „słabiej kopie” niż satysfakcja z bycia prawdziwym/ą sobą i życia własnym życiem, nawet taka dostępna jedynie w pakiecie z atakami osób wiecznie czujących potrzebę udowadniania, że nie są żadnymi tchórzami, to tylko inni są nienormalni i przesadzają, kiedy nie robią tego co inni, tylko to, na co mają ochotę, nie naśladują lecz żyją wedle własnego przepisu.

Według oświadczenia dr Carol Rosin w roku 1974 umierający na raka profesor Wernher von Braun powiedział jej, że już wtedy mogliśmy mieć pokój z wszystkimi kulturami pozaziemskimi – ale pokój, prawda, wolność itp. to są hasła, które dobrze wyglądają na papierze, np. w tekście przemówienia, a nie kiedy faktycznie żyjesz sobie 24h na dobę jako superbogacz, robiąc niewiele poza oszukiwaniem i okradaniem tłumów, przy czym historyczna utrata uprzywilejowanej pozycji przez środowisko, z którego się wywodzisz, byłaby obrazą wielowiekowej rodzinnej tradycji, równoznaczną z utratą przez twoje dzieci korzystnej szansy, którą tobie rodzice jakoś jednak potrafili sprezentować; przy okazji jeszcze na pewno wypłynęłyby zakrzepłe brudy z przeszłości i ambaras gotowy – chwila moment, a zaczęłoby się oczernianie w gazetach i ciąganie po sądach, a kto wie, może nawet konfiskaty majątków; no i po co, skoro wszystko mogło zostać po staremu..?

Tam daleko w kosmosie, na tych wysoko rozwiniętych planetach innych Ludzi, gdzie mieszkańcy mają prawo do prawdy i autentyczną wolność, której nie przeczą tysiące faktów ani nie poddają w wątpliwość setki okoliczności – jak to jest, kiedy ktoś rzuca hasło: „ej, uwaga, chyba nasza planeta jest manipulowana przez jakieś przebiegłe stwory, spotkałem wielu świadków”: momentalnie wybucha śmiech, czy raczej jest to na wszelki wypadek, choćby pod kątem przyszłych pokoleń, ze spokojem sprawdzane i wyjaśniane, w każdym razie naświetlane i publicznie omawiane, żeby nikt się nie martwił i bez zakładania, że ludzie to istoty tak inteligentne, że nawet mistrzowie galaktyki w ściemnianiu nie byliby w stanie wpuścić ich w maliny..? Ale może to dla naszego dobra władze demokratycznych krajów mają z ONZ prikaz, aby milczeć na ten temat – a tylko głupi Plejadianie i Drakonianie nie umieli na swoich planetach podobnie ukryć prawdy przed mieszkańcami i teraz nie dość, że wiedzą o niezliczonych formach życia występujących w kosmosie, to jeszcze rozbijają się po gwiazdach olbrzymimi pojazdami – zamiast jak my wierzyć, że prawdopodobnie są sami, jedyną cywilizacją we wszechświecie, i spokojnie sobie czekać, aż ktoś przyleci ich uprawiać, wiek za wiekiem pomimo niezliczonych wpadek, pozostających bez konsekwencji dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu znajomości psychiki przedstawicieli danego gatunku w punkcie „prawie mam odwagę mieć na jakikolwiek temat pogląd inny, niż mówi się, że wszyscy go podzielają; w ogóle prawie mam odwagę, widać to na każdym kroku i pod każdym kątem, zresztą przecież codziennie od nowa to udowadniam”.

W przygotowaniu również podstrona z informacjami kompletnie niepotwierdzonymi, które jednak wcale nie muszą okazać się zmyślonymi tylko dlatego, że ich źródła pozostają głęboko anonimowe lub natykamy się na nie na witrynach internetowych redagowanych przez zagubione lodołamacze ufologii pod banderą dr Jana Pająka – którego zresztą i tak chyba wypadałoby szanować i poważać bardziej, niż jakikolwiek z czołowych ‚autorytetów’ naszego krajowego masowego obiegu medialnego czy naukowego, skoro z tematem i przesłaniem swojej publicznej działalności orbituje on mimo wszystko bliżej prawdy, choć wyraźnie przesadza z kolei w drugą stronę (oskarżając ufo np. o zniszczenie World Trade Center czy spowodowanie zawalenia się dachu hali w Katowicach poprzez złośliwe zahaczenie o niego spodkiem, a także o wszystkie kłopoty z własnym komputerem i w ogóle wszelakie niedogodności życia codziennego, jakie nieustannie Go trapią – według moich domysłów pan doktor niepotrzebnie za bardzo sieje panikę i to dlatego los rzuca mu kłody pod nogi na zasadzie „oko za oko, Johnny”). Otóż na przykład podobno kiedy Szarzy albo jeszcze ciekawsi z wyglądu kontrahenci władz czołowych ‚demokratycznych’ krajów porywają Cię na spodek i prezentują Ci Twojego klona, który wygląda dokładnie tak, jak Ty, identico – to jeżeli się w tym momencie przerazisz, już nie wracasz, bo Cię podmieniają, żeby sobie odtąd manipulować np. założonym przez Ciebie kółkiem różańcowym, albo bo po prostu robią taki test pod kątem przyszłego stosowania tego rodzaju sztuczek – to była finalna weryfikacja, bo przecież Ty to najlepiej wiesz, czy dany sobowtór jest do Ciebie podobny, czy nie; a jeżeli się nie przestraszysz, to odstawiają Cię z powrotem na powierzchnię i pracują dalej nad mumią, robią nową kopię albo kto wie, może wręcz zarzucają cały plan odnośnie Twej widocznie niebanalnej do skopiowania osoby – w każdym razie, dla niezorientowanych, literatura medyczna i sądowa z wielu poprzednich wieków pełna jest przypadków, kiedy nawet żyjący od wielu lat w zgodzie szanowani małżonkowie nagle popełniali morderstwa jedno na drugim i nie zdradzając innych oznak niepoczytalności(?) do końca zawsze twierdzili i ze spokojem to opisywali, a nawet przelewali na papier własnymi słowami, że np. „wyglądał jak on, poruszał się jak on, mówił jak on – ale to nie był on, wiem to na pewno, to nie był mój Mąż”; w związku z powstawaniem bazy wiedzy o meandrach ludzkiej psychiki okazało się, że jest tyle przypadków, że nawet nadano tej chorobie osobną nazwę – do dziś pewnie zdarzają się zachorowania(?); z tym, że w dzisiejszych czasach już nie tak łatwo o pewność, kto Ci sklonował sąsiada – przynajmniej Amerykanie mają tę technologię co najmniej od połowy lat 80-tych, w końcu parę patentów jednak wysępili za tych wszystkich zaginionych bez śladu. A tu w powyższych akapitach, gdzie nieraz padają określenia „podobno”, „słyszy się”, „według innych źródeł” – to nie dlatego, że te wszystkie źródła są takie anonimowe, tylko po prostu większość filmów obejrzałem jak dotąd tylko raz, często z kręgosłupem już zbyt zmęczonym, żeby dalej robić notatki – a wiadomo, że wszystkiego się nie spamięta… Teraz też nie za bardzo mam czas to wszystko namierzać i uściślać po wyszukiwarkach, bo i tak już prawie straciłem pracę wskutek poświęcania swojego „prime time’u” niniejszej witrynce; przynajmniej nie muszę już tyrać – dzięki, ufo… Właśnie to mi się tak podoba w tym utrzymywaniu wszystkiego w tajemnicy przed ludzkością – że miliony ludzi zamiast sobie pracować, śmiać się i bawić, albo chociaż oglądać o tych kolorowych głębinowych rybkach – ślęczą nad tymi samymi zeznaniami, poszlakami i fotografiami, własnym sumptem co roku tworzą setki z założenia niedochodowych filmów i dziesiątki tysięcy witryn internetowych (jak nie więcej), wszyscy nawzajem duplikują swoją pracę, kosztem życia każdego z osobna, często najlepszych lat – bo dla dobra ludzkości władze wszystkich krajów mają ukrywać najbardziej interesujący na świecie temat ufo w atmosferze spowitej zbrodniami, morderczymi pomysłami, przerażającymi relacjami i podejrzanym milczeniem połączonym z przygotowywaniem wszystkich już w szkole do wyśmiewania prawdy i wykluczania z dyskursu publicznego osób dających jej świadectwo – tak jakby można było przypuszczać, że taka sytuacja i tego rodzaju stan rzeczy nikogo nie zaniepokoją, nie wywołają paniki o solidnych fundamentach na gruncie faktów – na pewno…

Robiłem, co mogłem, ale najwyraźniej te wersje jednak są niezgodne – od Billy’ego Meiera i ta o hybrydach/gadoidach. Relacja Meiera z kontaktu nr 443 z 17 lutego 2007 r. – j. ang. – zawiera opis książek Davida Icke’a jako naciąganych bzdur do nabijania kabzy, a także drwiny z koncepcji istnienia stworów zmieniających postać; również książka ‚Jana van Helsinga’ (wł. Jan Udo Holey) zostaje scharakteryzowana jako wymysły, teoria konspiracji i taka sama paranoja dla ludzi, którzy w ogóle żyją złudzeniami i fantazjami, w swoim świecie – więc dziwne by było, gdyby wierzyli w prawdę, w normalne rzeczy i prozaiczne wyjaśnienia. Inne kontrowersyjne informacje z domniemanych kontaktów Szwajcara – j. ang. – o ile to konkretne internetowe źródło na jego temat jest w ogóle wiarygodne: Iluminaci to sekta europejska, nie o znaczeniu globalnym, które jest rozdmuchiwane; doniesienia dot. Nowego Porządku Świata i negatywnego wpływu genetycznie zmodyfikowanej żywności są znacznie przesadzone i pesymistycznie wyolbrzymione; eksperyment Filadelfia to mistyfikacja; przekazywane niemieckim naukowcom przez Plejaran plany prototypowych latających spodków odnalezione po dwóch-trzech dekadach odbiły się echem w dziedzinie …projektowania pokryw od kontenerów (sprawa dotyczy słynnej afery, kiedy ktoś opublikował zdjęcie spodka autorstwa Meiera i wykazał uderzające podobieństwo podstawy pojazdu do pokrywy pojemnika na śmieci z jego farmy; linia obrony zwolenników Meiera w takich przypadkach głosi, że dyskusyjne zdjęcia to analizy podróbek lub materiałów faktycznie rozprowadzanych przez ich organizację – FIGU – ale niepostrzeżenie podmienionych kto wie kiedy przez tajne służby); po Meierze i odlocie Plejaran żaden człowiek przez prawie 800 lat nie doświadczy świadomego kontaktu z jakąkolwiek wyższą formą życia; poprzednie wcielenia Meiera to m.in. prorocy Eliasz i Izajasz, Immanuel oraz Mahomet, a obecnie Billy jest skazany na samotność z racji bycia najbardziej rozwiniętą duszą na Ziemi; jego pierwsza książka była najważniejsza, jaką kiedykolwiek napisał ziemski człowiek, a z kolei ostatnia jest najważniejsza w całej misji. W kontekście nokautująco niewiarygodnego wydźwięku tych informacji uczciwie byłoby jednak przypomnieć okoliczność, że wielu mieszkańców pobliskich wiosek w szwajcarskich górach zarzeka się, że faktycznie widziało spodki nieraz – o członkach wspomnianej grupy i rodziny samego B.M. nie wspominając, choć np. była żona przez pewien czas mówiła też o konstruowaniu przez męża modeli w celu fabrykowania fotografii, co potem znowu odwołała. Oprócz tego w sieci można znaleźć opracowanie z trudnym do oszacowania powodzeniem starające się wykazać, że wszelkie astronomiczne i naukowe przepowiednie Meiera były już gdzieś opublikowane, zanim zawarł je w swoich relacjach z rzekomych kontaktów. Istnieje też hipoteza, że Szwajcar jest w rzeczywistości marionetką Iluminatów – w jej kontekście dałoby się pogodzić obecność latających talerzy nad jego domem z przeplataniem przekazu fałszywymi nićmi. Jednak z drugiej strony np. Michaela Horna spotkała taka sytuacja, że spożywał posiłek w kafejce na odludziu gdzieś na południu Stanów, wynikła pogawędka z pewnym jegomościem w podeszłym wieku, który okazał się emerytowanym oficerem sił powietrznych USA i ni z tego, ni z owego zapytał a’propos ufo, czy rozmówca orientuje się może w notatkach z kontaktów Billy’ego Meiera, bo w wojsku czytali je skrupulatnie jako najlepszy dostępny materiał w temacie kosmitów. Można to sobie tak wytłumaczyć, że w wojsku i tajnych projektach też ich ściemniają, że ten Billy Meier to autentyczny przypadek, aby za pomocą rzekomego przekazu z gwiazd manipulować nimi tak samo, jak resztą, kołować na dystans od prawdy; ale inny gość, budowlaniec – milioner, który do wszystkiego doszedł sam od pucybuta, a z wyglądu polski emigrant i po prostu uczciwy człowiek, na kongresie ufologicznym wystąpił przed kamerami z krótką opowieścią, że po tym, jak zasponsorował organizację Meiera, wybrał się kiedyś w odwiedziny do jego domu/ich siedziby, ale bez zapowiedzi i po prostu go nie wpuścili, choć dobijał się i wykłócał, że przecież wyłożył na nich kupę siana; rozczarowany i rozeźlony wrócił do hotelu, gdzie rankiem następnego dnia ktoś zapukał do drzwi i wręczył mu kartkę zawierającą wedle jego słów opis ‚faktów z całego życia, o których oprócz mnie nie wiedział nikt na świecie’. Może najrozsądniej byłoby wypróbowywać te informacje od Plejaran we własnym codziennym życiu – choć prawdziwość wielu z nich też jeszcze niczego nie przesądzi i nie udowodni wiarygodności całości przekazu z owego źródła. Nierzadko spotyka się też przypuszczenia, że Billy Meier „zaczynał” jako prawdziwy kontaktowiec, a po odlocie Plejaran w latach 90-tych „wziął sprawy we własne ręce”, przystępując do świadomego lub nie dorabiania autorskich wkrętów i mądrości – zresztą utrzymuje on, że kontakty fizyczne już dawno ustały, a nadal trwają jedynie sporadyczne telepatyczne (i jednocześnie odmawia reszcie ludzkości zdolności do jakiegokolwiek channelingu). Jeśli B.M. jednak mówi prawdę, to porwania przez obcych stanowią ludzki spisek i machinację współorganizowaną od lat 20-tych XX wieku przez rozmaite międzynarodowe grupy interesów, m.in. finansjery i przemysłu zbrojeniowego, władz i sekciarzy od końca świata oraz ponownego nadejścia Mesjasza – którym zależy na wywołaniu w ludziach strachu przed mieszkańcami kosmosu i niechęci do nich. Kryształowe czaszki to dzieło niemieckich szlifierzy diamentów z początków XIX wieku, a gość, który je zamówił, pojechał potem podłożyć je do świątyń Majów, aby tam mogły zostać ‚odkryte’. Pierwsze lądowanie Amerykanów na Księżycu sfingowano w celu wzbudzenia respektu Rosjan, potem lądowali już naprawdę; o mistyfikacji wiedziało tylko 37 osób, wobec astronautów użyto narkotyków i hipnozy, wszyscy 4 hipnotyzerzy wkrótce zmarli, podobnie jak wiele innych osób z tego projektu – „dla dobra kraju” oczywiście. Tą samą techniką należałoby też pewnie (to już moje domysły) tłumaczyć zeznania Ala Bieleka czy Stewarta Swerdlowa – że ktoś zaimpregnował im sztuczne wspomnienia, pewnie tak samo jak Alexowi Collierowi, by działając w najlepszej wierze, zaczęli opowiadać o tych gadoidach, hybrydach i niesamowitych możliwościach amerykańskich sił zbrojnych, wynikających z posiadania niezliczonych pozaziemskich technologii. Tak że teraz już nie wiadomo, w co wierzyć – no dobra, to nie wierzymy ani w Drakonian, ani w Billy’ego Meiera, tylko zostawiamy sobie info od Phila Schneidera o Szarych z moralnością dr Mengele – ale chyba jednak i tak coś w tym musi być, w jednym albo drugim z właśnie odrzuconych przez nas krajobrazów wiadomości, bo to jest tak interesujące, która wersja jest bliżej prawdy, że powinni to cały czas analizować i próbować rozstrzygać w rozlicznych magazynach oraz wieczornych programach publicystycznych, w weekendowych dodatkach do poczytnych dzienników i radiowych audycjach na ciekawe tematy – gdzieś w tym musi siedzieć jakiś prawdziwy dynamit, skoro całe to pole zagadnień jest tak nienaturalnie wyciszone i schowane, że 4 na 5 laureatów Nobla nie ma pewnie zielonego pojęcia o niczym z tego kręgów tematów, ani w ogóle że taki krąg tematów istnieje. Tak że nie znamy prawdy, ale być może kiedyś już mieliśmy ją przed oczyma; w każdym razie raczej mamy prawo przypuszczać, że ktoś coś przed nami ukrywa – jednak ruiny i piramidy na Marsie chyba same się nie zrobiły, ani spodki na malowidłach ze średniowiecza nie pojawiły się, ponieważ akurat w ten sposób smoła kapała z sufitów; tę piramidę odkrytą na dnie oceanu u wybrzeży Japonii ktoś musiał wybudować w epoce „kamienia łupanego”, a hieroglify w świątyni w Abydos to też raczej nie był bezmyślnie odpadający tynk, tylko dzieło osoby całkiem nieźle zorientowanej w odległej przyszłości; fakt posiadania przez starożytne ludy wiedzy astronomicznej na poziomie możliwości teleskopów z lat 80-tych XX wieku zasługuje na badanie i wyjaśnianie, a nie na lekceważenie i udawanie, że jest się poważnym naukowcem. Do tego zeznania astronautów, wojskowych, inżynierów, policjantów, polityków, zwykłych ludzi, nagrania wideo z myśliwców, promów kosmicznych i domowych kamer, fotografie z wieków XIX, XX i XXI – coś tu nad nami lata i to od dawna, a zatem bez wątpienia mamy do czynienia z ważną sprawą – a że nie wiemy, jak to jest dokładnie, to przynajmniej oznaka, że nie popadliśmy jeszcze w żadne dogmaty. Może za 50 lat dalej nikt nie będzie znał prawdy; wtedy zresztą byłoby już jak gdyby „po zabawie” i życie stałoby się pewnie dużo nudniejsze, mniej tajemnicze i fascynujące, zapraszające do odgadywania niczym w przygodę nie gorszą niż z filmu. Póki co, kto spotka Billy’ego Meiera, może go zapytać, skąd w takim razie na całym świecie wzięło się aż tyle legend o smokach i wężo-bogach (nie tylko w Chinach i Tajlandii, ale także w mitach starożytnej Grecji oraz Skandynawii, Egiptu i Peru, Azteków oraz Indian Ameryki Północnej – żeby wymienić tylko te przypomniane na jednym filmiku z YouTube, skądinąd próbującym tłumaczyć wszystkie tego typu posążki przodków w ‚racjonalny’ sposób). A kto spotka Davida Icke’a, może do następnej książki podrzucić mu historyjkę, której pewnie jeszcze nie zna: o Wzgórzu Wawelskim w Krakowie, gdzie według nienaukowych ustaleń i relacji przodków, na dole mieszkał smok, a na górze – król…

Gdyby ludzie wiedzieli, że Ziemianie skatalogowali już dziesiątki ras obcych, że zestrzelono setki spodków, a i tak wciąż latają nad nami co dnia – że wiele gwiazd w naszej galaktyce jest okrążanych przez planety, na których rozwija się życie – to czy przypadkiem nie zapytaliby z czasem, już tak na spokojnie, po wybrzmieniu pierwszego szoku: zaraz, zaraz – a ci kosmici to tak nagle sobie teraz latają wte i wewte, a wcześniej przez kilkadziesiąt czy kilkaset wieków nie umieli odszukać naszej planety, albo wtedy brakowało im paliwa – czy też po prostu trzeba będzie raczej poodnajdywać ich ślady w naszej historii i prehistorii, muszą istnieć jakieś tropy, coś na pewno zostało i ówcześni ludzie zauważyli..? Obecnie z teorii o hybrydach śmieje się większość osób, które np. zetkną się na YouTube z filmikami o tej tematyce, nie wierzą w to ani przez chwilę; a jak byłoby, gdyby oficjalnie ogłoszono, że ufo to prawda, że tego jest pełno i zawsze tak było..?

Po osiemdziesiątce trudno jest zarywać laski, a bez tego życie pewnie nie ma już takiego blasku, powabu, uroku etc. – nic więc dziwnego, że każdy kolejny rok przynosi coraz bardziej konkretne wypowiedzi następnych emerytowanych pracowników NASA – jakby się umówili, że teraz jeden po drugim przestają być narodowymi bohaterami-legendami i wypróbują sobie dla odmiany, jak to jest być takim zwariowanym dziadkiem opowiadającym jakieś bzdury o ufo i bajeczki o kosmitach. Kolejny przypadek to Clark C. McClelland – operator promów kosmicznych ze stażem 34 lat przepracowanych w NASA. W roku 2008 zelektryzował on niezależne media pisemnym oświadczeniem, że pewnego razu w pracy zdarzyło mu się przez 67 sekund obserwować na monitorze mierzącą około 2,5 metra wzrostu istotę pozaziemskiego pochodzenia w cienkim skafandrze i o sylwetce nie odbiegającej od ludzkiej, gdy sporo gestykulowała stojąc pomiędzy dwoma astronautami pracującymi na zewnątrz promu kosmicznego, orbitującego wokół Ziemi w towarzystwie również widocznego obcego pojazdu; inny pracownik centrum kontroli lotów im. Kennedy’ego na Florydzie miał mu potem zdradzić, że tę samą istotę widział wewnątrz promu. Według McClellanda NASA nie jest agencją cywilną, ale całkowicie kontrolowaną przez Pentagon; w pewnym wywiadzie dopowiedział, że w świetle jego wiedzy władze wszystkich wysoko rozwiniętych państw wiedzą o tym, że Ziemia jest i zawsze była odwiedzana przez przybyszów z kosmosu, którzy prawdopodobnie mieli coś wspólnego w ogóle z powstaniem naszej rasy. Być może nietrafnie przypuszczam, że powyższa informacja/sprawa mogłaby kogokolwiek zainteresować, skoro poza setkami witryn internetowych z kręgów wyznawców teorii spiskowych, nie została ona w ogóle podjęta przez krajowe, europejskie ani światowe telewizje, najlepsze radia ani najpoważniejsze dzienniki czy najbardziej prestiżowe magazyny, które w tym czasie zajmowały się tematami rangi meandrów emocjonalności Carli Bruni bądź problemów okresu dojrzewania członków brytyjskiej rodziny królewskiej. Przecież wiadomo i tak uczą w szkole, że współcześnie media nareszcie podają najlepsze i najważniejsze informacje na bieżąco, na gorąco, obiektywnie i w najpełniejszym możliwym spektrum – a najwyraźniej to tylko ze mną jest coś nie tak, skoro dziwi i niepokoi mnie, że wypowiedź 6-tego człowieka na Księżycu dr Edgara Mitchella stwierdzająca, że rząd USA od dekad ukrywa przed opinią publiczną obecność obcych na Ziemi oraz swoje konszachty z nimi, jest omawiana na wielkich internetowych portalach przez jeden dzień, podczas gdy prywatne komplikacje w życiu Paris Hilton są ze szczegółami relacjonowane i komentowane przez miesiąc; może jednak z tym światem wszystko jest w porządku i mógłbym sobie dać spokój z tą stronką..?

Według jednego z pierwszych badaczy gadoidów Johna Rhodesa zwalanie na te istoty winy za wszystko to wygodne, a dość mało naukowe podejście; tym bardziej tendencja do obarczania ich rzekomych pół-reprezentantów odpowiedzialnością za wszelkie problemy geopolityczne – te stwory żyją sobie głęboko pod ziemią być może od zarania naszej cywilizacji, a że niektóre z nich nadal są prymitywne, mięsożerne i dużo polują – to tak jak ludzie. Jeszcze inną, nie mniej ciekawą koncepcję proponuje niejaki Marshall Vian Summers (link do pliku .wvx – w razie komplikacji nagranie w innych formatach można odnaleźć na niniejszej ciekawej stronce [wszystko w j. ang.]) – według niego żyjemy w gęsto zaludnionym rejonie kosmosu, gdzie wszyscy ze sobą handlują, a jeżeli ktoś kogoś zaatakuje, to od razu każdy występuje przeciwko niemu; z tym, że faktycznie istnieją rozmaite grupy krętaczy, które kombinują również u nas, jako że zamieszkujemy planetę w pozytywnym sensie niezwykłą – ale oni mogą nas przejąć tylko na tej zasadzie, że my do pewnego stopnia jakby o to poprosimy, sami będziemy tego chcieli, w każdym razie by tak to mniej więcej wyglądało na oko dalekich gwiazd i żebyśmy otwarcie przeciw nim nie występowali.

Tymczasem według Stewarta Swerdlowa ci Drakonianie jednak nie zasypują u nas gruszek w popiele, a ściśle lub luźno powiązane z nimi grupy kontrolują m.in. naszą żywność oraz globalną papkę medialną, za pomocą której utrzymują nas w stanie „skotłowania”. Inne info od Stewarta z wywiadu radiowego dla ‚Coast to Coast’ z 13 czerwca 2007 roku:

Początek (pierwsze trzy części na YouTube): jego zwerbowanie za młodu do pracy dla służb stanowiło wyraz chęci upewnienia się przez amerykańskie władze co do lojalności jego osoby wobec kraju – w związku z rodzinnymi okolicznościami polegającymi na tym, że wuj jego ojca imieniem Jacow był pierwszym prezydentem ZSRR [patrz Świerdłowsk alias Jekaterinburg], jego dziadek w latach 30-tych próbował rozkręcać partię komunistyczną w samych Stanach, a babcia była po prostu …sowieckim szpiegiem podczas II wojny światowej – niezła rodzinka): nasz Księżyc to pusty w środku naturalny obiekt eony lat temu przerobiony przez gadoidy na bazę-przyczółek do kolonizacji Ziemi – to dlatego zawsze ukazuje nam tę samą stronę, to nie tylko jakiś dziwny zbieg okoliczności. Generalnie dane dotyczące prehistorii naszego układu planetarnego zgodne z wersją Alexa Colliera (niestety..! przy okazji anegdota: według relacji A. Colliera, zanim stał się rozpoznawalny, podszedł kiedyś do Richarda Hoaglanda po jego wykładzie i zapytał prosto z mostu, dlaczego nie powie ludziom, że Księżyc jest obcą bazą – a odpowiedź brzmiała: „Nie jestem na to gotów…” – Collier wyraża wobec Hoaglanda pretensje o to, że wstrzymuje on pewne informacje, jak widać dosyć istotne czy wręcz kluczowe). Relacja Stewarta Swerdlowa na bazie wiadomości, które zostały mu przekazane podczas 13 lat jego pracy w tajnych projektach, głownie w programie Montauk: gadoidy z konstelacji Smoka (ang. ‚Draco’) czują się zobowiązane do eksterminacji lub podporządkowywania sobie innych form życia, ponieważ z pewnych względów uważają się za byty stanowiące możliwie najdoskonalsze uosobienie boskości i natury wszechświata – nie mają płci, tzn. są obydwiema płciami w jednym ciele, a ich DNA w ogóle nie zmienia się przez ery, w całkowitym przeciwieństwie do np. ludzkiego czy szerzej ssaczego, które nieustannie przystosowuje się do nowych warunków. Wenus była lodową kometą z rodzaju preferowanych przez gadoidy pocisków, za pomocą której próbowały one rozprawić się z pradawnymi koloniami ludzi w Układzie Słonecznym, tzn. z bazami uchodźców z zaatakowanych przez nie wcześniej planet w kolebce wszystkich ludzi, konstelacji Lutni (ang. ‚Lirae’) – tych uciekinierów sobie potem tropiły po kosmosie, a ściślej mówiąc po licznych kolonizowanych przez nich systemach planetarnych, m.in. właśnie naszym. Ziemia była wówczas drugą planetą od Słońca, z powierzchnią pokrytą wodą i dość płynną atmosferą. Pomiędzy Marsem a Jowiszem istniała wtedy jeszcze dużo większa od Ziemi planeta Muldek (rozmiaru ok. wypadkowej właśnie pomiędzy Marsem a Jowiszem) – to tam i na Marsie znajdowały się kolonie owych uchodźców wojennych. Planeta ta nie wytrzymała połączonego oddziaływania grawitacyjnego Jowisza i przechodzącej obok komety-pocisku, rozpadając się na pas asteroid, księżyce Jowisza oraz księżyce i pierścienie Saturna; przejście komety spowodowało również zmianę osi rotacji Urana, który po dziś dzień jest jedyną znaną planetą obracającą się z północy na południe, a nie ze wschodu na zachód jak reszta. Mijając Marsa kometa pozbawiła go większej części atmosfery oraz oceanów, po czym zakręciła Ziemią, inicjując tworzenie się czap lodowych na biegunach naszej planety, której miejsce na orbicie następnie zajęła jako druga planeta od Słońca – a w jego promieniach lód szybko się stopił i wyparował, skutkując pokryciem całej Wenus niezliczonymi warstwami chmur, spowijającymi ją do dnia dzisiejszego. Nibru, znana również jako Marduk, to sztuczny obiekt o eliptycznej orbicie kontrolowany przez inną rasę gadoidów (Annunaki), nie pochodzącą z konstelacji Smoka i nastawioną do tamtejszych reptilian …wrogo, tzn. rywalizującą z nimi o lokalne terytorium – tj. ‚nasz’ kawałeczek kosmosu, w którym podobno od zawsze i chyba na zawsze jesteśmy sami. W Montauk w ramach indoktrynacji wpajano pracownikom, że to właśnie od nich zależą dalsze losy naszego gatunku, że ludzie rozpatrywani jako masy nie są jeszcze dostatecznie dojrzali, aby pokierować planetą, że prędko zniszczyliby świat bezpowrotnie, gdyby po prostu zostawić ich samym sobie i pozwolić działać – a ‚New World Order’ stawia sobie za cel właśnie zapewnienie przetrwania gatunku oraz zachowanie jako takiego środowiska dla następnych pokoleń.

Czwarta część wywiadu: pierwsze kolonie na Ziemi były ośrodkami gadoidów – dlatego po dziś dzień postrzegają one ludzi jako …obcych najeźdźców. Około 800 tys. lat temu, przy użyciu zaawansowanych technologii pochodzących z macierzystych światów, stworzyły na terenach dzisiejszego Pacyfiku imperium znane z mitów jako Mu albo Lemuria – był to wówczas duży kontynent, na którym powstały olbrzymie miasta i trwały przez millenia. Tymczasem ludziom z Marsa – którzy po przejściu komety-Wenus musieli przenieść się na wewnętrzną powierzchnię – zaczęło się tam robić na tyle ciasno, że przylecieli na Ziemię, gdzie osiedlili się na terenach dzisiejszego Atlantyku, tworząc kulturę znaną z legend pod nazwą Atlantydy. Niestety tak się składa, że ludzie i gadoidy mają odmienne potrzeby środowiskowe, z którego to powodu zazwyczaj nie po drodze im, żeby razem mieszkać na tym samym terenie. Atlantydzi wybili dinozaury jako bydło reptilian, to nie był żaden meteor; następnie przy użyciu technologii geomagnetycznej spowodowali zatonięcie kontynentu Lemurii, z którego pozostały dziś Hawaje, Japonia, Filipiny, Tajwan, Indonezja, Australia, Nowa Zelandia, Wyspy Południowego Pacyfiku oraz zachodnia część kalifornijskiego uskoku San Andreas. Niedobitki z Mu – według przekazywanych w Montauk szacunków ok. 3 mln – zeszły pod ziemię, dając początek nieprzyjemnym legendom o demonach i piekle; rozmnażają się na drodze cyklu partogenezy, nie potrzebują do tego partnerów. Atlantydzi sami również bynajmniej nie byli aniołkami i nie chcielibyśmy mieć ich za sąsiadów: krzyżowali ludzi, z czym tylko się dało, m.in. z insektami, delfinami – porobili np. syreny, sasquatche i yeti; autyzm to pamiątka w genach po poważnych krzyżówkach z delfinami, to prawie coś jak delfin w ciele człowieka. Następnie Atlantydzi sami doświadczyli trzech kataklizmów i z ich kontynentu ponad poziom morza wystają dziś już tylko Azory, Kanary, Karaiby, Bermudy oraz …Montauk Point na Long Island.

