NIE TYLKO O ŻYDACH – Janusz Korwin Mikke (e-book)

Janusz Korwin-Mikke

NIE TYLKO O ŻYDACH

artykuły o sprawach narodowych

z posłowiem Antoniego Zambrowskiego

Oficyna Liberałów

Warszawa 1991

?’rojekt okładki: Jerzy Masłowski

Zdjęcie na okładce: Michał Masłowski

Korekta: Małgorzata Szmit, Maciej Wnuk

ŻYDZI

Opracowanie techniczne, skład:

Wydawnictwo

CSS „WarSawa”,

Warszawa, ul. Chłodna 35/37, tel 24-78-24

Copyright by Janusz Korwin-Mikke 1991

Jestem człowiekiem starszym – nie na tyle jednak, by pamiętać międzywojnie. Znam je zatem jedynie z przekazów i dokumentów. Mimo wyraźnych wysiłków – nie tyle cenzury, co pamętnikarzy – anty-semityzm jest na tym obrazie bardzo wyraźnie widoczny.

Sądzić należy, że powstał on przede wszystkim jako odprysk nacjonalizmu – typowego dla narodów uzyskujących świeżo tożsamość. Należałby do tej kategorii zjawisk, co anty-polo-nizm Litwinów. Nie tłumaczy to jednak całości zjawiska.

Anty-semityzm można z grubsza podzielić na:

– instynktowny (widok lub zapach Żyda jest mi wstrętny)

– wszczepiony (niechęć do Żydów jest naśladownictwem obserwowanego w dzieciństwie odruchu starszych)

– ekonomiczny (racjonalny: zajmują najlepsze stanowiska i wyzyskują nas)

– narodowy (dla utrzymania czystości charakteru narodowe-go trzeba się od nich separować)

– kulturalny (jest to kultura niższa, oparta na wzajemnej adoracji)

– barbarzyński (jest to kultura starsza, wyższa, bardziej wyrafinowana)

– intelektualny (umysły raczej odtwórcze, pasożytujące na pomysłach innych)

Dwa pierwsze motywy działają na podświadomość. Pierw-

szy (odruch bezwarunkowy) de facto nie istnieje i służy tylko do racjonalizacji motywu drugiego. Istnieją bowiem całe społeczności nie przejawiające bezwarunkowego odruchu niechęci do Żydów. Tyczy to zresztą bardzo wielu form rasizmu.

3

Drugi jest faktem. Obrazowo rzec można, że jeśli pra-ojciec Lech skrzywił się z niechęcią na widok starozakonnego -jego dzieci mogą naśladować ten gest do dziś. Dla jego utrzymania, a nawet wzmocnienia w kolejnych pokoleniach wystarczają drobne motywaje: zapach cebuli u Żyda będzie pamiętany lepiej niż takiż zapach u Polaka. Konkurent Żyd będzie wyraziściej wspominany (jeśli wygryzł z posady lub zmusił do obniżenia cen w sklepiku) – bo istniejejuż sztanca! Przypuść-my, że w awansie wyprzedziło nas kolejno trzech zielo-no-okich – nawet tego nie zauważymy, choć kolor oczu może być wyrazistszy niż kształt nosa.

Ten anty-semityzm może istnieć, choćby człowiek w ogóle w życiu nie widział Żyda! Ludzkość bowiem potrafi myśleć kategoriami abstrakcyjnymi. Dość kuriozalnie egzystuje więc i obecnie w Polsce, stanowi nawet część naszego dziedzictwa kulturowego. W pewnym sensie nawet się pogłębia: dawniej człowiek „nie lubił Żydów” – ale przyjaźnił się z Mojżeszem Zamościskierem i sypiał z Sarą Rotbaum. Dziś Żyd jest katego-rią abstrakcyjną i łatwiej na Żydów zwalić winę za np.  niepowodzenie ekonomiczne.

Trzeci motyw jest bardziej złożony. Składają się nań dwa elementy. Jeden omówię przy kolejnych punktach; drugi zaś nie ma nic wspólnego z rasą.

Używają go ci sami nieudacznicy, którzy pomstują na badylarzy i twierdzą, że ajenci zarabiają ich kosztem miliony; gdy wszakże zaproponować, by sami zostali ajentami-zaczynają się wykręcać, twierdzić, że są za starzy, mają ważniejsze sprawy (np. zaopatrywanie ludności w okólniki zamiast świeżej marchewki) itd. Innymi słowy ludzie niezdolni, mający pretensje do całego świata. Ataki na Żydów są dla nich wygodnym samousprawiedliwieniem się; z tego samego po-wodu socjalizm właśnie w Polsce przyniósł tak tragiczne owoce.

Czwarty jest wysoce racjonalny – napisałbym nawet „wy-myślny”. W czystej formie nie jest on właściwie nawet anty-semityzmem. Prowadzi co najwyżej do apartheidu (ich kultura jest być może znakomita, ale trzymajmy się osobno).

4

Praktycznie jednak właśnie ta racjonalizacja pozwala z czys-tym umysłem dawać folgę podświadomej irracjonalnej nie-chęci – stąd ekscesy anty-żydowskie przybierały tak ostre formy na uniwersytetach, co tak dziwi zwolenników tezy o prymitywiźmie intelektualnym anty-semitów i zaniku an-ty-semityzmu w miarę wzrostu wykształcenia społeczeństwa.

Piąty jest bezwzględnie uzasadniony w części dotyczącej „wzajemnej adoracji”. Nie ma to jednak nic wspólnego z semityzmem! Proszę popatrzeć na rubrykę „Polacy na Świe-cie” – facet, który został profesorem w Uniwersytecie na Gwadelupie, jest wychwalany pod niebiosa! Ba, publicyści narzekający na protekcjonizm u Żydów publicznie wyrzekają, gdy rodak rodakowi za granicą takiejż protekcji nie udzieli!

Żydzi od tysięcy lat żyją w diasporze – i trudne warunki musiały u nich wykształcić to, co wykształciły: dużą bystorść i instynkt wzajemnej pomocy (będący zresztą, o ile wiem, w znacznej mierze mitem). Czy ich kultura jest niższa? Na miejscu naczelnika tiurmy, któremu Kuzniecow (ten porywacz samolo-tu w latach 70-tych) oświadczył „Wyście jeszcze po drzewach chodzili, gdy Żyd leżał na baranicy i myślał o Bogu” nieco bym się wstrząsnął – ale dyskusja nad „niższością” tak starej kultury jest doprawdy bezsensem – jej „starość” jest dowo-dem, że znakomicie umożliwia przetrwanie narodu.

Motyw ostatni też jest po części uzasadniony. Bystrość umysłu zazwyczaj okupowana jest głębią – niezależnie od rasy. Prymitywni anty-semici stalinowscy i hitlerowscy o wiele mądrzej zrobiliby, wskazując, że teoria Einsteina w gruncie rzeczy jest prostym wnioskem z filozofii Poincare’ego i trans-formacji Lorentza – zamiast twierdzić, że jest ona niepraw-dziwa! Przypomina to wprawdzie chwalenie autora teorii gotowania oraz wynalazcy rury – natomiast zapomiţania o facecie, którywpadł na pomysł, że rurę można zjednego końca zasklepić i postawić na ogniu; ale czego tojuż nie robiono wtej dziedzinie!

Nie dziwię się więc Żydom, że wzajemnie wychwalają

mniejsze lub większe osiągnięcia członków swego narodu, i

nie potępiam ich za to. Jest wszakże faktem, że bywa to dla

5

I

innych irytujące – a dla zawodowców stanowi wręcz nieucz-ciwą konkurencję ekonomiczną. Gdy w Assamie wybuchły rozruchy przeciwko Bengalczykom, to przecież z tego samego powodu: imigranci, wzajemnie się wspierając, zajęli najlepsze stanowiska.

Tu nie mogę pominąć mego konika. Anty-semityzm rośnie

wraz z etatyzmem. Gdy każdy ma to, co zarobi lub odziedziczy

– zawiść jest ukryta: gdy jednostka uzyskuje możność skiero-wania państwowych pieniędzy do jednej lub drugiej kieszeni

– zawiść wypływa swobodnie na wierzch.

Przypuśćmy, że urzędnik nazwiskiem Mościskier może-dla zbudowania szkoły – wywłaszczyć Kowalskiego albo Gołdbauma. Jak wiadomo w PRL koszt placu budowlanego był pięcio-dziesięciokrotnie wyższy od ceny płaconej oficjal-nie. Jeśli Mościskier wywłaszczy Goldbauma – narazi się na zarzut skrzywdzenia rodaka; jeśli wywłaszczy Kowalskiego-pojawi się antysemityzm.

Ba! Mościskier może zadać sobie wielki trud i obliczyć, że w województwie jest 12”% Żydów i przy wywłaszczeniach skru-pulatnie pilnować, by dotknęły ich one w takim-ż procencie.

Nic mu to nie pomoże! Oskarżenia pozostaną, a jedynym

realnym efektem będzie nie-optymalna lokalizacja, gdyż kryte-

rium narodowości właściciela gruntu przy rozmieszczaniu

żłobków trudno uznać za rozsądne. W etatyźmie tworzą się

więc idealne warunki do pasożytowania – robi to półin-

teligencja, w znacznej mierze żydowska. Usunąć to podłoże

może wyłącznie powrót do liberalnego kapitalizmu. Gdy

kapitaliści żydowscy bogacili się w XIX wieku budując fabryki

– nie odczuwali anty-semityzmu; gdy przez stosunki uzys-kiwali koncesje rządowe – i owszem!

W skład polskiego anty-semityzmu wchodzţ te – i inne,

niewymienione – motywacje. Są one ze sobą sprzeczne, co

daje czasem wynik zadziwiający: narodowcy zwalczający

Żydow w kraju chętnie zniszczyliby państwo Izrael, zamiast

6

marzyć o wysłaniu wszystkich Żydów do Palestyny (a przecież ś.p. Roman Dmowski niewątpliwie wysłałby wojsko dla wspomagania Izraela przeciwko Arabom!).

Z kolei Żydzi popełnili w ostatnim półwieczu ogromny błąd, stawiając na lewicę – w złudzeniu, że anty-semityzm zniknie (tak było w programie!), a etatyzacja życia stworzy szanse dla ludzi o zbliżonym typie umysłowości. W rzeczywistości naród żydowski drogo zapłacił za to doświadczenie – zarówno klientela lewicy, jak i prawicy, okazała się być nastawiona anty-semicko; jedynie wolno-konkurencyjny kapitalizm, gdzie nikt przy zawieraniu interesu nie pyta o pochodzenie, a jedynie o zysk -jest ustrojem zapewniającym współżycie. Etatyzm-niezależnie od ideologicznego podkładu – prowadzi albo do anty-semityzmu, albo apartheidu (jak w feudaliźmie, gdzie Żydzi mieli odrębne prawa – w Polsce jak widać tak korzystne, że ściągali z całej Europy).

Obecnie, tj. po 1968 roku realny (nie: psychologiczny) problem semicki w Polsce istnieje – ale w sensie ujemnym. To znaczy – pozostała próżnia po Żydach, którzy zostali wymor-dowani podczas wojny lub wyemigrowali. Kto pamięta po-ziom dowcipów politycznych przed Marcem i porówna go z obecnymi witzami zrozumie, o co chodzi. Po prostu brakuje nam inteligencji – a Żydzi stanowili dawniej (czy się to komu podoba, czy nie) znaczną jej część. Mam tu na myśli praw-dziwą inteligencję, ludzi takich jak np. Antoni Słonimski.  Narodowcy twierdzą wprawdzie – i mają rację – że w to miejsce wyrośnie nasza, swojska – tylko strasznie długie jest to czekanie w obecnych warunkach społeczno-gospodar-czych… A i same warunki wzrostu są wysoce niezdrowe.

Prawdziwy jest też zarzut narodowców, że właśnie błyskot-liwość Żydów pozwoliła im udawać, że w doktrynach typu Dia-Mat jest jakiś głęboki sens. Faktem jest, że najgłupszy słuchacz obecnych wykładowców dialektyki jasno widzi, że jest to stek bzdur – dawna kadra umiała stwarzać pozory…  Jednakże ci sami ludzie, widząc zmianę trendu światowego, w ciągu jednej nocy umieliby zmienić front i z ulgą szerzyliby rozsądne poglądy – natomiast właśnie w środowisku np.

7

narodowców wyraźnie widać, że zdrowym poglądom nie musi niestety towarzyszyć wysoki poziom intelektualny.

Półinteligencja jest warstwą dającą się kupić – jest jednak warstwą potrzebną. Kto na przykład (poza skrajnymi anarchis-tami i liberałami) nie potrzebuje bezideowych, a inteligentnych urzędników! (Nasi władcy już zaczynają zgłaszać to zapot-rzebowanie, jednak jest to błędne koło: inteligentny urzędnik nie chce pracować wśród sprzecznych przepisów – a nie ma komu ich zmienić, gdyż ludzie inteligentni nie docierają właśnie wskutek tego na szczyt hierarchii). Otóż tej właśnie inteligencji i pół-inteligencji nam brakuje. Byli to – po-wtarzam – ze względów historycznych bardzo często Żydzi (Ale w Katyniu i Sonder-akcjach wyniszczano planowo i aryjską inteligencję).

Brakuje nam również warstwy kupieckiej – choć to od-rodzić można w ciągu roku. Jednak z braku tradycji trudno Kowalskiemu zamienić wegetację urzędnika na pozycję ajenta.

Żydzi prędzej orzekliby, że”pieniadzjestpieniţdz”i przestaliby

przysparzać rządowi kłopotu życiem za państwowe pieniądze

– gdy tylko stwierdziliby, że są to pieniądze marne.

Czy istnieje psychologiczny anty-semityzm? Jest to zjawis-ko, które trwać będzie wiele jeszcze pokoleń – gdyż nie wyruguje się go zakazami. W gruncie rzeczy będzie on jednak coraz bardziej sprowadzał się do opowiadania żydowskich kawałów – o ile nie zostanie sztucznie podsycony. Natomiast autentyczny, instynktowny antysemityzm zniknąć musi po prostu z powodu zbyt wielkiej rzadkości Żydów w populacji.

Jako przykład przytoczę tu – cynicznie opublikowane-

wspomnienia wyborów do przedwojennej Akademii Literatury

w 1933 r. Sama instytucja jest najoczywiściej bzdurna – ale

my zawsze wzorowaliśmy się na etatystycznej Francji, za jej

wzorem postanowiono więc pisarzy usadzić na stołki. Roz-

pisano ankietę wśród czytelników, jednak odpowiedzi wpły-

nęło mało – a, co gorsze, nie były one zgodne z upodobaniami

twórców ankiety. W szczególności publika nie doceniała

sympatycznego skądinąd poety, Bolesława Leśmiana. Sfał-

szowano więc wyniki ankiety! Czy fakt, że prawdziwe nazwis-

8

ko bajkopisarza brzmi Lesman odegrał tu rolę? Zapewne nie-ale choć cała sprawa jest śmieszna, wiele osób traktuje rozmaite akademie poważnie – i dezynwoltura, z jaką opisuje ten incydent pamiętnikarka (też pochodzenia żydowskiego…) jest znakomitym pretekstem do wzniecenia anty-semickich nastrojów wśród mistrzów pióra.

Sądzę, że o pewnych problemach trzeba pisać i mówić otwarcie – by nie pozostawić ich na pastwę kanapowych plotek. Mówi się – a podsyca to umiejętnie sterowana propaganda – że wielkie zgęszczenie osób pochodzenia żydowskiego wystąpiło w okolicy KKS „KOR”. Wysoko cenię sobie inteligencję żydowską – witam więc to z radością jako symptom bliskiego upadku obecnego reżimu. Gdyby miał on przed sobą przyszłość, osoby te strałyby się raczej o posady rządowe. Rozumowanie to nie jest posądzeniem o koniunk-turalizm – największą przyszłość ma strategicznie rzecz biorąc doktryna mająca za sobą rozsądek i uczciwość.

Z drugiej strony w KORze razi mnie jego lewicowe od-chylenie. Po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem skompromitowane dziewiętnastowieczne idee socjali-styczne można serio propagować w naszym kraju? Jednym wytłumaczeniem jest niewytłumaczalna sympatia Żydów dla tego kierunku. Piszę „niewytłumaczalna” (choć parędziesiąt wierszy uprzednio podawałem rozsądną motywację) dlatego, że niektórzy bankierzy żydowscy finansowali nawet narodowy socjalizm!

Natomiast świetnie rozumiem narodowców. Ludzie ci po

prostu nie są w stanie sobie wyobrazić, że znakomite umysły-

a byli wśród nich i lauraci Nobla! – potrafią proponować tak

szkodliwe rozwiązania społeczne, w czym popiera ich niemal

jednogłośnie „mediakracja”*. Jedynym wytłumaczeniem jawi

im się teoria spiskowa: tajemne siły (np. mędrcy Syjonu) chcą

zniszczyć naszą cywilizację. Jeśli nie jest to Żyd – to musi być

mason. Przyznać trzeba, że taka teoria stanowi proste wyjaś-

9

nienie, dlaczego np. wybitny uczony całkiem dobrowolnie głosuje za „urawniłowką” – choć dziecko zrozumiałoby, że skutki społeczne i gospodarcze będą tragiczne. Wyjaśnienie rzeczywiste jest o wiele trudniejsze i bardziej złożone – nie tu jednak miejsce na rozważania historyczne.

Kończę tę garść uwag wyrażając przekonanie, że udawanie

iż antysemityzm jest całkiem irracjonalnym i nie ma ku niemu

żadnych podstaw, jest – jak każde chowanie głowy w piasek

– najgorszym sposobem podejścia do zaganienia.

art. nie drukowany, odrzucony przez „Bratniaka” w 1978 r.

* mediakracja – termin Philiona („Mediacracy ‘, NY,1975)

CO NAS DZIELI?

(list liberała do narodowców)

Zastanówmy się – bez etykietek i demagogii – nad różnicami ideologii narodowej (w stylu propagowanym przez „Samoobronę”) i liberalnej (w sensie XIX-wiecznym – a nie zupełnego pobłażania występkom jednostek, co Wy nazywa-cie ideologią masonerii).

Zacznijmy od tego, co nas łączy. Odrzucamy socjalizm, komunizm i kolektywizm. Odrzucamy etatyzm?

My – tak. Chcemy tę plagę wykorzenić. Wy cytujecie

wprawdzie Konecznego, przypisującego inklinację ku.inge-

rencji państwa we wszystkie dziedziny życia społecznego,

gospodarczego, rodzinnego etc…wpływom żydowstwa – ale

czy wolni jesteście od chęci wykorzystania aparatu państwa

dla realizacji Waszych celów? Np. PRL prowadziła aktywną

10

politykę ateizacji – czy (w przekonaniu, z którymi gotowi jesteśmy się zgodzić, że podzielanie ideałów chrześcijańskich korzystne jest dla większości społeczeństwa polskiego) po ewentualnym zdobyciu władzy nie zechcecie – może nie przymuszać, ale: delikatnie nakłaniać bodźcami ekonomicz-nymi ku wierze katolickiej?

Podejrzewam, że tak. Zwracam przy tym uwagę, że fenomen renesansu katolicyzmu zaistniał częściowo właśnie wskutek represji – natomiast przedwojenne aktywne popieranie Koś-cioła wzbudziło ku Niemu niechęć. Dziś sam Kościół nie życzy sobie owego poparcia…

Przykład Kościoła jest ważny, ale nie charakterystyczny. Czy nie chcielibyście popierać – powiedzmy – „polski przemysł” w walce z „kapitałem obcym”? Np. drogą ustanawiania ceł protekcyjnych? Ustalmy: nam też zależy na rozwoju polskiego przemysłu, ale wierzymy, że jedyną drogą ku temu jest swobo-dna konkurencja z przemysłem światowym. Nie miejsce tu na dyskusję podstaw ekonomii, odwołam się do przykładu: dziec-ko najlepiej rośnie biegając – a nie dzięki rozciąganiu na siłę!  A że się przy tym wywraca i nabija sobie guza – trudno, to są właśn ie koszty rozwoj u !

Łączy nas sprzeciw wobec anty-natalistycznej polityki pań-stwa. Wy jednak chyba chcielibyście zastąpić ją aktywnymi działaniami na rzecz prokreacji, my natomiast wierzymy, że naród sam te sprawy znakomicie – jak zdrowy organizm-reguluje i wołamy: „Łapy precz od rodziny”!

Łączy nas sprzeciw wobec morderstw popełnianych, a legalizowanych dzięki ustawie o przerywaniu ciąży. My wszakże sprzeciwiamy się im, gdyż sądzimy, że jednostka ma prawo do ochrony swego życia – w szczególności tyczy to kobiet i dzieci od poczęcia do dojrzałości. Wam – pode-jrzewam – chodzi raczej o siłę narodu: masową rzeź niewinią-tek potępiacie, ale czy nie bylibyście skłonni zaakceptować skały Tajgetu? Nie jestem pewien! Gdyby Was przekonano, że dzięki temu Naród będzie zdrowszy, prężniejszy…Wiem, jes-teście katolikami – ale czy nie istnieją endecy-ateiści?

Łączy nas sprzeciw wobec eutanazji – ale my raczej nie

11

mamy nic przeciwko temu, by lekarz (jak w Szwajcarii) mógł choremu pragnącemu umrzeć zostawić truciznę. Nie tylko choremu zresztą. Jeśli przyznaje się dojrzałej jednostce prawo do życia i dysponowania nim – to konsekwentnie musi to być prawo do skończenia z nim. Sţdzę, że w tej akurat sprawie głosy w obu obozach byłyby rozbite – wskazuję tylko na generalną tendencję!

My wierzymy w wolny wybór jednostki, skrępowanej mini-malnymi tylko ograniczeniami (np. „Nie zabijaj”, „Nie krad-nij”). Wierzymy też – i owszem! – w rozwój ludzkości.  Jednak z naszego przynajmniej punktu widzenia – nie ma tu między nami różnicy, gdyż rozwój ludzkości następować może tylko przez zdrowo rozwijające się narody, a zdrowy naród składa się z wolnych jednostek. Powtarzam: Wy możecie wymyślać nam od masonów, nie zmieni to faktu, że my nie widzimy tu żadnej sprzeczności. W teorii. A w praktyce? Gdyby np. Słowińcy, Kaszubi czy Łemkowie zaczęli domagać się-na wzór Basków – narodowej autonomii – zezwolilibyście na nią? My – w ramach federacji, z zabezpieczeniem strategi-cznych interesów państwa – tak. A Wy? Czy nie pragnęlibyś-cie ich spolonizować? Tylko – kto tu jest wtedy wyznawcą idei narodowej? Czy nie awansujecie wówczas na państwow-ców-szowinistów? My jesteśmy konsekwentnie antyetatys-tami – ale w silne państwo wierzymy. Używać jego potęgi chcemy jednak raczej wobec wrogów zewnętrznych oraz w służbie owego podstawowego prawa i porządku.

Być może niektóre z tych supozycji są krzywdzącymi Was insynuacjami. Z góry przepraszam – ale podstawową zasadą polityki jest szczere ukazanie celów. Bardzo dobrze więc byłoby, gdyby opinia publiczna mogła zapoznać się z auto-rytatywnym wyjaśnieniem Waszego stanowiska w w/w kwes-tiach. Dla nas jest to tym ważniejsze, że poza nimi różnice naszych programów są raczej niewielkie…

(Zeszyty „Prawica-Liberalizm-Konserwatyzm” 1979 r.)

PRAWICA, CENTRUM

P. JACEK KUROŃ

„List Otwarty” p. Kuronia pozostawia czytelnika w nie-świadomości: materii pomieszanie z konieczności rzutowało i na odpowiedzi zespołu redakcji „Bratniaka” – kilka spraw zasadniczych prosi się więc o wyjaśnienie.

Pojęcia „lewicy” i „prawicy”, skorumpowane nowo-mową, tracą w powszechnej świadomości społeczny sens. Funkc-jonuje jedynie syndrom cech przypisywanych lewicowemu ethosowi. Skutki upowszechnienia tego ethosu są społecznie doniosłe – warto więc, by Autor wyjaśnił, na ile zgodne z nim są Jego poglądy. Dedukcja z Jego „Zasad Ideowych” może bowiem okazać się zawodną; również one cierpią na brak spójności wynikający- mym zdaniem -z ewolucji poglądów Autora.

Z przykrością stwierdzam, że poziom ścisłości dyskusji społecznych jest – niezależnie od środowiska – bardzo niski.  Efektowana demagogia i uproszczenia zabijające problem… W tym stanie rzeczy trudno dziwić się konkluzjom Autora, iż racja może być po obu stronach. Jest to nic innego, jak przyznanie się do logicznej bezradności.

Przykład: można wiele miesięcy dyskutować, czy „dobro Narodu winno być ważniejsze od dobra Jednostki”. Jednak chwila refleksji, iż zdrowa jednostka dziś to zdrowy naród jutro i odwrotnie: silny naród dziś to usatysfakcjonowanie jednostki jutro – pozwala ujrzeć zagadnienie nie jako spór między Narodowcem a Masonem, lecz o wiele głębiej.

Powiedzmy inaczej: prasa codzienna bardzo lubi psioczyć na motorniczych zamykających pasażerowi drzwi przed nosem i ruszających z przystanku. „Czy komunikacja jest dla pasażera, czy pasażer dla komunikacji?” – grzmi nieodmiennie retorycz-ne pytanie.

Zagadnienie jest absurdalne w swym demagogiźmie: w

dobrze działającej komunikacji motorniczy ma ruszać w do-

12 13

kładnie określonej sekundzie nie dla „dobra Komunikacji” lecz w interesie innych jednostek kwadransami wyczekujących na opóźnione pojazdy. Jest to dokładnie ten sam problem: dobro tej oto staruszki, którą akurat widzimy podbiegającą do przy-stanku vs. dobro dziesiątków tysięcy, których na razie nie widać.

Wróćmy do poprzedniego problemu, który narodowcom można teraz przedstawić jako wybór między „dobrem Narodu dziś a dobrem Narodu jutro” – zaś Masonowi zamieniając odpowienio „Naród” na „Jednostkę”. Oba ujęcia są formalnie poprawne i w ramach obu można dojść do poprawnych rozwiązań – spór „ideologiczny” jest tu nieistotny.

Kłopot w tym, że terminologia „narodowa” jest po prostu

łatwiejsza w użyciu, bardziej adekwatna do problemu. Lewi-

cowcy zaś – zazwyczaj ethos lewicowy właściwy jest kobie-

tom, dzieciom, humanistom itp., myślącym raczej sercem niż rozumem, istotom – mają kłopot w ustawieniu proporcji;

jednostka będąca aktualnie w polu widzenia przesłania im cały świat. Jest to stanowisko dobre w życiu jednostkowym, ale nie w kierowaniu państwem – i dlatego w wyniku ewolucji przeżyły społeczeństwa powierzające rządy dojrzałym męż-czyznom.

Przykład: lewicowiec będzie występował przeciwko budo-

wie elektrowni atomowej, gdyi „grożą wypadkiem”. To, że

statystycznie licząc, w elektrowniach klasycznych i przy wydo-bywaniu dla nich węgla ginie pięć razy tyle osób – zupełnie umyka jego uwadze i trudno go o tym przekonać: w ostatecz-ności oświadczy, że „cała statystyka, to jedno wielkie oszust-wo, ie jeśli mnie żona nie zdradza – a sąsiada dwa razy na tydzień – to…” itd. – że, jednym słowem, wszystko można udowodnić. Na takie dictum można wzruszać ramionami i wyrazić żal, iż demokracja zmusza do wyjaśnień na poziomie siódmej klasy szkoły podstawowej.

Pan Kuroń – zalecając kompromisy – proponuje realizację

programów „wszystkich stronnictw politycznych”. Rozumiał-

bym, gdyby z propozycją taką wystąpiła gospodyni przyjęcia,

na którym powaśnieni adwersarze braliby się za łby- chóralny

14

śmiech rozładowałby niewątpliwie atmosferę. Ale w poważnej dyskusji?

Czy kompromisy są niemożliwe? To zależy. Niţ sposób wyobrazić sobie kompromisu między zwolennikami lewo-i prawostronnego ruchu drogowego (a może w dni parzyste jeździć lewą, a w parzyste prawą stronę?). Czasem są koniecz-ne: nie można stopy inwestycji ustawić tak, by obywatele dziś zmarli z głodu, ani tak, by przeżerali cały dochód narodowy. Tu nie jest potrzebna doktryna – lecz zdrowy rozsądek i wyczucie sytuacji. W takim sensie lewicowiec, z reguły wyczuciem aktualnych potrzeb obdarzony, jest w rządzie cennym part-nerem. Ale – w moim przekonaniu – nie powinien być niczym więcej.

Oto inny przykład nieporozumień (z omówienia książki Wasiutyńskiego): „interes ludzkości ważniejszy jest od in-teresu państwa”. Ta teza ma ponoć charakteryzować ethos masoński. Nie miejsce tu na dłuższy wykład i proponuję Czytelnikom samodzielne przemyślenie tezy „W interesie ludz-kości leży istnienie zdrowych odrębych narodów”. Jako punkt wyjścia zalecam biologiczne wyradzanie się jednolitych popu-lacji.

Jeśli ta teza jest prawdziwa, to ów punkt charakterystyki po prostu traci sens. Podobnie i polemiczne zdanie Kuronia „Program zwrócony przeciwko innej narodowości jest antylu-dzki, a więc głęboko niemoralny i to wystarczy aby go zdyskwalifikować bez względu na jego polityczne zalety”, mimo aż dwóch (!) klasycznych błędów non sequitur, nie może być uznane za fałszywe, gdyż jest po prostu bez realnego sensu – niezależnie od tego, czy „antyludzki” rozumieć jako „zwrócony przeciwko człowiekowi” czy „…ludzkości”! Oto jak nieprecyzyjne stwierdzenie wywołuje nieprecyzyjną re-plikę!

Nie rozumiem też odpowiedzi p. Halla: „W dzisiejszym

świecie uniwersalizm wciąż j e s z c z e (podkr.J R”) budowa-

ny jest przede wszystkim w narodach i przez narody”. Dlacze-

go „jeszcze”??? Czy Autor nie widzi, jak zagrożenie uniwer-

salizmem wywołuje reakcję narodów – nawet tak wydawało-

15

I

by sig pogrzebanych jak Jurajczycy lub Walijczycy? Kto jak kto, ale p. Kuroń po przejściu przez Dia-Mat-His powinien dostrzegać to zjawisko.

Właśnie „naród” – a nie „państwo” -jest najwyżsżą formą organizacji społecznej. P. Hall nie pomylił się i p. Kuroń niepotrzebnie go poprawia. Być może myli mu się organizacja formalna z nieformalną. Jednak w najbardziej formalnej or-ganizacji więcej – daleko więcej – zachowań generowanych jest niepisanym zwyczajem niż formalnym regulaminem, wię-cej informacji przechodzi kanałami nieformalnymi niż na urzędowych druczkach. Jeśli Pan nawiązuje znajomość z kobietą, czy więcej wagi przywiązuje Pan do słów, czy do wyrazu oczy, kąta ułożenia głowy, tonu głosu, pozycji ciała?  No właśnie – a ta postawa generowana jest zwyczajami narodowymi i środowiskowymi.

Również ryarodowym chyba urazem generowana jest reak-

cja p. Halla na „wymienienie jednym tchem nazwiska Józefa

Kępy i Leszka Moczulskiego” (cytat luźny). U licha, nawet

Jezus Chrystus i Adolf Hitler mieli na pewne sprawy wspólne

poglądy (np. jaroszostwo) i nie ma w tym nic ubliżającego!

Na zakończenie sprawa centralna. Pojęcia „narodowca” i

„prawicowca” są całkiem odrębne i łączy je jedno: oba

używane są z całkowitym brakiem jednoznaczności. W Polsce

zawiniła ewolucja poglądów Romana Dmowskiego, który pod

koniec życia nie widząc możliwości przekonania większości

do zdrowych poglądów z rozpaczy chyba postawił na dokład-

nie przeciwną kartę: zamiast populizmu, elitarny faszyzm

korporacyjny. Być może, gdyby wiedział, że w 1978 roku

Kalifornia w d e m o k r a t y c z n y m głosowanu odrzuci su-per-socjalne idee, wytrwałby w swych liberalnych przekona-niach. Wówczas jednak wiedza społeczna była własnością elity naukowców.

To samo nieporozumienie tyczy polityki zagranicznej. Ze

szkolarskiego punktu widzenia jedynie federacyjna koncepcja

Piłsudskiego zasługuje na miano „narodowej”; aneksjonizm,

negujący prawa innych narodów, jest zupełnie czym innym. Z

powodów mogących interesować już tylko badacza krętych

16

szlaków myśli ludzkiej akurat tę koncepcję przyjęli wodzowie grupy zwącej się Narodową Demokracją; nie ma powodu, by obowiązywało to dziś człowieka, pragnącego zwać się „naro-dowcem”! Hitler był nacjonalistą żądając Sudetów, Górnej Adygi i Gdańska – gdy zrezygnował z Adygi, a zajął Czechy i Morawy, był już tylko zaborcą.

Podobnie z „prawicą”. Na jej ethos składają się: poszano-wanie Prawa i dążność do skupienia dyspozycji w elicie.  Lewicowiec domaga się równego głosu dla kucharki i profeso-ra uniwersytetu oraz uwzględnienia „dobra społecznego” przed literą prawa. Sądzę, że w walce paragraf dopuszczający odejście od przepisów na rzecz owego mniemanego „dobra” p. Kuroń byłby po tej samej stronie barykady, co reżimowi prawnicy. Tamże zapewne znalazłaby się część duchowieńst-wa…

Czy w tej sprawie możliwy jest kompromis? To zależy. W prawie karnym – tak (niczym innym nie jest instytucja łaski, amnestii i nadzwyczajnego złagodzenia kary). Do pewnego, rzecz jasna, stopnia i nie na niekorzyść przestępcy. W prawie cywilnym – absolutnie nie – z tych samych powodów, dla jakich nie wolno zmieniać reguł gry w szachy w trakcie partii, choć, być może, słuszniejsze byłoby, by hetman mógł skakać jak konik!

Możliwy jest też kompromis w sprawie pierwszej: kucharka może mieć 0,9 (0,5 lub 0,1) głosu profesora uniwersytetu.  Takie systemy (np. kurialny w Galicji) istniały i sprawowały się wcale nieźle.

Na szczęście do swego „Listu Otwartego” p. Kuroń zdążył dopisać zdania świadczące, że mimo wszystko odróżnia Prawi-cę typu Ligi Narodowej od Prawicy typu Obozu Narodo-wo-Radykalnego (choć „liberalizm” starej endecji umieszcza w cudzysłowie…). Postawmy jednak kropkę nad i: między tymi ideologiami zionie przepaść o wiele większa niż między socjaliz-mem a chadecją lub między naszym feudalizmem państwowym (od chwili, gdy przedsiębiorstwa zamiast sprzedaży wymieniają swoje towary i usługi, nasz ustrój przestał być kapitalizmem państwowym), a nazi-klerykalizmem Hlinki lub Piaseckiego.

17

I

, I; ţ

Ten typ Prawicy dzieli od Lewicy sposób, w jaki chcą

użytkować potęgę państwa względem obywateli. Jest to

jednak różnica drobna wobec stanowiska reprezentowanego w różnych wersjach przez liberałów (ale nie tych, co za prze-stępstwa głaszczą po głowie, lecz klasycznych: żądających ograniczenia praw i ścisłego ich przestrzegania), anarchistów i radykałów – tych, jednym słowem, którzy wierzą, że Kowalski lepiej od urzędnika wie, co mu do szczęścia potrzebne i sam powinien decydować, na co winny iść jego pieniądze. Szcząt-kowa administracja, silna armia i – być może -część kosztów infrasturuktury – i to już winien być koniec podatków.

To stanowisko nie mieści się w schemacie: Lewica-Prawi-ca-Centrum. Jednak sposób myślenia szkoły z Chicago, u-wieńczony Noblem dla p. prof. Friedmana, upowszechnia się w świecie: Korea, Hong-Kong, Singapur, Cejlon, Chile, USA, Indie, Wlk. Brytania – oto początki tryumfalnego pochodu tych idei przez świat. Indywidualny przedsiębiorca, rzemieśl-nik, robotnik, a nie monopol, wszystko jedno jaki: państwowy, prywatny czy zwiţzkowy: oto przyszłość świata na najbliższe dziesięciolecia. Koło historii obróciło się po raz któryś już z rzędu i problem polega obecnie na tym, czy zdołamy u-świadomić o tym ludzi tak, by przyjęcie tej formy gospodarki odbyło się z takim entuzjazmem jak w XIX-wiecznej Ameryce czy też jak w Chile, gdzie w odpowiedzi na skompromitowaną lewicowość Allende p. gen. Pinochet wprowadza liberalizm-siłą! Nie łudźmy się – nasza „zjednoczona i robotnicza” też z chęcia chwyciłaby wiatr w żagle – o ile jednak zdolna jest do przerzucania się cynicznie od lewicy do prawicy i na odwrót, to ta forma ustroju jest poza jej zasięgiem, gdyż wymaga rozmon-towania całego aparatu partyjnego i prawie całej administracji.  Nawet najbardziej dalekowzroczni ideolodzy padną w walce z własnymi aparatczykami (jeśli w ogóle są tacy w PZPRze).

Oni jednak stawiają opór nie z pozycji. ideowych, lecz dla

interesu. Stanowią typowe centrum, „bagno”, balansując

między lewicą i prawicą, starajţc się (podobnie jak sanacja)

unikać skrajności. Natomiast p. Kuroń reprezentuje ideologię i

gotówjest nadal zaludniać Polskę urzędnikami przydzielający-

18

mi ulgowe wczasy, ulgowe żłobki i tym podobne dobrodziejst-wa (za pieniądze ukradzione uprzednio po cichu robotnikowi).  Może to być ponętne dla ćwierć-inteligenta marzącego o karierze czynownika – dla mnie p. Kuroń, niezależnie od osobistej sympatii, zgodności poglądów co do potrzeby plura-lizmu etc., pozostaje ideowym przeciwnikiem. Jeśli zaś ten program przypomina mu (niesłusznie!) coś, co go niepokoi, to proponuję by zastanowił się jeszcze: czy przypadkiem nie myli etykiety z zawartością. Jeśli i ta refleksja nie pomoże – nic na to nie poradzę.

‘ „JR” – używałem pseudonimu „Janusz Ryszard”,.Bratniak” 1979

NARÓD I PAŃSTWO

W szkicu: „Teoria Narodowości” Jan Emeryk Edward von Dalberg, katolicki myśliciel lepiej znany jako lord Acton of Aldenham, napisał: „To, by narodowość stanowiła państwo, jest przeciwne naturze nowoczesnej cywilizacji” (Wiara i Wolność”, Warszawa 1985, s. 30).

Teza ta szokuje dzisiejszego czytelnika, który przywykł był do frazesów z epoki Woodrow Wilsona o „wkraczaniu w epokę państw narodowych”. Należą te frazesy do złudzeń i mitów tak bezlitośnie demaskowanych przez Romana Dmow-skiego w Jego „Myślach Nowoczesnego Polaka”. „Najlepiej nam smakują sądy, którym rzeczywistość zadaje kłam na każdym kroku”.

Jeśli bowiem rozejrzeć się po świecie, to łatwo się przeko-nać, że państw narodowych prawie nie ma; można je policzyć na palcach!

Przede wszystkim nie jest narodowym żadne z nowo po-

wstających państw Afryki, gdzie sztuczne granice przecinają

się z naturalnymi etnicznymi i – UWAGA! – istnieje wyraźny

19

zakaz uznawania racji narodowych, przyjęty przez wszystkie Argentynie czuje się swobodniej, niż Wielkopolanin na Pod-

państwa – podobnie jak w dyplomacji Austro-Węgier istniał lasiu.

zakaz podejmowania dyskusji na tematy narodowe. Nie są Każdy naród – podobnie jak gatunek – ma swoje centrum,

narodowymi państwa Ameryki Północnej: przy najlepszych swój rdzeń. Oprócz tego ma on swoje obrzeża, gdzie jego

chęciach trudno uznać za członków jednego narodu Murzyna właściwy charakter jest słabszy, gdzie miesza się z innymi

z Missouri i Kantończyka z Chinatown lub Eskimosa z Alaski. Z narodami gdzie podlega zmianom… Te właśnie obrzeża są

kolei Latynosi podzielili się na państwa dość sztucznie – i często kulturowo najbardziej płodne, ale gdyby zginęło owo

narody dopiero zaczynają się tam wytwarzać; wyjątkiem jądro zginąłby i naród; i jedno i drugie jest niezbędnie

byłaby Brazylia, gdyby nie to, że sami Brazylijczycy z dumą potrzebne: jądro, do stabilizacji, kresy do wprowadzania zmian

podkreślają, że stanowią państwo nie tylko wielonarodowe, i eksperymentowania nie szkodzącego centrum, które może te

lecz i wielorasowe. W Azji za państwa narodowe można od modyfikacje przyjąć lub zignorować.

biedy uznać Japonię, Syjam, Kambodżę Izrael (gdyż mniej- Słowo „państwo” należy zdecydowanie odróżniać od an-

szość arabska nie ma pełni praw politycznych) oraz Turcję. gielskiego „the state”. „State” – to aparat państwa: legis-

Wreszcie w Europie mamy Węgry, Portugalię, Włochy, po latura, judykatura i administracja. Brytyjczyk żyje w „kraju”,

części Francję, Holandię – i, niestety, Polskę. Zapewne da się a nie w „państwie”! Do „państwa” należy budynek ministerst-

tu doliczyć takie nacje, jak Luxemburczycy, Bhutańczycy lub wa i koszary – ale już ulica w mieście jest komunalna!

Samoańczycy – ale nie byłbym tego pewien. W związku z tym Anglosasi na ogół przez „nationality”

Takie wyliczenie wręcz wymaga wyjaśnienia: „Co należy rozumieją przynależność – w naszym sensie – państwową:

uważać za naród?”

są mieszkańcami kraju, a obywatelami bywają tylko przy

Dokładnej definicji – jak zawsze, poza matematyką – wyborach (Brytyjczykjestzresztąpoddanym Królowej-„Bri-

podać się nie da. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że – tish subject” – a nie „citizen”, obywatelem!).

przynajmniej w języku polskim – „narodowość” i obywatel- Po polsku przez „państwo” rozumie się raczej aparat wraz

stwo państwa’ to dwie różne rzeczy. Takie rozróżnienie z obsługiwanym przezeń terytorium i jego mieszkańcami,

figuruje na szczęście nawet w oficjalnych kwestionariuszach mającymi pewne prawa i obowiązki polityczne. Ta różnica

– a gdyby nie istniało, to cały ten artykuł nie miałby, rzecz pojęć nie prowadzi zazwyczaj do nieporozumień – i w tekście

jasna, sensu. Naród stanowi pewną wspólnotę kulturową, a jako „państwo” będę czasem „po angielsku” określał sam

zatem powiązaną przede wszystkim językiem. aparat, by uwyraźnić tytułowy temat.

Z całą stanowczością podkreślam, że – tak jak między Wypadki, gdy narody tworzą państwa, zdarzają się gdyż

populacjami biologicznymi – granice między narodami nie są państwem jedno-narodowym łatwiej jest administrować. Czę-

ostre. Narody pączkują, mutują, przechodzą specjację. Podob- sto też na bazie państw wytwarzają się narody – jak wspo-

nie istnieją np. dwa odrębne gatunki zięb, fizycznie identyczne mniałem będziemy ten proces obserwować przez paręset lat

– ale nie krzyżujące się, gdyż… mają odmienną pieśń miłosną! w Ameryce Łacińskiej. Dlaczego jednak państwa narodowe są

Z czasem zapewne w obydwu gatunkach rozwiną się inne taką rzadkością?

różnice. Gdy zatem Australijczykowi będzie równie trudno Przyczyna jest zasadnicza: państwo i naród to dwa osobne

poderwać Angielkę jak Niemcowi, to powiem, że specjacja bYty, pełniące odrębną funkcję, mające zupełnie inne potrzeby

Australijczyków w odrębny naród została zakończona. Chwi- i inny charakter.

lowo trwa. Natomiast Kolumbijczyk – choćby i patriota – w Naród jest jednostką naturalną, a więc nieostrą; np. można

20

czuć się w ¼ Francuzem. Naród, jak każdy byt dąży do ekspansji. Jednak ekspansja ta nie ma nic wspólnego z wojną!  Od ćwierć wieku obserwujemy np. inwazję na Polskę turec-kich synogarlic, które w niektórych miastach wypierają swojs-kie gołębie. Mimo to nikt chyba nie widział synogarlicy tłukącej gołębia. Podobnie było np. z granicą między Królest-wem Polskim a Cesarstwem Niemieckim, która po ustabilizo-waniu się była jedną z najspokojniejszych granic przez 500 lat!  Tym niemniej przez nią szedł nie planowany ani nie kierowany przez nikogo (na szczęście Cesarstwo było całkowicie zdecen-tralizowane) Drang nach Osten, przynoszący na te tereny zachodnią kulturę – a potem z kolei zaczął się Ostflucht: całkiem możliwe, że bez wysiedleń po II wojnie światowej za 200 lat liczba Niemców na ich kresach wschodnich byłaby minimalna. Nikt przy tym takich przemieszczeń nie rozpatruje w kategoriach agresji: czy przybycie do Krakowa Wita Stwosza (Stuosa? Stossa?) to była agresja na Polskę – czy ob-rabowanie Niemiec z utalentowanego rzeźbiarza?

Proszę zauważyć, że gdy dziś Polacy emigrują do R FN to nie przychodzi nam do głowy, że jest to „polska agresja na Niemcy”; traktujemy to raczej jako osłabienie Polski (co raz jeszcze wskazuje, że myślenie „państwowe” dominuje u nas obeţnie nad „narodowym”).

Kultury narodowe mogą najspokojniej w świecie żyć przez stulecia obok siebie, we wzajemnym przemieszaniu lub w pe-wnym wyodrębnieniu. Mogą sie też na obrzeżach mieszać i zapładniać. Konkurencja różnych zasad etycznych przynosi takie same skutki jak „walka” synogarlic z gołębiami: zwycięża lepszy. Z tym, że ludzie, jako obdarzeni świadomością, potrafią dostrzegać zalety innych kultur – i adaptować je, przy-wracając równowagę. Nie zawsze tak się dzieje: niektóre narody pomalutku wymierają (przed 10 laty umarł np. ostatni Dalmatyńczyk – a nikt nie uparł się ich wybijać) – inne zaś powoli się tworzą; tak, jak to w życiu… Nie widzimy tego, gdyż proces ten trwa powoli: przez wiele pokoleń.

Zupełnie inaczej wygląda konkurencja państw. Państwo

ostro wyodrębnia zarówno swoje terytorium, jak kompetencje

22

i obywateli. W państwie nie rozważa się kwestii etycznych

– lecz literę prawa. Konsekwencją tej ostrości jest również to, iż ewentualny konflikt jest zazwyczaj zbrojny i krwawy.

Zaznaczam w tym miejscu, że tradycyjnie wojnę taką wiodły ze sobą wyłącznie aparaty państwowe, tj. władcy i ich najemni żołnierze. Poddanych to w ogóle nie obchodziło – chyba że nieprzyjaciel wdarł się na terytorium, którego nie zamierzał zawłaszczyć: wówczas pozwalano żołnierzom gwałcić, mor-dować i rabować. Po skończonej wojnie państwa układały się między sobą- i poddani ewentualnie zwalniani byli z przysię-gi jednemu władcy, a składali ją drugiemu.

* * *

Pora na ukazanie wzajemnego stosunku państw i narodów.

Któryś z marksistów zdefiniował państwo jako „aparat

ucisku”. Może nieco lepiej byłoby użyć tu słowa: „pasożyt”.  Państwo czerpie wszelkie soki żywotne ze społeczności, którymi włada – a samo w sobie jest całkowicie jałowe i nietwórcze.

Błędem byłoby jednak sądzić, że istnienie państwa musi być

dla społeczności szkodliwe. Na przykład szkielet człowieka też

jest nietwórczy i wymaga zasilania przez aktywne komórki

– jednak jest bardzo potrzebny. Również rozmaite gatunki współżyją ze sobą pasożytniczo – np. rybka pilot z wielo-rybem – i jest to dla wieloryba bardzo korzystny układ!

Nieszczęście powstaje wówczas, gdy interes państwa za-czyna się – jak mawiają marksiści – „alienować”. Gdyby mój szkielet zaczął domagać się coraz więcej kości, a potem tarczek kostnych („dla ochrony mego ciała przed wrogiem”) – to w końcu nie mógłbym go unieść. Coś podobnego obser-wujemy we współczesnej ewolucji państw: wysysają one w swoim egoistycznym interesie większość soków ze społe-czeństwa.

Z kolei sprawne, nie nadmiernie rozbudowane, państwo

zapewnia swemu społeczeństwu – w więc i narodowi,

narodom, lub fragmentom narodów – lepsze warunki życia,

narzucając sprawną jego organizację i ochronę zewnętrzną.

23

Ochronę-to prawda – nie przed innymi narodami, lecz przed państwami. Na tej podstawie anarchiści i kosmopolici próbo-wali przeczyć roli państw, postulując zastąpienie ich jednym, światowym – lub też żadnym. Byłby to poważny błąd.

Wybitny teoretyk z Kalifornii, zbliżony zresztą do anarchiz-mu, p. prof. Robert Nozick, w Swej pracy „Anarchia, Państwo i Utopia” przekonująco wywodzi, że powstawanie państw terytorialnych jest procesem naturalnym i nieuniknionym.