Kolejna część wywiadu: niedobitki Atlantydów kręciły się potem wokół okolic takich jak Egipt, Grecja czy obydwie Ameryki. Po kilku tysiącach lat od upadku kultury Atlantydy gadoidy postanowiły upomnieć się o powierzchnię, ale w międzyczasie ludzie tak bardzo odzwyczaili się już od ich widoku, że aby nie wzbudzać swoim wyglądem przerażenia, musiały stworzyć program genetycznej hybrydyzacji i przyjąć taktykę cichego wymieszania się z ludzką populacją; było to zarazem odkurzenie starego projektu jeszcze z okresu prób ustanowienia pokoju pomiędzy Atlantydą a Lemurią, kiedy próbowano przypieczętować go stworzeniem istot będących w połowie ludźmi, a w połowie gadoidami. Obecnie pod powierzchnią w dalszym ciągu trwają bitwy pomiędzy reptilianami a ludźmi dowodzonymi przez sekretne światowe władze – przypadkowe ofiary nierzadko są omawiane w mediach, ale jako ofiary tragicznych wypadków górniczych – szczególnie w Chinach, choć sporo dzieje się także np. pod pustynią Mojave w Stanach. Wiele latających spodków nie przybywa z kosmosu, tylko spod ziemi; sporo z nich to także pojazdy Ziemian – obydwie strony konfliktu dysponują zaawansowanymi technologiami. Obecnie jedynie 4-5 obcych cywilizacji ma nasze przyzwolenie, żeby odwiedzać Ziemię; przed laty gości było więcej – zanim władze nie zaczęły tak ściśle kontrolować wszystkiego w tym temacie. Trudno powiedzieć, czy właściwie prowadzimy teraz z tymi gadoidami wojnę, czy z nimi współpracujemy – Iluminaci zasadniczo są potomkami oryginalnych hybryd, którzy jednak w swoich zamiarach i ideologii odbiegli nieco od celu, w jakim ich przodkowie zostali stworzeni. Zmienianie postaci to fakt, dotyczy wyłącznie osób o idealnych proporcjach genomu 50% na 50% ludzkiego z gadoidzim. Forma fizyczna zależy wówczas od pierwiastka przeważającego w duszy – osoby z akcentem na gadoidzi by dłużej i „bez migotania” utrzymywać się „wywrócone na ludzką stronę”, np. pod kątem wystąpień publicznych, muszą sobie wstrzykiwać ludzkie hormony lub spożywać krew albo narządy; ze zbliżonych powodów często zdarza się, że amerykańscy liderzy polityczni nagle trafiają do szpitali, gdzie poddawani są laserowym zabiegom dotyczącym skóry – zmiany na niej stanowią następstwo dużej liczby transformacji fizycznych, w wyniku których skóra jak gdyby „traci pamięć” czy też „wpada w konfuzję” odnośnie formy, w jakiej się aktualnie znajduje. Rasowe gadoidy z konstelacji Draco dzielą się na siedem kast, które nie kojarzą się między sobą – obowiązuje ścisła hierarchia; stąd pewnie te 7 olbrzymich kopuł na Wenus, sfotografowanych przez radziecką sondę w latach 80-tych po przebiciu się przez warstwę chmur, zanim zniszczył ją żar – czarno-białe zdjęcie do obejrzenia pod koniec tego fragmentu na YouTube; oczywiście według ekspertów z NASA są to naturalne formacje.

Kolejna część: w DNA Ziemian zachowało się sporo wątków związanych z przedstarożytnymi krzyżówkami ze zwierzętami – czasami widać to gołym okiem, kiedy np. przychodzą na świat dzieci z ogonkami albo błoną pomiędzy palcami rąk lub stóp. Niektóre gadoidy z gwiazdozbioru Smoka rzeczywiście mają rogi – najczęściej te agresywne, należące do klasy wojowników, ustępujące przedstawicielom elity wzrostem – rządzą u nich takie bardzo wysokie, z ogonami i niebieskimi oczami, o białej skórze, niekiedy dysponujące również skrzydłami. Twarze gadoidów są ogólnie podobne do ludzkich: również mają oczy, nosy i usta, tylko bardziej wydatne uzębienie i wysuniętą do przodu masywniejszą szczękę – no i łuski, ale nie takie wielkie i twarde jak u krokodyli; najbardziej inne są ich oczy – jak gdyby kocie, z pionowymi źrenicami. Niektóre 100% gadoidy czasami noszą na nadgarstkach urządzenia generujące wokół nich hologramy ludzkich postaci – np. te pracujące w Montauk takie miały, żeby nie wzbudzać przerażenia wszystkich wokół. Wszystkie 13 iluminackich ‚rodzin panujących’ wywodzi się z programu hybrydyzacji ze starożytnego Sumeru; określenie ‚błękitna krew’ wzięło się z tego, że gadoidy mają we krwi sporo miedzi, która utlenia się na kolor niebieski i takie też nadaje krwi zabarwienie. Podróżowanie w czasie jest mniej skomplikowane, niż ludziom się wydaje, ponieważ każdy punkt w czasoprzestrzeni ma unikatową wibrację i wystarczy się do niej dostroić, aby samoczynnie pojawiło się połączenie; w sferze ciała astralnego można podróżować w czasie nawet bez korzystania z maszyny. Istnieją rzeczywistości, w których gadoidy nigdy nie przybyły na Ziemię, jak również takie, gdzie Niemcy wygrały wojnę i podbiły świat, albo w których Atlantyda wciąż trwa; tak w ogóle to istnieje nieskończenie wiele rzeczywistości powiązanych z tą samą przestrzenią fizyczną – wszystko, o czym jesteśmy w stanie pomyśleć i sobie to wyobrazić, każdy wariant i możliwość gdzieś istnieją – ale nie widzimy ich, ponieważ trwają one jak gdyby ‚na innych częstotliwościach’, coś jak w odbiorniku radiowym ‚są’ różne stacje na rozmaitych pasmach. Wszystkie myśli mają kolory i tony. Faktyczne władze „kropelka po kropelce” ujawniają opinii publicznej informacje wskazujące na obecność obcych na Ziemi, a na końcu otwarcie wyjadą z gadoidami – jako naszymi zbawcami podczas sfingowanej inwazji obcych; następnie gadoidy oświadczą, że to one zbudowały tu pierwsze kolonie, że są częścią nas, a my częścią nich… Jednak Iluminaci już od dawna nie chcą być tylko koniem trojańskim gadoidów i planują raczej stworzyć własne galaktyczne imperium z Ziemią jako główną bazą. Według wiedzy Stewarta wcale nie zamierzają redukować populacji, lecz przesiedlić jej część na księżyce Jowisza, którego próbują rozpalić, by zaimprowizować tam mini-układ planetarny – ma się to odbywać po roku 2010; nie po to przez wieki pozwolili namnożyć się takim rzeszom rasy niewolników – czyli nas, zwykłych ludzi alias „słabych hybryd” – by teraz nie wykorzystać tej olbrzymiej siły roboczej. Wszyscy ludzie na Ziemi są do pewnego stopnia hybrydami, ale zazwyczaj mają tylko 10-15% gadoidziego DNA, co jednak wyraźnie widać po obojnaczo-gadzim zarodku w pierwszych tygodniach oraz po architekturze mózgu, gadzim układzie limfatycznym i łuszczącej się skórze.

Następna część: podczas sztucznej inwazji obcych wykorzystane zostaną osiągnięcia programu „Blue Beam” testowanego od wczesnych lat 60-tych, kiedy amerykańska łódź podwodna wyświetlała nad portem w Hawanie hologram Maryi Dziewicy; niedawno na radarze lotniska w Sydney zaobserwowano meteor, a jego upadek i eksplozję widziało wiele osób – jednak wezwane na miejsce służby ratownicze nie znalazły ani jednego nadpalonego źdźbła trawy, gdyż w rzeczywistości nie było żadnego meteorytu – to był tylko kolejny test tej technologii; planują również drugie nadejście Chrystusa, który …poprze utworzenie Jednego Światowego Rządu – który zresztą i tak już mamy, ale dopiero w obliczu inwazji obcych ludzie sami będą się domagali, by wszystkie państwa się zjednoczyły i będzie można ujawnić to szerokiej publiczności. Brytyjska królowa-matka po śmierci „wywinęła się” na gadoidzią stronę i dlatego trumna była taka duża, jakby to Shaq w niej leżał; dowiedzieli się o tym niektórzy amerykańscy oraz brytyjscy reporterzy, ale nie wolno im tego upubliczniać. Wielu znanych liderów politycznych jest hybrydami, ale w skali globalnej nie stanowią większości; na hybrydy można się natknąć we wszystkich warstwach społeczeństwa – one wszędzie chcą mieć swoich ‚ludzi’.

Następny fragment wywiadu: liczne osoby z jawnych kręgów władzy oraz górnych poziomów piramidki Iluminatów również są potomkami pradawnych genetycznych majstersztyków, ale mają ponad połowę ludzkiego DNA i nie doświadczają przemian postaci. 13 ‚rodzin panujących’ walczy również między sobą o całkowitą kontrolę nad planetą – obecnie w tej rozgrywce najbardziej liczą się Windsorowie (mają Wlk. Brytanię, Amerykę Płn. oraz Australię), Rotszyldowie (Europa kontynentalna, Afryka i część Azji) oraz Romanowowie (kraje byłego ZSRR); większość owych rodów wywodzi się i w dalszym ciągu operuje ze Starego Kontynentu. Każdy człowiek na Ziemi ma już w głowie taką czy inną formę programowania, ok. 5% jest zaprogramowanych szczególnie głęboko na zaawansowane funkcje typu „szaleni snajperzy”.

Kolejna część: gadoidy czczą istoty niematerialne egzystujące na tzw. niższych poziomach astralnych, skąd manipulują sobie światami materialnymi, całymi społeczeństwami, jak również poszczególnymi jednostkami – do tego rodzaju aktywności należałoby odnosić przypadki tzw. ‚opętań’; zresztą ludzie na przestrzeni wieków zwykli byli byty te nazywać właśnie ‚demonicznymi’; ale jak napisano już w Biblii: „Szatan ma tylko tyle mocy, ile Bóg mu użyczy”. Gadoidy także mają duszę, lecz jakby bardziej zbiorową, posiadają mentalność ula – podobnie chciałyby przerobić Ziemian. Po śmierci początkowo doświadcza się tego, czego się dany człowiek przez całe życie spodziewał, ale następnie trafia się zawsze do hiperprzestrzeni, gdzie „wyższe Ja” analizuje życie i decyduje, dokąd teraz należałoby się udać, na jaką planetę itp.

Następna część: wiele znikających dzieci ginie jako rytualne ofiary podczas obrzędów. Iluminaci kontrolują system satelitów, za pomocą którego mogą nadawać określone częstotliwości bezpośrednio do mózgu dowolnej osoby – w związku z tym mikroczipy-radiotransmitery powszczepiane w ludzi już w sumie nie są im potrzebne, chyba że jako system awaryjny. Odbierane przez mózg częstotliwości modyfikujące sposób myślenia i działania przy użyciu obecnej technologii można nadawać także za pomocą telewizji, radia, a nawet domowych przewodów elektrycznych; przeważnie robi się to, kiedy ludzie śpią, ponieważ wtedy „najlepiej wchodzi”; celem tych działań jest transformacja ludzi w posłuszne roboty, które nie zadają pytań, tylko robią, co się im powie; nie ma już potrzeby porywania w celu programowania przy użyciu starych, drastycznych metod a’la dr Mengele – choć niekiedy jeszcze się to zdarza, a ofiary często koniec końców lądują w szpitalach psychiatrycznych lub w więzieniach. Owo 97% ‚bezsensownego’ kodu w naszym DNA zawsze umożliwia nam łączność z ‚boskim duchem’, choćby wpajano nam co innego i faszerowano nas, czym się dało – tego jednego nie mogą zmienić. Kręgi w zbożu to dzieło ludzi z tajnych projektów, sekwencja skomplikowanych „zastrzyków energetycznych” w Ziemię, powodujących zmiany genetyczne w istotach żyjących w danej okolicy na powierzchni, a nawet pod nią.

Przedostatnia część: znane ze sceny politycznej USA osoby, które co jakiś czas muszą poddawać się zabiegom kosmetyczno-dermatologicznym, to np. wiceprezydent Cheney albo prezydent Bush. Współczesne nauki takie jak historia czy archeologia są kontrolowane przez władze przynajmniej w wymiarze informacji serwowanych opinii publicznej – Stewart spotkał np. jegomościa starszej daty z Tennessee, który opowiedział mu, że w latach 20-tych mieli w szkole publicznej podręcznik z opisem pierwszego lotu admirała Byrda nad biegunem północnym, podczas którego odnalazł on otwór stanowiący wejście do wnętrza Ziemi, a w środku zobaczył lasy oraz tropikalne owoce; pewnego dnia w szkole zjawili się panowie z Waszyngtonu i zabrali wszystkie podręczniki, dając w zamian nowe, w których już tego nie było. Człowiek-ćma, który w pewnej okolicy w USA pojawiał się na tyle często, że mieszkańcy w końcu postawili mu pomnik – to nie był gadoid, lecz stworzenie zbiegłe z podziemnej bazy na terenie Zachodniej Wirginii – robią mnóstwo takich krzyżówek w ramach eksperymentów, tak że wbrew temu, co ludzie myślą, pieniądze z podatków jednak się nie marnują; takie istoty fachowo nazywa się „chimerami”. Ziemia owszem jest pusta w środku (jak każda normalna planeta, co jest wynikiem działania siły odśrodkowej podczas stygnięcia w wirowaniu), a wewnętrzna powierzchnia również jest zamieszkana – z tą różnicą, że oni wiedzą o naszym istnieniu (przyp. red. – jasne jest, że gdyby to ujawniono, cały system kłamstw runąłby dosłownie niczym domek z kart, skoro nagle okazałoby się, że obcy jednak istnieją, że nasza historia wyglądała zupełnie inaczej, że cały czas bez żenady nas okłamują itd.)

Ostatni fragment wywiadu: Plejadianie istnieją i faktycznie wywodzą się z uchodźców z konstelacji Lutni, zamieszkiwany przez nich obecnie układ planetarny jest młodszy nawet od naszego – ale wiele krążących w obiegu informacji o nich to sponsorowane przez ziemskie władze przekłamania obliczone na odwrócenie i rozproszenie uwagi; Stewart napomina, że ludzie często gniewają się, kiedy o tym mówi – i nie podaje konkretnie, o jakie źródła chodzi, tzn. które dezinformują. Na zakończenie jeszcze prawdziwa srebrna kula do strzelb sceptyków, czyli informacja z kategorii ‚skrajnie trudne do uwierzenia’: według Stewarta opowieści o hybrydach to prawda, mity o syrenach to też prawda, no i prawdziwe są również legendy o …wilkołakach – były(?) to krzyżówki DNA ludzkiego i wilczego, stanowiące oczywiście dzieło genialnych Atlantydów; w tym temacie istnieje wiele doskonale udokumentowanych przypadków, zwłaszcza z Europy Zachodniej, szczególnie z Francji i Wlk. Brytanii – ostatnie z lat 60-tych i 70-tych XX wieku; brak info o jakimkolwiek znaczeniu pełni Księżyca – to raczej analogiczne hybrydy, jak te z gadoidami, tyle że człowiek przemienia się w inną bestię (przyp. red.: ciekawe, skąd w ogóle wzięło się to słowo „potwór”, skądinąd zdaje się w większej części złożone ze sylaby ‚twór’ – no i w ogóle, skąd się biorą te wszystkie ‚dobre wróżki’ oraz inne funkcjonujące od wieków określenia rzekomo oznaczające coś, czego w ogóle nie ma i nigdy nie było, bo to by przecież kompletnie nie pasowało do przyjętej historii czy teorii ewolucji; albo dlaczego na rozmaitych wysepkach i kontynentach przodkowie różnych ras przez tysiące lat identycznie roili sobie, że składanie darów lub krwawych ofiar jakimś istotom, w realność egzystencji których wierzyli na tyle serio, że z mozołem budowali im pomniki – może zaowocować zmianą pogody wedle próśb; ale kiedyś ludzie byli głupi – dobrze, że chociaż dzisiaj są już mądrzy i czasem nie łączą tego może z rysunkami latających spodków z pradawnych malowideł lub ścian prehistorycznych jaskiń).

Inne, nieuporządkowane info z powyższego wywiadu: gadoidy są absolutnie pewne słuszności tego, co robią – one też mają sprane mózgi, totalnie zaprogramowane świadomości, w ich społeczeństwach wszystkie jednostki są tego samego zdania. 97% DNA istot wszystkich ziemskich gatunków jest identyczne, naukowcy nazywają je „śmieciowym” – zdaniem Stewarta wygląda to raczej na dowód istnienia Duszy Boga, która to wszystko stworzyła. Jeżeli aktywujemy w sobie choćby część tego genomu lub zaczniemy wykorzystywać leżące jak na razie odłogiem 90% mózgu, to będziemy w stanie dokonywać ‚niesamowitych’ rzeczy. Mózg jest tylko narzędziem, to dusza jest potęgą; wszechświat odbija nasze myśli niczym zwierciadło – w sensie wydarzeń, które nas spotykają. I jeszcze istotna informacja z zapisu wideo warsztatów prowadzonych przez pana Swerdlowa, stanowiąca odpowiedź na pytanie, dlaczego nikt nie wytacza Davidowi Icke procesów o zniesławienie: jeżeli ktoś obawia się procesów, ma taki wzorzec myślowy – to będzie te procesy miał; a jeśli nie, to nie ma szans, bo tak działa rzeczywistość – życie to coś jak film, a myśli człowieka to byłby w tej metaforze projektor. Pod adresem http://www.expansions.com znajduje się anglojęzyczna strona Stewarta, gdzie można przesyłać mu maile z pytaniami – jak wspomniał w powyższym wywiadzie, w zwykłe dni otrzymuje ich około 200 dziennie, ale na wszystkie odpowiada; osobiście tylko co do tego za bardzo mu nie wierzę, a poza tym odbieram/odczuwam go jako pierwszorzędnie wiarygodne źródło informacji, nie gorsze od Phila Schneidera czy Ala Bieleka (z którymi zresztą łączy go wyraźna nić potwierdzania rzetelności i wiarygodności: dziwna śmierć -> Schneider -> Bielek -> Swerdlow); choć rzecz jasna przedstawiana przezeń wersja wydarzeń jeszcze dziś jawi mi się jako dość fantastyczna, niemniej jednak wygląda na to, że to chyba właśnie jest prawda, skoro w jej perspektywie w końcu zaczynają się ze sobą zgadzać różne wątki niezależnego obiegu informacyjnego, w większości zresztą jak gdyby równo oddalone pewną taką ‚odległością do uwierzenia’ od przekonań sumiennie wpajanych nam przez instytucje i agencje państwowe oraz koncesjonowane media; poza tym wersja ta zwyczajnie mocno trzyma się kupy, a pasują do niej również liczne ‚niewyjaśnione zagadki’, legendy oraz ‚dziwne zbiegi okoliczności’; no i jest po prostu przekonująca, tzn. nie wiem i trochę wątpię, czy w powyższym streszczeniu, ale na pewno, kiedy on sam o tym mówi spokojnym głosem kogoś, kto to wszystko naprawdę przeżył i widział na własne oczy – o czym co jakiś czas przypomina, gdy spotyka się z niedowierzaniem. Z tym, że jak zwykł mawiać nestor wiedzy alternatywnej Jordan Maxwell (co prawda jeszcze przed ‚wypłynięciem’ Swerdlowa) – „gdy badasz te ukrywane tematy i już ci się zdaje, że znasz prawdę, że wszystko w końcu do siebie pasuje – to znaczy, że gdzieś popełniłeś błąd …i musisz się cofnąć”.

Następny wywiad Stewarta dla ‚C2C’: (cz.1) programowanie ludzi odbywa się z wykorzystaniem technologii pochodzących od obcych (cz.2) rząd Kanady ostatnio zezwolił obywatelom swojego kraju na pozywanie CIA i NSA do sądu za skutki programowania – trochę to dziwne, skoro coś takiego nie istnieje; symptomami programowania są np. częste bóle głowy, dziwaczne koszmary, problemy z oczami – np. po ikonach medialnych typu niektórych gwiazd pop widać, że jedno oko mają większe od drugiego, co również stanowi charakterystyczną oznakę; najlepszy niewolnik to taki, który nie wie, że jest niewolnikiem; programowanie polega na wgrywaniu wzorców myślenia; cukier biały to jedna z najgorszych rzeczy, jaką można wpuścić do swojego organizmu (cz.3) plany sztucznej inwazji obcych powstały 40 lat temu, wiele obserwacji ufo na przestrzeni dekad to część tego projektu; ofiary uprowadzeń w głębokiej hipnozie przypominają sobie obecność ludzi, często w mundurach; najpierw zamierzają wytworzyć w masach przekonanie, że kosmici istnieją – stąd odbieranie zastanawiających sygnałów itp.; potem będą holograficzne projekcje ich statków oraz ustawiony kontakt – ‚spotkanie’ (cz.4) wytworzenie społeczeństwa ludzi o mentalności robotów to będzie ‚game over’, a właśnie to dzieje się teraz; najpierw będzie sfingowana inwazja kosmitów, dopiero potem drugie nadejście Jezusa i nowa religia dla całego świata – Watykan już oświadczył, że filozofia New Age jest o.k. i ma swoje miejsce; działające na podświadomość sekwencje bywają umieszczane we współczesnej muzyce, wiele innych impulsów dosięgnie Cię wszędzie, gdzie pójdziesz i dokądkolwiek nie wyjedziesz (cz.5) jakieś obiekty przesuwają się w pasie Kuipera w sposób wskazujący na inteligentne sterowanie, a wywiady całego świata nie wiedzą, co to jest – istnieje możliwość przyspieszonego odpalenia sztucznej inwazji kosmitów w celu skonsolidowania struktur władzy przed prawdziwą inwazją, tym bardziej jeśli to ci „dobrzy”; kalendarz Majów to sprawa Majów i ich historii, zdaniem Stewarta władze mogą coś zaaranżować w 2012 r., żeby się sprawdziło i więcej ludzi uwierzyło w New Age – choć w wyniku apogeum aktywności Słońca faktycznie będą ruchy geotektoniczne oraz zakłócenia łączności; Nowy Orlean to jeden z głównych ośrodków rytualnych obrzędów Iluminatów, a Katrina była sztucznym huraganem umyślnie tam skierowanym jako część globalnego rytualnego poświęcenia z myślą o uzyskaniu pewnych energii w określonych miejscach (cz.6) pewna pani sejsmolog trzy lata wcześniej przepowiedziała zamachy terrorystyczne w Nowym Jorku, z rocznym wyprzedzeniem huragan w Nowym Orleanie, a teraz mówi, że nastąpi zniszczenie Los Angeles; w konstelacji Plejad jest 7 gwiazd, a przy każdej z nich trwa cywilizacja, więc mówienie o Plejadianach to coś jak mówienie o Europejczykach; sporo żołnierzy ‚zaginionych w akcji’ (M.I.A.) np. w Wietnamie trafiło do ośrodków, gdzie wojsko jak zwykle na nich testowało techniki programowania; w hierarchii gadoidów z systemu Draco istnieje nawet klasa …filozofów (cz.7) stracony Saddam był prawdopodobnie sobowtórem, ale zaprogramowanym aby myśleć, że jest oryginałem – np. blizna nad okiem zniknęła mu w jeden dzień, poza tym prawdziwy nie siedziałby miesiącami w dziurze po dekadach życia w luksusie, według przyjaciół Swerdlowa z Iraku, którzy go znali osobiście; Osama też nie wiadomo, czy żyje, ale istnieje jako produkt propagandowy i nigdy go „nie złapią” (cz.8) żeby się z tego wszystkiego jako tako osobiście wyzwolić, przede wszystkim trzeba pozbyć się sztucznych wkrętek w siebie, stanowiących efekty programowania (cz.9) do zaawansowanego programowania zawsze dodają osobowość samobójczą – na wypadek wystąpienia komplikacji; iracka armia mimo indoktrynacji pod kątem fanatycznej walki do ostatniej kropli krwi, poddawała się w efekcie emitowania programowania z helikopterów; to, co zapowiadali im w Montauk, wszystko się teraz po dekadach faktycznie dzieje i sprawdza (cz.10) w obliczu niesprzyjającego im czynnika pozaziemskiego, Iluminaci spieszą się i popełniają błędy, a przy tym nadal walczą między sobą; jednak nadszedł krytyczny czas i zostało ‚nam’ go już niewiele, żeby coś z tym zrobić, tzn. przeciwstawić się temu, co się dzieje – ale właśnie tak jesteśmy programowani, żeby nic nie robić, „nie schizować”, tylko śmiać się i bawić (cz.11) znany to fakt, że sowieci bombardowali amerykańską ambasadę mikrofalami zakłócającymi pracę komputerów oraz …umysłów; na początku ‚drugiego nadejścia Chrystusa’ odbędzie się porównawczy test DNA z całunem turyńskim; bliźniacza instalacja systemu HAARP na Alasce istnieje również na północy Norwegii, jest też 11 innych ośrodków na całym świecie, a ich przeznaczenie polega nie tylko na kontroli pogody, lecz również na wpływaniu na określone sekwencje w ludzkim DNA, poza tym tworzą w jonosferze izolacyjną osłonę przed kosmosem, która jest w znacznej mierze odpowiedzialna za współczesne sztormy oraz burze elektromagnetyczne; osoby z rodzin Iluminatów także podlegają programowaniu, tylko że nieco innemu, na członków elity – dla nich programowanie to coś jak styl życia (cz.12) potem Iluminaci nie mają wątpliwości, że czynią dobrze; ich rody posiadają zasadniczo wszystkie zasoby naturalne Ziemi; apatia i ignorancja w codziennym wykonaniu tzw. ‚zwykłych ludzi’ to nie przypadek, tylko właśnie efekt programowania.

Przedstawiony powyżej krajobraz faktów bardzo różni się od wersji wpajanej nam po szkołach i uniwersytetach, telewizorach i książkach, etc. itd. Czy zatem na tej podstawie rozsądnie i racjonalnie będzie uznać, że to muszą być tylko jakieś brednie i wymysły..? Aby to nieco wyjaśnić, spójrzmy na osiągnięcia dziennikarzy i profesorów w dochodzeniu do prawdy w tematach takich jak 11 września czy istnienie w ogóle jakiegokolwiek ufo bądź choćby jednej fotografii latającego spodka – jak im poszło, czy wykazali się niezależnością i nieustępliwością, czy też raczej odrażającą gotowością do powtarzania kłamstw w żywe oczy w zamian za możliwość jeżdżenia dobrymi samochodami i chodzenia z dumnym wyrazem twarzy pośród gratulacji i oklasków..? A więc możemy im ufać, czy chyba nie warto, nie ma sensu, bo to tylko jacyś parszywi zdrajcy-sprzedawczyki, a w najlepszym razie zbyt pewne siebie przygłupy lub może i sympatyczne osoby, które jednak popełniły poważny błąd polegający na wzięciu ogromnych kredytów ze spłatą rozpisaną na wiele lat, a w związku z tym teraz w sumie nie mogą już sobie nawet we własnej głowie pozwolić na myślenie w jakichkolwiek kierunkach grożących opuszczeniem dobrze płatnych kręgów ‚naukowych’ czy też ‚niezależnego dziennikarstwa’..? Nie wiem, to dla mnie zbyt trudna zagadka – tu musiałby chyba pojawić się jakiś Sherlock Holmes albo Herkules Poirot, ewentualnie Kojak czy porucznik Columbo, żeby to nieco rozwikłać i z grubsza naszkicować sytuację.

Różne informacje z witryny internetowej S. Swerdlowa, z działu pytań i odpowiedzi: impulsy ELF emitowane przez satelity blokuje jedynie granit; osoby z czynnikiem Rh- we krwi mają nieco więcej gadoidziego DNA od tych z Rh+; jeśli chodzi o rasy, najwięcej reptiliańskiego DNA posiada rasa żółta; ludzie z ponadprzeciętnymi zdolnościami psychicznymi rodzili się zawsze, a współczesne określenie „dzieci Indygo” to coś w rodzaju akcji propagandowej, w której chodzi o to, aby rodzice zgłaszali takie dzieci i w ten sposób dawali władzom (tj. Iluminatom) znać, gdzie ich szukać pod kątem naboru uczestników do nowych „ciekawych projektów”; w astrologii coś jest, tyle że na odwrót: to nie ludzie są poddani wpływom pozycji i ruchów ciał niebieskich, ale sami na nie wpływają, podobnie jak na całą rzeczywistość – swoimi indywidualnymi i zbiorowymi wzorcami myślenia, które zasadniczo generują i kształtują wszystko wokół; obydwie wyspy Nowej Zelandii są zagrożone katastrofalnymi trzęsieniami ziemi oraz erupcjami wulkanów, a władze ukrywają wiele wstrząsów sejsmicznych z tego regionu; najpotężniejszą agencją wywiadowczą świata jest Mossad i ma dłuższe macki, niż to się ludziom wydaje; program radiowy ‚C2C’ przypuszczalnie będzie teraz promował Nową Światową Religię; nasze DNA zmienia się według naszych wzorców myślenia; 4 I 09: na zachodnim wybrzeżu USA można się wkrótce spodziewać poważniejszego trzęsienia ziemi; nowo mianowany dyrektor przodującej placówki badawczej Centrum Astrofizyki Cząsteczkowej Fermilab prof. Craig Hogan oświadczył, że wyniki eksperymentu GEO600 zdają się potwierdzać hipotezę, że nasz wszechświat jest gigantycznym hologramem.

Z ciekawszych osób jest jeszcze taki gościu, a właściwie mistrz Reiki, znany jako Brianstalin – jak gdyby uparł się on, że pochodzące od niego informacje będą najbardziej na świecie „nie do uwierzenia”, nawet dla doświadczonych ufologów i długoletnich eksploratorów ezoterycznych tradycji, a opowieści Billy’ego Meiera czy rewelacje Ala Bieleka będą się przy nich wydawały wyrachowanymi matactwami misternie skonstruowanymi pod kątem uzyskania maksymalnej wiarygodności w odbiorze tłumów. Nawet jego nauczyciele Reiki nie dali wiary owym informacjom, a po ich samodzielnym sprawdzeniu uprzedzili go, że upublicznianie tych danych to może nie być „bułka z masłem”. Twierdzi on np., że Fryderyk Szopen żyje obecnie jako brytyjski aktor Tim Roth, kolega po fachu Juliana Sandsa, który jest z kolei następnym wcieleniem innego kompozytora, Franciszka Liszta, a siedemnasty prezydent Stanów Zjednoczonych Andrew Johnson reinkarnował się ostatnio jako …słynny reżyser David Lynch; Alex Collier w poprzednim wcieleniu był jednym z ziomków Hitlera, a obecnie jest trybikiem w programie masowej kontroli umysłów, którego celem jest przekształcenie świadomości 10% ziemskiej populacji; Drew Barrymore to francuska emancypantka George Sand, Barack Obama to dziewiętnastowieczny papież Leon XIII, a David Wilcock oprócz tego, że był Rasputinem, wiele wieków temu dał się zapamiętać również jako …Wład Palownik i posłużył historii za pierwowzór legendy o hrabim Drakuli. Wszystko śmieszne, jak nie wiem, zwłaszcza dopóki nie obejrzy się zestawień zdjęć i portretów tych postaci, których sporo umieścił na YouTube taki jak gdyby rzecznik tego gościa, ‚GarySe7en’ – np. David Beckham i car Rosji Mikołaj II: słowo daję, że trudno powiedzieć, czy bardziej jest to zabawne i absurdalne, kiedy się o tym słyszy lub czyta, czy bardziej po prostu szczęka opada, gdy na własne oczy zobaczy się porównanie fotografii tych osób (stopklatka w 2 min. 54 s); a może najciekawsze z tego wszystkiego byłyby odpowiedzi na komentarze do filmiku o Marylin Monroe ( j.ang.), z których wynikałoby m.in., że kierowanie się głosem intuicji to tylko ucieczka w kolejną iluzję i następny poziom tzw. „malin”, upodabnianie się do działającego instynktownie zwierzęcia – zamiast tego należałoby raczej rozwijać swoją nadświadomość, a to nie jest to samo. Według Brianstalina przysłowiowy „każdy głupi” może uzyskać dostęp do ‚Rejestrów Akaszy’ i na własną rękę weryfikować podawane przez niego informacje, jak również samodzielnie przeprowadzać odczyty za pomocą wahadełka i zadawania prostych pytań, na które da się otrzymać energetyczną odpowiedź „tak” lub „nie”; do tego banku danych nie ma drzwi ani zamków, firewalla ani punktu kontroli biletów – wbrew temu, co głoszą różnoracy pseudo-guru New Age. Jeżeli natomiast chodzi o konfrontację „NWO – niezależne autorytety” w szerszym planie, to według niego historia pokazuje to nader klarownie, że zawsze, kiedy zmagają się dwie potężne siły, obydwie w końcu okazują się być kontrolowane przez te same kręgi, które w każdym przypadku wygrywają. A tak generalnie, to z krajobrazu naszej rzeczywistości wyłania się obraz tego rodzaju, że ludzie jako jednostki posiadają potencjał na tyle duży, że aby możliwe było utrzymywanie miliardów pod każdym względem tak daleko od prawdy, jak ma to miejsce obecnie, konieczne jest nieustanne bombardowanie ściemami ze wszelakich możliwych źródeł, kierunków, poziomów i w najróżniejszych układach nawzajem „przekraczających się” „opozycji” – dlatego kity wkręcają dziś tak samo po kościołach, jak i w materiałach z kiosków Ruch-u, a choćby okruszków prawdy nie uświadczysz nigdzie, możliwe że nawet po odwiedzeniu 10 konferencji niezależnych badaczy i historyków; wprawdzie fakt istnienia i działania Iluminatów ujrzał już światło dzienne, ale to oni kontrolują media, więc póki co panują nad sytuacją; większość książek o reinkarnacji obecnych w księgarniach to syf i bzdury autorstwa niekiedy wprost ziemskich marionetek bytów demonicznych; w temacie poprzednich wcieleń metody regresji hipnotycznej lub głębokiego transu to ścieżki prowadzące na manowce, tzn. stosując je łatwo otrzymać zafałszowany przekaz; nawet kiedy ma się oczyszczone czakry, jakąś energię Czerwonego Smoka (Kundalini) podniesioną do Trzeciego Oka, robi się wszystko prawidłowo przy użyciu wahadełka – to i tak najtrudniej jest uzyskać jakiekolwiek informacje dotyczące własnej osoby, tzn. swoich przeszłych żyć, czego powodem jest istnienie czegoś takiego jak „ego”, którego należy wyzbyć się w pierwszej kolejności; zresztą nawet najwięksi mistrzowie, dosłownie – na świecie, wszelakie odczyty starają się między sobą sprawdzać i nawzajem weryfikować. W każdym razie, jeśli chodzi o te przeszłe życia, to wypada pamiętać, że są to tylko sny wewnątrz snu – wszystko jest iluzją; władzę nad naszymi życiami mają ci, którzy są w stanie kształtować sposób, w jaki my sami wyobrażamy sobie własne chwile oraz samych siebie. Wszyscy ludzie na Ziemi są egoistami, których „karmiczne recenzje” za poprzednie patetyczne żywoty spragnionych sławy wypadły na tyle kiepsko, że nie pozwoliły im inkarnować się na fajniejszej planecie; Ziemia jest swego rodzaju więzieniem, z którego można zostać ułaskawionym, ale nie za bezczynność; dobra wiadomość jest taka, że po śmierci nie trafia się do piekła, gdzie władają demony; zła jest taka, że właśnie teraz, cały czas od urodzenia znajdujemy się w rzeczywistości, którą rządzą byty demoniczne – a tak zwany następny wymiar, „niższe poziomy astralne”, gdzie przebywają umarli i skąd nadają rozmaitego pokroju istoty, to również domena, w której prym wiodą owe samolubne formy egzystencji. Według Brianstalina w poprzednich wcieleniach wszyscy byliśmy związani z satanistycznymi kultami oraz Iluminatami – dlatego ciągle inkarnujemy się w stworzonym przez „nich” matrixie/więzieniu, żeby na własnej skórze poczuć naszą „dobroć” z poprzednich żyć i ile naprawdę warte było przekonanie o wyższości nad „ogółem” – Kroniki Akaszy są świadectwem, że jako dusze trwamy zapętleni w tego rodzaju pułapce, w której w kolejnym wcieleniu wpadamy w dołek, jaki wykopywaliśmy w poprzednim dla „prymitywnych tłumów”… Jeżeli natomiast ktoś kategorycznie nie wierzy w reinkarnację, może zainteresować się tymi filmikami chociażby dla wpadających w ucho muzyczek – przykład.

Na stronie http://www.infowars.com/hillary-tzipi-to-stop-iran-enrichment/ odnaleźć można (wyszukując frazę „Collier”) komentarz umieszczony tam 26 I 2009 r. przez „!”, którego unikatowa treść oraz link pod znakiem wykrzyknika pozwalają domyślać się, że jego autorem jest Stewart Swerdlow lub osoba blisko z nim związana. W każdym razie w owym poście znajdujemy (j.ang.) opis Alexa Colliera jako osoby zręcznie manipulowanej przez istoty pozaziemskie, które nafaszerowały go filozofią w stylu New Age; w celu zagmatwania sprawy przypomnijmy, że siedem lat wcześniej w odpowiedziach na listy na swojej witrynie internetowej Stewart Swerdlow wyrażał uznanie i poparcie dla działalności A. Colliera. Inne informacje ze wspomnianego komentarza: Annunaki zostali zniszczeni przez Iluminatów wraz z całą swoją planetą Nibiru/Marduk w roku 2003; Plejadianie kontaktujący się z Billym Meierem mogą być powiązani z potomkami ewakuowanych nazistów bazującymi pod Antarktydą, gdzie mają swoją małą IV Rzeszę (tzw. baza Nowy Berlin – podziemna czy może raczej podlodowcowa); konfederacji obcych z Oriona przewodzi rasa Szarych wysokich na 5 stóp i są to ci sami kosmici, którzy w 1954 r. zawarli pakt ze Stanami Zjednoczonymi, na mocy którego udostępnili technologie w zamian za możliwość uprowadzania ludzi na eksperymenty, z zastrzeżeniem aby „odstawiać” ich w ogólnie nienaruszonym stanie; pracują dla Drakonian jako coś w rodzaju zwiadu na planetach położonych na szlaku podboju; są nastawieni antagonistycznie do innego odłamu Szarych, wysokich na 4 stopy, który znalazł schronienie na Ziemi również na mocy umowy z USA, raptownie wymiera i zawiera pragmatyczne sojusze pod kątem bieżącej sytuacji, nieustannie koncentrując się przy tym na staraniach, żeby na drodze eksperymentów stworzyć hybrydy własnej rasy z ludzką – w celu umożliwienia przetrwania swojej kulturze.

powyżej zastanawiające wiele osób uderzające podobieństwo pomiędzy gigantem XIX-wiecznego francuskiego teatru Paulem Mounetem a Keanu Reeves’em, znanym współcześnie z nie najgorszych ról – według Brianstalina są to dwa przypadki reinkarnacji tej samej duszy; również według Plejaran twarz człowieka wcielenie po wcieleniu generalnie wygląda tak samo, a np. w pierwszych inkarnacjach każdy duch wygląda bardzo podobnie, gdyż podobnie niewiele jeszcze wie i potrafi
Uwaga: jeżeli kogoś poruszyły filmy takie jak „Matrix” albo „Truman Show”, to niektóre przedstawione poniżej hipotezy raczej też mogą zafrasować…

Według Stewarta Swerdlowa obecność Gadoidów w naszym Wszechświecie to …dar, dzięki któremu szeroko rozumiany rodzaj ludzki ma szansę nie skończyć jako kosmiczne pomyje, tzn. zepsute dzieci czy zadowolone z siebie duchowe trylobity; przy czym nie jest jakaś jego twórcza – nawiedzona interpretacja ani autorska hipoteza, tylko po prostu kluczowy punkt rzeczowej, kronikarskiej relacji o historii naszej galaktyki, zdawanej w oparciu o informacje zgromadzone w toku całego niezwykłego życia – naprawdę kiedyś ktoś gdzieś wpadł na taki pomysł, żeby ludziom wszystkich gwiazd sprawić tego typu prezent, tak jakby uzdolnionemu szachiście z prowincji wyszukać odpowiedniego dlań sparingpartnera, coby nie zatrzymał się na zawsze na swym niby-mistrzowskim poziomie. Według tej długofalowej rekonstrukcji dziejów, gdyby nie reptilianie, ludzie po prostu wegetowaliby sobie na zasadzie stagnacji duchowej i cywilizacyjnej, niczym sympatyczne ruchliwe roślinki, pozbawieni motywacji do dalszego rozwoju, samodoskonalenia się i odkrywania prawdziwej natury fizycznej rzeczywistości (że jest ona tylko iluzją, którą możemy przekraczać samą mocą własnej duszy, tak naprawdę tutaj nie należymy, a jedynie czasowo przebywamy „daleko od domu”, tj. całkowitej jedności z Boską Świadomością). Pojawienie się agresywnych gadoidów wymusiło na najwyraźniej zanudzających wszechświat rolnikach z konstelacji Lutni i Wegi szerokie otwarcie oczu na otaczające ich uniwersum, jak również na samych siebie – czego i my mamy teraz wyraźny posmak, tzn. jako poszczególne już zorientowane w temacie jednostki (chyba, że komuś to nie przeszkadza, że one chciałyby sobie z nas zrobić fermę kurczaków, nie stara się jakoś ‚sporządnieć’ i wyewoluować, aby móc się temu skuteczniej przeciwstawić). Otóż to wszystko wymyślili ponoć eony lat temu jacyś „przezroczyści ludzie” (ang. „transparent people”), którzy zobaczyli w przyszłości stan degeneracji ludzkiej kultury, a raczej jej pożałowania godny zastój, coś w stylu spoczęcia na laurach gdzieś w połowie drogi, albo nawet wcześniej, może podobnie jak Odyseusz miał wrócić do domu, a długo wylegiwał się gdzieś na jakiejś sielankowej wyspie. We współpracy z istotami z Syriusza (ang. „Sirian beings”) stworzyli zatem agresywną rasę, do cna owładniętą żądzą podboju, tj. właśnie gadoidy, w ten sposób wymuszając na apatycznych ludziach ponowne zakasanie rękawów i pokazanie, na co ich stać, czyli wznowienie wędrówki drogą ewolucji ku horyzontowi ponownego zjednoczenia się z Boską Duszą kosmosu, która cały czas jakby cierpliwie czeka, aż „wrócimy”. Przy czym gadoidy najprawdopodobniej też mogą „wygrać” tę próbę sił, a w ten sposób udowodniłyby słuszność własnej filozofii i że od początku miały rację – to jest taki jak gdyby gigantyczny kosmiczny show typu „Rozbitkowie”, gdzie zwycięży najtwardszy albo najsprytniejszy, w każdym razie forma życia najlepiej przystosowana do istnienia w fizycznej rzeczywistości – podobno o rozstrzygnięcie tego właśnie chodzi.

Jednocześnie S. Swerdlow bardzo wyraźnie zaznacza, uwypukla i przy każdej nadarzającej się okazji przypomina, że jeśli nienawidzimy gadoidów, ma to charakter bezpośrednio autodestrukcyjny – wówczas nienawidzimy także samych siebie, gdyż tu na Ziemi chcąc nie chcąc wszyscy posiadamy reptiliańskie DNA, stanowi ono część nas; poza tym wkraczamy wtedy prosto w ich dialektykę, upodabniamy się do nich, oddalając się od naszej ludzkiej natury, której przeznaczeniem i jedynym możliwym w finalnej perspektywie spełnieniem jest bezwarunkowa miłość do wszystkich i wszystkiego, czyli godne odwzajemnienie uczuć kosmosu, Boskiej Świadomości stwórczej czy jakby to kto chciał nazywać, tak naprawdę odnosząc się przy tym również do siebie; z tym, że też byle bez zaślepienia z tą miłością – według Stewarta nawet zabicie napastnika jest uprawnione, jeżeli tylko w ten sposób możemy obronić życie własne albo czyjeś inne; z kolei samobójstwo to według jego onegdaj sztucznie rozszerzonej intuicji coś w rodzaju „kosmicznego przestępstwa” w świetle odwiecznych praw obecnych między wszystkimi gwiazdami. W życiu i na drodze samorozwoju wcale nie chodzi o to, by tłumić i zwalczać w sobie wszystko, co negatywne, zwracając się wyłącznie ku swojej „jasnej stronie” – wręcz przeciwnie, taka droga to naiwna ułuda bez szans na posunięcie się naprzód, ponieważ zarówno w nas, jak i w całym wszechświecie i jego Boskiej Duszy zawsze współistnieją czynniki pozytywne i negatywne, których rozróżnienie zależy zresztą tylko od subiektywnego punktu widzenia, w sumie dość iluzorycznego (to znaczy nie dla nas, ale dla Boskiej Duszy kompletnie – która zresztą wszystkie istnienia ze wszystkich czasów przeżywa jednocześnie, czas to tylko nasze miejscowe złudzenie – trudno to pojąć, ale tak mówi człowiek, dla którego wychodzenie z ciała to coś jak dla nas pójście po bułki do sklepu, a przed laty zatrudniały go nawet amerykańskie drużyny futbolowe w celu wpływania na wynik meczu – co podobno po dziś dzień jest nagminną praktyką w świecie wielkiego „sportu”). Dążyć powinno się raczej do odzwierciedlenia w sobie rozkładu pierwiastków w kosmosie, tj. osiągnięcia wewnętrznej równowagi pomiędzy swoją „jasną” a „ciemną” stroną, bez prób zamiatania którejkolwiek z nich pod dywan (i tak się nie uda, wyjdzie z innego końca, a zresztą tak naprawdę nikt nie ma w duszy żadnego dywanu); warto badać swą negatywną stronę, eksplorować ją i wykorzystywać na szlaku samorozwoju tak samo, jak ową pozytywną połowę – obie właśnie po to są, żeby się z nich uczyć i je rozpracowywać. W ogóle sensem naszej egzystencji, tych wszystkich wcieleń itd., jest doświadczanie przez Boskiego Ducha za naszym pośrednictwem wszelakich możliwych aspektów istnienia, najróżniejszych możliwych przeżyć czy może jakby „pomysłów na bycie” albo „konfiguracji trwania” – idee i uczucia z ciemnych kątów mają taką samą wartość poznawczą, jak te spod pięknego światła; tzn. nie chodziłoby tu o to, by pracowicie czynić złe rzeczy i eksperymentować sobie z nimi do woli, ale żeby nie tłumić swej ciemnej strony, bo i tak się to nie uda, a jedynie może nas zamknąć w skorupie złudzenia, starać się również tę negatywną strefę wyjaśniać, odkrywać i pojmować, nie przypadkiem to także jest część nas. Innymi słowy, nie ma co udawać „świętego”, gdyż bynajmniej nie tędy biegnie droga samodoskonalenia się i ewolucji ducha – postępu nie osiąga się, zamykając na coś oczy i udając, że tego nie ma, myślenie życzeniowe a praca nad sobą to dwie zupełnie różne bajki. A tak poza tym, w szerszej perspektywie, to jak powszechnie wiadomo, centralnym przesłaniem większości „przekazów” itp. starych czy nowych religii jest miłość – żeby na tym się skupiać, a reszta już jakoś sama się ułoży. Według Swerdlowa, miłość owszem, tak – ale równie ważna, a może nawet ważniejsza, jest odpowiedzialność, czyli żeby znaleźć w sobie naturalną wewnętrzną odwagę, aby schować do szafy bezbarwny parasol ‚bezpiecznej’ postawy typu „robię to, co mi powiedzieli, tak samo jak inni, jestem grzeczny i normalny, więc o co ci chodzi..?!”, wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, myśli, nawyki i w ogóle życie, nie przepękać go tak, jak nas wyuczyli jacyś ‚życzliwi’ i napisali w gazetach, że byłoby sprytnie i zdrowo, tylko świadomie rozglądać się wokoło, aby móc zachowywać się mądrze i godnie w samodzielnie dekodowanej sytuacji.

A poniżej rozmaite interesujące informacje z archiwów działu „Pytania i odpowiedzi” witryny Stewarta i Janet Swerdlowów (dopiero w trakcie opracowywania i porządkowania):

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-12-1    wygląd postaci mistrza Yody z „Gwiezdnych wojen” odpowiada prezencji istot z systemu planetarnego gwiazdy Syriusz B; obiekty manewrujące w pasie Kuipera należą m.in. do insektoidów, wrogo nastawionych do gadoidów

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-11-1   w inwazji na Irak chodziło o „Gwiezdne Wrota” pod Bagdadem; atmosfera Marsa niewiele różni się od ziemskiej, a na jego północnej półkuli nawet przez domowy teleskop można obserwować zieleń w porze „marsjańskiej wiosny”; strona internetowa Stewarta ma coraz więcej odwiedzin z Polski, a on sam był u nas w 2007 r.; pszenica jest już na skalę globalną zmodyfikowana genetycznie i lepiej się nią nie odżywiać, w znacznym stopniu to samo dotyczy również ryżu – należy szukać organicznego; środowisko Billy’ego Meiera już ładnych parę lat temu zostało zinfiltrowane, w związku z czym przekazy są prawdopodobnie modyfikowane

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-10-1   pod szyldem ONZ odbywają się spotkania przedstawicieli rządów i sił zbrojnych wielu krajów, na których dyskutowana jest kwestia ujawnienia opinii publicznej obecności obcych na Ziemi

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-9-1   fluor to środek ogłupiający i otępiający działanie mózgu; z myślą o trudnych czasach ustawianych kryzysów warto gromadzić wyłącznie dobra trwałe, papierowe na nic się nie przydadzą; rozsądnie jest też mieć zapasy wody i jedzenia na min. 2 tygodnie; jeżeli chodzi o kosmitów, to ci „dobrzy” nigdy się do niczego nie mieszają, dlatego wobec wszelakich kontaktów i przekazów ostrożności nigdy za wiele; surowy, naturalny miód to najlepsze pożywienie, które nigdy się nie psuje, w żadnych warunkach, natomiast miód przetwarzany dostępny w sprzedaży komercyjnej jest zabójczy, nie tylko dla pszczół

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-3-1   Chińczycy chcą kontrolować Tybet ze względu na to, co znajduje się pod nim – przejścia do wnętrza Ziemi oraz antyczne skarby; obecnie także soja na całym świecie jest zmodyfikowana genetycznie i lepiej trzymać ją z dala od swojego układu pokarmowego; w Afryce trwa atak biologiczny na rasę czarnoskórą, w przyszłości wyludniony kontynent ma przejść pod jurysdykcję UE; pojazd Aurora jest już przestarzały, w użyciu znajdował się 20 lat temu i potrafił zbliżać się do prędkości światła; woda źródlana zawiera radon, w związku z czym jej picie to coś jak chemioterapia – zdrowa jest tylko woda destylowana; mapy „przyszłych linii brzegowych” to fałszywki, krążą od dekad i wielokrotnie się zmieniały

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-1-1   fluor upośledza działanie szyszynki, tj. tzw. Trzeciego Oka od postrzegania innych wymiarów rzeczywistości

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2002-9-1   kiedy widzisz na niebie chemiczne smugi, dobrze jest zjeść czosnek, warto również mieć wtedy czysty nos; każde ważne nazwisko z Hollywood albo jest sługusem Iluminatów, albo z kimś tego pokroju sypia

Inne, chwilowo nieuporządkowane info z różnych lat i miesięcy owego nader ciekawego archiwum: nie ma czegoś takiego, jak Centralne Słońce Galaktyki – tam jest czarna dziura, która jest gwiazdą w innym wszechświecie – i na odwrót; przejście do fajniejszego wymiaru w roku 2012 to ściema nagrywana przez Iluminatów, podobnie jak cała filozofia New Age, to wszystko tylko programowanie – w 2012 ma nadejść NWO ; wszystkie przekazy channelingowe pochodzą z satelitów lub (rzadziej) od szemranych bytów z „niższych poziomów astralnych”; gadoidy z konstelacji Draco nigdy nie uczestniczyły w żadnym procesie pokojowym z ludzkimi kolonistami osiedlającymi się na Ziemi – to były rokowania z innymi grupami gadoidów; tworzone w ramach prób pokojowych kolejne rasy hybryd były jedna po drugiej likwidowane przez istoty arbitrażowe w następstwie zgłaszania niezadowolenia przez którąkolwiek ze stron ziemskiego układu sił – to dlatego skamieniałości różnych naszych domniemanych praprzodków o nieco innej budowie czaszek dziwnie nagle się urywają w czasie, a naukowcy zmuszeni są tłumaczyć to „zagadkowym wymieraniem”; seryjne katastrofy sond wysyłanych na Marsa to były po prostu niezłe wyniki systemu obrony przeciwlotniczej gadoidów – dopiero ostatnio pozwalają nam trochę pojeździć łazikami, jako że te maszyny wysyłane są przez struktury już w sumie kontrolowane przez istoty będące hybrydami, tak że zrobiła się nieco jakby bardziej rodzinna atmosfera; nawet Drakonianie nie wiedzą dokładnie, skąd się wzięli w naszej rzeczywistości, ani kiedy zaczęła się ich historia; nie ma się co zamartwiać „co będzie, kiedy stanę oko w oko z gadoidem”, ponieważ każdy z nas już niejeden raz w życiu znalazł się w takiej sytuacji, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego od pewnej osoby czuje „coś dziwnego” (one nie posiadają emocji w naszym sensie, toteż ich nie odwzajemniają); aby spotkać się ze smokiem albo demonem, przede wszystkim należy się bać – wtedy zachodzi synchronizacja częstotliwości; „złe rzeczy” przytrafiają się tylko osobom, które mają „złe myśli” – kto generuje same dobre myśli, tego nie spotka nic złego; ziemskie insekty zostały stworzone przez insektoidy podobne z wyglądu do modliszek; delfiny nie są zwierzętami, lecz istotami bardziej inteligentnymi od ludzi, pochodzą z galaktyki Andromedy i kiedyś wyglądały podobnie, jak my, a gdy giną w sieciach bądź na plażach, robią to specjalnie, żeby pokazać nam, co czynimy – w ogóle nie boją się śmierci, bo doskonale rozumieją, że to tylko relaksująca podróż do nowego ciała; Bill Cooper był szczerym i uczciwym człowiekiem (Swerdlow poznał go osobiście), ale pod koniec życia został w nim uaktywniony program, czego nie potrafił sobie uświadomić albo się z tym pogodzić, a tego efektem było zanegowanie przezeń własnego dorobku i zajęcie stanowiska, że cały temat ufo to krajobraz złożony z fałszywek spreparowanych przez służby; Tom Bearden to dezinformator; informacje od Leo Zagamiego są zgodne z prawdą, aczkolwiek dziwne jest, że ktoś postawiony tak wysoko w hierarchii Iluminatów zbuntował się i zaczął o wszystkim mówić publicznie; za wieloma samobójczymi zamachami w Izraelu tak naprawdę stoi Mossad, tzn. używają do tego Palestyńczyków o wypranych mózgach – przypadkowi cywile giną, ale dzięki tym tragediom łatwiej potem przychodzi usprawiedliwiać brutalną politykę Izraela wobec sąsiadujących krajów i grup etnicznych; osoby przejmujące się globalnym ociepleniem mogą odetchnąć z ulgą – obecnie wkraczamy w małą epokę lodowcową, a za kilka dekad w niektórych teraz zasiedlonych miejscach będzie zimno „nie do wytrzymania”; człowiek zdecydowanie potrzebuje w diecie protein z mięsa, zarówno pod względem budowy fizycznej, jak i solidności połączenia dusza-ciało czy tak zwanej „siły ducha”, a wegetarianie po latach praktykowania wyglądają, jakby już szykowali się do odejścia z tego świata; Annunaki nie byli wojownikami, tylko raczej takimi naukowcami; wyniszczanie Aborygenów, Indian itp. pradawnych kultur jest celowe i będzie trwało do skutku, to jest metodyczne przedsięwzięcie Iluminatów – wszelkie takie społeczności są przez nich postrzegane jako zagrożenie, ponieważ w ich tradycjach i kulturze do dnia dzisiejszego zachowała się pamięć o wiecznym połączeniu każdego człowieka z Boską Duszą i w Nowym Porządku Świata mogliby tego nauczyć innych, a przecież wszyscy mają być wtedy bezrefleksyjnymi robotami (tzn. będą zawody i kariery tak samo, jak teraz, ale dużo bardziej ryzykownie będzie „schizować” i wierzyć w „spiskowe teorie dziejów”); chemiczne smugi mają wiele zastosowań, np. wywoływanie agresji i niepokojów społecznych, ale przeważnie rozpylanie tych mikstur ma na celu aktywowanie i stymulowanie gadoidziego DNA u osób posiadających je w skali 30-40% całości i z tego powodu postrzeganych przez Iluminatów jako ewentualna przyszła konkurencja w rywalizacji o prymat – którzy w związku z tym za pomocą tych chemikaliów usiłują wyeksponować osoby predysponowane genetycznie w ten sposób, w celu ich neutralizacji w dalszej kolejności; Las Vegas to główne centrum testowania nowych broni biologicznych i wpuszczania najróżniejszych zarazków do obiegu, jako że przybywają tam ludzie z całego świata, którzy następnie rozwożą bakterie i wirusy po najróżniejszych zakątkach globu; w związku z obiektami z pasa Kuipera istnieje możliwość rezygnacji z planu sztucznej inwazji obcych z powodu …faktycznej inwazji obcych – na chwilę obecną nader trudno o rozeznanie, co jest prawdą, a co elementem mistyfikacji; już 30 lat temu Ziemianie posiadali technologię wyświetlania na ekranie „prosto z mózgu” obrazów widzianych przez człowieka we śnie; wszelkie podróże astralne „poza ciałem” są niebezpieczne; zjawisko ‚orbs’ (okrągłe obiekty na zwykłych zdjęciach) to istoty zaglądające do nas z innych rzeczywistości, tak samo my byśmy wyglądali zerkając do ich wymiarów; zjawisko ‚critters’ (fotografowane na niebie ufo przypominające żywe stworzenia) to żyjące w ziemskiej atmosferze na wpół eteryczne stworzenia przypominające gigantyczne ameby – gdyby były normalnie fizyczne, to byłby koniec lotnictwa..; marihuana używana od czasu do czasu pomaga w aktywacji szyszynki, ale trzeba uważać, żeby nie znaleźć się w sytuacji, kiedy już potrzebuje się tej stymulacji, aby „otworzyć własną duszę” – stosowana ciągle powoduje degenerację DNA oraz pozbawienie mózgu możliwości tworzenia nowych połączeń neuronowych; od innych środków pobudzających pamięć, koncentrację itp. bardziej godne polecenia jest mądre odżywianie się, daje też nawet lepsze efekty; do papierosów dodawanych jest ponad 900 substancji toksycznych, zwiększających ryzyko zachorowania na raka itp. – natomiast palenie naturalnego tytoniu nie powoduje uszczerbku na zdrowiu; picie własnego moczu to tragiczny pomysł – gdyby było w nim coś dobrego, organizm by to zatrzymywał, a nie wydalał, to są same toksyny; państwo Swerdlowowie raczej nie wierzą w karmę, tylko że każdy cały czas jest kowalem własnego losu i w każdej chwili może się zmienić od wewnątrz, na co otaczająca go rzeczywistość natychmiast zareaguje niby odbicie w zwierciadle – i nie, że być może, ale na pewno, tak to po prostu jest, a że owo odwieczne prawo wciąż jest na naszej planecie celowo ukrywane przed miliardami, to już zupełnie inna, dłuższa historia i zarazem jak gdyby wyzwanie, przed którym wszyscy stoimy, aby na własną rękę do tego dojść i praktycznie się o tym przekonać – choćby zewsząd wpajano nam, że żadna tego rodzaju zasada wcale a wcale nie funkcjonuje, bynajmniej, według ustaleń naukowców świat jest raczej niesprawiedliwy i przypadkowy – a to właśnie jest bzdura z piekła rodem, nic z tych rzeczy, nawet wszystkie spotykane w życiu osoby trafiają na naszą drogę nie przypadkiem i jako wierne odbicie naszych nastawień, myśli i uczuć, jak również samooceny; inna ważna sprawa: kto nie potrafi kochać siebie, nie jest w stanie pokochać nikogo innego – to akurat może mało odkrywcze, ale nie zaszkodzi przypomnieć, że także według weterana tajnych projektów i świadka wielu straszliwych rzeczy, dokładnie tak to jest z tym życiem, podobnie jak nikogo nie da się napoić z pustej manierki; duszy nie można zniszczyć, jest wieczna; dusze nie mają płci, płeć jest tylko odbiciem tymczasowej polaryzacji niematerialnej świadomości; seksualność to nie to, co się ludziom mówi, wpaja w mediach i kulturze; po śmierci lepiej nie iść do białego światła, tylko do złotego albo fioletowego – białe prowadzi na „niższe poziomy astralne”, gdzie egzystują samolubne byty, dla których manipulacja to dosłownie „styl życia”, one wybrały sobie taką drogę, nie potrafiąc oprzeć się możliwości zaspokajania do woli własnych egoistycznych potrzeb i popędów, egzystują „dla siebie a nie „dla innych” – która to właśnie dychotomia generalnie odróżnia wypełnianie się natur ludzkiej i gadoidziej (co w tym naszym wariancie przestaje kojarzyć się z poświęceniem, kiedy się wie i potrafi to odczuć, że wszyscy jesteśmy tym samym, zawsze połączeni, cząstkami jednej Boskiej Duszy, z której się wywodzimy i do której kiedyś powrócimy, kiedy już godziwie „wyrobimy tę normę” doświadczeń i przemierzymy pełen przygód szlak samopoznania, „wypełnimy misję” niby nieustraszeni zwiadowcy wysłani w fizyczny świat przez Boską Świadomość, od której zresztą nigdy w ogóle nie byliśmy, nie jesteśmy ani nie będziemy oddzieleni, jakimiś odrębnymi bytami – „Boska Dusza” nie jest nigdzie na zewnątrz, tak tylko zawsze wkręcały wszelakie religie używane do „tłamszenia kurczaczków”).

W kontekście powyższych informacji od Stewarta Swerdlowa, które jako ufolog po trzech semestrach bez ferii oceniam, na ile potrafię, jako optymalnie wiarygodne i nie szkodzi, że mocno różniące się klimatem od sielskiej atmosfery slajdów z rzutnika globalnych mediów – rzecz jasna można się spodziewać, co prawda w bliżej nieokreślonej przyszłości, dość gruntownego przebudowania całej niniejszej witryny pod kątem zamarkowania przyzwoitego dystansu do niektórych z zapałem wcześniej relacjonowanych hipotez itp. chwytliwych pomysłów, jakie w poczuciu wielkiej misji niestrudzenie ujawniałem światu, a teraz jednak coś jakby okazuje się, że sporo się w tym wszystkim przekradło ściem i zwodniczych miraży; no i wykrakałem…

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2007-8-1  poddawanie się działaniu promieni X nigdy nie jest zbyt zdrowe i mammografia nie jest tu wyjątkiem; wszyscy liderzy polityczni na świecie są spolegliwi wobec dyktatu Iluminatów albo są eliminowani; ludzie mogą mieć tylko 2 spirale DNA – 12 nawet nie mogłoby się połączyć; temat kalendarza Majów został podjęty i wyeksponowany przez władze, tak naprawdę dotyczy on wyłącznie aktywności Słońca; zmarłe ukochane zwierzęta domowe są połączone z naszymi świadomościami i zobaczymy je ponownie, czekające na nas

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-6-1   wielki zderzacz hadronów w CERN to szlachetne naukowe przedsięwzięcie obliczone na otwarcie międzywymiarowego portalu do płaszczyzny astralnej reptilian oraz alternatywnych rzeczywistości, w których naziści i gadoidy wygrały; delfiny posiadają kości biodrowe, co wskazuje, że kiedyś chodziły w pozycji wyprostowanej, obecnie są mordowane przez Iluminatów metodą umyślnego emitowania specyficznych częstotliwości dźwiękowych – aby nie dopuścić do przekazania ludziom informacji

http://www.expansions.com/Archives/QA_Archives.cfm?DOP=2008-5-1   nigdy nie należy jeść ryb pochodzących z hodowli, tylko żyjące dziko i złowione na głębokich wodach, z dala od brzegu; czosnek od tysięcy lat jest znany z dobroczynnego wpływu na zdrowie, jedzący go ludzie żyją dłużej i są silniejsi – tymczasem obecnie w czasopismach reklamowanych jako naukowe coraz częściej publikuje się informacje zniechęcające do jego spożywania

Równie ciekawe archiwum sekcji „wiadomości” (na razie próbka):

http://www.expansions.com/News.cfm?DOP=2008-2-1&pnl=1_2   obiekty w pasie Kuipera należą do wielu różnych ras obcych, oprócz insektoidów także istot z Syriusza-A, ale również licznych grup z innych rzeczywistości/wymiarów, z których większość, jeżeli nie wszystkie, są kompletnie nieznane, tzn. nikt z Ziemian jeszcze nigdy się z nimi nie zetknął; ich intencje nie są ani „złe”, ani „dobre”, tylko prawdopodobnie „mieszane”, a wyrażają je ostrzegawczym strzelaniem w Ziemię za pomocą asteroid i meteorytów, którymi umyślnie nieznacznie chybiają

http://www.expansions.com/News.cfm?DOP=2008-7-1&pnl=1_2    zarówno emocje, jak i wzorce myślenia reprezentowane przez ludzkość oddziałują na cykl aktywności Słońca – ostatnio przypomina on „ciszę przed burzą”; niektórzy naukowcy utrzymują, że to normalne i po prostu właśnie obserwujemy to pierwszy raz, podczas gdy inni twierdzą, że „ze Słońcem jest coś nie tak”

Informacje z radiowego wywiadu Stewarta i Janet Swerdlowów dla programu „The Investigators Report” z lata 2008 r.: Jezus miał naprawdę na imię Immanuel, wł. pisownia to byłoby „Jmmanuel” – bez żadnej samogłoski na początku; jego poczęcie polegało na sztucznym zapłodnieniu Marii przez obcych, którymi byli Plejadianie współpracujący z …gadoidami – również religia miała być hybrydą z „religią” gadoidów i zaistnieć jako Nowa Światowa Religia (dzisiaj historia się powtarza); ukrzyżowanie było jak gdyby kontrolowane czy też „ustawione”, dzięki wykorzystaniu pewnych specyfików uzyskano efekt pozornej śmierci; Jmmanuel był mężem Marii Magdaleny, z którą miał trójkę dzieci; po „zmartwychwstaniu” wraz z najstarszym synem uszedł do Kaszmiru, do miasta Serenegar; Maria Magdalena, brat Jmmanuela Józef oraz pozostała dwójka jego dzieci wyemigrowali przez Morze Śródziemne na południe Francji, gdzie po dziś dzień w pewnych wioskach co roku obchodzi się święto jej przybycia, jest też świątynia jej imienia i relikwie, m.in. czaszka emitująca niezwykle silną energię – Watykan zna położenie wszystkich fragmentów szkieletu; tymczasem na Wschodzie wnuczek Jmmanuela zawędrował aż do Japonii, gdzie można znaleźć poświęconą mu świątynię oraz ślady nauk; już Jmmanuel mówił, że każdy może czynić to samo, co on – tzn. „cuda”; dzisiejsi wykształceni ludzie myślą, że są bardzo światli, ale tak naprawdę są „wpuszczeni w maliny” daleko od prawdy – Boska Świadomość/Dusza Kosmosu „myśli” przy użyciu tonów, kolorów i symboli, co stanowi tzw. „język hiperprzestrzeni”, który każdy człowiek podświadomie wykorzystuje – tę wiedzę, pod którą podpadałyby również numerologia, astrologia itp., znają i stosują do własnych celów Iluminaci, podczas gdy „swoich poddanych” trzymają od niej jak najdalej, dziś za pomocą ośmieszania, a w poprzednich wiekach kategorycznie zakazując jej praktykowania w Biblii itp.; pomiary energii w Układzie Słonecznym wykazały, że jest jej 20 razy więcej niż powinno być – skłoniło to współczesnych naukowców do przyjęcia założenia, że mamy tu jeszcze ok. 20 oddziałujących na nas symultanicznych rzeczywistości, których nie widzimy, gdyż znajdują się one jak gdyby „na innych częstotliwościach”; szyszynka stanowi coś w rodzaju drzwi pomiędzy światami fizycznym a niematerialnym; doniesienia o ufo nagle zaczęły być relacjonowane w największych, klasycznych, globalnych koncesjonowanych mediach, typu CNN czy BBC – ma to prawdopodobnie związek z planem sfingowanej inwazji obcych, których zapewne nigdy nie zobaczymy nawet jak wyglądali, zanim „nasi zbawcy” gadoidy ich nie „przegonią”; również duża liczba obserwacji „wizerunków Jezusa” na szybach itp. ma związek z planem „Drugiego Nadejścia Chrystusa”, który pojawi się po przedstawieniu opinii publicznej gadoidów i wezwie do ustanowienia Nowego Porządku Świata wraz z naszymi nowymi braćmi w chrześcijaństwie – na razie pod tym kątem potwierdzono już autentyczność Całunu Turyńskiego, który zostanie wykorzystany w zamykającym usta sceptykom teście porównawczym DNA (miejmy nadzieję, że rezultat testu będzie można obstawiać u buka..!  ;) Paryż, zanim jeszcze pojawili się Wikingowie, w rzeczywistości został założony przez Egipcjan i nazwany „Pa-isis” na cześć bogini Isis – stąd ezoteryczny rozkład ulic; programowanie mas ludzkich za pomocą tv jest dziś wszechobecne, od programów dla dzieci (np. bajka „Teletubisie”) przez wszystkie inne – ale zawsze wokół nas musi być też trochę prawdy, ponieważ Boska Dusza zawsze znajduje się w równowadze – Iluminaci wiedzą, że inaczej ta rzeczywistość „zawaliłaby się”; Wielki Zderzacz Hadronów w CERN pod Genewą ma ustanowić połączenie z alternatywną rzeczywistością, w której Nowy Porządek Świata trzyma się już mocno, aby energie stamtąd przetransferować do naszej rzeczywistości – na tej podstawie można przypuszczać, że planują u nas jakieś większe wydarzenie, skoro potrzebują wielkich ilości tego rodzaju energii.