0 ich użyteczności dla rozwoju decyduje – moim zdaniem

– argument, że tylko wielość państw o różnych systemach gwarantuje konkurencję; państwo musi walczyć również o do-bro swych podopiecznych, gdyż boi się ich utracić – a poza tym żaden rozsądny pasożyt nie dopuszcza do nadmiernego osłabienia swego żywiciela.

Przed przejściem do analizy niebezpieczeństw wynikają-cych z pomieszania idei państwowej z narodową raz jeszcze zilustruję ich różnicę.

Na dyskusji zorganizowanej przez ks. Józefa Maja z war-szawskiej parafii św. Katarzyny nt. dziejów Litwy p. prof.  Henryk Samsonowicz bardzo energicznie odrzucił przedsta-wioną tu terminologię – i w Swym zaperzeniu gotów był zaakceptować wszelkie nonsensy terminologii „państwowej”.

Twierdził np., że w wieku XIV przez „naród polski” rozumieć

należy wyłącznie wąską grupę dworzan, mających „świado-

mość narodową”!!! Jeśli pominąć już zdumiewający u his-

toryka anachronizm (wówczas raczej nie funkcjonowało poję-

cie „obywatelstwa państwa”; było się „poddanym Korony”

– i jej ślubowało się posłuszeństwo) to jasnym jest, że p.

Profesorowi chodziło o świadomość państwową. P. prof.

Samsonowicz konsekwentnie mówił o „narodzie belgijskim”

– cóż, kiedy akurat nazajutrz gazety doniosły o poważnych tarciach na tle narodowym w Brukseli… Spór, oczywiście, dotyczy słów, a nie faktów – i kłopot tylko w tym, że po przyjęciu terminologii p. Samsonowicza owych tarć w Królest-wie B e I g ó w (sic!) nie ma jak nazwać? Bójki plemienne?

Jeszczejedna ilustracja. Państwo Krzyżaków przywędrowa-ło na Pomorze w postaci parudziesięciu rycerzy-zakonników.

(W dobie największego rozkwitu owo państwo nie liczyło ich więcej niż 1000!). Państwo to było ideą organizacji życia, systemu praw i hierarchii, która okazała się bardzo żywotna (do chwili wyczerpania się jej racji bytu, tj. pogan-sąsiadów).

Narodowo natomiast ponad 60% owych rycerzy było Nie-

mcami (byli wśród nich i Polacy – ale nikomu nie przy-

chodziło do głowy oskarżać ich o „zdradę sprawy narodowej”

jeśli walczyli przeciwko Jagiellonom pod Grunwaldem!) i nie

tylko język, ale i obyczaj Zakonu był „niemiecki”. Co w niczym

nie znieniało faktu, że Cesarstwo Niemieckie było w sporze Zakonu z Polską całkowicie neutralne.

Tak więc legendarny Eneasz mógł założyć Rzym, a Pizarro,

gdybyzdradził był Króla Hiszpanii, mógłby na miejscu państwa

Inków założyć inne. Takie nowe państwo mogłoby prospero-

wać przy identycznym składzie ludnościowym i narodowym

jak państwo Inków (sam Pizarro i towarzysze mogliby w rok po

jego ustanowieniu umrzeć na ospę) – ale byłoby to inne

państwo. Zupełnie słusznie Karol de Gaulle wprowadzając

nową konstytucję ogłosił we Francji obalenie IV Republiki

i powołanie V-tej!! Hymn, sztandar, terytorium, ludność i god-

ło pozostały bez zmian – ale państwo było inne. Bo państwo

– to sposób organizacji.

Z powyższego wynika, że obalenie państwa i zastąpienie go innym może być dla społeczeństwa korzystne lub niekorzyst-ne. Dlatego jestem zdecydowanym przeciwnikiem utrzymy-wania kary śmierci za zdradę państwa (nazywaną tradycyjnie „zdradą stanu”). Natomiast pojęcie „zdrady interesu narodo-wego” uważam za trudne do zdefiniowania – np. wyjazd do Niemiec, wmówienie dzieciom, że nigdy nie były Polakami, a Polacy to obrzydliwy naród? – i kwalifikujące się najwyżej do odmowy podawania ręki i przyjmowania w polskim towa-rzystw i e.

Po tych roztrząsaniach pora na konkluzje. Uważny Czytelnik

bowiem spostrzegł na pewno, że z wyodrębnienia istot państ-

wa i narodu nie wynika, że nie mogą się one pokrywać. Na

przykład czym innym jest „dom” jako budynek, a czym innym

„dom” jako siedlisko rodziny – a mimo to właśnie w Anglii,

24 25

gdzie istnieją na to odrębne słowa, ogromna większość domów rodzinnych znajduje się w domkach jedno- lub dwurodzinnych. Byłoby całkiem naturalne, gdyby podobnie państwa tworzyły się na podstawach narodowych, jak tego domagał się Adolf Hitler, ziejący nienawiścią do swojego państwa – tj. Austro-Węgier – za zdecydowane negowanie tej plemiennej zasady.

Otóż nie – gdyż istotą państwa jest konkurencja z innymi.

Czynnikami w tej konkurencji jest ludność, narodowość

– i geopolityka. Aby konkurencja była efektywna, państwa niezdolne do życia powinny być pochłaniane przez inne lub też pączkować w inne (tak, jak państwo Aleksandra Wielkiego rozpadło się na liczne monarchie).

Wzrost lub kurczenie się państwa zależy od wielu czynników i byłoby niedopuszczalnym ograniczanie tej konkurencji; a tak by było gdyby sprawy narodowe były barierą nieprzekraczal-ną!

Cóż stąd, że istnieje sobie gdzieś naród, całkiem zwarty,

spoisty i w pełni dojrzały – gdy warunki zewnętrzne nie

pozwalają skonstruować stabilnego układu sojuszów zapew-

niającego równowagę? Takie państwo byłoby nieustannym

zagrożeniem, właśnie przez swoją słabość (co niekoniecznie

oznacza biedę lub małą liczbę obywateli: Polska przed roz-biorami była ludna i bogata!) i ewokowałoby obawę sąsiadów, że inny sąsiad może to terytorium i ludność zagarnąć, a po wprowadzeniu tam własnych instytucji państwowych zagrozi i im. Również zbyt silne państwo może być takim zagrożeniem.

Cała polityka zagraniczna to sztuka szukania takich układów,

które w aktualnym układzie państw zapewniałyby równo-

wagę. Czasem nie udaje jej się osiągnąć. Czasem się udaje:

równowaga w Europie Środkowej XVIII wieku została na

ponad 100 lat zapewniona – ale na trupie Polski.

Lord Acton (op. cit., s.40) pisał przed stu laty, że „szlak

nacjonalizmu będzie napiętnowany zarówno materialną, jak

moralną ruiną, nieuniknioną, by nowy wymYsł mógł zatryum-

fować nad dziełami Boga i interesem ludzkości”. Teoria

nacjonalizmu: „Zapobiega nie tylko podziałowi, ale i wzros-

towi państwa – i nie pozwala na zakończenie wojny pod-

bojem ani na uzyskanie gwarancji pokoju”. Jest to bardzo

trzeźwa obserwacja. Przypuśćmy, że prężne państwo narodo-

we ma obok sąsiada, którego ludność darzyje nawet przychyl-

nością, ale samo państwo jest wrogie. Wybucha wojna – i co

dalej? Zwycięzca, gdyby chciał zachować ideę narodową

,

może tylko albo wyrżnąć doszczętnie ludność przeciwnika

u ryzykujac za rok nowţ agresję!

albo… zostawić go w spokoj,

Warto zauważyć, że najbardzej typowy przedstawieciel idei

„państwa narodowego” stanął przed tym dylematem w 193g

roku. Bez wahania zdemaskował się, jako wróg nacjonalizmu

– gdyż przyłączenie Czech i Moraw było zaprzeczeniem głoszonej przezeń idei! Prawdziwy nacjonalista powinien wskazywać, że Hitler był nacjonalistą fałszywym, wysiadł z nacjonalizmu na przystanku „Państwo”. Naród niemiecki znakomicie rozwijał się przez ponad 1000 lat podzielony na liczne szczepy, państwa, konfederacje, a nawet cesarstwa

– natomiast dwie kolejne tragedie przeżywał właśnie po zjednoczeniu się w państwo. Poddaję to pod rozwagę zwolen-nikom „państwa narodowego”.

Hitler chciał mieć sprawny aparat państwowy – a idea narodowa była tylko chwytliwą propagandą (w którą sam wierzył – i to przeszkodziło mu właściwie widzieć sprawy).  Przy okazji doprowadził do katastrofy państwo, podejmując działania absurdalne z punktu widzenia polityki państwa (np.

odmowa zawierania sojuszów z państwami narodowo wrogi-mi).

Trzeba dodać, że państwo Hitlera miało być jednością nie tylko narodową, ale i ideologiczną. Był to nacjo-socjo-eta-tyzm. Brakowało jeszcze jedności religijnej – ale i o tym zamyślał: chciał wprowadzić neopoganizm germański. To jeszcze pogłębiłoby izolację Niemiec.

Natomiast dla rozwoju narodu – a i państwa – korzystna

jest raczej różnorodność, niż jedność. Jednolitość – to

zabójcza nuda. Jednym z najbardziej udanych państw jest

Szwajcaria: cztery narody (jak ktoś chce mówić o „narodzie

szwajcarskim”, to niech by powiedział Hitlerowi w oczy

26

o istnieniu „narodu austro-węgierskiego”!), cztery języki, trzy religie, różne systemy szkolnictwa, różne nawet prawa wybor-cze… a jakoś to działa.

Obecną religijną i narodową jednolitość PRL uważam więc za wielkie zagrożenie i obiążęnie. W podobnej sytuacji znaj-duje się Izrael. Na jego szczęście niemal idealnie równy podział polityczny na socjalistów i antysocjalistów zapobiega prze-kształceniu się tamtejszej demokracji w faszyzm, która to perspektywa w czasach p. Goldy Meir była całkiem realna.

Również Niemcy są obecnie podzieleni między kilka państw

– i stanowczo odrzucam stwierdzenie, że Niemcy są z tego powodu pokrzywdzeni. Utrudnienia w swobodnym porusza-niu się – a tak: to jest krzywda. Dla ludzi zresztą, a nie narodu (gdyby np. wszyscy Irlandczycy opuścili Szmaragdową Wy-spę i kompletnie wynarodowili się w USA – to mielibyśmy przykład, że dobro jednostki nie całkiem zgodne jest z cokol-wiek mitycznym „dobrem narodu”). Gdyby Niemcom prze-szkadzano mówić po niemiecku, uczyć dzieci języka i kultury niemieckiej – to byłoby to odmawianie im praw narodowych.  Ale wśród tych praw nie mieści się „prawo do posiadania państwa narodowego” !

Jestem, oczywiście, konsekwentny: tragediţ Polaków pod rozbiorami nie polegała na podziale, lecz na tym, że okresami z Berlina i z Petersburga wydawano walkę z polskością. Trzeba jednak zauważyć, że wielu Rosjan oficjalnie deklarowało, iż chętnie dadzą Polakom takie same prawa narodowe, jakie mają Finowie, Estowie czy Łotysze (którzy nb. bez żadnych powstań propaństwowych zachowali nie gorszą od nas sub-stancję narodową!) – cóż, kiedy Polacy od razu zaczynają przez prawa „narodowe” rozumieć „państwowe”.

Lord Acton słusznie zauważa, że po morderstwie Polski duch tego państwa trwał – i to on generował powstania.  Duch ten – moim zdaniem – umarł przed stu laty, i II Rzeczpospolita była już zupełnie innym państwem, podob-niejszym do Republiki Francuskiej z r.1795 niż do Najjaśniej-szej z 1595 (tak nawiasem: w złotym wieku Rzeczpospolita była wielonarodowa, wielowyznaniowa, a nawet miała różne systemy wyborcze – zupełnie jak Szwajcaria dziś…).

28

Oczywiście, mimo absurdalności i szkodliwości łączenia idei państwowej z narodową, może się zdarzać, że pewne państwa przypadkiem uformują się na bazie narodu. Stan ten może się czas jakiś utrzymywać. Nawet wówczas jest to groźne dla narodu, gdyż… znika wówczas pojęcie rodaka!

Polakiem czuć się można widząc tylko wokół Niemców

,

Żydów, Litwinów, Kaszubów i innych. Proszę sobie wyob-

razić, że nagle z powierzchni Ziemi znikają wszyscy ludzie,

poza Polakami; jasne, że wówczas pojęcie „Polak” w ogóle

straci sens? Bratem jest Polak Polakowi, gdy spotka go w

Tanganice. W PRL przy braku przedstawicieli innych nacji,

Polak Polakowi jest konkurentem. Tak więc właśnie nacjonali-

ści we własnym interesie powinni optować za państwem wielonarodowym.

Osobiście w sporze nacjonalistów z etatystami jestem po stronie tych pierwszych. Prawa narodowe mają pierszeństwo przed państwowymi. Natomiast wszelkie roszczenia nacjona-listów przekraczajţce te naturalne prawa – uważam za groźne.

Ten artykuł jest właściwie propozycją terminologiczną.  Pozwala uporządkować sprawy budzące zbędne emocje. Na przykład niektórzy chcą odmawiać Kaszubom prawa do nazy-wania się narodem, bo obawiają się, że w ślad za tym pójdzie domaganie się – bo ja wiem: niepodległości? Tymczasem Kaszubi narodem są, powinni mieć prawo do własnych książek, radia i telewizji (ale za własne pieniądze, a nie dofinansowywanych ze Skarbu Państwa! – w każdym razie: nie bardziej niż polskie) – ale co to ma wspólnego ze sprawami państwowymi? Nic. Nie mylmy tych pojęć – a jest to niestety, od czasów Wilsona tak popularne…

Trzeba też wspomnieć o stanowisku p. prof. Klemensa

Szaniawskiego, który na zebraniu w Dziekanii powiedział, że

myśl państwa wielonarodowego podoba Mu się – ale jak to

wprowadzić w życie, by nie prowokować konfliktów? Jest to

istotnie trudne (a raczej niemożliwe) gdy demokracja jest

suwerenna i nie rządzą nią zasady moralne. Gdy uznaje się, że

większość ma prawo narzucić mniejszości dowolne ograni-

czenia – to najspokojniejszy kraj przemienić się może w

29

piekło. Przykład Libanu – ongiś „Szwajcarii Bliskiego Wscho-du” – jest dostatecznie wymowny. Sapientii sat.

Zakończę słowami lorda Actona: „Nacjonalizm (…) jest to najbardziej zaawansowana forma rewolucji i zachowuje swą siłę do końca okresu rewolucyjnego, którego jest zwiastunem.  (…) Aczkolwiek więc teoria nacjonalizmu jest bardziej absur-dalna i bardziej zbrodnicza niż teoria socjalizmu, ma do spełnienia ważną misję w świecie: zaznacza ostateczny kon-flikt – a więc i koniec – dwóch sił, które są najgorszymi wrogami cywilnej wolności: monarchii absolutnej i rewolucji”.

Druk. WPROST 19./l.1989 roz. 8

MARZEC’81- I CO DALEJ?

(…)Nieoczekiwanie wypłynęła znów sprawa żydowska.  Ktoś chce powtórzyć Marzec 68?,lJważam jednak, że nie można tego problemu przemilczeć,.jak czynią to niektórzy intelektualiści. Jeśli bowiem proporcja osób związanych ze środowiskiem żydowskim w np. KOR-ze przekracza kilkadzie-siąt razy średnią krajową, jeśli prasa („wielka prasa”) wolnego świata drukuje z zadziwiającą jednomyślnością pewne za-stanawiające tezy (jak np. inteligentny człowiek może serio potraktować marksizm, zwłaszcza w sowieckim wydaniu? Jak może intelektualista broniący wolności słowa publikować oświadczenia w obronie wewnętrznej polityki ZSRS? – a robili to laureaci NOBLA!) – to sprawa wymaga wyjaśniena.

Trudne warunki sprzyjają rozwojowi. Żyjący w diasporze i

często prześladowani Żydzi stali się rasą bardzo inteligentną-

i umiejącą politykować. Interes zaś inteligencji (zwłaszcza zaś

pół-i ćwierć-inteligencji!) leży w tłumieniu liberalizmu, w

rozwoju machiny państwowej – gdyż wówczas oni – z

natury rzeczy – zajmą stanowiska urzędnicze i żyć będą z

30

pracy robotnika. Np. wzajemne odwiedziny delegacji „miast bliźniaczych” to po prostu darmowe wycieczki na koszt podatnika; inny skandal: ponad połowę budżetu FAO (agencji ONZ do pomocy głodujacym krajom!) pochłaniają koszty administracyjne…

Sprawami psychologii Żydów w powojennej Polsce zajął się w swym znakomitym wykładzie na UW Jacek Kuroń – nie będę wchodził na Jego podwórko. Odpowiem tylko na pytanie, czemu Żydzi grupują się wokół KOR-u, a nie np.  Officyny Liberałów? Otóż Żydzi, jak każdy naród, mają wśród siebie zwolenników etatyzmu – i liberalizmu (tych drugich o tyle mniej, o ile więcej jest wśród nich „zdradzieckich kler-ków”). Żydzi polscy również. Jednak nastąpiła ostra selekcja, Żydzi z Polski wyjeżdżali – i po prostu wszyscy zwolennicy wolnego geszeftu pojechali do Wolnego (w miarę) $wiata – a pozostali ci, co lubią i umieją łowić ryby w mętnej wodzie lub siedzieć na karku robotnika i nim powodować.

Tak więc to nie „żydowstwo” tych ludzi jest odpowiedzialne za cechy, o jakie mają do nich pretensje prawica i liberałowie.  Teoria „światowego spisku” też upada: po prostu tzw. „in-telektualiści” mają w takim postępowaniu interes klasowy-byt określa świadomość…

Biuletyn Dolnośląski nr 21, 1981 rok.

JAKA ENDECJA?

W leżącym przede mną słowniku polsko-francuskim i fran-cusko-polskim opracowanym przez 0. Callier z r.1935 słowo „narodowiec” przełożone jest przez „liberal”.

Mało kto pamięta już dziś, że u zaraniaţţdziejów obóz

31

narodowy wyznawał ideologię zbliżoną do dzisiejszego reaga- mieckość i granica na Odrze-Nysie, reforma rolna i oddanie

nizmu: Bóg w moralności, twardość, uczciwość i realizm w ziemi chłopom indywidualnym, oparcie się na moralności

j polityce, pełen liberalizm w gospodarce. Piszę o teorii, gdyz chrześcijańskiej – zostały wypełnione wszystkie z wyjątkiem

zarówno endecy, jak i p. prezydent Reagan nieraz od tych ostatniego. Ponieważ jednak główne skutki niewypełnienia

zasad odchodzi

li (osobiście nie mogę p. RR wybaczyć o- ostatniego okażą się na tamtym świecie – przeto Piasecki

graniczeń w imporcie stali z Europy, tekstyliów z Japonii oraz jako polityk, ma czyste sumienie.

,

sankcji gospodarczych – posunięć absolutnie sprzecznych z Tak więc nie ma racji p. Andrzej Friszke pisząc: „Narodowa

katechizmem liberała!). Demokracja była od początku swego istnienia ruchem an-

Ztą moralnością, katolicyzmem i antysemityzmem też bywa- tyliberalnym”. Chyba, że ND utożsamia się z Dmowskim

ło różnie. Jak słusznie podkreśla p. Andrzej Micewski w swej (zwłaszcza późnym…) lub przez „liberalizm” rozumie się

książce o Romanie Dmowskim, był on w gruncie rzeczy ateistą permisywizm lub libertynizm. Po prostu po 1924 roku Stron-

i miał nieuregulowane życie osobiste. Niewielu też poważnych nictwo Narodowe zmieniło program – podobnie jak Partia

endeków było z ducha antysemitami: to wszystko były użyte- Konserwatywna niczego w Wielkiej Brytanii nie konserwuje,

czne hasła dla pozyskania mas; zbyt ograniczonych intelek- lecz zmienia co może. Programy OWP lub ONR nie są jedynie

tualnie, by w dobie nasilającej się demokracji stworzyć trwałą odmienne od programu SN – są jego całkowitym zaprzecze-

większość zdolną do walki o coś tak abstrakcyjnego, jak wolny niem. Proszę porównać prace Romana Rybarskiego (np.

rynek. krytykę państwa monopolicznego) z programami SN z lat

Niestety, te same mobilizujące hasła powodowały napływ trzydziestych, to właśnie monopolistyczne państwo propagu-

ich zwolenników – i gdy oni przejęli władzę w Stronnictwie jţcymi. Grupy, których nie udało się wymienić p. Aleksandrowi

. Narodowym z rąk „starych” wystąpiło znane zjawisko przeros- Hallowi, wzorują się na tej drugiej orientacji. Ja wolałbym

tu środka nad celem. Ponieważ w dodatku prymitywny klery- odświeżyć tę pierwszą. P. Hall ma jeszcze inne pragnienia.

kalizm i antysemityzm (w odróżnieniu od wrogości do Żydów Powiedzmyjasno: poza nazwą i tym, że głosili je ci sami ludzie

powodowanej tym, iţ intelektualiści żydowscy forsowali w II (w różnych swego życia okresach) – nie mają one ze sobą

połowie XIX wieku skrajnie antyliberalne doktryny) nie szły w wiele wspólnego. Ja zresztą też mając lat 9 byłem socjalistą

parze z szerokośćią horyzontów myślowych, przeto rozwiąza- – i można by mi wypominać dziś moje ówczesne wypowie-

nia prostackie, doraźne, wzięły górę nad głęboką myślą społe- dzi…

czno-gospodarczą. Przywódcy tzw. „młodych” zaczęli prze- Łatwo stąd wywnioskować, że moim ideałem jest stanowis-

bąkiwać o naruszaniu świętej zasady własności, a radykałowie ko endeckie najbardziej zbliżone do liberalnego konserwatyz-

(ONR-Falanga) wręcz o wywłaszczaniu bez odszkodowa- mu a’la Churchill lub Kisielewski. Różnica leży niewątpliwie

nia. I wcale nie szło jedynie o konfiskatę własności żydowskiej w ujmowaniu roli narodu (tj. absolutyzowaniu jej przez

– proszę przeczytać np. pisma Jana Mosdorfa! Podczas endeków). Uważam się za narodowca w tym sensie, że wierzę

dyskusji w Białołęce broniłem tezy, że Bolesław Piasecki wcale w pozytywną rolę egoizmu narodowego, że uznaję prawa

nie zdradził swych ideałów w 1945 roku; z jego postulatów: narodów do rozwoju (ale i do upadku…), że bardziej polegam

autorytarne rządy jednostki, totalna i scentralizowana władza, na zmianach w genetyce niż w oświacie. Tu jednak koniecznie

kierowanie przez państwo gospodarką, przyjaźń z Rosją, wţtawić muszę dygresję o egoiźmie.

wrogość wobec kapitalizmu i zachodniej plutokracji, antynie- Otóż w sensie naukowym nie sposób zdefiniować egoizmu.

32 33

ţţţI

narodowy wyznawał ideologię zbliżoną do dzisiejszego reaga-nizmu: Bóg w moralności, twardość uczciwośţ i realizm w polityce, pełen liberalizm w gospodarce. Piszę o teorii, gdyż zarówno endecy, jak i p. prezydent Reagan nieraz od tych zasad odchodzili (osobiście nie mogę p. RR wYbaczyć o-graniczeń w imporcie stali z Europy, tekstyliów z Japonii oraz sankcji gospodarczych – posunięć absolutnie sprzecznych z katechizmem liberała!).

Ztą moralnością, katolicyzmem i antysemityzmemteż bywa-ło różnie. Jak słusznie podkreśla p. Andrzej Micewski w swej książce o Romanie Dmowskim, był on w gruncie rzeczy ateistą i miał nieuregulowane życie osobiste. Niewielu też poważnych endeków było z ducha antysemitami: to wszystko były użyte-czne hasła dla pozyskania mas; zbyt ograniczonych intelek-tualnie, by w dobie nasilającej się demokracji stworzyć trwałą większość zdolną do walki o coś tak abstrakcyjnego, jak wolny rynek.

Niestety, te same mobilizujące hasła powodowały napływ

ich zwolenników – i gdy oni przejęli władzę w Stronnictwie

Narodowym z rąk „starych” wystąpiło znane zjawisko przeros-

tu środka nad celem. Ponieważ w dodatku prymitywny klery-

kalizm i antysemityzm (w odróżnieniu od wrogości do Żydów

powodowanej tym, iż intelektualiści żydowscy forsowali w II

połowie XIX wieku skrajnie antyliberalne doktryny) nie szły w

parze z szerokością horyzontów myślowych, przeto rozwiąza-

nia, prostackie, doraźne, wzięły górę nad głęboką myślą społe-

czno-gospodarczą. Przywódcy tzw. „młodych” zaczęli prze-

bąkiwać o naruszaniu świętej zasady własności, a radykałowie

(ONR-Falanga) wręcz o wywłaszczaniu bez odszkodowa-

nia. I wcale nie szło jedynie o konfiskatę własności żydowskiej

– proszę przeczytać np. pisma Jana Mosdorfa! Podczas dyskusji w Białołęce broniłem tezy, że Bolesław Piasecki wcale nie zdradził swych ideałów w 1945 roku; z jego postulatów: autorytarne rządy jednostki, totalna i scentralizowana władza, kierowanie przez państwo gospodarką, przyjaźń z Rosją, wrogość wobec kapitalizmu i zachodniej plutokracji, antynie-

32

mieckość i granica na Odrze-Nysie, reforma rolna i oddanie

ziemi chłopom indywidualnym, oparcie się na moralności

chrześcijańskiej – zostały wypełnione wszystkie z wyjątkiem

ostatniego. Ponieważ jednak główne skutki niewypełnienia

ostatniego okażą się na tamtym świecie – przeto Piasecki,

jako polityk, ma czyste sumienie.

Tak więc nie ma racji p. Andrzej Friszke pisząc: „Narodowa

Demokracja była od początku swego istnienia ruchem an-

tyliberalnym”. Chyba, że ND utożsamia się z Dmowskim (zwłaszcza późnym…) lub przez „liberalizm” rozumie się permisywizm lub libertynizm. Po prostu po 1924 roku Stron-nictwo Narodowe zmieniło program – podobnie jak Partia Konserwatywna niczego w Wielkiej Brytanii nie konserwuje, lecz zmienia co może. Programy OWP lub ONR nie są jedynie odmienne od programu SN – są jego całkowitym zaprzecze-niem. Proszę porównać prace Romana Rybarskiego (np.  krytykę państwa moţopolicznego) z programami ţSN z lat trzydziestych, to właśnie monopolistyczne państwo propagu-jącymi. Grupy, których nie udało się wymienić p. Aleksandrowi Hallowi, wzorują się na tej drugiej orientacji. Ja wolałbym odświeżyć tę pierwszą. P. Hall ma jeszcze inne pragnienia.

Powiedzmy jasno: poza nazwą i tym, że głosili je ci sami ludzie

(w różnych swego życia okresach) – nie mają one ze sobą

wiele wspólnego. Ja zresztą też mając lat 9 byłem socjalistą

– i można by mi wypominać dziś moje ówczesne wypowie-dzi…

Łatwo stąd wywnioskować, że moim ideałem jest stanowis-ko endeckie najbardziej zbliżone do liberalnego konserwatyz-mu a’la Churchill lub Kisielewski. Różnica leży niewątpliwie w ujmowaniu roli narodu (tj. absolutyzowaniu jej przez endeków). Uważam się za narodowca w tym sensie, że wierzę w pozytywną rolę egoizmu narodowego, że uznaję prawa narodów do rozwoju (ale i do upadku…), że bardziej polegam na zmianach w genetyce niż w oświacie. Tu jednak koniecznie w$tawić muszę dygresję o egoiźmie.

ţOtóż w sensie naukowym nie sposób zdefiniować egoizmu.

33

Za każdym razem tłumaczę, że facet, który oto zaoferował cały majątek na rzecz sierot w Indiach uczynił tak z egoizmu (gdyż sprawiało mu to satysfakcję – a im większa ofiara, tym większa satysfakcja…) – i niech mi ktoś udowodni, że nie mam racji!!  Nie ma altruistów – są tylko ludzie tak dobrze wychowani, że pomoc bliźniemu sprawia im przyjemność-orazdalekowzro-czni egoiści, którzy wiedzą, że społeczeństwo lubi „altruistów” i pomaganie bliźnim się opłaca.

Podobnie z „egoizmem narodowym”. Już Bismarck trafnie zauważył, że pańs,two nie ma żadnego interesu we wzmac-nianiu się, gdyż nieodzownym skutkiem jest narastanie coraz silniejszej wrogiej koalicji. To samo dotyczy narodu. Najlepszą polityką „egoistyczną” jest utrzymywanie przyjaznych stosun-ków z sąsiadami. Pewnie, że między narodami trwa bezlitośna walka – ale odbywa się ona na poziomie genów i nie powinna dotyczyć jednostek. Obecnie w Warszawie synogarlice wypie-rają gołębie – ale ani razu nie widziałem, by synogarlica dziobała gołębia lub odwrotnie…

Cytowane przez p. Halla zdanie Dmowskiego: „Naród jest

niezbędną treścią moralną państwa, państwo zaś jest niezbęd-

ną formą polityczną narodu” jest bałamutne. Wynikałoby zeń,

że np. Watykan, Austro-Węgry, Zjednoczone Królestwo,

ZSRS, USA i Szwajcaria pozbawione są treści moralnej – zaś

np. Flamandowie lub Sikhowie nie są narodem! Na razie

– wierutna bzdura; ciągnijmy jednak cytat: „Naród może stracić państwo i nie przestać być narodem (…)”. Jawna sprzeczność z poprzednim zdaniem (ale co z narodami, które nigdy państwa nie miały – a dotyczy to wszystkich narodów, gdyż najpierw istniał naród, a potem dopiero państwo) -więc Dmowski dodaje warunek” (…) jeżeli nie zerwał moralnego związku z tradycją państwową, jeżeli nie zatracił idei narodo-wo-państwowej, a z nią, zarówno świadomego, jak nie-świadomego, dążęnia do o d z y s k a n i a (podkr. – JKM) politycznie samoistnego bytu”.

Teraz zdanie przestaje być sprzeczne, a staje się jawnie

fałszywe. Flamandowie nigdy nie mieli państwa, a Estończycy

do 1919 roku – a nikt chyba nie przeczy, że były to i są n a r o d y. Tezy Dmowskiego nie są więc żadną prawdą naukową, lecz demagogią ad usum Polonorum. Gdyby pisząc je znał przyszłość, ostatnie zdanie brzmiałoby zapewne: „jeżeli przez dwieście lat nie zatracił…” itd. Niestety: prawda to smutna, ale w polityce demokratycznej trzeba używać zdań obiektywnie fałszywych, ale za to zrozumiałych dla odbior-ców…

Przytakim postawieniu sprawy nie sposób mieć do Dmows-kiego pretensji – ale popatrzmy na zastosowania. Otóż w moim pojęciu nie jest tak, że piłsudczycy lepiej rozwiązywali kwestie narodowościowe na kresach; prawdą jest coś moc-niejszego: oni rozwiązywali je w stylu właśnie narodowym.  Ten, kto nie uznaje narodu litewskiego, ukraińskiego i innych nie jest wcale narodowcem!!! Z definicji.

Tak więc wrogość do ZSRS, niedostrzeganie narodów

kresowych – to degeneracja, a raczej zaprzeczenie myśli

narodowej, spowodowane szczególną sytuacją polityczną (w

szczególności ZSRS przestał być nie tylko Rosją, ale nawet

państwem – na okres dziesięciu lat, gdy zamiast haseł

państwowych głoszono tam ideę sowietyzacji świata). Nato-

miast odwrót od liberalizmu gospodarczego był wynikiem

ogólnoświatowej tendencji antyliberalnej trwającej przez pół

wieku (1918-1968). Tak, czy owak SN z 1936 i ZLN z 1906 to

dwie różne partie (podobnie jak brytyjscy Whigowie z roku

1911- i Liberal Party z 1970). I myśl p. Friszke pociągnąłbym

dalej: właśnie odwoływanie się do instynktów „narodowych”,

właśnie podporządkowywanie jednostki woli większości

-sprowadza naród do poziomu szczepu. Niezależnie od tego, czy „ma” on własne państwo – czy nie.

Tu sprawa ostatnia: cóż za niedopuszczalne łączenie pojęć!  Co ma wspólnego naród z państwem? W opozycji do wszyst-kich niemal polskich intelektualistów twierdzę, że uzyskanie przez nas państwa niemal jednolitego narodowo (i niemal jednolitego wyznaniowo) jest naszym wielkim nieszczęściem.

Zanim rzucą się na mnie prawdziwi Polacy-katolicy, chcę

35

zdążyć napisać, że i narodowcy powinni się ze mną zgodzić, gdyż nie można czuć się Polakiem widząc wokół samych Polaków (podobnie nie można czuć „wspólnoty istot biał-kowych” dopóki nie spotkamy istot zbudowanych np. z krze-mu). Taka dialektyka. Oczywiście, jeśli nawet tym paradoksem przekonam narodowców, to nie oznacza, że udowodniłem, iż owa jednolitość jest naszym przekleństwem. Jest to jednak osobna i obszerna kwestia.

By nie,pozostawiać jednak tezy bez uprawdopodobnienia, sięgnę po argumenty praktyczne. Otóż niemal żadne z ist-niejących państw nie jest „narodowe” (wbrew opinii, iż żyjemy w czasach państw narodowych!). Nie jest nim żadne państwo Afryki ani Ameryki Łacińskiej (z wyjątkiem, być może, Brazylii). Nie istnieje naród kanadyjski, meksykański ani ame-rykański (natomiast istnieją narody szanujące reguły gry i wartości państwa amerykańskiego; chyba Dmowski nie twierdziłby, że Murzyni i Polonusi należą do jednego narodu?) Nie istnieje „naród Zjednoczonego Królestwa” lecz narody brytyjskie (Walijczycy, Anglicy i Szkoci) i ulsterczycy należący narodowo do Irlandii lecz nie pragnący przyłączenia się do tego państwa. Wielonarodowościowy jest ZSRS. Także Indie i (wbrew pozorom) Chiny. Wielonarodowościowe jest też najlepiej zorganizowane w Europie państwo – Szwajcaria.  W zasadzie poza Japonią (która płaci za to – a nie za bombę atomową! – wysoką cenę w liczbie noworodków-mutan-tów), Francją, Polską, Węgrami, Portugalią, Włochami, Holan-dią (z ogromnym procentem Żydów!) i Skandynawią nie istnieją państwa narodowe. W dodatku: im większy sukces odnosi państwo, tym rzadziej jest ono mononacyjne. Co sie stało z Niemcami, gdy po raz pierwszy znaleźli sie w jednym państwie (po Anschlussie – a przecież istnieli Niemcy w Szwajcarii i innych państwach i istniały mniejszości we-wnątrz Rzeszy?) Sapientii sat?

Nie? No, to z własnej historii: jakim państwem była Rzeczy-pospolita w dobie Złotego Wieku? I jakim językiem posługiwa-ła się jej elita? I co się stało, gdy nastąpił zwrot ku narodowemu językowi i religii?

36

DLACZEGO NIE POSZLIŚMY NA

„SHOAH”?

– pyta p. Dawid Warszawski w „KOS”-ie nr 87/86. Od-powiem za siebie (za innych odpowiadają zawodowcy).  1. Sytuacja gospodarcza jest ciężka. Wyrwanie 9 godzin plus 4-krotne dojazdy to dla mnie strata ładnych paru tysięcy złotych, które zarobiłem w tym czasie. By je wydać musiałbym podejrzewać, że warto.

2. By warto było pójść na film „Shoah”, zamiast przeczytać pięć dobrych książek, film ten powinien spełnić jeden z kilku warunków.

2a) Mógłby być dobrą rozrywką w stylu p. Spielberga. Nie jest.

2b) Mógłby być wybitny artystycznie i formalnie. Krytyka

niczego takiego nie sugeruje.

2c) Mógłby wzbogacić moją wiedzę. Jednakże wówczas

znów dwa są warunki:

A) Mogłaby to być wiedza na temat interesujący i ważki.

Przyznam, że bardziej interesuje mnie rzeź Ormian dokonana przez Turków niż holocaust – i zapewniam p. Warszawskiego, że za to drugie ludobójstwo nie czuję się ani trochę bardziej odpowiedzialny, niż za pierwsze. A gdyby mój Ojciec był szmalcownikiem? Nie wiem, ale chyba też nie czułbym się winny! Za co??? To byłaby wina Dziada po mieczu!

B) Mogłaby to być wiedza nowa i obiektywna. Wiemy jednak, że informacji w filmie jest tyle, że zmieściłyby się na pół kartki papieru – a w dodatku zawsze jest to informacja subiektywna, gdyż te pół kartki wyrwane jest z grubego tomu.

2d) Mógłbym chcieć przeżyć emocje, związane z Historią.  Jednakże – niech Pan wybaczy – równie mocno przeżywam mordowanie Rzymian przez spartakusowców jak mordowanie Żydów przez hitlerowców – przeto nie jest to powód, by iść właśnie na „Shoah”.

2e) Pozostaje możliwość ostatnia: chcę poddać się działa-

niu propagandy filmowej, dopuścić do próby zmiany mojej

postawy. W takim przypadku musiałbym mieć zaufanie do

37

reżysera. Jednakże – o czym nie pisze ani „KOS”, ani

„Trybuna Ludu” – p. Lanzmann jest komunistą i – jak sądzę

– Żydem. Wiele jest wspaniałych filmów nakręconych przez Żydów – natomiast filmy kręcone przez komunistów są zawsze nudne (np. „120 dni Sodomy” Passoliniego!} i propa-gandowe. Połączenie Żyda z komunistą budzi obawę, że geniusz tej rasy używany jest do podejrzanych celów. I ja miałbym za własne pieniądze wystawiać się na ten wpływ?????!? Pan daruje, panie Warszawski!

Sądzę, że p. Warszawski zgadł. W „Muranowie” byli wyłą-cznie Żydzi i anty-semici. Dlaczego miałby być kto inny? A we Francji? Tam widać więcej Żydów i anty-semitów…  PS. 0 tym, że Polska jest beznadziejnie brzydka – i to nie brzydotą Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, niestety-lecz brzydotą zmajstrowaną przez oszczędnego ślusarza i energicznego górnika – wiem bez oglądania filmów. W odróżnieniu od p. Warszawskiego jeżdżę trochę poza War-szawą, Krakowem itd. Dotyczy to jednak głównie budynków państwowych!

Druk w,.KOS-ie”.

LI B E RAł.OWl E J ESZCZE B LIŻEJ

Na temat liberalizmu pisze się tak wiele bzdur, że przestałem już reagować. Jednak tekst p. Henryka Korwina jest rzeczowy i wymaga odpowiedzi – co czynię w swym własnym imieniu, gdyż środowisko nasze dzielą różne niuanse.

Całkowicie zgadzam się z oceną historyczną liberalizmu

w Polsce (z zastrzeżeniem, iż nie mam danych, by Ignacego

Matuszewskiego uznać za liberała). Dlaczego jednak Autor

pisze, że liberałowie pojawili się w zdewastowanym przez

lewicę krajobrazie politycznym po 13 Grudnia? „Officyna

Liberałów” działa od jesieni 1978, a „Merkuryusz Krakowski

38

i Światowy” był o pół roku wcześniejszy! Nasz „Program Liberałów z seminarium „Prawica-Liberalizm-Konserwa-tyzm” to rok 1979.

Dyskusje nt. „ewolucyjnego” czy „racjonalistycznego” libe-

ralizmu uważam za równoważną rozważaniom: „Czy pluskwa

gryzie człowieka by mu szkodzić – czy dla realizacji przedus-

tawnej harmonii gatunków?”. My lubimy wolność – a każdy

to zdrożne pragnienie uzasadania przed sobą i światem jak

umie najlepiej, do czego nie należy przywiązywać szczególnej

wagi. Każdy powinien jeno rozważyć, jaką korzyść przyniosła-

by taka wolność jemu, jego dzieciom, krajowi, ludzkości

wreszcie.

Nie jestjednak prawdą, że racjonaliści chcą znieść państwo.  Oni chcą je w z m o c n i ć poprzez zmniejszenie. Porównanie młotka z poduszką wyjaśnia skrótowo o co chodzi. P. Kor-winowi pomylili się liberałowie z anarchistami.

Jesteśmy natomiast istotnie doktrynerami. Wierzymy w ideał Wolności. Wiemy, że praktyka zmusi nas do rezygnacji z c a ł-k o w i t ej realizacji tego ideału – ale to ona nas zmusi! My będziemy doń dążyć. Pomysł, by nie dążyć do czegoś tylko dlatego, że jest to nierealizowalne, jest śmieszny; w myśl tej zasady zaprzestano np. w szkołach nalegać na poprawną wymowę końcowych nosówek („bo i tak nie da się ich całkiem nosalizować”) – i efektem jest całkiem niedbała wymowa.

Autor twierdzi – być może na podstawie mego artykułu w „Itd” – że głosimy liberalizm pod wrażeniem rewolucji mikroprocesorowej w USA. A co ma piernik do wiatraka?

Czyżby p. Korwin sądził, że gdy bzdurny postulat zgłaszają

syndykaty zrzeszające 60”% pracowników, to mają rację – a je-

śli zrzeszają tylko 30”% to nie mają racji??? Drogi Panie: we

Francji w latach 1864-1914 było całkiem sporo liberalizmu

– natomiast nie było ani jednego mikroprocesora, zaś proto-typ komputera Babbadge’a był zepsuty. Nie było video, a nawet telefonów. I co z tego?

Związki zawodowe – jak każdy oligopol – uważamy za zło

– ale walkę z tym złem za zło jeszcze gorsze. Dlatego nie zabronimy zrzeszać się w związki zawodowe. Natomiast nie

39

powierzymy im żadnych uprawnień quasi-państwowych

– nawet konsultować się z nimi nie będziemy, gdyż wolno nam uważać, że reprezentanci pracowników przedstawiają punkt widzenia tylko reprezentantów pracowników. Niech sobie istnieją.

Niech istnieją – ale pod warunkiem przestrzegania reguł gry. Związkowcy chcą walczyć o wyższą płacę – niech namówią pracowników, by złożyli gremialne wypowiedzenia!  Jeśli jednak spróbują grozić łamistrajkom – poniosą s u r o-w ą (podkreślam: „s u r o w ą” i proszę by PT Redakacja nie cenzurowała mi tekstu!) karę. Jeśli spróbują rzucać kamienia-mi – zostaną potraktowani jak bandyci, a nie jak „przestępcy polityczni”.

Będziemy starać się usuwać punkty sporne poprzez stwo-rzenie kapitalizmu ludowego (nazwijmy to „socjalizmem ak-cyjnym”…). Jednak część – i to znaczna – robotników wybierze status pracowników najemnych po prostu sprzeda-jąc swoje akcje. Jeśli spróbują strajku okupacyjnego i właś-ciciel – kapitalista czy samorząd innych robotników – we-zwie aparat państwa do przywrócenia posiadania własności, to aparat zadziała z całą bezwzględnością.

Podobno p. gen. Jaruzelski miał wyrzuty sumienia z powo-

du śmierci górników z,Wujka”. Ich opór miał oczywiście

charakter polityczny, działali w najlepszej wierze i są bohatera-

mi – natomiast w przypadku opisanym wyżej (szantaż ekono-

miczny strajkiem okupacyjnym) nie miałbym cienia wyrzutów

sumienia. Machina państwowa musi zapewnić funkcjonowa-

nie reguł gry – albo trzeba zmienić reguły. Jeśli nie decyduje-

my się na to drugie – nie wolno się zawahać, gdyż być może

ocalejeparuludzi,ale gdzie indziej wystąpią setki

podobnych przypadków – i per saldo ofiar będzie

więcej. Nie miałbym – powtarzam – więcej wyrzutów

sumienia, niż minister komunikacji z powodu pijaków i samo-

bójców wpadających pod koła (a przecież m ó g ł b y temu

zapobiec z a k a z u j ą c wszelkiego ruchu na drogach i torach

PRL). Nie robi tego – gdyż funkcţ nowanie transportu jest

ważniejsze niż życie paru ludzi choćby dlatego, że ów

transport ratuje życie o wiele większej ich liczbie, np. umoż-liwiając produkcję i dystrybucję lekarstw). Sprawne funkc-jonowanie państwa jest ważniejsze, niż sprawne funkcjono-wanie kolei – toteż i deliberacje nad losem tych, co wkładają kij w szprychy, muszą być odpowiednio krótsze. W razie potrzeby- będziemy strzelać. I per saldo ofiar będzie mniej niż w łagodnych lewicowych reżimach.

Proszę mi tylko nie zarzucać, że każę strzelać do robotników!

Ja bronię robotników! Robotnikiem jest łamistrajk – ten

natomiast, co bez umownego wypowiedzenia porzucił pracę

– zerwał umowę – i od tej chwili nie jest robotnikiem. Być może w przyszłości znów umówi się na jakąś robotę. Nie wieml Robotnikiem człowiek się nie rodzi – lecz staje się z chwilą podpisania umowy. W przeciwnym razie: ja w 1965 r. praco-wałem 3 miesiącejako kopacz- i proszę mnie nadal traktować jako robotnika, chwilowo na bumelce.

Przy tym wszystkim proszę nie wmawiać nam – w szczegól-ności mnie – prymatu ekonomii nad etyką. Konserwatywni liberałowie głoszą bezwzględny prymat etyki nad ekonomią rozumianą dojutrkowo. Ugoda z szantażystami byłaby zapew-ne.gospodarczo tańsza niż usunięcie ich z fabryki siłą – ale efekt ustąpienia przed szantażem byłby dewastujący na dalszą metę. Etyka – to zakodowana mądrość Prawodawców i dośw iadczenia pokoleń, zatem statystycznie korzystnie jest postępo wać zgodnie z etyką, a wbrew prymitywnemu interesowi.

Zarzut, że rynek ma wady, jest bez sensu: czy reguły

szachowe mają wady??? Reguły są po to, by ich przestrzegać

– i tyle. Prawo – to zapis tych reguł. Gdy zawieram z Kowalskim umowę, to obydwaj wiemy, jakie będą konsek-wencje odejścia od niej. Prawodawca nie ma prawa ich zmieniać – podobnie jak nie wolno zmieniać reguł w trakcie partii. Np. ustawodawca miał prawo- moim zdaniem -wpro wadzić w 1947 r. rozwody – ale nie miał prawa zarządzić, by bez zgody obydwu stron udzielano ich małżeństwom zawarty m przed tą datą; powinien też zapewnić opcję zawierania małżeństwa bez możliwości rozwodu tym, co sobie tego życzą, także po tej dacie.

40

Nie znam etyki – poza socjalistyczną – nakazującej by „zapewniona była sprawiedliwa płaca rodzinna, prawo praco-biorcy do udziału w zyskach i rozsądny zakres ubezpieczeń socjalnych”. W każdym razie nie jest to etyka chrześcijańska.  Czy p. Korwin zdaje sobieţ sprawę, że postulat, by ojciec siedmiorga dzieci miał pensję siedem razy wyższą niż kawaler spowodowałby, że wielodzietnych albo wyrzucano by z pracy, albo (gdyby nadwyżkę pokrywało państwo, czyli ogół obywa-teli) staliby się oni przedmiotem nienawiści współrodaków, jak zresztą się to stało? Czy p. Korwin chce uniemożliwić praco-biorcy odsprzedaż lub zastawienie swych udziałów; czy nie wolno mi wynająć się jako sekretarz bookmachera i powie-dzieć: „Nie interesuje mnie, czy Pan wygra czy przegra – ja chcę mieć stałą pensję!”? Co zaś do ubezpieczeń: proponuję by Szanowny Autor poczytał XV-wiecznych teologów, gro-miących – słusznie – wprowadzane wówczas ubezpieczenia (zazwyczaj przy pomocy argumentu o sprzeciwianiu się woli Boskiej). Ubezpieczenia zresztą nie.obciążają kapitalistów:

pracodawcy narzekający na obciążenia socjalne winni pamię-

tać, że w kapitaliźmie (nie znają tego ustroju: na Zachodzie

panuje socjalizm…) konkurencja nałożyłaby na nich większe

obciążenie; ubezpieczenia to grzywna na dobrych robotników

– plus premia dla złych. Szerzej piszę o tym w broszu-rze „Ubezpieczenia” (IV wydanie, dostępne, Wrocław 1985).

Nacjonalizm istotnie traktujemy jako najwyższe stadium socjalizmu – w najlepszym razie jako konserwatyzm dla ubogich duchem. P. Korwin zdaje się sądzić, że multi-na-cjonalny koncern „Shell” jest groźniejszy niż „Petrochimex-port”. Uważam dokładnie odwrotnie: multinacjonały nigdy nie stawiają żądań politycznych, w dodatku: nie mają dywizji.

Dla postulatów narodowych mam pełne zrozumienie – i bę dę walczył o to, by moje dzieci miały prawo mówić i uczyć się w swoim języku, by z tego powodu nie były dyskryminowane.

Nie rozumiem natomiast, co to ma wspólnego z postulatem, by

naród miał własne państwo. Wietnam ma – czy p. Korwin

chciałby być Wietnamczykiem? Albo Albańczykiem? Gdy

naród utożsamia się z państwem, zamiast krzewienia kultury

42

narodowej tworzy się statolatria. Wolę być obywatelem Zjed-

noczonego Królestwa – a nawet Hindusem, byle pod okupa-

cją brytyjską, a nie pod rządami zbrodniarzy z rodziny Nehru

(nb. zwracam uwagę narodowcom, że „niepodległość Indii

pod rządami Indiry Gandhi” to dokładnie to samo co „niepodle

głość Europy pod rządami Hitlera”; różnice etniczne, rasowe

,

językowe i religijne w Indiach są znacznie większe, niż między Francuzem a Norwegiem). W odróżnieniu od Hitlera uwielbiał bym CK monarchię; gdyby było tam więcej liberalizmu, a mniej demokracji, to inaczej wyglądałaby dziś mapa Europy.