Inny wywiad radiowy już samego Swerdlowa dla w/w programu: Stewart w wieku 13 lat został zwerbowany do „Project Montauk”, gdzie akurat trwały próby „produkcji” jednostek zdolnych do postrzegania alternatywnych rzeczywistości bez używania sprzętu – skończyło się na tym, że stracił wzrok w następstwie zmodyfikowania funkcjonalności jego mózgu w sposób umożliwiający mu postrzeganie ludzkiej aury, sekwencji DNA oraz pól energetycznych, wobec których fizyczna rzeczywistość stanowi tak naprawdę tylko nakładkę; po wielu latach przeszedł operację chirurgiczną, która odblokowała naturalne połączenie między oczami a mózgiem; cała znana dziś masom historia jest sfałszowana, od wieków była modyfikowana i kształtowana pod kątem interesów rządzących rodów, tak by poddani „nie szukali dziury w całym” i wszystko im pasowało, że są wolni, aby niczego nie mieli prawa podejrzewać, że istnieje siła kontrolująca historię, grupa dynastii połączona wspólnymi interesami, ideologią oraz korzeniami – „niedocenianym” przez kronikarzy dziejów faktem jest, że na południu Francji istniało niegdyś hebrajskie królestwo, gdzie potomkowie Marii Magdaleny wymieszali się z przybyłymi z gór Kaukazu Kazarami, dając początek dynastii Merowingów, z której wywodzi się wszystkie 13 rodzin Iluminatów; symbolem Kazarów był smok, natomiast symbolem francuskich potomków Jmmanuela lew – z ich połączenia powstał lew o dość strasznej, smoczej twarzy, symbol rozpowszechniony na przestrzeni następnych wieków po całej Europie; na czele Iluminatów od 800 lat stoi zawsze głowa rodu Rothschildów, osoba znana jako „Pindar”, czyli „penis Ozyrysa” – kult falliczny to podstawa ich gadoidziej religii; ale od jakiegoś czasu Windsorowie się wyłamują i chcą wykreować Pindara w swoich szeregach, co widać po zamieszaniu z Unią Europejską, a w ostatniej dekadzie XX wieku przebudzili się również przyczajeni dotąd Romanowowie, którzy starają się odtworzyć potęgę Rosji według nowego modelu, socjalistyczno-dyktatorskiego w miejsce dawnego komunistycznego (kiedy np. Sarkozy i Putin w krótkim odstępie czasu obydwaj dali się sfotografować z nagim torsem, był to według Swerdlowa staromodny pokaz siły w wykonaniu reprezentantów tych konkurujących za kulisami sił – w tym wypadku Rothschildów i Romanowów); w starożytności, po zagładzie Atlantydy i Lemurii, na Ziemi było tyle różnych obcych wpływów, że pewne grupy postanowiły stworzyć nową religię, aby jakoś to opanować i przejąć kontrolę nad całym tym cyrkiem – było to wspólne przedsięwzięcie Plejadian, gadoidów i Szarych, zmaterializowane w sztucznie stworzonym zarodku, później znanym pod imieniem Jmmanuel; grób Jmmanuela po dziś dzień znajduje się w Serenegar w Kaszmirze, nie jest ukryty, opiekuje się nim osoba pochodzenia żydowskiego, według inskrypcji zmarł w wieku 117 lat; Maria Magdalena musiała wraz z dziećmi emigrować ze względu na zagrożenie ze strony …apostołów – antagonizmy były bardzo ostre, szybko rozgorzała tam walka polityczna bez przebierania w środkach; miasteczko Rennes le Chateu zostało zbudowane nad systemem jaskiń, gdzie się wówczas schronili; syn oraz brat Jmmanuela udali się następnie do Anglii, gdzie dali początek legendom a’la Camelot, czarodzieje, magia itp.; Kazarowie byli potomkami Sumerów; sumeryjska para bogów Nimrod i Semiramis na rzeźbach przedstawiana była jako ludzie z pewnymi gadzimi cechami – ponieważ to właśnie były pierwsze hybrydy; w sumeryjskiej tradycji magiczną liczbą była trójka – po dziś dzień królowa Anglii albo Bushowie np. podczas inauguracji wykonują gest z trzema uniesionymi palcami, to nie jest „stary teksański gest” ani „coś dziwnego, nieważnego”, czynią to również aktorzy Hollywood, politycy oraz wojskowi z różnych krajów świata, wszyscy powiązani z ukrytą rządzącą elitą – chodzi w tym o kult „boga o trzech rogach”, wywodzący się ze starożytnego Sumeru (podobnie jak rządzące rody), silnie obecny w religii naszych gadzinowatych przyjaciół; Biblia powstała jako synteza nowej promowanej religii z kultami pogańskimi, tak żeby Poganie czuli się w miarę swojsko, np. dalej obchodząc święta w te same dni roku; Biblia nie jest dziełem ludzi, czego dowodzi obecność kodów możliwych do odczytania wyłącznie za pomocą komputerów, w dodatku składających się z symboli „języka hiperprzestrzeni”; kiedy „Jezus” powróci, zostanie uwiarygodniony porównawczym testem  DNA z Całunem Turyńskim i ogłosi „niniejszym ustanawiam Nowy Porządek Świata, moje Święte Królestwo” (jak zapowiedziano w Biblii) – kto wtedy odważy się podnieść głowę wśród tłumu i powiedzieć „nie, Jezus, nie masz racji”..?; księżna Diana wywodziła się z jednej z rodzin tworzących wspierający Iluminatów „Komitet 300” i została wybrana ze względu na przewagę ludzkiego DNA, w celu przywrócenia dynastii królewskiej zachwianych proporcji 50/50 – po wyprodukowaniu następców tronu została rytualnie złożona w ofierze; Camilla Parker Bowles według certyfikatu urodzenia ma na imię Camillo i jest mężczyzną, co wyjaśniałoby uczucie księcia Karola; to nie jest tak, że kiedy zmienisz swój sposób myślenia, to świat wokół Ciebie jako odbicie może też się zmieni – tak się musi stać, na pewno, „tak to jest”, tak samo jak lustro nie może odbijać smutnej twarzy, kiedy się uśmiechniesz; na tej zasadzie ludzie całą swoją mocą psychiczną mogliby w mgnieniu oka pozbyć się tych wszystkich negatywnych narzutek historycznych – tak naprawdę to nasze wzorce myślenia powodują obecność ciemiężycieli i nawet jeżeli pokonamy ich fizycznie, czołgami lub kamieniami itp., a nie zmienimy nastawienia psychicznego ani przyzwyczajenia do robienia z siebie „niewinnych, poszkodowanych ofiar”, to znajdą się następni „oprawcy”, pojawią na pewno, niczym odbicie grymasu w lustrze – stwarzanie rzeczywistości myślami działa tak samo w pozytywną, jak i negatywną stronę.

Jeszcze inny wywiad radiowy S. Swerdlowa dla tego samego programu (którego prowadzący przed laty powołał go do życia aby udowodnić światu, że …Biblia jest prawdziwa i to faktycznie „słowo Boga” – był przodującym chrześcijańsko-konserwatywnym analitykiem, dopóki po 11 IX 2001 coś mu nie przestało pasować): technologie wykorzystywane w „Project Montauk” pochodziły od obcych z Syriusza-A, najbardziej zaawansowanej rasy kontaktującej się z ziemskimi władzami (jak twierdzili, również technologie mieszkańców Atlantydy pochodziły od nich); Trójkąt Bermudzki to pole energetyczne stanowiące pozostałość po tunelu międzywymiarowym stworzonym przez Atlantów jako coś w rodzaju podjazdu dla ich gości przybywających z kosmosu, jeszcze po drugiej stronie globu przebija się jako Morze Diabelskie, również znane z zaginięć obiektów – urządzenie pogrzebane na dnie oceanu czasami jeszcze „styka”; większość ludzi z gwiazd nie uważa mieszkańców Ziemi za „w pełni ludzi”; gadoidy z konstelacji Draco zostały tam w jakimś celu umieszczone lub stworzone przez przezroczystych ludzi (ang. ‚clear people’), nie są naturalnym elementem naszej rzeczywistości; ich atak na konstelację Lutni był totalnym szokiem dla prawie już eterycznych istot, które nie posiadały żadnych broni; 70% populacji Drogi Mlecznej wywodzi się od ludzi, 25% od gadoidów, 5% to inne formy m.in. insektoidalne; podczas formowania się planet w ruchu wirowym siła odśrodkowa powoduje tworzenie się wewnątrz pustej przestrzeni i wyrzucanie materiału przez otwory powstające wówczas na biegunach, a kiedy obydwie powierzchnie z czasem stygną, gorąca materia zostaje uwięziona wewnątrz i dalej znajduje ujście jedynie w procesach wulkanicznych, na każdej planecie najbardziej intensywnych na wysokości geograficznej 19,5 stopnia – innymi słowy, większość planet jest pusta w środku; w charakterze napędu swoich lodowych komet-pocisków gadoidy używają małych czarnych dziur, które umieszczają przed nimi; w biblijnej Księdze Rodzaju, a przynajmniej w jej hebrajskim oryginale, dokładnie wszystkie odniesienia do Boga są w liczbie mnogiej, np. „na nasze podobieństwo” – ponieważ historia ta opowiada tak naprawdę o projekcie genetycznej hybrydyzacji, który był próbą ugruntowania pokoju pomiędzy Atlantydą a Lemurią, pomysłem mediatorów z galaktyki Andromedy zakładającym, że stworzenie gatunku łączącego w sobie cechy obydwu ras uspokoi wojenną zawieruchę; religia to jedno z pierwszych przedsięwzięć kontroli umysłów – podczas gdy Bóg nie wyznaje żadnej religii, bo każda byłaby ograniczeniem i każda stanowi przeszkodę w kontakcie z Boską Świadomością, który jest nam dany naturalnie, a rozmaite religie jedynie go zakłócają; globalną stolicą Nowego Światowego Porządku ma zostać Nowy Jork – gmach ONZ już stoi; w wyniku procesu hybrydyzacji ludzie posiadają jednocześnie nawzajem sprzeczne sekwencje DNA – jesteśmy wewnętrznie skonfliktowani „od podstaw”; krew zawierająca miedź jest bardziej wydajna i z reguły pozwala na znacznie dłuższe życie.

Ciekawostka dla osób znających język angielski – kilkuminutowy filmik nakręcony domową kamerą internetową, na którym anonimowy młody człowiek wyraża swoje uznanie dla dorobku S. Swerdlowa – tutaj.

Krótki fragment wideo promujący prelekcje Stewarta nie udostępnione do darmowego rozpowszechniania: od tysięcy lat nauki o ruchu wirowym ludzkich czakr są zwodnicze i spreparowane, ponieważ ruch wirowy powoduje powstawanie otworów, także w polu energetycznym człowieka (aurze) – innymi słowy dziur, przez które potem „można się do niego dobrać”. Wirowanie czakr należałoby wizualizować sobie jako ich ruch okrężny wokół ciała w poziomie, a same czakry jako kolory, w których nasza sylwetka jest zanurzona. Osobiście póki co nie praktykuję tego typu sztuczek, może jestem zaprogramowany na mądralę zasiedziałego przed ekranem monitora – ale dla zainteresowanych & odważnych & pracowitych & osób w ogóle zdolnych się skupić i wyciszyć – staram się te niuanse możliwie wiernie i obiektywnie relacjonować; choć w materiałach na witrynie expansions.com jest tego dużo więcej, niż można by sądzić po niniejszym wybiórczym streszczeniu/tłumaczeniu, w którym generalnie pomijam tego typu porady – z ciekawszych/najważniejszych rzeczy wypadałoby pewnie tylko wspomnieć, że wymierne działanie ochronne ma według S. Swerdlowa wizualizowanie sobie siebie, innej osoby czy „planety minus czynniki negatywne” – w każdym razie czegoś, co chcemy chronić – wewnątrz bąbla wypełnionego kolorem fioletowym (nie mylić z purpurowym); z kolei kolor różowy odpowiada miłości – wyobraź sobie siebie w takiej otoczce, jeżeli świat narzeka ci, że nikogo nie kochasz; ale może najcenniejsza, o ile prawdziwa, wskazówka Stewarta dotyczy wizualizacji absolutnej ochrony, która może uratować życie nawet w sytuacji apokaliptycznego trzęsienia ziemi, o czym przekonywał nawet prowadzącego „Coast to Coast” podczas audycji na żywo – polega to na wyobrażaniu sobie siebie lub osoby, której chcemy zapewnić bezpieczeństwo, np. podczas medytacji, wewnątrz dość skomplikowanej figury geometrycznej, którą można mam nadzieję zobaczyć na marginesie niniejszego akapitu lub w razie czego tutaj, a chodzi o fioletowy czworościan foremny wewnątrz fioletowego ośmiościanu foremnego. Trochę to głupie, że jakieś trójkąciki wyobrażane sobie w głowie mogłyby zapewnić nam bezpieczeństwo w wartkim strumieniu niebezpiecznych fizycznych zdarzeń – ale jeżeli nasza rzeczywistość faktycznie jest tak naprawdę wirtualna, to pamięć i postacie tego „świata gry” pewnie są w jakiś sposób zakodowane i raczej niewykluczone jest stosowanie przez system rozmaitych oznaczeń wyręczających konieczność ciągłego powtarzania obliczeń „bilansu uczynków” – np. że dana postać doświadcza stale tego czy tamtego, ma taką czy inną przyporządkowaną przez system po ostatniej komputacji punktów „lekcję” czy emocjonalną barwę przytrafiających się zdarzeń, albo jest chwilowo nietykalna i symbolem tego w języku hiperprzestrzeni jest właśnie specyficzna figura geometryczna w określonym kolorze – tak jak w grze komputerowej byłaby to pewnie wartość określonego bajtu, np. 157; no i może oni tam w tych tajnych projektach „zhakowali” ten niematerialny kod fizycznej rzeczywistości, albo paru szczegółów na jego temat dowiedzieli się od obcych w ten czy inny sposób – no i teraz można tak sobie „oszukiwać”, jeśli „znasz te kody”, ponieważ nasze myśli i wyobrażenia robią jeszcze karierę w strumieniu danych przetwarzanych przez inteligencję kosmosu i jakoś tam na pewno są z nami połączone, a zatem również owe symbole/kolory stanowiące ich przedmiot. Ja tam nie wiem, może ten dziwny, pełen ostrych kątów kod-symbol to jest akurat na przeczyszczenie albo poślizgiwanie na schodach, może to dezinformacja – więc póki co na sobie tego nie ćwiczę, zwłaszcza że nie budzę się co rano z poczuciem zagrożenia ani obserwując na ścianie wesoły taniec czerwonych światełek laserowych celowników – ale Stewart Swerdlow faktycznie żyje i ma się dobrze, choć dużo podróżuje od lat nadając o tym samym, co Phil Schneider i Serge Monast – więc może to jednak jest skuteczne i w razie czego przyda się wypróbować..?

Radiowy wywiad S. Swerdlowa dla wesołej czarnoskórej prowadzącej: to nie przypadek, że się tu znaleźliśmy, że żyjemy właśnie w takich czasach i miejscu – sami podjęliśmy taką decyzję, aby tutaj „przybyć”, z takich czy innych powodów; cały czas jesteśmy podatni na wpływy alternatywnych rzeczywistości. Inny wywiad  w tym samym programie: rodzice Stewarta zaprzeczają, że pozwalali wojsku wykorzystywać go jako dziecko w eksperymentach, ale kiedy on sam ich o to wypytuje, jego mamie czasem wymknie się riposta w rodzaju „to nie było co tydzień..!”; śmierć Johna F. Kennedy’ego Juniora (syna JFK, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zostałby senatorem ze stanu Nowy Jork, a jego niezwykła popularność rodziła spekulacje o jeszcze wyższym fotelu) była podobnie jak katastrofy innych samolotów w tym rejonie – m.in. linii lotniczych TWA, egipskich oraz Swissair – efektem nowych zastosowań bazy w Montauk, polegających na manipulowaniu pogodą i testowaniu nowych broni; dziwna okoliczność dotycząca tej sprawy polegała na tym, że ciało Kennedy’ego Juniora wyciągnięto z wraku, poddano autopsji na pokładzie okrętu, następnie od razu skremowano i z powrotem „oddano morzu” – nigdy nie powróciło na ląd, tak jakby próbowano coś ukryć i nikt niepowołany nie mógł go zobaczyć; marynarze, którzy przeżyli „Eksperyment Filadelfia”, zostali odosobnieni w zamkniętym ośrodku w stanie Nevada, gdzie do końca życia byli poddawani badaniom i obserwacji (struktura molekularna cząsteczek ich ciał uległa zmianom), a ich rodziny powiadomiono, że zginęli; w programie „Montauk” ustalono, że istnieje coś w rodzaju „kosmicznego zabezpieczenia” przed modyfikacją przeszłości lub przyszłości – przesuwając się w czasie i zmieniając coś, tworzy się jedynie nową linię czasu, coś jakby rozgałęzienie, czy może raczej jest to „przestawienie zwrotnicy prawdopodobieństwa” na inną, już istniejącą w nieskończoności wariantów sekwencję wydarzeń; trzeba bardzo uważać na to, co się myśli, ponieważ gdzieś w jakiejś alternatywnej rzeczywistości to dzieje się naprawdę, tzn. inne, równoległe wersje nas czynią to, o czym w tym wymiarze tylko myślimy (np. żeby komuś zrobić coś niemiłego); nie ma czegoś takiego, jak „boska interwencja”, ponieważ „boska dusza” jest neutralna i „zdaje sobie sprawę”, że wszystko ma gdzieś swoje miejsce, tzn. musi się kiedyś gdzieś wydarzyć i właśnie dlatego następuje; podróżowanie w czasie i podróżowanie w przestrzeni międzygwiezdnej odbywa się tak samo, przy wykorzystaniu faktu, że każdy punkt w czasoprzestrzeni posiada unikalne koordynaty częstotliwości wibracyjnej – dostrajając do nich osobę, powoduje się natychmiastowe powstanie połączenia – „korytarza”; „widzenie na odległość” (ang. ‚remote viewing’) to temat zastępczy wysunięty przez władze, zagmatwana sprawa służąca głównie zmyleniu tropów i odwróceniu uwagi od tego, co naprawdę dzieje się w ramach tajnych projektów i eksperymentów – jakkolwiek coś w tym jest i istnieją takie techniki, ale morze dostępnych na ten temat informacji jest bardzo mętne; jedzenie w sklepach generalnie nie ma wartości odżywczych, które organizm mógłby przyswajać – dlatego ciągle jesteśmy głodni.

Informacje z pierwszej części cyklu wykładów Stewarta pt. „Język hiperprzestrzeni” (ang. „Language of Hyperspace”): w Montauk przydzielono mu zadanie mentalnego podróżowania do hiperprzestrzeni w celu ustalenia znaczenia symboli używanych przez obcych – większość ras utrzymujących kontakty z rządem USA nie używała języka podobnego do naszego, lecz składającego się z symboli, tonów i kolorów; hiperprzestrzeń to nie do końca to samo, co w „Star Treku”, gdzie notorycznie „skakali w hiperprzestrzeń” – jeżeli każdą z wielu różnych istniejących rzeczywistości fizycznych wyobrazimy sobie jako zawartość jajka, to płaszczyzny astralne byłyby ich skorupkami, ograniczającymi i spajającymi fizyczny świat – natomiast hiperprzestrzenią będzie wszystko to, co znajduje się poza skorupkami jajek, coś w rodzaju kleju trzymającego to wszytko razem – marka kleju nazywa się „Boska Dusza” i jest to niezwykły klej, dzięki któremu wszystko istnieje, inteligentny i operujący za pomocą archetypów kolorów, tonów i symboli; cała rzeczywistość fizyczna to tylko coś w rodzaju „głupich myśli”, które „nie mieszczą się w głowie” i dlatego emanują na zewnątrz, to zamrożona energia w dość nienaturalnym dla siebie stanie; egzystujemy we wszystkich tych sferach jednocześnie, stąd bierze się też magiczny urok liczby 3 oraz trójfazowość powszechna w przyrodzie; w języku hiperprzestrzeni trójkąt jest symbolem kreacyjnej perfekcji, często spotykanym w logach korporacji; w rządowej terminologii słowa „obcy” i „pozaziemski” mają różne znaczenie – „obcy” (ang. „alien”) odnosi się do istot pochodzących z innych planet w tym samym fizycznym wszechświecie, natomiast „pozaziemski” (ang. „extraterrestrial” – „E.T.”) do istot pochodzących niekoniecznie z tej rzeczywistości, zdolnych do opuszczania jej i powracania w nią wedle własnego widzimisię, do jednoczesnej egzystencji zarówno w wymiarze fizycznym, jak i niematerialnym – podobnie jak elektron może być tak materią, jak i energią; płaszczyzna „pozaziemska” stanowi jak gdyby granicę pomiędzy światem fizycznym a niefizycznym, a w Biblii odniesienia do tej sfery znajdują się tam, gdzie mowa o stanie „wypadnięcia z łaski” – trafiają tam istoty/cząsteczki Boskiej Świadomości, które zaczęły sobie spekulować „może jestem kimś lepszym, niż Bóg”, „może nie potrzebuję Boga”, „może Bóg mnie nie chce” itp. – popadły w negatywne myślenie, czego efektem było natychmiastowe wytworzenie owej bardziej gęstej i bardziej fizycznej sfery, wyemanowanie jej z poprzednich, pierwotnych wobec niej i wszystkiego innego sfer – Boskiej Duszy (1), jej „zastanawiania się nad sobą” (2) oraz „uświadamiania sobie tego zastanawiania” (3); myślenie bez odpowiedzialności powoduje natychmiastową eksternalizację – materializację; następny energetyczny poziom pod „E.T.” („pozaziemskim”) to już „nasz”, gdzie egzystujemy wraz z innymi obcymi; te poziomy są uszeregowane nie tylko pod tym względem, że każdy stwarza następny, ale również pod kątem inteligencji – „pod nami” są zwierzęta oraz insekty, a pod nimi rośliny; na każdym poziomie występują cechy poprzednich, gdyż stanowią one jak gdyby kolejne, coraz mniej doskonałe odbicia; każdy poziom zarazem podtrzymuje ten, który go wytworzył, np. my zjadamy poprzednich i modlimy się do następnych; niektóre grupy obcych/E.T. „podrasowują” zwierzęta i insekty do naszego poziomu, przy czym zachowują one swój wygląd; pod poziomem roślin są jeszcze poziomy minerałów, a następnie cząsteczek, z których zbudowane są atomy; pod tą ostatnią „płaszczyzną” znajduje się już tylko wymiar czystej energii, czyli z powrotem „Boska Dusza” – hierarchia nie kończy się jak drabinka, ale zapętla; wygląda jak okrąg – a jeżeli chodzi o okręgi, to nie ma znaczenia, w którym jego punkcie jesteś; w języku hiperprzestrzeni okrąg jest symbolem przestrzeni, środowiska, istnienia; poziomy energetyczne od „naszego” w dół składają się na świat fizyczny, te powyżej poziomu „pozaziemskiego” to świat niefizyczny; „pozaziemski” to granica – coś jak miedza; w obrębie Boskiej Świadomości wszystkie światy fizyczne mają się do niefizycznych jak pojedyncza molekuła włókna do całej reszty wielkiego dywanu; nie istnieje coś takiego, jak chaos – to tylko kwestia zbyt wąskiej i ograniczonej perspektywy, nie pozwalającej na dostrzeżenie zarysów większego porządku – tak samo dla mrówki wędrującej po dywanie zmieniające się kolory wzorów byłyby totalnie chaotyczne; lewa półkula mózgowa operuje na fizycznej rzeczywistości, natomiast prawa jest odpowiedzialna za wymiary niefizyczne; dokładnie pomiędzy nimi znajduje się szyszynka, w samym centrum głowy; cały wszechświat i nasze ciała są hologramami, dlatego np. możliwe jest klonowanie przy użyciu dowolnego pojedynczego fragmentu DNA, z którego da się odtworzyć całość – tak samo każdy fragment hologramu zawiera fraktalnie zakodowany obraz całości; w 1899 r. Nikola Tesla skonstruował urządzenie pozwalające na przewidywanie wyładowań atmosferycznych w rejonach oddalonych o setki mil, było to coś w rodzaju radaru Dopplerowskiego – za pomocą tego sprzętu zaczął odbierać transmisje oraz kody języka hiperprzestrzeni, które uznał za przejawy działalności obcej rasy usiłującej kontrolować Ziemię – co ogłosił publicznie i pisały o tym gazety, a spotkało się to z wyśmiewaniem oraz zainteresowaniem ze strony rządu, natomiast jego samego nauczyło na przyszłość zachowywać pewne przemyślenia dla siebie; obecnie większość technologii stosowanych do masowej kontroli umysłów za pomocą satelitów, nadajników mikrofal, przekaźników energetycznych itp. bazuje na wynalazkach Tesli – urządzenia te generują fale synchroniczne względem elektromagnetycznych fal ludzkich myśli, jak gdyby „małpują je”, w związku z czym ludzie nie odróżniają tych wpływów od swoich własnych myśli.

Uwaga: układ akapitów powyżej jest tak naprawdę totalnie chaotyczny i tylko upozorowany na mniej więcej uporządkowany. Poniżej rezygnuję już z wysiłków stwarzania tego rodzaju złudzenia, aby nie wstrzymywać dłużej relacjonowania kolejnych informacji tylko z tego powodu, że trudno jest odgadnąć jakąś metodę ich sensownego i zarazem schludnego pod względem redakcyjnym codziennego dodawania w odpowiednie miejsca (dotychczas streszczałem głównie to, czego dowiedziałem się już wcześniej, zanim uruchomiłem tę witrynę; teraz już raczej tylko dodaję na bieżąco nowe szczegóły, w miarę poznawania ich podczas nurkowania w poszczególne źródła). Jednocześnie rzecz jasna zamierzam systematycznie pracować nad poprawianiem porządku na niniejszej podstronie, w związku z czym od czasu do czasu niektóre akapity mogą wykonywać pewne głęboko przemyślane manewry, np. łączyć się lub rozdzielać, albo wręcz rozpryskiwać czy w wyjątkowo uzasadnionych przypadkach, zmieniać kolejność; dopisywanie do akapitów kolejnych informacji nie będzie wiązało się z przenoszeniem ich na koniec tekstu, ale zazwyczaj chodzi tu o pojedyncze zdania (a gdyby nawet pojawiło się coś większego, to jakoś to zaczaruję, żeby bez sprawdzania metodą przewijania ciężko było przegapić). Korzystając z okazji, pozdrawiam wszystkich, którzy tu sobie czytają te różne ciekawe informacje, prawdziwe lub nie, ale w większości chyba tak, w każdym razie bardziej niż newsy przetwarzane jako pasza dla tłumów – albo 2 + 2 = 3,17..?

Info od Ala Bieleka z wywiadu z 1991 r. (tekst – j. ang.): na informacje od Toma Beardena trzeba uważać, ponieważ przemieszane są one z dezinformacją; z prelekcji A. Bieleka z 13 stycznia 1990 r. na konferencji ufologicznej w Dallas (tekst – j. ang.): od ponad wieku lub półtora wieku – gdyż zaczęło się to jeszcze w XIX stuleciu – istnieją dwa tory rozwoju technologicznego, z których jeden jest kompletnie ukryty przed opinią publiczną i kontrolowany przez wąskie elity, właśnie dzięki temu utrzymujące uprzywilejowaną pozycję; innym powodem ukrywania tych cywilizacyjnych zdobyczy w rodzaju alternatywnych źródeł energii jest niebezpieczeństwo załamania się ekonomii opartej na tradycyjnych surowcach i rozwiązaniach, gdyby technologie te zostały ujawnione zbyt nagle.

Uzupełnienie informacji z prelekcji Alexa Colliera z 2008 roku: choć Andromedanie są przed nami 10 tys. lat technologicznie i ok. 50 tys. lat duchowo, nadal popełniają błędy i miewają problemy we własnym społeczeństwie – nie należy więc traktować ich jak bogów, podobnie jak żadnych innych wyżej rozwiniętych istot z kosmosu – to takie same dusze jak nasze, tylko na innym etapie; to tak jakbyśmy wielbili siebie z przyszłości czy rozpływali w zachwycie w obecności naszych dzisiejszych sąsiadów starszych o kilkaset tysięcy czy ileś tam milionów lat. My trwamy w trzeciej gęstości, Andromedanie w piątej, a według ich nauczycieli z dziewiątej gęstości, wiele dusz na Ziemi i 21 innych gwałtownie ewoluujących światach to byty, które przeszły już całą drogę ewolucji duchowej i były na jedenastym poziomie gęstości zwanym „Petale” lub „założyciele” (ang. „founders”) – to one stworzyły tunele podprzestrzenne (ang. „wormhole”) i cały nasz holograficzny wszechświat, ale ponieważ wszechświat ten jak gdyby „utknął” czy „wpadł w zaspę”, tzn. zatrzymał się w procesie rozwoju duchowego, zdecydowały się opuścić wieczność i powrócić w wymiar czasu, zapomnieć kim są, by postarać się jakoś naprawić i rozplątać to od środka. Andromedanie posiadają jasnoniebieską skórę, a w ich rasie występują trzy rodzaje płci: żeńska, męska i obojnacza.

Informacje z wywiadu z Billym Meierem , opublikowanego w lutym roku 1989, streszczone w ciekawym autorskim pisemku ufologicznym „Alien Digest „: (s. 23-24) jednym z celów misji Plejadian jest ostrzeżenie Ziemian przed barbarzyńskimi istotami z kosmosu, planującymi podbój naszej planety, które niejeden raz niszczyły już całe globy; życie ludzkie jest dla nich warte tyle, co nic – aczkolwiek mieszkańcy innych światów tak samo muszą się ich obawiać; wszystkie kraje na Ziemi powinny się zjednoczyć, aby możliwie skutecznie przeciwstawić się temu zagrożeniu (przyp. autora cytowanego artykułu – czyżby chodziło o „New World Order” i jeden globalny rząd..?); tylko ok. 1 na każde 5 tys. rzekomych kontaktów Ziemian z kosmitami lub bytami z innych wymiarów to przypadek autentyczny – znane nieprawdziwe informacje dotyczą np. „grupy z Ummo” albo „Ashtara Sherana” – ten ostatni wprawdzie faktycznie przebywał kiedyś na Ziemi, ale dał się poznać jako kryminalista, w związku z czym został odosobniony w innym wymiarze gdzieś na tyle daleko, że ani on, ani nikt z jego ludzi nie ma możliwości komunikacji z mieszkańcami naszej planety.

W przygotowaniu „recenzja” ostatniej książki Stewarta Swerdlowa „Blue Blood, True Blood” („Błękitna krew, prawdziwa krew”) – której fragmenty i ciekawą przedmowę (w j. ang.) można przeczytać tutaj.