Narodowe państwo polskie uważam za nieszczęście dla

naszego narodu. Może przekona Autora i Czytelników taki

drobiazg: w państwie wielonarodowościowym Polak Polako-wi był bratem; w państwie nacjonalnym Polak Polakowi musi być wrogiem, bo żadnego innego konkurenta nie ma w polu widzienia!

Potrzebne jest nam Międzymorze – ale nie „Polska od morza do morza”, bo polscy urzędnicy po pół roku zostaliby przez innych znienawidzieni jeszcze bardziej, niż przez swoich!  Póki co cieszę się, że przeżyłem ostatnie lata we względnej niepodległości, gdyż w Imperium Sovieticum moje prawa narodowe i osobiste poniosłyby większy szwank – wolałbym jednak przeżyć te. lata jako kolonia szwajcarska… Nic na to nie poradzę.

P. Korwin wydziwia na doktrynerstwo libertarianów, dla których p. Reagan jest socjalistą, gdyż ogranieza wolną wymianę. Czy Pan nie widzi, że p. Reagan się kompletnie ośmieszył? Najpierw nałożył sankcje – a potem błagał Sovie-ty, by kupiły więcej zboża (na co oni odpowiedzieli z godnoś-cią, że pomyślą…). Gorzej: p. Reagan nie zredukował biuro-kracji socjalistycznej w USA (co prawda nie ze swej winy, lecz wskutek opozycji Demokratów w Kongresie); nawet sławetne Ministerstwo Zdrowia, Oświaty i Opieki Społecznej działa nadal. W ten sposób – boimy się – p. Reagan skompromituje nazwę „konserwatyzm” w ten sam sposób, w jaki u nas biurokracja kompromituje reformę: najpierw nie pozwolić by działała – a potem wydziwiać, ie nieskuteczna.

43

Na zakończenie Autor przygważdża – celnie, niestety – tę naszą frakcję, która wierzyła w reformizm prawicowy władzy.

Przesunięcie jest zresztą niewątpliwe: od lewackiego staliniz-

mu, przez zgrzebny socjalizm, centrowy socjal-technokratyzm

p. Gierka, lewicujący liberalizm p. Rakowskiego i prawicujący

etatyzm PRONU-u. To wszystko jednak za mało. Niestety, p.

generał Jaruzelski okazał się człowiekiem taktycznie znakomi-

tym – ale strategicznie zawiódł. Nie wiem, czy zawinił wiek,

czy doktrynalne uwarunkowania, czy szantaż Wielkiego Brata

– w każdym razie oczekiwana przemiana nie zaszła i ci, co udzielili Mu kredytu zaufania obudzili się z ręką w nocniku.  Podobnie jak Adam Krzyżanowski, który poparł zamach majo-wy…

W każdym razie: idziemy w dobrym kierunku. Zbyt powoli

– co prawda – ale lepsze to, niż rewolucja. Millener jestem, millener. Przepraszam.

W OBRONIE PRAW NARODÓW

CZYLI: RASIZM WCIĄŻ GROŹNY!

Wykształcony i kulturalny Europejczyk – a i Amerykanin też

-wie znakomicie, że przekonanie o wyższości własnej kultury jest czysto subiektywne. Z niechęcią przyzna, że człowiek o prymitywnym umyśle i odruchach ma – b y ć m o ż e

– prawo do uważania za wyższą swojej kultury – ale też starać się należy, by odruchy te nie prowadziły do zniszczenia innych kultur, pielęgnujących odmienne od naszych wartości.

Liberał konserwatywny ma nieco inne stanowisko: owszem, ceni obce kultury; owszem, pragnie je zachować; owszem, uważa je za cenną cząstkę wspólnego dziedzictwa ludzkości.

Czasem jednak występuje konflikt, który musi być rozwiązany

siłą – i wówczas każdy ma moralne prawo bronić s w o j e j

kultury. Bywa też, że kultura sama zaczyna zanikać i rozpadać się; konserwatywny liberał nie będzie w takim przypadku „pomagał” ginącej kulturze: albo zbierze ona swoje siły, na nowo się odrodzi – albo zniknie w naturalnym procesie, jak tyle innych. Gdyby kultury nie ginęły, do dziś jedlibyśmy mięso krajane nożem z krzemienia rozłupanego – podane na skorup-ce zrobionej przemyślną techniką sznurkową. „Pomoc” zresztą bardziej szkodzi niż pomaga: by to zrozumieć wystarczy popatrzeć na Indian gnijących w rezerwatach, odurzających się alkoholem i narkotykami za pieniądze otrzymywane od wspaniałomyślnych Białych – a także zarabiane za sprzedaż wytworów ludowej kultury indiańskiej (które już dawno przestały być elemen.tami autentycznej kultury, gdyż Indianin nie pali dziś fajek pokoju lecz papierosy).

Jednak łączy nas z Lewicą przekonanie, że obcych kultur nie należy niszczyć (w każdym razie: bez potrzeby), że trzeba je szanować i w miarę możliwości stwarzać warunki do nie-skrępowanego rozwoju. Każda taka, nie szkodzaca innym, kultura ma prawo do istnienia – i powinniśmy ją tolerować, w miarę możności życzliwie.

Dlatego – wbrew posądzeniom, że zaślepia nas nienawiść do wszelkiej Lewicy- pragnąłbym wezwać Lewicę i jej światłych przedstawicieli do wspólnej akcji w obronie zagrożonych przez nas kultur.

Chodzi mi przede wszystkim o kulturę najbardziej w tej chwili zagrożoną przez poczynania nikczemnych kapitalistów z Wall Street – a także socjal-hegemonistów z Kremla: o kulturę apartheidu!

Każdy po namyśle przyzna, że apartheid wytworzył samoist-

ną i oryginalną kulturę; więcej: stworzył nowy typ stosunków

społecznych. Nie mogę pojąć, jak ten sam brodaty profesor

antropologii z Nowego Jorku może z tkliwością w głosie

rozwodzić się nad potrzebą ratowania liczącego 200 osób

ginącego plemienia łowców głów na Nowej Gwinei – a jed-

nocześnie domagać się zniszczenia dość prężnej kultury stwo-

rzonej przez zlanie kultur Burów, Hotentotów, Zulusów,

Anglików, Francuzów, Niemców i Bantu; zlanie się – przy

44 45

zachowaniu wszakże znacznej odrębności umożliwiającej ocalenie tych kultur.

Zadziwiające, że ten sam profesor przed godziną mógł zachwycać się pracą inego antropologa, opisującego techniką stosowaną przy badaniach plemion pierwotnych „obyczaje plemienia żyjącego w mieście San Francisco”. Wynika z tego, że łaskawie przyznaje on Białym status twórców kultury będącej obiektem zainteresowania uczonego – a jednak znacznie ciekawsza kultura apartheidu budzi u niego zamiast pasji badawczej – pasję niszczenia!

Zauważmy przede wszystkim, że takie stanowisko wynika

z mistyfikacji pojęciowej. Dla naszego profesora RPA to

państwo, gdzie Biali uciskają Czarnych. Nie przyjdzie mu do

głowy, że np. kultura Bantu i kultura Hotentotów mogą się od

siebie różnić bardziej, niż kultura Burów i – powiedzmy

– Oxfordczyków. Nie przyjdzie mu to do głowy – gdyż widzi jedynie różnice rasowe. Powiedzmy krótko: jest on po prostu skrajnym rasistą!

W rzeczywistości Konstytucja RPA wymienia cztery grupy ludności:

1/ Biali (od pół wieku nie odróżnia się już Anglików od Burów)

2/ Koloredzi

3/ Hindusi (i inni Azjaci: Malajowie, Chińczycy…)

4/ Bantu

W pojęciu naszego profesora przybyli z Europy Biali uciskają

prawowitych właścicieli tych ziem: Murzynów. W tej tezie każde słowo jest błędem ! ! !

Co do ucisku: efektem ucisku jest zawsze powolna ucieczka uciskanych; jest to naturalny proces fizyczny. Polski chłop emigrował, gdyż był uciskany. Afgańczycy uciekają przed uciskiem. Natomiast Bantu masowo uciekają do RPA, ryzyku-jąc nawet (niewielkie zresztą) kary.

Co do uciskających Białych: w pojęciu naszego profesora, gdy władze RPA rozstrzelają raz na dwadzieścia lat jakiegoś prowodyra zamachowców – to jest to ucisk. Gdy natomiast p.

Idi Amin morduje 250.000 Ugandyjczyków – to jest to

realizacja wolności Ugandyjczyków do praktykowania takiej formy rządu, jaka im się zamarzy. Jaka jest różnica między obydwiema sytuacjami: naturalnie, kolor skóry. Gdy Czarny bije Czarnego – to OK; gdy Biały bije Czarnego – to nie! Nasz profesor raz jeszcze okazuje się tym, czym jest naprawdę: rasistą!

Sytuacja jednak komplikuje się nadal. Otóż – o czym mało

kto wie – w obecnych zamieszkach Czarni nie atakuja Białych

– lecz inych Czarnych; konkretnie: zwolenników apartheidu.

Mordują, palą żywcem… To jest OK. Gdy jednak policja

– murzyńska! (tę informację się starannie pomija) – w ich obronie strzela i zabija – to już nie jest OK.

Co do „prawowitych właścicieli” tych ziem… Wyobraźmy

sobie, że p. płk. Kadafi do spółki z królem Husseinem roszczą

sobie pretensje do Wilna, gdyż przed wojną najliczniejszą

nacją byli tam Żydzi, będący – podobnie jak Arabowie

– Semitami!

Taka właśnie sytuacja panuje w RPA. Jej ziemie zamiesz-

kiwali przeważnie Hotentoci. Istniały też liczne kolonie po-

rtugalskie, brytyjskie, niemieckie, holenderskie, hiszpańskie

i francuskie. Istniały małżeństwa i związki mieszane (apartheid

– to pojęcie z 1936 roku!) Tu skierowała się emigracja purytanów holenderskich.Gdy na Kraju Przylądkowym poło-żyła łapę Wielka Brytania, Burowie uciekli przed uciskiem na północ – gdzie zaczęli ścierać się z Zulusami, uciekajacymi z północy przed naciskiem Bantu.

Przed osiedleniem się Białych – i przez ponad sto lat potem

– na ziemiach tych nie przebywał żaden szczep Bantu

– ludności stanowiącej bodaj 90a% Murzynów w RPA! Jest to ludność napływowa – późniejsza od Burów i Anglików.

Jako ciekawostkę dodajmy, że w wojnach z Burami zasłynął niejaki Czako – wódz Zulusów zwany (nie znano wtedy jeszcze Hitlera) „murzyńskim Napoleonem”. Swym okrucień-stwem budził przerażenie nawet Murzynów – dziś figuruje w podręcznikach jako – oczywiście! – „bohaterski bojownik o…”

Gdy spytać owego profesora, kim są tajemniczy „Koloredzi”

47

odpowiada, że są to Mulaci. Nie dziwi go prawne uznanie tej kategorii – wobec kar więzienia za stosunki seksualne między rasami!! (swoją drogą: to Biały jest skazywany za stosunek z Murzynką, a nie ona – co nasuwa podejrzenie, iż nasz antropolog protestuje, gdyż w RPA miałby ograniczoną ak-tywność sexualną…)

W rzeczywistości Koloredzi to zazwyczaj po prostu pierwo-tni właściciele tych ziem: Hotentoci. Są też mieszańcy i potom-kowie mieszańców. W istocie wszyscy, którzy nie są Białymi, Bantu lub Hindusami, tj. Azjatami.

Mają też oni prawa polityczne – co prawda od czasów

apartheidu znacznie ograniczone. Nie protestowali jednak

zanadto, gdyż nie są to może ludzie inteligentni i wyszczekani

– ale są to ludzie mądrzy: czy mają gwarancję, że parlament z 1 O% Koloredów broniłby ich praw lepiej niż parlament Biały?  Trzeba tu dodać, że Biali bronią ich praw i przywilejów raz z tradycji (uznają prawo pierwszeństwa), a dwa: z wyracho-wania (by mieć ich po swojej stronie).

Dalszym nieporozumieniem jest stosunek do Hindusów.  Mało kto wie, że Konstytucja RPA wymienia rasy w innej kolejności: Hindusi są na czwartym miejscu, za Bantu. Filozo-fia RPA polega m.in. na (nie budzącej sympatii liberała!) ochronie niezbyt lotnych w handlowej materii Murzynów przed przybyszami z Azji, przybyłymi dla zrobienia łatwego majątku (nie tyczy to imigracji z I połowy XIX w.)

W naszym kraju wszyscy wykształceni ludzie skłonni są rzucać gromy na apartheid – a jednocześnie niemal wszyscy podziwiają „Złoty Wiek” polskiej historii i polską tolerancję.  Mało kto zauważa – choć WIE!! – że w Polsce szlacheckiej Żydzi, Ormianie i Tatarzy żyli w klasycznym apartheidzie!  Małżeństwa Żyda z Polką było niemożliwe nie z powodu zakazu – lecz ipso facto: gdyby Żyd się ochrzcił i wziął ślub w kościele – to przestałby być Żydem!I Ślubów cywilnych wtedy nie było…

Dwie jednak były różnice. Po pierwsze Kazimierz Wielki mógł sobie mieć Esterkę – i nikogo to nie raziło poza prospektywnymi kochankami-Polkami. Apartheid zyskuje so-bie poparcie białych kobiet gwarantując im usunięcie kon-ku rencj i M u rzynek.

By omówić drugą, wypada sprostować jeszcze jedną popu-larną opinię, którą zapewne podziela i nasz profesor. Opinia ta głosi, że oto ohydni bogaci Biali gnębią Murzynów – a prole-tariusze wszystkich krajów łączą się, by zapewnić im równe prawa.

Prawda jest zupełnie inna. Po I wojnie światowej wielu

farmerów (przeważnie Burów) udało się do miast jako robot-

nicy – i stanęli przed konkurencją Bantu, zazwyczaj silniej-

szych, a nieraz zręczniejszych i inteligentniejszych (bo trzeba

pewnej słabości umysłowej, by – zwłaszcza będąc Białym

– musieć pracować jako robotnik w R PA). Owi „biedni biali” wymogli na rządzie przepis nakazujący przyjmowanie do pracy określonego procentu Białych robotników- i zapewnienie, że żaden Biały (choćby pracował marnie) nie może zarabiać mniej, niż jakikolwiek Czarny na tym stanowisku!

Ustawa taka budzi oburzenie liberała – i słusznie wzburzyła Czarnych. Przede wszystkim zaś demoralizowała robotników obu ras. Nadto uderzała w interes kapitalistów, zmuszając do najmowania robotnika droższego i gorszego – zamiast lep-szego i tańszego. Kapitaliści ci – zazwyczaj Anglicy – spró-bowali obalić tę ustawę…

Na to biali górnicy zastrajkowali. Nieskutecznie – gdyż Afrykanie kontynuowali pracę. Wówczas na arenę wstąpiła Partia Komunistyczna Południowej Afryki: pod Czerwonym Sztandarem zorganizowała „Marsz do Zwycięstwa” – czyli pogrom Czarnych i kapitalistów. Czerwona ruchawka została krwawo stłumiona gdyż nacjonaliści (mimo początkowych uzgodnień) wycofali się z sojuszu przerażeni antykapitalis-tycznymi akcentami. Jednak Labour Party do dziś jest podporą systemu apartheidu (zaś kom-partia od tamtej pory zaczęła tracić wpływy i obecnie chyba nie istnieje – w białym wydaniu). Natomiast – jak zauważy czytelnik prasy – to przemysłowcy RPA nawiązują obecnie rozmowy z przywód-cami ruchawek murzyńskich.

Wiadomo z socjologii, że najbardziej rewolucyjne są grupy,

48 49

które świeżo awansowały. Bantu obficie zasilani są moskiews-

kimi pieniędzmi i zasilani bronią. Dodam: nieliczni Bantu – bo

większość jest zadowolona i siedzi cicho. Przeciwko nim

„kolaborantom” – zwrócona jest główna nienawiść nac-

jonal-komunistów. Zabija się ich, pali żywcem ich rodziny… To

Murzyni mordują Murzynów – i to murzyńska policja w od-wecie strzela do Murzynów. Biali nie są atakowani. Na razie, oczywiście. Gdy Murzyni zostaną tak zastraszeni, jak Arabowie w Palestynie, którzy bojąc się bomby w samochodzie ani pisną przeciwko roszczeniom OWP – przyjdzie kolej na skierowanie tej armii na białych. Może to nastąpić już niedługo.

Różnica w uprawnieniach Bantu i Koloredów jest większa chyba niż między Koloredami a Białymi. Dlaczego więc prasa światowa identyfikuje tych pierwszych (pod nazwą „Murzy-ni”), a nie Białych i Koloredów (jako, np. rdzennych obywali) przeciwstawiając im Bantu?

Po prostu dlatego, że są to rasiści! Dla nich ważniejsza jest różnica koloru skóry – niż sytuacja społeczna, prawna, kulturalna i genetyczna.

Tujeszczejedno nieporozumienie: w RPAsą Murzyni Bantu osiadli od 50 lat – i Murzyni Bantu świeżo przybyli z innych krajów. Kłopoty władzom stwarzają jedynie ci ostatni. Zjawis-ko to znanejest nie tylko socjologom jako „Daj kurze grzędę…”

Nad tym „i” jeszcze kropka. Cytuję z p. Daniela Grinberga

„Genezy Apartheidu” (s.146): << Zasady polityki gospodar-

czej nacjonalistów określono na zwołanym w październiku

1934 roku pod egidą Kościoła Volkskongresie (zauważmy, że

apartheid narasta w latach 1926-1960 – tak, jak etatyzm na

całym świecie; uw. JKM) „Chylący się ku upadkowi” kapita-

lizm i imperializm angielski miał być stopniowo wyeliminowa-

ny, przemysł przejęty na własność narodowo-chrześcijańs-

kiego państwa. W ostatniej chwili zrezygnowano ze względów

taktycznych z postulatu nacjonalizacji kopalń>> Jak widać

czysta komuna! Natomiast liberałowie, określani przez

Autora jako: << Parlamentarzyści dalecy od lewicowych po-

glądów, rozpatrując łącznie zagadnienie „biednych Białych”

i napływu czarnej ludności do miast, doszli do wniosku, że

50

zarówno „dla ich własnego dobra, jak i w interesie społecznej sprawiedliwości, musi ustać faworyzowanie Biednych Białych kosztem Czarnych”>>. Raz jeszcze potwierdza się, że nac-jonalizm to po prostu najwyższe stadium socjalizmu. Jednak czysty apartheid nie musi wiązać się z faworyzowaniem jakiejś rasy!

Następnym popularnym nieporozumieniem jest kwestia narodowa. Murzyni Bantu należą do różnych narodów, mó-wiących różnymi językami (swahili pełni rolę łaciny w Euro-pie!). Parlament RPAdba-wbrewradom, których udzieliliby mu liberałowie… – o ich narodową kulturę. 0 swoją też.  Efektem jest ustawa sprzed dziesięciu lat nakazująca udziela-nie Murzynom lekcji w ich języku ojczystym – a w szkołach średnich i na uniwersytetach w języku afrikaans, będącym lokalną odmianą holenderskiego.

Mało kto wie, że słynne wówczas zaburzenia w Soweto (jest to skrót od South-West Town – osiedla murzyńskiego, gigantycznej „sypialni murzyńskiej” obok białego Johannes-burga) gdzie policja (murzyńska) strzelała gumowymi kulami do dzieci, polegały na protestach przeciwko tym kulturalnym zapędom, które powinny ucieszyć naszego antropologa. Mu-rzyni nie chcieli uczyć się ani po murzyńsku, ani – tym bardziej! – w afrikaans; chcieli uczyć się w języku angielskim, dającym im możność kontynuacji nauki na przyzwoitym uni-wersytecie w całym świecie – a także języku, w którym wykładają dobrzy nauczyciele. Gdzie znaleźć wykładowcę botaniki w języku Kwa-zulu? Kto pokryje koszt tłumaczenia podręczników (tu rząd RPA sypnął zresztą b.hojnie pienię-dzmi)?

Nieporozumieniem jest też przekonanie, że apartheid to

doktryna o wyższości rasy białej. Jej biali twórcy zapewne

takie przekonanie mają – ale nikt nie przeszkadza Murzynom

uważać przeciwnie. Za publiczne nazwanie Murzyna obraź-

liwym określeniem (np. Kafr) Biały bez pytania wędruje na

dwa tygodnie do aresztu! Apartheid oznacza „trzymanie

osobno” – i tyle. Liberałowie patrzą na takie coś podejrzliwie

– ale nikt przy zdrowych zmysłach nie zwalcza np. osobnych

51

ubikacji dla mężczyzn i kobiet. Jeśli dwie rasy chcą trzymać się osobno ( Murzyni twierdzą, ża Biali okropnie śmierdzą!) – to jest ich sprawa. NB. znacznie więcej jest Czarnych zwolen-ników apartheidu – niż Białych (co wynika ze znacznej przewagi ilościowej Murzynów, gdyż w procentach sytuacja jest inna).

Konsekwentną realizacją apartheidu są Bantu-stany. Są to tereny przyznane poszczególnym narodom Bantu i Zulu. Na tych terenach nie panuje prawo Białych – i republiki te ustanawiają własne prawa, zazwyczaj plemienne. Pardon: część z nich to nie republiki, lecz oligarchie plemienne.  W niektórych rządzą wodzowie. Z chwilą utworzenia takiego państwa wszyscy członkowie danego narodu zostają uznani za jego obywateli (choćby ich stopa tam nie stanęła!) przeby-wających w gościnie lub na robotach w RPA. Są tu traktowani jako obcokrajowcy – co dla obydwu stron jest wygodne:

Francuz w Polsce traktowany jest łagodniej, gdy popełni wykroczenie nie będące występkiem w jego ojczyźnie.

Analogia z sytuacją Żydów w Polsce szlacheckiej jest daleko

posunięta. Żydzi też mieli własne sądownictwo, własny skarb

– oraz ghetto, gdze nie wkraczało prawo polskie. Analogia ta idzie trochę za daleko: między ideą a realizacją władze RPA zawahały się. Z terenów Bantustanów wykrojono kawałki białych farm (zbyt duże koszty translokacji) w wyniku czego pozostały w nich najgorsze ziemie. Ziemi tej było mało

– w dodatku bantustany są zazwyczaj wykrojone w kilku kawałkach nie połączonych ze sobą, co utrudnia administra-cję. Rząd i parlament mają wyraźnie wyrzuty sumienia, gdyż dość hojnie dofinansowuje te twory (buntujące się, a jakże i domagające się swoich praw!) – ale, niestety samorząd uczy gospodarności, zaś dotacje demoralizują…

W efekcie okazało się, że niepodległość skrojona sztucznie to nie to samo, co niepodległość wywalczona samodzielnie.  Musi upłynąć jeszcze kilka lat, zanim bantustany poczują się naprawdę suwerenne. Typowe, że najstarszy, Transkei, za-chowuje się znacznie bardziej samodzielnie niż niepodległe od dziesiątków lat państwa Lesotho i Swazi – natomiast młodsze raczej raczkują.

52

Uwaga: niektóre z tych plemion popierają apartheid i prak-

tykują go u siebie (na odwrót, oczywiście), niektóre popierają

– ale nie praktykują u siebie – a niektóre walczą z apart-heidem. Jeszczejeden dowód, że Murzyn Murzynowi nierów-ny. Nasz przemądry antropolog nie wie zapewne, że Senegal-czyk genetycznie jest bardziej zbliżony do Niemca niż do Buszmana. Tzn. : on wie o tym – i natychmiast przypomni to w dyskusji o naziźmie niemieckim – ale całkiem zapomina o tym, gdy mowa o rasach w RPA.

To rasowe podejście jest istotnie indukowane przez stosunki

w RPA. Nawet autor znakomitej książki („Geneza apartheidu”

– Ossolineum,1980), p. Daniel Grinberg, potyka się pisząc na końcu, że apartheid zamyka,przed Murzynami „możliwości awansu społecznego”. Twierdzi tym samym, że np. szef Transkei jest czymś gorszym, niż premier Transvaalu (prowin-cji RPA). W rzeczywistości panuje tu symetria: Biały nie może zostać szefem Transkei. Dlaczego więc Czarny ma gorzej? Bo Tranvaawal jest państwem Białych, a więc jest lepszy (choć samorządność Transkei jest znacznie większa)!

Ale – zauważy ktoś – premier Transvaalu może zostać prezydentem RPA, a nawet gen-sekiem ONZ. To prawda: RPA to twór cywilizacji europejskiej – i żaden kompromis niejest tu możliwy; zarówno organizacja ula, jak i domu ludzkiego są dobre – jednak konstrukcja łţcząca cechy obydwu, by „har-monijnie zamieszkiwały go pszczoły i ludzie „ – byłaby zapewne absurdem, o czym na codzień przekonują się Rode-zyjczycy (obecnie: Zimbabwianie)…

Zaraz! A dlaczego szef Transkei nie może nie tylko zostać gen-sekiem ONZ, ale nawet się w niej pojawić (choć wy-stępują tam takie marionetki, jak p. Arafat)? Dlatego, że ONZ nie uznaje Transkei! Do ONZ może należeć wysepka o 8 tysiąc-ach mieszkańców – i jeszcze mniej suwerenne państwa, jak Mongolia – a także całkiem niesuwerenne, jak Białoruska SRS i Ukraińska SRS; nie może natomiast Transkei. Dlaczego?

Bo nie podoba się Murzynom i brodatym antropologom. Czy

RPA zabrania Transkei wstąpić do ONZ? Skąd-że, ona to

53

popiera! Kto zatem blokuje Czarnym drogę awansu społecz-nego?

System apartheidu istotnie jest niesprawiedliwy. Dlaczego Polak z „SOLIDARNOŚC”-i, przybyły w r.1982, jest w lepszej sytuacji niż Bantu przybyły tam w 1955? Powiedzmy jednak, że rząd RPA ugnie się przed opinią, i wprowadzi zasadę, że prawo głosu ma ten, kto od ponad trzech pokoleń mieszka w RPA. System taki ma np. Monako – i nikt nie ma doń o to pretensji. W RPA prasa potraktowałaby to jako ustępstwo reżimu – i z tym większą zajadłością rzuciła się do ataku.

Moim zdaniem w RPA nie powino się ustąpić ani na krok!  Apartheid to ciekawy experyment społeczny – który nieźle zdał egzamin, zapobiegjąc tarciom rasowm, jakie miały miejsce w USA. Gdy rasy się zmieszają – a przekonanie o wyższości u każdej pozostanie – gwałtowne rozruchy są nieuniknione.  Sądzę, że dla ich uniknięcia Biali muszą nie rezygnować z apartheidu – a znacznie hojniej wyposażyć bantustany w terytoria i środki produkcji. Stać ich!

Tu dochodzimu do sprawy ostatniej? Dlaczego, wbrew wszelkiej logice, chór Lewicy zgodnie i zajadle zwalcza RPA?

Prawdą jest, że RPA naraziła się Stanom Zjednoczonym.  USA odeszło od waluty złotej i robiło różne szwindle z eurodo-larami – RPA odbierała im część zysków, sprzedaąc masowo swoje prawdziwe złote krugerrandy. Jednak największym wrogiem RPA jest ZSRS.

Nie, nie z uwagi na podobieństwa ustroju. Sprawa jest prostsza: RPA to pierwszy, a ZSRS drugi producent złota na świecie.

Gdyby w RPA wybuchła rewolucja, zwłaszcza socjalistycz-na, to kopalnie stanęłyby na wiele miesięcy, może część uległaby zniszczeniu, część stałaby się deficytowa pod soc-jalistycznym zarządem. Wówczas Sowiety dyktowałyby cenę złota. . .

Dlatego wydają miliony dolarów na nasyłanie tam i szkole-

nie agentów i wywrotowców, którzy wkraczają do RPA wraz

z uciekinierami z socjalistycznej Angoli, Mozambiku itd. Co

prawda teraz to się urwie: Mozambik raczej skłania się ku

54

Chinom i zawarł traktat z RPA o nie-popieraniu skierowanej przeciw sobie partyzantki. Natomiast finansowanie gazet na Zachodzie, by drukowały paszkwile przeciwko RPA jest dzie-cinie łatwe – i tanie. Tym bardziej, że lewicowi dziennikarze sami z siebie tak piszą! Trzeba tylko sugestii.

W Rodezji, po obaleniu supremacji Białych, to nie Biali giną z głodu – to Murzyni. Dlatego w trosce o los Murzynów sprzeciwiam się nagonce na apartheid. Odpowiednią kam-panią prasową nawet w kobiety zdołano wmówić, że kar-mienie dzieci jest niemodne i nienaturalne! Dlaczego Murzyn ma nie uwierzyć w to, że apartheid jest nieludzki, gdy mówią mu to codzień na falach eteru profesorowie z Moskwy, Paryża, Londynu i Waszyngtonu?

PS. A propos socjalizmu i rasizmu: Na Kubie większość stanowiąjak wiadomo, Murzyni: czy kiedykolwiek w rządzie p.  Fidela Castro był jakiś Murzyn? A na jakimkolwiek wyższym stanowisku? Nooo?

Druk: Stańezyk, nr 1 / 7986

DLACZEGO NIE LUBIĘ

DEMOKRACJI

Pytanie to dotyczy wyłącznie moich upodobań – które

postaram sie jakoś uzasadnić. Uzasadnione upodobania zwą

sie przekonaniami. Przekonania anty-demokratyczne to rzecz

jeszcze niemodna – i zapewne nie podzielają ich członkowie

redakcji „ŁAD”-u. Co więcej: nie podzielają ich w większości

konserwatyści i liberałowie, za których porte-parole jestem

uważany. Z wyjątkiem nielicznej grupy „żubrów” lub fun-

damentalistów konserwatyści postawili dziś na demokrację

– gdyż liczą, że masy dojrzały intelektualnie i rozczarowały się

55

do postępowych doktryn. Większość partii konserwatywnych zrzeszona jest w Międzynarodowej Unii Demokratycznej!

Warto przy tym pamiętać, że takie partie „konserwatywne” to po polsku „liberalne” – w języku klasycznej ideologii.  Zacząć więc może wypada od określenia stosunku liberalizmu do demokracji.

Stosunek ten jest zmienny uczuciowo – a logicznie obojęt-ny. Oznacza to, że pojęcia te są n i e z a I e ż n e. Może istnieć ustrój liberafny i demokratyczny (jak USA w XIX wieku lub Szwajcaria dziś jeszcze), ustrój nie-liberalny i nie-demokraty-czny (np. Egipt faraonów) – ale może też istnieć ustrój demokratyczny i nie-liberalny (np. Francja w okresie rewolucji lub Niemcy po wyborze Hitlera na kanclerza) oraz liberalny i nie-demokratyczny (Rosja po reformach Piotra Stołypina, Chile na początku władzy p. gen. Augusta Pinocheta, księstwo Lichtenstein). Przykładów można podawać wiele – specjal-nie wybrałem takie, by nie być posądzonym, ie podsuwam miłe obrazki tego, co sam lubię – i wszystkie są nieostre, gdyż ustrojów c a ł k o w i c i e demokratycznych i c a ł k i e m libe-ralnych (a także odwrotnie…) nie ma. Każda też kombinacja może akurat być sympatyczna lub nie w zależności od konkret-nej realizacji, gdyż diabeł tkwi w szczegółach: ogon wiewiórki lubimy a ogon szczura nie – i dyskusja: „Czy długi ogon jako taki to,fajna rzecz” – jest bez sensu.

Można wyrażać zdziwienie, że rządy po przejęciu władzy

przez Adolfa Hitlera nazywam „demokratycznymi” – ale tak

było. Demokracja – to suwerenność większości. W tym

przypadku większości podobało się wybrać człowieka, który

w ustroju arystokratycznym zostałby zapewne znanym mala-

rzem (podobno miał pewien talent) lub też malował pokoje

– ale na pewno nie wolno by mu było wtrącać się do polityki; gdyby próbował podburzać lud zostałby zdekapitowany (czy to jest humanitarne? Policzywszy ofiary skutków pozwolenia mu na działalność polityczną wypada odpowiedzieć „tak”), a arystokracja z należytą pogardą traktowałaby sugestie nie-douczonego parweniusza (pamiętając, co się stało gdy arysto-kracja zaczęła tolerować-a nawet popierać-teorie niejakie-go Jana-Jakóba Rousseau).

56

Kiedyś monarchii robiono zarzut, że czasem do władzy dochodzą nieodpowiedzialni tyrani. Jak widać demokracja przed czymś takim nie zabezpiecza – a skutki są, jak na demokrację przystało, bardziej masowe. Nie mam jednak zamiaru atakować demokracji za jej wypaczenia – bo hit-leryzm b y ł wypaczeniem, a nie koniecznością. Moja niechęć do demokracji wywodzi się z niechęci do jej zasad, a nie do praktyki, gdzie zazwyczaj „łagodność wykonawstwa maskuje potworność zasady”. W świecie demokratycznym zasady demokracji są tabu – i np. w żadnym „wielkim dzienniku” amerykańskim ten tekst nie mógłby się ukazać. Zasady te uważam za nowoczesny (nowoczesny? – to trwa już prawie 200 lat i właśnie się kończy!) zabobon – i chcę o nich otwarcie napisać.

Typowym zarzutem przeciwko demokracji jest sankcjono-wanie „tyranii większości nad mniejszością”. Z tego właśnie powodu ustroje demokratyczne najczęściej n i e są liberalne.

Każde państwo trzyma się dzięki pewnej dozie przemocy

– trzeba jednak odróżniać przymus niezbędny od zbędnego.

W USA do dziś żyje (w Ohio) sekta Amiszów, która wyemig-

rowała bodaj z Rosji. Amisze mają obyczaje dość dziwne – ale

trzymają się zdrowej zasady zabraniającej im hazardu. W zwią-

zku z tym nie wolno im się ubezpieczać (polisa, o czym się

zapomina, to bilet na loterię). Gdy Kongres uchwalił ustawę

o przymusie ubezpieczeń, Amisze oczywiście nie płacili

– i rząd odbierał im składki pod przymusem (zaś Amisze szkód nie zgłaszają i premii za nie nie biorą). Jest to jawny rabunek, najgłębiej oburzający nasze sumienia (nie tylko liberała) – ale usankcjonowany przez demokrację, która nie znosi odchyłek od normy.

Ucisk mniejszości narodowych, pogromy Żydów – to

bezpośredni efekt demokracji. Trzeba pamiętać, że zazwyczaj

to władcy chronili mniejszości – i nawet ekscesy w okresie

„SOLIDARNOŚC”-i tłumaczone były zupełnie mylnie „sko-

munizowaniem tych narodów indoktrynacją z Moskwy”. Na-

tomiast zupełnie zdumiewającym fenomenem jest to, że po

stronie demokracji zawsze stawali w większości Żydzi. Przy

57

okazji: p. prof. Miltona Friedmana zawsze dziwiło również, że Żydzi, którzy bez wątpienia najbardziej zyskali na liberaliźmie, w zdecydowanej większości stali i stoją po stronie wrogów wolności. Przynajmniej: intelektualiści żydowscy. Oczywiście, nie wszyscy: p. Friedman też jest Żydem…

Zupełnie niedostrzeganym jest natomiast problem odwrot-ny: ucisk większości przez mniejszości!

Przypuśćmy, że żyjemy w demokracji bardzo liberalnej, która stara się sferę przymusu społecznego ograniczyć jak się da. Są jednak kwestie, gdzie decyzja ogólna m u s i być podjęta.  Może wtedy zajść przypadek, że stu milionom zależy na rozwiązaniu A – ale 80 milionom b a r d z o zależy na podjęciu decyzji B. Ponieważ głosowanie jest równe, przeto wygra A – i wtedy mamy do czynienia z Tyranią większości.  Dodajmy: tyranią nie chcianą: gdyby istniał sposób porów-nywania siły potrzeb owych grup większość zapewne ustąpi-łaby. Sposób taki nie istnieje; pewną jego namiastką są przetargi, przekupstwa posłów, agitacja za pieniądze mocno dotkniętej mniejszości itp. Z punktu widzenia demokracji jest to jednak patologia.

Tu właśnie rodzi się Tyrania Mniejszości. Gdy różnica dla 100 milionów wyborców jest niewielka, wstrzymują się od głosu – i wówczas zainteresowane mniejszości robią, co chcą.

Dla przykładu popatrzmy na sankcje przeciwko Polsce uchwalone przez Kongres USA. Ogromnej większości Amery-kanów sprawy Polski niewiele obchodzą, a i reszta nie ma przekonania, czy sankcje to jest to. Jednak przeciętny Amery-kanin traci na sankcjach tylko parę centów (o ile podniesie się index cen w wyniku zniknięcia polskich towarów?), wobec czego ustępuje przed zdecydowanym i hałaśliwym naciskiem mniejszościowego lobby. Podobnie z cłami na samochody, włókno, stal – w interesie przemysłu automobilowego, włó-kienniczego i stalowego. Tu już wchodzą w grę dolary – ale też niewielkie. Sumaryczna strata staje się znacząca – ale jest niedostrzegana przy każdej takiej okazji.

Jak widać sama zasada suwerenności ludu zakłada, że

mniejszości wolno obciążać – lub też nadawać im przywileje.

Gdy tylko w o I n o – to z miejsca zaczynają sie przetargi

i niesnaski. Chińczycy i Meksykanie mogą przez stulecia żyć

obok siebie bez swarów. Gdy jednak ustanowi sie jakiś przepis

dający zasiłki Meksykanom, natychmiast wybucha nienawiść

– pozornie „rasowa”. Powtarzam po raz któryś: k a ż d y przywilej wywołuje reakcję dokładnie kompensującą zysk z przywileju. Wielu publicystów zarzuca Polakom zdziczenie moralne: oto przed sklepami słychać szmer oburzenia przeciw-ko starcom lub brzemiennym chcącym kupić bez kolejki; a przecież jest to s k u t e k p r z e p i s u gwarantującego ten przywilej !

Przyznaję, że nie jest to bezpośredni efekt demokracji.

Bywają demokracje liberalne. Bywają demokracje z zasadami.  Jednak suwerenność kusi. Oto jest PROBLEM: „Meksykanie mają niższą stopę życiową”. Wyszkolony władca mógłby wzruszyć ramionami i powiedzieć: „Zahartuja się, wyrobią, za pół wieku dogonią resztę” – ale lud jest niecierpliwy. Lud chce szczęścia J UŹ! Cóż szkodzi opodatkować się po 10 dolarów – i wspomóc nimi Meksykanów? Dalej już leci samo… Rosną podatki, rośnie fundusz spożycia zbiorowego, rośnie dzieląca go biurokracja, narasta korupcja oraz wrogość między grupami…

(Jak widać utrzymuję, że nasze trudności nie wynikły z przeciwstawienia się trendom na Zachodzie – a rzeczywiś-cie, zgodnie z teorią twórców naszego systemu, powstały wskutek tego, że nasz system jest extrapolacją tamtejszych trendów; że jest bardziej postępowy z XIX-wiecznego punktu widzenia).

Ogromna większość dzisiejszych „problemów” po prostu n i e i s t n i e j e – została stworzona sztucznie. Stworzona przez krótkowzroczność demokracji. Nie jest żadnym „pro-blemem”, że na studia idzie inny procent dzieci chłopskich niż robotniczych; nie jest też „problemem”, że na studiach więcej jest dzieci z rodziców wysokich niż z rodziców niskich (tak JEST!). Ten „problem” wyrósł tylko dlatego, że pewne grupy odkryły demokratyczny mechanizm załatwiania spraw głoso-waniem – i korzystają zeń.

58 59

Tymczasem w ogromnej większości spraw nie jest potrzeb-na opinia większości, lecz S p r a w i e d I i w o ś ć. Przyznanie punktów dodatkowych nie może wynikać z tego, że za tym stoi większość – lecz z tego, że jest to s p r a w i e d I i w e. Nie jest?  No, to przyznać ich nie wolno! Podobnie: prawo nie może działać wstecz, choćby nawet wypowiedział się za tym j e d-n o g ł o ś n i e Parlament, Senat, Prezydent, Rada Państwa oraz ludność w Referendum!

Gdy zaczyna się suwerenność woli większości – kończy się sprawiedliwość i zasady moralne, a zaczynają przetargi i prag-matyczne kombinacje. Już największy chyba papież, Leon XIII, wyraźnie ostrzegał: „W sferze politycznej ustawy mają na celu dobro powszechne; nie zachcianki i namiętności ludu, nie kaprys i błędne mniemanie tłumu, ale prawda i słuszność nimi kierują (veritate iustitiaque diriguntur „Immortale Dei”,1885).  Niestety, dzisiejsze praktyki są dokładnym zaprzeczeniem tego postulatu…

Przykład: przed paru miesiącami wysunęliśmy postulat kon-

stytucyjnego vacatio legis: żadna ustawa (lub przepis) gos-

podarczy nie mogłaby wejść w życie przed upływem sześciu lat

od chwili uchwalenia! Zostało to przyjęte z entuzjazmem

w sferach gospodarczych (również przez managerów firm

państwowych!). Natomiast politycy lapali się za głowy: „W

imię c z e g o mamy wiązać sobie ręce? Zachowując moz-

liwość wydania ustawy z karencją lub bez niej mamy w i ę-

c e j swobody – takie ograniczenie byłoby n i e I i b e r a I-

n e!” Dokładnie tak samo reagują na takie propozycje kon-

gresmeni w USA. Każda próba ograniczenia suwerenności

ludu – a raczej: skrępowania jego reprezentantów – budzi

opory nie do pokonania. Lud bowiem jest krótkowzroczny,

a korzyści ze stabilności prawa są niewidoczne i odległe

w czasie. W dodatku poseł mogący uchwalić ustawę regulują-

cą przemysł obuwniczy jest hołubiony przez jego przedstawi-

cieli; kongresman pozbawiony tej mocy byłby rzadziej noszony

na rękach…

Stany Zjednoczone (a także szlachecka Polska – nb. nikt

wówczas nie używał słowa „demokracja”, które w klasycznej

polszczyźnie brzmi lekceważąco) są przykładami ześlizgu demokracji. Kolejne popsujki do Konstytucji niszczyły ograni-czenia nałożone przez jej Twórców – punktem przełomowym było chyba uznanie przez Sąd Najwyższy, że podatek do-chodowy nie jest sprzeczny z Konstytucją. Sąd Najwyższy w demokracji amerykańskiej pomyślany był jako wędzidło na zapędy większości – jednak w myśl doktryny suwerenności ludu jego władza była przez ten lud zwolna ograniczana.  Franklin D. Roosevelt złamał jego opór groźbą dodania do składu dwukrotnej liczby sędziów (oczywiście posłusznych).

Dla rozzuchwalonej demokracji nie ma już żadnych świętości:

słyszeliśmy już o uznawaniu (przez głosowanie!) iż pewne traktaty są „nieważne od samego początku” – maluczko, a większość uchwali, że Ukrzyżowanie Chrystusa też jest „nieważne od samego początku”; skoro można głosowaniem zmieniać fakty historyczne…

Większość to tabu. Kult większości ma, oczywiście, swoich Kapłanów. W interesie tych Kapłanow leży zwiększenie suwe-renności ludu, co dodaje władzy nie tyle ludowi, co Im. To właśnie Oni podbechtują lud do obalania kolejnych zasad, ograniczających Ich władzę. Wykorzystują przy tym najniższe instynkty tłumu. Kapłani ci są skrajnie anty-liberalni, ale do takich celów posiłkują się nawet argumentami liberalnymi przeciwko większości. Potrafią nagle oświadczyć: to co, że większość nie życzy sobie pornografii? W imię praw i wolności jednostki należyją dopuścić do publicznego (prywatny ich nie zadowala!) obiegu! Kapłani Większości to niesą przytymjacyś spiskowcy starający sę świadomie upodlić ludzkość: do takich działań zmusza ich szukanie poparcia większości, ten zaś je osiągnie, kto zmobilizuje więcej zwolenników. Prowadzi to do podziału elektoratu między dwie ideologie tak, że granica przebiega w połowie; teraz zwycięstwo przy tych, którzy sięgną po zwolenników niżej, bo sięgać szerzej już się nie da.

Kapłani uzyskali przy tym pewien wpływ na werdykty

ogłaszane przez swe Bóstwo. Uzyskują to poprzez przekaziory,

których żadną miarą nie chcą oddać w ręce – nawet większo

60

ścii. Amerykańskie mass-media trzymane przez tę Nową Klasę z uporem głoszą coś całkiem przeciwnego, niż widzi na własne oczy telewidz – słyszy radiosłuchacz i czyta Czytelnik. Gdy jedna z „Wielkiej Trójki” amerykańskich sieci TV bankrutowa-ła, wolała wyprzedać się wbrew zasadom ekonomii niż dopuś-cić, by wykupił ją p. Jakób Goldsmith, który wyznaje poglądy p. prof. Friedmana. Działa więc nadal kulejąc – i przekonując większość, ze ta krzywdzi rozliczne mniejszości – a zatem trzeba rozbudowywać biurokrację, która by te krzywdy rekom-pensowała.

Inną bazą tych Kapłanów są Instytuty Badania Opinii Publicznej. Zwłaszcza te, prowadzone przez gazety. Jakoś dziwnie się składa, że przed każdymi niemal wyborami okazuje się, iż konserwa dycha ostatkiem sił. Nawet tuż przed wybora-mi brytyjskimi można było usłyszeć, że Labour Party niemal zrównała się z Konserwatystami. Jak u Donata A. markiza de Sade: „Brytyjczycy! Jeszcze jeden wysiłek, by stać się praw-dziwymi Republikanami!!” A potem blamaż, o którym się zapomina – czasem zaś sukces, dla którego ryzykuje się tym blamażem. Albowiem Większość jest Bóstwem odważnym tylko w tłumie – i większość ludzi woli należeć do Większości.  Stąd ogłoszenie, jaka będzie Większość, wywołuje efekt przyłączania się do zwycięzcy.

Największe jednak straty przynosi działalność tych Kap-

łanów w dziedzinie oświaty. Jest to temat za obszerny, by go tu

omawiać – i zgodziła się go wielkodusznie opublikować

znana zapewne Państwu „Res Publica”. Tu zaznaczę tylko, że

zasada „uśredniania” – typowa dla demokracji – sieje

prawdziwe spustoszenie. Z demokratycznych szkół wychodzą

ludzie niedouczeni – lub przeuczeni, gdyż program nie był

dopasowany do ich poziomu. Straty ponoszone przez społe-

czeństwo wskutek jednego strychulca dla wszystkich są

trudne do określenia. Tomasz A. Edison został przez matkę

zabrany ze szkoły publicznej, gdzie uznano go za całkowicie

niezdolnego – ilu takich Edisonów męczy się w naszych

szkołach wbijając do głowy zestawy wiedzy publikowane

nieraz przez półinteligentów? U nas zabrać zdolnego lub

62

niezdolnego dziecka ze szkoły nie wolno – a gdyby nawet ojciec zaryzykował grzywnę, to nikt nie zwróci pieniędzy na kształcenie, które można by obrócić na prywatne szkolenie.  Szkoła jest najbardziej demokratyczną instytucją—i to ona narzuca uniformizm myślenia i widzenia świata, typowy dla demokracji, ludowej czy nie ludowej. (Nb. „Demokracja ludowa” to „Ludowe rządy Ludu”, jakby się ktoś uparł tłumaczyć).

Nie idzie przy tym tyle o wiedzę, co o wzory zachowań. Gdy do dziesięciorga kulturalnych dzieci dopuścić jedno mniej kulturalne – to poziom kultury wzrośnie, gdyż to jedno się podciągnie. Demokracja stosuje zasadę odwrotną: do dziesię-ciu niekulturalnych dopuszcza się jedno kulturalne – i poziom się obniża… Ale jest równo! Lud Paryża podobno uwielbiał opowieści, jak to niedoszły Ludwik XVII musiał harować u szewca – tak przynajmniej głosili Kapłani rzekomej Więk-szości dopóki i ich nie dosięgnął równający nóż gilotyny…

Dzisiejsi ludzie nie zdają sobie sprawy, czym było wy-chowanie arystokratyczne. Była to istna katownia dzieci – ale dzieci te w wieku kilku lat umiały mówić i pisać w kilku językach, znały historię, kilka innych przemiotów, umiały się zachowywać w trudnych okolicznościach, umiały słuchać i rozkazywać. Chłopcy znali się też na sztuce wojennej.

Nazywanie artystokracji „klasą próżniaczą” jest istną kpiną

– co nie znaczy, że takich próżniaków nie było, gdyż był to system bardzo liberalny – dla dorosłych. Wolno było się staczać! W ten właśnie sposób dokonywała się selekcja: jedni spadali – a na ich miejsce nobilitowani byli inni, adaptując się do wysokiego poziomu.

W demokracji liberalnej proces ten jest mało szkodliwy

edukacyjnie – choć i tam następuje pewne wyjałowienie

kulturowe, widocznie np. w Szwajcarii. W miarę jednak jak

Większość upowszechnia model przeciętności, spada również

poziom oświaty. Panująca zawiść skłania najzdolniejszych do

ukrywania swych zdolności, by nie narazić się na zarzut

arogancji – wobec czego ci średni nie mają wzoru atrakcyj-

nego – i wszystko się uśrednia. Efektem jest znany rysunek

63

p. Andrzeja Mleczki: baba ze szczotką wpatrzona z satysfakcją w takuteńką babę ze szczotką z ekranu telewizora.