Nieunikniona uwaga odnośnie niezliczonych elementów zbioru informacji pochodzących od Stewarta Swerdlowa: choć przyjaciel Phila Schneidera Al Bielek oraz inni uczestnicy „Project Montauk” Preston Nichols i Duncan Cameron potwierdzają jego uczestnictwo w tym tajnym wojskowym programie, co zasadniczo funduje jego wiarygodność, jednak z drugiej strony on sam często trwoni ją w nietrudny do prześledzenia sposób, sypiąc niesprawdzającymi się przepowiedniami dotyczącymi dat inwazji na Bliskim Wschodzie, wyników wyborów prezydenckich w USA, apokaliptycznych trzęsień ziemi czy znamiennych wydarzeń na skalę globalną. Wprawdzie ogólnie to wszystko, co on od początku lat 90-tych rok po roku zapowiada i stara się nagłaśniać, faktycznie powoli się sprawdza i urealnia w krajobrazie medialnych doniesień – ale raczej nie według podawanego przezeń kalendarza, tylko tak jakby może 2-3 razy wolniej; z tym, że nawet Phil Schneider „miał tak samo”, spodziewał się np. stanu wojennego w USA jeszcze przed końcem lat 90-tych. W każdym razie dla mnie takim wyraźnym znakiem, żeby każdej interpretacji autorstwa S. Swerdlowa nie przyjmować zbyt pokornie i bezkrytycznie, jest jego niedawne stwierdzenie  w sekcji odpowiedzi na maile jego witryny internetowej – że wszystkie gry komputerowe zawierają elementy programujące psychikę graczy. Akurat sam kiedyś zrobiłem dwie gry komputerowe i niczego takiego tam nie wkodowałem, a poza tym jeszcze półtora roku temu gościłem w prężnej zachodniej firmie produkującej gry wideo i rozmawiałem tam z normalnymi, wyluzowanymi fajnymi ludźmi takimi jak my, tyle że mają trochę więcej kasy – no i nie zauważyłem na korytarzu żadnych przemykających chyłkiem szpiegów tajnych ezoterycznych stowarzyszeń… Owszem np. plansze tytułowe wyświetlane podczas wczytywania przez grę „America’s Army” robią dziwne wrażenie i w tym akurat coś może być, zwłaszcza że gra jest darmowa i sfinansowana przez wojsko USA – ale ogólnie zdaje się generalnie gry są takie same jak dawniej, 10 – 15 lat temu, w sensie że np. ścigasz się samochodem albo zabijasz wszystkich, śmiało biegając po terenie. Tak że tu moim zdaniem Stewart nie ma racji i pewnie tak samo jest też w wielu innych przypadkach, zwłaszcza że niejeden raz chyba każdemu tak się wydawało, kto przedzierał się przez te jego wiadomości uzyskane w latach pracy dla rządu i służb przemieszane z mogącymi przyprawić o zazdrość samego Nostradamusa śmiałymi przepowiedniami wojen i katastrof oraz godnymi Dalajlamy-supertelepaty objaśnieniami wydarzeń relacjonowanych przez media na antypodach. Cóż, każdy ma swoje wady; ale tak naprawdę w sumie nie wiadomo, ile ten gość ma racji, więc chyba raczej też nie ma za bardzo co krytykować; a jeżeli się sprawdzi z tą sfingowaną inwazją obcych do 2012 r., to pewnie nawet wypadało będzie skasować niniejszy akapit. Podsumowując, być może nienarodzeni jeszcze w tej chwili przyszli historycy naszej pełnej ciekawych dziwactw epoki, którzy miejmy nadzieję będą potem kiedyś mieli okazję uważnie to wszystko prześledzić i przeanalizować, kto dokładnie jak w którą stronę ciągnął tłumy swoimi słowami i hipotezami, osądzą w końcu zgodnie i trafnie, że S. Swerdlow to był taki człowiek, który faktycznie wiedział dużo więcej od większości osób mu współczesnych i to na prawie każdy temat – ale właśnie dlatego potem mu się wydawało, że wie już w ogóle wszystko o plus minus każdej sprawie w dowolnym zakątku świata, a jego moralnym obowiązkiem jest dzielenie się tymi informacjami ze zwykłymi ludźmi, pozbawionymi szans na samodzielne rozpatrywanie wydarzeń we właściwym kontekście i poruszeniu przyczynowo-skutkowym. Ja tam go lubię i wyczuwam, że ma dobre intencje, no i że wiele w swoim życiu przecierpiał – nie trzeba być wielkim psychologiem ani wnikliwym obserwatorem & znawcą ludzi, żeby to dostrzec. Ale kiedy Stewart przepowiada co wydarzy się np. za rok, jest dla mnie jasne, że to może nastąpić równie dobrze jutro, za pięć lat albo wcale – ale jeżeli wydarzy się za rok, to też bynajmniej nie będę zaskoczony i nie zacznę nagle dopiero wtedy bardziej interesować się tym źródłem informacji. Tymczasem jak na razie jakiś gość relacjonuje, że po zastosowaniu wobec nagrań Swerdlowa technik odczytywania „mowy odwrotnej” wychodzi z tego, że Stewart wciąż znajduje się w znacznym stopniu pod wpływem „kontroli umysłu” – czego on sam zresztą nigdy nie ukrywał i zawsze zaznaczał, że cały czas pracuje nad usunięciem własnego programowania i że jest to wysiłek, który będzie trwał całe życie.

Wywiady przeprowadzone w ramach „Project Camelot” można by z grubsza podzielić na te bardziej interesujące i te mniej fascynujące. Jednym z tych raczej ciekawszych jest chyba rozmowa z dr Billem Deagle, której chociaż fragmenty być może przetłumaczy wkrótce jakaś „niewidzialna ręka”, a na razie streszczenie kilku najważniejszych informacji: według dr Deagle „zmienianie kształtów” (ang. „shape-shifting”) tak naprawdę nie odbywa się na poziomie fizycznym, ponieważ wtedy doszłoby do natychmiastowego spalenia molekuł poddawanych transformacji, lecz polega na tym, że osoby będące tego świadkami widzą wtedy tak naprawdę istotę przebywającą w innym świecie, w innym wymiarze, po prostu w przypływie zdolności postrzegania pozafizycznego oglądają quasi-demoniczny byt z innej rzeczywistości, pasożytujący na danej osobie, np. Hillary Clinton – która według dr Deagle jest najbardziej złą osobą, jaką kiedykolwiek spotkał, i najczęściej „wyświetlającą się” jako właśnie taki demon. Inne informacje: masakra w Columbine była sprawką władz/służb, poza tym kilkoro uczniów zginęło od kul S.W.A.T. (antyterrorystów) – był tam jako lekarz, badał ciała. Jeśli chodzi o irański program nuklearny, to niedawno (24 VI 2008 r.) byliśmy na krawędzi globalnej wojny nuklearnej, kiedy Amerykanie pozwolili 100 izraelskim myśliwcom na ćwiczenia w przestrzeni powietrznej Iraku, a śledzący sytuację z satelitów Rosjanie rozpoczęli transmisję kodów do ataku nuklearnego dla łodzi podwodnych i wysłali swoje bombowce atomowe w kierunku USA – świat dzieliły minuty od wybuchu jądrowej konfrontacji. Inna ciekawa historyjka, jaka przydarzyła się doktorowi Deagle, polegała na tym, że pewnej nocy obudził się w swoim łóżku w swojej sypialni w swoim domu, a tam stał sobie jakiś człowiek i wpatrywał się w niego. „Kim jesteś, co tu robisz..?” – zapytał Bill. „Jestem baron Guido Rothschild, Pindar. Chcę, żebyś został moim następcą. Zbadaliśmy twoje DNA, wiemy o tobie wszystko i sądzimy, że jesteś idealnym kandydatem.” Kiedy dr Deagle odmówił, dziwny gość odrzekł „W takim razie dotknę serca twojej córki.” „- Ale ja nie mam córki, moja żona nie jest w ciąży..!” „- Ha ha ha ha….” – i zniknął tam, gdzie stał, niczym duch; wkrótce urodziła się córeczka dr Deagle, już w brzuchu mamy pozbawiona fragmentu serca, tak jakby miała tylko jedną komorę – dziś ma zespół Downa, ale w ogóle jej przyjście na świat i przeżycie tego lekarze określają jako cud, zresztą tak samo przepowiadał doktorowi Deagle „głos w głowie”, który powiedział mu też wiele innych rzeczy, np. żeby zadzwonił do „Project Camelot”. Zdaniem dr Deagle bez sensu są domysły, że światem rządzą np. Iluminaci albo Jezuici, masoneria czy Watykan, hybrydy bądź Templariusze, tamci czy jeszcze inni owacy – ponieważ na wszystkich poziomach niejawności, tajnych projektów, sekretnych przedsięwzięć i ukrytych struktur egzystuje wiele rywalizujących między sobą grup – i tak naprawdę nikt nie sprawuje kontroli nad całą planetą ani nie jest tego blisko. Niemniej jednak to jeszcze nie znaczy, że możemy spać spokojnie – w największych miastach USA po cichu zdezaktywowano już dwie nuklearne bomby walizkowe, a rozlokowano ich jeszcze dwadzieścia po głównych aglomeracjach – kiedy zaczną to uruchamiać, na liście do spopielenia pierwsze jest Los Angeles, a drugie Chicago. Chemiczne smugi to rozpylanie w górnych wartstwach atmosfery mieszanki bromu oraz paru innych pierwiastków, dzięki czemu możliwe staje się zaglądanie w przyszłość przy użyciu specjalnej technologii – wysyłany puls odbija się od podrasowanej bromem warstwy atmosfery i przekazuje obraz powierzchni z niedalekiej przyszłości, coś z jakąś fizyką kwantową. Rządy zaprzyjaźnionych państw mogą wypożyczać od USA urządzenia jednorazowego użytku podobne do kuli z filmu „Interstate 60” – odpowiadają „tak” lub „nie”, ale tylko na jedno pytanie, a próby ich „rozbrojenia” skutkują uruchomieniem mechanizmu autodestrukcji i eksplozją, z czym wiązał się rzekomy „zamach terrorystyczny” w hotelu w Bombaju przed paroma laty. Jeżeli dojdzie do ataku Izraela na Iran, radioaktywna chmura przejdzie przez Arabię Saudyjską i dalej na wschód, a Cieśnina Ormuz zostanie zablokowana, wskutek czego Japonia i Chiny zostaną pozbawione ropy naftowej (to głównie kraje azjatyckie stamtąd transportują), co spowoduje globalną zapaść ekonomiczną i znaczny wzrost cen żywności; wzrost cen żywności nastąpi również po dalszych zmianach w cyrkulacji prądów Oceanu Atlantyckiego (możliwe już w 2009 r.), które spowodują susze i powodzie, skutkujące zniszczeniem połowy plonów; innymi słowy, zapasy żywności to obecnie bardzo mądra inwestycja. Jeśli chodzi o różnorakie wizje z przyszłości, to o.k., dr Deagle sam miewał je już jako dziesięciolatek, kiedy jakiś opiekun zabierał go w podróże astralne po orbicie, a może to były prawdziwe, i np. pokazywał fajerwerki nad całym terytorium USA – ale to nie były fajerwerki, jak początkowo pomyślał mały Bill – oraz właśnie blokadę Cieśniny Ormuz przez armady okrętów wojennych; jednak według niego trzeba pamiętać, że przyszłość jest płynna, nie wyryta w kamieniu, a to właśnie jest naszym polem do popisu, żeby zdecydować, czy te możliwe warianty przyszłości się ziszczą – dokładnie o to chodzi jej pokazywaniu niektórym z ludzi, jak zresztą również w podpatrywaniu jej przez władze przy użyciu najnowszych niejawnych technologii; według dr Deagle wszystkie możliwe wydarzenia władze sprawdziły już w symulacjach komputerowych przy użyciu niewyobrażalnie skomplikowanych programów i potężnych komputerów, wykonywano nawet wirtualne modele fizycznej Ziemi ze wszystkimi faktycznie znajdującymi się na jej powierzchi budynkami i wszelakimi detalami – każdy rodzaj naturalnej czy nienaturalnej katastrofy, podobnie jak scenariusz działań wojennych, można zaprogramować jako symulację i z dużą dozą prawdopodobieństwa prześledzić dalszy przebieg wypadków, który obliczy komputer n-tej generacji (potrafili to robić już w latach 70-tych).

Ale jeszcze ciekawszy jest jednak ten Brianstalin, osoba której istnienie i osiągnięcia wciąż (choć trzeba przyznać, że zdaje się dopiero rok temu ujawnił się w necie) pozostają praktycznie zupełnie nieobecne w kręgach „poszukiwaczy prawdy” itp. internetowych serwisów czy witryn pełnych zarówno dobrych intencji, jak i DVD dostępnych w sprzedaży droga wysyłkową (co moim zdaniem wcale nie musi sobie przeczyć, bo gdyby każdy miał prowadzić niezależno-niekoncesjonowaną działalność informacyjną całkowicie gratis, to każdy musiałby się utrzymywać z czegoś innego w typie normalnej pracy, a więc każdy musiałby kilkadziesiąt godzin w tygodniu i plus minus połowę energii poświęcać na coś mało doniosłego, a pomagać milionom otwierać oczy dopiero w czasie wolnym „po godzinach”; skoro koncesjonowane agencje prasowe i media biorą kasę za swoją działalność, to dlaczego niezależne i niekoncesjonowane nie miałyby prawa – czemu tylko w nie strzela się takimi zarzutami i miałyby niby być bardziej zatapialne pod tym kątem..? Ja też tu kiedyś zacznę coś zarabiać, mam nadzieję, i dzięki temu będę mógł poświęcać na to więcej czasu, kupić sobie więcej książek i DVD, dzięki którym podawane przeze mnie informacje będą dokładniejsze i pełniejsze – może nawet dałoby się skoczyć do Stanów [brr…] i przeprowadzić wywiad z Alem Bielekiem, zadając kilka pytań, na które dotychczas nie odpowiadał..;)  W każdym razie ten Brianstalin, który podobno uczył się m.in. od samego Dalajlamy, tym różni się od innych „mistrzów-czytaczy poprzednich wcieleń”, że zamiast mówić „ten człowiek był w poprzednim wcieleniu osobą taką to a taką, proszę oto porównanie fotografii i portretu, podobieństwo jest uderzające, czyż nie..?” – jego specjalność, jakby „firmowe zagranie”, to namierzanie całych grup dusz, które na przestrzeni wieków razem inkarnują się to tu, to ówdzie, np. raz na angielskim dworze królewskim, potem całą ekipą w Hollywood – zawsze żądni sławy, władzy i pieniędzy, etc. – w każdym razie, coś takiego chyba o wiele trudniej jest sfałszować bądź upozorować, żeby zgadzały się fotografie i podobizny całych grup powiązanych ludzi z różnych epok, no nie..? Za wiarygodnością Brianstalina moim zdaniem przemawia także fakt, że niektóre jego odczyty wydają się totalnie nieprawdopodobne, śmieszne czy szokujące, podobnie jak np. relacje Ala Bieleka – również tu sprawa jest dla mnie jasna, że gdyby ten gość chciał oszukiwać, to raczej spreparowałby trzy razy bardziej strawne materiały, a nie takie „absolutnie nie do uwierzenia” w stylu „filozofom się nie śniło” czy „dziwniejsze niż fikcja”… No więc według Brianstalina osoby takie jak David Icke popełniają błąd polegający na propagowaniu krajobrazu sytuacji w stylu „oni są źli, a my jesteśmy ci dobrzy”. Tymczasem Kroniki Akaszy świadczą jakoby, że nikt na Ziemi nie jest niewinny, w przeciwnym razie odrodziłby się na bardziej cywilizowanej planecie – wszyscy w poprzednich wcieleniach byliśmy mniej lub raczej bardziej związani z Iluminatami i satanistycznymi kultami, a to że teraz zagraża nam „New World Order” stanowi karmiczną konsekwencję naszych własnych uczynków z minionych inkarnacji, kiedy to my byliśmy przekonani o własnej wyższości i że „motłochem trzeba sterować”. Trwamy więc jakoby w takim cyklu – karmicznej pułapce, gdzie wciąż z kimś walczymy, a tak naprawdę złościmy się na nas samych z innych wcieleń, gardzimy innymi wydaniami samych siebie. (Tym bardziej wydaje mi się to trafne, że mnie też nieraz coś jakoś tak majaczyło, jeszcze zanim przeczytałem o tym w komentarzach „Gary’egoSe7en” do niniejszego filmiku – myślę, że wielu osobom pojawiały się w głowach tego typu spekulacje.)  Co w takim razie powinniśmy robić? Rozwijać się duchowo, ostrożnie podnosić energię Kundalini w górę czakr aż do Trzeciego Oka, które się wtedy otwiera i pozwala nam np. przypominać sobie własne poprzednie życia, nie podróżować astralnie i unikać wszelakich aniołów, życzliwych kosmitów, nauczycieli duchowych itp. pozytywnych przekazów, które tak naprawdę są tylko pięknymi bajeczkami mającymi utrzymywać nas w naszym więzieniu kłamstw (np. Alex Collier według Brianstalina był w poprzednim wcieleniu współpracownikiem Hitlera, a obecnie załapał się na program kontroli umysłów obliczony na zmianę sposobu myślenia 10% światowej populacji) – zamiast czytać rzekomo mądre książki, już lepiej po prostu wejść do jaskini i tam sobie medytować, pamiętając, że także podczas medytacji, podobnie jak w trakcie seansu hipnozy czy transu channelingowego, jesteśmy narażeni na wpływy zwodniczych istot astralnych przedstawiających się jako „świetlani nauczyciele” itp. – zwłaszcza, jeżeli w poprzednich wcieleniach próbowaliśmy bawić się w „czarną magię” czy coś w tym stylu – w takim przypadku w światach astralnych możemy nadal mieć liczne grono „fanów” szukających z nami kontaktu… Jakiś gość napisał do ‚Gary’egoSe7en’: „przygotujmy się na głód i survival, bo oni chcą wykosić 90% światowej populacji…” itp. – odpowiedź: „w swojej świadomości musisz to negować tak długo, dopóki nie jesteś zielony na twarzy..!” Według Brianstalina światem nie rządzi Jezus ani Budda, ani żadna dusza w tym stylu, nie dlatego że w tym wcieleniu rozjechał go tramwaj czy bo tak po prostu wiatr wieje nam w oczy, mamy pecha itd., jesteśmy niewinnymi ofiarami przykrej sytuacji – wręcz przeciwnie, jesteśmy jej współsprawcami, światem nie rządzi Budda ani Jezus bo po prostu na to nie zasłużyliśmy, nasza karma jest inna i dlatego jest tak, jak jest – dzisiaj owszem, staramy się i walczymy ze złymi siłami, poświęcamy na to niektórzy prawie cały wolny czas – ale kiedyś, może i wiele wcieleń temu, byliśmy po drugiej stronie barykady i pławiliśmy się w luksusie, rozkoszy i władzy, czerpiąc przyjemność z każdej tego minuty – i bardzo nam to odpowiadało; a teraz cały czas płacimy za to „karmiczny rachunek”, zależy kto ile osób skrzywdził kiedy był jakim królem lub innym kimś na tyle wpływowym, żeby mu odbiło choć w sumie nie był taki zły. Cały problem polega na tym, że nie pamiętamy poprzednich wcieleń, wskutek czego ciągle błądzimy po omacku i wciąż popełniamy te same błędy. Jest jeszcze taka sprawa, że kiedyś na naszą planetę przybywali tzw. „bogowie”, czyli mieszkańcy innych planet, którzy chodzili tu potem między nami i załatwiali swoje sprawy, toczyli między sobą wojny, ginęli a my dostawaliśmy odłamkami, wiążąc ich karmę. Potem odradzali się między nami, nie całkiem to sobie uświadamiając, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, w którym psychiczne centra ludzkiego organizmu są celowo chemicznie wyłączane. Niektórzy z nas to właśnie takie dusze – „bogów”, którzy często potem reinkarnowali się jako królowie albo faraonowie, w co zresztą wszyscy podówczas wierzyli. Bardzo ciekawy artykuł (j.ang.) dotyczący Brianstalina można przeczytać tutaj – i to wcale nie kolejne reinkarnacyjne odczyty są w nim najciekawsze, ale inne informacje, cytaty z książek itp. zdania skłaniające do myślenia. Odnośnie filozofii ‚GarySe7en’ ma do powiedzenia tyle, że „myślenie konceptualne tworzy raczej nową iluzję niż odkrywa prawdę, tak że tzw. filozofię można spokojnie wrzucić do toalety i spuścić wodę”. Według niego kierując się w życiu wyłącznie rozumem i racjonalnym, logicznym myśleniem, nie unikniemy cierpienia i nie przebijemy się przez iluzję, na którą składają się wszystkie nasze życia w reinkarnacyjnym cyklu – z którego tak niełatwo jest wybrnąć. Nasze życia są tak naprawdę „snami wewnątrz snu”, a otaczający nas materialny wszechświat jest realny i jego fizyczność ogranicza nas tak bardzo, jak realny i ograniczający dla wirtualnych botów jest wirtualny świat, w którym sobie żyją i kombinują, nie podejrzewając, że to wszystko nie dzieje się naprawdę; to inny świat jest prawdziwy – ten, w którym zakotwiczone są nasze dusze. Dlaczego więc mało kto zdaje sobie z tego sprawę, czemu miliardy błądzą od pokoleń? Otóż wg Brianstalina w sferze astralnej Ziemi bytują istoty, które wybrały „służenie sobie” zamiast „służby dla innych”, charakteryzującej byty którym chciało się ewoluować dalej, do źródeł. Te byty wpływały na kształty obrane przez wielkie religie i po dziś dzień systematycznie angażują się w działania dezinformacyjne na skalę masową lub w wymiarze indywidualnym – ponieważ utrzymywanie ludzi w niewiedzy leży w ich żywotnym interesie, gdyż inaczej trudno byłoby im tak na nas pasożytować, wykorzystując nasze codzienne błędy. Niczym w starych legendach o diabłach i demonach, potrafią zaofiarować wiele, przy tym kreując się na nie wiadomo kogo, a generalnie zazwyczaj wykorzystując czyjeś pragnienie sławy i „bycia kimś”, nabrania znaczenia; jednak o czym mówią już „bajania”(?) przodków, na dogadywaniu się z nimi koniec końców nie wychodzi się dobrze. To te istoty manipulują ziemskimi elitami, manipulującym z kolei szerokimi masami z przekonaniem, że są nie wiadomo jak sprytni i lepsi. Jednak przy tym wszystkim Brianstalin zaznacza, że uwikłanie w quasi-satanistyczne klimaty oraz inne ezoteryczne rytuały, jak również indywidualne śrubowanie rekordów egoizmu, to normalne etapy w rozwoju duszy, przez które przechodzi każda. Ażeby przejrzeć przez iluzję i wydostać się z cyklu iluzorycznych reinkarnacji, trzeba osiągnąć poziom świadomości wyższy niż posiadali Jezus albo Budda; powodzenia (choć jeżeli ktoś w tej sytuacji się zniechęci i już nawet nie będzie próbował, pewnie i tak nigdy mu się nie powiedzie). Skoro już mowa o postaciach religijnych, według tego źródła wszystkie systemy wierzeń stanowią nieprzenikalne bariery dla prawdy. („Dlaczego wierzymy w to, co wierzymy..? Kto zaszczepił te idee w naszych głowach..? Kto tak naprawdę korzysta na tej całej masowej kontroli umysłów..?” – wg Brianstalina optymalną metodą dochodzenia do odpowiedzi na te pytania jest rozwój mentalny w kierunku wyższej świadomości.) Jeżeli chodzi o ogólny bieg ludzkiego życia, wg tej wersji slogany o tym, że każdy kreuje własną rzeczywistość, to po prostu takie slogany; każdy raczej dostaje w wydarzeniach zapłatę za swoje poprzednie „dokonania”, a jednocześnie i tak po prostu powtarza dalej te same błędy i wikła się w takie same „własne sidła”, co w poprzednich życiach; chyba, że danej osobie tym razem w końcu udało się jakoś wyewoluować – wówczas następnym razem odrodzi się na mniej porąbanej planecie.

To co mówi Brianstalin, czy raczej jego rzecznik GarySe7en, współgra zdaje się nieźle z informacjami znanymi jako „Revelations of an Elite Family Insider”, które wcześniej jakby „ocenzurowałem” i pominąłem w niniejszym opracowaniu, ponieważ zawierały dość ostrą krytykę łatwowierności Davida Icke’a plus twierdzenia, że wielu świadków „zmieniania postaci”, którzy się z nim skontaktowali, zostało podstawionych na trasie jego podróży. Informacje te pochodzą od osoby przedstawiającej się jako członek rodziny, której nazwisko rzadko występuje na kartach historii – podobnie jak wszystkich innych rodów, które w rzeczywistości od tysięcy lat kontrolują sobie naszą planetę, w przeciwieństwie do nazwisk znanych „zwolennikom teorii spiskowych” należących do rodów, których członkowie od wieków są tylko wykonawcami poleceń i wytycznych; „oni grają na flecie czy lutni, ale kto inny pisze symfonie i komponuje melodie” – analogia podawana przez „insidera” (po naszemu ‚człowieka z wewnątrz’). Otóż według tych informacji wszyscy ludzie dobrej woli i szlachetnych intencji, którzy starają się zaalarmować innych o planach zaprowadzenia „Nowego Porządku Świata”, tak naprawdę tylko go przyspieszają i zwiększają szanse, że nadejdzie – działa tu mechanizm wizualizacji, działa tak samo jak w przypadku każdej innej sprawy. Ziemia jest swego rodzaju więzieniem dla „niebezpiecznych dusz” (w skrócie interpretując, on jakby starał się to chyba zasugerować w bardziej zawoalowany sposób), a Iluminaci też tu „siedzą”, ale są często są jakby w pewnym sensie trochę lepsi czy mniej zakłamani i dlatego funkcjonują jednocześnie jako „nadzorcy” pozostałych więźniów – wiedzą, co jest grane i o co napawdę chodzi tu na tym ziemskim padole, ale nie powiedzą „uwaga, słuchajcie wszyscy, siedzimy tu w więzieniu, bo dosyć popaprane z nas dusze, niezależnie co kto o sobie myśli – musicie robić tak i tak, żeby się wyzwolić” – ponieważ chodzi o to, tzn. takie są zasady, żeby każdy sam na to wpadł, osiągnął to samodzielnie idąc własną drogą – a wszystko, co potrzebne, jest jakoby powszechnie dostępne, tzn. wszelakie informacje i niezbędne wskazówki, pozostaje tylko trochę się postarać; a może nieco więcej niż trochę. Jednocześnie gość zaznaczał, że reinkarnowanie się w szeregach jednego z „rodów panujących” wcale nie musi oznaczać, że ktoś jest bardziej rozwiniętą duszą czy coś w tym stylu – tu wchodzą w grę również inne uwarunkowania, m.in. genetyczne i rodzinne. Według niego składanie ludzkich ofiar podczas tzw. „satanistycznych” rytuałów, systematycznie urządzanych w pewnych kręgach związanych z elitami, jest raczej uzasadnione – ponieważ dzięki tym wydarzeniom możliwa jest komunikacja z istotami bytującymi w innych płaszczyznach, których rady mogą potem pozwolić uniknąć np. przelewu większych ilości krwi. Każdy człowiek na Ziemi, tzn. każda dusza, gdyby rozwinął swoją moc i wyewoluował „jak się patrzy”, mógłby samą siłą woli pokonać całe zło na Ziemi i nie tylko. Nie wszystkie „rody panujące” są tak samo „dobre” i niektórym odpowiada ta istniejąca sytuacja, w której sprawują władzę – osoba ujawniająca te informacje ostatnie posty na forum, gdzie to wszystko się wydarzyło, rzekomo „musiała już pisać szybko”, może tak jakby bo za dużo ujawniła już prawdy; człowiek ten stwierdził też, że nie je „90% tego, co wy jecie” – ma własną fermę, kury i inne zwierzęta, warzywa itp. – podobnie jak wszystkie inne rody, nie kupują nic w sklepach tylko mają własne, zupełnie inne linie zaopatrzenia w nieskażone „ogłupiaczami” artykuły spożywcze. „Insider” stwierdził też stanowczo, że nigdy nie będzie miał dzieci – sugerując zastanowienie się nad faktem, że pierwszą rzeczą, jaką robi dziecko po przyjściu na świat, jest wybuchnięcie płaczem; według niego dusza w noworodku pamięta jeszcze wtedy, co się dzieje, skąd przybyła i dokąd trafiła, rozumie że „to znowu się stało”…

Inny wątek – z informacji podanych przez Ala Bieleka w niniejszym radiowym wywiadzie: programowanie umysłów w Montauk odbywało się z wykorzystaniem dorobku Wilhelma Reicha. Plejadianie, którzy pomogli nazistom w pracach nad konstrukcją latającego spodka, należeli do tzw. grupy z Aldebarana, nielicznej i niezależnej od rady współtworzonej przez większość zamieszkanych planet konstelacji Plejad. Kiedyś liczniejsi, w zamierzchłej przeszłości przyczynili się do powstania rasy aryjskiej, a kiedy w XX wieku prezydent Roosevelt w imieniu USA odrzucił ich propozycję współpracy, zrozumieli że wybuchnie wielka wojna światowa i podróżując w czasie w przyszłość, odkryli ogromne spustoszenia w aryjskiej populacji – dlatego w 1935 r. umyślnie rozbili jeden ze spodków w Bawarii, aby zwiększyć szanse Niemców, z którymi zawarli też umowę, że nie będą zaostrzać polityki odnośnie osób pochodzenia żydowskiego – potem gdy naziści przestali przestrzegać tego porozumienia, Plejaranie dali im fałszywe rady, które pomieszały im szyki i badania. Szefem rady Iluminatów, według przyjaciela Ala który uczestniczył w jej posiedzeniu, jest mierzący 9 stóp Drakonianin; oni planują w skali setek lat, są bardzo inteligentni, stoją nad bankierami, II wojna światowa była np. tylko posunięciem w grze, której końcowym wynikiem ma być przekształcenie Ziemi w małą maszynkę do podbijania kosmicznych okolic – my jesteśmy arsenałem, który chcą wykorzystać; obecnie wpływają na całość ziemskiej populacji za pomocą technik kontroli umysłu, wywodzących świadomość na manowce programów tv itp.

Uwaga na temat wyrażonej przez Phila Schneidera opinii, że generalnie trwa inwazja obcych na Ziemię: jak to możliwe, że nikt nie słyszał ani nie widział choćby fragmentów epizodów tej epickiej kolonizacji, nikt spośród miliardów ludzi tworzących, nazwijmy to w ten sposób, globalną szeroką opinię publiczną – przecież nie wszyscy dziennikarze na świecie wiedzą, że za pieniądze uczestniczą w kantowaniu wielu osób naraz, niektórzy myślą że naprawdę żyją w wolnym świecie, o którym mówią i piszą oni i ich koledzy, w którym poszanowane jest elementarne prawo każdego nowo narodzonego człowieka do życia w świadomości tego, skąd się tu wziął, co nas otacza i jak – chociaż mniej więcej – naprawdę wyglądała historia naszej planety, jak kształtuje się jej teraźniejszość i np. kto ponosi za to polityczną odpowiedzialność, a może nie ponosi. Jak to możliwe, że trwa pewnego rodzaju inwazja czy próba wrogiego przejęcia, a my, miliardy ludzi, niczego o tym nie wiemy, żadna ze stron nie woła nas na pomoc ani nawet nigdy nie spyta o poradę..? Długo nie mogłem tego pojąć, ale w końcu chyba co nieco zaczęło mi świtać na ten temat. Załóżmy, że według nieżyczliwych nam obcych nasza świadomość ich istnienia, bliskiej obecności, „chrapki na nas”, czy w ogóle że ‚ecie pecie, ale na pewno nie jesteśmy sami we wszechświecie’ – zwiększyłaby naszą czujność, statystyczną gotowość obronną jednostek, wykluczyłaby też możliwość przejęcia planety w optymalny sposób, tj. niezauważalny dla szerokich mas jej mieszkańców. Z kolei wyobraźmy sobie nasze władze i tych wszystkich porządnych ludzi, którzy wypłynęli do góry we współczesnych strukturach, gotowych brać na siebie odpowiedzialność za podjęcie decyzji o ujawnieniu informacji, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa doprowadzą do mniejszego lub większego chaosu i ogólnoświatowych zawirowań, nie mówiąc o pozrzucaniu ich samych ze stołków w myśl haseł „to dlaczego tyle czasu nic nie mówiliście..!?” – czy to pomogłoby w odpieraniu inwazji, utrzymywaniu tajnych międzynarodowych sił, sprzętu i zaopatrzenia, które są do tego potrzebne..? A więc jest możliwe, że to dzieje się teraz i jednocześnie zupełnie o tym „cicho sza” na wszystkich częstotliwościach dostępnych cywilom – ponieważ obydwie strony chcą wygrać w jak najlepszym stylu i celują w wariant najbardziej dla siebie komfortowy, w którym miliony spracowanych ludzi nadal wieczorami piją piwko i śmieją się, jak jest fajnie, a oni sami to już w ogóle są najlepsi i znają się na wszystkim – i dlatego dzień za dniem muszą to udowadniać.