Prawdziwy postęp ludzkości odbywał się przez jednorazo-we wyskoki – i bezlitosną selekcję. Demokracja – to umowa ubezpieczeniowa: dbamy o to, by przeciętnym nic się nie stało (uwaga: mniejszość podprzeciętnych traktowana jest okru-tnie, stłacza się ich w niewidocznych „szpitalach dla umys-łowo chorych”, by przeciętni nie mieli tego przykrego widoku; w najciemniejszym Średniowieczu obłąkanym wolno było chodzić na wolności!). Przy okazji tępi się również ponad-przeciętnych. Jak pisał Izaak Asimov: „Każdy system po-zwalający ludziom wybierać sobie przyszłość skończy się wyborem przeciętności i bezpieczeństwa wykluczającym dą-żenie do gwiazd!” I rzeczywiście: w XVIII lub XIX wieku po p. Armstrongu na Księżycu byłoby już z pięć setek państ-wowych i prywatnych ekspedycji – a dziś? Ludzie! ! ! Od lądowania „Apolla” minęłojuż prawie 20 lat!! Nasza cywiliza-cja woli żreć i bawić się. Co gorsza: Większość nie pozwala fanatykom wysyłać prywatnych rakiet na Księżyc, nawet gdyby mieli na to pieniędze! Pieniądze te zresztą na wszelki wypadek stara się im odbrać.

Stąd czysto losowy wybór władców (pod warunkiem loso-

wania dostatecznie wczesnego, by można go było wykształ-

cić) jest znacznie lepszy niż wybór demokratyczny. Jak dotąd

nikt nie wykazał, że obecni prezydenci (lub demokratycznie

wybierani królowie Polski) górowali nad dziedzicznymi mona-

rchami Francji lub Hiszpanii!! Elekcja demokratyczna kończy

się w czasach spokojnych wyborem osobnika przeciętnego

– a w czasach trudnych wyborem krzykliwego demagoga, jak Adolf Hitler. W każdym razie: kogoś, kogo Większość potrafi zrozumieć. Jeden z amerykańskich działaczy partyjnych (repu-blikanów) powiedział z przekąsem: (w wolnym przekładzie) „Gdy Kemp mówi coś tam o podatkach i krzywej Laffera – to mnie nudzi; gdy Buchanan mówi o Czerwonych panoszących się w Nikaragui – to ja rozumiem!” Sądzę, że p. Kemp nie wygra w rywalizacji o prezydenturę… Za mądry.

Obecnie czas demokracji wyraźnie przemija. Nie dostrzegają

tego ci, co w 1788 podziwiali Wersal jako symbol nie-

wzruszonej trwałości Monarchii. Ludzie mają już dość demo-

kracji – nie ci może, którzy się nią nie przejedli, ale ci, co w niej

żyją. Tylko ślepy może nie dostrzec, że coraz powszechniej na

świecie tworzą się – „demokratycznie” lub demokratycznie

– regularne dynastie. Nawet w USA: o ile p. Edward Kennedy zawdzięcza swą pozycjg temu, że był eksponentem socjalistów (ale czemu zajął tę pozycję??) to p. Robert i p. Józef Kennedy (nowa kreowana gwiazda) zawdzięczają-li popularność wyłącznie pochodzeniu. Gdyby nazywali się „Smith”, nikt by się nimi nie interesował. Po prostu: lud pragnie dynastii!

Piszę to z satysfakcją – ale nie dlatego występuję przeciwko

demokracji, że ta się wali. Demokracja zresztę ma liczne zalety

– zwłaszcza na krótką metę – i daje się w niej żyć (Winston L.S.Churchill mawiał, że „…jest najlepszym z najgorszych ustrojów”). Demokracja jest dla tych, co nie lubią ryzykować.  Ja lubię ryzykować i nie lubię, gdy ktoś mi pęta nogi. Dlatego z całą satysfakcją występowałem przeciwko demokracji, gdy jeszcze była w pełnym rozkwicie – i nie widzę powodu, by ukrywać swe uczucia obecnie. Nie uprawiam też żadnego chciejstwa – lecz opieram się na analizie materialnych pod-staw demokracji.

Otóż demokracja to dziecię epoki karabinu. Gdy trzeba

wmówić w człowieka, że musi osobiście bronić państwa

– wówczas montuje się demokrację: obywatel ma w niej po-czucie, że jest współwłaścicielem tego, co broni. Proszę zauważyć, że w demokracji ateńskiej, w szlacheckiej Polsce, i obecnie każdy obywatel (wzgl. szlachcic) był obowiązany do służby z bronią w ręku. Gdy pojawiły się wojska zaciężne, skończyła się baza dla demokracji – tak, jak kończy się dzisiaj, gdy zamiast tyralier pojawiły się rakiety, elektronika i elitarne grupy komandosów. Ostatnio wojsko wręcz broni się przed tępawymi rekrutami! Pozostaną zapewne na wzór Szwajcarii dobrze uzbrojone grupy samorządowej obrony terytorialnej

– oraz mała, ale silna armia centralna. To zaś usuwa potrzebę utrzymywania fikcji demokracji. Fikcji – bo nigdzie w świecie

– poza znów może Szwajcarią – tak naprawdę nie rządzi lud.

64 65

Demokracja to również dziecię Ery Pary. Gdy maszyny

poruszane pasami transmisyjnymi musiały być zgrupowane

– potrzebne były masy. Obecnie maszyny mogą stać w do-mach (i stoją! po co wozić 1000 x 80 kg pracownika do fabryki, skoro jedna ciężarówka może rozwieźć im podzespoły i przy-wieźć do montowni półprodukty?), ludzie porozumiewać się telefonicznie i komputerowo – Era Mas się wyraźnie kończy.  Decyzje każdy będzie podejmował w domowym zaciszu a nie w tłumie – co usunie ludowych demagogów. Wzrośnie samorządność i liberalizm – ale nie demokracja! Masy będą chętnie godziły się na bierne bezpieczeństwo – a elitom nie da się wcisnąć jakiejś poronionej ideologii.

* * *

Tak można jeszcze długo. Proszę zauważyć, ze jak dotąd nie używałem przeciwko demokracji oklepanych argumentów („Głos profesora równy, o zgrozo, głosowi półgłówka…” itp.).  Tu nie o to chodzi: demokracja, powtarzam, nie jest po to, by w głosowaniu uzyskać optymalny wybór – lecz po to, by stworzyć złudę współodpowiedzialności za CAŁOŚĆ. Ja do-magam się decentralizacji – ale racjonalnego, a nie demo-kratycznego, kierowania pozostałym Centrum (w którym po-winno zostać +7 ministerstw po 5 – słownie: pięć – osób).  Domagam się, by Kowalski miał prawo decydowania o losie własnym i swoich dzieci. W najbardziej demokratycznych demokracjach Kowalski ma to prawo ograniczone – w zamian za przywilej rządzenia Wiśniewskim. Wszyscy mają cząstkę władzy nad innymi – i stąd właśnie demokratyczna patologia.

Obydwie strony uwikłane obecnie w konflikt – polityczny?

bo na pewno nie ideologiczny! – odwołują się do opinii

Większości. To werbalne przywiązanie do demokracji w pew-

nym sensie budzi mój szacunek: jedni są niepomni, że tak

łatwo zmobilizować przeciwko nim 10 milionów wraz z rodzi-

nami – a drudzy uparcie nie pamiętają, że przegrywają kolejne

wybory i przegrają referendum. Pod ich rozwagę poddaję

argumentację Fryderyka Schillera, włożoną w usta hetmana

66

Sapiehy broniącego w dramacie „Dymitr” zasady Liberum

Veto:

…Większość?!

Cóż znaczy większość? Większość – to głupota!

Zawsze tak było, że rozum ma mniejszość.

Ten, co nic nie ma, nie zna, co to – ogół;

Żebrak – czy wie, co wolność – zna, co wybór?

On musi możnym, co na niego płacą,

Za chleb, za buty – sumienie swe sprzedać;

Głosów nie trzeba liczyć: trzeba – ważyć;

To państwo musi runąć, prędzej, później,

Gdzie górą większość, a głupi rozstrzyga”

(tlum. Eligiusz Wiktor Szrajber Gebethner i S-ka, Kraków 1906)

Właśnie: ważyć! Nie jest tak, że mamy wybór między dodawaniem jedynek – a anarchią lub dyktaturą. Istnieją lepsze niż prosta suma metody arytmetyczne – ale wszystkie one są (choć nieraz znacznie lepsze) obciążone mechaniz-mem kolektywizmu (liczba głosów zależy od grupy, do jakiej należy wyborca, nie od jego osobistego rozumu). Ale są też metody ważenia głosów bez arytmetyki. Ich zaczątkiem – za-czątkiem powtarzam – jest Rada Konsultacyjna. I gdy ktoś z ironią orzeknie, że zapewne chciałbym znów zobaczyć w Polsce Radców Tajnych i Rzeczywistych Tajnych Radców, to bez wstydu odpowiadam: TAK!

WARTOŚĆ PRAWDY

Pan Ryszard Wojna jest publicystą-politykiem. Oznacza to, że zmiana treści jego artykułów wiele znaczy – ale niekoniecz-nie znaczy, że zmienił On poglądy! Ciesząc się z tej zmiany, zachodzącej już od kilku lat, nie potrafię się jednak po-wstrzymać od wytykania Mu błędów.

67

W „Rzeczyposolitej” z dn.19-20 września 1987 p. Wojna pisząc o sprawie Katynia cytuje – z aprobatą – słowa Zygmunta Berlinga wypowiedziane na jakimś spotkaniu ZBO-WiD-u: „Z jaką intencją”? Z jaką intencja rozmówca pyta o sprawę Katynia: by jątrzyć stosunki z naszym wschodnim sąsiadem – czy po to, by je łagodzić? Od tego – zdaniem p.  Wojny – wszystko zależy…

Jest to zasadniczy błąd!

Intencje w publicystyce – i w ogóle w publicznych wypo-

wiedziach – nie liczą się w o g ó I e. Najprościej to pojąć przez prostą obserwację: przecież n i g d y n i e w i e m y z jaką intencją zostały wypowiedziane słowa, lub dokonane działa-nie! 0 tym wie sam mówiący lub działający – i sam się w swym sumieniu może osądzić; my jednak możemy tylko stwierdzić, czy mówi on prawdę, czy kłamie! Może się nawet zdarzyć sytuacja, że człowiek mówi nam prawdę będąc przekonany, że jest to kłamstwo. Pod względem moralnym nie usprawiedliwia go to wcale – ale nas, jego bliźnich, zupełnie to nie interesuje.

Historia – poczynając od Historii Imperium Romanum po

historyjkę o życiu kolegów Jasia w przedszkolu, pełna jest

słów i czynów wypowiedzianych w jakiejś intencji – które to

intencje obróciły się przeciwko działającemu. Np. anty-semi-

tyzm powoduje utrudnienie życia Żydom – a zatem zwiększa

selekcję tego narodu – a zatem sprzyja jego rozwojowi-

zapewne całkiem wbrew intencjom anty-semitów. Zwolen-

nicy spiskowej t eorii historii z rozpaczy wymyślili wobec tego

teorię, że prześladowania Żydów są sterowane i wywoływane

przez samych Żydów – i sam Hitler był tylko narzędziem w

ręku Tajnego Sanhedrynu urzędującego w piwnicy pod świą-

tynią masońską w Nowym Jorku. Ustawa o obowiązku dania

przez zakład pracy nie później niż po roku mieszkania absol-

wentowi-prymusowi obróciła się przeciwko prymusom (gdyż

zakłady pracy przestały ich przyjmować). Było to do przewi-

dzenia – i pisałem wówczas, że tak się stanie. Sądzę, że

ówczesny Sejm uchwalił to piramidalne głupstwo w prosto-

linijnej intencji dopomożenia najlepszym studentom – a I e

n i e j e s t e m p e w i e n ! Skąd mam wiedzieć, czy większość

68

posłów w cichości ducha nie widziała tej pułapki, ale zazdrosz-cząc prymusom zdolności uchwaliła im na złość? Na szczęście nie muszę tego rozstrzygać: istnieje litera ustawy – preambułą mam zwyczaj zastępować braki w zaopatrzeniu w zupełnie inny papier, a intencje jej twórców interesować mogą spowie-dnika lub psychopatologa.

Ponieważ nigdy nie będziemy wiedzieli, co jest dla nas korzystne, należy po prostu mówić PRAWDĘ – i postępować UCZCIWI E. W długim dystansie wychodzi się na tym najlepiej.  Nie zawsze wiemy, co jest prawdą – ale częściej wiemy, niż nie wiemy; dlatego optymalną strategią jest mówić to, co się za prawdę uważa. Człowiek, czy instytucja, które zaczynają motać sieć kłamstw najczęściej przekonują się, że skutek jest mizerny (bądź odwrotny do zamierzonego) – a koszt utrzy-mania sieci pozorów i kłamstw coraz większy.

W przypadku sprawy Katynia rzecz jest o tyle prostsza, że obywatele wcale nie chcą dowiedzieć się prawdy: oni ją znają.

Oni chcą ją tylko usłyszeć oficjalnie. Szkody związane z od-

wlekaniem tego aktu były ogromnie – i to nie druga strona

ponosi za to odpowiedzialność. To polskie władze obawiały

się w swoim czasie – w 1956 roku – powiedzieć prawdę

– a potem już ciężko było to odwrócić.

Kiedyś wdałem się w polemikę na podobny temat: chodziło

o sprawę dziejącą się w drugim obiegu – o książkę p. Teresy

Torańskiej „ON I”, a konkretnie o wypowiedź Jakuba Bermana

na temat plebiscytu z 1947 roku. Nie mogłem zrozumieć

– i nadal nie mogę! – sensacji uczynionej wokół tej wypo-wiedzi: przecież można matematycznie udowodnić, jak to było naprawdę – ale to ludzi nie interesuje! Interesuje ich nie PRAWDA – lecz to, że wypowiedział ją Berman. A kto może wiedzieć, kiedy Berman mówił prawdę: w 1983 czy w 1953?  Nikt!

Myślę, że takie nastawienie opinii nie wynika z tego, że

ludzie są głupi – lecz po prostu z tego, że ludzie prawdę znają

– i potrzebują nie PRAWDY – lecz sygnału, że WŁADZA mówi PRAWDĘ. To co się stało, już się nie odstanie – i tak naprawdę, to ludzi nie interesuje los wymorodowanych ofice-

69

rów: ich interesują sprawy bliskie i aktualne: Czy TA władza TU i TERAZ jest wiarygodna.

Moim zdaniem stanowczo nie doceniamy głęboko tkwiącej

w ludziach potrzeby posiadania mądrej i sprawiedliwej wła-

dzy. Ludzie łakną tego rozpaczliwie – a protesty, żądania

demokratyzacji itp. porównać można do buntu dziecka, które

chce, by rodzice zaczęli traktować je poważnie. To dziecko

wcale nie chce „objąć władzy” – ono chce taką władzę

znaleźć. Postulat ten wcale nie jest łatwo spełnić – przeto

wiele systemów ucieka przed tą trudnością zdając się na wybór

większościowy – by potem móc się tłumaczyć: „Sami jesteś-

cie sobie winni – to wy nas wybraliście”

Dlatego – moim zdaniem – na żadne polityczne konsek-wencje oficjalnego podania PRAWDY o Katyniu nie należy zważać: PRAWDA jest najlepszą polityką. Ale – jeśli ktoś nie potrafi się obejść bez takich rozważań – pomówmy o konsek-wencjach…

Przed paroma tygodniami pisałem o tym, że „prasa „SOLI-DARNOŚCI” bez żenady szerzyła nastroje anty-rosyjskie”.

Pisałem tak świadomie: „anty-rosyjskie” – gdyż trzeba odróż-

niać trzy zupełnie odrębne pojęcia; czym innym jest „an-

ty-socjalizm”, czym innym „anty-sowietyzm”, a czym innym

anty-rosyjskość”. Wszystkie osiem logicznie możliwych po-

staw da się konkretnie przedstawić – i obronić. Można więc

być „pro-rosyjskim” a „ anty-sowieckim” i „anty-socjalistycz-

nym” itd. „Pro-rosyjskość” bowiem to sympatia do narodu,

a „pro-sowieckość” to postawa wobec pewnego państwa

(tak nawiasem: większość reformatorów pochodzi z Południa

Związku i na ogół nie są to Rosjanie; nawet w walce o tron

szachowy widzi się tam symboliczną walkę p. Garry Kasparova

(pół-Żyda, pół-Ormianina), popieranego przez reformatorów

– z leningradzkim betonem, którego faworytem był p. Anatol Karpov. W tym państwie suwerenną władzę dzierży partia komunistyczna, która wobec tego może – jeśli uzna to za wskazane – uznać, że socjalizm nie jest właściwą drogą do komunizmu i stać się partią anty-socjalistyczną.

Jak w tym świetle ocenić tragedię w lasach katyńskich?

Moim zdaniem nie można w żadnym przypadku robić z niej podstawy do utrwalania anty-rosyjskości. Naród rosyjski po-niósł w tamtych latach straty tak straszliwe, że nasze przy nich bledną. Mieć o Katyń pretensje do Rosjan – byłoby zaiste nonsensem.

Podobnie z „anty-socjalizmem” i „anty-komunizmem”. Dla realizacji komunizmu lub socjalizmu ten akt był nad wyraz szkodliwy, gdyż antagonizował sąsiada jedynego wówczas państwa socjalistycznego. Również i ta idea nie może więc być o to oskarżana.

Co do „anty-sowietyzmu” wreszczie: tu są pewne podstawy do mniemania, że ujawnienie sprawy Katynia wzmocni te postawy. Stalin był wówczas głową państwa – i, czy jego obywatele życzą sobie tego, czy nie, decyzje Stalina są odbierane jako decyzje państwowe. Trzeba jednak pamiętać, że państwo to w wyniku stalinizmu zostało znacznie osłabio-ne; nie sposób bronić tezy, że Hitler został pokonany dzięki stalinizmowi, przeciwnie: gdyby Stalina nie było, i gdyby w państwie tym panował niemal każdy inny system – to wojska hitlerowskie nie doszłyby tak daleko!

Trzeba więc powiedzieć jasno i wyraźnie: stalinizm był wrogiem nie tylko Polaków – ale i Rosjan, Ukraińców, Gruzinów… – a obiektywnym sprzymierzeńcem hitleryzmu, któremu ułatwił agresję. Stalinizm był naszym wspólnym wrogiem i zadał obydwu (żeby tylko obydwu…) państwom bolesne rany.

Mogę zrozumieć, że kierownictwo PZPR czekało z ujaw-nieniem pełnych konsekwencji tego faktu do chwili, gdy uczynią to nasi sąsiedzi. Gdy pijany ojciec bije dzieci, swoje i sąsiadów – a potem umrze – to nie jest taktowym wypominać to wdowie: to ona może zacząć rozmowę na ten temat. Tak też się stało: obecnie w Moskwie mówi się o tym i pisze otwarcie – dalszego milczenia w tej sprawie nie mogę więc zrozumieć.

Moim zdaniem powiedzenie tego wprost nie należy do mnie.

Nie ode mnie oczekują tego ludzie. Kogóż obchodzi moja na

ten temat opinia? Kogóż obchodziłaby – nawet, gdyby nie

70 71

wszyscy byli przekonani o prawdziwym przebiegu wydarzeń.  Obwiązek i przywilej powiedzenia PRAWDY spoczywa na oficjalnych organach, które mogą z tego wynieść jedynie korzyść pol ityczną.

Sprawa Katynia odgrywa wielką rolę w prasie II obiegu.  Słychać tam apele o jej ujawnienie – ale w znacznej części są to apele nieszczere: rząd dobrowolnie oddał tej prasie monopol na pisanie o Katyniu, a nikt z monopolu rezygnować nie chce.  Mnie natomiast zależy na wyjaśnieniu tej bolesnej sprawy dlatego, że chciałbym, by opinia publiczna zajęła się wreszcie tematami aktualnymi – i by można było pisać i dyskutować o nich bez obciążeń i garbów przeszłości.

Czy to jest jątrzenie? Czy to jest łagodzenie? N ie zastanawia-łem się nad tym i zastanawiać nie będę. Niech to sobie p.  Ryszard Wojna i wszyscy podobnie myślący tłumaczą, jak chcţ. Ja swoje napisałem – i teraz cierpliwie będę czekał.

Artykul zdjęty przez cenzurę z „ŁAD-u” 1987 r

THE MIDDLE EUROPE

Europa Środkowa jest pojęciem umownym. Oznacza ziemie leżące na pograniczu byłego Imperium Rzymskiego, ziemie o niezbyt zdecydowanej kulturze: zazwyczaj mniej lub bardziej cienka warstwa ludności przynależnej do kultury Zachodu sprawuje władzę nad ludnością skłaniającą się raczej ku Wschodowi – wyjątkiem sţ Czechy i Wielkopolska, gdzie kultura zachodnia sięgnęła głębiej. Najlepiej widać to na przykładzie Mołdawii i Wołoszczyzny, gdzie nawet język składa się z dwóch wyraźnych warstw: romańskiej gramatyki i „wyszukanego” słownictwa nałożonych na „prostacki” język ukraiński.

Europa Środkowa stanowi nieco więcej niż pojęcie geo-

72

graficzne. Lata sąsiedztwa wzajemnego, sąsiedztwa krajów Wschodu: Rusi i Turcji – oraz Zachodu: Świętego Cesarstwa Rzymskiego uczyniły z tej masy ludów coś więcej, niż zbiór krajów o nazwach zaczynających się np. na literę „w”.  Dodatkową cechą wspólną jest podkład słowiański, który daje się odczuwać nawet na Węgrzech i w Austrii.

Jakie kraje zaliczam do Europy Środkowej:

Austrię, Brandenburgię, Chorwację, Czechy, Frankonię, Karyntię, Łużyce, Małopolskę, Mazowsze, Mazury, Nteklem-burgię, Morawy, Pomorze, Saksonię, Siedmiogród, Słowację, Słowenię, Styrię, Śląsk, Warmię, Wielkopolskę i Węgry.

Na obrzeżu tego obszaru leżą: Auksztota, Banat, Bośnia, Bukowina, Estonia, Galicja, Hannower, Hercegowina, Hesja, Holsztyn, Łotwa, Mołdawia, Oldenburg, Podlasie, Szlezwik, Turyngia, Westfalia, Wojwodina, Wołoszczyzna, Wołyń i Żmudź.

Natomiast Albania, Badenia, Bawaria, Besarabia, Bułgaria, Czarnogóra, Dobrudża, Grecja, Macedonia, Nadrenia, Podole, Tyrol i Wirtembergia – należą już raczej do innych obszarów kulturowo-politycznych.

Ten podział – na Europę Środkową i jej obrzeże – jest oczywiście całkiem subiektywny. Użyłem nazw krajów, a nie państw: państwa są czymś efemerycznym, ludy na ogół trwają w miejscu. Zwracam uwagę, że w tego typu podziałach nie ma dychotomii: Małopolska w kierunku wschodnim staje się coraz mniej środkowo-europejska, a coraz bardziej wschodnio-eu-ropejska – i ostrej granicy nie ma.

Na tym obszarze działało początkowo Imperium Jagiellońs-

kie, potem Habsburskie. W miarę ich słabnięcia politycznie

Europa Środkowa stała się terenem rozgrywek Imperium

Pruskiego oraz dwóch imperiów spoza tego regionu: turec-

kiego i rosyjskiego. Ostateczny rozpad monarchii naddunajs-

kiej stworzył tu próżnię polityczną. Wypełniły ją, oczywiście

rozmaite sezonowe państwa, ale jasnym jest, że ich istnienie

zależy wyłącznie od dobrej woli lub szczególnych układów

innych imperiów.

Powtarzam: w istniejącym po I Wojnie Światowej układzie,

73

stworzonym przez mitomana Wilsona i falę nacjonalizmów, żadne państwo nie miało bezpiecznego bytu. Nawet geo-graficznie najbezpieczniejsze Węgry. To, że Austria, Rumunia, Polska, Czechosłowacja podlegały rozmaitym okrawaniom i przesunięciom, nie jest wynikiem przypadku, czy istnienia takich ludzi jak Chamberlain, Deladier, Hitler czy Stalin.  Prędzej czy później do tego dojść musiało, gdyż układ ten nie był w żadnej równowadze.

Obecnie „punkt nierównowagi” przesunął się na zachód

– i tylko obecność amerykańska spajająca NATO powoduje, że RFN nie wpada w obręb Imperium Sovieticum. Również słabość tego Imperium powoduje, że kraje RWPG mają coraz większą dozę swobody.

By skończyć opis warunków zewnętrzych dodam, że od roku ciężar polityki przeniósł się z Europy na Azję. Oznacza to, iż napięcie jest coraz Iżejsze i ścisła równowaga sił przestaje być warunkiem utrzymania pokoju w Europie. RFN może już obecnie przetrwać jako kraj neutralny – tak, jak kiedyś Luksemburg trwał między Niemcami, a Francją. Po prostu nie jest już tak ważny, by z jego powodu łamać zasady i traktaty.

Analizę obecnych możliwości politycznych w tym regionie należy przeprowadzać pod kątem interesów Moskwy. Wchwi-li obecnej jest to jedyne Mocarstwo mające na tym terenie i siłę, i polityczne interesy. Interes Stanów Zjednoczonych jest tylko reakcją na interes Sowietów: Francja i Niemcy nie są Ameryce potrzebne – szkodliwe jest za to wzmocnienie Imperium Sovieticum.

Imperium to strzeże swych granic w Brandenburgii, Meklem-burgii i Saksonii. Teza p. Leszka Moczulskiego, że Imperium mogłoby zrezygnować z Polski pod warunkiem utrzymania NRD i Czechosłowacji wydaje się przesadnie optymistyczna. Ja na miejscu sowieckich wojskowych miałbym inne zdanie!

Oderwanie się Polski od Imperium oznaczałoby natych-

miastowe zagrożenie Czechosłowacji – a także zagrożenie

NRD przez RFN. To zaś oznacza, że wróciłby niestabilny układ przedwojenny. Nie ulega kwesii, że powstałoby Imperium Teutonicum, mające – czy Niemcy tego chcą, czy nie – in-teresy wyalienowane – i sprzeczne z Sowieckimi, a już na pewno z polskimi. Jakaś forma rozbioru Polski byłaby nieunik-niona. Dlatego obrona granicy na Łabie leży w interesie państwa polskiego. To, że „komuniści” z PZPR czynią to w sposób nieetyczny, judząc anty-niemiecką opinię – to inna sprawa. W każdym razie nieboszczyk Stalin „ustawił” nas tak, że chcąc-niechcąc musimy wspomagać obronę jego zachod-niej granicy.

Wobec przeniesienia ciężaru polityki do Azji: Iran, Afganis-tan, Japonia i – przede wszystkim – Chiny, dla Imperium ważne jest zabezpieczenie granicy w Europie. Tkwi w niej jak cierń niepokorna Rumunia, mająca układ wojskowy z China-mi, ale raczej niegroźna z powodu słabości. W tej sytuacji głównym kłopotem jest Polska.

Zakładając, że Polska byłaby niezależna, Sowieci nie mogą sobie pozwolić, by było to państwo słabe – bądź też silne, ale anty-sowieckie.

Samodzielna i słaba Polska byłaby stałym niebezpieczeńst-wem. Przez słabą Polskę przemaszerowali Napoleon i Hitler.

Gdyby do tego było to państwo demokratyczne, byłoby to państwo anty-rosyjskie.

Bardziej realne jes.t powstanie w Polsce par5stwa auto-kratycznego. I wówczas jednak wisiałyby dwa niebezpieczeń-stwa: autokrata może z dnia na dzień zwrócić się przeciwko Sowietom – lub może oddać władzę demokracji. Z punktu widzenia Józefa Becka zawarcie sojuszu z Niemcami było całkiem rozsądne – i gdyby znał on przyszłość, na pewno by tak postąpił w 1937 roku!

Jedynie dopuszczalnym mogłoby być powstanie na za-chodniej granicy Związku Sowieckiego państwa, które:

1 ) byłoby dość silne, by oprzeć się naciskowi niemieckiemu

2) Nie byłoby silniejsze do spółki z Chinami niż ZSRR

3) Nie byłoby nacjonalistycznie lub ideowo anty-sowieckie.

Takim państwem mogłoby być jedynie Intermarum.

74 75

Moja analiza nie jest oryginalna. Wielu rozsądnych polity-ków widziało Międzymorze jako jedyne rozwiązanie jeszcze przed 1939 rokiem. Geo-polityka ma bowiem swoje niezmien-ne prawa.

Podkreślam tu, że większość polityków rozumuje w katego-riach emocjonalnych. Jest to niedopuszczalne. Emocje może mieć kapral na polu bitwy – już sierżant powiniem mieć przede wszystkim rozwagę. Intermarum rozumiane było jako akt anty-sowiecki lub wręcz jako „kordon sanitarny”.

Ta ostatnia koncepcja byłaby dziś rozumiana zresztą od-wrotnie – gdyż obecne osłabienie Sowietów powoduje, że ich ekspansja na Zachód jest mało prawdopodobna; Imperium potrzebuje z tej strony raczej osłony!

Co do „anty-sowieckości”. Żywienie przez Polaka uczuć anty-rosyjskich jest w polityce wysoce szkodliwe. Dopóki bowiem Związek Sowiecki jest silniejszy, jest to uczucie, które może doprowadzić do irracjonalnej polityki. Jeśli zaś – przy-puśćmy – Imperium zacznie się rozpadać – to zajęcie jego ziem nie będzie poczytane za akt wrogi.

Wyobraźmy sobie, że Sowieci nie ulegliby telegramom z Berlina i opóźniliby wkroczenie wojsk do 21 września 1939.  Rozpad państwa byłby już oczywisty – i ludność mogłaby witać wkraczające wojska jako obrońców porządku prawnego (pod warunkiem, że nie byłyby to zorientowane ideologicznie wojska stalinowskie). Politycy sowieccy częściowo w istocie nie rozumieli polskich protestów: Podobnie gdyby rozpadał się Związek Sowiecki, to zajęcie części jego ziem przez prawo-rządne państwo nie byłoby aktem wrogim – i mogłoby być powitane z zadowoleniem przez ludność – pod warunkiem, że nie byłoby to państwo ideologicznie anty-sowieckie i an-ty-rosyjskie!

Polityka państwowa musi być wolna od skazy ideologicznej i nacjonalistycznej. Daje to większą spójność, większe moż-liwości i strzeże przed popełnianiem błędów.

Niewątpliwie powstanie państwa obejmującego obecną

76

Polskę, Czechosłowację, Węgry, Rumunię i Jugosławię było-

by z tego punktu widzenia ewenementem zmuszającym do

przemyślenia na nowo swojej polityki. Sowieci tego nie lubią

– i niewątpliwie przeciwstawialiby się takiej zmianie mapy.

Twór taki nie byłby jednak zagrożeniem dla interesów Sowie-tów – co więcej umożliwiłby przerzucenie 20 dywizji z Nie-miec Wschodnich i Wschodniego Berlina na istotne odcinki azjatyckie – do Afganistanu, Mongolii i dalej. Tym samym powstanie takiego państwa nie byłoby w interesie imperial-nym Ameryki, która woli zagrożenie Paryża niż zagrożenia Teheranu.

Tyle z punktu widzenia sowieckiego.

A teraz powiedzmy sobie jasno:

Każdy Polak mówiący o Intermarum ma na myśli w rzeczy-wistości Imperium Polonicum!

I to jest właśnie coś, co nie tylko spędza sen z oczu Moskwy (bo byłaby to potężna Polska – oczywiście anty-sowiecka)

– ale i naszych sąsiadów.

Oni boją się tego panicznie. Przed 1948 rokiem Słowacy i Czesi woleliby zostać protektoratem sowieckim – byle nie mieć do czynienia z polską arogancją, polską pychą, a zwłasz-cza polską gospodarką. Z krajów Europy Środkowej jedynie Macedonia ma wdrukowany pozytywny obraz Polski – u in-nych występuje ona jako wrogie Imperium podporządkowują-ce sobie hospodarów mołdawskich i wołoskich, próbujące zhołdować Czechy, odbierające Litwie Ruś itd. Polak wy-chowany na polskich podręcznikach historii w ogóle sobie z tego nie zdaje sprawy!

Dlatego Intermarum potrafię sobie wyobrazić jedynie jako luźną konfederację krajów (nie państw!) ze stolicą w Budape-szcie i językiem angielskim. Nie może to być, oczywiście żaden z języków krajów wchodzących w skład Intermarum, gdyż to dawałoby jego mieszkańcom przewagę. Nie może to być również język słowiański – z tych samych powodów.

77

I

Państwo takie, nie mające aspiracji narodowych ani ideo-logicznych, nie byłoby groźnie dla Sowietów. Mogło by być nawet neutralne (tj. wyjść z Paktu Warszawskiego) gdyż…  straciłoby dla Sowietów wartość jako sprzymierzeniec. Eks-pansja na Zachód byłaby powiększaniem Intermarum, a nie Sowietów – a przemarsz wojsk Intermarum przez ZSRR przeciw Chinom – raczej nie do pomyślenia. Utworzyłby się dość stabilny układ szachownicowy, w którym zagrożenie Intermarum wywoływałoby nacisk chiński, a z kolei naciskiem na Intermarum byłoby Rapallo, tj. porozumienie niemiec-ko-sowieckie.

Rzecz jasna dla wszystkich ludów zamieszkujących tereny przyszłego Intermarum sprawdzianem, czy nie ma to być Imperiu Polonorum będzie decentralizacja Polski. Państwo formalnie scentralizowane (czego nieuniknioną konsekwen-cją jest praktyczna nadmierna anarchia), państwo oparte na zasadzie narodowej, państwo cieszące się (jak głupie), że jest jednolite narodowo i religijnie – będzie straszyć sąsiadów.  Dopiero jeśli uda się zredukować rząd w Warszawie do normalnych rozmiarów, jeśli Konstytucja potrafi zawarować prawa Ziem polskich – a jednocześnie rząd ten będzie w stanie powstrzymać tendencje rozpadowe i bronić obywa-teli przed tyranią ze strony rządów ziemskich – to taki model stanie się dla sąsiadów atrakcyjny.

Tak pomyślane państwo byłoby po prostu inną wersją

Imperium Habsburgów i obejmowałoby niemal te same ziemie

– z tą istotną różnicą, że chroniło by ziemie sowieckie przed Niemcami. Nie istniałoby rówieżjęzykowe i kulturowe porozu-mienie, które łączyło Berlin i Wiedeń przeciwko Moskwie (uwaga: nie Habsburgów i Hohenzollernów przeciwko – ró-wnież niemieckim z pochodzenia – Romanowym).

Inną zasadniczą różnicą w stosunku do dekadenckiej Austrii byłoby to, że byłoby to państwo oparte na zasadzie nie biurokratycznej, lecz oczywiście neo-liberalnej.

78

Winston Churchill powiedział, że największym nieszczęś-ciem po I Wojnie Światowej byłrozpad CK Austro-Węgier. Czy tę pomyłkę historii można obecnie naprawić – to już inna sprawa.

Alejeśli chłodnym okiem bada się równocześnie niesprzecz-ność założeń i konsekwencji -zawsze wolno sobie pomarzyć!

Artykul dla „OBOZ-u”. Oruk w „Myśli o nowej Europie” – Sp. Wyd. „Profil” Ruchu Spolecznego Solidarność, przygotowane przez redakcję „OBOZ”-u, W-wa b.d.w.  (19877)

OBYWATELKAALINA PASSIONARIA

Zacznę od cytatu:

Tylko dokladne obliczenie wszystkich dochodów w kraju, tylko racjonalna, tj. na ogólnym planie oparta organizacja produkcji, tylko rozumny i oszczędnypodzia! wszelkich produ-któw mogţ uratować kraj. A to oznacza socjalizm. Albo ostateczne stoczenie się do poziomu kolonii, albo odrodzenie socjalistyczne – oto alternatywa, przed która stoi nasz kraj.  (…) Walczyć, zewrzeć szeregi, stworzyć dyscyplinę pracy.  i porzţdek socjalistyczny, zwiększyć wydajność pracy i nie cofać się przed żadna przeszkoda – oto nasze haslo. Historia pracuje dla nas.

Jest to koncepcja będąca dokładnym zaprzeczeniem tego, o co walczę – i zaprzeczeniem przewodniej idei reformy gospodarczej. Jest jasne, że powiedział to jakiś skrajny obroń-ca systemu nakazowo-rozdzielczego. I rzeczywiście. Są to słowa Leona Bronsteina (ps. „Trocki”) z książki: Odprzewrotu listopadowego do pokoju brzeskiego (Warszawa 1920).

Na niezasłużone szczęście obrońców systemu nakazów

i zakazów, oskarżenie o trockiżm nie prowadzi do takich

79

konsekwencji, jak za dawnych, złych czasów. Zwolennicy „Immanentnej niereformowalności systemu” głoszą swoje poglądy bez przeszkód – jeśli nie liczyć przeszkadzającej im rzeczywistości. Nieboszczyk Trocki zupełnie nie dbał o rzeczy-wistość, gdy np. rozwój (imponujący) gospodarki rosyjskiej z wielowiekowego zacofania nazywał staczaniem się do poziomu kolonii – i tradycja ta trwa u wielu jego epigonów.  Polega ona na nieliczeniu się z ograniczeniami politycznymi, a nawet fizycznymi i głoszeniu hurra-rrrewolucyjnych haseł.  Jest to metoda wbrew pozorom bardzo łatwa – jeśli uprawia się ją z dostatecznym samozaparciem.

Dość niekonsekwentnie, ale natrętnie, uprawia ją „Wolna Europa”. 2 listopada w audycji o 23.00 zaatakowała p.  Michała Gorbaczowa. Ogłosiła, że wszedł w konszachty z „partyjną konserwą”. Dowód: nie potępił zbrodni Józefa W.  Dżugaszwili (ps. „Stalin”) w stosunku do „opozycji partyj-nej”.

Jak słusznie zauważył kiedyś zmarły przed dwoma laty Józef Mackiewicz, jakoś nikt nie upomina się o monarchistów lub liberałów: w oczach zachodniej prasy prawdziwe ofiary Stalina to wspomniany już Leon Bronstein, Leon Rosenfeld (ps.  „Kamieniew”) lub Grzegorz Apfelbaum (ps. „Radomyslski”, „Zinowiew”). Tymczasem pobieżna analiza teoryj tych ludzi poparta niejakim doświadczeniem rewolucyjnym wykazuje, że gdyby oni doszli do władzy, to ofiar trockizmu byłoby wiele-kroć razy więcej niż ofiar stalinizmu. Wymaganie od przywód-cy państwa, by bronił idei ludzi, którzy to państwo by zupełnie zniszczyli, jest wyraźną bezczelnością. Ciekawe: nieco rozsąd-niejsze koncepcje miał Mikołaj Bucharin – i akurat on został przez p. Gorbaczowa potraktowany lepiej… i, UWAGA!

– „Wolnej Europie” zupełnie się to nie podoba.

Taki wyskok może zdarzyć się w każdej radiostacji – i nie

byłoby o czym pisać gdyby nie to, że zaraz po owej audycji

pojawiła się przy mikrofonie p. Alina Grabowska i zaczęła

krytykować referendum. Idea do krytyki nadaje się znakomicie,

a w dodatku drugie pytanie w tym konkretnym referendum

sformułowane jest w sposób zbyt ogólny – jednak p. Grabo

80

wską oburzyło coś zupełnie innego. Referendum – Jej zdaniem – jest do luftu, gdyż odbywa się przy urnach. To ma być demokracja?? A gdzie – zapytuje p. Grabowska – do-świadczenia Wiosny Ludów i Rewolucji Francuskiej?

Tak. Słyszałem na własne uszy, gdyż (chyba wskutek wczesnych chłodów?) oszczędzano prąd.

Doprawdy wielka szkoda, że p. Grabowska nie zaleciła nam jeszcze paru innych, bliższych rewolucji – od np. rabacji galicyjskiej poczynając. Tak przy okazji przypomniałem sobie, że w paryskiej „Kulturze” otrzymałem pocztówkę zachwalają-cą z kolei rok 1905 – z nadzieją, że ten czas powróci…

Jako najbardziej liberalny konserwatysta muszę stanowczo powiedzieć: NIE. Nam niejest potrzebna krew na ulicach. Nam potrzebna jest cierpliwa i udatna ewolucja. Parafrazując słowa wielkiego rosyjskiego męża stanu, Piotra Stołypina, oświad-czam: „Wam potrzebne są wielkie wstrząsy – nam potrzebna jest wielka Polska”.

Dlatego gdy prasa w Moskwie wspomina rozstrzelanie Cesarza Mikołaja II z rodziną – i usprawiedliwia to jako konieczność historyczną – zaś mniej potępia Stalina za rozstrzelanie jego byłych towarzyszy, to mnie to usposabia przychylnie do zmian u wschodniego sąsiada. Wcale nie pochwalam sposobu, w jaki zostali potraktowani Bucharin, Kamieniew, Rykow, Radek, Trocki lub Zinowiew – ale na mojej prywatnej liście znajdują się oni na ostatnim miejscu do żałowania, gdyż to oni ostatecznie brali w tym wszystkim udział. Pani Grabowska – jeśli tak dalej pójdzie – zażąda pewno ode mnie, bym żałował Marata, Blanqui’ego, Robes-pierre’a, Herberta, Dantona i innych. A niedoczekanie! Może jeszcze wskrzesić ich z grobu – jak w jednej z opowieści niezrównanego Stanisława Lema – by mogli poprawić swe dzieło?

Po wyjaśnieniu imponderabiliów czas na wyjaśnienie,

d I a c z e g o wymieniona na wstępie teoria Trockiego n i e

m o g ł a i n i e m o ż e dać dobrych rezultatów? Wskazuje na

to praktyka, wskazują teorie ekonomiczne – ale to nie jest

dowód. Czy nie ma możliwości, że k o m u ś, k i e d y ś uda się

81

zorganizować całe państwo jak fabrykę Forda, z taśmową, dobrze zaplanowaną produkcją?

Takiej możliwości n i e m a !

Odpowiedzi na to udziela cybernetyka, a właściwie teoria

entropii i informacji uważana z tajemniczych przyczyn za część cybernetyki. Otóż zgodnie z tą teorią zwiększanie porządku w jakimś układzie możliwie jest jedynie poprzez zwiększenie bałaganu w otoczeniu. Zakłady Forda mogły utrzymywać ścisłą dyscyplinę jedynie dlatego, żę na zewnątrz panowała anarchia, krążyli konkurenci oraz niezorganizowani robotnicy gotowi w każdej chwili zastąpić tych, którzy z pracy u Forda chcą zrezygnować (lub z których Ford zrezygnował). Podob-nie w domu: nie będzie porządku, jeśli nie many komórki, w której panuje bałagan. Nie ma porządku w mieście bez wysypiska śmieci – i tak dalej.

Od tego prawa nie ma odwołania – i nie umiemy go na razie obejść dokladnie tak samo, jak nie umiemy obejść Prawa Zachowania Energii. Dlatego właśnie mogą istnieć doskonale planujące przedsiębiorstwa – ale nie może istnieć zaplano-wane z góry państwo. Tzn.: przez jakiś czas może istnieć…  Może! Ale na pewno nie będzie się rozwijać.

„Ład” 29/87

FORMA I TREŚĆ

Pan Ryszard Marek Groński wyraził w „Polityce” nadzieję, że wkrótce będzie mógł zobaczyć w warszawskich księgar-niach książki wydawane na emigracji. Każde wzbogacanie rynku o wartościowe dzieła jest witane mile – przeto nadzieja taka nie dziwi. Nie dziwi też podany przez P. Grońskiego przykład: Londyn, Księgarnia „Orbis”. Przykład – to przykład.  N iech będzie „Orbis”.

82

Ktoś mógłby pomyśleć, że p. Groński jest zwolennikiem zasady Woltera: „Nienawidzę tego co mówisz – ale gotów jestem oddać życie, byś miał prawo mówić, to co mówisz!” Sądzę, że p. Groński uważa się za obrońcę tej zasady. Nie powinien tego obrazu mącić fakt, że dwa tygodnie wcześniej p. Groński w tymże miejscu „Polityki” napisał mały donosik na kościół przy ulicy Zagórnej, gdzie sprzedawano literaturę-m.in. antysemicką. Informacja o tym ukazała się zresztą parę miesięcy wcześniej, m.in. w tygodniku „W Służbie Narodu”-i nic się nie stało. Dopiero felieton p. Grońskiego spowodował, że sprzedaż ustała – co jawnie pokazuje, które pisma w Kościele mają wzięcie i poważanie. Zresztą zasłużone, gdyż „Polityka” jest pismem znakomitym.

Liberalizm p. Grońskiego jest w każdym razie dość jedno-stronny. Jego sympatie do „Orbisu” nic tu nie zmieniają.

Tu mała dygresja. Pod koniec lipca w gronie Senio-rów-Dziennikarzy miałem przyjemność wysłuchać znakomite-go przemówienia p. dr Wojciecha Lamentowicza. Dawno nie słyszałem tak wspaniałej demagogii. W pewnym momencie Mówca retorycznie spytał: „Czy ktoś mógłby wskazać choć jeden powód, dla którego państwo powinno zakazać działal-ności jakiejś organizacji?”

Powodów takich można wskazać całą kupę- i uczyniłem to kiedyś w kilku mniej lub bardziej naukowych pracach. Jednak na demagogię właściwą odpowiedzią jest demagogia: „Czy p.  Lamentowicz nie uznałby za pożądane, by rząd Niemiec zakazał w roku 1931 działalności NSDAP?”

Panowie Groński i Lamentowicz należą do różnych formacji

politycznych – choć zbliżonej formacji ideowej. Mogą w

związku z tym mieć odmienne podejście do zagadnienia:

zakazywać antysemitom publikacji – czy nie. Ważne, że

obydwaj niezachwianie wierzą w zbawczość wolności pub-

likacji i zrzeszania się.

Pan Groński z właściwym sobie taktem nie położył jednak

nacisku na książki antyżydowskie (Jest to lepsza nazwa niż

„antysemickie”: Arabowie też są semitami!). Głównym za-

rzutem było to, że te są z naukowego i literackiego punktu

83

L

widzenia mało wartościowe. 0 ile wiem, niektóre z nich są takimi rzeczywiście. No i co z tego? Czy zakazuje się druku horoskopów w gazetach?

Przy okazji: pan Groński wyśmiewa ludzi piszţcych ksiţżki sprzedawane na ul. Zagórnej za to, źe wyjaśniaja obecny upadek ludzkości wplywami Szatana, cojest dowodem ciem-noty.

Zwracam więc uwagę, że wprawdzie istotnie na istnienie

Szatana nie ma żadnego dowodu – a/e teź nie ma dowodu na

to, że Szatan NlE istnieje (i, podobnie jak w przypadku Boga,

dowodu takiego nie będzie). Ja akurat uważam, że przyczynţ

obecnego żalosnego stanu naszej cywilizacji jest demokracja

– ale, oczywiście, wyjaśnienia „szatańskiego” też wykluczyć nie można. Moźna je zresztţ pogodzić z moim w prosty sposób: demokracja jest wymyslem Szatana…

Jednakże – co p. Grońskiego wcale nie śmieszy zapewne-odlat sprzedaje się nam w Polsce ksiţżki marxistowskie. Teorie Marxsa sa przez teoretyków dawnojuż obalone (o ile w ogóle dajţ się one sformulowaćl) – natomiast praktyka jasno wykazala ich falszywość.

Pytam się więc p. Grońskiego: czy większa ciemnotţ jest wierzyć w teorię o istnieniu Szatana, która b y ć m o ż e jest falszywa—czy w teorię, o walce k/as, która n a p e w n o jest falszywa ?

(Fragment wycięty przez cenzurę).

Tak przy okazji: wcale nie podoba mi się szerzenie na Zagórnej poglądów antysemickich. Ale w każdym kiosku „Ruchu” leżą książki szerzące poglądy antyniemieckie. Co proszę? Nie antyniemieckie, lecz antynazistowskie? Na Zagór-nej też nie było antysemickich, tylko antysyjonistyczne. A większość pism „Solidarności” bez żenady szerzyła nastroje antyrosyjskie.

Zmieńmy temat. Wyobraźmy sobie, że do MSZ przybywa

ambasador skądinąd sympatycznej Republiki Bambuko, po-

wstałej w 1975 roku w Afryce. Sprawę ma taką: pewien

poddany Króla Hiszpanii, z pochodzenia Portugalczyk, na-

84

zwiskiem Sombrero, będąc w Londynie, zabił w 1965 roku obywatela Francji, niejakiego Frenglisha; Sombrero – jak sądzi wywiad Bambuko – ukrywa się w Polsce pod przybranym nazwiskiem Kowalski. Ponieważ Frenglish pochodził z plemie-nia Bambuko, a parlament Bambuko w 1985 uchwalił, że Republika ścigać będzie wszystkich, którzy skrzywdzili kiedy-kolwiek Bambukańczyka, to on, ambasador, prosi o wydanie mu Kowalskiego…

Łatwo można powiedzieć, jaka byłaby odpowiedź: „Eks-celencja raczy wybaczyć. To nasz obywatel – to raz. Nie był nigdy obywatelem Bambuko – to dwa. Zabity też nie był obywatelem Bambuko-to trzy. Zbrodnia nie była popełniona na terenie Bambuko – to cztery. Ustawa z roku 1985 nie może dotyczyć czynów uprzednich – to pięć. A czy Ekscelencja nie sądzi, że jest to trochę przedawnione? W każdym razie Kowals-kiego- po udowodnieniu mu winy i pozbawieniu obywatels-twa można by wydać Francji lub Anglii – ale czemu Bam-buko???” Na protest, że zabity należał do plemienia Bambuko, nasz minister odparłby chłodno: „W Europie istnieją tylko terminy prawne – a wprawdzie pół wieku temu jeden taki próbował wskrzesić pojęcie plemienia – ale źle skończył.  Wraz z całym krajem i połową Europy”. Po czym wstałby z krzesła.

Ta sprawa jest jasna. Gdy jednak pewien Ukrainiec, obywa-tel amerykański, został posądzony o to, że 45 lat temu na terenie Polski okupowanej przez Niemcy zabijał obywateli polskich (no to co, że Żydów) to został przez USA wydany…

Izraelowi.

Gdyby przed wojną sąd powiatowy w Otwocku spróbował

osądzić sprawę przynależną sądowi w Warszawie – to jego

wyrok zostałby przez adwokatów rozniesiony w strzępy. Dziś

połowa tych prawników chodzi po ulicach Jerozolimy

– i przezornie nabiera wodę do ust. Sąd – o wysokich skądinąd kwalifikacjach – też nie ma wątpliwości co do swojej właściwości…

85

Cóż się stało? Czemu ci prawnicy ogłuchli? Czemu świat oślepł – i nie protestuje? Gdy chwyta się dzisiejszego morder-cę, to policja stoi grzecznie pod drzwiami do rana, gdyż między 21 a 8oo prawo nie pozwala naruszać prywatności domu. A tu naruszone są podstawowe prawa!!

Ludzie głuchną, bo to jest „ludobójstwo”. Mogę zrozumieć, że oskarżonym jest o nie Hitler. Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego zwykły siepacz, który zabił sto osób różnych narodo-wości ma być traktowany inaczej niż ten, któego ofiary należały do jednego narodu. A, prawda: nie byle jakiego narodu. Np. 70 lat temu wymordowano w Turcji parę milio-nów Ormian – i to nie zostało uznane za ludobójstwo…

Gwałcenie prawa w Izraelu odbije się na samych Izraelitach.  To ich sprawa. Wybiórcze traktowanie Żydów skończy się antyjudaizmem – i znów trzeba będzie chować Żydów po piwnicach. 0 tym niech myślą Żydzi. Ja chcę tylko wiedzieć jedno: czy z punktu widzenia prawa międzynarodowego wschodnie tereny II Rzeczypospolitej stanowiły domenę pro-to- izraelską?

Jeśli nie, to p. Jan Demjaniuk (jeśli to jest on…) powinien zostać wydany sądom PRL – lub ewentualnie RFN, gdyż tereny te były wtedy pod okupacyjną jurysdykcją. Ale co ma z tym wspólnego państwo Izrael???

Pomyśleć, że ludzie popierający tę dziką hecę – nas nazywają nacjonalistami!!! U nas też są szowiniści – ale jak dotąd nikt nie domagał się od rządu USA by wydał Polsce zabójcę Johna Kowalsky’ego z Chicago.

Druk: Ład, nr 18/1987

(Fragment złożony kursywą został usunięty przez Cenzurę – i odtworzyłem go z pamięci. Felieton wywołał istna burzę w środowiskach Lewicy – czego zreszta w ogóle nie podejrzewałem. Protestował (za-mordowany potem przez bandziorów) Jan Strzelecki, zrezygnował z pisania w „ŁAD”-zie p. Wojciech Gieł-ceżyński… Co było dalej – łatwo wydedukować z po-n iższego I istu : )

86

LIST DO TYGODNIKA POWSZECHNEGO

(od rzucony)

Józefów, w Dniu Trzech Króli AD 1988

Szanowny Panie Redaktorze!

Z przyjemnością zauważyłem, że na Nowy Rok zamieścił Pan (odrzucony przez „ŁAD”) list p. Wojciecha Giełżyńskiego, pomawiający mnie o anty-semityzm. Powiadamiam więc, że PT redakcja „ŁAD”-u odmówiła druku tego listu m. in. z uwagi na moje żądanie zamieszczenia go wraz z moją odpowiedzią (i również ocenzurowała moją odpowiedź p. Janowi Strzelec-kiemu na analogiczny list; odpowiedź, która wykazywała bezpodstawność Jego zarzutów).

Sprawę p. Strzeleckiego zostawmy litościwie na boku:

zakładam,że podpuszczony przez kogoś nie przeczytał On po

prostu mego felietonu („ŁAD” 18/87), a na pewno nie

przeczytał go uważnie. Pewien jestem natomiast, że konsek-

wentnie – i zgodnie z zasadą „audietur et altera pars”

– opublikuje Pan odpowiedni fragment mej odpowiedzi

– fragment dotyczący zamieszczonego listu p. Giełżyńskiego.

<< Pan Wojciech Giełżyński w liście Swym przede wszystkim nakłania redakcję „ŁAD”-u do ograniczenia swobody wypo-wiedzi. Drukowanie lub nie materiałów nadesłanych to prawo redakcji – jednakże moja rubryka w „ŁAD”-zie jest auto-nomiczna (podobnie jak felieton Kisiela w TP) i mam z redak-cją gentleman’s agreement o nieingerencji; za treść swoich felietonów ponoszę więc odpowiedzialność wyłączną.  Po drugie p. Giełżyński zarzuca (redakcji – ale wobec (1 ) wyłączmyją z tego) mi popieranie anty-semityzmu szerzonego przy kościele na ul. Zagórnej w W-wie. Charakterystyczne: list p. WG nie zawiera ani jednego cytatu uzasadniającego ten zarzut. Nie zawiera i zawierać nie może – z tej prostej przyczyny, że poparcia dla anty-semityzmu tam n i e m a. Ba!  Niczego tam nie kupowałem (ale kupię!), w ogóle nigdy na Zagórnej nie byłem – a napisałem (cytuję):

87

„Tak przy okazji: wcale nie podoba mi się szerzenie na Zagórnej poglądów anty-semickich. Ale w każdym kiosku RUCHU-u leżą książki szerzące poglądy anty-niemieckie”.  Jako liberał – prawicowy i konserwatywny, ale liberał – żą-dam ślepoty prawa na rasę, narodowość itd. Inkryminowany felieton domagał się wyłącznie traktowania Żydów jak każdy inny naród, Izraela – jak każde inne państwo. Zawierał też ostrzeżenie, że odmienne traktowanie Żydów wywoła ponow-ną fale anty-semityzmu. Nie mówię tego bez podstaw: przeby-wając w USA byłem przerażony głuchą, ale potężną, falą wzbierającego milczkiem anty-semityzmu, która objęła już Murzynów! Od kiedy to np. życzliwe ostrzeżenie kobiety, by nie szła sama do lasu nazywane jest podżeganiem do gwał-tu??!?

Po trzecie: nie jestem zwolennikiem absolutnej wolności słowa. Natomiast p. red. Giełżyński przedstawia się wszędzie za takowego i drapuje w szaty Woltera. Niech więc będzie konsekwentny: jak wolność dla wszystkich, to prawo do głoszenia swych poglądów muszą mieć i anty-semici – a na-wet i ZWRWG („Związek Wrogów Redaktora Wojciecha Giełżyńskiego”, którym dyryguje 12 anty-semitów ukrytych w nowojorskiej anty-synagodze).

Po czwarte: metoda „Wprawdzie oskarżony formalnie pra-

wa nie przekroczył i być może działał w dobrej wierze, jednak

o b i e k t y w n i e szkodził” znana jest z przed-przed-minione-

go okresu. Na szczęście p. Giełżyński nie jest ówczesnym

prokuratorem, może więc tylko pomówić mnie o dokonanie

przestępstwa (tym bowiem formalnie jest w Polsce szerzenie

nienawiści rasowej). Byłoby nieźle, by towarzysze p. WG

kupili mu lepsze okulary – co umożliwiłoby Mu uważne

czytanie i uchronienie się przed śmiesznością – i nie tylko

śmiesznością. Ja, w każdym razie (…)>>

– tu przeszedłem do polemiki z p. Pawłem Smoleńskim, która ukazała się w KURS-ie 32/87.

Na zakończenie, uprzedzając kolejny list p. WG lub

któregoś z Jego towarzyszy, przypominam, że skoro traktuje

się mnie jak anty-semitę to należy traktować mnie jak tępego

anty-semitę. Nie rozumiem zupełnie dlaczego wymordowanie

88

milionów Żydów zostało uznane za „ludobójstwo”, a wymor-

dowanie milionów Ormian – nie (zaznaczam, że chodzi mi

o sprawiedliwość historyczną, a obecnego rządu w Turcji

jestem sympatykiem). Nie pojmuję też, dlaczego wyjawienie,

iż sen. Edmund Muskie nazywa się Marciszewski jest stanowi-

skiem pro-polskim – a wyjawnienie że pod pseudonimem

„Zinowiew” występował Grzegorz Apfelbaum jest anty-semi-

tyzmem (zwłaszcza, że podają to wszystkie encyklopedie

– z żydowską na czele). Nie pojmuję, dlaczego po napisaniu w felietonie („ŁAD” 29/87) : „Józef Dżungaszwili ps. „Stalin”

– oraz – „Leon Bronstein ps. „Trocki” – nie zostałem oskrażony o anty-georgizm lecz wyłącznie o anty-judaizm.  Pan Marian Turski, redaktor „POLITYKI”, powiedział, że jeśli tego nie rozumiem – to jestem głupcem. Trudnol Jestem ograniczony- i podejrzewam, iż nadmiar inteligencji pozwala zrozumieć, niestety, takie pojęcia jak „sprzeczność niean-tagonistyczna” – a nadmiar bystrości do dostrzegania nawet nieistniejącego źdźbła w oku swego brata – przy niedo-strzeganiu szlabanu w oku własnym.

W nadziei, że nie nastąpi dalsza eskalacja listów-drukowa-

nych-nie-tam-dokąd-zostały-skierowane-

pozostaję z poważaniem

(Zdanie, 1989)

MIĘDZY NAMI BRUNATNYMI

Ponieważ p. Jacek Maziarski obsesyjnie zarzuca mi rozmaite dziwne sympatie, przeto chciałbym się Go spytać: „co sądzi On o poniższych postulatach:

>> Rząd ma zapewnić wszystkim możliwość zatrudnienia i za-

rabiania na życie;<<

>> Działania jednostki nie mogą kolidować z interesami społe-

89

czeństwa, muszą się zawierać w jego granicach i być korzystne

dla wszystkich. (…) <<

>>Żądamy szerokiego zakresu opieki nad starcami;<<

>> Domagamy się umożliwienia każdemu zdolnemu i praco-

witemu osiągnięcia wyższego wykształcenia, a więc i kierow-

niczych stanowisk; Zapewnienia wszechstronnego rozwoju

systemu edukacji publicznej; Kształcenia utalentowanych

dzieci biednych rodziców na koszt państwa;<<

>>Domagamy się ochrony zdrowia publicznego poprzez ochronę matki i dziecka, zakaz pracy dzieci oraz popieranie klubów zajmujących się wychowaniem fizycznym młodzieży.

(…)<<

>>Jesteśmy przekonani, że ciągła poprawa (…) może po-

chodzić tylko z wewnątrz, na gruncie zasady: dobro ogółu

przed dobrem jedostki. <<

Z góry uprzedzam, że jestem zdecydowanie przeciwny wszystkim tym zasadom, gdyż prowadzą one do gwałcenia praw Człowieka. Natomiast przekonany jestem, że mój szano-wny Anatagonista wszystkie je (a przynajmniej zdecydowaną większość) popiera lub popierał jeszcze w niedalekiej prze-szłosci.

Skąd pochodzą te postulaty?

Jak łatwo się domyśleć, są to postulaty z programu Narodo-wo-Socjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec (wersja z 1 ţ28 roku) – i nie tylko postulaty; zostały one z całą konsekwencją wdrożone przez Adolfa Hitlera i jego zdolnego i pracowitego ministra dra Józefa Goebbelsa (kształconego jednak na pry-watnym stypendium katolickim, bo państwowych jeszcze nie było – na szczęście, bo gdy przyznaje je pa ństwo, to wówczas urzędnik decyduje, co oznacza „biedny”, „zdolny” i „pracowi-ty”; co z tego wynika – wiemy).

Jeśli mój szanowny Oponent nadal chce mnie posądzać o sympatie pro-hitlerowskie, to radzę: buziuchnę w kubeł z zimną wodą i trochę się otrzeźwić – milcząco. I uważać, by się nie zmarło na apopleksję – gdyż, jak powiedział Fryderyk von Hayek, nic tak nie rozwściecza, jak wykazanie komuś prawdziwego rodowodu jego ideologii.

90

Merytorycznie oskarżenia p. Jacka opierają się na artykule o polskich możliwościach programu politycznego w 1938 r., zamieszczonym w 38 numerze „Tygodnika Demokratyczne-go”. P. Maziarski roztropnie zakłada, że niewiele osób czyta i „ŁAD” i „TD” – przeto z całą swobodą dopuszcza się ordynarnych fałszerstw. Na początek jednak ze zwykłym sobie dowcipem sugeruje, że „TD” powinien był mój tekst odrzucić, natomiast wydrukowałaby go z chęcią „Polityka”. Przy całym zacietrzewieniu p. Jacek powienien jednak lepiej znać poglądy swoich byłych kolegów: ten tekst był już odrzucony przez „Politykę” – z motywacją kubek w kubek taką, jak p.  Maziarskiego… tyle, że wyrażoną prywatnie i kulturalnie.

Tezy mego tekstu były następujące:

1. Teoria „równego dystansu od dwóch wrogów” była absurdalna.

2. Skoro rozważało się sojusz ze Stalinem przeciwko Hit-lerowi – to można było rozważać sojusz z Hitlerem przeciwko Stalinowi.

3. Z moralnego punktu widzenia przed 1938 rokiem sojusz taki można było zawrzeć z Hitlerem – natomiast nie ze Stalinem, który był już wówczas winien ludobójstwa.

4. Być może ocaleliby wówczas polscy Żydzi – podobnie jak ocaleli np. włoscy i w znacznej mierze węgierscy.

Teraz zobaczymy, co z tym wszystkim zrobił Felietonista.

Przede wszystkim ustawił mnie sobie do bicia twierdząc, że

praktycznie wszyscy przedwojenni wojskowi, dyplomaci i po-litycy uznawali za oczywistość teorię dwóch wrogów. Co prawda p. Jacek zawsze pochwalał nonkonformizm, przeto winna to być w Jego języku pochwała… Niestety, prawda jest taka, że bynajmniej nie jestem oryginalny. Co więcej: ogromna większość wojskowych uznawała piłsudczykowskie dogmaty za skrajną głupotę, dobrą może w 1925, gdy Sowiety były słabiutkie, Saara okupowana, Nadrenia zdemilitaryzowana, a Francja jeszcze gotowa szukać dalszej satysfakcji za rok 1870, za Verdun i Ypres – ale nie w 1935, gdy sąsiedzi się militaryzowali, a Polska gospodarka sparaliżowana była gi-gantycznymi budowlami socjalizmu typu Gdynia i COP, na które szły wszelkie środki.

91

Wojskowi jednak – i słusznie – są do walki, a nie do prowadzenia dyplomacji. Dyplomacja wszakże opanowana była po kumotersku przez piłsudczyków – i mało kto ośmielił-by się sprzeciwić pułkownikowi Józefowi Beckowi (oraz mitowi genialnego Marszałka).

Co do polityków: p. Maziarski obraża wszystkich tych, którzy byli zwolennikami polityki proniemieckiej lub prorosyjs-kiej. Było ich całkiem sporo! Charakterystyczne, że politycy pro-niemieccy lądowali w więzieniach w Berlinie, a pro-rosyjscy (najczęściej z obozu narodowego, trzymajace-go się dla odmiany dogmatów Pana Romana), byli mordowani w kazamatach rosyjskich. A dlaczego? Dlatego, że już nie byli potrzebni! Gdyby prowadzili niepodległą Polskę do sojuszu z Hitlerem względnie Stalinem – byliby bezcennymi sprzy-mierzeńcami; po klęsce – tylko szkodzili, gdyż obydwaj Wielcy Rewolucjoniści potrzebowali namiestników, a nie samodzielnych polityków. Tym niemniej było takich polityków sporo – i nazywanie ich „niewiele znaczącą garstką agentów obydwu stron” jest skandalem.

W każdym razie: opinia publiczna mogła być sobie emoc-jonalnie antyrosyjska i antyniemiecka – nie oznacza to jednak, że praktycznie wszyscy popierali nonsensowne założenia przedwojennej polityki zagranicznej RP.

Pan Maziarski być może tego po prostu nie wie, gdyż czyta wyłącznie źródła socjalistyczne (pezetpeerowskie lub piłsud-czykowskie). Natomiast z całą pewnością świadomie fałszuje moją myśl, prezentując ją tak: „Stawianie oporu Niemcom hitlerowskim było błędem polskiej dyplomacji”.

Napisałem wręcz przeciwnie: W 1939 roku Polska choćby z powodów honorowych winna była stawić opór. Natomiast w 1938 powinna była dobrowolnie ciągnąć Niemcy do walki przeciwko Sowietom – nawet wbrew ich woli!

Teza ta nie jest moja -jak większość wniosków tekstu. Jest to ocena zmarłego niedawno, bardzo popularnego i kont-rowersyjnego pisarza, Józefa Mackiewicza. Pan Maziarski uczyniłby dobrze czytając krytykę tych tez napisaną przez p.

Jerzego Surdykowskiego i dalsze polemiki pp. Trznadla,

92

Wowczuka, Orłosia i Malewskiego (broniących Mackiewicza)

– choćby po to, by nie powtarzać tych samych błędów, które popełnił p. Surdykowski – prononsowany socjalista zresztą.

Nie ma w tym nic niemoralnego. Każde państwo powinno prowadzić politykę zgodną z honorem i jego interesami. Jeśli jedynym sposobem zapobieżenia niszczycielskiej wojnie jest inna wojna – np. prewencyjna – to nie należy się wahać, lecz ją wypowiedzieć. Jeśli jest ona, oczywiście, do wygrania.

Przechodzę do kwestii głównej. Bezczelnością i skandalem nazywa p. Maziarski „próby wybielania Hitlera”. Przypisuje mi przy tym tezę, że „był to normalny facet, przynajmniej na tle Stalina”.

Uzasadnia to takim cytatem z mego tekstu:

„Stalin wymordował parędziesiąt tysięcy swoich bolszewi-ków, trockistów i paręnaście milionów „reakcyjnej swołoczy”, natomiast Hitler był (wybranym, przypominam demokratycz-nie) mężem stanu o rękach względnie czystych, ktore ściskali panowie Daladier i Chamberlain (…) Hitler zamordował rap-tem kilkudziesięciu swoich bolszewików z SA”.

Pan Jacek pisze: „Wiernie cytuję p. Korwin-Mikkego”.  Istotnie. Gdy jednak zajrzymy do nawiasu, tam, gdzie są „uczciwie zacytowane” trzy kropki, stwierdzimy, że są tam słowa: „przed 1938 rokiem”!

No, z perspektywy 1938 roku tak to właśnie wyglądało.  Stalinjuż był ludobójcą, a Hitlerjeszcze nie. Wyliczanie, że były w Niemczech „internaty” i obozy pracy, to stawianie Hitlera na równi z – powiedzmy – p. gen. Jaruzelskim. Ja na przykład siedziałem dwa razy w więzieniu śledczym, cztery miesiące w obozie dla internowanych – ale gdyby ktoś z tego powodu chciał mnie przyrównać do ofiary Oświęcimia lub Kołymy- to bym protestował. Owszem, były próby robienia z tego mar-tyrologii – podobnie jak każdy uchodźca z Chile lub zwol-niony z Dachau w 1933 robił z siebie męczennika. To jest normalne – ale trzeba o tym skrzywieniu pamiętać. Inaczej spadamy do poziomu dyskusji w stylu „Stalin jest mordercą?  Eisenhower też ma ręce ubabrane w krwi Rosenbergów!”

(którzy, nb. naprawdę byli sowieckimi szpiegami i jak najsłusz-

93

niej zasiedli na elektrycznym krześle – proszę p. Maziars-kiego.)

Tak więc w 1938 Hitler mieścił się w granicach tego, co uważało się za normalną uprawnioną politykę. Stalin już nie.  Jeśli więc mówimy o względach moralnych -to sojusz można było zawrzeć z dwojga złego tylko z tym pierwszym. A przecież ilu publicystów gromiło piłsudczyków za to, że nie zawarli sojuszu z tym drugiem?

Sprawa jednakjest głębsza. Nawet po 1939, nawet po 1944, Stalin pozostaje mordercą co najmniej dziesięciokrotnie więk-szej liczby ludzi niż Hitler. I powtarzam – raz o to pytałem (bezskutecznie) p. Maziarskiego: „Jeśli liczby nie mają nic do rzeczy, to czemu mord w Katyniu uważamy za coś okropniej-szego od zamordowania – powiedzmy- ambasadora Nie-miec w Paryżu (po czym nastąpiła Kristallnacht); albo też: czemu zabicie trzech spośród ostatnich siedmiu Indian szcze-pu Aurovuace jest mniej okropne od Holocaustu?”

Rzecz w tym – i trzeba to powiedzieć – że bardzo wielu intelektualistów nie chce przyjąć do wiadomości, iż Stalin był gorszym zbrodniarzem od Hitlera – i czyni to z powodów osobistych. Praktycznie żaden polski inteligent nie kolaboro-wał z Hitlerem, nie pisał wierszy na cześć Hitlera itd. – nato-miast pełno szacownych „przywódców duchowych narodu” (obecnie najczęściej w lewicowej opozycji… ) kolaborowało ze Stalinem. Dopóki to pokolenie kolaborantów trzęsie kawia-rnią warszawską – dopóty tego typu sądy będą przez ich poputczików typu p. Maziarskiego traktowane jako „bezczel-ność i skandal”.

Najgorsze zaś jest to, że dla ludzi typu p. Maziarskiego czy

– powiedzmy – p. Aleksandra J. Wieczorkowskiego wymor-dowanie 3 milionów Żydów jest (i słusznie) czymś okropnym

– natomiast wymordowanie 3 milionów szlachty i burżuazji rosyjskiej jest w gruncie rzeczy „aktem sprawiedliwości dziejo-wej”. Takie wynieśli ze szkół wiadomości, sami w tym duchu napisali sporo artykułów – no, i tak im zostało. To właśnie przekonanie pozwala im wierzyć, że kolaborując z socjalistami nie narodowymi wybrali lepszą cząstkę – a to, że Stalin

94

wymordował więcej ludzi, jest przy tym bez znaczenia, skoro mordował właściwych… Ludzie ci prędzej zastąpią słowo „klasa” przez „naród” i zrozumieją analogiczny punkt widze-nia nacjonalisty – niż zaakceptują pogląd liberała, dla którego wartość człowieka nie zależy do grupy, do kórej należy.

Wracam do polemiki. Nie znam historii Żydów słowackich

– ale wiem za to, że dopóki Węgrami rządził reakcyjny regent, adm. Mikołaj Horthy, włos im z głowy nie spadł. Regent popełnił głupstwo dając się obalić Strzało- Krzyżowcom – ale to już błąd w sztuce rządzenia. W Rumunii jeśli ginęli Żydzi

– to z powodu Żelaznej Gwardii, a nie Gestapo. I tak dalej.

Powtarzam: Polska byłaby zbyt cennym sojusznikiem, by Hitler nazbyt nalegał na radykalne rozwiązania i próbował siłą przełamać opór Polaków. Nawet gdyby po władzę sięgnęła endecja, to co najwyżej doszłoby do szykan typu „Gwiazda Dawida na rękawie poza ghettem”.

Oczywiście zupełnie inwa byłaby kwestia po parunastu

latach gdyby Hitler już skończył z porządkowaniem spraw

narodowych w Związku Narodowo-Socjalistycznych Repub-

lik. Przede wszystkim proszę pamiętać, że zgodnie z planami

Hitlera Polska miała odstąpić Niemcom były zabór pruski

– a w zamian otrzymać rekompensatę na Wschodzie (w wyniku czego najprawdopodobniej wszyscy Żydzi znaleźliby się… na jej terytorium!!!). Pan Maziarski straszy wiedzą wynie-sioną z „Mein Kampf”. W odróżnieniu do niego czytałem „Mój bój” dwukrotnie i nawet napisałem przedmowę do wydania (z 1984 roku) „Antyk” i zapewniam, że nie ma tam nic o mor-dowaniu, w szczególności o piecach gazowych. Są natomiast plany wysiedlenia Żydów na Madagaskar – i po to m.in.  potrzebne były Hitlerowi kolonie. Gdyby więc wojnę wygrał, to miałby sporo zajęcia na długie lata – a potem by umarł, nastąpiłaby, jak słusznie napisał Stanisław Michalkiewicz, „odwilż” i „pierestrojka” – i, jakby nie liczyć, wychodzi, że po zwycięstwie Hitlera ofiar byłoby mniej niż w wyniku długo-trwałej i zwycięskiej wojny aliantów.

A może nie? Historia nie jest zdeterminowana… Mogło być różnie. Tym niemniej statystycznie sądzę, że mam rację.

95

W każdym razie: taka hipoteza z pewnością nie jest niedorzecz-nością.

Nigdy też nie obciążałem Polski winą za Holocaust – jak

usiłuje mi wmawiać p. Maziarski. Musiałbym bowiem wów-

czas uważać, że za paszkwil p. Jacka odpowiedzialny jest

właściciel kawiarni, w której spotkali się przypadkowo po raz

pierwszy Jego ojciec z Jego matką. Twierdziłem natomiast, że

decyzja nie-pójścia z H itlerem była jedną z przyczyn Holocaus-

tu – a to zupełnie coś innego! Był to – jak głosi sam tytuł

– zwykły błąd, jakich w historii popełniono dziesiątki tysięcy.

Nikomu zresztą, ani w 1938, ani 1939 roku nie śnił się Oświęcim – ani też nikt nie myślał, że akurat sprawa żydowska okaże się tak ważna. I nie sądzę też, by również teraz należało ją absolutyzować: inne narody też poniosły wielkie straty w tam-tej wojnie – np. Ingusze. Tylko Ingusze nie dysponują połową prasy amerykańskiej, telewizją, wytwórniami filmowymi itd.  (nie mam zresztą pretensji do Żydów o to, że wykorzystują swoje zdolności i możliwości – ale też reszta świata nie musi temu optycznemu złudzeniu ulegać…)

To by było na tyle. Myślę, że zachwiałem przekonaniem, iż twierdzenie „desperacka obrona Polski jako praprzyczyna Holocaustu – czegoś równie głupiego nie czytałem od dawna” jest co najmniej przesadzone.

Mogęjeszcze długo. Hitler np. istotnie pisał, że chce obrócić Polaków w niewolników – ale i Stalin pisał, że chce cał-kowicie wyplenić burżuazję, wprowadzić absolutną uraw-niłowkę- i nie wprowadził. Mógłbym wykazywać obrzydliwą technikę grania na emocjach Czytelnika – np. twierdzenie, że eksterminacja Żydów zaczęła się przed 1939 rokiem (zaczęła się w 1941 ); używanie nazw Dachau, Buchenwald i Sachsen-hausen – które kojarzą się z obozami zagłady – na określenie tych obozów w… 1933 roku, gdy przypominały one raczej „obozy dla pasożytów” zakładane po 1983 roku na Żuławach.

Mógłbym wyśmiewać się z rozumowania, że dowodem na to,

iż los Polaków w sojuszu z Hitlerem byłby tragiczny – była

sytuacja Polaków n-a Opolszczyźnie, w Gdańsku, na Mazu-

rach; gdyby p. Maziarski więcej czytał, a mniej pisał, to

96

wiedziałby, że Polacy mieli w Niemczech swoje organizacje, swoje gazety, swoją własność przede wszystkim – i gdyby tylko Polacy pod okupacją stalinowską (bo lata 1945-55 traktuję jako obcą okupację) mieli się tak dobrze, jak Polacy w 1938 w Niemczech hitlerowskich… Ech, panie Jacku…

Ech, panie Jacku…

FIKCJE I MITY FILO-SEMITY

Poniźszy tekst mój sekretarz osobiście i bez zwloki zaniós! do

„ Tygodnika Kulturalnego „. Redakcja – wbrew swej nazwie

– nie pofatygowala sięjednak powiadomić mnie, że polemiki tej nie wydrukuje. Uczynila to dopiero, gdy – zaniepokojony

– zadzwonilem osobiście, odmówila zresztţ pod nędznym pretekstem, źe polemika ciagnęlaby się zbyt dlugo – co jest falszem wobec mego zastrzeźenia, które znajdd Państwo na końcu artykulu.

Postępowanie takie bez ogródek nazwalbym „chamstwem „-

gdyby nie obawa, że oskarżony zostanę o postponowanie

tygodnika ZSL. Takie obyczaje jednak nie sa wlaściwe dla

naszego ludu wiejskiego -jest to, niestety, specyfika „chlo-

pów z Marszalkowskiej

Czytelnicy „Tygodnika Kulturalnego” mają rzadkie szczęś-cie: na własne oczy mogą obserwować kuchnię, w której metodą cygańską pichci się brednie na smalonych dubach.  Mam tu na myśli kolejny atak p. Aleksandra J. Wieczorkows-kiego („TK”, 21/88). Widzom tego spektaklu ofiaruję więc kilka wyjaśnień – niezbędnych, gdyż nie każdy zna wszystkie moje inkryminowane teksty. Piszę to dla Państwa – a nie dla p. AJW: ten, jeśli nic nie zrozumiał i niczego się nie nauczył z poprzedniej repliki, to pozostaje przypadkiem beznadziejnym.

97

W swej poprzedniej wypowiedzi („TK”, 20/88) wyraziłem

przypuszczenie, że p. AJW posługuje się jakąś odmienną od

normalnej logiką. P. AJW pośpieszył z dowodem, że mam rację

– ale zmuszony tu jestem poprosić państwa o chwilę nieco uważniejszej lektury (jak to przy rozważaniach z logiki stoso-wanej).

Wyobraimy sobie, że Kowalskim urodziło się dziewięcioro dzieci. Niestety, ośmioro z nich zmarło w wieku czterech tygodni – uchowało się dziewiąte. Była to rodzina nieco słabowita -jak widać – a ponieważ byli $wiadkami Jehowy, przeto nie pozwalali lekarzom na ingerencję.

Wiśniewscy też byli słabowici – ale z ich dziewięciorga dzieci przeżyło ośmioro, właśnie dzięki medycynie. Niestety, nie przeżyły ataku grypy-hiszpanki i zmarły (poza jednym)-w wieku lat kilkunastu – od 11-tu do 19-tu, powiedzmy-wszystkie w jednym dniu.

Obie rodziny wyrównały się liczebnie. Która przeżyła więk-szą tragedię? To ocena subiektywna. Oceniający musi jednak dbać o z g o d n o ś ć ocen. Tymczasem p. AJW raz zarzu-ca mi, że nie rozumiem, iż dobrze jest, że dzieci Wiśniewskich jeszcze trochę pożyły – a raz, że nie rozumiem, że ich późniejsza równoczesna śmierć jest tragedią większą (i tu, ni z gruszki ni z pietruszki, wzywa na pomoc Episkopat!). AL-BO-ALBO! Ja zresztą twierdziłem, że to mniej-więcej wszyst-ko jedno – i p. AJW też się to nie podoba!

P. AJW po prostu zachowuje się jak dziecko: chciałby zjeść ciastko – i mieć je w dalszym ciągu. Jest to – jak sądzę-niemożliwe. Brak selekcji powoduje nieuniknione osłabie-nie gatunku – o czym kogo jak kogo, ale Czytelników związanych ze wsią przekonywać długo nie trzeba. Można w postawioną przeze mnie tezę nie wierzyć i twierdzić, że „jakoś to będzie”. Nawetjednak, gdyby teza ta okazała się fałszywa-i nie pojawiłyby się AI DS ani żadna inna cholera – to i tak nie mogłobyto być powodem do oskarżania mnie o amoralność!!!

Przypuśćmy, że ţnówię dziecku: „Nie biegaj – bo się spocisz,

dostaniesz zapalenia płuc i umrzesz!” – po czym dziecko się

98

poci, ale nie choruje: czy ktoś oskarżyłby mnie o amoralne podejście do dziecka???

Skoro p. AJW jest Państwa stałym felietonistą, to proponu-ję, by zapytali go Państwo jeszcze o inną kwestię – też z dziedziny zgodności ocen. P. AJW jest zdecydowanym prze-ciwnikiem kary śmierci, czemu publicznie dawał wyraz. Jed-nocześnie p. AJW aż wrzeszczy z oburzenia, gdy ktoś kwes-tionuje (nie, nie moralną słuszność: tylko formalną zasadność) ukarania śmiercią p. Demjaniuka – i, np. Eichmanna, by nie wspomnieć o Gţringu i innych. Sądzę, że z duża radością czytać Państwo będą wypowiedź p. AJW na ten temat…  Zapwne dowiedzą się Państwo, że kara śmierci jest absolutnie niedopuszczalna – poza przypadkami, w których p. AJW i jego koledzy uznają ją za dopuszczalną.

Kończmy z formułkami – przejdźmy do ocen. P. AJW na początku czyni mi zaszczyt porównując mnie do Fryderyka Nietzsche’go. Potem podaje cytaty.

Bez bicia przyznaję się, że podzielam zapewne niektóre – a

może i liczne: nie wiem, mało czytałem, nie znam

niemieckiego – poglądy Fryderyka Nietzschego. Kategorycz-

nie natomiast protestuję – nie z oburzenia, lecz w imię prawdy

– gdy ktoś próbuje (przez „delikatną” sugestię, że mogło mi zaszkodzić przeczytanie „Mein Kampf”…) znajdywać podo-bieństwo między poglądami moimi, a narodowo-socjalistycz-nymi lub faszystowskimi. P. prof. Fryderyk von Hayek słusznie zauważył, że Hitler czasami podawał się za chrześcijanina, za socjalistę, za faszystę, za rewolucjonistę, za kontr-rewoluc-jonistę, za demokratę nawet – ale NIGDY nie podawał się za konserwatystę lub liberała… I słusznie – bo są to skrajne przeciwieństwa. A pewien jestem, że p. AJW świetnie wie, że nauka dawno już odrzuciła oskrżenie Nietzschego o faszyzację Niemiec (co byłoby tym samym, co oskarżanie Stephensona o katastrofę kolejową i Einsteina o Hiroszimę!) – p. AJW liczy jednak, że państwo o tym nie wiecie!!!

Nie znam – jak się napisało – prawie żadnych pism

Nietzschego, ani nie znam na tyle niemieckiego, by przyznać

się, czy rozróżniam Herrenmoral i Sklavenmoral w duchu

99

autora „Woli mocy”. Wyraźnie jednak odróżniam tych, co lubią ryzyko – od tych, co wolą spokój i zabezpieczenie socjalne; tych, co stają po stronie słabszego – i tych, co uważają, że słabszemu trzeba dokopać; tych, co uważają, że jeśli prąd dziejowy idzie w jakimś kierunku, to trzeba stawiać mu opór-od tych, którzy uważają, że trzeba prądowi pomagać; tych, co podlizują się przełożonym, a za plecami ich obgadują – od tych, co bronią swych przełożonych – ale w oczy mówią im prawdę; czy to o to chodzi?

P. AJW śmie w swym tekście imputować, że Kościół katolicki nie potępiał rewolucji francuskiej!!! Jest to bezczel-ność posunięta tak daleko, że p. AJW domaga się jeszcze by asystent kościelny „ŁAD-u” przywołał mnie do porządku.

Otóż: Kościółtę (i inne…) rewolucje kategorycznie potępiał-

a niektórzy Jego wybitni przedstawiciele robili to w znacznie

ostrzejszych, niż ja, słowach! Proszę mi wierzyć: gdy

romantyczny prawicowiec (jak Nietzsche), Kościół katolicki

oraz liberałowie coś zgodnie potępiają – to można ślepo

przyjąć, że coś z tym jest źle. P. AJW może mieć zdanie odrębne

– ale nie powinien Państwu sypać piaskiem w oczy!!!

Mimo, że też uważam się w pewnym sensie za prawicowca

– to nie przyjmuję za swoje wszystkich tez Nietzschego (z tych, które przedstawił p. AJW). Nie uważam np., że lekarz powinien nieuleczalnie choremu pacjentowi oferować zamiast lekarstwa – wstręt!? Zaznaczam tu od razu, że i Nietzsche nie wzywał, by p a ń s t w o n a k a z y w a ł o lekarzom okazywa-nie „wstrętu” lub eutanazję – być może Prusacy nie umieli sobie wyobrazić, że w jakąś dziedzinę mogłoby nie wkroczyć państwo, skąd i podatność na hitleryzm… Nietzsche sugerował jedynie coś lekarzom – a chory mógł wybrać sobie innego lekarza, zwolennika innej filozofii.

Tu od razu wyjaśnienie. Lewica najchętniej używa państwa

by pomagać słabym i cierpiącym. Prawica natomiast chce

używać państwa do selekcji. Natomiast my, liberałowie, do-

magamy się, by państwo nie robiło w tej sprawie NIC!!! Co

więcej: uważamy, że postawy Lewicy i Prawicy są do siebie w

gruncie rzeczy bardzo podobne: i tu i tam robi się COŚ (do

100

czego potrzebna jest biurokracja). Nic dziwnego, że do NSDAP masowo zapisywali się członkowie rozbitych uprzed-nio SPD i DKP… Ludzie ubodzy duchem i nie wierzący w rozsądek bliźniego sami domagają się, by tworzyć rozmaite aparaty biurokratyczne. Dla dobra ogółu, oczywiście.

Przyznaję, że między liberałami i chrześcijańskimi demo-kratami istnieją tu wyraźne różnice: liberał wierzy w dob-roczynność indywidualną – chadek chce tworzyć wspólnoty parafialne i inne – ale dobrowolne! Zgodnie odrzucamy świadczenie dobra innym pod przymusem lub za przymusowo odbierane innym pieniądze. Te różnice są niewielkie, w poró-wnaniu z poglądami p. AJW i jemu podobnych; w każdym razie nie p. AJW jest powołany do oceny różnic i do wzajem-nego judzenia.

P. AJW do tego stopnia nie lubi rzeczywistości, że oburza go, że ona istnieje. Ja wcale się nie cieszę (ani nie smucę), że po epidemii ospy w wyniku której wymarła 1/3 populacji nastąpił w Europie rozkwit cywilizacji (to się nazywało „Od-rodzenie” – może ktoś z Państwa podpowie to p. AJW?). Jest to jednak FAKT – a na fakty nie ma się co obrażać.

P. AJW natomiast wścieka się na mnie – i powiem Państwu

dlaczego! Dlatego, że niewygodnie mu napisać, że jestem

wrogiem socjalizmu i komunizmu, co by przed ćwierćwieczem

napewno uczynił. Z tego właśnie powodu zastępczo oskarża

mnie o faszyzm, anty-semityzm itp. Pomysł, by o to właśnie

pomawiać liberała jest bzdurą piramidalną – przypomina

oskarżenie jarosza o ludożerstwo. My, liberałowie, w ogóle nie

uznajemy rozumowania w kategoriach bytów kolektywnych:

„Bo Żydzi to, a klasa robotnicza tamto…”. Co nie znaczy, że nie widzimy prawidłowości statystycznych.

Pan AJW – bardzo przepraszam – ale najzwyczajniej

w świecie okłamuje Państwa twierdząc, iż odmawiam Iz-

raelowi prawa do sądzenia ludobójców „z naciąganych przy-

czyn kazuistycznych”. Rozumiałbym takie określenie, gdybym

stwierdził (czego nie zrobiłem, choć tak uważam!!) że nie

można karać za „ludobójstwo”, gdyż to pojęcie prawne

stworzono już po wojnie, a prawo – z definicji – nie działa

101

wstecz; powieszenie za wielokrotne „morderstwa” byłoby poprawne i zupełnie wystarczające. W swym felietonie – wi-dać nie dość jasno dla umysłów typu p. AJW – napisałem jednak coś innego. Powtórzę to wyraźnie.

Gdyby w latach 1890-1910 jakiś maniak zamordował w Chi-cago nawet i 1000 Polaków (wyłącznie Polaków!-p. Demjaniuk zabił mniej i – nie wyłącznie Żydów…) i gdyby go schwytano w roku 1930 to nikt przy zdrowych zmysłach nie domagałby się od rządu USA, by wydano go nowo-powstałej Polsce. TAK – czy NIE? Stany Zjednoczone – gdyby nawet rząd polski zwariował i z czymś takim wystąpił – nigdy by go nie wydały. Natomiast p. Demjaniuka (o ile to on, oczywiście, bo po czterdziestu latach trudno poznać) wydano.

Jedyna różnica to to, że tu chodzi o Żydów, którzy (nie tylko z uwagi na bezmiar tragedii Holocaustu) traktowani są jak święte krowy. W tym wypadku naruszyli podstawowe zasady prawne – w imię nacjonalizmu (którego wcześniej padli ofiarą). Podtrzymuję tezę, że gdyby partia pp. Goldy Meir i Szymona Peresa zdobyła w Izraelu tak trwałą większość, jak hitlerowcy w Niemczech – to powstałby tam ustrój gorszy niż narodowo-socjalistyczny, bo z dodatkiem fanatyzmu religij-nego. Tak się nie stało – co m.in. jest zasługą polityków tej partii, którzy NIE zastosowali metod używanych przez Hitlera dla utrzymania się przy władzy.

Dla informacji Państwa: w sprawie Eichmanna przeciw-nikami wymierzenia mu kary śmierci byli zarówno słynny filozof Marcin Buber -ţjak i prof. Gerard Scholem (nie licząc tysięcy innych – sama Hanna Arendt miała tu wątpliwości…).  Obecnie ruch przeciwko skazaniu p. Demjaniuka jest wśród Żydów b. silny.

Domaganie się, by w stosunku do jakiejś grupy stosować

inną miarkę niż do innych (dlaczego wymordowanie Ormian

nie zostało uznane za „ludobójstwo?”) powoduje ku takiej

grupie trwałą niechęć. To co pisałem w poprzedniej replice

o homoseksualistach – i tu pozostaje w mocy. I znów zgadza

się ze mną p. Jerzy Urban, który w wywiadzie dla „Sztandaru

Młodych” napisał, że trwający obecnie festiwal pro-żydowski

102

da efekty dokładnie odwrotne niż zamierzenia jego animato-

rów. P. Urban dla większości Polaków nie jest autorytetem

– a dla innej nieco większości nie jestem nim ja. Jeśli jednak dwa niepokorne umysły z dwóch przeciwnych obozów polity-cznych zgodnie ostrzegają przed tym samym – to ja bym się jednak nad tym zastanowił.

W każdym razie: wyskoki p. AJW (niedawno publicznie

mianował sam siebie „honorowym Żydem” i oświadczył

– w jak najszlachetniejszej intencji – że powołany jest, by zastąpić zbyt nielicznych w Polsce Żydów – co powitałbym z uznaniem, gdyby nie to, że znani mi żydowscy intelektualiści byli ludźmi o precyzyjnej logice, szerokiej wiedzy i dużym poczuciu humoru; to przeszkadza mi uznać p. AJW za najlep-szego kandydata do tej wdzięcznej roli). Otóż wyskoki te, to najgorsza pomoc dla sprawy, o którą walczy. By utrudnić Mu więc strzelanie goli do własnej bramki zapowiadam z góry, że więcej grać w to nie będę – choćbym był prowokowany wyzywaniem od pomocników siepaczy z Oświęcimia, pociot-ków Hţssa i heroldów nowych pogromów. Stracą Państwo dobrą zabawę – ale trţudno. Tak trzeba…

A poza tym: trochę już mi się znudziło. Są poza żydowskimi inne, ciekawsze tematy!

RASISTA PASSENT

, POLITYKA” to nie tylko tygodnik – to instytucja. Instytu-

,

cja poważna, o dużym autorytecie i kolosalnych wpływach

– zarówno wśród decydentów, jak i na opinię publiczną. Jako pismo „POLITYKA” utrzymuje wysoki poziom merytoryczny, a także stara się o utrzymanie wysokiego standardu etyki (jak na środowisko dziennikarskie, oczywiście).

103

Nie jest więc dla Polaków obojętne, co dzieje się w „POLI-TYCE”. A gdzieś tak od jesieni coraz częściej pojawiają się oznaki niepokojące. Nie idzie o wyskoki typu zamieszczenia ewidentnie błędnych metodycznie tekstów jak np. p. Lubels-kiej (33/88, pisałem o tym już w „ŁAD”-zie) – to kwestia techniki. Nie chodzi o to, że co tydzień pojawiają się baj-durzenia p. Huberta Eco – zapewne w ramach wymiany ktoś z „POLITYKI” drukowany jest we Włoszech za dewizy, a do tego, że na wymianie zwykle tracimy-to przywykliśmy (ani p.  Eco, ani p. Buchwald nie są warci małego palca pp. Passenta lub KTT). (…….)

Lord Acton trzeźwo zauważył przed stu ponad laty, że

najwyższym – i końcowym – stadium socjalizmu jest nac-

jonalizm. <cPOLITYKAţţ to stadium zaczyna już osiągać, czego

dowodem jest znów felieton p. Passenta („Z deszczu pod

rynnę” – 2/88) gdzie Autor w pełni demonstruje Swe

rasistowskie skłonności. Chodzi Mu o skład socjalny najlep-

szych amerykańskich uczelni, który pogarsza się gdyż np.

rośnie udzia! i sukcesy mlodzieży pochodzenia azjatyckiego ze

względu na jej tradycyjnţ pracowitośćll

Rasizm p. Passenta jest jednakże specyficzny, gdyż jeśli zmniejsza się udział młodzieży murzyńskiej (ze względu na jej tradycyjne lenistwo?) – to też skład socjalny się pogarsza.  Zmusza mnie to do rewizji mych poglądów.

Do tej pory sądziłem, że Lewica to dzieci, które po prostu nienawidzą swoich rodziców. Wolą cywilizację chińską, mu-rzyńską, lub malajską – byle nie naszą, europejską, która jest wredna. Biali są źli – i koniec.

Z przytoczonego tekstu wynika jednak co innego. Sytuacja

pogarsza się nie dlatego, że więcej jest studentów białych

– lecz dlatego, że więcej jest zdolnych i pracowitychl I Dobrze

– to byłoby wtedy gdyby na uczelnie przyjmowano wyłącznie dzieci półdebilne i pedagodzy zdołaliby wyprowadzić je na poziom pozwalajacy konkurować z normalnie rozwiniętymil

Tak więc p. Passent jest rasistą pozornym tylko – tak

naprawdę chciałby zgnoić dowolną cywilizację, niezależnie od

rasy i koloru skóry. Poprzez urawniłowkę oświatową, rzecz

104

jasna. W inkryminowanym felietonie jest On gotów jednak pogodzić się z nieuniknionym i przystać na szkolnictwo prywatne – pod „drobnym” warunkiem: szkolnictwo prywat-ne byłoby BEZPŁATNE..

Trudno Szanownego Felietonistę podejrzewać o starcze

rozmiękczenie mózgu – spytać się więc należy: jak On to sobie

wyobraża? Albo szkoły miałyby mieć jednakowy poziom

– albo też powstałoby pytanie: KTO przydziela dzieci do szkół lepszych? Pierwsza możliwość jest absurdem – nie udało się tego osiągnąć w żadnym ustroju i nie uda w najczystszym komuniźmie, nie mówiąc już o szkolnictwie prywatnym.  W przypadku drugim odpowiedź jest jasna: szkoły byłyby zróżnicowane – a do lepszych szłoby się dzięki znajomoś-ciom. Czyli tak, jak do tej pory…

Po co więc tę żabę jeść? Po to, by zachować POZORY prywatyzacji, a uratować lewicową fikcję „równego startu”.

Doktryna ta w świetle dzisiejszej nauki jest jednakże nie do

utrzymania. Dzieci nie tylko dziedziczą część zdolności gene-

tycznie, ale reszty nabierają w najwcześniejszych latach,

miesiącach, tygodniach i dniach – a także w okresie życia

płodowego. Jeśli by więc Lewica istotnie chciała wyrównać

szanse na starcie – to przede wszystkim powinna usunąć

kobiety od nie-kobiecych zajęć, bo dziecko w łonie matki

zrywanej o świcie do pracy przy huczącej maszynie nie ma

równych szans. Dobrzeteż byłobyzacząć od niepropagowania

przerywania ciąży – bo dziecko zabite w pierwszych tygod-

niach nie ma szans w ogólell

(Polecam tu bon-mots p. Ronald Reagana: Tak się dziwnie sklada, że za aborcjţ opowiadają się wylţcznie ci, którym juz wyskrobanie nie grozi).

Prawica jest uczciwsza: nie chce wyrównywać szans, bo to jest niemożliwe. Przeciwnie: tu jest konflikt wartości; gdyby nawet pewne sztuczne wyrównanie dawało technicznie lep-sze wyniki edukacyjne – to ja byłbym przeciwko, gdyż nierówność (do pewnych granic) uważam za wartość samą w sobie; samo wyrównywanie uważam za szkodliwe.

Ukazanie konfliktu wartości kończy dyskusję. Odnotuję

105

więc tylko, że nie wszystko w <<POLITYCE>> się pogarsza: podobało mi się np. bezkompromisowe potępienie (przez p.

Stanisława Podemskiego) wykonania „wyroku” wydanego

przez Izraelczyków na Adolfa Eichmanna*. W ogóle: więcej mi

się podoba, niż nie – i prorokuję, że „POLITYKA” długo

jeszcze będzie wiodącym tygodnikiem w Polsce. Wiodącym

– ale i więdnącym. Powoli i z godnością.

* Tu drobne wyjaśnienie dla Czytelników, zdziwionych, że ktoś z „POLITYKI” – i wypowiedział się przeciwko ukaraniu śmiercią Eichmanna. Objaśnienie jest proste: p. Stanisław Podemski wypowiedział się przeciwko karze śmierci. Kto jest przeciwko karze śmierci w ogóle, jest też przeciwko karze śmierci w szczególe – dokładnie tak samo, jak w słynnej bajce p. Stanisława Lema „Koniec świata o 8-mej „ ten, kto jest za zniszczeniem świata jest i za zniszczeniem kota trzymanego przez głównego bohatera, gotowego zniszczyć wszech-świat (ten argument jak gdyby do niego trafia…). Nie jestem natomiast pewien, czy zdają sobie z tego sprawę Ży-dzi-abolicjoniści!