Poniżej remix informacji od Plejaran z kontaktów Billy’ego Meiera, za Randolphem Wintersem (który nawet mieszkał przez pewien czas tam u Billy’ego w Szwajcarii, był członkiem wieloosobowej koedukacyjnej grupy złożonej m.in. ze sceptyków, którzy przyjechali niegdyś tylko na moment, żeby zwymyślać gospodarza od oszustów, po serii artykułów o jego przypadku i wykonanych przezeń zdjęciach spodków, jakie zaczęły się ukazywać w zachodniej prasie na przełomie lat ’70 i ’80 – gość potem się z tego wypisał i komentował później z przymrużeniem oka, że dużo było kwasów pomiędzy różnymi członkami grupy zazdrosnymi o „miejsce przy Billym”, jakiekolwiek wzmianki o sobie z ust Plejaran, poza tym momentami trudno się było połapać, kto do kogo „czuje miętę” i z kim chce pracować nad przyrostem naturalnym…)

– religie są niezbyt korzystne, ponieważ ograniczają wolną wolę jednostki, która powinna sama uczyć się praw wszelkiego stworzenia, krocząc własną drogą; taką możliwość blokuje np. chrześcijaństwo, które bardzo zmieniło prawdę od czasów Immanuela

– poważne niebezpieczeństwo dla Ziemian wynika ze zbyt szybkiego rozwoju technologicznego, m.in. podróży kosmicznych, podczas gdy rozwój duchowy idzie nam tak powoli, że możemy się wpakować w konkretne tarapaty np. po nawiązaniu kontaktów z innymi cywilizacjami, kiedy nie będziemy umieli się zachować i wszyscy zobaczą, że np. zaczynamy „nawracać” mieszkańców jakiejś planety na własne religie – stąd już tylko krok, żeby ktoś uznał nas za „zarazę”…

– statystycznie przeciętny wiek mieszkańca Ziemi jako formy duchowej wynosi …ponad sto milionów lat; tym naprawdę jesteśmy – formami duchowymi przechodzącymi przez serię materializacji; osiągnięcie poziomu podstawowej świadomości i racjonalnego myślenia zabiera formie duchowej 10 – 20 milionów lat; ciekawy komentarz R. Wintersa do tej informacji: „tak więc początkowo nie uczymy się zbyt szybko; w sumie można to zrozumieć, jeśli rozejrzeć się po ludziach wokoło – nie wydają się załapywać zbyt wiele, jeżeli chodzi o ewolucję duchową”

– ukończenie etapu, w którym do egzystencji potrzebuje się ciała fizycznego, zabiera miliardy lat, normalnie ok. 70

– mieszkańcy Ziemi genetycznie pochodzą z konstelacji Lutni, gdzie dziś nie ma już życia

– pas asteroid w Układzie Słonecznym był kiedyś planetą o nazwie Melona, pomiędzy Ziemią a Marsem, której mieszkańcy (pochodzący z gwiazdozbioru Lutni) lubili wojnę i w końcu wysadzili ją w powietrze, przy okazji powodując zagładę życia na Marsie, którego orbitę katastrofa przesunęła bliżej Słońca

– za zamachem na Johna F. Kennedy’ego stała sekretna podgrupa w C.I.A. i tak samo było w przypadku zabójstwa jego brata, Roberta F. Kennedy’ego, gdy kandydował

– w najpopularniejszym komercyjnym systemie operacyjnym znajdują się „tylne drzwi” umożliwiające hakerski dostęp do komputera pracownikom pewnych amerykańskich służb

– w roku 2012 można się spodziewać nietuzinkowego apogeum katastrof naturalnych, takich jak powodzie i susze, huragany oraz trzęsienia Ziemi, itp.; Słońce zrobi się trochę niespokojne i na całej kuli ziemskiej mogą występować burze elektromagnetyczne oraz wynikające z nich rozległe awarie sieci energetycznych; będzie działo się też sporo innych ciekawych rzeczy; jednak nie ma co przesadzać z końcem świata, bo go nie będzie, a prawdopodobieństwo przebiegunowania jest bardzo znikome; nie wszystkie informacje na ten temat warto rozpowszechniać, ponieważ katastrofalne ewentualności mogą w ludzkich umysłach zacząć przemieniać się w samospełniające się przepowiednie; owszem, nastąpią zmiany klimatyczne, klęski plonów i niedobory żywności w wielu rejonach, ale według Plejaran, siejąc na ten temat panikę, można zmienić przyszłość raczej na gorsze [źródło]

– w roku 2006 na Marsa przybyli obcy z Syriusza – było to coś w rodzaju policyjnego pościgu, ponieważ trafili tam po śladach innych obcych z Syriusza, którzy wcześniej urządzili sobie tam szemraną bazę w strukturach pozostałych po dawnych kolonizatorach planety; stamtąd dokonywali wrogich manipulacji na Ziemi, dopóki nie zostali w końcu namierzeni i ujęci przez siły bezpieczeństwa własnej cywilizacji; następnie wszystkie budowle i monumenty kiedykolwiek wzniesione na Marsie przez jakichkolwiek ludzi zostały usunięte – cywilizacja z Syriusza ma takie prawo, że kiedy gdzieś zostaje popełnione przestępstwo, to o ile nie ma tam populacji, usuwają wszystko, co jest dziełem człowieka [źródło]

– „katastrofa tunguska” z czerwca 1908 r. polegała na autodestrukcji pojazdu kosmicznego należącego do ludzi przybyłych z odległych światów nazywanych przez nich Bardan (Bardan 1, 2 i 3), położonych w gromadzie galaktyk nazywanej przez ziemskich astronomów Coma; ich wielki statek znalazł się na Ziemi w wyniku błędu koordynatów, uszkodzony nie mógł jej opuścić, a jego załoga nie mogła liczyć na pomoc ze swojego macierzystego świata, ponieważ w ogóle nie wolno im było znaleźć się na Ziemi; w tej sytuacji ukryli pojazd na Syberii i oddali rozrywkom typu seks z mieszkańcami Ziemi, także z dala od tamtego miejsca; w rezultacie nabawili się chorób wenerycznych, które zmutowały w ich nieco odmiennych organizmach i zdziesiątkowały załogę; pozostali przy życiu skonstruowali bombę atomową, unieśli pojazd w powietrze i wywołali detonację, zamieniając się wraz ze swoim statkiem w pył i kurz – śmierć ponieśli wszyscy członkowie załogi, których liczba wynosiła w tamtym momencie 4387 (Plejaranie to wszystko obserwowali, ale nie mogli pomóc ze względu na prawa/zasady). Czyli z tego by wynikało, jeśli zaufać wersji Plejaran, że nie można się odrodzić na innej planecie, niż się umarło – że tych 4387 kosmitów reinkarnuje się odtąd na Ziemi, pewnie nieraz zastanawiając się: „czemu jestem inny/-a niż wszyscy..?” [źródło]

*** 31 X 2009 ***  Naprawdę szczerze przepraszam za coraz większy chaos panujący na tej stronie, polegający na przemieszaniu tematów, wątków i akapitów – ale co innego byłoby, gdybym np. w XIX wieku po rejsie dookoła świata opisywał już na spokojnie, na lądzie, jak to wszystko po kolei było, a co innego kiedy wciąż pojawiają się nowe informacje i zmieniają priorytety, zapatrywania w kwestii które są ważne, a które coraz bardziej wyglądają na ściemy itp. Może nie od razu ani nie wkrótce, ale kiedyś wypełnię obietnicę uporządkowania tego wszystkiego i udostępnienia w poręcznej formie.

Tymczasem nowe ciekawe informacje pojawiają się w niedawnym wywiadzie dr Stevena Greera dla „Project Camelot”. Podsumowując swoje 19-letnie doświadczenie w kontaktach z pracownikami tajnych projektów stwierdza on tam (ok. 18 min.), że według przekazywanych mu przez wiele osób informacji, Szarzy i Reptilianie (Gadoidy) generalnie nie są istotami pozaziemskimi, ale biorobotami stworzonymi przez ludzi (ang. PLF – Programmable Life Forms). Przy czym większość osób stykających się z nimi podczas pracy w tajnych projektach nie zdaje sobie z tego sprawy. W tym wszystkim chodzi zaś o zbudowanie strachu opinii publicznej przed tymi „wrogami”, wywołanie negatywnego nastawienia do gości z kosmosu i ustawienie „wojny”, która pomoże rozwiązać problem przeludnienia i przyda się pewnym grupom również do innych celów. Jeżeli to prawda, to Phil Schneider, Al Bielek, Stewart Swerdlow itp. nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, co widzą na własne oczy (a już Alex Collier został kompletnie wkręcony). Pasowałoby to do wersji Plejaran przekazanej Billy’emu Meierowi – wręcz „jak ulał”; również Brianstalin pewnie by temu przyklasnął. Zatem być może Księżyc jednak nie jest obcą bazą, tylko po prostu kawałkiem jakiejś pradawnej planety, zaplątanym na orbitę okołoziemską..? Dr Greer wspomina także o technologii umożliwiającej dostęp zmysłów – nawet osoby, która wcale tego nie chce i/lub o tym nie wie – do tzw. „niższego astralu”, gdzie egzystują sobie pewne byty, znane w tradycji jako demony itp. – dzisiejsza (a nawet „wczorajsza”) technologia według jego źródeł pozwala nie tylko na postrzeganie tych istot, ale nawet na ich materializowanie w naszej fizycznej rzeczywistości, tzn. na oblekanie ich w prawdziwe trójwymiarowe ciało, mięso i kości. Nietrudno skojarzyć, że tłumaczyłoby to wiele rzeczy, o których mówił David Icke. Poza tym, jak relacjonuje dr Greer, wiadomo mu o przypadku finansowania przez kogoś „z jednej z rodzin” badaczy zjawiska abdukcji (uprowadzeń przez obcych) – według niego intencje wyglądają tu w ten sposób, żeby ugruntować strach szerokiej publiki przed przybyszami z kosmosu i odpowiednio urobić ludzi psychicznie przed sfingowaną „wojną” – po której jeszcze ma zostać odegrany „powrót Jezusa” itp. [Przypomnijmy, że również Barry King – były pracownik ochrony w tajnej podziemnej bazie na terenie Wlk. Brytanii – opowiadał, że widział rosłego Reptilianina z ogonem, ale z tego, co udało mu się ustalić, to była sztuczna istota stworzona przez ludzi – choć wyglądała jak rasowy kosmita; także GarySe7en sceptycznie wypowiadał się o alarmujących doniesieniach, że Gadoidy jedzą ludzi w najlepsze.]

Przeczytawszy powyższy akapit, ktoś podobnie nie od dziś zgłębiający te tematy i próbujący upowszechniać różne wiadomości, nie zawsze wesołe, może pomyśleć (o autorze tych słów): „oho, chyba jednak w końcu gościu zaczął iść na łatwiznę, już znużyła go dolina o Reptilianach i zagrożeniu ze strony ich i Szarych, teraz zachciało mu się uwierzyć w pozytywną bajeczkę, że oni w ogóle nie istnieją i jest fajnie, nie ma się czym stresować – a przecież wiadomo, że największym sukcesem diabła jest przekonać ludzi, że nie istnieje; ja tam będę twardy/-a i nadal wytrwam w odwadze wierzenia w Gadoidy i innych „złych obcych”, nie pękam, nie idę na łatwiznę, nie przechodzę do obozu nawiedzonych wymiękaczy”. Na tę okoliczność pozwolę sobie na nieco osobiste wyznanie: nieraz miałem spory rachunek za prąd, bo bałem się w nocy spać po ciemku, tak się pękałem tych Drakonian i innych takich, że wyświetlą się w nocy w moim pokoju. Wiele miesięcy chodziłem też z miną nietęgą, myśląc o złowrogiej potędze Szarych, sprawujących cybernetyczną kontrolę nad znacznym odsetkiem światowych decydentów. I nigdy nie wymiękłem, nie zacząłem sam siebie ściemniać „ojej, a może to nie jest prawda, może wcale nie jest aż tak źle, przecież trzeba być dobrej myśli…” Dopiero w obliczu kolejny raz pojawiających się informacji, że może to wszystko wielka mistyfikacja – i to pochodzących od osoby wielokrotnie dłużej siedzącej w tym tematach – wyjeżdżam z prezentacją powyższej hipotezy, którą dotąd raczej omijałem, uznając za próbę odwrócenia uwagi, a trochę na zasadzie „fajnie, ale lepiej dmuchać na zimne”. Mam wiele wad i na pewno wyraźnie widać to w wielu miejscach na niniejszej witrynie, sam czasem wstydzę się czytać te swoje wypociny, bo nie brak miejsc, gdy aż kłuje w oczy, jak nie udało mi się „zniknąć” ze swoją osobowością i potrzebami ego – ale co do tej jednej rzeczy zapewniam i daję słowo honoru, że nie zabrakło mi odwagi i to nie było tak, że zwyczajnie zmęczył mnie strach i życie wśród obaw / przykrych myśli / smutnych wizji. Po prostu zawsze starałem się możliwie obiektywnie prezentować różne wersje i hipotezy, wiadomo że z akcentem na te, które akurat wydawały mi się najbardziej prawdopodobne – i dalej próbuję to robić, niczego nowego nie wymyśliłem i nie zmieniam taktyki. Pozdrawiam wszystkich rodzimych ufologów, z których 90% uzna mnie pewnie teraz za wykolejeńca, ewentualnie perfidnego dezinformatora lub agenta – ale po prostu nie od dziś staram się postępować przede wszystkim zgodnie z własnym sumieniem, nawet jeżeli wszyscy maszerują inną drogą; i zawsze potem się okazywało, że dobrze robiłem, więc i teraz jestem dobrej myśli.  ;)

Wracając do dr Greera – na starość coś chyba najwyraźniej zaczął ciekawie nawijać, bo wcześniej zdaje się raczej przynudzał podczas swych nieco pompatycznych wystąpień – trochę prawdy jednak w tym jest, że „obcy” to obcy, ponieważ do stworzenia wspomnianych biorobotów wykorzystano …tkanki prawdziwych istot pozaziemskich z katastrofy pod Roswell (sklonowano je). Według niego obecnie ponad 90% ruchu ufologicznego podąża szlakiem zaplanowanym w połowie XX wieku przez decydentów planujących „III wojnę światową” (czy raczej międzyświatową).

Ponieważ coraz więcej wydaje się wskazywać na to, że najmądrzej byłoby wrócić do wersji rzeczywistości przedstawionej Billy’emu Meierowi przez Plejaran, przypomnijmy jeszcze raz kilka ich kluczowych stwierdzeń/informacji:

– Iluminaci to grupa o znaczeniu lokalnym, nie globalnym

– Szarzy faktycznie przybyli z systemu Zeta Reticuli, ale przeprowadzili tylko trochę uprowadzeń, po czym temat ten został sztucznie rozdmuchany

– Ziemi faktycznie zagraża inwazja z kosmosu, ale w wykonaniu zdegenerowanych ludzi z gwiazd, którzy zniewolili już niejedną planetę

– co jakiś czas nasz świat odwiedzają barbarzyńskie istoty reprezentujące inne formy życia, które porywają przedstawicieli naszego gatunku i uprowadzają ich na swoje planety lub przeprowadzają eksperymenty

– plus minus największymi problemami Ziemian są obecnie przeludnienie i myślenie religijne, które jest błędne i prowadzi na manowce, obojętnie jaką religię się wyznaje; jeżeli ludzkość nie obudzi się na prawdę i nie wkroczy na ścieżkę prawdziwego rozwoju duchowego, naszemu światu grozi upadek i pogrążenie się w moralnej ciemności

– wszelkie myśli, na które pozwalamy sobie w naszych głowach, promieniują daleko poza czaszkę, a następnie (co najmniej po kilku dniach) wracają do nas odbite przez kosmos w kształtach spotykających nas wydarzeń, nieco zmienione czy jakby „poprawione”

– pod koniec II wojny światowej pewna ilość nazistów faktycznie zdołała ewakuować się w okolice Antarktydy i zaprzyjaźnionych krajów Ameryki Południowej; po czym odlecieli w kosmos, uprzednio zmieniwszy trochę ideologię

– Stalin został otruty przez swoje otoczenie; podobnie kilku papieży z II poł. XX wieku: Jan XXIII, Paweł VI (zastąpiony następnie sobowtórem) i Jan Paweł I

– jeżeli dojdzie do wybuchu III wojny światowej (obecnie prawdopodobieństwo zmalało), ogromne spustoszenie siać będą ludzie-maszyny walczący dla USA (uprzednio odpowiednio przygotowane osoby, zabijające w nieświadomym hipnotycznym transie); użyte mogą zostać również bronie zapalające atmosferę; Europa ulegnie podtopieniu i zostanie podbita (Włochy, Wlk. Brytania) – najpierw ze Wschodu, a następnie znajdzie się pod panowaniem fundamentalistów islamskich; we Francji wybuchnie wojna domowa wywołana przez mniejszości etniczne; o Polsce akurat nic nie mówili, jako jednym z nielicznych krajów – tak jakby nas miała ominąć większość tych atrakcji

– około roku 2030 w Ziemię uderzy Czerwony Meteor, co spowoduje katastrofę na skalę globalną

– już co najmniej od lat 70-tych wokół Marsa orbitowały amerykańskie pojazdy załogowe, o których nie wiedziała opinia publiczna

– Atlantyda i Mu istniały naprawdę, mieszkali tam ludzie, którzy przybyli z gwiazd; nie byli jednak aniołami, a na zakończenie działań wojennych ocaleli z pogromu naukowcy Mu skierowali nad Atlantydę asteroidę tak wielką, że rozpadłszy się na kawałki nadal niosła energię ponad 32 tys. bomb wodorowych – pękła skorupa ziemska, a fale sięgnęły 2300 m, podczas gdy niebo zasnuło się pyłem na 40 lat; mimo to z Atlantydy jeszcze coś zostało – wyspy Azory pośrodku Atlantyku; działo się to ok. 11,5 tys. lat temu, potem przetrwała jeszcze miniaturowa Atlantyda na Morzu Śródziemnym (archipelag Santorini) – mniejsza kolonia tej samej społeczności [źródło]

– istnieją miriady miriad wszechświatów, więcej niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić; nasz jest tylko kropelką wśród niezmierzonych oceanów; ale to jeszcze nic – cała fizyczna rzeczywistość jest tylko drobinką, śladowym ułamkiem tego, co istnieje – większość tego, co trwa, ma charakter niematerialny, duchowy, doskonalszy od czegokolwiek, co jesteśmy w stanie dosięgnąć zmysłami i opisać w uczonych książkach

– dusze ludzkie dążą do doskonałości, reinkarnacja po reinkarnacji z wolna wracają do źródła i zjednoczenia z Kreacją, co jest tysiące razy przyjemniejsze niż orgazm (można tego na chwilę doświadczyć podczas podróży międzygwiezdnej, dalekiego „skoku”, kiedy dochodzi do krótkotrwałej dematerializacji); dusze zwierząt nie ewoluują, tylko jak gdyby po prostu „wypełniają swoją naturę”

– panikowanie w sprawie „chemtrails” to przesada; podobnie żywność GMO itp. – nie jest aż tak źle, jak czasem podejrzewają osoby próbujące tropić kłamstwa władz

– oprócz mocarstw takich jak USA, Rosja, Chiny itp., jedną z głównych światowych sił, odpowiedzialną za wiele wojen i ludobójstwa, z czego ludzie nie zdają sobie sprawy, jest sitwa połączonych interesów hierarchów z Watykanu i globalnych ortodoksyjnych syjonistów – oni udają, że wiele ich różni, podczas gdy tak naprawdę od dawna ze sobą współpracują

– olbrzymia większość osób utrzymujących, że skontaktowały się z nimi istoty pozaziemskie, to przypadki nieautentyczne; choć zdarzają się również prawdziwi kontaktowcy, często wybrani przez jakieś pojedyncze istoty/byty, które nieco „przejazdem” czy „z ciekawości” mieszają się w ziemskie sprawy i próbują pomóc, po czym zazwyczaj się zniechęcają i rezygnują, wracając do swoich światów; w licznych przypadkach ludzie ci wszakże decydują się nie pojawiać na scenie publicznej, obawiając się reakcji otoczenia

– „channeling” to ściema; podobnie „kryształowe czaszki”

– wysłanie w kosmos rakiety z płytką opisującą położenie naszej planety było ryzykownym pomysłem

– jedzenie mięsa jest jak najbardziej wskazane i konieczne dla zachowania pełni zdrowia; nasi naukowcy wkrótce mogliby wynaleźć swego rodzaju rośliny dające mięso, dzięki czemu nie trzeba by zabijać zwierząt – tak właśnie rozwiązują to Plejaranie

– osoba znana jako Jezus Chrystus istniała naprawdę, ale miała na imię Immanuel; zostały po nim pisma, które odkopano w XX w. i częściowo odtworzono jako „Talmud of Immanuel”; w jego czasach używanie jego prawdziwego imienia wiązało się z odpowiedzialnością karną, dlatego już jego brat posługiwał się „kryptonimem”, który po pięciu wiekach kompletnie zatarł pamięć o prawdziwym imieniu; fraza „Yezues Christos” pochodzi ze starożytnej greki i oznacza „pomazaniec – syn Zeusa”, co pierwotnie odnosiło się do Dionizosa

– w 2279 r. n.e. lepiej nie kupować akcji firm ubezpieczeniowych, ponieważ powróci wtedy kometa powodująca potopy ewentualnie powodzie, ta sama która niegdyś skróciła dobę na Ziemi z 40 do 24 godzin; jej przejście zawsze kosztowało życie wielu istot żywych, powodowało zmiany w topografii łańcuchów górskich i wielkie erupcje lawy; ale też tej „Komecie-Niszczycielowi” (ang. „Destroyer Comet”) zawdzięczamy nasz Księżyc; z kolei Wenus zawdzięcza jej obecną orbitę; wcześniej Wenus była księżycem Urana, a Ziemia drugą planetą od Słońca

Przerywnik: Stewart Swerdlow zawsze zaznaczał, że przekazana mu wersja pradawnej historii Ziemi i kosmosu (feat. ‚reptilians’ as ‚Mu’ civilization) to po prostu wersja przekazywana przez tajne służby USA pracownikom tajnych wojskowych projektów; również Al Bielek nigdy nie twierdził inaczej, ani nikt z jego otoczenia.  Z drugiej strony faktycznie jednak mamy na Dalekim Wschodzie potężny Kult Smoka i wszechobecną ukrytą symbolikę węża czy pentagramu, obecną w naszej architekturze od tysięcy lat, w naszych oczach już chyba cicho szydzącą ze „wszechwiedzącej” paplaniny współczesnych naukowców, którzy rzekomo wszystko dostrzegają, a nie wiedzą tego o czym nas wiedzą już tysiące. Właściwie to nawet dzisiaj jadąc rowerem widziałem na dachu stacji benzynowej sporych rozmiarów logo „Alfa Romeo”, gdzie dokładnie widać było bezradną ludzką sylwetkę w paszczy zielonego węża. Ale, nieco z powrotem z pierwszej strony, też nie można do końca wykluczyć, że częściowo taka symbolika została w dniach dzisiejszych rozdmuchana, w ramach ogólnego PR-u czarnej operacji…  A może te odwieczne węże i pentagramy to symbole związane z demonami – których obecność w „niższym astralu” potwierdzają GarySe7en/Brianstalin/Elite Family Insider/Stewart Swerdlow etc., a i Plejaranie mówili Billy’emu, że w okolicach Ziemi zawsze kręci się pełno istot, które chciałyby wykorzystywać szaleństwa ludzkiego ego i manipulować nami w zamian za złudzenia i fałszywe odczucia, które są w stanie w nas wywoływać, o ile wejdziemy z nimi w styczność.  Zresztą GarySe7en pisze wprost, że „Reptilianie” to po prostu nowa nazwa, jaką w dzisiejszych czasach ludzie zaczęli określać demony, które były tu od zawsze – a może odkąd my tu jesteśmy; bytują w „niższym astralu”, skąd nas kuszą – a nierzadko sami się prosimy; według „Family Insidera” powinniśmy jednak być im za to …wdzięczni, gdyż np. to dzięki nim możemy częściej uczyć się na własnych błędach; po prostu taka jest ich rola w ‚ekosystemie’ i moglibyśmy je za to szanować; pomyślmy, gdyby Tobie albo komuś z osób, które najbardziej lubisz, przydarzyło się takie życie od kolebki do grobu, że nigdy by się nie zdarzyło zrobić nic złego, odezwać z niskich pobudek ani dowiedzieć się, co to jest poczucie wstydu – trochę sucha faza, no nie..? Według „Insidera” one przychodzą nawet wtedy, kiedy za bardzo się śmiejemy albo gdy odczuwamy podniecenie erotyczne – pisał, że wtedy zawsze raczej woli się skupić, nad czymś skoncentrować i popracować – tak jakby może żeby niepotrzebnie nie schodzić z „wiecznej drogi”…

A patrząc w jeszcze nieco inny sposób na tę ogólną kwestię sugerowanej inwazji-rekonkwisty w wykonaniu niesympatycznych smoków/reptilian/gadoidów: a może to przekręt fraktalnie podobny do megaokrutnych ćwiczeń z 11 września – tamto jakoś przeszło, to teraz czas na scenariusz o rozmachu globalnym, skoro próba generalna wypaliła i wszyscy wiedzą, jak było, przynajmniej w świecie wielkich mediów i polityki, ale mało kto mówi o tym przed kamerami, tylko każdy bierze kasę i idzie do domu. Więc tak samo jak do 11 września potrzebne było wykreowanie jakichś terrorystów, ich złowrogich osobowości i szaleńczej ideologii o zabarwieniu okrutno-bezlitosnym – podobnie w sztucznej inwazji obcych ani rusz bez skomplikowanych psychicznie istot o wielkich zębach, przerażających samym swym wyglądem i gardzących ludzkim życiem, fanatycznie oddanych ekspansywnej walce nakazywanej im przez agresywną ideologię..? Podobieństwa gadoidów z terrorystami: zabijają dzieci, dorosłych, nienawidzą nas; są źli; cały czas próbują nas atakować, są powody żeby się ich bać, a nierzadko po prostu trzeba się przed nimi bronić; ich obecność i okresy hiperaktywności to czynniki sprzyjające zjawiskom prawnego uszczuplania swobód obywatelskich i praw jednostki; wynik ogólny w głowie: strach, strach, strach, a jego przyczyną wróg, przeciwko któremu wypadałoby zewrzeć szeregi – „spójrz, znowu zjedli Stefanka…” Oczywiście to nie przesądza sprawy, ale jednak jest trochę podobieństw – że też wcześniej tak długo nie umiałem tego zauważyć. [Może za bardzo myślałem sobie: „skoro zabili Phila Schneidera, to na pewno wszystko co mówił było prawdą”. Bez sensu i nielogiczne, jedno nie wynika z drugiego: przecież on też mógł mieć od kogoś jakieś nie do końca sprawdzone informacje, może też niejeden raz w życiu na coś się nabrał, jak każdy. Może wtedy pod Dulce specjalnie napuścili ich na Szarych, bioroboty albo prawdziwych, żeby właśnie ludzie mieli takie przykre wspomnienia i w szeregach tysięcy pracowników tajnych projektów poszła fama, że obcy to niezłe #$%&!* ..?]

Dla równowagi dodajmy, że niemniej spójna wydaje się hipoteza, że to gadoidy rozgłaszają plotki o tym, że ich nie ma, a raczej że istnieją tylko jako sprzętowo zmaterializowane demony lub najczęściej po prostu skomplikowane bioroboty, sztuczne formy żywe, produkowane przez ludzi. Gdybyśmy jako kosmiczni ludzie-psychole chcieli podbić i kontrolować jakąś planetę krasnali, też nie zaszkodziłoby nam propagowanie opinii, że wysocy ludzie to wielka mistyfikacja i wojskowa prowokacja szemranych kręgów zakopanych pod centrami władzy Planety Krasnali.

Nie wiemy, jaka jest prawda, argumenty znajdą się na podparcie obu teorii – ale może warto w ogóle zastanawiać się, która z opcji lepiej odzwierciedla rzeczywistość, wałęsać się na tym poziomie ze swoimi rozważaniami, być „świadomym Polakiem” ;) za okupacji była za to zsyłka do obozu) – zamiast spekulować w głowie o tym, komu powiedzie się w wieczornej edycji „Jacy oni są fałszywi” albo „Gwiazdy tańczą na nerwach”, pół godziny dziennie modnić się i pielęgnować zadając sobie pytanie „czy wyglądam już wystarczająco ładnie” itd. zbierać na nowy samochód, przez całe życie nie wiedząc o istnieniu wiecznej drogi i że właśnie pokonujemy kolejny jej etap, np. bez ikry marudząc po peletonie i ciesząc się nie wiadomo z czego.

Wracając do przekazu Plejaran:

– naszą przyszłość tworzymy sami we własnej podświadomości, gdzie powstają dokładne plany na kilka następnych dni; nie zdajemy sobie z tego sprawy, „świadomość dowiaduje się później”

– ok. 10% przypadków nagłej niespodziewanej śmierci, np. w wyniku wypadku, kończy się w ten sposób, że duch zamiast przejść na „drugą stronę” nie orientuje się, że umarł, po czym wchodzi do innego ciała i nierzadko powoduje u danej osoby objawy choroby psychicznej; taką sytuację można odkryć podczas hipnozy, napotykając na inną osobowość – istnieją udokumentowane medycznie przypadki, gdy dopiero przeprowadzona podczas hipnozy szczera rozmowa ze zbłąkanym duchem okazywała się przełomem w leczeniu chorego

– Plejaranie zastrzegli Billy’emu, że nie mówią mu o wszystkich sprawach politycznych i sekretach rządowych, m.in. z myślą o jego bezpieczeństwie, a generalnie w każdej sferze tematów przedstawiają tylko określone aspekty, trochę na zasadzie „nie za wiele naraz” czy „ile potrzeba na ten moment” – była nawet mowa o „połowie prawdy”

– w roku 1995 wszyscy Plejaranie opuścili Ziemię i zatarli ślady po swoich bazach; pozostawili pewną ilość sprzętu monitorującego, m.in. dyski telemetryczne [źródło]

[ Zawsze sobie myślałem (generalnie cały czas próbując jakoś pogodzić w głowie Billy Meiera i Phila Schneidera) jakoś tak: „Może Plejaranie nie mówili Billy’emu wprost o tych groźnych stworach, żeby go nie narażać? Żeby nie irytować służb krajów współpracujących z tymi zawsze chętnymi do kontaktów istotami..? A może nie poruszali takich negatywnych wątków w myśl strategii tego rodzaju, żeby przede wszystkim udostępnić to, co najważniejsze, tj. przesłanie duchowe, a nie obciążać na dzień dobry całego przekazu silnym negatywnym ładunkiem, mroczną „drugą połową prawdy”..? Dopiero teraz pomyślałem o tym w nieco inny sposób, dokładniej następujący: „Może gdyby Ziemią od tysięcy lat rządziły supersprytne gady i/lub ich połowiczni genetyczni spadkobiercy, Plejaranie jednak kiedyś wspomnieliby o takim szczególe..?”   Z drugiej strony, Plejaran nie ma już u nas od 14 lat – więc kto wie, może trochę jednak się pozmieniało, np. w kwestii postępów infiltracji Szarych czy osiągnięć innych sił działających w samolubnej intencji. Phil opisywał sytuację już po odlocie Plejaran, o którym zresztą wiedział, choć zginął od razu w pierwszych dniach następnego roku. Ogólnie te dwie wersje światoobrazu nie do końca dają się pogodzić, ale też nie są za bardzo rozbieżne – i myślę, że w obydwu sporo jest prawdy, a pewnie też zdarzyło się trochę przypadków zbyt łagodnego postawienia sprawy albo zbyt pesymistycznego postrzegania okrytych tajemnicą okoliczności.

Według czynników zbliżonych do Billy’ego, prawda wyglądałaby zatem w ten sposób, że informacje przekazywane przez Alexa Colliera i Barbarę Marciniak nie są wybitnie wiarygodne – choć oczywiście nie może tu być mowy o świadomym wprowadzaniu w błąd, raczej o ukrytej manipulacji i subtelnej modyfikacji prawdy pod kątem przyswajalności dla osób już zaznajomionych ze sporymi fragmentami ukrytej rzeczywistości; o wielu innych źródłach nie ma zaś nawet co wspominać – choć nie będziemy ich tu wymieniać, żeby nikogo nie urazić, no i żeby przypadkiem nie pomówić jakiegoś akurat wiarygodnego kanału – bo przecież do końca nie wiemy, jak to jest. Natomiast Stewart Swerdlow chyba okazywałby się osobą, która wiele przeszła podczas daleko posuniętych tajnych eksperymentów na ludziach, ale udało mu się z tego wybrnąć i tylko popełnia ten błąd, że za bardzo wierzy, że zna prawdziwą historię Ziemi i paru kosmicznych cywilizacji – podczas gdy tak naprawdę wie tylko tyle, ile wiedzieli wojskowi instruktorzy. A chyba gdybyśmy to my odpalali megaplan sfingowania inwazji obcych, to nie zależałoby nam szczególnie na tym, żeby wszyscy pracownicy wszystkich tajnych projektów doskonale wiedzieli, że to ściema i oni w ogóle nie istnieją – a tym bardziej osoby zbliżone do królików doświadczalnych. Być może też Stewart nadal w pewnym stopniu znajduje się pod jakiegoś rodzaju wpływem swoich dawnych pracodawców/oprawców – choć jak na marionetkę w przedsięwzięciu nakręcania paniki przed lipnym atakiem z kosmosu, trochę często w ogóle wspomina o planie sztucznej inwazji i że naprawdę zamierzają to zrobić.

Tak czy siak, nie ma co przesądzać, a wręcz dość nieroztropnie byłoby tak robić. W końcu nawet w Biblii padają słowa: „Bądźcie mądrzy jak Węże”…]

– jeszcze w okolicach lat 70-tych Plejaranie mówili Billy’emu, że powodem ich misji na Ziemi jest fakt, że nasza planeta zmierza w kierunku autodestrukcji, o ile nie nastąpi gruntowna zmiana myślenia jej mieszkańców

– najsilniejszym centrum negatywnego myślenia na kuli ziemskiej jest miasto Rzym; w przyszłości może to przyspieszyć erupcję Wezuwiusza, która z kolei ma poprzedzać serię globalnych katastrof i III wojnę światową w niczym nie łagodniejszą, niż można sobie wyobrazić – użycie broni zapalających atmosferę, jądrowych i biologicznych; ale to jest na zasadzie przepowiedni, a nie zapowiedzi jak Czerwony Meteor, który na pewno nadlatuje – czyli ten scenariusz może się odegrać, ale nie musi, o ile ludzie się opamiętają – i po to właśnie udostępnia się im takie proroctwa – zapiski z przyszłości; według informacji od Plejaran z przełomu lat 80-tych i 90-tych (przepowiednie pochodzą z poprzednich dekad, lat 1967-81), światowi liderzy jako tako się opamiętali i prawdopodobieństwo wybuchu III wojny istotnie zmalało

– po śmierci duch trafia na „drugą stronę”, gdzie także się uczy i dopiero gdy „odrobi lekcję”, powraca w ciele nowo narodzonej osoby; przeciętnie po „tamtej stronie” spędza się 152 lata, ale obecnie w „nowej erze” wszystko się zmienia i z powodu ogromnego przeludnienia wraca się „przed czasem”, np. po 10, 30 albo 70 latach

– Plejaranie nie mają pieniędzy, pracują 2 godziny dziennie gdziekolwiek akurat chcą, po czym „podbijają kartę” i mogą potem spędzać czas w dowolny sposób, swobodnie korzystając ze wszystkiego

– mają duże miasta, ale nie takie duże jak nasze; ich miasta przypominają kwadraty; w każdym budynku mieszka jedna rodzina, która nigdy nie jest większa niż 5 osób – rodzice i max. troje dzieci; mają coś jak małżeństwa, tyle że 1 mężczyzna może mieć od 1 do 4 żon (co zdaje się nawiązuje do jednego z praw stworzenia, które według nich traktuje o powinności niemonotonnego spółkowania w intencji miksowania genów – a relacjonując to konkretnie i w imię sprawy narażając się feministkom wszechobecnym wśród fajnych lasek, jest to jeden z nakazów kreacji, mówiący wprost o tym, że mężczyzna powinien spółkować z jak największą liczbą partnerek)

– ich długość życia wynosi ok. 1000 lat, ale wynika nie tyle z osiągnięć medycyny, co z poziomu ewolucji duchowej statystycznego mieszkańca

– homoseksualność może wynikać z niezdecydowania ducha, czy chce reinkarnować się jako mężczyzna, czy jako kobieta; chodziłoby tu o podświadome wahanie na przestrzeni poprzedniego życia; jednak nie zawsze to jest przyczyną – czasami ma to podłoże psychologiczne, a sytuacja może się zmienić w pewnym punkcie życia

– wyzwolenie się z cyklu reinkarnacji, życia i śmierci, tj. przejście do fazy ciała duchowego („świetlistego”) zajmuje ok. 60-80 miliardów lat i miliony/miliardy inkarnacji

– Plejaranie nie mieli nic wspólnego z Atlantydą; była to kolonia ludzi z gwiazdozbioru Lutni i Wegi; Mu było stolicą przeciwników Atlantydy, dziś jest tam chińska pustynia; nie wszyscy ludzie z tamtej cywilizacji wymarli – żyją jeszcze w podziemnych miastach w Himalajach i Indiach; ich skóra jest niebieska

*** 10.11.09 ***

Głównym źródłem wymienianych powyżej oraz poniżej informacji od Plejaran jest 16 anglojęzycznych kaset nagranych w 1992 r. przez Randolpha Wintersa, który przedstawia to w bardzo fajny sposób, „na luzie”, z dowcipem i tylko momentami może za bardzo „po łebkach”, choć to i tak razem jest 12 godzin – materiał ten obejmuje m.in. wywiad z Billym oraz wartkie streszczenie najważniejszych informacji przekazanych mu przez Plejadian; pierwszą część można odsłuchać tutaj.