SZMALCOWNICY

Pan Jerzy R. Nowak, znakomity znawca spraw węgierskich

(z informacji, jakich mi o tym kraju udzielił, wynika, że bariera

została tam chyba ostatecznie złamana) pożyczył mi na dni

kilka wydaną oficjalnie książkę Hanny Arendt „Eichmann w

Jerozolimie”. Do tej pory dzieła Arendtowej czytywałem

wyłącznie w drugim obiegu – a raczej przeglądałem, gdyż nie

lubię metody intelektualnej polegającej na tym, że myśl, którą

da się przedstawić w felietonie, należy rozdmuchać do

500-stronicowego tomu tak, by stała sie zrozumiała nawet dla człowieka o umyśle zniekształconym dziesiątkami lat uniwer-syteckiego treningu.

Ten 400-stronicowy reportaż czytałem jednak aż do końca

– przez prawie pół nocy. Zmarła w 1975 roku Autorka nie potrafiła bowiem wprawdzie przełamać wszelkich myślowych tabu „obowiązujących” niejako z urzędu publicystów żydow-skich (np. po przytoczeniu zastrzeżeń przeciwko porwaniu i sądzeniu Eichmanna w Tel-Avivie gołosłownie i bez uzasad-nienia uznała, że było to jednak słuszne i właściwe) – ale podała wiele faktów i interpretacji całkowicie odmiennych od tych, których oczekuje obywatel PRL od stereotypowego pisarza żydowskiego. Ten stereotyp jest zresztą przeraźliwie uproszczony: Żydzi, jak każdy naród, są zróżnicowani w poglądach – i np. wściekłość, z jaką postępowe środowiska żydowskie w USA atakują Izrael jest znacznie większa niż emocje, z jakimi nasza emigracja podchodziła do PRL.

W szczególności – to jest dygresja – Hanna Arendt przypomina, że w Izraelu „żaden Żyd nie może zaślubić osoby nie będącej pochodzenia żydowskiego; małżeństwa zawarte za granicą sţ uznawane, ale dzieci ze związków mieszanych są z punktu widzenia prawa dziećmi nieślubnymi (dzieci poza-małżeńskie, których rodzice są Żydami, są prawowite), a jeśli komuś zdarza się mieć matkę nie-Żydówkę, nie może zawrzeć związku małżeńskiego, osoby takiej nie można także po-chować”. Przytaczam to nie w formie ataku na państwo Izrael: dopóki każdemu wolno tam pojechać i wyjechać bez żadnych ograniczeń nie jest to żadne łamanie praw człowieka i z punktu widzenia liberała wszystko jest OK; Autorka ma jednak rację komentując: „…musiała zapierać dech naiwność, z jaką oskar-życiel potępił osławione ustawy norymberskie z 1935 roku, zakazujące małżeństw mieszanych…”

Opinia żydowska w sprawach np. polskich jest na ogół

zupełnie inna niż opinia zawodowców, z którym miał np. do

czynienia p. prof. Ryszard Bender z kolegami. Tym niemniej

stereotyp „Polacy są jednak jakoś winni temu, że na ich ziemi

106 ţ 107

był Oświęcim” – pokutuje. Zaznaczam, że dalszą dyskusję prowadzić będę w obcym mi języku, gdyż w ogóle nie uznaję odpowiedzialności zbiorowej – i jeśli mi ktoś wypomni, że paru Polaków w Pcimiu niegodziwie potraktowało Żyda, to czuję sie dokładnie tak samo winny, jak gdyby zrobiło to paru Peruwiańczyków w Hong-Kongu. Tak: nie uważam też by dzisiejsi Niemcy musieli odpowiadać za swoich dziadków, choć Schmidt może się wstydzić, jeśli to jego konkretny dziadek był przestępcą; nawet wówczas trzeba jednak za-chować godność, a nie dawać z siebie obrzydliwe widowisko jak to uczynił – nie wiem za czyje pieniądze zaproszony do Polski – p. Mikołaj Frank, syn byłego Generalnego Guber-natora, demonstrujący kompleks Edypa i modne zboczenia seksualne jako reakcję na winy ojca.

Jeśli więc przyjąć język wroga-kolektywisty i utrzymywać, że „Polacy też są winni” – to dobrze znać (podane przez Arendtową) fakty. Otóż Holocaust był możliwy dlatego, że Żydów rejestrowały Rady Żydowskie, łapała żydowska policja, Żydzi stanowili na ogół obsługę krematorium, Żydem też był kat w Teresinie (obóz „specjalny”). Jeżeli by więc rozumować analogicznie, to trzeba by dojść do wniosku, że za Holocaust odpowiedzialny jest… naród żydowski.

Jest to, oczywiście absurd – ale właśnie w ten sposób, per reductio ad absurdum, wykazałem nonsensowność obciąże-nia odpowiedzialnością innych narodów. Tak nawiasem: Au-torka wymienia wielu dostojników I I I Rzeszy krwi mieszanej-a o Janie Franku, Generalnym Gubernatorze, twierdzi, że był najprawdopodobniej Żydem czystej krwi (słowo honoru, że nie piszę tego po to, by znów utrzymywać, że „wszystkiemu winni Żydzi”!)

Z całą natomiast powagą traktuję obserwację Autorki, że Żydzi ocaleli tam, gdzie nie było Rad Żydowskich – gdyż po prostu nie miał ich kto wówczas spisać!

To znów tyczy dowolnej społeczności. Gdy straci się własne

państwo i dostanie się pod wrogą władzę (jak w przypadku

Mongołów lub hitlerowców) to optymalną strategią jest

rozproszenie. Broń Boże jakichś ciał koordynujących, przed

108

stawicielstw i reprezentacji! Nic tak nie ułatwia wrogowi opanowania społeczeństwa. Wystarczy wówczas opanować centra…

Tyczy to również czasem własnego państwa, jeśli jest to państwo oparte na niemoralnych podstawach. Amerykańscy libertarianie wyliczyli, że w XX wieku ponad trzy razy więcej ludzi zginęło z rąk własnych rządów – niż z cudzych!!  Najświeższy przykład: parę lat rządów p. dra Pol-Pota kosz-towało Kambodżę więcej trupów niż chyba wszystkie wojny w jej trwającej parę tysięcy lat historii…

I tu dochodzę do sprawy nieco drażliwej. Opisując gehennę Żydów na Wschodzie nieustannie wymienia się dziesiątki ofiarnych działaczy Państwa Podziemnego, którzy z naraże-niem życia organizowali pomoc dla ukrywających się Żydów (a także przekazali parę pistoletów dla ŻOB). Narażenie życia było bardzo realne – bo wpadki były częste. Na akcję tę Rząd londyński wyasygnował trochę złota – tak potrzebnego przecież na inne cele. 0 tym pisze się w superlatywach.

A jednocześnie trwała prawdziwa walka o uratowanie Żydów. Była to akcja indywidualna i rozproszona. Dziesiątki tysięcy Żydów szukało prywatnie znajomości – a dziesiątki tysięcy Polaków tych Żydów przechowywało. Za pieniądze.

0 tej akcji nie pisze się – bo i o czym? A jednak twierdzę, że dzięki tej oddolnej i niezorganizowanej akcji ocalało parę razy więcej Żydów niż wskutek działań oficjalnych organizacji!  Mało się o tym mówi – bo branie pieniędzy za ratowanie czyjegoś życia uznano za rzecz poniżającą i ludzie boją sie do tego przyznawać.

Niesłusznie! Ukrywanie Żydów groziło śmiercią – i to nie w teorii, lecz w praktyce: były liczne przypadki. Istnieją, oczywiście ludzie o mentalności świętych – i słusznie czci się ich czyny – ale przeciętny człowiek słusznie chce za ryzyko pewnej rekompensaty. Nie każdy może być świętym.

Żydzi – poza autorami tekstów kabaretowych, być może

– pracować nie mogli. Na ukrywających się Żydów kartek nie dawano – a żywność na czarnym rynku była dość droga (a

109

nabywanie jej w większych ilościach – ryzykowne). To znów wymagało opłaty. Być może niektórych zamożnych Polaków było na to stać. Ale nie wszystkich. Nawet nie większość.

Była to wielka i chwalebna akcja – i nie ma się jej co wstydzić. Nie ma się też może czym szczególnie chwalić – ot, transakcja handlowa, korzystna dla obydwu stron. Na Mont Everest pierwszy wszedł Tenzing – o parę kroków za nim Hillary; jednak za zdobywcę uznaje się Hillary’ego, gdyż Tenzing szedł jako wynajęty za pieniądze tragarz. Tym niemniej wyczyn Tenzinga jest realny…

Były i sprawy rzeczywiście wstydliwe. Niektórzy – tzw.  szmalcownicy (a było ich sporo, niestety) -wydawali Żydów, którzy im zawierzyli, w ręce Niemców (i brali następnych). Na nich podziemne władze wydawały -jak najsłuszniej – wyro-ki śmierci. Wtej policyjnej, właściwej, roli Państwo Podziemne sprawdziło się. Natomiast w porównaniu z kwitnącą prywatną inicjatywą samo ratowanie państwowe było żałośnie mizerne.  Nie wiem, czy efektem nie było więcej ofiar niż uratowanych…

Ktoś powie: ale tak ratowali się głównie Żydzi bogaci. Tak

– ale przepraszam: czy uratowanie dziesięciu bogatych ludzi jest warte mniej, niz uratowanie dziesięciu ubogich? Człowiek, który oszczędzał słusznie ma więcej szans od tego kto pienią-dze przepijał! Lekarzowi (czy ratownikowi) nie wolno od-mówic pomocy – ale jeśli ma dwóch do wyboru, a może udzielić pomocy jednemu, to nie można mieć doń pretensji, że wybierze bogatego!!! Każdy inny wybór jest zresztą – moim zdaniem – niesprawiedliwy, gdyż arbitralny; wybór tego, co dał najwięcej, jest automatyczny i nie obciąża sumienia. Co nie znaczy, że nie wolno wybrać tego drugiego…

Pieniądz w ogóle bardzo łagodzi obyczaje. W wiekach średnich – już oświeconych, oczywiście – prawie nie było morderstw dokonywanych na jeńcach. Tak wspaniale roz-winięte poczucie etyki rycerstwa?

Ależ skąd! To po prostu: za jeńca brało się okup! Kto by za rżn ął złotą ku rę? !

110

ROZMYŚLAN IA Z GAR BATY

Wśród „100 zabobonów” wyliczonych przez o. Bocheńs-

kiego w Jego uroczej książeczce pod tym tytułem znajdują się

– jakże słusznie! – „Nacjonalizm” i „Demokracja”.

Piszę o tym dlatego, że Polacy często wierzą, iż wszelkie zło jest nam narzucone. Gdy nasz naród – lub lud – sam będzie o sobie stanowił, gdy nie będą się do nas wtrącać obcy-wszystko będzie znakomite.

Łatwo na przykładach z historii wykazać, że tak być nie musi.  Nie chcę się tu zajmować naszymi wadami narodowymi – tu pisał będę o tym, że tak być nie musi w żadnym ludzie – bądź narodzie – na świecie.

Znakomitym królem Lotaryngii był Stanisław Leszczyński, wygoniony zresztą z tronu polskiego. Znakomitymi królami Polski byli za to: Władysław Jagiełło, Stefan Batory czy Aleksander I – wszyscy cudzoziemcy. Natomiast Michał Wiśniowiecki i Stanisław August Poniatowski byli królami bardzo złymi (w dzisiejszym języku powiedzielibyśmy łagod-nie: „kontrowersyjnymi…” okropna maniera!)

Tyle o królach. A co o ludzie? 0 narodzie?

Jakże liczne są kraje, całkiem niepodległe narodowo i

rządzone demokratycznie – które wpadają z tego właśnie powodu w ciężkie tarapaty. Każdy znajdzie i dziś, i w przeszło-ści sporo takich przykładów. Skrajnym jest niewątpliwie hitleryzm. Narodowy socjalizm wraz z osobą fiihrera został w Niemczech wprowadzony całkowicie demokratycznie. Nikt-z zewnątrz ani wewnątrz – nie narzucił go Niemcom. Można też śmiało powiedzieć, że gdyby Niemcy w latach 30.tych były pod okupacją np. francuską lub polską, to wyszłyby na tym bez porównania lepiej, niż będąc demokratycznym i niepodległym państwem. Gdyby zaś w Berlinie rządził wówczas np. Mikołaj II, to Adolf Hitler mógłby do pałacu trafić wyłącznie w charakterze malarza. Pod warunkiem, że trochę by się jednak podszkolił.

Piszę to pod wrażeniem słów Ewangelii, które każdy z nas

111

niewątpliwie słucha co roku w Wielkim Tygodniu – bez głębszej refleksji politycznej wszelako. Mało kto bowiem traktuje Pismo Święte – zwłaszcza zaś Nowy Testament-jako zbiór przykładów z polityki. Poza tym: jakże często w ogóle już ich nie słuchamy – tak do nich przywykliśmy…

Przypomnijmy sobie scenę skazania Jezusa. Jesteśmy w Jerozolimie, gdzie rządzi marionetkowy władca Herod pod protektoratem Rzymu. Herod jest Żydem. Poncjusz Piłat-obcym. Trzecim aktorem jest lud – czy naród – żydowski.

W rozgrywce o życie Chrystusa Herod wykazuje obojętność.  Władzy świeckiej nie interesują rozgrywki teologiczne – w każdym razie nie do tego stopnia, by angażować kata i siepaczy pracujących za społeczne w końcu pieniądze. To lud-demokratyczną większością, przez aklamację, domaga się śmierci „bluźniercy”.

Herod wzrusza ramionami – i odsyła sprawę do Piłata. Tak jest wygodniej: po co ma zadzierać z opinią publiczną? Piłat może odwołać się do autorytetu Cesarza, przeto powinien mieć dość siły, by uratować skazańca.

Do ostatecznej rozgrywki przystępują więc: przedstawiciele władzy okupacyjnej – z autentycznymi przedstawicielami okupowanego narodu: Sanhedrynem (którzy pełnił w ówczes-nej teokracji również rolę parlamentu), faryzeuszami, saduceu-szami – no, i z samym ludem zebranym na placu.

Tam mieliśmy lud żydowski – przeciwko autokracie starają-

cemu się ocalić podsądnego. Tu mamy naród, pragnący

skazania własnego rodaka – i przedstawiciela obcej władzy,

starającego się go ocalić, z większym zresztą niż Herod

zaangażowaniem. Tu już nie motłoch uliczny – ale wykształ-

cone i opiniotwórcze warstwy narodu są za uśmierceniem

Jezusa. Piłat próbuje różnych wybiegów – niestety, Królest-

wo Jerozolimskie jest krajem samorządnym, autonomicznym

– a Rzym respektuje prawo narodów podbitych. Piłat próbuje jeszcze odwołania się do ludu. Efekt znamy. Usłyszał od-powiedź: „Śpij dziadku, spokojnie ze swoim drażliwym su-mieńkiem prawniczym; krew jego na nas i na dzieci nasze!”

Nie twierdzę, że rządy autokratyczne lub obce muszą być

lepsze od demokracji lub od rządów własnych władców. Chcę

tylko, by zastanowili się Państwo, czy demokracja i posiadanie

własnego państwa jest zawsze dobrem? Czy – na przykład

– w niepodległej Ugandzie za Amina żyło się lepiej, niż za czasów kolonialnych? Czy w Zimbabwe żyje się lepiej niż w Rodezji? Przypominam, że np. Hong-Kong jest kolonią….

Ja – stary sceptyk – sądzę, że częściej lepiej się wychodzi na tym, że rządzi ktoś z zewnątrz, kto nie ulega popularnym przesądom, narodowym fobiom i emocjom. Może się mylę.  Podejrzewam jednak, że np. pełna samorządność w Górnej Karabachii oznaczałaby wymordowanie ćwierci ludności.

Ale w każdym razie: przemyślcie to sobie Państwo bezstron-nie i samodzielnie!

LI ST OTWA RTY

(właściwie do wszystkich)

Opisy zbrodni stalinowskich przeniosły się z II obiegu na łamy wielkonakładowych czasopism. Należy więc liczyć się ze wzmożonym naciskiem opinii na ujawnienie narodowych resentymentów – a anty-rosyjskie nastawienie Polaków, już za rządów carskich mające pewne usprawiedliwienie, w wyni-ku po-rewolucyjnych ekcesów znacznie się wzmogło.

Obecnie czołowe miejsce zajmuje sprawa Katynia. Ludzie przy tym wcale nie chcą wiedzieć, kto zamordował polskich oficerów. Ludzie to – słusznie lub mylnie – wiedzą; od władz oczekują tylko informacji, że i władze przyjęły to do wiadomo-ści.

Sprawa nie jest całkiem pewna – czynię tu jednak założe-

112 ţ 113

nie, że vox populi się nie myli. Przy tym założeniu chciałbym namówić mych Rodaków, do spojrzenia na problem od innej strony. Od strony Rosjan.

Opinia publiczna obwinia za to „Rosjan”. Jednak pamiętać należy, że kilkanaście tysięcy oficerów – to wprawdzie ogromna wyrwa w tkance organizmu narodowego, ale in-teligencji r o s y j s k i e j wymorodowano miliony. Nawet u-względniając, że Rosjanie są trzykrotnie liczniejsi, ofiar terroru w Rosji było znacznie więcej niż w Polsce.

Rosjanin nie rozumie więc, dlaczego Polak ma o te ofiary pretensje n a r o d o w e. Przecież stalinowskim oprawcom by-ło wszystko jedno, czy zabijają Ukraińców, Mordwinów, Polaków, Estończyków czy Czeczeńcow! Zabijali z powodów i d e o I o g i c z n y c h – potem państwowych, gdy miejsce dogmatyzmu zajął etatyzm – ale nie z powodów n a r o d o-wych!!!

Dlaczegóżby zatem R o s j a n i e mieli nas przepraszać?!?

Oni są bardziej pokrzywdzeni, niż my! Bomba wybuchła tam,

– nas poraniły tylko odpryski. To o n i są godnymi współ-czucia. Tak nawiasem: mimo dobrych obecnie stosunków między Kościołami biskupi polscy nie skierowali do rosyjskich słów: „Przebaczamy – i prosimy o przebaczenie” – zawar-tych w liście do biskupow niemieckich sprzed prawie ćwierć wieku; słynnym liście, który wywołał burzę.

Patrzenie na te sprawy pod kątem narodowym jest zupełnym absurdem. Ale Rosjanie idą dalej. „Wy, Polacy, oskarżacie o te mordy nas. Ale przecież odpowiedzialnymi za to bezpośrednio jest pewien Gruzin i pewien Żyd! Natomiast Polacy, tak skorzy do rozliczeń historycznych, powinni wyjaśnić, czemu na jednym z centralnych placów Warszawy nadal stoi pomnik niejakiego Feliksa E. Dzierżyńskiego, Polaka, szkolnego kolegi Józefa Piłsudskiego – który ma na sumieniu wielokrotnie więcej Rosjan, niż Stalin Polakow. Autora słynnych słów: „My nie zabijamy za przewinienia; my niszczymy burżuazję jako klasę”. Rosjanin pyta jeszcze: „Czy to prawda, że wielu Polaków powiada: „Jaki był Dzierżyński, taki był – ale chwała mu za to, że wyrżnął tylu Ruskich? Może to był i dobry patriota?!”

114

Skończymy z tą licytacją. Przestańmy w o g ó I e patrzeć na

narodowość oprawców. Dajemy tym tylko pożywkę takim

organizacjom, jak Zjednoczenie „Pamiat”, jednoznacznie ob-

winiające za te ekscesy Żydów, Łotyszów, Polaków i Gruzi-

nów (w tej właśnie kolejności – i o tyle słusznie, że Rosjan w

tym towarzystwie prawie nie było). Jednak nie w narodowości

problem. Dzisiejszy Polak nie rozumie, że przed pół wiekiem

podziały ideologiczne były znacznie ważniejsze, niż narodowe

– i rodzeni bracia potrafili się mordować, jeśli uznali, że ten drugi „zdradził sprawę”.

Czy więc potrafimy spojrzeć na kwestię z tego – a nie z nacjonalistycznego – punktu widzenia? Czy potrafimy ujrzeć się takimi, jakimi widzą nas inni? Czy potrafimy potępić terrorystę – choć jest on Polakiem, „walczącym o słuszną sprawę”? Czy potrafimy rozliczyć własnych anty-bohaterów tamtego okresu? Czy zamiast emocjonalnej niechęci damy się kierować męskiej rozwadze? Czy- krótko mówiąc -jesteśmy gotowi do rozrachunku moralnego? Moralnego – a nie podporządkowanego narodowej lub państwowej polityce?

(Konfrontacje 3/89)

0 MNIEJSZOŚCIACH – LIBERALNIE

Zostałem poproszony o polemikę z broszurą p. Jerzego

Żurkopt.: „POKÓJ MIĘDZYSOBĄZACHOWYWAĆ” (rzeczo

mniejszościach w Polsce współczesnej). Propozycję potrak-

towałem niechętnie. Nie dlatego, iżbym polemiki z różnymi

nurtami opozycji uważał za jałowe (wręcz przeciwne: za

jałowe uważam polemiki ideowe z PZPR, którą to partię

uważam za bezideowy BBWR). „Wolność i Pokój” uważam

jednak za ruch tak wrogi ideowo konserwatywnym liberałom,

że polemika wydawała mi się mało sensowna. W dodatku ruch

115

ten wyczerpał swoje cele po zwycięstwie (ciut nadmiernym!) nad wojskowymi – i zajęcie się mniejszościami wydawało mi się (i nadal wydaje) szukaniem celu dla istniejącej organizacji.  Oczyma duszy widziałem już działaczy „WiP”-u na czele tęczowej koalicji złożonej z feministek, Murzynów (dwóch), Vietnamczyków (trzydziestu), Zielonych, Żółtych, Pomarań-czowych i Czerwonych. A także białych mniejszości narodo-wych, oczywiście.

Ku swemu jednak zdumieniu stwierdziłem, że wprawdzie p.

Żurko wychodzi z cokolwiek dziwacznych – dla kolektywisty:

normalnych – przesłanek, jednakże Jego wnioski są z kon-kluzjami liberalnymi niesłychanie zbieżne; więcej: najwygod-niejszym wstępem do tej polemiki jest przyjęcie założenia:

„Wnioski są całkowicie zbieżne – a kontrargumenty dotyczą rzadkich przypadków niezgodności”. Pozwolę sobie przy tym wtrącić kilka uwag o zasadności argumentacji p. Żurko,-kilka wzmocnień Jego arugumentów – no, i dużo uwag metodologicznych: tu właśnie są największe różnice.

Niejakim kłopotem jest niejednolitość książki. Pewne partie powtarzają się, pewne traktowane są niejednolicie, co jest oţdbiciem sposobu jej powstawania: jako zbioru prelekcji i referatów. Niestety, znajdzie to swoje odbicie również w polemice: na staranniejsze porządkowanie nie mam po prostu czasu. Przepraszam!

* * *

W roku Pańskim – bodaj -1986, na spotkaniu w Uniwer-sytecie Warszawskim, na wydziale Socjologii, bardzo aktyw-nie zachowywał się pewien młody Ukrainiec, bardzo sym-patyczny zresztą. Pytał mnie o rozmaite aspekty problemu ukraińskiego. Wreszcie, nieco poirytowany, gdyż spotkanie na zupełnie inny temat zamieniało się w seminarium ukrainistycz-ne – uciąłem dyskusję:

„Proszę Pana! Państwo liberalne oferuje Wam coś, czego nie zaofiaruje Wam żadne inne państwo: nie będziemy Was dostrzegać! „.

Sapientii sat – i tu właściwie mógłbym zakończyć tekst.  W dobie telewizji ludzie jednak są tak oduczeni od samodziel-nego wyciągania wniosków – a jednocześnie bombardowani informacjami, odrywającymi ich od kontynuacji myślenia – że czuję się zmuszony do rozwinięcia tej myśli.

W moim przekonaniu w konstytucji liberalnego państwa powinna być zapisana podstawowa zasada nie-dyskryminacji, brzmiąca:

„Każdy akt, ustawa, rozporządzenie lub inne zarządzenie władz państwowych wymieniające nazwę jakiejś narodowo-ści lub grupy etnicznej – jest z mocy prawa automatycznie nieważne”.

Urzędnicy państwowi – legislatorzy, sędziowie i egzekuto-rzy – muszą być całkowicie ślepi na kolor skóry i narodowość.  Na parę innych kwestii też – ale to inna sprawa.

Przyjęcie takiej zasady oznacza, że państwo byłoby niezdol-ne do wydania nakazu wysiedlenia Ukraińców lub osiedlenia Cyganów: po prostu nie byłoby jak ich sformułować! Oznacza też, że 99”% problemów narodowościowych znika – i przestaje być przedmiotem sporu.

Spory same, oczywiście, nie znikają. W państwie liberalnym

(PL) Ukraińcy mogą sobie żywo nienawidzieć Polaków

– z wzajemnością. Jeśli jednak Hryhorenko pobije Grzegor-kiewicza, to sąd nie będzie wnikał w jego powody – lecz ukarze go (surowo i przykładnie) za nieuzasadnione pobicie.  Pana Hryhorenkę – a nie „Ukraińca”! I za pobicie p. Grzegor-kiewicza – a nie za pobicie „Polaka”; co to obchodzi Wysoki Sąd jakie powody subiektywne miał p. Hryhorenko!?? Zdanie „Bo jest to Lach!” w uszach Sądu powinno być równie semantycznie sensowne jak „Bo wrony są parzystokopytne”; takie zdanie – używając pomysłu Orwella – w ogóle nie należy do języka prawnego PL! Najlepsze przybliżenie w języ-ku PL to: „Pobiłem go bez powodu” lub: „..z powodów niewytłumaczalnych”.

Proszę zauważyć, że obecnie chyba nie ma na świecie

państw liberalnych. W PL albowiem nie jest również możliwe

wydane zarządzenia: „W Alabamie należy w szkołach mieć

116 117

15”% Murzynów,10”% Latynosów, 5% Żydów…” – itd. Cał-kowicie niezależnie od tego, czy podane procenty Murzynów odpowiadają procentom Czarnych w populacji – czy też są większe „by wyrównać wielowiekowe krzywdy Murzynow”…

Wszelkie zarządzenia państwowe mające zapobiegać dys-kryminacji – w istocie dyskryminację zwiększają. Jeśli bo-wiem – proszę to traktować jako podkreślone grubą czarną krechą – państwo jest uprawnione do wydania za-rzadzenia faworyzujacego jakaś GRUPĘ – to natych-miast poczynaja się tworzyć lobbies by skłonić państ-wo do wydania takich właśnie przepisów. W tym przy-padku będą to lobbies narodowe – a więc najtrwalsze i najgroźniejsze ze wszystkich. W efekcie zamiast sporów normalnych powstają spory kolektywne – czyli: waśnie narodowe (klasowe, wyznaniowe, itd.).

Różnice narodowe i kulturowe istniały, istnieją, będą istnieć

– i istnieć powinny. Nie przeradzają się jednak w krwawe spory, gdy nie kryją się za nimi istotne interesy. Interesy te zaś powstają, gdy państwo jest władne przyznawać pewnym grupom przywileje. Tak więc źródłem konfliktów jest etatys-tyczne państwo. Nie jest przypadkiem, że szczyt zamieszek rasowych w USA przypadł na szczyt etatyzmu – tj. „Wielkie Społeczeństwo” Lyndona B.Johnsona. Jeśli reaganowska reakcja ku wolnemu rynkowi zostanie zahamowana – zamie-szki wrócą – i to jeszcze silniejsze.

Krzewicielem nienawiści rasowych jest też demokracja. Elity też nie są wolne od przesądów narodowościowych – jednak ulegają im w znacznie mniejszym stopniu. Im mniej władzy mają elity – tym większe prawdopodobieństwo pogromów.  W szczególności: nie ma w demokracji sposobu, by uniemoż-liwić mającej 60% większości gnębienie mniejszości. Nie zapobieże temu nawet formalizm prawniczy: jeśli Rurytań-czycy stworzą d e m o k r a t y c z n e P L, to któż im zabroni wprowadzić przepis nakazujący wszystkim mieszkańcom wy-konywać coś w s o b o t ę. Fakt, iż zmusza to Żydów do opuszczenia Rurytanii jest – formalnie biorąc – ubocznym skutkiem tej ustawy, dotykającej przecież wszystkich jed-nakowo. Inna sprawa, że w prawdziwym PL ustawa na-kazująca lub zakazująca pracy NIE może być wydana z powo-dów nie mających nic wspólnego z narodowościami.

Słabe państwa etatystyczne chronią się przed zamieszkami

(które same wywołują) przez ogłaszanie ustaw zabraniających szerzenia nienawiści rasowej. Jest to oczywiste ograniczenie wolności słowa. Jest zdumiewające, że ludzie, nie dopusz-czający by większość wyartykułowała swoją wolę (np. wolę:

„Bić Murzyna”) – nazywają się „demokratami”!!! Podzielam

ich intencje – jednak nie ukrywam się za fałszywą etykietką,

a rozwiązanie widzę całkiem inne. Stworzyć trzeba silne

państwo prawne, nomokrację, które pozwoli na szerzenie

dowolnej propagandy – ale bez wahania rozstrzela ludzi,

którzy poważą się naruszyć osobę lub własność bliźniego. Tak:

ROZSTRZELA! Znam setki przypadków historycznych, gdy

zdecydowane postępowanie wobec parunastu, parudziesię-

ciu, paruset lub paru tysięcy przestępców – zapobiegłoby

męczeńskiej śmierci milionów. Adolf Hitler wielokrotnie naru-

szał prawo – i władze weimarskie miały setki podstaw, by

rozwiązać NSDAP. Za burdy – a nie za anty-semityzm! Jak

słusznie zauważył p. Jerzy Urban: gdyby Ludwik XVI w od-

powiednim momencie kazał strzelać – nie byłoby rewolucji (a

zapewne potem i kolejnych nieszczęść). Przy okazji: to królo-

wie chronili Żydów przed tłumem – nie odwrotnie!!!

Sądzę więc, że rządy pacyfistów doprowadziłyby do rzezi w skali rzadko spotykanej w historii ludzkości. Ruch „niepo-słuszeństwa obywatelskiego” i „niesprzeciwianie się złu” ma na sumieniu co najmniej 5 milionów niewinnych hinduistów i muzułmanow w Indiach. Dobroduszność Mikołaja II kosz-towała Imperium Rosyjskie ponad sto milionów. Żadna rodzi-na nie jest tak skłócona, jak ta, w której dobrotliwy ojciec przytakuje wszystkim po kolei…Zaznaczam, że broszura p.  Żurko nie jest explicite sprzeczna z tą tezą.

P. Żurko chciałby jednak – dla naprawienia krzywd – znów

użyć siły państwa. Np. zorganizować akcję przesiedlania

Łemków z powrotem w góry. To by dopiero wywołało

resentymenty narodowe! PL nie może się czymś takim zaj-

119

118

mować. Każdy Łemko ma prawo (o ile nie jest ono przedaw-nione) domagać się w procesie cywilnym od państwa od-szkodowania za przymusowe przesiedlenie (co w tym akurat przypadku nie zawsze byłoby łatwe, gdyż, jak pisze p. Żurko (ja się na tym nie znam) otrzymane przez nich gospodarstwa były zazwyczaj warte wielokrotnie więcej, niż odebrane…W każ-dym jednak razie musi to być rozstrzygane w pojedyńczych procesach cywilnych – a nie w zmasowanej akcji państwa, które niewątpliwie doprowadziłyby do kolejnych krzywd: coż bowiem winien jest ten, co otrzymał dawną ziemię Łemka lub Białorusina??? Natomiast Łemko może sprzedać swą obecną gospodarkę, dodać sumę odszkodowania – i odkupić rodzin-ną ziemię – i nikt nie ma prawa w PL tego mu zabronić! (nb.  przeczytałem byłem w „ŁAD”-zie, że władze m. Zamość zakazały przyjazdu doń hr. Zamoyskiemu, b. właścicielowi tego miasta; ciekawe, na podstawie jakiego przepisu?).

Zarysowany program naprawy krzywd jest niewątpliwie konserwatywny – i nie spodoba się tym, co chcieliby szumnej akcji politycznej, która przysporzy im popularności – ale jest on jedynym programem sprawiedliwym – o ile ktoś rozumie dziś to pojęcie. Co nagle – to po diable.

Inny problem podnoszony przez p. Żurko: nazewnictwo.

Liberał (konserwatywny, a nie demokratyczny) podobnie jak

p. Żurko uznaje to za skandal – ale wini za to nie PRL, lecz

demokrację. Konserwatysta bowiem uważa, że nazwy tworzą

się w procesie historycznym, należą do lokalnej tradycji

– i NIKT nie ma prawa ich zmieniać! Nie jest do tego uprawniony Rząd ani Rada Państwa – ale też nie są do tego uprawnieni mieszkańcy tej wsi w głosowaniu powszechnym!

To właśnie – przyjęcie zasady, że nazwę zmienić można

– stało się przyczyną konfliktu. I znów: ta zasada jest ogólniejsza, nie tyczy Husiatycz lecz i Kaczego Dołu, który został przemianowany na Międzylesie (jeszcze znacznie przed zamierzeniem budowy Centrum Zdrowia Dziecka!). Jeśli ktoś nie chce mieszkać w Kaczym Dole lub w Pupach -to niech się przeniesie! Jego przodkowie mogli mieszkać? Mogli! Ceny ziemi i mieszkań w Pupach i Kaczym Dole będą niższe

– i dzięki temu będzie miejsce dla tych, co za ten zysk z chęcią będą na kopertach pisać: „Kaczy Dół”! Gdyby pozwolić ludziom na zmiany nazw, to wszystkie wsie w PR L nazywałyby się Kwiatowo Szczęśliwe – lub podobnie! A gdzie tradycja?  Gdzie historia? Wszystko zostałoby zglajszachtowane – i bar-dzo postępowo, gdyż zmieniałoby się jak w kalejdoskopie: po serialu o niewolnicy Izaurze co druga wieś nazywałaby się:

„Izaurowo Piękne”.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego uczucia p. Hryhorenki,

któremu Humienne przemianowano na Gumienne lub na

Hulajów są ważniejsze, niż uczucia….mieszkańca Kaczego

Dołu, który wcale nie życzył sobie mieszkać w Międzylesiu

– ale został przegłosowany. P. Hryhorenko też został prze-głosowany! Idzie nie o to, by zmieniać nazwy, tak jak chce większość – lecz by ich NIE zmieniać! Potworność systemu większościowego obnażył naiwnie jego zwolennik Szymon Konarski: „ Przegłosują ciebie – ale i ty wiele razy z większoś-cią przegłosujesz innych” („0 skutecznym rad sposobie”). No

– i takie są skutki!

Powtarzam: spójrzmy na problemy narodowościowe w

szerszym świetle! Nie są one istotą – lecz ubocznym odprys-

kiem niedopuszczalnych ingerencji państwa w tkankę społe-

‘ czną. I to powinno być państwu zakazane.

Następnym pseudo-problemem, w który całkiem niepo-

trzebnie wikła się p. Żurko, jest formalistyczne definiowanie

„narodu”. Zajęcie godne referenta w Ministerstwie d/s Naro-

; dowości! Tymczasem pojęcie „narodu” – a nawet i „gatun-

ku” – jest płynne! Nie jest tak, że da się poklasyfikować formacje ludzkie: to już jest naród – a to tylko grupa etniczna!

i Podobnie dzielił Józef Wissarionowicz Dżugaszwili – nie

. tylko na republiki i obwody autonomiczne, ale i na demokracje

mniej lub bardziej ludowe, np.: „KRL-D”, „WRL”, „DRW” itp.

Poszczególne grupy ludzkie są mniej lub bardziej narodo-

wościami. Żaden naród nie jest przy tym izolowany – i jedno-

lity. Każdy jest zróżnicowany, a na obwodzie ma nie tylko

mieszkańców, ale i grupy o nieokreślonym pchodzeniu. Nazy-

wanie ich „narodem” jest kwestią przypadku; Słowaków

120 121

uważa się za „naród” – a Morawian? Rosjanie uważają, że Ukraińcy nie są narodem, a tylko plemieniem ruskim – zaś „Ukraina” to intryga polskich Panów, którzy wymyślili nawet literacki język ukraiński (Pierwsze powieści i sztuki w tym języku pisali polscy arystokraci) – by oderwać Ukrainę od Rosji. Ukraińcy z kolei nie uznają za naród Łemków – a wcale nie jestem przekonany, czy Łemkowie ze swej strony nie gnębią jakichś „Łemków Górnych” lub „Wschodnich” za odstępstwa od Łemkowyny!

Wszystkie te etykietki są bez sensu. W swych klasycznych pracach językoznawca de Saussure wykazywał, że każda wieś i gmina mają własny język i kulturę. W dawnych czasach przechodziły one płynnie : w miarę jazdy z Krakowa do Kijowa język stawał się coraz mniej małopolski, a coraz bardziej galicyjski, później ukraiński. Poleszuk pytany o narodowość odpowiada: „Tutejszy” – i doprawdy nie ma sensu wyduszać zeń, czy czuje się Polakiem, Białorusinem czy Małorusem.  Problem powstał, gdy szalchta zaczęła porzucać łacinę: pisana formuła dokumentów wymagała stworzenia języka urzędowe-go. Zanik łaciny był więc źródłem nacjonalizmów.

Dalszym ciosem było wprowadzenie radia. Centralne radio-

fonie, pracujące dla mas, były tańsze, niż małe, lokalne

– przeto w najliberalniejszych nawet krajach zaczął tworzyć się sztywny model literackiego języka mówionego. Jeszcze przed wojną mówienie z wileńska, Iwowska lub poznańska nie raziło – było w modzie. Obecnie traktuje się je jako „niepo-prawną polszczyznę”.

Spowodowało to powstanie ostrych granic językowych

– a zatem kulturowych i narodowych. Zamiast ciągłych przejść – powstawały bloki, wewnątrz ujednolicone. Najgor-sze zaś nieszczęście trafiało się, gdy powstawało państwo narodowe. Poza Polską znany jest skrajny przykład Niemiec hitlerowskich – ale mało kto wie, że w socjal-demokratycznej Szwecji jeszcze rok temu zakazany był odbiór wszelkiej obcej telewizji (nawet duńskiej i norweskiej – choć kraje te retrans-mitują TV szwedzką!). Dziś mini-anteny satelitarne przełamały socjalistyczną blokadę – i Rijsdag ustąpił…

Lord Acton słusznie pisał: „0 narodowości” („Wiara i Wol-ność”, W-wa,1985, ss.28-29): „Połączenie różnych narodów w jedno państwo jest równie koniecznym warunkiem cywili-zowanego życia, co złączenie różnych ludzi w jedno społe-czeństwo (…). Tam, gdzie granice polityczne pokrywają się z narodowymi, postęp społeczeństwa ustaje, a narody popa-dają w stan odpowiadający położeniu ludzi, którzy rezygnują z obcowania ze swoimi bliźnimi”. I dalej (s. 30) „To, by narodowość stanowiła państwo, jest przeciwne naturze no-woczesnej cywilizacji”. Proszę zauważyć, że myśl tego chrześ-cijańskiego liberała z XIX wieku jest dokładnym zaprzeczeniem poglądów Hitlera, który naszą cywilizację cofnął w erę ple-mienną.

Być może dziś intynkt każe polskiej inteligencji z taką intensywnością szukać śladów kultury łemkowskiej, żydows-kiej, ukraińskiej i kaszubskiej – by uniknąć tego wyjałowienia.  Inteligencja nasza nie jest jednak liberalna – a etatystyczna; stąd próby rozmaitych instytucjonalnych rozwiązań -zamiast zezwolenia, by te kultury kwitły samorzutnie. Przyczynia się do tego stanowisko inteligencyj tych narodów, które też chcą mieć, ,swoich podopiecznych”, którym mogłyby narzucić coś pod przymusem! Mogę się założyć o wszystkie pieniądze, że gdyby tylko Polska zezwoliłaby na ukraiński samorząd -to ten wszelkimi środkami starałby się zniszczyć odrębność Hucu-łów, Bojków i Łemków! Białorusini założyliby w Białymstoku Akademię Języka Białoruskiego, która narzucałaby Białorusi-nom kanony Białostockiej wymowy – tak samo, jak war-szawiacy niszczą wymowy regionalne. I, naprawdę, jest dość obojętne, czy język kaszubski zostanie zniszczony przez Nie-mców, czy przez Polaków – różnorodność zaniknie, by ustąpić miejsca szarej jednolitości…

Z drugiej strony pewne języki i kultury same zanikają – i nic

na to nie można poradzić. Jeśli Białorusin w Białymstoku lub

Mohylewie woli posyłać dziecko do szkoły polskiej lub rosyjs-

kiej -to trudno! Nacjonaliści chcieliby, mieć własne państwo,

by zaingerować w decyzje rodziny!!! Dziękuję – ale nie!

Uznaję prawo rodziny białoruskiej – kaszubskiej – żydow-

123

122

skiej – łemkowskiej i jakiejkolwiek – do posyłania dziecka do szkoły w dowolnym wybranym języku. Uwaga: może to być również język angielski, chiński lub francuski! Łemkom chcą-cym uczyć się po łemkowsku nie przysługują inne prawa niż Polakom pragnącym kształcić się po portugalsku. Najłatwiej zrealizować to w systemie szkół prywatnych. Jeśli jednak mamy państwowe – to za z w i ę k s z o n y koszt nauki w in-nym języku powinni płacić rodzice. Byłoby niesłychanym gwałtem, by p. Grzegorkiewicz płacił zwiększony podatek za to, że p. Kowalski chce uczyć dziecko w swahili – lub p.  Hryhorenko w ukraińskim.

W obydwu przypadkach sprawy reguluje samo życie. Koszt nauki w swahili będzie o wiele większy – bo oryginałów negrofilów jest znacznie mniej, niż Ukraińców. Wolny rynek jest najlţpszym rozwiązaniem wszelkich (nieomal) proble-mów; narodowe nie są niczym wyjątkowym.

Kuriozalnym przykładem ingerencji państwa była RPA.

W latach sześćdziesiątych ich też ogarnęła fala narodowa

– i wpadli na pomysł, by Burów uczyć w afrikaans, Hoten-totów po hotentocku, Zulusów po zulusku itd. Wywołało to zgodny bunt Murzynów, którzy nie popadli w taki szowinizm jak Biali – i zażądali, by zamiast wjęzykach murzyńskich uczyć ich po angielsku (strajki uczniów w Soweto)!! Nie wy-kluczone, że gdyby rząd polski posłuchał białoruskich nac-jonalistów i zaczął pod-przymusem uczyć dzieci białoruskie po białorusku – to ich rodzice też zażądaliby nauki po angielsku lub po rosyjsku!

roszę zwrócić uwagę na symptomatyczną polemikę w „Res Publice” (3/88 s. 160) P. Michał Łesiów zarzuca p. Krystynie Kerstenowej, że „Wydzielanie Łemków od Ukraiń-ców jest nieuczciwe i wielce tendencyjne”. 0 dziwo p. prof.

Kersten potulnie przyjmuje naganę, usprawiedliwiając się

szczególną złożonością problemów nacjonalych – zamiast

zwymyślać p. Łesiowa od imperialistów. A tak! Gdyby

p. Łesiów i p. Kerstenowa byli odpowiednio prezydentami Polski i Ukrainy, to porozumienie między nimi byłoby okreś-lone jako rozbiór Łemkowszczyzny lub jako cyniczne zawiera-nie porozumień ponad głowami Łemków, których nikt o zda-nie nie pyta. Słusznie zresztą – ale po co w ogóle przyklejać im jakąkolwiek etykietę?

Podobnie ma się sprawa z radiem i telewizją. Nie jest dopuszczalne, by państwo nie zezwoliło na wydawnictwa wjęzykach innych niż polskie- i na inne programy. W ramach cenzury represyjnej można karać za głoszenie treści wywroto-wych – ale np. głoszenie socjalizmu jest dla państwa znacznie bardziej szkodliwe niż głoszenie separatyzmu kaszubskiego.  Granicą jest dla (państwa) poszanowanie jego suwerenności terytorialnej. Jest przy tym bez znaczenia, czy oddzielic się chcą Kaszubi, Ukraińcy – czy Wielkopolanie lub Mazow-szanie. Państwo zwalcza nie uczucia narodowe – a zamach na swą integralność. Z tego punktu widzenia należy dobrze zrozumieć carat, który w liberalnej fazie rozwoju n i e tłumił polskości – a zwalczał chęć utworzenia państwa polskiego.

Trzeba tu powiedzieć, że przez dłuższy okres czasu poza carską biurokracją gniótł Polskę równiez rosyjski szowinizm (np. nakaz nauki po rosyjsku). Wtym świetle chęć utworzenia własnego państwa była w Polsce zrozumiała. Gdy jednak nie występuje ucisk narodowy, o granicach państwa decydować mogą wyłącznie względy geopolityczne, tradycje i legalizm.  Wola ludności nie ma tu żadnego znaczenia. Zwolenników zasady „samostanowienia” spytam: a jeśli na jakiejś wyspie mieszka j e d e n człowiek i ogłosi niepodległość (ze wszyst-kimi atrybutami, prawem do 200-milowej strefy etc. …) – to też trzeba mu ustąpić? A jeśli dziesięciu? Stu? Porzućmy te mrzonki! To układ sił – a nie wola ludności – decyduje o przyłączeniu obszaru. Pod warunkiem, powtarzam, że państ-wo imperialistyczne zachowuje kulturę, prawa i zwyczaje narodów, nad którymi panuje. Powiedzmy jasno: Polska ten egzamin zdaje na tróję z minusem.

Idźmy dalej. Rodzice maja w PL prawo nie tylko do wyboru

właściwej szkoły – ale i do opieki nad dzieckiem. P. Żurko

125

124

ubolewa nad losem Cyganów – zaznaczając trzeźwo, że niedogodności dla Cyganów nie wynikają z anty-romskich prześladowań – lecz z tysięcy drobnych przepisów administ-racyjnych, z zakazem biwakowania na honorowym miejscu.  Ten zakaz – absurdalny – (vide mój list otwarty do dyr.  Lasów Państwowych „Tyg. Demokr.” 35/88) dotyczy paru-nastu tysięcy Cyganów – ale milionów Polaków. Dalej: przymus nauki w szkole; wołam od lat, że nie będzie dobrej pracy, gdy nie będzie możliwości bezrobocia – ale też nie będzie dobrej nauki, gdy nie będzie możności zostania anal-fabetą! Przymus szkolny doskwiera nie tylko Cyganom – ale parusettysiącom Polaków (bezpośrednio) i milionom pośred-nio (bo dzieci nie chcące – lub nie mogące – się uczyć hamują postępy innych). PL – szanujące rodzinę jako pod-stawową komórkę społeczną – może ewentualnie uznawać zasadę powszechnej m o ż I i w o ś c i kształcenia – ale nie może utrzymywać przymusu!

Dalej: Cyganom doskwiera konieczność posyłania do szkół

12-letnich dziewczynek, które są już w tym wieku żonami (a

nieraz i matkami); w dodatku małżeństwa muszą być niefor-

malne, bo prawo polskie nie dopuszcza małżeństwa poniżej

15-go roku życia. Tu akurat rdzenni Polacy dotknięci są

ilościowo w stopniu nieznacznym (ale rosnącym, bo młodzież

dojrzewa coraz szybciej); jednak ilość nie może przesłonić

potworności samej zasady: jakiś sędzia, widzący mają córkę

przez pięć minut, gorzej: ustawodawca, który jej w ogóle nie

widział!! – decyduje za m n i e i za n i ą, czy dojrzała ona do

małżeństwa! Przecież to jest groteska! Ludzie – a nawet

kobiety – są r ó ż n i i r ó ż n e! Jedna dziewczynka ma lat 20

i ani fizycznie ani umysłowo się nie kwalifikuje do roli żony

– a inna ma dwanaście, i trzeba ją wydać jak najprędzej, bo zacznie się puszczać!

Państwo liberalne może ustalić granicę -18? 21 ? lat – po

której do małżeństwa nie jest już wymagana zgoda rodziny,

tylko samej panny młodej – ale to jest przyzanie kompetencji

sobie i swoim urzędnikom. Jest to całkowicie sprzeczne nie

tylko z zasadą trwałości rodziny – ale i ze zdrowym rozsad-

126

kiem. Jeśli uznajemy, że minister rolnictwa w Warszawie nie powinien ustalać w styczniu terminu żniw w PG R-że w Suwa-łkach -to dlaczego dopuszczamy by Sejm w 1948 decydował o terminie zamążpójscia mej córki w roku 1988?!??

Zupełnie słusznie zauważa p. Żurko, że Cyganów dotyka również zakaz zatrudniania dzieci (znów ustawodawca decy-duje za dziecko i za ojca!). No – ale miałem nie podkreślać tego, w czym się z Autorem zgadzam, a jedynie zgłaszać uwagi krytyczne i metodyczne. Tak więc, w odróżnieniu od Autora, nie sądzę, by Cyganów należało wyłączyć spod ustaw o zaka-zie zatrudniania, przymusie nauki i wieku zamążpójścia – są-dzę, że te idiotyczne ustawy trzeba po prostu w całości znieść.

* * *

Inteligenci często boją się, że jeśli nie będzie przymusu, to

stracą swoją klientelę. Błąd! W Nowym Jorku nie ma przymusu

-a Polacy, Ukraińcy, Meksykanie, Murzyni i Kostarikańczycy na przykład mieszkają zazwyczaj obok siebie, tworząc kolonie albo i całe dzielnice. I to jest naturalne! Rozwój narodowy i więzi narodowe – to jedne, a więzi państwowe – to drugie.

Zdziwił mnie trochę Autor żądaniem „ustawy wprost ze-zwalającej Cyganom na wędrowanie”. Sądzę, że wynikało to, z pośpiechu. Natomiast domaganie się, by specjalnie dla Cyganów znosić obowiązek służby wojskowej jest sprzeczne z postulatem PL. Mogłoby np. spowodować, że młodzi ludzie zaczęliby podawać się za Cyganów (narodowość w tym kraju ustala się, chwalić Boga, jeszcze subiektywnie…) Sympatyzuję z Autorem – ale nie można, niestety, robić wyjątków.

Zgadzam się też z p. Żurko, że dodatkowe mianowania

posłów mniejszości wzmogłyby niechęć do mniejszości – ale

nie dlatego, że mianowałyby ich niepopularna władza – a dla-

tego, że byliby to posłowie mniejszości. Jaka awantura wybu-

chła, gdy Narutowicz został wybrany głosami mniejszości

– proporcjonalnymi! Teraz jedno z dwojga: albo ci dodatkowi posłowie nic więcej by nie załatwili dla swych ziomków (ponadto, co im się należy) – a wówczas byli po prostu

127

niepotrzebni – lub też załatwili – i wówczas podniesie się

crsprawiedliwiony jak najbardziej wrzask Polaków. Sam będę

krzyczał: niech sobie Ukraińcy otworzą własną radiostację

– ale nie z moich podatków!!

To samo dotyczy zwolnień z wojska. Wojsko Polskie (to nazwa państwowa, nie narodowa) powinno być apolityczne, i strzec granic państwa. Nie pamiętam w tej chwili nowego tekstu przysięgi wojskowej – ale bardzo możliwie, że nie ustrzeżono się tam od frazesów o narodzie polskim; w tym przypadku istotnie jest to nietakt wobec żołnierzy innych narodowości mających walczyć za Rzeczpospolitą. Powinni to być żołnierze zawodowi – być może nawet zaciężni obywate-le innych państw – a wówczas problem sam się rozwiąże.

Na koniec: nie zgadzam się z Autorem, że jednym z gwaran-

tów trwałości pokoju jest p o j e d n a n i e m i ę d z y n a r o-

d a m i. 0 ile znam historię, to trwałe pojednanie między

narodami występuje jednynie wtedy, gdy wspólnie napadają

na trzeci naród. Narody mają strzec swej kultury i zwyczajów

– zaś stosunki osobników.jednego narodu z osobnikami z drugiego winny być regulowane przez proste prawa państ-wowe. Żadne „porozumiewanie się narodów” nie jest tu potrzebne. Do pojednania potrzebni są przedstawiciele – a ci, po ewentualnym daniu z karpia i dwóch niedźwiedzi zaraz zaczynają się zastanawiać, jakby tu zagrać przeciwko trzecie-mu – lub też: jakie dla siebie (jako przedstawicieli!) wyciąg-nąć korzyści. P a ń s t w u potrzebna jest silna władza – n a-r o d o w i N I E! Uspokojenie jednego przywódcy narodu kosz-towało świat ładne parę lat wojny i wiele milionów zabitych.

Twórca nowoczesnego narodu francuskiego, Napoleon, był

nieco tańszy – ale i ludzi było wówczas mniej, i technika

zabijania znacznie gorsza. A jak on sie jednał! Z samą Austrią

Francja jednała się bodaj cztery razy!!

Druga uwaga dotyczy statystyk, którymi p. Żurko przyo-zdobił Swą broszurę. N ie czytałem ich, oczywiście – bo po co?  Prawa Łemka, Ukraińca lub Laotańczyka w Polsce nie mogą bowiem zależeć od liczebności narodu, do którego należą!

Jeśli jakiś Ukrainiec twierdzi, że należą mu się dodatkowe

prawa, bo Ukraińców w Polsce jest milion – to niech się nie

dziwi, gdy jakiś polski demokrata odpowie mu, że Polaków jest 35 milionów – a zatem Polacy powinni mieć 35 razy więcej praw, niż Ukraińcy! Zasłużył na to!!

Powtarzam: wszelkie prawa „narodowe” są naturalnymi prawami człowieka do życia tak, jak mu się podoba – w grani-cach prawa. Może to być w rezerwacie indiańskim – ale pod warunkiem, że bytność w nim jest dobrowolna i nie subwenc-jonowana (ani nie karana specjalnie podatkami).

Człowiek z natury wybiera życie w otoczeniu członków swego narodu, warstwy, grupy itp. Oryginałowie nie poddają się tej presji – i nie może w to ingerować władza państwowa.  Nie musi zresztą: po co?

Zdecydowanie sprzeciwiam się więc tworzeniu jakichkol-wiek komisyj państwowych zajmujących się losem Polaków za granicą – obojętne: w USA czy w Rosji (przy założeniu, że nie są to ludzie którzy zostali zmuszeni do zrzeczenia się polskiego obywatelstwa). Natomiast państwo polskie zajmować się może wyłącznie losem o b y w a t e I i polskich – najzupełniej niezależnie od ich narodowości (co robi mało skutecznie, bo ma zbyt wielką armię urzędników, a za słabą armię na lądzie, na morzu i w powietrzu – co bynajmniej nie jest skutkiem działalności grupki pacyfistów, niestety…)

Zakończenie

Jak ci z Państwa, którzy przeczytali broszurę: „Pokój między sobą zachowywać” zauważyli – różnice między Autorem a mną są duże w zasadach – zupełnie marginalne we wnioskach. Być może padłem ofiarą pułapki zastawianej przez lewicę na liberałów – trudno! W krajach anglosaskich zaczęło się od podkreślania praw jednostki – a potem nazwano „liberalismem” program kolektywnych rewindykacji… Myślę, że w Polsce konserwatywnym liberałom to nie grozi: teń numer znamy z licznych opracowań! Natomiast mam osobiście zwy-czaj czytać to, co widzę i oceniać, co czytam – a nie ukryte, domniemane, diaboliczne intencje „Wolności i Pokoju”. Dla-tego broszurę p. Żurko uważam za opracowanie bardzo pożyteczne i – warte przeczytania.

128 129

KAT i KATYŃ

W tym samym n-rze (3/89) PRON-owskiego miesięcznika „KONFRONTACJE”, który zamieścił mój „List Otwarty Właś-ciwie do Wszystkich” znalazł się artykuł p. Jacka E. Wilczura, głównego specjalisty w Głównej Komisji Badania Zbrodni H itlerowskich (która, jak wydaje się z tekstu, ma szczery zamiar – zgodnie z tezami prof. Parkinsona – wypączkować z siebie Główną Komisję do Spraw Badania Zbrodni Stalinowskich).  Ale ja nie o tym – lecz o ostatnim akapicie, w którym Autor stwierdza, że „stalinizm stanowił absolutne zaprzeczenie hu= manizmu i socjalizmu – takiego socjalizmu, jaki jawił się naszym dziadom i ojcom; socjalizmu, za który szli bez lęku na szafot i zesłanie Polacy, Rosjanie, Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Gruzini, Ormianie i inni”.

Warto tu zauważyć, że za cara ludzie szli na szafot lub na zesłanie (nb. w miejsca, do których wyjechać dziś można wyłącznie za ciężkie pieniądze, np. Bajkał, Samarkanda itp.).  Potem bojownicy o socjalizm zabijani byli strzałem w tył głowy przygiętej nad kiblem – lub szli do koncłagrów, gdzie marli tysiącami przy katorżniczej pracy. I to jest prawda – z tym, że wcale mi ich nie żal – żal mi tych, którzy walczyli przeciwko socjalizmowi, byli mordowani jeszcze okrutniej (i wcześniej), a za którymi jakoś „Wolna Europa” i podobne instytucje ani się nie ujmują, ani łez za nimi nie wylewają. Na mojej półce stoi opasły tom: „Wielka Czystka” Aleksandra Weissberg-Cybuls-kiego. Ten fizyk-inżynier-dialektyk wyjechał z Wiednia dob-rowolnie do Charkowa w roku 1931 – budować… właśnie, co: socjalizm czy stalinizm? Aresztowano go w 1937 – i na 600 stronach opisuje swe przeżycia przez 3 lata (zwolniono go w 1940). W ostatnich akapitach skarży się, że staliniści likwidowali grupy demokratyczne, postępowe. Natomiast:

„Nie było między więźniami klasycznych wrogów rewolucji rosyjskiej, monarchistów i białogwardzistów”.

Rzeczywiście: JUŻ nie było. Wybitny ponoć fizyk, za którym

wstawił się sam Albert Einstein, znalazł nawet na to naukowe

130

wytłumaczenie: „Oszczędzano tych zwolenników innego des-potyzmu. Nie spotkałem w więzieniach Wielkiej Czystki ani jednego monarchisty” I ! !

W swoim czasie deklarowałem, że dla demonstracji gotów

jestem zamieszkać przy samej elektrowni jadrowej. Teraz chcę

zastrzec: „Nie dotyczy to elektrowni budowanych przez po-

stępowych inzynierów-fizyków w rodzaţu Weissberg-Cybuls-

kiego”. Dodam, że był to, wedle oceny towarzyszy, umyśł

wybitny. „Zasłynął szybko jako niezrównany fechmistrz mark-

( sizmu” – pisze Gustaw Herling-Grudziński cytując Artura

G Koestlera: „Podczas naszego pierwszego spotkania zrobił ze

I mnie dialektyczną siekankę”. Był to, co się zowie, teoretyk

nowego ustroju społeczno-gospodarczego. Oto jego refleksje,

gdy zamknięty w celi nie może już, ku swemu żalowi, nadal

budować tej nowej gospodarki w Charkowie: „N ie znam się na

ogrodnictwie, zakładałem więc do tej pory, .że jabłka rosną

same. Nie trzeba w to wkładać żadnej pracy. Dopiero (no-

wo-wprowadzony więzień) uświadomił mnie, jak ciężką jest

praca ogrodnika”. Można przypuszczać, iż Trocki sądził, że

, kartofle wykopują się same, a Marx – że kapitalista spędza

czas wyłącznie na paleniu cygar.

Wróćmy do tematu – tj. do tekstu p. Wilczura. Otóż w

jednym zgadzam się z Nim całkowicie: mord w Katyniu nie był

generowany przez uczucia narodowe, anty-polskie – lecz

przez ideologiczne i państwowe. Stąd nie są słuszne polskie

j pretensje do Rosjan. Zapominamy jednak, jakże łatwo, że

możliwe są takie same odczucia w stosunku do n a s. Np.

Rosjanin może mieć pretensje do Polaków o zbrodniczą

działalność szefa osławionej Nadzwyczajnej Komisji, zwanej

w skrócie „Cze- Ka”. Jeśli my żądamy od Rosjan, by ci kajali się

I za winy Stalina, Jahody, Berii (żaden z nich nie był Ros-

i janinem – podobnie jak nie był Rosjaninem żaden prawie z

cesarzy Wszechrusi, i nie byli nimi również: Mikita Chrusz-

czow, Czernienko ani Andropow) – to znacznie bardziej

sensowne jest, gdy Rosjanie domagają się ekspiacji za winy

Feliksa Dzierżyńskiego, polskiego szlachcica, wychowanka tej

samej, co Józef Piłsudski, szkoły (niestety, polskie szkoły

131

wypuszczały stanowczo zbyt wielu socjalistów – Milton Friedman twierdzi, że takie są skutki bezpłatnego nauczania, ale czy za caratu szkoły były bezpłatne?).

Jest to również oczywisty nonsens. Działalność Dzierżyńs-

kiego była na wskroś kosmopolityczna i było mu zupełnie

wszystko jedno, jaka jest narodowość jego ofiar. Natomiast

– i tu zaczyna się nasz narodowy bzik – znam wielu ludzi mówiących szeptem: „Dzierżyński to był dobry Polak, który poświęcił sie i robił tę rewolucję, by zniszczyć sowiecką inteligencję i osłabić naród rosyjski, bardzo skutecznie zresz-tą”; albo: „Jaki był Dzierżyński, taki był – ale w sumie zrobił przypadkiem dobrą robotę” (Niektórzy anty-semici to samo mówią o Hitlerze…) .

Łatwo Rosjanom odpowiadać, że jest to patologia, częś-ciowo wywołana latami niewoli narodowej. Trudno jednak odeprzeć zarzuty, że o ile my domagamy się potępienia katów narodu polskiego – to wiele reprezentacyjnych ulic i placów nosi imię Feliksa Dzierżyńskiego, w wielu miastach stoją też jego pomniki. I dopóki nie przeprowadzimy tego rozrachunku z naszym narodowym fiołem, dopóki nie rozprawimy się z widmami przeszłości, to Rosjanie będą mogli podejrzewać, że nam wcale nie chodzi o rozrachunek ze stalinizmem – lecz o drapanie nastrojów anty-rosyjskich. A to zupełnie zmienia postać spraw.

PROBLEM ŻYDOWSKI

Wiele osób powiada: „Wobec małej liczby pozostałych w Polsce Żydów problem żydowski przestał istnieć – a przynaj-mniej nie ma on istotnego znaczenia politycznego”.

Stanowisko to uważam za błędne.

Nie itnieją również UFO – a problem latając)ych talerzy

istnieje i powoduje miejscami lokalne paniki. Nie istnieje też np. wpływ gwiazd na postępki ludzi – a horoskopy stanowią nie tylko potężny business, lecz i środek politycznego wpływu na ogłupiały motłoch. Jest więc jasne, że do wywołania anty-semityzmu nie jest potrzebna obecność choćby jednego Żyda – a przecież Żydzi w Polsce istnieją i znajdują się w bardzo eksponowanej zazwyczaj pozycji.

Anty-semityzmu nie można też lekceważyć jako głupoty i szaleństwa – i odmawiać zajmowania się nim. Laseczka Kocha nie jest mądrzejsza od zakamieniałego anty-semity – a przecież nie odwracamy się tyłem do gruźlicy, lecz pode-jmujemy nad nią badania. Błądzą więc ci, co wołają: „Nie dotykajmy tego tematu – a kto go porusza, ten jest wrogiem, gdyż wywołuje upiory przeszłości”. Jeśli inteligencja będzie temat ten pomijać – odda go innym, mniej oświeconym warstwom. Zdumiewające jest zwłaszcza, iż od tematu tego uciekają Żydzi; czyżby uważali, że mówienie o gruźlicy jest zaraźliwe? Obawiam się, że kultywowanie takiego przesądu może tę grupę drogo kosztować.

Będę zatem omawiał anty-semityzm jako zjawisko społecz-ne – nie zajmując się potępianiem ani pochwalaniem, lecz jedynie opisując i szukając jego źródeł.

Przede wszystkim zwrócić należy uwagę na wyjątkową trwałość anty-semityzmu. Jest on niemal równie stary, jak nasza cywilizacja – i występuje we wszystkich kulturach: łacińskich, nordyckich, słowiańskich (a nawet…semickich-gdyż Arabowie też są przecież Semitami). Proste i powszech-nie przyjęte w nauce postępowanie to założenie, że jeśli jakaś cecha występuje trwale, to jest ona potrzebna i pełni jakąś funkcję. Tłumaczenie, że anty-semityzm wymyślił Hitler, Ne-ron lub Nabuchodonozor-jest bezprzedmiotowe, wielu ludzi wymyślało najrozmaitsze anty-nacjonalizmy – a jednak tylko anty-semityzm okazał się być trwałym. Tak więc pytanie:

„Dlaczego właśnie on?” – w dalszym ciągu pozostaje nieroz-strzygnięte.

Możliwości są dwie: anty-semityzm jest skutkiem pewnego a t r y b u t u właściwego Żydom (lub stosunkowi Żydzi-Goje)

132 133

– lub pewnego a k c y d e n s u (najprawdopodobniej tego, że Żydzi zamieszkują te tereny w diasporze).

W gruncie rzeczy możliwość druga sprowadza się do pierwszej gdyż najprawdopodobniej jakiś atrybut tej rasy powodujejej nieustanne rozproszenie po świecie. Przypuśćmy jednak, że jest to przypadkiem. Co z tego?

Otóż: niewiele. W USA żyją niemieccy i polscy imigranci-liczniejsi nawet od Żydów – a przecież istnieją tam liczne pisma i wydawnictwa anty-semickie, natomiast specjalnych grup o zorganizowanym anty-polskim lub anty-niemieckim nastawieniu – brak. Możliwość zatem, że s a m f a k t bycia rozproszoną mniejszością powoduje anty-semityzm raczej odpada. Najdobitniejszym kontr-argumentem jest Imperium Romanum, gdzie przy ogólnej tolerancji narodowościowej wybijały sie przejawy anty-semityzmu (chrześciajnie byli prześladowani jako wredna sekta żydowska, jako próba skos-mopolityzowania Żydowstwa, udostępnienia go Gojom).

Z drugiej strony uwarunkowania czysto rasowe też trudne są do przyjęcia – choćby z uwagi na fakt, że ci sami Żydzi w swoim państwie uczuć takich nie wzbudzają. Pozostaje więc tylko jedno wyjaśnieje:

Przyczyną anty-semityzmu jest cecha Żydów – lecz cecha wytworzona kulturowo (najprawdopodobniej wskutek życia w diasporze).

Zasadniczą cechą narodu mającego przetrwać -jako naród

– między obcymi jest zachowanie tożsamości kulturowej. To zaś utrudnia konkurencję życiową z mieszkańcami naro-du-gospodarza: kupiec miejscowy lepiej zna zwyczaje swego narodu i przewagę tę mógłby wykorzystać. Warunkiem prze-trwania jest więc duża płodność – oraz wzajemna pomoc (faworyzowanie członków własnego plemienia). Trudno to potępiać: czy potępiamy Polaka, który w Ameryce zatrudni raczej krajana niż Portorikańczyka o tych samych kwalifika-cjach? Że da mu lepszą rekomendację? Że ma doń większe zaufanie: Nie – wszakże u Gojów burzy to poczucie sprawied-liwości. Mamy więc pierwsze źródło anty-semityzmu: kumoter-stwo.

Tu dodać trzeba, że jest to wyjaśnieniem popularności antysemityzmu wśród inteligenncji, która teoretycznie powin-na mniej być nań podatna. Otóż trudno na dalszą metę wmówić ludności, że chleb od Goldbauma lepszy jest niż od Ivanova, a lokomotywy Rotsteina od lokomotyw McKendalla (o ile rzeczywiście nie są lepsze). W dziedzinie kultury jest to o wiele łatwiejsze: gdy tylko Żyd stworzy coś ciekawego, natychmiast podnosi się w świecie zgodny chór klakierów z jego nacji. Trudno ich za to winić – ostatecznie „Kurier Polski” też prowadzi rubrykę „Polacy w świecie” i byle nowy typ kurnika wynaleziony przez Kovalsky’ego w Dakocie jest sławionyjako wybitne osiągnięcie. Jednak tysiąclecia poniżeń i życia w zagrożeniu wytworzyły u Żydów znacznie silniejszy automatyzm – co jest istotnie dość irytujące.

Przykład podam – jak zwykle – skrajny. Albert Einstein był

bez wątpienia człowiekiem wybitnym, a szczególna teoria

względności pięknym i eleganckim uogólnieniem. Jednak

aparat matematyczny był stworzony przed Einsteinem przez

Lorentza, zaś cała filozofia teorii względności – przez Poin-

care”ego. Pozwala to ujrzeć osiągnięcia Einsteina we właś-

ciwym świetle – co, oczywiście, nie zmienia wysokiej jego

oceny. Jednakże natychmiast z Einsteina zrobiono monument

– „New York Herald Tribune” przedrukowała np. przesłaną telegraficznie jego teorię na pierwszej stronie (ze wzorami)…  Pięknie świadczy to o szacunku, jaki na przełomie wieków żywiono dla nauki – pytaniem jednak jest, czemu podobnie nie postąpiono z teoriami tworzonymi przez Gojów? Dumna ze swego przedstawiciela inteligencja żydowska doprowadziła do tego, że nazwisko „Einstein” używane jest jako symbol ludzkiego geniuszu (sam je tak wykorzystuję). Czyż jednak można mieć o to pretensję? W polskiej encyklopedii np.  promieniotwórczość odkryła pani Skłodowska przy jakiejś tam współpracy pana Skłodowskiego-Curie, który na szczęście szybko taktownie umarł…

Trzeba tu jeszcze zrozumieć pewien żydowski kompleks.

Naród ten jest genialny w naśladownictwie – cierpi jednak na

brak oryginalnych twórców. Np. w muzyce: kompozytorów

134 135

(poza Mendelsohnem) brak – a wybitnych wykonawców liczy na kopy. Stąd owa duma z Einsteina i usilne lekceważenie źródeł jego inwencji. Stąd z kolei absurdalne hitlerowskie oskarżenia Żydów o „pasożytnictwo kulturalne”. Są one absurdalne jako „oskarżenia” – gdyż teoretycy faszyzmu nie uświadamiali sobie, że równie dobrze można by oskarżać np.  żołądek o pasożytowanie na organizmie lub bakterie umoż-liwiające krowom trawienie – o życie kosztem krów. Jako fakt „pasożytnictwo” owe jest w jakimś sensie prawdą – z tego bynajmiej jednak nie wynika szkodliwość Żydów. Ostatecznie klasyfikacja Linneusza też nie jest osiągnięciem twórczym, a uważana jest za pomnik nauki; być może w wielu przypad-kach systematyzacja taka utrudniła badaczom dostrzeżenie jakiegoś fenomenu – ale za to milionom ludzi ułatwiła przyswojenie sobie materiału botanicznego. Podobnie z in-nymi osiągnięciami dedukcyjnymi, gdzie Żydzi tradycyjnie wiodą prym. Wśród filozofów, metodologów i fizyków trwają wciąż dyskusje, na ile szczególna (a zwłaszcza ogólna) teoria względności jest istotna (tj. pozwala wyjaśnić niezrozumiałe bez niej zjawiska), a na ile jest formą prezentacji – nikt wszakże nie zaprzecza, że był to milowy krok myśli ludzkiej, rewolucjonizujący spojrzenie na fizykę i rozszerzający hory-zont. Teorie kwarków, kwantów i cząstek elementarnych czekają na jakiegoś genialnego pasożyta.

Najostrzej zjawisko to występuje w świecie kultury, gdzie kryteria są najbardziej płynne. Ustalenie, czy lepsze są wiersze Stanisława Jachowicza czy Juliana Tuwima, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego czy Jana Brzechwy (Lesmana), Ju-liusza Słowackiego czy Bolesława Leśmiana (Lesmana…)

-jest dość dowolne i łatwo jest – przy zmasowanym nacisku

– osiągnąć barani pęd publiki. Stąd uczeni rzadziej są antysemitami – a luminarze kultury częściej.

Nadąć jednak można jedynie rzeczywisty balon. Do dmu-

chania trzeba też mieć płuca. Wyjątkowe osiągnięcia Żydów

w dziedzienie reklamy w znacznej mierze biorą się stąd, że

towar nie jest zły, a sposób podania znakomity. Trzeba więc

wreszcie spytać o źródło tego specyficznego talentu – pamię-

136

tając, by go nie demonizować, gdyż gdyby Źydzi byli napraw-dę genialni, to potrafiliby przy takiej organizacji i wprawie zapobiec anty-semityzmowi…

Nawet najwięksi anty-semici przyznają Żydom wyjątkowe zdolności. Różne sa tu teorie – lecz większość odrzuciłem rozumowaniem zawartym na początku. Jedna z zabawniej-szych (co nie znaczy, że należy ją a limine odrzucić) głosi, że zarówno u Żydów, jak i u katolików elitę umysłową tworzyli kapłani. Z tym tylko, że księży obowiązywał celibat – a rabi-nów nakaz „cescite et multiplicamini” – stąd geny sprzężone z intelektem ţie zanikały, lecz rozprzestrzeniały się. Teoria ta ma jednak liczne wady. Społeczeństwa poligamiczne powinny mieć – zgodnie z nią – przewagę intelektualną nad mono-gamicznymi (jeśli intelekt kojarzy się ze zwiększonym bogact-wem…); prawosławne nad rzymsko-katolickimi (jeśli intelek-tualiści wybrali kariery popów) itd. Trudno byłoby to orzec.

Do innej kategorii należą wyjaśnienia pozabiologiczne

– zazwyczaj interwencja Boska („Naród wybrany”) lub czynnik X (kosmici? – gdzie wóz proroka Eliasza, głos z góry Synaj i wizja św. Jana traktowane są jako projekcje zjawisk typu UFO). Zanim się ktoś do nich odwoła powinien poszukać ziemskiej przyczyny, zgodnie z zasadą oszczędności środków.

Przyczynę taką nie trudno znaleźć.

Jest nią anty-semityzm.

*

Tłumaczenie anty-semityzmu anty-semityzmem pozornie wygląda na kpinę – ale podobnie było z wyjaśnieniem istnienia lodowca. Zjawisko bowiem ma kształt sprzężenia zwrotnego.

Przypuśćmy, że z jakiejkolwiek przyczyny – życie w dias-

porze, nepotyzm – nastąpiły zakrojone na szerszą skalę

prześladowania Żydów. Sam fakt życia poza zwartym ob-

szarem rodzinnym należy do wyjątków – ale wcale licznych

(chociaż np. Cyganie różnią się całkowicie od Żydów tym, że

137

nie mieszają się z ludnością osiadłą); rolę „Żydów” mogło więc odegrać kilka narodów – nie miały one jednak prawodawcy, który zdołałby narzucić im surowe przepisy uniemożliwiające asymilację i nie miały poczucia misji („narodu wybranego”), która mogłaby ściągnąć na nich niechęć tubylców. Wszystko to jest – w jakiejś mierze – przypadkowe, przypadkowymi wręcz są pierwsze pogromy. Takich przypadków zna biologia, antropologia i etnografia całe mnóstwo. Właściwie każdy naród to w jakimś sensie wyjątek.

Reszta przypadkiem już nie jest. Jakiż był efekt tych prze-

śladowań? Oczywiście, wzmoiona selekcja naturalna

wewnątrz prześladowanego narodu. Przetrwać mogli

– pamiętajmy, żyjąc wśród ludzi nieprzychylnych – jedynie osobnicy niesłychanie inteligentni, a jednocześnie giętcy, skłonni do kompromisów i usług.

Jest zrozumiałe, że postawa taka wzbudzała niechęć u pros-tolinijnych tubylców – ponieważ mało kto toleruje ludzi mądrzejszych od siebie, przeto objawy anty-semitymu mogły się wzmagać, powodując ostrzejszą selekcję. Nakaz płodności dostarczał dla tej ewolucji wystarczająco dużo materiału biologicznego, by Żydzi przetrwali, jak przeto widzimy każdy pogrom na większą skalę powodował tylko dalsze ulepszanie w Żydach tych cech, które pomagaja prze-trwać – a które są tak nielubiane przez większość naro-dów-gospodarzy.

Doskonałą ilustracją jest hekatomba Żydów w Polsce.

Gdyby władzę w USA objął Czyngis-Chan i nakazał Polonu-

som co dziesięć lat bieg od Bostonu do San Francisco,

zapowiadając, że wolniejszą połowę każe powywieszać – nikt

nie dziwiłby się, gdyby reprezentantami USA w biegach

długich byli głównie Polacy. Przetrwanie okupacji hitlerows-

kiej wymagało wiele sprytu i determinacji – toteż dziwienie

się, że stosunkowo nieliczni Żydzi, którzy przeżyli, zajmują

miejsca w życiu społecznym znacznie wyższe niż przeciętne,

jest nie na miejscu. Jeśli dodać, że po holocauście kumoterst-

wo znacznie się wzmogło (garstka ludzi, którzy przeszli przez

ciężką próbę wspiera się zazwyczaj mocniej – a tu chodzi

o szczątki narodu zagrożonego całkowitą eksterminacją; pro-szę porównać, jak bardzo opiekuńczy stał się po wojnach światowych stosunek do dzieci) – wyjaśnienie staje się kompletne; należałoby się raczej dziwić, że istnieli w Polsce Żydzi nie będący dyrektorami czegoś…

Takie wyjaśnienie tłumaczy również intelektualną przewagę Żydów ze Wschodu Europy (gdzie pogromy były silniejsze) nad ich zachodnimi pobratymcami; warto odnotować, że gdy Korona Polska roztaczała nad Żydami opiekuńczy płaszcz, intelektualnie dominowali Żydzi z centrów zachodnio-euro-pejskich.

*

Trudno jednak dziwić się, że masy ludności, nie posiadające zdolności myślenia cybernetycznego, widzą tylko ową po-nad-przeciętnie wysoką pozycję Żydów – i skłonne są do wybuchów antysemityzmu. Tym bardziej, że ma on tak długą tradycję. Jeśli tłumaczenie powyższe jest prawdziwe, kolejne kryzysy świadomości są nieuniknione – nawet przy tak skąpej pożywce, jaką jest cienka warstewka Żydów w Polsce (co prawda znacznie liczniejszych, niż ich przedstawiciele skłonni są to przyznać; z tym, że Żydzi zasymilowani zwolna będą tracić owe wyróżniające cechy).

Sytuacja Żydów na ziemiach Polskich skomplikowana była jeszcze i przez to, że Stalin, który w kolejnych czystkach wyrżnął przeważnie żydowską elitę bolszewików (wykorzys-tując zresztą antysemityzm jako jedno ze źródeł poparcia ludu dla swojej władzy, podobnie jak czynił to Neron) postanowił ich wykorzystać w krajach ościennych. Żydzi mogli więc eksperymentować na żywym ciele polskiego narodu z marksiz-mem (choć np. p. dr Pol-pot eksperymentował o wiele okrutniej na własnym narodzie…) -tym gorliwiej, że obawiali się, iż brak powodzenia może ściągnąć na nich niełaskę Kremla. Wybór między Łubianką, a oddaniem się na pastwę dość anty-semicko nastawionych i pragnących wyładować złość na komunistach Polaków byłby zaiste nieszczególny.

139

Raz jeszcze wykazali tu swe wykształcone w historii talenty

– i nie należy doszukiwać się w tym jakiejś nienawiści do narodu polskiego, co z lubością zarzucają Żydom neo-OB-WIE‘ Polacy z Grunwaldu.

*

Ważną praktycznie sprawą jest korzyść (lub strata) jaką odnosi naród-gospodarz z zamieszkujących jego terytorium Żydów. Odpowiedź jest dość złożona.

Np. na ziemiach polskich Żydzi praktycznie zmonopolizo-wali wiele rzemiosł, działów handlu i usług – i po II Wojnie Światowej Polacy nie zdołali (do dziś) uzupełnić tej luki.

Ostatecznie jednak nikt nie mógł przewidywać takiego roz-

woju wydarzeń – a Hitler mógłby np. – gdyby w Polsce nie

było Żydów – spalić w Oświęcimiu rdzennie polskich lekarzy,

profesorów, rzemieślników, adwokatów, kupców (jak zresztą

zamierzał). Równie dobrze – w innych okolicznościach

– owa obcość rasowa mogłaby się okazać korzystna. Wsta-wiając złoty ząb nie myślimy, że w przypadku wybuchu jądrowego stanie się on trwałym źródłem promieniowania…

W krajach gdzie Żydzi na równych prawach brali udział w życiu gospodarczym, ich działalność była – jak pokazuje praktyka – dla krajów wybitnie korzystna. Rodschild bogacił się – ale bogaciła się Francja, Anglia i Stany Zjednoczone, nie wspominając o tradycyjnie zażydzonej Holandii. Napawa zdumieniem – jak pisze prof. Milton Friedman (Żyd zresztą)

– iż Żydzi, którzy tyle korzyści odnieśli z systemu gospodar-czego liberalizmu, własnymi rękami budowali system socjalis-tyczny, który zaczął ich niszczyć.

Nieco inaczej wyglądała sytuacja w krajach tradycyjnie bardziej etatystycznych; tam gdzie interesy robiło się „po znajomości”, za łapówki na zamówienia rządowe itd. Tam znakomite powiązania rodzinne czyniły z Żydów istotnie pasożytów. Gdy brak rynku ustalającego cenę, któż obwini Żyda-urzędnika sprzedającego swemu pociotkowi zapasy z magazynów państwowych po cenie zaakceptowanej przez jakąś tam komisję?

140

Paradoksem – ale znajdującym tu łatwe wytłumaczenie

– jest fakt, że anty-semityzm posłużył do obalenia systemu kapitalistycznego. W narodach lansowano wizerunek brzu-chatego bankiera żydowskiego jako symbol kapitalizmu

– a robili to członkowie partyjnej lewicy, zazwyczaj w znacz-nej większości semickiego pochodzenia (na 420 członków KC WKP(b) co najmniej 380 pochodziło z synów Izraela).

Zakamieniali anty-semici wyciągali z tego wniosek, że była

to zmiana taktyki walczącej o rządy nad światem „judeo-

-masonerii”, walczącej, bo już była gospodarczym kolosem, a wciąż jeszcze politycznym karłem. W rzeczywistości nie był to żaden spisek pod hasłem: „Najpierw pieniądze, potem władza polityczna”. Wynikło to z dwóch nakładających się przyczyn.

1 ) Żydzi – z racji wyższej inteligencji – podzielali przeko-nania inteligenckie, że „światem można by porządzić według bardziej racjonalnych i naukowych kryteriów” – co (poza zadufkostwem) jest ukrytym przejawem klasowych dążeń do zajęcia stołków. Jak wiadomo socjalizm to rozbudowany monstrualnie aparat biurokratyczny; kto nim kieruje i obejmuje w nim posady? – inteligencja; zatem w dużej mierze – Zydzi.

2) Z drugiej strony Żydzi byli dyskryminowani. Przy formal-

nej równości gospodarczej nie byli chętnie dopuszczani na

stanowiska państwowe, izolowała się od nich (z powodu

nowouryszostwa, a nie rasy) arystokracja, zawsze byli czymś

odrobinę gorszym. Pragnęli więc – i jest to czysto ludzkie

– systemu, gdzie byliby – oni, urzędnicy – czymś lepszym, a co najmniej równym. Pragnęli – najuczciwiej – pokazać narodom-gospodarzom – jak oni potrafią ich racjonalnie rządzić. Nie chodziło tu o pieniądze – szło o ambicję wzboga-conych dzieci żydowskich.

W olbrzymiej większości były to najlepsze chęci. Nimi właśnie wybrukowane jest piekło. Jak się to skończyło – wie-my.

Obecnie obserwujemy zjawisko odwrotne: wytwarza się

w społeczeństwie obraz Żyda-urzędnika lub para-naukowca,

zajmującego się przekładaniem papierków; ich działalność

w najlepszym przypadku to wyciąganie pieniędzy z kieszeni

141

podatnika – w najgorszym jest to zarządzanie w celu zwięk-szenia władzy biurokracji lub wynalazek mający umożliwić objęcie rządów świata przez garstkę ludzi (niekoniecznie Żydów).

W wielu krajach – w tym silnie w USA, ale i w Polsce

– narastają nastroje anty-inteligenckieţmaskowane anty-se-mityzmem. Przyznaję, że mają one podstawę: inteligencja okazała sie znacznie bardziej zaborczą, marnotrawną i groźną dla ludzkości klasą niż właściciele niewolników, szlachta i burżuazja. Wszelkiego rodzaju socjalizmy – od „welfare state” po „realny komunizm” p. dra Pol-pota – wymyślone były przez inteligencję, w ostatnim półwieczu w olbrzymiej większości lewicową i w znacznej mierze zdominowaną przez Żydów.

Właśnie leży przede mną książka: „The New Conservatives.  A critique from the left” Trzy czwarte owych lewicowych krtytyków to = sądząc z nazwiska – ludzie pochodzenia żydowskiego ( a połowa pozostałych zapewne też). Adolf Hitler twierdził, że od socjaldemokracji odstręczył go fakt, że niemal wszystkimi jej przywódcami byli Żydzi – co przypisał nie tendencji lecz „światowemu spiskowi”, co nie znaczy, że skonstruowany przezeń socjalizm narodowy był lepszy od socjalizmu internacjonalnego proponowartgo przez owych „pasożytów”. Był on znacznie badziej prostacki – ale przez to łatwiejszy do skrytykowania teoretycznego niż systemy wymy-ślane przez intelektualistów…

Zrobienie takiej analizy składu rasowego autorów byłoby w krajach anglosaskich uznane za szczyt nietaktu – jest to tabu. Ciekawe, że owi wel-fare-statyści potrafią domagać się szczegółowych sprawozdań, ilu Murzynów, Portorikańczy-ków, Hispaniardów itd. zatrudnionych jest w danej firmie, brutalnie ingerując, jeśli jest ich za mało (dyskryminacja…)

– natomiast pytanie o pochodzenie żydowskie jest wzbronio-ne. Ciekawe, co by się stało, gdyby – powołując się na ten sam punkt amerykańskiej konstytucji – aryjczycy zażądali propor-cjonalnej reprezentacji np. w redakcjach nowojorskich gazet…

Problem ten szczególnie nabrzmiały jest właśnie w USA,

gdzie Żydzi do tego stopnia zdominowali kontakty ze światem,

142

iż nieboszczyk Chruszczow spytał kiedyś ambasadora USA, Goldberga, czy w debacie bliskowschodniej reprezentuje on interesy Stanów Zjednoczonych – czy Izraela?… Z drugiej strony grupa ta ma słaby kontakt z procesami wewnątrz narodu amerykańskiego – i obecna reakcja anty-intelektualna („precz z jajogłowymi”) i antysemicka zupełnie ich zaskoczyła (co nawiasem mówiąc obala mit o wszechwiedzy, wszech-potędze i przebiegłości tej grupy). Gdy wybory w USA wygrał Nixon, reakcja żydowskiej dziennikarki była (cytuję za „FO-RUM”) taka: „Nixon? jakim cudem Nixon? nie znam nikogo, kto głosowałby za Nixonem…” Zdumiewa ich również an-tysemityzm wśród Murzynów – których Nowa Klasa używała do rozbijania systemu liberalnego kapitalizmu (i po latach kadzenia Czarnym, pewna była ich lojalności): A jednak zarówno przywódca lewicy, Jessie Jackson, jak i prawicy, Farakhan, są uważani za antysemitów!

A jednak wydaje się, że nadchodzi kres tumanienia narodów

socjalistyczną propagandą. Masy nadal wierzą jeszcze słowom

– ale gdy da im się szansę, podświadomie głosują przeciwko socjalistom. Jednocześnie część Żydów, najbardziej przewi-dująca, zaczęła ostrzegać rodaków, że choć sukces bogacenia się poprzez opanowywanie aparatu biurokratycznego był niewątpliwy, to skutki tego mogą być dla intelektualistów

– zwłaszcza Żydów – straszne, gdyź lud długo jest cierpliwy, ale gdy przejrzy… Poza tym ogólne obniżenie poziomu życia spowodowało, że jeśli nawet intelektualiści awansowali w hierarchii prestiżu, to żyją gorzej, niż żyliby w liberaliźmie, choć mniej tam może byliby szanowani. Wbrew pojęciom bowiem anty-semitów Żydzi. nie są zjednoczeni i sterowani przez dwunastu rabinów z Wilna ani Nowego Jorku. Społecz-ność ta podzielona jest nawet w tak kluczowej sprawie, jak syjonizm – nie mówiąc o setkach mniej ważnych. Ich pęd ku etatyzmowi i socjalizmowi wynikał -jak już pisałem – z tego, że w ubiegłym półwieczu była to ideologia inteligencji, a Żydzi stanowią najczęściej elitę inteligencji – znaleźli sie więc w forpoczcie. Dodam, że przewaga Żydów na polu intelektual-nym – być może nie naj- najwyższego, ale tego zrozumiałego dla przeciętnego inteligenta poziomu – jest duża.

143

Żydzi konkurujący z Gojami przynoszą korzyść obu stronom.

Jeśli Żyd ma majątek i go pomnaża w gospodarce liberalnej

– to wraz z nim bogaci się kraj. Natomiast wiadomo, że dzier-żawca musi doprowadzić majątek do ruiny… W etatyźmie Żydzi (i nie Żydzi) dysponowali majątkiem społecznym, państ-wowym. Ich działalność jako dzierżawców tego majątku była wyjątkowo szkodliwa, gdyż po prostu byli dobrymi dzierżaw-cami; „dobrymi” w tym sencie, że wypełniali samą esencję dzierżawcy – która musi przywieść majątek do upadku.  (Dobry pies gryzie!) Oni robili to sprawniej i szybciej, i tyle.

Mówiąc prościej: Gdyby Żydzi polscy handlowali wewnątrz kraju (i na zewnątrz) na własny rachunek i ryzyko – Polska miałaby z nich korzyść. Zamiast tego pozwolono na to, by zdominowali ministerstwa handlu (zwłaszcza zagranicznego).  Utrzymywanie np. zaniżonego kursu złotówki (co powoduje istnienie trzech kursów: oficjalnego, realnego i czarno-ryn-kowego, w praktyce jest ich więcej) daje taki galimatias, że zręczny kombinator robi majątek z dziecinną łatwością. To samo dotyczy systemu ceł i zezwoleń. Także licencji na otwieranie firm polonijnych – mających większe uprawnienia od rodzimych rzemieślników. To samo tyczy wyprzedaży naszego majątku narodowego, jakim jest nie wliczanie kosz-tów surowca (np. węgla) do kosztów wydobycia, co umoż-liwia „opłacalny” eksport. Nie twierdzę, że jest to działanie zorganizowanej mafii kierowanej przez Żydów – twierdzę natomiast, że są to wspaniałe warunki do łowienia ryb w mętnej wodzie – i ludzie zdolni o giętkim kręgosłupie moralnym mniej lub bardziej świadomie bronią tego systemu po to, by chronić staw.

Z drugiej strony system socjalistyczny (mam na myśli prawdziwy, a nie „realny”) jest miękki: inteligencja lubi rozszczepiać włos na czworo, nie lubi zdecydowanych słów „tak” i „nie”, nie lubi jasno sprecyzowanego zakresu od-powiedzialności, liczy bardziej na słowo niż na prawo. Prowo-kuje to reakcję (ślepą) społeczeństwa w kierunku żądania wyższych kar. Zwłaszcza za przestępstwa urzędnicze, malwer-sacyjne, łapówkarstwo. Reakcja ta jest mylnie skierowana.  Można rozumować, iż hitleryzm był początkowo próbą oczy-szczenia aparatu gospodarczego z Żydów przed przystąpie-niem do etatyzacji kraju (jako iż Żydzi szkodziliby bardziej).  Efekt: już po paru latach całkowicie aryjska machina państ-wowa stała się przekupna; w GG nie tylko kwitła spekulacja, ale wręcz wykupywano więźniów z Gestapo.

Pytającemu więc o radę anty-semicie trzeba powiedzieć tak:

wszelkie próby ograniczenia wpływu Żydów środkami ad-

ministracyjnymi, wszelkie ingerencje typu „ghetto” lub po-

gromy – poza niemoralnością – przyniosą tylko podniesienie

się poziomu Żydów w przyszłości. (Tu trzeba dodać, że

niektórzy anty-semici dostrzegli to – i nawet oskarżają Ży-

dów, iż zorganizowali holocaust właśnie po to, by pozbyć się

kompromitującego ich balastu głupich i biednych Żydów

– zorganizował to nieślubny syn pewnego Żyda z niejakiej Schickelgruber, zwany Hitlerem… To „spiskowe” wyjaśnienie, charakterystyczne dla tej mentalności, traktuję jako folklor).  Także odwrotne skutki przyniesie np. numerus clausus: jeśli ograniczymy np. liczbę Żydów na studiach prawniczych nastąpi to samo co stało się gdy car ograniczył liczbę oficerów polskich w armii rosyjskiej: okaże się, że przeciętny adwo-kat-Żyd jest lepszy od przeciętnego adwokata-Polaka – na-wet, gdyby poziom inteligencji był taki sam u obu nacji; po prostu gorsi kandydaci-Żydzi zostaną wyeliminowani…

Należy więc postępować tak, jak w Wielkopolsce: zacisnąć

zęby i przystąpić do pracy organicznej. Konkurować z Żydami

w warunkach wolnej gospodarki opartej o jasno sprecyzowa-

ny kodeks. Uczyć się od nich – i pozwalać im uczyć się od

siebie. Po prostu: nie dyskryminować. Pewnie, że jest to

powolne i nie tak efektowne – proszę jednak zauważyć, że

w Wielkopolsce nie było pogromów – a procent Żydów był

ponad dziesięciokrotnie niższy niż w Kongresówce, gdzie byli

prześladowani, dyskryminowani, tępieni i narażeni na pogo-

my. To nie jest przypadek: Żydzi oswoili się już z niebez-

pieczeństwem i skłonni są żyć koło dworu władcy, który

wprawdzie raz na jakiś czas część wyrżnie = ale za to pozwoli

145

sprzątać tłuste kąski ze stołu (kto sprytniejszy – zgarnie więcej). Wolą też system niedopowiedzeń, gdzie osobnik bystry może się wyłgać – niż prosty system praw i obowiąz-ków. Nawykli też do poddawania się przepisom Talmudu nie dostrzegają nic upodlającego w bezustannej ingerencji państ-wa w sprawy rodziny i prywatne życie jednostki. Car mógł Żydów do Moskwy nie wpuszczać – ale bankierzy i artyści zawsze uzyskiwali specjalne zezwolenia; wobec mniejszej konkurencji przynosiło to niezłe zyski.

Trzeba jednak zrozumieć, że ludzie o mentalności endekoi-dalnej naprawdę mają podstawy, by wierzyć w istnienie ogólnoświatowego spisku. Przypuśćmy, że powstaje zagad-nienie rozbrojenia. Natychmiast powstaje petycja, podpisana przez pięc tysięcy intelektualistów, w tym większość żyjących laureatów Nobla, z czego połowa to Żydzi – domagająca się powszechnego rozbrojenia, zwłaszcza nuklearnego, jako gwarancji trwałego pokoju. Ponieważ najciemniejszy chłop wie, że pokój zabezpiecza się przez dobre przygotowanie do wojny – i wie też, że jedyną przyczyną, dla której już przed ćwierć wiekiem nie doszło do nowej wojny światowej, jest broń jądrowa – przeto (rozumuje on) muszą to również wiedzieć sygnatariusze. Jeśli ci mądrzy przecież ludzie mimo to ochoczo – od Sydney po Londyn, Sztokholm, Waszyngton i Paryż, od Buenes Aires po Borneo – spontanicznie i jedno-cześnie podpisują taką bzdurę – to przecież musi to być sterowane z piwnicy pod synagogą i świątyni kielni i sznurka; nie jest możliwe, by wszyscy na raz sami wpadli na taki pomysł. . .

Tymczasem jest to równie zdumiewające, jak to, że zapytany

w dowolnym kątku świata ile to jest 2×2 uczeń odpowie

zawsze i ochoczo: cztery. Dla lewicowej mentalności dog-

matem jest, że 1 ) wszelka broń jest zła; 2) trzeba złu aktywnie

się przeciwstawiać; 3) najłatwiej działa sie przez napisanie

czegoś tam. Lewicowiec podpisuje apel o rozbrojenie na tej

samej zasadzie, na jakiej pies na widok pożywienia wydziela

ślinę. Lewica (i podobnie skrajnia prawica) nie myśli bowiem,

lecz stosuje dogmaty. Ponieważ akurat dogmaty te obce są

prawicy, przeto nie zdaje sobie ona sprawy z tego mechamiz-mu (dla niej to „nie wynika”). Podobnie lewica nie rozumie, że prawicowcy na całym świecie zareagują jednakowo wbrew swemu interesowi „bo tak każe im honor”. Honor? To pojęcie puste…

OB WlE – popularny przed wojna skrót od: obóz Wielkiej Polski.

AFRYKA, AFRYKA. . .

Jak wiadomo gros państw afrykańskich to najbardziej postępowe reżimy na świecie. Cała Organizacja Jedności Afrykańskiej jest też bardzo postępowa. Jest postępowa jak nie wiem co: jak sam Althusser? Jak Angela Davies? Więcej!

Jest prawie tak postępowa jak Cesarsko-Królewskie Aust-ro-Węgry!

Jak wiadomo Austro-Węgry z pogardą odrzucały wszelkie argumenty narodowe. Nic nie można było z nimi wskórać suflowaniem myśli, że może by przyłączyć Czarnogórę- bo to właściwie jeden naród z Serbami? Cesarsko-Królewski reżim twardo bronił zasady przynależności państwowej, zasady legitymizmu rządzących władców. Najzupełniej słusznie zresz-tą, gdyż – jak słusznie zauważył był lord Acton – myśl, by państwo tworzyć na zasadzie narodowej jest sprzeczna z pod-stawami nowoczesnej cywilizacji.

Jednakże Austro-Węgry nie odrzucały a priori idei wszelkich zmian granicznych! Przyłączyły przecież Bośnię, Hercegowinę i Sandżak Bazarski. Wzięły udział w dwóch rozbiorach Polski.  Rozważały koncepcję wymiany Galicji na Bawarię. Jednym słowem zachowywały się jak konserwatywne – ale normalne pa ństwo.

146 147

Dodajmy, że przyłączane lub odłączane krainy CK były z reguły pewnymi całościami geograficznymi, o własnej his-torii, kulturze, a często i języku.

Sytuacja w Afryce jest – jak wiadomo – zupełnie inna. Gdy

mocarstwa kolonialne wytyczały tam granice, to korzystały

zazwyczaj z linijki. 0 ile przy brzegu granica miewała jakieś

uzasadnienie, to w głębi lądu biegła setkami kilometrów od

punktu do punktu – bezlitośnie tnąc góry, pustynie, rzeki

– a także siedziby poszczególnych ludów.