– w kosmosie istnieją ponad 42 miliony rozmaitych ludzkich ras; 340-350 kolorów skóry (Billy nie pamiętał dokładnie); ale tylko nieliczni z nich odwiedzają Ziemię

– z monitoringu Plejaran wynika, że rocznie mamy trzy tysiące wejść w atmosferę Ziemi w wykonaniu ufo – w większości są to eksploratorzy i te same, powtarzające się rasy; innymi słowy nie jest tego aż tak dużo, jak mogłoby się czasem wydawać w obliczu nieustannych doniesień o różnych niezidentyfikowanych obiektach widywanych na całym świecie, a już w USA praktycznie codziennie

– Indianie amerykańscy to jedna z trzech ras obecnych na Ziemi pierwotnie

– Plejady, które widzimy na niebie, są zbyt młode, żeby gościć życie – planety są zbyt młode; nie ma tam nikogo, żadnego człowieka; Plejaranie pochodzą z Plejar znajdujących się we wszechświecie przesuniętym wobec naszego o ułamek sekundy; ich ciała są zbudowane z delikatniejszej materii i nie mogliby się z nami przywitać uściskiem dłoni – byłoby to dla nich niebezpieczne, mogą najwyżej przechodzić blisko nas

– 24 tys. osób na Ziemi jest w kontakcie z Plejaranami i otrzymuje od nich informacje na zasadzie impulsów, ale żadna z tych osób sobie tego nie uświadamia

– impulsy otrzymuje się również z Kronik Akaszy, wtedy wie się różne rzeczy, nie wiedząc skąd; chodzi tu jakby o automatyczny dostęp do naszej wiedzy i mądrości z poprzednich wcieleń – Kroniki Akaszy zapisują wszystkie myśli, uczucia i słowa każdego człowieka na planecie; nieliczni ludzie potrafią czytać z nich także rejestry innych osób, duchowo pokrewnych im wibracyjnie – tzn. korzystać z ich mądrości lub umiejętności, podobnie jak z własnego dorobku poprzednich żyć

– postępów na drodze duchowej i szlaku rozwoju świadomości dokonuje się tylko dzięki medytacji; chodzi tu jednak nie tyle o nadwyrężanie stawów w następstwie długotrwałego przesiadywania w pozycji kwiatu lotosu, co po prostu o częste refleksje nad własnym życiem, światem wokół itp. – najlepiej w wyciszeniu i skupiając się nawet mniej na tym, co na zewnątrz, a koncentrując wysiłki i dociekania na sięganiu wzrokiem coraz głębiej wewnątrz siebie, gdzie kiedyś znajdziemy wszystkie odpowiedzi, bo one od zawsze tam są

– ang. „fine matter world”, czyli świat „delikatnej materii”, o którym ciągle mówią Plejaranie (że tam odpoczywają dusze po śmierci, żyją istoty które nie potrzebują już ciał do zbierania doświadczeń, tam też na moment przenosi się załoga wraz z całym statkiem kosmicznym, jeżeli wykonują bardzo daleki skok przez przestrzeń, zamiast podróżować miliony lat) – to mniej więcej to samo, co niekiedy określa się też jako hiperprzestrzeń albo wymiar czasu zero

– u Plejaran wszystkich traktuje się równo, kobiety i mężczyzn, a także osoby posiadające największą wiedzę i najwyższy poziom rozwoju duchowego – nie uważa się ich za lepszych ludzi, tylko za osoby po prostu cieszące się korzyściami dłuższego istnienia jako dusza, mogące wykorzystywać doświadczenia większej liczby przeszłych żyć i tylko dlatego mądrzejsze, bardziej rozwinięte

– do kontaktów z Plejaranami młodego Billy’ego przygotowywali Timmerowie, ludzie z innego wszechświata (DAL) – bardziej zaawansowani od Plejaran technologicznie, ale mniej duchowo; konkretnie były to kontakty z sympatyczną blondynką o imieniu Asket, która z całego życia pamięta niemal wszystkie słowa i myśli – nie tylko swoje, ale też rozmówców; przedstawiciele jej rasy wykorzystują procentowo wielokrotnie więcej potencjału mózgu niż my, stąd te możliwości; w każdym razie ciekawa sprawa z nimi polega na tym, że mówią „Cześć”/”Dzień dobry” w taki sposób, że po prostu telepatycznie zalewają witaną osobę wszystkimi swoimi pozytywnymi uczuciami wobec niej żywionymi

– wszechświat równoległy istnieje, a wszystkie planety, budynki i ludzie mają tam swoje odbicia; różnica polega jedynie na niewielkim przesunięciu w czasie

– Ziemia jest jedynym miejscem we wszechświecie, jakie znają Plejaranie, w którym religie zdobyły tak wielkie znaczenie, że dla normalnego człowieka są już w tym momencie raczej przeszkodą w „wyczuciu” prawdy i samodzielnym zorientowaniu się, o co chodzi z tym całym życiem i istnieniem

– Plejaranie znają taniec, podobnie jak rasy zamieszkujące wszystkie inne znane im światy, ponieważ to naturalne połączenie rytmu z ruchami ciała; jednak jeżeli chodzi o Plejaran, to u nich tańczą tylko kobiety, mężczyźni nie – jako że wielu mężczyzn, którzy za szybko się odrodzili/reinkarnowali, ma w sobie jak gdyby ukryte wątki kobiece, które nie są do końca na miejscu i mogłyby stanowić swego rodzaju problem dla ich tożsamości, gdyby się uwypukliły – a temu właśnie mógłby sprzyjać taniec

– duch potrzebuje pokarmu, a tym pokarmem jest dla niego poznawanie prawdy, wiedza i mądrość, które płyną z doświadczeń – dlatego istotne jest, żeby je zbierać, podążać za iskierkami ciekawości

[ Generalnie informacje w tej części niniejszej podstrony bardzo przypominają początek podstrony „Przekaz” – jednak tym razem są relacjonowane nieco dokładniej i z baczną uwagą, żeby uniknąć jakichkolwiek pomyłek czy najdrobniejszych przeinaczeń. Jeszcze jeden przerywnik: Plejadianie sceptycznie wypowiadają się o „Eksperymencie Filadelfia”, tzn. według nich nic takiego nigdy nie wydarzyło się w żadnej stoczni na świecie – o ile można wierzyć internetowemu Wiki poświęconemu Billy’emu Meierowi, bo też do końca nie sposób wykluczyć, że ktoś życzliwy przy tym manipuluje i czasami Plejaranie wcale nie mówili tak, jak tam jest napisane, że oświadczali. W każdym razie, jeżeli faktycznie nie było żadnego takiego eksperymentu, to pozostaje jedynie takie wytłumaczenie, że Al Bielek jest ofiarą zaawansowanych eksperymentów z reżyserowaniem pamięci i wgrywaniem wspomnień – skądinąd on sam jest świadomy istnienia takiej technologii, o czym sam mówił, opowiadając jak wynikło to z rozwijania osiągnięć Wilhelma Reicha; poza tym część jego historii to przecież całkowite wymazanie pamięci, po którym zapomniał kim był – a może sam do końca po dziś dzień nie jest pewien, które wspomnienia są bardziej prawdziwe..? Kto niby mógłby pokusić się o chociażby szacunkową ocenę prawdopodobieństwa takiej ewentualności… O co zaś mogłoby w tym chodzić – chyba o nic innego, jak o przestraszenie całego świata, że USA od pół wieku posiadają niesamowite technologie, więc lepiej z nimi nie zaczynać i się nie stawiać. Z drugiej strony, jako już nie takie żółtodzioby w zachłystywaniu się poszczególnymi źródłami na temat ufo, nie powinniśmy chyba nagle zakładać, że wszystko, co relacjonuje Billy Meier, to na pewno 101% prawda, a Plejaranie mają krystalicznie czyste intencje i są poza wszelkimi podejrzeniami, nawet kiedy sugerują, że to nie angielski, a język niemiecki powinien stać się globalnym środkiem komunikacji, ponieważ w tym języku najbardziej precyzyjnie można wyrażać różne metafizyczne zagadnienia i pojęcia, a poza tym wywodzi się on z języka pradawnych przybyszy z gwiazd. Osobiście znam trochę język niemiecki, ale go nie lubię i na dłuższą metę denerwuje mnie jego brzmienie, wręcz powoduje lekkie pogorszenie samopoczucia – stąd np. moja nieśmiała podejrzliwość w tej kwestii; poza tym nas Ziemian stać chyba przecież na jakiś nasz własny niepowtarzalny język, w którym będziemy wszystko wyrażać tak wesoło, pozytywnie i z humorem, że za kilka tysięcy lat prześcigniemy Plejaran w ewolucyjnym wyścigu kultur, a potem to oni będą się od nas uczyć „jak żyć”; co nam będą narzucali jakiś język z gwiazd – i do tego brzmiący jak niemiecki, który chyba nie do końca pasuje fonetycznie do naszej pięknej planety. Nie sprawdziła się również przepowiednia Plejaran dotycząca Jana Pawła II – że zostanie uśmiercony wkrótce po objęciu pontyfikatu; choć bardzo groźny zamach faktycznie nastąpił, więc tak zupełnie się nie pomylili. Ale generalnie przypadek Billy’ego Meiera ma niewiele słabych punktów, choć przez dziesiątki lat składające się nań materiały urosły w olbrzymie ilości zdjęć, nagrań wideo latających spodków, próbki minerałów nieznanych naszym laboratoriom i przede wszystkim grube tomy wiadomości z kontaktów, w których nikt jeszcze nie znalazł ani jednej podejrzanej sprzeczności; a Billy w wywiadach odpowiada zawsze bez zastanowienia, swoim śmiesznym angielskim, nie wymijając żadnych pytań jak niektórzy inni „kontaktowcy”. Autentyczność tego przypadku potwierdzali też pracownicy tajnych wojskowych projektów, jak chociażby Phil Schneider – zwykle wymieniając go jako jedyny wiarygodny przypadek kontaktu na całej planecie, to znaczy nie wspominali nigdy o żadnym innym wartościowym źródle tego typu – ani Al Bielek, ani Stewart Swerdlow; ten ostatni najbardziej różni się w swojej wersji historii od tego, co przekazał Billy, przede wszystkim przekonaniem, że rywalizujące z Atlantydą imperium Mu (Lemurię) zamieszkiwane było przez gadoidy, a nie inną społeczność ludzi z gwiazd – ale kto wie, może w przyszłości okaże się, że to jednak Stewart miał rację, a kosmicznie inteligentne smoki szykują się do odwiedzenia naszej planety gwiezdną eskadrą bojową, czyli tak jak mówił Alex Collier – poza tym obydwaj oni zgadzają się co do faktu postępującej infiltracji najważniejszych na Ziemi struktur władzy przez czynniki pozaziemskie – tyle, że wg Stewarta i Davida Icke chodziłoby tu raczej o wrogą ludzkiej wolności operację rozpoczętą wiele tysięcy lat temu w starożytnych królestwach, od których zaczyna się historia naszej obecnej cywilizacji technicznej, sekretne przedsięwzięcie od mileniów kontynuowane przez przedstawicieli określonych rodów, reprezentujących  specyficzne linie genetyczne, rozwijane z powodzeniem i nie mieszczącym się nam w głowach sprytem dzięki domieszce krwi przybyszy ze starszych gwiazd i wykorzystywaniu wiedzy potajemnie zachowanej z czasów ich pobytu na Ziemi – tak że obecnie praktycznie już kontrolują nasz świat, a my się śmiejemy, kiedy ktoś o tym mówi; natomiast według Alexa Colliera, Drakonianie to owszem główny problem, jeżeli tu do nas dolecą przedarłszy się przez blokady zorganizowane jakoby przez sprzyjające nam rasy, ale na tę chwilę na Ziemi powinniśmy strzec się przede wszystkim Szarych, którzy wszczepiają implanty tak ludziom z najwyższych kręgów władzy, jak i tysiącom zwykłych Ziemian, z których chcą sobie zrobić zdalnie sterowaną armię. Tymczasem według Plejaran owszem, konfrontacja z siłami inwazyjnymi z kosmosu jest dla mieszkańców Ziemi nieuchronna, ale choć początkowo określili tych przyszłych agresorów enigmatycznie jako „barbarzyńskie istoty”, to przy innej okazji ukonkretnili to do „zdegenerowanych ludzi z kosmosu”; poza tym o wojowniczych międzyplanetarnych gadach nigdy nie wspominali i choć nie mówili też, że takich nie ma, ani że w swoim przekazie przedstawiają pełny obraz sytuacji, to potem wprost jako śmieszną i niedorzeczną ocenili hipotezę obecności na Ziemi „zmieniaczy kształtów”, tj. istot potrafiących zmieniać postać fizyczną z ludzkiej na gadzią i z powrotem – choć akurat ten fragment przesłania Plejaran pochodzi z może nieco mniej wiarygodnej relacji z rzekomej telepatycznej rozmowy z Billym, dotyczącej komunikacji jakoby zaistniałej już długo po odlocie Plejaran z Ziemi, znanej mi tylko i wyłącznie z Internetu, z większego zbioru podobnych opracowań, odnośnie których w wielu przypadkach/tekstach można odnieść wrażenie, że w porównaniu z tematami poruszanymi w poprzednich dekadach, dużo częściej padają w nich lekceważące słowa o znanych nazwiskach i wątkach ze sfery ukrywanych zagadnień, w której współcześnie próbują się rozeznać osoby nie ufające już koncesjonowanym mediom. Może więc to jest tylko dezinformacja, tzn. pewna ilość dostępnych w sieci streszczeń z kontaktów Billy’ego to rozmyślnie spreparowane fałszywki wymierzone w czołowe tematy i autorytety strefy ukrywanych informacji. A może to czysta prawda, wiele rzeczy faktycznie zostało niesamowicie rozdmuchanych na zasadzie pesymistycznych domysłów i mechanizmu oceniania informacji opartego m.in. na myśleniu „jeżeli to straszne, to musi to być prawda”; a David Icke rzeczywiście padł ofiarą takiej manipulacji, jak sugerował to „Elite Family Insider”: że kiedy zaczął odkrywać różne ukrywane zasady naszej rzeczywistości i popularyzować owe istotne prawdy, od wieków utrzymywane w ścisłej tajemnicy przed szerokimi masami, gdyż umożliwiające każdemu pojedynczemu człowiekowi pojęcie własnej wyjątkowości, skali potęgi swych myśli, faktycznego zasięgu emisji uczuć, znaczenia czynów, kosmicznego sensu swej egzystencji jako energii w otoczeniu energii udającej materię, możliwej do przekroczenia iluzoryczności fizycznej poszewki świata, wagi zdrowego odżywiania i faktu dodawania do publicznej żywności i wody substancji hamujących rozwój potencjału psycho-intelektualnego – stał się niewygodny dla kręgów zainteresowanych zachowaniem tej ezoterycznej wiedzy dla swych elitarnych kręgów i zaczęto intensywnie podsuwać mu świadków „zmieniania postaci”, co wprawdzie początkowo go nie przekonywało, ale po pewnym czasie jego umysł ugiął się pod natłokiem dziesiątek relacji i uwierzył w to na zasadzie „skoro jest aż tak wielu świadków, to coś musi w tym być” – czy raczej nie potrafił logicznie odrzucić takiego uporczywie nasuwającego się wniosku; włączenie do własnego przekazu opowieści o pół-ludziach / pół-gadach, zdolnych do błyskawicznej fizycznej zmiany postaci, zaważyło zaś na ogólnym postrzeganiu jego postaci w oczach wielu osób, które być może, gdyby nie ta śmiała hipoteza, zainteresowałoby się tym, co ma do powiedzenia. W tym momencie wypada mi chyba jednak dodać od siebie, że również mnie dwukrotnie w ciągu życia, na długo zanim zacząłem interesować się ufo, zdarzyło się widzieć coś dziwnego, w charakterze niepokojąco nieznanej i niezrozumiałej tekstury o kształtach popiersia albo samej głowy – w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą widziałem sylwetkę człowieka. Oczywiście nie mogąc sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć ani racjonalnie przyswoić, zapominałem o tym szybko, dochodząc do wniosku, że musiało to być złudzenie i po prostu coś głupiego przywidziało mi się ze zmęczenia. Dopiero wiele lat później, poznając sylwetkę i hipotezy Davida Icke’a, przy wątku o żyjących między nami „zmieniaczach kształtów” przypomniały mi się tamte dwa przeżycia, czy raczej niepowtarzalne wrażenia optyczne – z których właściwie to jednego nie jestem do końca pewien, bo to było w ruchu i kątem oka tylko przez ułamek sekundy, ale za to drugiego wręcz przeciwnie, ponieważ scena trwała znacznie dłużej i rozgrywała się w zamkniętym pomieszczeniu na niewielkim dystansie, a to jak migał mi wtedy obraz, niczym w tv gdyby przełączać pomiędzy dwoma kanałami, pasowałoby zdaje się idealnie do wytłumaczeń Icke’a, że czasami jesteśmy zdolni do dekodowania rzeczywistości w innym paśmie – tak właśnie coś mi się chyba wtedy jakieś pasma przełączały, bo gapiłem się ze zdziwieniem, raz widząc naprzeciwko siebie zakłopotanego człowieka, raz coś w stylu potwora z kosmosu czy może raczej bytującego w innym wymiarze demona, pasożytniczo żywiącego się emocjami obserwowanej przeze mnie osoby – jak teraz próbuję to sobie w nowy sposób tłumaczyć, skoro nieco zwątpiłem w wersję o „shape-shifterach”, którą wcześniej m.in. przez tamte przeżycia preferowałem jako jedyne znane mi wytłumaczenie nie przystających do naukowego obrazu świata zjawisk, w autentyczność których w innym wypadku nie uwierzyłbym do końca pewnie nawet, gdyby opowiadał mi to najlepszy przyjaciel.

Wracając do tematu, generalnie sporo wskazuje na to, że casus Billy’ego Meiera to w XX wieku jedyny lub jeden z zaledwie kilku autentycznych przypadków fizycznych kontaktów Ziemianina z misjonarzami z innej planety; choć żeby być dokładnym, należałoby wspomnieć o przybyszach z Zeta Reticuli, którzy właśnie według Plejaran uprowadzili parę osób na seanse eksperymentalno-badawcze; oraz o Viktorze Schaubergerze i Danielu Fry’u, których sami Plejaranie wspominali jako inne swoje autentyczne kontakty – tyle, że chyba nie fizyczne, skoro Billy wyjaśniał, odpowiadając na pytanie „dlaczego właśnie on”, że tylko on jeden spośród wszystkich ludzi na Ziemi może fizycznie przebywać między Plejaranami, nie stanowiąc zagrożenia dla znacznie delikatniejszej materii ich ciał – co wynika z jego poziomu ewolucji duchowej; ale jak to konkretnie się przekłada i szczegółowo działa, na jakiej zasadzie, już nie dopowiedział – może, bo przynajmniej w 1989 r., gdy nagrywano akurat tamten wywiad, budowanie zdań w języku angielskim nie zawsze przychodziło mu z łatwością, a może ponieważ goście co i rusz tak dynamicznie zasypywali go pytaniami, że non stop w każdym omawianym wątku poruszany i otwierany był nowy temat, nie mniej ciekawy, tak że stale jeden niedokończony wątek przemieniał się w drugi, a każdy kolejny wszystkim uczestnikom rozmowy wydawał się nader istotny; jak może zresztą faktycznie było.

Inny łagodny znak zapytania: Plejaranie mówili Billy’emu nie raz, że jest najbardziej rozwiniętym duchem na Ziemi, którzy przybył z dalekich głębin wszechświata i jako dusza jest starszy nawet od poszczególnych Plejaran, czyli tak naprawdę wyżej od nich rozwinięty, mimo że na Ziemi nie jest w stanie w pełni rozbłysnąć, skoro jednak wychowywał się tutaj i poziomem świadomej wiedzy siłą rzeczy bliżej mu do Ziemian; aby przybyć na Ziemię na kilka pracowitych reinkarnacji, według Plejaran jego duch wrócił pod prąd szlaku duchowej ewolucji z poziomu zjednoczenia z wyższą świadomością, po czym w ramach wypełniania misji popularyzowania prawdy o regułach kosmosu, inkarnował się m.in. jako Eliasz, Izajasz, Immanuel znany później jako Jezus Chrystus, oraz Mahomet – a ludzie za każdym razem inaczej zniekształcali jego nauki i robili sobie z nich drabinki do własnych karier, fortun i wpływów. Jednakże z drugiej strony, według Plejaran tylko cztery osoby na Ziemi są wystarczająco rozwinięte, że mogłyby komunikować się z duchami zmarłych przebywającymi „po tamtej stronie” – gdyby nie rozumiały doskonale, że to byłoby niewłaściwe; podczas gdy Billy tego nie potrafi, choć rzekomo jest najbardziej zaawansowanym duchowo bytem na Ziemi – jest to więc pewna niejasność, chociaż nie jakaś kategoryczna. Z kolei według paru osób z otoczenia Billy’ego, pewnego razu zaistniał praktyczny problem, jak przenieść superciężką kuchenkę – a Billy poprosił o trochę spokoju i uporał się z tym zadaniem przy użyciu zdolności telekinetycznych, w ogóle bez dotykania przedmiotu, unosząc go w górę i przemieszczając siłą woli; ale to był jedyny taki przypadek, więc nie należy zaraz wyciągać wniosków, że takie sztuczki to dla niego normalka – jednak jeżeli to prawda, to na pewno o czymś by to świadczyło; oczywiście istnieje jeszcze wytłumaczenie tej relacji zakładające możliwość zahipnotyzowania obserwatorów – kiedyś głośno było o takich przypadkach, gdy sprytni sztukmistrze z początków XX wieku zadziwiali zapraszanych na pokazy uczonych, demonstrując wprawianie przedmiotów w stan lewitacji, po czym sprawa wyjaśniła się w taki sposób, że w rzeczywistości gości ukradkiem wprawiano w hipnotyczny trans, w którym widzieli po prostu to, co im zasugerowano. Tak że próbując podsumować ten bogaty kolaż argumentów za i przeciw, z których kolejne wymieniać można by jeszcze długo, moim zdaniem w oparciu o ogół przesłanek da się logicznie podeprzeć wniosek, że Billy Meier to przypadek, w którym niewątpliwie coś jest – tylko nie wiadomo dokładnie, co: sama prawda, najbardziej wartościowa i dlatego słusznie dokładnie, podwójnie tu relacjonowana – a może trochę prawdy, a trochę przemilczeń i ostrożnego dozowania faktów, nierzadko wygładzonych lub zmodyfikowanych z takich czy innych powodów, których póki co nie jesteśmy w stanie się domyślić.

Ciekawym argumentem za prawdziwością przesłania Plejaran wydaje mi się z kolei fakt, że kiedy zaczynasz w to wierzyć i jakby żyć według tego, w Twoim życiu następuje wyraźna i niemożliwa do niezauważenia poprawa, przejście jak gdyby w trochę bardziej pozytywne pasmo, w którym wszystko w życiu łatwiej Ci się układa i rozwiązania bieżących życiowych utrapień w zasadzie same się pojawiają – osobiście znam tylko swój przypadek, bo znajomi za bardzo nie chcieli słuchać dłuższych opowieści o kosmitach… No a potem, kiedy odszedłem dość daleko od generalnie pozytywnie nastawiających do życia wiadomości od Plejaran – w myśl hasła: „Phil Schneider zginął, próbując zaalarmować świat o negatywnych rzeczach i złowrogich planach – jako choć czasem porządny człowiek powinienem podążyć tym tropem, żeby go chociaż trochę pomścić, wywlekając na światło dzienne te wszystkie ponure tajemnice, fakty o groźnych stworach itp. codzienne zbrodnie, o jakich większość ludzi nie za bardzo ma się jak dowiedzieć, skoro nie każdy zna język angielski, umie wprawnie korzystać z Internetu i dysponuje takimi interwałami wolnego czasu, żeby choć jeden raz w życiu z nudów odpalić w wyszukiwarce frazę „ufo”, kliknąć w akurat coś warte łącze i śmiać się na tyle serdecznie, żeby zagłębić się w temat chociaż na początkową głębokość” – wówczas przestało mi się w życiu już tak pozytywnie / samo z siebie układać, kiedy ujmując rzecz z grubsza, plus minus pełną parą „pojechałem w te gadoidy” i inne tematy tak nieprzyjemne i zasmucające, że bez humoru w ogóle nie byłoby sensu o tym pisać, bo nikt normalny nie dałby rady bez końca przedzierać się przez zdania monotonnie obrazujące ciężki klimat. Może to dlatego szczęście i nieproszone powodzenie trochę wygasły w odcinkach moich dni, że wcale nie czyniłem dobrze ani wielce szlachetnie, informując o Gadoidach internautów przeróżnych ścieżek i portali – ponieważ w rzeczywistości to było tak (jak teraz podejrzewam), że zapamiętale nienawidząc własnego strachu, nie potrafiłem oceniać informacji obiektywnie i „na spokojnie”, zbyt często automatycznie uznając za prawdziwe niemal wszystkie takie, których wymowa budziła we mnie lęk proszący się o przezwyciężenie, co zawsze natychmiast robiłem, po czym chyba trochę udowadniałem to sobie, rozpowszechniając owe rzekomo niebezpieczne i ściśle tajne wiadomości – nawet gdy np. Alex Collier w paru momentach wydawał mi się dziwnie nieprzekonujący. Dopiero niedawno się zreflektowałem i zacząłem trochę żałować, że aż tak ostro „nakręcałem schizę” o złowrogich gadoidach / reptilianach / Drakonianach, prawdopodobnie będąc za bardzo skupionym na tym, żeby udowodnić sobie, że niczego się nie boję i nigdy nie zlęknę w deptaniu po piętach złu, choćby nie wiem jak strasznemu i dysponującemu potężną międzygwiezdną flotą bojową – podczas gdy powinienem mniej myśleć o sobie, kim jestem bądź kim okazuję się na tle danych okoliczności, a bardziej skupiać na obiektywnej ocenie i neutralnej emocjonalnie analizie, co z tego wszystkiego w ogóle pachnie jak prawda i dobrze pasuje do reszty, oraz np. impulsów intuicji – nie przyznając żadnych dodatkowych punktów różnorakim wersjom i źródłom tylko za to, że do ich zgłębiania i nagłaśniania potrzeba silnych nerwów oraz gotowości do ewentualnych poświęceń, charakteryzującej jak wiadomo bohaterów…]

Kwestia właściwego określania przybyszy, którzy nawiązali kontakt z Billym Meierem: początkowo przedstawiali się jako Plejadianie, przynajmniej tak wynikało z upowszechnianych informacji; w 1995 roku „na do widzenia” powiedzieli jednak Billy’emu, że tak naprawdę nazywają się Plejaranie, a w obiegu chcieli widzieć najpierw tę nieco zmodyfikowaną/ sfałszowaną nazwę, żeby łatwiej było potem zainteresowanym Ziemianom zorientować się, o co chodzi z osobami, które na przestrzeni dekad famy przypadku Billy’ego Meiera nagle również usłyszały głos ‚Plejadian’ w swoich głowach, a po dziś dzień w różnych krajach ich książki dziwnie łatwiej kupić przetłumaczone na swój język, niż oryginalne materiały z kontaktów B. Meiera – ale pewnie po prostu tak się złożyło; w tych ładnie wydanych pozycjach znajdziemy zaś wersję jak gdyby podobną, ale już  np. z wyraźną reptiliańską nakładką i kilkoma innym wątkami popularnymi wśród szerokiej rzeszy nie do końca przekonujących źródeł; tymczasem według relacji Michaela Horna z 2007 roku, większość zapisów z kontaktów Meiera wciąż nie doczekała się przekładu nawet na angielski – przynajmniej w publicznej sferze wydawniczej. I to w sytuacji, gdy wymierzone w dziesiątki przedstawianych dowodów fotograficznych, filmowych i materialnych, rekordowo liczne, nieustające na przestrzeni dekad próby zdyskredytowania tego przypadku jako oszustwa – generalnie znalazły wspólny mianownik w uderzającym braku rezultatów, często przynoszącym wstyd różnorakim „magazynom sceptyków”, które wcześniej szumnie zapowiedziały czytelnikom, że raz dwa zdemaskują tę sprawę – bo jeżeli ktoś mówi, że rozmawiał z kosmitami, to przecież na pewno jakaś bzdura i każdy, kto ma zdrowy rozsądek, z góry o tym wie (życie w kosmosie może istnieje, ale na pewno tu nie przylatują – …?) Jako takim chwilowym rozgłosem cieszyło się np. rzekomo odkryte fałszerstwo w fotografiach – po czym okazało się, że to były zdjęcia stanowiące właśnie czyjeś próby imitacji fotek Billy’ego. Osobiście, rozważając zostanie fanatykiem tego przypadku, jestem gotów, ale jednak póki co się wstrzymuję i unikalnie niecierpliwie czekam, co na temat Billy’ego i Plejaran będzie miał do powiedzenia Brianstalin – pojawiła się ultraciekawa zapowiedź, że omówi to szczegółowo w swojej książce; a według Gary’egoSe7en ma na ten temat do powiedzenia całkiem sporo, w sensie chyba że to jakaś grubsza sprawa; trudno się czegoś domyślać i wróżyć z lakonicznych zapowiedzi, ale kto wie, czy za jakiś czas z tego właśnie źródła nie wypłyną jakieś niełatwe rewelacje wytykające pułapki ludzkiego ego oraz przypadki świadomego lub nie wykorzystywania dobrotliwych Ziemian przez równie pełnych szlachetnych intencji przybyszy, wychowanych jednak w odległej ideologii innego wszechświata. Ale nie spekulujmy bezpodstawnie – kto wie, może Brianstalin tym razem wyjątkowo oznajmi, że Billy jest w pełni o.k. i cała sprawa według Kronik Akaszy pozostaje krystalicznie czysta; choć trudno się tego spodziewać, skoro akurat Brianstalin właśnie zawsze wskazuje na czyjeś niedoskonałości, zbyt szumne mniemanie o sobie i rozdźwięk pomiędzy dobrymi intencjami a praktycznymi skutkami działań, zawsze nieświadomie podszytych osobistymi emocjami – których wcielenie po wcieleniu ludzie wciąż nie potrafią opanowywać, ucząc się hamowania egoistycznych popędów generowanych na złudzeniu odseparowania jednostkowej świadomości, odcinania zachciankom ego komunikacji ze sferą podejmowania decyzji i dokonywania czynów, tak by ich opłakane efekty dla innych nie kodowały nam negatywnej karmy na kolejne wcielenia, w których być może nam samym przyjdzie odczuwać podobne skutki na własnej skórze, może o ile nic innego nie skłoni nas do odpowiedniej refleksji; jednocześnie jednak te rachunki za poprzednie wcielenia płaci się niejako tylko przy okazji, w momencie dopuszczenia do startu z następną inkarnacją przede wszystkim otrzymując kolejną szansę poczynienia budzących podziw postępów na drodze do gwiazd – bo to tam, według Plejaran, koniec końców trafiamy po przejściu wszystkich leveli rozwoju intelektualno-duchowego w światach fizycznych i niematerialnych (ich wszystkich wymiarach, szczebel po szczeblu) – na końcu nie jest się już tylko sobą, ale zbiorową świadomością (Petale), w którą zespoliły się dusze kończące przedostatni poziom ewolucji ludzkiej duszy. Normalnie w naszym codziennym życiu współczesnych Ziemian fajne są takie sytuacje, kiedy na chwilę „dobrze się rozumiemy”, wszyscy wiemy o co chodzi, w doborowym gronie wieloletnich przyjaciół na luzie migamy sobie po oczach porozumiewawczo wesołymi spojrzeniami, a na dodatek akurat w danej chwili zdajemy sobie wszyscy plus minus jednocześnie sprawę, że łączy nas w danym momencie jedna myśl, ta sama we wszystkich głowach, jakby wszyscy śmiejemy się z tego samego, choć nikt nie wypowie tego sensu na głos, tylko każdy z dyskretnym uśmiechem patrzy po innych; a po kilku sekundach wznawiamy rozmowę, kontynuując przegląd tematów i często nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie doświadczyliśmy telepatii – co wiedziałby każdy szympans, a nie wie człowiek który dał sobie wmówić, że świat jest taki, jak podaje się w środkach masowego przekazu i skoro naukowcy nic nie wiedzą o telepatii, to pewnie nie ma takiego czegoś i śmiesznie byłoby o tym mówić – to znaczy ten, kto by pierwszy wypowiedział to słowo na głos, byłby troszeczkę śmieszny…  Są również chyba normą codzienną w życiu każdego człowieka takie telepatyczne sytuacje dwuosobowe, kiedy np. w ułamku sekundy rozumiesz się z najlepszym kumplem, albo miga ci jakieś światło w oczach dziewczyny, do której się uśmiechasz, pewnie też świecąc wówczas źrenicami. To też są miłe momenty, kiedy na chwilę chociaż w jednej myśli lub uczuciu łączymy się z czyjąś świadomością, stykamy z drugą psychiką, tak że to czujemy. No więc jeżeli taka jednosekundowa wymiana prądów jaźni to jedna z głównych kategorii najmilszych chwil, jakie po  latach w naszych wspomnieniach wciąż jeszcze trwają jak żywe – to dopiero musi być fajny klimat, kiedy stając się bytem klasy Petale, już na stałe łączysz się z innymi jaźniami, niby puzzlami w rozsypanej niegdyś układance, tworząc wielordzeniową świadomość, którą może nareszcie pojmiesz to, co dotąd jakoś nie mogło zmieścić się w twojej głowie – np. zagadki początku i kresów czasoprzestrzeni… Ciekawe, z kim się wtedy połączysz i „telepatycznie zamieszkasz pod jednym dachem”: kto wie, może z osobami, które teraz obecnie najbardziej lubisz akurat w tym życiu – nie byłoby najgorzej… A prawdopodobnie to będzie jeszcze lepiej, skoro tam na tym przedostatnim poziomie duchowej ewolucji, w momencie jego ukończenia, każdy jako świadomość jest już tak w porządku, że tylko jeden level dzieli go od w ogóle ostatecznego zjednoczenia z gwiazdą-źródłem – właśnie etap Petale. Potem zaś, na końcu tego z kolei poziomu, nie mając już w żadnym wymiarze kosmosu niczego do roboty, ani do nauczenia się czy pojęcia w żadnej sferze, rozumiejąc już wszystko „o co biega” i jakie działania prowadzą do jakich następstw – Petale schodzą ze sceny pojedynczego istnienia, wlatując do wnętrza słońca – ale nie jakiegoś najbliższego, tylko zawsze do tego samego, centralnego słońca galaktyki, a nie chodzi tu o gwiazdę centralną w sensie topograficznym, tylko najważniejszą, gdyż pierwszą i podtrzymującą wszystko swoją energią twórczą – to w tej gwieździe znajduje się centrum Energii Kreacji, bijące od początku źródło, z którego wszystko się wzięło, przynajmniej tutaj lokalnie, świetlana siła superinteligentna i wszechpotężna, która np. Indianom znana była jako Wielki Duch, itp. wszędzie ludzie z najdalszych wieków zgadzali się co do tego, że kosmos jakby coś do nich czuje i patrzy, a w razie czego pomaga – nic dziwnego, że nawet na zagubionych wysepkach rządził ten sam „archetyp”, skoro to właśnie z tą siłą i książką telefoniczną sensów jesteśmy od zawsze połączeni bardziej nierozerwalnie niż z czymkolwiek innym, a tak w ogóle to mówiąc ściślej, tak naprawdę jesteśmy właśnie cząstkami tego, chwilowo odradzającymi się jak ucięty segment dżdżownicy, ucząc się podstaw w fizycznych ciałach pierwszych leveli; to właśnie tam, do gwiezdnego żywego generatora, wspólnego korzenia wszelakiej świadomości, cały czas próbujemy dotrzeć, zwłaszcza że podobno orgazm to przy tym coś jak ziewanie z bolącymi zębami – i to właśnie tam lecą na końcu Petale, w ostatniej scenie, „HAPPY END”, wlatują już jak do siebie i stapiają istnieniem z gwiazdą, odtąd po prostu promieniując w kosmos swą twórczą energią i pomysłowością, ‚MISSION COMPLETE’, totalne zjednoczenie świadomości z tonażem nie wiadomo ilu Petale we wszechpotężnej kreacyjnej świadomości – skończył się mega-seans osamotnienia i wyobcowania, teraz już nie jesteś oderwanym fragmentem, samotnym kawałeczkiem szukającym miłości, pokoju i przyjaźni – koniec tej całej tułaczki, nareszcie po milionach lat na powrót jesteś jednym ze wszystkim i wszystkimi, tak jak miało być zawsze, w końcu znowu wszystko gra – granica/otoczka Twojej świadomości nareszcie zanikła i już nie jesteś kimś zdanym tylko na siebie, ciągle próbującym sobie jakoś radzić, bez końca samodzielnie rozplątując własne pytania, tylko od czasu do czasu ostrożnie próbując się do kogoś zbliżyć – kończąc cykl ewolucji ducha w centralnym słońcu galaktyki, nie tylko żegnasz na zawsze pojęcie osamotnienia, ale jakby to było mało, w efekcie ustawicznej niestrudzonej pracy nad sobą, już po miliardach lat – w końcu mogło być gorzej, bo są kolejne rzędy wielkich liczb – przemieniasz się w energię nieodróżnialną od tej siły, o której każdy słyszał i największy zbir rozmyślał, niektórzy nazywają ją Bogiem i są bardzo pewni, że wszystko wiedzą, o co chodzi w tym temacie, podczas gdy inni wolą o tym za bardzo nie dyskutować i nazywają to po prostu jakąś kosmiczną siłą.