Granice te wytyczali cywilizowani ludzie wychodzący ze

słusznego założenia, że podczas wojny przebieg słupków

granicznych w dżungli jest bez najmniejszego znaczenia; nie

przychodziło im natomiast do głowy, że za sto lat nawet

w Europie nie będzie można przekroczyć granicy bez paszportu

– a w Afryce postęp będzie tak ogromny, że poszczególni kacykowie będą swoim poddanym (zwanym modnie „obywa-telami” – swoją drogą chętnie sprawdziłbym, czy w fulani lub swahili jest między tymi pojęciami jakieś rozróżnienie!!) za-braniali przekraczania tych – umownych przecież – granic!  Miały one służyć tylko wyjaśnieniu kwestii własności, gdyby odkryto tam jakieś cenne surowce lub tp. celom.

Tak się jednak stało – i człowiek mógłby racjonalnie oczekiwać, że w takim razie nowopowstałe państwa skorygują istniejące nonsensy geograficzno-etnograficzne.

Figa z makiem!

Jednym z pierwszych postanowień OJA było przyjęcie

żelaznej zasady, że granice państwowe są nienaruszalne. Są idiotyczne – zgadzali się wszyscy afrykańscy politycy – ale gdy raz otworzymy tę puszkę Pandory, to nigdy jej nie zamkniemy. Cały kontynent utonie w chaosie walk narodo-wych i plemiennych! Dlatego lepiej zacisnąć zęby – i trwać.

Dlatego właśnie każde państwo pragnące zmienić status quo napotyka – przynajmniej oficjalnie – jednolity mur niechęci pozostałych członków OJA. Stąd taka niechęć do przyłączenia Sahary do Maroka – bo to była jednak odrębna jednostka administracyjna. Dlatego Biafra została zmiażdżona przez Nigerię. Dlatego Sudan nie ośmiela się poprzeć po-wstańców z Erytrei (a Abisynia nie popiera Nubijczyków!).  Dlatego nawet super-postępowe państwa nie poparły p. płk.

Kadaffiego chcącego oderwać północny Czad…

Ten hyper-konserwatyzm jest godny podziwu – szkoda tylko, że broni tak absurdalnej sprawy. Wydaje się, że prędzej czy później zasada raz trzaśnie – a wtedy nikt nie zdoła już powstrzymać wzajemnych pretensji i rewindykacji.

Ale – uwaga – od tej zasady jest pewien wyjątek!

Namibia stanowiła dawniej kolonię niemiecką – ale od

wielu lat była terytorium powierzonym Republice Płd. Afryki.  R PAjednakże posiadała na terytorium owej Niemieckiej Afryki Płd.-Zachodniej enklawę, zwaną Walvis Bay (od Zatoki Wie-lorybiej, nad którą leży). Niemcy nie kwestionowali nigdy przynależności Walvis Bay do RPA. Nie kwestionowała jej także – oczywiście – sama RPA…

I oto teraz, gdy terytorium Namibii ma uzyskać niepodleg-

łość wszystkie owe postępowe państwa, wyznające zasadę

nienaruszalności granic ustanowionych przez kolonizatorów

– jak jeden mąż „nie uznają” przynależności Walfisch do R PA!

Jak widać „zasady” stosowane są zgodnie z kryterium czysto rasowym: między nami Afrykanami. Natomiast Af-rykanerzy – jak sama nazwa wskazuje – Afrykańczykami (wg. „właściwych” Afrykańczyków) nie są. Można więc z zasad rezygnować – w nadziei, że jeszcze paręset kilomet-rów kwadratowych wyrwie się spod panowania Białych.

Oczywiście nie są też uznawane granice nowo-powstałych państw murzyńskich w Afryce: Kwa-Zulu, Venda, CisKei, Bophutatswana, Transkei… Państwa te mają własną administ-rację, własne terytoria, ba! dwa z nich nawet były już w stanie wojny między sobą – a mimo to ich granice, wyznaczone przez Pretorię, nie są uznawane przez OJA za święte. Czyżby miało to oznaczać, że… Afrykanerzy nie są „kolonizatorami” w myśl ustanowionych przez OJA zasad?

Ciekawostką natomiast bardziej geograficzną, niż polityczną

jest sytuacja na końcu „przesmyku Capriviego”, należącego

do Namibii paska terytorium plemienia Ambo. Tam granice

148 149

czterech państw: Namibii, Zibabwe, Zambii i Botswany spoty-kają się w jednym punkcie! Przed dziesięciu laty wyniknął tam spór, czy przez ten p u n k t Zambia może poprowadzić linię kolejową do Beczuany – wbrew woli Namibii i Rodezji?

Nie pamiętam, jak się on wtenczas skończył. Być może z przemianami w Rodezji/Zimbabwe sam zaniknął. A być może Zambię, wyczerpaną latami postępowej niepodległości, nie stać już na budowę kolei…

Może ktoś z Państwa wie, jak się to tam teraz przedstawia?

(Tygodnik Uniwersytecki)

GRYMAS HISTORII?

Jestem zdecydowanym anty-piłsudczykiem i anty-sanato-rem. Przy ocenie sanacji trzeba jednak pamiętać, że Piłsudski pozwolił szarogęsić się w Polsce kumplom z PPS i Legionów (co zwłaszcza w gospodarce miało skutki fatalne), ale politykę zagraniczną chciał prowadzić rozsądnie (co mu uniemoż-liwiono), zaś przez etap etatyzmu przeprowadził kraj nienaj-gorzej. Wystarczy pomyśleć, co w tym czasie działo się u naszych sąsiadów ze wschodu i z zachodu – by zdać sobie sprawę, że i u nas mogło tak być. A nie było.

W czasie zasług i błędów ówczesnej ekipy trzeba brać pod uwagę ówczesne możliwości – i ówczesny stan umysłów.  Trzeba też pamiętać o tym, że ówcześni Polacy mieli do dyspozycji tylko ówczesne wiadomości! Gdyby Edward Rydz (ps. „Śmigły”) wiedział o Niemcach to, co wiemy dzisiaj, to ho-ho! Wygrałby pewno w miesiąc tę głupią wojnę z Nie-mcami!

Dziś bardzo wielu jest odważnych ludzi potępiających zbrodnie Józefa W. Dżungaszwili (ps. „Stalin”). Wolno!

Jednak ci sami ludzie powtarzają nieustannie, że przed drugą

150

Wojną Światową Polska była w idiotycznej sytuacji wobec…  „dwóch wrogów”. Rozsądek nakazywał wrogów dzielić, zamiast scalać – a w takim razie Polska powinna była pójść z jednym z nich przeciwko drugiemu. Z powodów politycznych było dość obojętne – z którym. Jednak z powodów m o r a I-n y c h żadna współpraca z Adolfem Hitlerem nie wchodziła w rachubę. Należało zatem wejść w sojusz z Moskwą – a zaniedbanie tego jest podstawowym błędem ekipy sanacyjnej.

Spójrzmy więc na sytuację oczyma ówczesnego człowieka.

Sojuszz parweniuszem,jakim był Adolf Hitler istotnie nie był

specjalnie pociągający. Jednakże była właśnie moda na demo-krację i nawet w arystokratycznej Wielkiej Brytanii co i rusz u władzy znajdowali się reprezentaci Partii Pracy. We Francji uparcie rządził Front Ludowy. Jeśli więc można było roz-mawiać z jakimś angielskim socjalistą – to czemu nie z Hitlerem? Zresztą Stalin w tym porównaniu wypadł jeszcze gorzej, gdyż jego ojcem nie był porządny urzędnik, lecz zwykły szewc (choć mówiono też o Przewalskim…).

Adolf Hitler miałjednak inne wady. Przede wszystkim głosił barbarzyńską zasadę oparcia państwa na idei narodowej ( Lord Acton: „Myśl, by narodowość stanowiła państwo, jest za-przeczeniem podstaw nowoczesnej cywilizacji”) – co groziło sprowadzeniem państwa do pozycji hordy plemiennej (co się i stało, poniekąd). Jednakże wodzowie Ententy też uznali zasadę narodową, godząc się na rozbicie Austro-Węgier i odmawiając Polsce praw do terenów na wschód od linii Curzona.

Adolf H itler miał też i inne wady. Głosił prymat przemocy nad legalizmem i zapowiadał terror…

No tak… Był to osobnik okropny. Jednak na razie o wprowadzeniu terroru tylko m ó w i ł (i pisał). Póki co był uznanym przywódcą wielkiego państwa, ściskali mu ręce Chamberlain i Daladier, wymieniał korespondencję z Wil-sonem, był nadzieją ucieśnionych przez brytyjskich kolonistów narodów arabskich (gdzie do dziś jest skrycie wielbiony), do niego pisał płomienne listy Mohandas Karamchand ps. „Ma-hatma Gandhi”)…

151

Natomiast Dżugaszwili w roku 1938 nie m ó w i ł o ter-rorze. On ten terror odziedziczył i twórczo rozwijał. Już wówczasjego ofiarą padły dziesiątki milionów ludzi. Miał ręce po łokcie ubabrane w ludzkiej krwi…

(Wybiegając w przyszłość można zauważyć, że Hitler też będzie miał na sumieniu parę milionów ludzi. Jednak Stalin przewyższy go kilkanaście razy – co prawda: mając więcej czasu i większe pole do popisu… Z całym naciskiem trzeba też podkreślić, że „klasobójstwo” nie jest niczym lepszym od „ludobójstwa”).

Tak, Hitler już wówczas wymordował swoich „bolszewi-ków”, czyli skrajną lewicę SA-manów, którym marzyła się „permanentna rewolucja”. Jednak Stalin swoich bolszewi-ków, którzy żywili dziwaczne nierealne ideały wymordował jeszcze skrupulatniej aranżując w tym celu serię justitzmordów zwanych „procesami moskiewskimi”. Co by było, gdyby u władzy utrzymali się bolszewicy – to inna sprawa…

Tak. Stalin z pewnością nie był salonfahig. Trzeba było groźby unicestwienia całej Europy (a nawet świata), by zachodnie mocarstwa zaczęły z nim rozmawiać. A i wówczas, w 1939, wysłano do Moskwy raczej drugorzędną delegację: nikt przyzwoity nie chciał jechać z tą misją…

Ciekawą jest rzeczą, że wbrew twierdzeniom zwolenników teorii „spisku żydowsko-lewacko-masońskiego” fakt, iż wśród mordowanych przez aparat Dżugaszwilego bolszewi-ków była masa Żydów (i właśnie rozwijał się „urzędowy” anty-semityzm) wcale nie przeszkadzał zachodnim lewicow-com wychwalać Stalina. Podobnie i dziś formacja ta – składa-jąca się głównie z amerykańskich Żydów – ostro krytykuje państwo Izrael (za to, że dopuściło do władzy prawicowca Szamira). Jestjednak wyraźna granica między linią polityczną lewicy – a naiwnością, jaką było niewątpliwie zachwalanie uroków stalinizmu…

Wracając do rzeczy: z perspektywy roku 1938 Polska -jeśli miałaby kierować się względami moralnymi – z całą pewnoś-cią n i e m o g ł a zawrzeć traktatu właśnie ze Stalinem. Nato-miast z Hitlerem – jeszcze wówczas tak!

Zanim na tezę tę znów obruszy się owa lewica (głównie, przypominam, żydowska) warto pomyśleć, jakie byłyby kon-sekwencje takiej decyzji. Otóż np. Żydów w Polsce wymor-dowali narodowi socjaliści w ogromnym procesie – nato-miast na Węgrzech, które były w sojuszu z Niemcami: w nie-wielkim! Nie widzę też, by los powojenny Węgier w jaki sposób różnił się od losu Polski – choć Węgry były sojusz-nikiem Osi, a Polska Aliantów. Pewnie: jest poważna szansa, że wynik Wojny Światowej byłby wtedy inny – ale, jak zauważył bodaj przed rokiem w „KURS”-ie p. (ps.) Andrzej Stanisławski: wtedy też nastąpiłaby jakaś „odwilż”, a po-tem i „pieriestrojka”; ostatecznie Hitler nie był wiele młodszy od Stalina…

Niemcy dawno – co prawda: wielu pod przymusem, a więc niezbyt szczerze – potępili Hitlera. Rosjanie obecnie z równą mocą krytykują Dżugaszwilego (i też czytałem już wypowie-dzi, że był on gorszy od Hitlera). Z całą mocą odrzucam je-dnak nasze narodowe przetensje do narodu niemieckiego i rosyjskiego: wina jest wspólna obydwu dyktatorów, syste-mu ideologicznego, nieważne: narodowego czy internacjona-listycznego. Skorojednakjużmówimyo narodach i potępianiu przez nie s w o i c h rodaków – to chciałbym się cichutko spytać:

A Gruzini?”

Nie, nie chodzi mi o to, by zlikwidowano istniejące tam

jeszcze muzea Stalina; niech sobie stoją – i służą obiektyw-nemu eksponowaniu przedmiotów i faktów związanych z tym wielkim bądź co bądź człowiekiem. Ale jakieś słówko ze strony Gruzinów może by się przydało.

Tak samo, jak przydałoby się, byśmy również ze swej strony ocenili właściwie takiego np. Feliksa E. Dzierżyńskiego…

Tygodnik Demokratyczny. V///89

152 153

KO LEKTYWIZM

Myślenie w kategoiach kolektywu jest typowe dla ludzkiego

umysłu. Staramy się zmniejszyć liczbę obiektów – grupując je

i omawiając jako reprezentantów grup. Ta zdolność jest

instynktowna i posunięta do absurdu. Gdy jadę główną ulicą

i ktoś z podporządkowanej chce mi się wcisnąć, to moim

odruchem jest: „MY z głównej ulicy nie przepuszczamy tych

chamów z bocznej!”. Za chwilę jestem na podporządkowanej

– i w duchu wymyślam tym durniom z głównej magistrali.

Różnorodność wytwarzanych grup zależy od wykształcenia.  Byle prymityw wie, że ludzie dzielą się na „starych” i „mło-dych” – a tylko absolwent dobrej szkoły podstawowej wie, że dzielą się również na „urodzonych w latach parzystych” – i „…  w nieparzystych”. Ten drugi podział jest równie dobry, jak pierwszy, ale zbyt skomplikowany – a przecież mecze „parzy-stych” z „nieparzystymi” byłyby równie ciekawe, jak mecze oldboyów z juniorami – a nawet ciekawsze!

Na miejscu redaktora „Przeglądu Sportowego” podczas mającej niedługo się rozpocząć Olimpiady zamiast państ-wowości reprezentantów podawałbym ich grupę krwi: „Za-wodnicy B+ prowadzą wyraźnie w punktacji medalowej…’.  Byłoby to legalne (prowadzenie punktacji wg. państw jest oficjalnie zakazane!) – i ciekawsze. Śmieszne? Gdyby tak zrobiła połowa gazet na kuli ziemskiej to za dwa lata cała ludzkość rozumowałaby w tych kategoriach, nastąpiłby roz-ruchy, gdy okazałoby się np. B+ są zdolniejsi niż A- i mają wyższe pensje… Jeśli można było napuścić robotników na kapitalistów (gdzie przecież w każdej chwili kapitalista może zostać robotnikiem – i na odwrót) – to tym łatwiej roz-dmuchać nienawiść opartą o klasyfikację hemoglobiny. Nasza zdolność do grupowania ludzi jest przepotężna!

Pytanie, czy rozmaite grupy ludzkie „realnie istnieją” – jest

bez sensu. Jak się tak umówimy, to istnieje również „grupa

ludzi o liczbie włosow podzielnych przez 7”. Z tym, że – moim zdaniem – z takich grupowych podziałów nic nie wynika!

Powiedzny: prawie nic.

154

Jak to? Czyż nie jest tak, że niektóre grupy statystycznie różnią się od innych?

Ależ tak! Polacy różnią się od Niemców i od Czechów.  Wśród mężczyzn różnice w dochodach między wysokimi a niskimi są ogromne. Murzyni mają znacznie niższy współ-czynnik inteligencji od Białych (jeszcze wyższy ma rasa Żółta)

– ale niewykluczone, że gdyby standardy inteligencji opraco-wywali Murzyni i oparli je na umiejętnościach szybkiego znajdywania korzeni manioku i gry w „wari” oraz w warcaby

– to kolejność byłaby inna. Różnice w każdym razie są – ale mimo to niewiele z nich wynika!

Tu z reguły pada złośliwe pytanie: „A czy zgodziłby się Pan, by Pana córka wyszła za Murzyna?

Gdybym musiał dziś zdecydować, czy moja córka ma wyjść za Murzyna, czy za Białego, to oczywiście odpowiedziałbym:

„Za Białego!!!” Zadającym to pytanie zalecam by nie tryum-fowali przedwcześnie – bo takie pytania nie zdarzajţ się w życiu!

W życiu bowiem niemal nigdy nie wybiera się między Białym

a Murzynem, lecz między konkretnymi: Kowalskim

a M’Kwengg Znakomicie mogę sobie wyobrazić takiego

Kowalskiego i takiego M’Kwengg, ze wolałbym, by moja córka

została panią M’Kwengową. Mało prawdopodobne, zapewne

– ale możliwe!

P. prof. Milton Friedman słusznie zauważył, że w ustroju

liberalnym każdemu wolno dyskryminować – ale musi on za

to zapłacić! Niech w Pittsburgu będzie 30”% Murzynów. Do

danej pracy za daną płacę optymalnym byłoby najęcie 900

Białych i 100 Murzynów. Kto Murzynów przyjąć nie chce, ten

dostanie gorszych pracowników – i przegra konkurencję

ztym, co nie dyskryminuje. Oczywiście wymaganie, by Murzy-

nów przyjąć 30% (bo w mieście jest ich 30%) byłoby dys-

kryminacją wobec owych 200 Białych, którzy nie dostaliby tej

pracy – i złym gospodarowaniem siłą roboczą. W kapitalizmie

ten, co dyskryminuje musi przegrać. Wolny rynek nie uznaje

przesądów rasowych.

Gdy natomiast państwo zakłóca rynek i wprowadza przepisy

155

„anty-dyskrymiancyjne” – pogromy wiszą w powietrzu. Dla-czego numerus c/ausus dla białych na uniwerku ma wynosić 80”%, a nie 70”% lub 73%? Dlaczego dzieci leśników nie mają mieć punktów dodatkowych, skoro żyją w głuszy i są przez to upośledzone? Dlaczego dzieci idiotów nie mają mieć punktów dodatkowych? Czy to ich wina, że od kołyski wychowywały się w otoczeniu tępiącym inteligencję? Podnieść na uniwer-kach procent dzieci idiotów do proporcji takich, jak w całym społeczeństwie! Dlaczego firma ma obowiązkowo zatrudniać 20% Portorikańczyków – gdy w redakcji pisma, które do tego nawołuje jest tylko 20”% gojów – wobec 95”% w całym mieście? Etatyzm – to główne źródło starć kolektywnych.

Dlaczego? Dlatego, że rozsądny kapitalista nie wydaje polecenia: „Zatrudnijcie 1000 Irlandczyków” – tylko zleca majstrowi: „Zatrudnij 1000 robotników”. Natomiast urzędnik wydający centralne decyzje musi rozumować w kategoirach kolektywu: „Przyznać dodatek tym, co mają 30 lat wysługi”.  To, że niektórzy z nich na ten dodatek nie zasługują – a za-sługuje nań wielu takich, co pracują dopiero dwa lata – po-woduje niesprawied/iwość. A niesprawiedliwość rozkłada każdy system.

Duch kolektywu bierze często górę nad rozsądkiem. Gdy

inwalida bez nóg uzyskuje licencję pilota – to wcale nie

oznacza „awansu inwalidów”. Przeciwnie: większość inwali-

ę, ţ”

dow wścieka si że „Czemu nie oni. Pani Thatcher na fotelu

premiera też nie jest źródłem dumy kobiet – lecz budzi w nich

frustrację. Wątpię też by łysym coś przyszło z tego, żę Cezar

objął w Rzymie rządy. Rzadko też się zdarza, by robotnicy

dobrze wychodzili na tym, że do steru dorwał się facet prosto

od łopaty (zresztą żaden ze znanych przywódców socjalistycz-

nych nie pochodził z rodziny robotniczej). Premierem ma być

osoba najlepiej nadające się na to stanowisko – basta. Jeśli

tylko zaczynają się dyskusje: „Wybierzmy, wiecie Kowals-

kiego, bo to przedstawiciel – robotników – brunetów

– mniejszości – tilatelistów – katolików” (niepotrzebne skreślić) — to od razu wiadomo, że państwo będzie miało gorszego premiera, niż mogłoby mieć!

Szczególnie szkodliwe jest stosowanie zasad kolektywizmu do reprezentacji. Skąd, u Boga Ojca, przekonanie, że najlep-szym obrońcą praw Czarnych w RPA będzie Czarny??!?

Kobieta, która za nic na świecie na ginekologa nie wybierze

baby – domaga się (bo jej wmówiono! !) – że w parlamencie

powinna być reprezentowana przez kobietę. A niby dlaczego

miałaby ona na tym skorzystać?? 80”% członków Kongresu

Stanów Zjednoczonych to prawnicy albo dziennikarze – czy

to oznacza, że 99”%-owa większość „nie-dziennikarzy lub

nie-jurystów” jest w USA gnębiona, dyskryminowania, a o jej

interesy nikt się nie troszczy? Do niedawna i nasz Sejm był

komponowany tak, by proporcje posłów odpowiadały ułam-

kowi prządek, fryzjerów, tokarzy, rolników, górników, lekarzy

itd – w społeczeństwie. Było to nie odejście od demokracji

– lecz konsekwentna, wręcz karykaturalna, realizacja kor-poracjonizmu. Nie wiem, czy zadbano o odpowiednią re-prezentację ubogich duchem? Inwalidów w każdym razie raczej się w Sejmie nie widzi. Czy mimo to PRL nie dba o inwalidów – może i ponadproporcjonalnie do swych ekonomicznych możliwości?

Walka z myśleniem kolektywnym jest niemożliwa. Zawsze będziemy wyróżniać swoją rodzinę i swój naród – i to jest konieczne, gdyż Darwin dostatecznie wyjaśnia, iż społeczeńs-twa nie uznające tej zasady szybko giną – i dlaczego.  Będziemy też sobie tworzyć kolektywne idole – gdyż umysł nasz nie radzi sobie z masą danych. Na każdego może przyjść czas, gdy będzie musiał wydać komendę: „Weźcie do tego ataku dywizję Gurkhów, bo oni dobrze dają sobie radę wśród pagórkow” – choć być może 37. dywizja z Lancashire akurat przypadkiem składa się z lepszych speców od walk na wzgó-rzach.

W ogromnej jednak większości przypadków takich decyzji podejmować nie trzeba. Można wezwać ochotników. Można zepchnąć je w dół. Można się też od nich – bez szkody dla nikogo – powstrzymać.

Gdy więc Pana, Czytelniku, spyta jakiś ankieter: „Czy lubi

Pan Czechów?” – to nie ma Pan obowiazku odpowiadać!! Co

156 157

to znaczy: „Czy lubię Czechów?” Czy jest jakaś konkretna decyzja, przy której to Pańskie „nielubienie” da się zastoso-wać? Iluż znam takich, co „nie lubią Czechów” – i „kochają Polskę nad wyraz” – a przy najbliższej okazji rzucają robotę w Polsce i wyjeżdżają na chałturę pod Liberec. Pańska odpowiedź: „Nie lubię” – nie ma żadnego zastosowania do żadnego konkretnego Czecha – jest to wyraz stosunku do pewnego stereotypu, który jest może użyteczny w owych bardzo rzadkich sytuacjach, ale całkowicie zbędny i szkodliwy w sytuacjach codziennych.

To właśnie oznacza powtarzane często hasło „Nadać rze-czom ludzki wymiar”. Spotykamy się z ludżmi – tylko nie-którzy politycy rozmawiają jak państwo z państwem. Mówimy jak ludzie – a nie jak Polak ze Szwedem, a nawet Polak z Polakiem. Pamiętajmy słowa św. Pawła w trawestacji Juliu-sza Słowackiego brzmiące: „Pod słońcem Twoim, nie masz Greczyna, ani Żyda”.

Co prawda te akurat nacje, które bardzo ucierpiały od kolektywnych prześladowań, obecnie odgrywają się według tych samych reguł – ale to nie powód, by te reguły przej-mować. Tylko spokojnie: im też kiedyś przejdzie!

GARB

Pożałowania godne incydenty wokół klasztoru ss. Kar-melitanek bulwersują opinię publiczną. Polscy katolicy ob-winiają za nie żydowskich zelotow z rabinem Weissem na czele. Nie chcę usprawiedliwiać poczynań tego ostatniego-ale: zastanówmy się, czy trochę winy nie leży po naszej stronie?

By przybliżyć mój punkt widzenia Czytelnikom zacznę od

nawiązania do wskazówek psychologów. Ci – dość jedno-

myślnie – zalecają, by ludzi kalekich starać się traktować po

prostu n o r m a I n i e – bez żadnych specjalnych przywilejów,

158

poza koniecznymi. By nie urażać ich wrażliwości ciągłym braniem pod uwagę ich kalectwa; by nie pogłębiać ich kompleksów, które mieć muszą.

Dla przykładu powołam się na artykuł z amieszczony przed dwoma laty w „The Washington Times” (Uwaga: „The New York Times” i „The Washington Post” są w rękach lewicy – a „The New York Post” i „The Washington Times” – nie; które są sprowadzane do Polski – przez „RUCH” i przez Ambasadę USA; które są omawiane w prasie: proszę zgadnąć?) Autor zdawał w nim sprawę z jakiegoś publicznego (ale raczej dla elity, a nie na stadionie) występu p. Jessie Jamesa, murzyńs-kiego kandydata na prezydenta.

Żałosnym aspektem sprawy – pisał – było nie to, że p. JJ plótł bzdury; żałosne było, że to elitarne audytorium siedziało cicho i nie krytykowało – BY NIE URAZIC MURZYNA. Nie ulega kwestii – pisał autor – że gdyby te bzdury mówił Biały, to by mu przerywano, gwizdano – a przynajmniej potem w dyskusji wytykano błędy. Tu – po spotkaniu – wszyscy (z widocznym skrępowaniem) starali się powiedzieć o tym wy-stępie coś miłego.

Takim postępowaniem – konkludował autor – wyrządza-my ogromną szkodę właśnie Murzynom. Jak mają wrócić do normalności, jak mają wspiąć się na wyższy poziom, by konkurować z Białymi – jeśli będziemy szczędzić im krytyki?  Tylko traktowanie Murzyna dokładnie tak samo, jak Białego-bez żadnych przywilejów, punktów dodatkowych na wyższe uczelnie, preferencji przy przyjmowaniu do pracy i wszelkiej taryfy ulgowej – jest zgodne z moralnością, a także leży w długofalowym interesie samych Murzynów oraz całej ludzko-ści.

Jest dla mnie sprawą oczywistą, że ów autor ma rację. Teraz więc – mając to w pamięci – revenons a nos mouttons.

Żydzi po Holocauście mają ogromny garb psychiczny. To oczywiste – przynajmniej w odniesieniu do żydowskich intelektualistów. Przeciętny Żyd bowiem – jak i przeciętny Szkot – myślom o Holocauście poświęca tyleż uwagi, co Szkot ścięciu Marii Stuart: było, minęło – teraz trzeba żyć i robić interesy.

159

Intelektualiści jednak to ludzie wrażliwi. Taka jest ich rola.  W tym wypadku są przewrażliwieni – i to można i należy rozumieć.

Z tego jednak NIE wynika, że należy ich traktować jak garbatych i z tego powodu odnosić się do nich choćby odrobinę inaczej niż do innych nacji!

Tymczasem ponad połowa świata kiwa ze zrozumieniem

głowami na mniej lub bardziej bzdurne pretensje Żydów

– uważając, że za Holocaust należy się jakaś rekompensata.

Otóż rekompensata należy się – indywidualnie – rodzi-nom, które zostały skrzywdzone przez zamordowanie lub okaleczenie ich członków. Również za ograbienie z mienia.  Natomiast twierdzenie, że coś należy się narodowi żydows-kiemu (lub państwu Izrael) od narodu niemieckiego lub polskiego (oraz RFN, NRD lub PRL) byłaby wprowadzeniem pierwiastka nacjonalizmu – który, nb., intelektualiści starają się zwalczać. Ja tam żadnego Żyda nie skrzywdziłem – i, niezależnie od tego, czy Goldbauma skrzywdził Schmidt, Smith czy Kowalski, nie czuję się ani odrobinę za to od-powiedzialny! Nie domagam się również by Schmidt czuł się odpowiedzialny za jakąkolwiek krzywdę wyrządzoną przez Niemców MOJEJ rodzinie (o ile sam nie należał do krzyw-dzicieli, rzecz jasna).

Takie stanowisko jest jasne, proste – i zgodne z etyką, która

nie uznaje zbiorowej odpowiedzialności. Jeśli od niego odejść

– na „korzyść” Żydów-to druga (chwilowo mniejsza) część świata odbiera to jako niesprawiedliwość; zaczyna się mówić o hucpie – i tworzy to podłoże dla narastania anty-semityzmu.

Ludzie są bowiem bardzo uczuleni na sprawiedliwość. Lud lubi też równość – i łatwo zazdrości innym. Żydzi, w wyniku millenialnej, ostrej selekcji naturalnej są narodem z wielką liczbą jednostek zdolnych. To JUŻ jest podłoże do zawiści.

Jeśli jeszcze dojdzie do tego kwestia niezasłużonych przywile-

jów – wybuch gotowy. I wszelkie społeczeństwa są bardzo

podatne na anty-semicką propagandę. Chyba nie trzeba

odwoływać się do historii, by to potwierdzić? Z obecnych

– największa fala anty-semityzmu wzbiera obecnie w USA.

Jeśli by teraz przyszedł jakiś nowy Roosevelt i rozszerzył etatyzm (stwarzając pole dla socjalistyczno-intelektualnych nadużyć) – wybuch anty-semityzmu (popularnego nie tylko wśród biedoty i Murzynów) byłby nieunikniony.

Jedyna rada na waśnie narodowe – to stworzenie silnego

państwa, które nie oglądając się na jakiekolwiek racje politycz-

ne bezwzględnie karałoby wszelkie wyskoki niezależnie od

narodowości sprawców (za pobicie – a nie za „pogrom

anty-żydowski”) – i które byłoby ślepe na rasę, kolor skóry

i wyznanie obywateli. Niestety – państwa współczesne

– choćby samym wyróżnieniem anty-semityzmu spośród innych występków! – postępują zupełnie inaczej.

Również znoszenie w życiu społecznym absurdalnych pre-tensji jest niedopuszczalne. A to właśnie dzieje się, gdy np.  wysłuchujemy, że „Polacy zawsze i biologicznie starali się niszczyć Żydów” – i wdajemy się na ten temat w dyskusje z pozycji spokorniałego krzywdziciela starającego się umniej-szyć swoją winę – zamiast po prostu postukać się po głowie!

Gdy dziś ktoś mówi, że Niemcom jest lepiej w NRD niż

w RFN (choć uciekają właśnie na Zachód) – to tak właśnie

robimy, nieprawdaż? Gdy ktoś tłumaczy, że Polakom jest źle

w Chicago – to też stukamy się w czoło. Gdy widzimy, że

Murzyni uciekają z Mozambiku do RPA – a nie odwrotnie

-to też nikt nam nie wmówi, że w R PA Murzynom jest źle. Jak mawiał jeszcze Włodzimierz I. U lianow: „ Ludzie głosują – no-gami!”

Pamiętajmy więc – co podkreślają sami Żydzi – że w pew-

nym momencie na terenach I Rzeczypospolitej znajdowało się prawie 80”% całej diaspsory żydowskiej! Jeśli zamiast być we Francji, w Hiszpanii, w Holandii lub w Niemczech – chronili się między Polską, Litwą, a Ukrainą – to ZNACZY, że tu było im dobrze. Koniec dyskusji.

I Rzeczpospolita była zresztą niemal wzorowo urządzonym państwem tolerancji. Liberum veto zabezpieczało przez na-głymi i dokuczliwiymi zmianami prawa, poszczególne ziemie, wyznania i narodowości miały własne prawa i przywileje.

Nieco zbyt wielka przewaga szlachty dusiła zwolna prawa

160 161

miast i chłopstwa – to prawda. Żydzi jednakże (i inne racje)

mieli autonomię, własne sądownictwo, a sejm żydowski

– w’ad – miał nawet prawo dowolnie rozkładać na Żydów nałożony podatek ogólny. Jak z tego prawa korzystał – to kwestia dyskusji wśród ekonomistów; w każdym jednak razie jeśli robił to źle, to nie Polacy lub Litwini byli za to od-powiedzialni!

Podobnie należy się wymownie stukać w czoło, gdy ktoś twierdzi, że obozy zagłady budowane były w Polsce z uwagi na polski anty-semityzm. Równie dobrze można by twierdzić, że kopalnie i huty budowane były na Śląsku z uwagi na umiłowanie przez Ślązaków do zawodu górnika lub hutnika!

Gdy matka straci czworo z pięciorga dzieci – pogrążona jest w desperacji i czyni sobie i innym co chwila wyrzuty „A gdybym zamiast pójść po zakupy wpadła zajrzeć do ich szkoły?  A gdyby zamiast gazu budynek był ogrzewany prądem?” Zdarza się, że oskarża ministra energetyki. Można to zrozumieć i cierpliwie znosić – ale, na miłość Boską! – nie można temu ulegać i przytakiwać, bo tylko się w niej pogłębia te urazy!!

Tym czasem my ulegamy. Gdyby rabin Weiss wszedł na teren prywatny w Arizonie – miałby szansę zostać po prostu zastrzelonym. Tu wyciągnięto go za ręce i nogi z terenu klasztoru (!) żeńskiego (!!!) – a „Tygodnik Powszechny” rozczula się nad krzywdą, która spotkała Jego i Jego towarzy-szy!

Tak samo przed dwoma laty J E kardynał Macharski niejako uznał słuszność pretensji Żydów – o to, że tuż obok Oświęci-mia ulokował się klasztor. Mało brakło, a pytałby pokornie o ile ryków wołu (starosłowiańska miara odległości) należy loko-wać domy modlitwy od krematorium! Gdy raz – nawet w najdrobniejszej mierze – uzna się słuszność absurdalnych pretensji – to już właściwie nie ma odwrotu. Co chwila się uszłyszy: „Przecież uznaliście ZASADĘ”. I pretensje robią się coraz bardziej absurdalne. I odpowiedzialny za to jest ten, co je uznał!

Z punktu widzenia liberała sprawa wygląda tak: nie wiado-

mo, co w tym wszystkim robi Rząd polski, Biskup krakowski

i Światowy Kongres Żydów. Jeśli ktoś nie chce, by w danym domu znajdowała się jakaś instytucja – to idzie do jej właściciela (generała zakonu?), proponuje taką sumę odstęp-nego, za jaką właściciel skłonny będzie przenieść się w inne miejsce. Przecież trudno przypuszczać by siostrzyczki upierały się akurat przy tym budynku by modlić się na złość współwyz-nawcom pomordowanych! Gdyby przedstawiciel jakiejś żydo-wskiej fundacji przyszedł z taką propozycją – to zapewne z ochotą przeniosłyby się z tego starego budynku do nieco lepszego położonego nieco dalej. A tu, w wyniku działania paru narwańców, zrobiła się z tego heca na skalę światową.  Heca w najwyższym stopniu niesmaczna – właśnie w pobliżu Oświęcimia.

Wiem, że to stanowisko nie spodoba się zawziętym szowini-

stom z obydwu stron. Jedni utrzymują, że katolicy starają się

obrazić żydów – drudzy, że Żydzi robią umyślnie akcję

przeciwko Polakom. Obydwie strony należy – moim zdaniem

– odesłać do narożników, przeciwległych, oczywiście. Roz-wiązanie poprzez rynek jest tak proste… .

Jak widać pisałem ten tekst z pełną życzliwóścią – i za-kładając, że (poza może paroma Panami, który zasugerowali rabinowi Weissowi wyjazd do Polski i zaopatrzyli Go w pienią-dze) cała afera jest nieporozumieniem.

Niestety – teraz nie jestem tego już taki pewiem.  Przeczytałem bowiem byłem w „Tygodniku Powszech-nym”, że z punktu widzenia Żydów miejsce pomordowania ludzi jest „miejscem przeklętym”. Nie wolno tam śpiewać, odprawiać modłów.. Dlatego właśnie religijna społeczność żydów tak źle odbiera obecność karmelitanek w pobliżu Oświęcimia.

Po czym zobaczyłem na własne oczy… no, za pośrednict-wem kamery telewizyjnej, pielgrzymkę Żydów z Izraela do Oświęcimia.

Otóż szli oni przez obóz Auschwitz – a idąc modlili się i śpiewali!!!

To ja przepraszam – ale ktoś tu robi sobie za mnie kpiny!

Od razu przypomniałem sobie sprawę stacji benzynowej na

162 163

Stawkach (w Warszawie). Wybudowano tam pomnik w po-staci marmurowej repliki bramy Umschlagplatz i bardzo dob-rze !

Po czym „POLITYKA” (i inne pisma) zażądała, by wobec tego usunąć pobliską stację benzynową, szpecącą widok.

Istotnie – szpeciła. Jednak znów: należało wykupić tę stację razem z całym terenem – i spokój! Dlaczego zadłużone miasto Warszawa, mające za mało stacji, ma ponosić te koszty? ! ?

A piszę to dlatego, że „POLITYKA” twierdziła, że stację trzeba usunąć – bo jak katolicy potraktowaliby stację ben-zynową koło np. Powązek?

Dowcip w tym, że przy samym murze Cmentarza Powąz-kowskiego JEST stacja benzynowa. I nikomu nie przeszka-dza…

KO LO R S KÓ RY

Niedawno zakończyły się wybory w Rodezji, zwanej obec-nie Zimbabwe – którą to zmianę konserwatysta powinien w zasadzie powitać conajmniej ze zrozumieniem. Z punktu widzenia bowiem większości mieszkańców (a nie-Białych jest tam nawet więcej niż było nie-Czerwonych w Polsce!) Cecyl Rhodes to taki, mniej – więcej, Julian Marchlewski. Nazwa „Zimbabwe” jest wprawdzie nieco naciągana – kraj o takim kształcie nigdy nie istniał jako jednostka polityczna, przeto nie mógł się tak nazywać – ale, powtarzam, można to zrozumieć.

Wybory zakończyły się wynikiem ludowo-demokratycznym,

tzn. coś koło 90 proc. głosujących poparło p. Roberta Mugabe,

którego ideologia ma niesłychaną siłę przebicia: p. Mugabe

jest po prostu u władzy. Reżim p. Mugabe jest przy tym dość

liberalny: po pierwsze w Zimbabwe nie jada się ludzi, nawet

tłuściutkich opozycjonistów; po drugie: w odróżnieniu od

164

sprawdzonych w Europie (wschodniej) wzorów, prawie poło-wa wyborców nie wzięła przezornie udziału w głosowaniu.  Świadczy to o przewadze p. Mugabe nad p. Gustawem Husakiem lub Mikołajem Ceaucescu: mógł przecież kazać dosypać kartek do urn…

Pan Mugabe jest absolwentem 17 (!!) fakultetów, które kończył siedząc w więzieniu za ohydnej dyktatury kolonialis-tów brytyjskich. Niemniej gospodarka Zimbabwe w porów-naniu z gospodarką Rodezji – to ruina. Przykład Rodezji pokazuje więc dowodnie, co może stać się z RPA, jeśli na jej miejscu powstanie Azania (jak chcą projektowane państwo nazwać czarni Czerwoni).

Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że ANC, czyli Naro-

dowy Kongres Afrykański, to nie żadna tam „partia narodowo-

wyzwoleńcza walcząca o prawa Murzynów” – lecz komunis-

tyczna banda pragnąca pozabijać Białych, by mieszkać w ich

domach. Są to bandyci, finansowani przez Moskwę w nadziei,

że narobią w RPA takiego bałaganu, że kopalnie złota i dia-

mentów przez parę lat nie bedą działały. Być może nawet p.  Mandeli, zwyczajnemu agentowi sowieckiemu, uda się w Aza-nii zbudować przodujący ustrój socjalistyczny i kopalnie w ogóle zostaną zamknięte, bo Azanii nie będzie stać, by dopłacać do każdego wydobytego kilograma…

Na temat RPA wypowiada się od dawna bardzo emocjonal-nie cała kupa Białych i Czarnych rasistów – nie zdających sobie sprawy z podłoża swych uczuć.

Proszę zauważyć, że obydwie strony nieustannie mówią

o konflikcie rasowym w RPA, o konflikcie między Białymi

i Czarnymi. Tymczasem nawet pobieżna lektura doniesień z RPA nasuwa zupełnie, ale to zupełnie inny obraz.

Widzimy – i zanotowały to kamery wideo – jak tłum

czarnych otacza ofiarę, bije, kopie – potem nakłada na szyję

oponę napełnioną benzyną i podpala. Ofiara ginie w stras-

zliwych mękach, przy radości tłumu. Jaki jest kolor skóry

ofiary?

Czarny.

Pani Winnifreda Mandelowa, wraz ze swym kochankiem

165

z ochrony osobistej (a tak, w RPA opozycja miewa ochronę osobistą, a bo co?) morduje 14-letniego chłopca. Jaki jest kolor skóry ofiary?

Czarny.

Setki zwolenników ANC giną obecnie w walce z wrogami.

Wrogiem ANC jest Inkatha. Członkami Inkathy są Zulusi.

Czarni.

Prezydent de Klerk jest ostro atakowany, wymyśla mu się od najgorszych i grozi linczem. Kto mu grozi?

Biali.

Przed rokiem na włosku wisiała wojna między państwami

Transkei i Ciskei. Obydwa były całkowicie murzyńskie

– a wojnie zapobiegło tylko to, że między nimi był pasek terenu R PA, która nie zezwoliła wrogim armiom na przemarsze.

Przed dwoma laty głośny był proces ;,sześciu z Sharpeville”.  Oskarżeni byli Murzynami oskarżonymi o mord. Kim była ofiara? Czarnym (i tylko dlatego wstrzymano wykonanie wyroku; gdyby ofiarą był Biały powieszono by ich bez apelacji, jak sądzę)

Być może to właśnie powoduje, że praktycznie n i e m a przypadków zabijania Czarnych przez Białych i odwrotnie.

Prawdziwy konflikt istnieje między „ojcami” (konserwatywni

Murzyni), a „dziećmi” (grupy Murzynów rewolucjonistów),

między ANC a Inkathą, między Białymi fundamentalistami

– a Białymi ugodowcami. (Lecz jeśli zwyciężą ci ostatni, to poleje się krew Białych przelewana przez Murzynów – i od-wrotnie; ale to już nie będzie tyczyć RPA, lecz… Azanii)

Tymczasem nasi rasiści znają sytuację pobieżnie, a uznają tylko jedną różnicę: rasową. Nie przyjmują do wiadomości, że Zulus może nienawidzić Hotentota bardziej niż Boera…

Być może na tej samej zasadzie członek Partii Zjednoczo-nych Słowian i Narodów Sprzymierzonych nie potrafi zro-zumieć, że Ukrainiec potrafi nienawidzić Rosjanina bardziej niż np. Szwajcara… A przecież to takie naturalne…

Jeśli niektórzy, co bardziej skrupulatni, komentatorzy dojrzą

konflikty wewnątrz grup rasowych to przypisują to intrydze

białych kolonialistów, starających się skłócić Czarnych, by nie

166

utworzyli naturalnego sojuszu (prawda, że dla nich sojusz Białego z Czarnym jest nienaturalny? No, pewnie – bo są to zwykli rasiści, w dodatku zarzucający rasizm innym, np.  mnie!).

Gwoli ścisłości: tym niby czysto murzyńskim ANC też kieruţą

Biali. Ktoś przecież musi rozdzielać dotacje z Moskwy – a nie mogą tego czynić absolwenci Uniwersytetu im. Lumumby w Moskwie, bo ci umieją raczej rzucać granaty, zaś z dodawa-niem i odejmowaniem u nich kiepściuchno. Procederem tym zajmują się fachowcy – np. niejaki p. Józio Slovo. P. Slovo, znany bojownik o prawa murzyńskiej mniejszości…

…0, pardon: W RPA to Biali stanowią mniejszość! Ciekawe, co by powiedzieli amerykańscy bojownicy o prawa mniejszo-ści, gdyby im wytłumaczyć, że Biali w RPA to po prostu mniejszość, która wywalczyła sobie prawa d o k ł a d n i e według ich wskazówek? Np. Murzyn w Massachussetts łat-wiej dostaje się na uniwerek niż Biały (punkty dodatkowe!)

– i podobnie biały w Transvaalu.

Otóż p. Joe Slovo, słowacki Żyd zresztą, to najtypowszy na

świecie agent komunistyczny. Nie przeszkadza to niesłychanie

postępowej „Światowej Radzie Kościołów” (protestanckich) przelewać setek tysięcy dolarów ze składek wiernych na zakup broni, z której bojownicy ANC, ateiści, zabijać będą na razie Murzynów (na ogół protestantów lub katolików), a potem Białych ( niemal bez wyjątku protestantów). Forsą tą po części dysponuje również postępowy p.Slovo.

Niedawno pojechała do RPA p. Zofia Kuratowska, jako oficjalny delegat naszego Parlamentu. Pojechała – i ob-całowała się z bandą morderców i potencjalnych ludobójców.

Również p. Wojciech Lamentowicz, socjalista, pojechał cie-

szyć się z uwolnienia p. Mandeli – który od lat mógłby już być

na swobodzie, gdyby tylko powiedział, że wyrzeka się mordów

i rzezi jako metody walki politycznej. Pan Mandela się nie

wyrzekł – i za ten heroizm zatwardziałego bandyty sławi go

„postępowa” opinia publiczna.

Na niejakie szczęście panią Marszałek dopadli w RPA nieco

zorientowani w sytuacji przedstawiciele tamtejszej Polonii

1 g7

– i udało im się odwieść Ją od wymieniania pozdrowień z co bardziej skompromitowanymi przedstawicielami ANC. Jednak nie ma żadnej wątpliwości: nasz dzielny Parlament wyraźnie stoi po stronie bojowników o prawo do mordowania – a nie zwolenników Prawa i Porządku -fundamentów naszej cywi-lizacji. Takie są skutki flirtu z Lewicą.

Nie ma to – powtarzam – nic wspólnego z kolorem skóry.  Komunizm jest zły dla każdej rasy. Mnie, jako liberała, kolor skóry zupełnie nie obchodzi: ważne, że ten cały ANC to banda Komuchów (uwaga. Korekta: „Komuchów” nie „Czarnu-chów”!) – a ten, kto uważa, że Biały Czerwony jest zły, zaś Czarny Czerwony jest dobry – ten jest po prostu zakamienia-łym rasistą. I kropka.

Oruk. Mloda Po/ska -1989r.

Życie pokazało, że znów miałem rację.

Mamy kwiecień 1991. Prezydent de Klerk ustąpił. Pan

Mandela został wypuszczony… Efekt: ANC opanowała eufo-

ria: wypuścili, choć nie wyrzekł się terroryzmu – znaczy:

można mordowaćl

Komuniści z ANC zaczęli mordować Zulusówjuz nie w dzie-siątkach, a w tysiţcach. Inkatha odpowiedziała. Leje się krew.  Co prawda: tylko murzyńska, panowie rasiści, prawda?

Panią Mandelową zaś wreszcie postawiono przed sądem.  Wszystko odbyło się jak na Sycylii. Świadkowie wzywani, by oskarżać p. Mandelową albo są wprost mordowani, albo „wyjeżdżają w rodzinne strony” – jak cynicznie informuje adwokat p. WM – i nie odbierają wezwań. Każdy wie, co to oznacza.

I wiedzą pozostali, nieliczni zresztą, świadkowie. I od-mawiajązeznań, i morderczyni-komunistka najprawdopodob-niej zostanie uniewinniona.

Czasem myślę, że władza Białych w RPA jednak chyba się skończy. Dlaczego? Dlatego, że ANC po zdobyciu władzy nie patyczkowałaby się z łamiącymi j e g o prawo.

A ludzie wolą żyć pod takim prawem – złym, ale przy-strzeganym – niż pod rządami praw dobrych, z których każdy bandzior może kpić sobie w żywe oczy!

168

HANDEŁESI

Przed II wojną światową kwitł w Polsce antysemityzm. Był w znaczącej części skierowany przeciwko Żydom-handlow-com. Żyd, który kupował o pięć groszy taniej i sprzedawał o sześć groszy taniej, był – co zrozumiałe – znienawidzony przez konkurentów. Tym niemniej konkurenci ci właśnie dzięki tej konkurencji rozwijali pomysłowość i potrafili nie tylko walczyć w kraju, ale też nieraz wchodzić na rynki zagraniczne.

Jak wiadomo, jelenie zawdzięczają swoje zdrowie przega-niającym je watahom wilków, tym niemniej świetnie rozumie-my anty-wilcze uczucia niewdzięcznego jelenia.. Gdyby przy-wódcy jeleni postanowili całkowicie wytępić wilki, to wysłał-bym jednak ich do Białowieży, by obejrzeli w jak nędznym stanie są chronione przed wszystkim żubry!

Ten antysemityzm wobec handełesów (w tym i takich jak Kronenberg! ) szerzony był również – o czym mało się pisze-przez Żydow. Przez pewną szczególną kategorię Zydów, zwanych przez eNDeków żydokomuną. Wolałbym tu okreś-lenie: żydolewaków, gdyż komunizmu nikt dziś poważnie nie traktuje, natomiast w wielu ośrodkach zachodnich lewico-wość w dalszym ciągu jest jeszcze traktowana poważnie i pozytywnie (?!). Wystąpiła tu pewna wspólnota poglądów między wywodzącą się ze szlachty inteligencją, a tymi właśnie