– wg Plejaran za każdym razem, kiedy przeżywamy jakieś doświadczenie, płynące z niego wiedza i mądrość zostają wiecznie inkrustowane w pamięci ducha, nie podlegającej uszczerbkom po żadnej z milionów/miliardów śmierci – nawet, gdyby ktoś tysiąc razy odchodził samobójczo w peruce z lasek dynamitu; każde nowe przeżycie jest więc uciułanym punktem, małym ale zaliczonym kroczkiem na drodze, o której przemierzenie właśnie chodzi w projekcie egzystencji samouczących się świadomości, uczestnictwo w którym cechują zasady o tyle fair a niezwykłe, że w zamian za pracowite nagromadzenie uczciwie zwariowanej ilości nowych doświadczeń, oraz spokojne przemyślenie tego wszystkiego szczerze i bezstronnie, nie poddając się i nie denerwując, nie tchórząc na drodze samodzielnego podejmowania decyzji i nabierania przekonań aż do chwili, kiedy wszystkie pytania są już tylko odległym złudzeniem z przeszłości, w momencie ogarnięcia kompletnej mądrości, jakkolwiek nierealnie by to dla nas na dziś dzień nie brzmiało – doznajemy zjednoczenia z wiecznością i zespolenia z pierwotną siłą stwórczą wszystkiego, powrotu na stałe do źródła światła i energii, wszystkiego co dobre i ciekawe, pozytywne lub dla urozmaicenia zeschizowane – ponieważ staliśmy się wystarczająco superinteligentni i mega-zdrowo pomysłowi, żeby być godnymi wesołego zajęcia dalszego wytwarzania wszechświata, jego przepięknych mgławic itp. – a przy tym nie leniliśmy się miliardy lat „nie wychodząc z gwiazdy”, tylko dzięki wypełnieniu naszej trwającej miliardy lat indywidualnej misji, pełnej łez i śmiechu, chwil zdumienia i szczęścia, strachu czy ekstazy, samotności oraz spełniających się marzeń, głupich myśli i przebłysków wszechwiedzy, etc. stania w kolejce albo przedziwnych przygód w snach, gdzie też nieraz uczymy się czegoś o sobie – ukończywszy tę trudną i imponująco długą wędrówkę, jeszcze przysłużyliśmy się do rozwoju siły-świadomości stwórczej, do powiększenia jej wiedzy, wyobraźni uczuć i rozumienia własnego dzieła – o nasze niepowtarzalne wnioski i losy, pełne prawdziwych emocji; według Plejaran każdy człowiek rodzi się za każdym razem w chwili jakiejś niepowtarzalnej kombinacji energii kosmosu i nigdy nie jest kimś takim samym, jak ktoś inny, ani jego życie nie będzie identyczne z niczyim przedtem ani potem
– nasz wszechświat nie ma końca, granicy ani skraju, znajduje się natomiast wewnątrz większego wszechświata, wręcz ogromnego – który łącznie zawiera w sobie aż tyle wszechświatów takich, jak nasz, że chcąc napisać wyrażającą to liczbę, trzeba by postawić cyfrę jeden i po niej 49 zer; ten wielki wszechświat stworzył wszystkie, które zawiera, a Plejaranie nie wiedzą, co jest dalej, czy np. on też znajduje się w jakimś większym wszechświecie, czy jak to jest – nie byli jak dotąd w stanie poznać niczego „wyżej” i dlatego ten stwórczy wszechświat nazywają Absolutem, gdyż stanowi on granicę ich wiedzy; ów wszechświat sam sobie wymyślił/stworzył wszystkie swoje wszechświaty, włącznie z naszym, ponieważ jego myśli i pomysły są wystarczająco potężne, by się materializować i zamieniać w czasoprzestrzeń oraz jej fizyczną zawartość; tak samo kiedy powstawał nasz wszechświat, jego lokalna siła stwórcza najpierw nauczyła się stwarzać gwiazdy, gdy wpadła na taką ideę, potem miała pomysł z planetami itd. – a myśli stawały się rzeczywistością, materią, w operowaniu którą kreacyjna świadomość miliony lat nabierała wprawy i polotu; nie pojawiła się tu w roli zalążka naszego wszechświata jako energia wszechwiedząca, wręcz przeciwnie – coś bardziej jak my, zaczynając od czystej karty i pierwszych banalnych refleksji w otoczeniu samych niewiadomych.

Poniżej informacje już nieco nowsze, choć też nie „gorące” – w większości pochodzące z biuletynów FIGU z końca lat 90-tych, w których relacjonowane były ówczesne kontakty Billy’ego, już zdaje się głównie albo wyłącznie telepatyczne:

– ciało każdego człowieka otacza pole magnetyczne, większe lub mniejsze, mieniące się określonymi kolorami – jest to aura, która odzwierciedla stan naszego ducha i jego siłę, nasze myśli i emocje; to właśnie to pole magnetyczne współcześnie jest już w stanie uchwycić fotografia kirlianowska, nierzadko demonstrowana na różnorakich ezo-targach; jeżeli ktoś nosi w sobie negatywne uczucia, np. nienawiść, agresję czy zazdrość, widać to po kolorach aury; podobnie z pozytywnymi emocjami – gdybyśmy potrafili widzieć aurę, od razu wiedzielibyśmy, czego się po kim spodziewać

– Plejaranie bagatelizowali wiele alarmująco pesymistycznych konspiracyjnych hipotez i domysłów na nutę „pewnie najgorsza możliwość jest prawdziwa, a ci, którzy za tym stoją, są tak skończenie źli, że chyba nigdy nie mieli ukochanego psa, nie byli dziećmi roześmianymi w zabawie, ani też nigdy nikogo nie kochali i nie śmiali się, oglądając Monty Pythona” – według Plejaran tematy takie jak „chemiczne smugi”, „żywność GMO”, „uprowadzenia przez obcych” czy „Iluminaci” zostały rozdmuchane znacznie ponad miarę; natomiast HAARP na Alasce to zupełnie inna sprawa – to jest faktycznie najstraszliwsza broń testowana obecnie na Ziemi, poprzez transmisję fal elektromagnetycznych niskiej częstotliwości odbitych od jonosfery mogąca oddziaływać na mózgi ludzi z drugiego końca planety, np. paraliżując wszystkich członków społeczeństwa atakowanego kraju, również tych ukrytych w podziemnych bunkrach, doprowadzając ich do bezwładu albo szaleństwa; ale to nie wszystko – eksplozje kilku bomb nuklearnych to nic w porównaniu z tym, co może zrobić HAARP na bez porównania większym obszarze, i to bez użycia energii atomowej. Władze USA stają na głowie z obłudą, gdy rozwijając tę instalację, jednocześnie na forum międzynarodowym domagają się od innych krajów zaprzestania wszelkich prób z bronią jądrową – podczas gdy stworzona przez nie aparatura może spowodować totalną zagładę życia na Ziemi, gdyż do odbijania fal na wybrane tereny potrzebne jest wcześniejsze podgrzanie jonosfery, co już samo w sobie lub w połączeniu z następującym w dalszej kolejności ostrzeliwaniem wiązkami energii, może zniszczyć tę delikatną warstwę i spowodować ulotnienie się ziemskiej atmosfery – nikt nie wie do końca, jak użycie tej broni wpłynie na jonosferę, mimo to w ujęciu Plejaran „amerykańscy wojskowi tak bardzo pragną być w stanie pokonać każdego przeciwnika na planecie, że gotowi są zaryzykować zagładą całego życia na Ziemi – a zaangażowani w projekt naukowcy bagatelizują to ryzyko i udają, że go nie rozumieją; czynniki wpływające na kontynuowanie projektu to także problematyka tysięcy wojskowych etatów oraz zaangażowania  wielu prywatnych biznesów kooperujących w przedsięwzięciu”

– gdy Immanuel nauczał o prawach kreacji, wieki później przekształcono to w religię, z którą nie chciałby mieć nic wspólnego, a na znak szacunku jeszcze przekłamano jego imię, wymyślając nazwisko „Jezus Chrystus” i tak zmodyfikowaną postać umieszczając w historii kłamliwie przesączonej cierpieniem – że sam Bóg w ludzkim ciele cierpiał za nas i dlatego teraz wypada nam wszystkim pół życia cierpieć, umartwiać się i postrzegać świat oraz postępować tak, jak tłumaczą nam ludzie przedstawiający się jako prawowici strażnicy i interpretatorzy tych starożytnych nauk, które rzekomo znane są im po 2 tysiącach lat w wersji na 100% wiernie oddającej słowa nauczyciela z Galilei; podobnie rzecz miała się z naukami Mahometa, które były takie same jak Immanuela, ale też podobnie po jego śmierci zostały przekształcone, tyle że w inną stronę – np. Mahomet nigdy nie mówił, że Islam nakazuje podboje i agresywne rozprzestrzenianie tej religii; w słowach o walce chodziło mu tylko o to, że zdając sobie sprawę z zagrożenia współczesnych mu ludzi przez pozaziemskich krętaczy z grupy Befath (Plejadiańskich odszczepieńców/ buntowników/”terrorystów”, bazujących pod piramidą w Gizie w latach … p.n.e. – 1978) – Mahomet wzywał swoich braci do obrony koniecznej przed nimi, słusznej walki zgodnej z prawami kreacji; takie jest prawdziwe znaczenie słowa „Dżihad”, czego nie wiedzą wyznawcy niektórych współczesnych odłamów islamu, skądinąd jako religia bogatego dziś w różnorodność odmian i wątków wzajemnego dyskursu interpretacji; niekiedy taka ideologia popycha ludzi do aktów przemocy/terroru – ale winę wg Plejaran ponoszą tu również kraje takie jak USA czy ich sojusznicy, np. Wlk. Brytania, które prowadząc rabunkową gospodarkę terytoriów państw muzułmańskich i okupując je, wzniecają w sercach prawowitych mieszkańców tych terenów poczucie słuszności walki o wyzwolenie; Wlk. Brytania została przy okazji tematu terroryzmu wymieniona jako kraj, który wymyślił własną odmianę państwowego terroru w wykonaniu służb

– wg Plejaran współcześni ludzie na Ziemi są genetycznymi spadkobiercami nie tylko rdzennych mieszkańców naszej planety, ale także oświeconych eksperymentów istot z Syriusza – zaawansowanej cywilizacji ludzkiej sprzed eonów lat, która dla uczczenia imponujących postępów własnej kultury i moralności, postanowiła niegdyś wyeliminować ze swojego społeczeństwa agresję za pomocą inżynierii genetycznej, a następnie po pewnym czasie, w związku z faktem, że kosmos dosłownie tętni życiem, reprezentującym najróżniejsze stadia ewolucji, przyszło im zauważyć spadek swojej zdolności obronnej w przypadkach ataków z zewnątrz; w tej sytuacji ulepili więc sobie prototypową rasę obrońców, obdarzając ją genotypem ustawionym właśnie pod cechę agresywności; a ów set po dziś dzień mniej lub bardziej przebija się w naszym DNA i to dlatego na Ziemi od zawsze jest tyle wojen, zła i przemocy – to nie do końca wina samych tylko naszych charakterów, ale również fizycznych ciał, przy których ktoś kiedyś majstrował, myśląc w kategoriach efektywności w warunkach działań wojennych; ponadto mieszkańcy Syriusza, sami żyjący bardzo długo, przezornie zmodyfikowali genom rasy swoich „ochroniarzy” w taki sposób, żeby jej przedstawiciele żyli dla odmiany bardzo krótko i umierali, zanim ich wiedza i mądrość mogłyby zacząć kogokolwiek niepokoić; to dlatego nie żyjemy tyle, co ludzie z innych planet, a nasi naukowcy wciąż zupełnie bezskutecznie drapią się po głowach, szukając ewolucyjnego sensu genów odpowiedzialnych za starzenie i obumieranie komórek, których jedyna rola okazała się polegać na tym, że nierzadko pokrywamy się zmarszczkami, kiedy dusze wciąż jeszcze mamy młode, a oczy starszej pani wesoło świecą, niby małej dziewczynki – bo tak naprawdę nie ma w tym nic dziwnego; ostatecznie mieszkańcy planet w systemie Syriusza postanowili zakończyć swój uduchowiony eksperyment, eksterminując jego biomasę – znaleźli się jednak wówczas inni ludzie z dawnych gwiazd, widocznie nie dorównujący im psychointelektualnie, skoro nie zgodzili się na bycie biernymi świadkami takiego obrotu spraw i na pokładach swoich pojazdów kosmicznych ewakuowali wielu naszych przodków daleko stamtąd

Generalnie przypadek Billy’ego Meiera wydaje się nie do ruszenia przynajmniej na pierwszej linii autentyczności, to znaczy co do samego faktu, że ponad tamtejszymi lasami rzeczywiście niejeden raz przelatywały tajemnicze, metalicznie lśniące pojazdy dyskokształtne, a wydarzenia owe żywo interesowały amerykańskie kręgi wojskowe (według m.in. Phila Schneidera oraz Ala Bieleka) i szwajcarskie siły powietrzne – których myśliwiec pewnego razu dał się tam nawet sfotografować, jak gdyby na potrzeby promującej lotnictwo broszury pozował do zdjęcia podpisanego „Kulminacja wieczornego przelotu myśliwca – spotkanie z niezidentyfikowanym obiektem latającym”. Jednak co do wiarygodności samej treści przekazu mądrości z innej historii – można pamiętać przynajmniej o fakcie, że Plejaranie sami opowiadają, jak nie tak dawno ich przodkowie popełnili na Ziemi wiele błędów i niegodziwości, a buntownicy z ich systemu jeszcze w XX wieku wabili mieszkańców naszej planety złudzeniami i zwracali przeciwko sobie, knując intrygi oraz egoistyczne plany. Na pewno Plejaranie starają się jak najlepiej, ale to samo można przecież powiedzieć o bardzo wielu osobach z najróżniejszych środowisk i opcji ideowo-filozoficznych, u których dobre intencje nie wydają się do końca przekładać na szlachetność konsekwencji czynów. Być może gwiazdozbiór informacji od Plejaran tak samo miga momentami jakiejś propagandy czy przeinaczania, z czego np. oni sami zdadzą sobie sprawę dopiero za 200 lat – a wtedy wrócą i powiedzą „Oj, sorry, właściwie to znowu nabroiliśmy…”

[22.11.09]   Ogólnie, wbrew wielu akapitom widniejącym póki co powyżej, na lotnej premii moich dociekań, po dwóch latach przesadnie intensywnego badania tematu ufo, okazywałoby się, że to wszystko może wyglądać mniej więcej tak:

– najlepiej zawsze zważać na głos własnej intuicji i w obliczu żadnych informacji nie ściszać nigdy z przejęciem odwiecznej wewnętrznej muzyki pozytywnego sensu wszystkiego, co istnieje i przemierza czasoprzestrzeń, próbując rozwikłać jej tajemnice czy po prostu wesoło sobie oddychając zielonymi liśćmi, wyczuwającymi promienie słońca; owa cicha melodia przeczuć większego sensu, uspokajająca wszelakie smutki, jeśli tylko dobrze się w nią wsłuchać i zgrać z nią refleksjami, niezniszczalna gdzieś w głębi pewnie każdej duszy, chociaż nie zawsze się ją słyszy albo choć o niej pamięta – w świetle współcześnie ukrywanej przed masami wiedzy okazuje się być jednak prawidłowym podkładem emocjonalnym pod rzeczywistość naszego kosmosu; chociażby 118% gazet pisało, że to wszystko jest inaczej i sprytnie byłoby raczej ciągle się martwić, przejmować i obawiać, a potem i tak się umiera, znikając na zawsze. Skoro jednak według cenionych przez wojskowych informacji z innej planety tak naprawdę wszystko jednak ma sens, a każde życie jest zaminowanym szansami etapem monumentalnej drogi w gwieździstym celu – obojętnie jak nie byłoby nudne, w końcu czasami trzeba odpocząć, jak to na długim szlaku – wobec tego wszelakie wyobrażalne okropności godne horrorów przyszłości i różne inne mniej lub bardziej nieprzyjemne wydarzenia okazują się być tylko jak gdyby przyprawami niezbędnymi dla podkreślenia smaku naszej świadomości, urozmaicenia fabuły, natchnienia przygód garścią zagadek i wyzwań, żeby można je było z klasą rozwiązywać i pokonywać, jak np. robili to bohaterowie serialu „Parker Lewis”, których przygody bez żadnych problemów byłyby pewnie dość monotonne i pozbawione humoru. Żyje się tyle razy, że każdemu wystarczy, ci którzy odeszli będą żyć znowu, a śmierć to tylko rozwiązanie problemu przepalania się mózgu od pomysłów błyskających nieprzerwanie przez tysiące lat, w przypadkach populacji o nieosiągalnej dla nas średniej długości życia; na samym końcu i tak czeka niezły ‚happy end’, tj. trwały stan psychiczny niewyobrażalny dla zakresu doznań stworków krzątających się jeszcze po powierzchniach planet – z czego wynika, że każdy stres przyczajony gdzieś po drodze ma tak naprawdę ograniczony wymiar i sens, a po eonach lat pisane jest mu w ogóle zrzucić maskę i okazać przewrotnie pozytywnym wydarzeniem, które przydało się w szybszym ukończeniu fazy wyodrębnionego istnienia / samotnego przeżywania

– uprowadzenia przez obcych mogą być w co najmniej 80%-90% przypadków oryginalnymi seansami organizowanymi przez tajne struktury wojskowe, w ramach sekretnego planu zaprezentowania ludzkości nowego wroga – obcych z kosmosu; jak zresztą po długoletnich badaniach sugerowali znani badacze tego zjawiska, tacy jak np. Bill Cooper, dr Karla Turner czy  dr Helmut Lammer; Gadoidy/Reptilianie to być może tylko wymyśleni wrogowie, a za ich obserwacje odpowiedzialne są niekiedy bioroboty stworzone w wojskowych laboratoriach, gdzie konstruktorzy japońskich sztucznych ludzi nie wiedzieliby, co jest od czego; natomiast obserwacje „zmieniania kształtów”, czyli ‚shape-shiftingu’, byłyby zaś kto wie czy nie mylnie interpretowanymi przejawami prastarej aktywności niegłupich istot gnieżdżących się w innym wymiarze czasoprzestrzeni zakrzywianej przez naszą planetę, tzw. sferze astralnej, a raczej jej najniższej lidze; w przyszłości w ramach daleko posuniętych globalnych ćwiczeń „Inwazja” można spodziewać się nalotów rzekomo przybywających z kosmosu uzbrojonych jednostek powietrznych, w wyniku których zniszczenia dotkną wiele kilka miast, a straty w ludziach zostaną może np. przekształcone przez media w histerię kwalifikującą każdego, kto powie, że to się nie dzieje naprawdę, do otoczenia opieką; moralna ocena tej akcji, zapewne potajemnie ujawnianej na szczeblu międzynarodowym w mniejszym lub większym zakresie i być może nie bez kontrowersji czy wręcz oporów poszczególnych państw – pozostaje złożona w obliczu równie utajnionej faktyczności zagrożenia ziemskiej cywilizacji nadciągającego ze strony upadłej inteligencji z kosmosu, której jednostki bojowe mają według Plejaran prędzej czy później wziąć naszą planetę na cel, a wtedy akurat możemy już grać w profesjonalnej lidze planetarnej o zasadach „każdy się broni sam i sam załatwia swoje sprawy” (o ile już w niej nie gramy) – być może więc ten „fałszywy alarm”, niby przeciwpożarowy w szkole, opracowany został w celu ominięcia problemu „jak teraz szybko i skutecznie przekonać narody wszystkich religii, że kosmici w ogóle istnieją, a mało tego, czym prędzej powinniśmy przestać strzelać do siebie nawzajem, a rozpocząć konkretne przygotowania do obrony ramię w ramię”. Oczywiście istniałaby też alternatywna droga normalnego ujawnienia ukrywanych od dekad informacji na temat obcych, bez realizowania scenariusza pozorowanej inwazji – być może jednak władze po prostu nie zamierzają powiedzieć ludziom prawdy, że tak długo robiły z nich głupków i kazały się śmiać z ufo, wiedząc że to poważna sprawa – skoro wtedy masy społeczne mogłyby na dłużej przyjąć postawę nieufności wobec oficjalnych komunikatów, a np. publicyści i uczeni sfery publicznej wziąć na cel dociekań mechanizmy, które w rzekomo demokratycznym świecie pozwoliły na utrzymywanie pokoleń w stanie ogłupienia i skołowania; jeszcze inna możliwość, to że jakaś grupa pragnie wykorzystać całą tę okazję, oczywiście rozpoznając swoje intencje jako słuszne i szlachetne, w celu profilaktycznego zagarnięcia władzy za pomocą narzuconego na struktury wszystkich państw globalnego systemu obronnego, elektronicznej kontroli etc.

– eksperyment „Filadelfia” nie wiadomo, czy się wydarzył, czy nie – albo Plejaranie mówią, że nie, albo ktoś ściemnia, że oni tak powiedzieli, albo po prostu Al Bielek mówi prawdę, a jakieś grupy próbują to podważać, na rozmaite sposoby i z nieznanymi intencjami; poza tym w dzisiejszych czasach, nawet kiedy strzelasz się albo konwersujesz z kosmitą – i tak do końca nigdy nie wiesz i ciężko poznać, czy to nie był czasem kosmita-zabawka; a kto wie, czy jeszcze nie było tam gdzieś ukrytej kamery; a jeżeli służąc w wojsku słuchasz na odprawie o zielonych stworach, oglądając ich rysunki albo zdjęcia – też do końca nie możesz mieć pewności, czy to już jest naprawdę, czy to wszystko jeszcze ostatnia megarealna symulacja, którą ci potem wytłumaczą.

http://www.ukrytesprawy.org/

Reklamy

25 Comments

  1. Posted 17/07/2012 at 11:53 | Permalink | Odpowiedz

    I could not refrain from commenting. Well written!
    Gracias

  2. Posted 06/08/2012 at 18:08 | Permalink | Odpowiedz

    Hello, I log on to your new stuff like every week.
    Your humoristic style is awesome, keep it up!

  3. Posted 20/08/2012 at 04:33 | Permalink | Odpowiedz

    I know this web site provides quality dependent content and other data, is there any other website which gives these things in quality?

  4. Posted 11/10/2012 at 16:24 | Permalink | Odpowiedz

    Definitely imagine that which you said. Your favorite
    justification seemed to be at the net the simplest thing to remember of.
    I say to you, I definitely get irked whilst folks consider issues that they
    plainly don’t recognize about. You controlled to hit the nail upon the highest and defined out the whole thing without having side-effects , folks could take a signal. Will likely be again to get more. Thank you

  5. Posted 24/12/2012 at 06:43 | Permalink | Odpowiedz

    Your style is unique compared to other people I’ve read stuff from. Many thanks for posting when you have the opportunity, Guess I will just bookmark this blog.

  6. Posted 28/12/2012 at 10:35 | Permalink | Odpowiedz

    Howdy, I think your website could be having web browser compatibility issues.
    Whenever I take a look at your blog in Safari,
    it looks fine however, when opening in Internet Explorer,
    it’s got some overlapping issues. I merely wanted to give you a quick heads up! Other than that, wonderful site!

  7. Posted 21/03/2013 at 20:36 | Permalink | Odpowiedz

    , Salman Rushdie became a force in language and literature.

    The Bliss i – Phone Theme is a simple, lightweight Cydia
    theme. It is known among Full House fans that Jesse is involved with Elvis and this story is
    quite entertaining because of the fact that Jesse is simply too embarrassed to inform the family what he
    could be up to as a way to earn additional cash.

  8. Posted 25/03/2013 at 08:48 | Permalink | Odpowiedz

    This past week we f&#1110n&#1110shed a new fashion Jewelry product launch if
    DB wasn’t so God damn hot, btw.

  9. Posted 04/04/2013 at 09:00 | Permalink | Odpowiedz

    I want to to thank you for this very good read!! I certainly enjoyed
    every bit of it. I’ve got you book-marked to check out new stuff you post…

  10. Posted 05/04/2013 at 03:35 | Permalink | Odpowiedz

    Very nice post. I just stumbled upon your weblog and wanted to say that I’ve truly enjoyed surfing around your blog posts. In any case I’ll be subscribing to your feed and I hope you write again soon!

  11. Posted 16/04/2013 at 02:56 | Permalink | Odpowiedz

    Thank you for the good writeup. It in truth used to be a entertainment account it.
    Look complicated to far introduced agreeable from you! By the way, how
    can we keep up a correspondence?

  12. Posted 22/04/2013 at 19:35 | Permalink | Odpowiedz

    Spot on with this write-up, I really believe this site needs a
    great deal more attention. I’ll probably be returning to see more, thanks for the advice! izharyousufzai.of-cour.se

  13. Posted 27/06/2013 at 02:12 | Permalink | Odpowiedz

    Very good information. Lucky me I recently found your blog by
    chance (stumbleupon). I’ve bookmarked it for later!

  14. Posted 06/07/2013 at 14:43 | Permalink | Odpowiedz

    But in the last few years, IPTV has dwarfed the caliber of DVD and
    Cable TV. Mostly a brief history of business surely could control various inventions and technologies.
    Trading invites numerous sites is very frowned upon inside the exclusive Bit – Torrent community
    because it allows anti-piracy groups to infiltrate
    private trackers with less effort.

  15. Posted 16/07/2013 at 16:00 | Permalink | Odpowiedz

    It is approved by the FDA and is the most advanced
    adjustable gastric banding system available.
    Bake about 45 minutes, or until butter knife inserted
    near center comes out clean. By then he was an assistant to
    the parish priest at St.

  16. Posted 01/08/2013 at 05:38 | Permalink | Odpowiedz

    Post writing is also a excitement, if you know afterward you can write otherwise it is difficult to write.

  17. Posted 03/08/2013 at 12:59 | Permalink | Odpowiedz

    This excellent website truly has all of the
    information I needed about this subject and didn’t know who to ask.

  18. Posted 16/09/2013 at 11:58 | Permalink | Odpowiedz

    It was the renowned Proust who asserted that the genuine voyage of discovery is not always about
    searching for new landscapes, more about having new eyes.
    Thank you so much for opening mine.

  19. Posted 26/11/2013 at 12:29 | Permalink | Odpowiedz

    Hi there, I enjoy reading all of your post. I like to write
    a little comment to support you.

  20. Posted 27/12/2013 at 19:26 | Permalink | Odpowiedz

    Zamieszczone przez Ciebie zbiór informacji jest zaiste potężnym streszczeniem mnóstwa artykułów i filmów zamieszczonych w sieci. Zdecydowaną większość prześledziłem osobiście, a jeszcze większą część mógłbym dodać w celu uporządkowania burzy jaką one powodują. Zdecydowana większość z tych materiałów jest już z sieci systematycznie usuwana więc streszczenie to należy traktować jako unikatową dla rodaków część skrywanej informacji, która ma na celu otworzyć im oczy na to, czym faktycznie jest lub może być otaczająca ich rzeczywistość. Oczywiście ilość zawartych w niej manipulacji i fałszywek na które sam zwracasz uczciwie uwagę jest również ogromna, ale nie istnieje inne wiarygodne źródło w którym można by się doszukać tyle wrażliwych informacji. Mniej zaawansowani czytelnicy powinni biorąc je POd uwagę bezwzględnie zacząć baczniej niż dotychczas przyglądać się ludziom, sytuacjom, katastrofom, datom, liczbom, porządkom, symetrii, niebu, pożywieniu, zwierzętom i przede wszystkim drastycznie ograniczyć oglądanie TV, filmów, a zacząć póki jeszcze można przeglądać w poszukiwaniu wiedzy Internet, a znalezione w nim perełki zapamiętywać, opisywać i nagrywać na własny dysk. Oczywiście należy szukać źródeł wiedzy w tym 15 + 2 szmaragdowych tablic, innych hermetycznych prawideł oraz wszystkiego, co jak powiedziałeś jest pożywieniem dla ducha i rozwija mentalne kojarzenie i samo spostrzeganie. W temacie historii ludzkości oraz czego rzeczywiście ludzkość periodycznie powinna się obawiać polecam stronkę: 3w. i dalej: poloneum.com/Pp.html#PRAWDA

  21. Posted 15/06/2014 at 19:08 | Permalink | Odpowiedz

    Hi to every one, it’s actually a good for me to visit
    this site, it contains important Information.

  22. Posted 09/08/2014 at 08:03 | Permalink | Odpowiedz

    This website definitely has all of the info I needed about this subject
    and didn’t know who to ask.

  23. Posted 25/08/2014 at 19:23 | Permalink | Odpowiedz

    constantly i used to read smaller content which as well clear their motive, and that iis also hwppening wih this post which I am reading now.

  24. Posted 15/10/2014 at 04:05 | Permalink | Odpowiedz

    Steven White is an IT expert who writes for Free Password Manager blog,
    a site providing information on Best Password Managers, Password Manager Types, Password
    Management Tips, Advice, Issues etc. If you think that it is only big
    companies whose accounts get hacked, you are wrong. mail, the password you enter is checked for its strength.

    Online security scenario is definitely stepping up.
    For security reasons, we use multiple passwords for different websites and accounts and in order to remember and manage
    them, we all need password management tools.

  25. nik
    Posted 15/02/2015 at 00:00 | Permalink | Odpowiedz

    Wyczytałam, że pan Swierdłow ma nietanie usługi. Poza tym siedział w mamrze za oszustwa finansowe. Zupełnie jak Anne Hayes vel Ashayana Deane – malwersacje. Teraz wróżbici mają inne nazwy swoich profesji: ekstrasens, czaneling. A wszyscy każą sobie słono płacić. Ludzie, czy wy naprawdę sądzicie, że to wiarygodne osoby? Czy wy wierzycie, że jakiś człowiek zna przyszłość? Przecież nikt z nich nie przewidział niczego! O pewnych rzeczach, które jakoby przewidzieli, zawsze mówią po faktach. Żaden „jasnowidz” nie przepowiedział, że samolot będzie zestrzelony, albo co się wydarzyło z MH17, albo, że wojna wybuchnie na Ukrainie, albo……można wyliczać bez końca. Nie ma człowieka znającego przyszłość, ale zdaje się, że naiwni to nie tylko w czarnej Afryce, ale nawet w cywilizowanej Ameryce (Północnej)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: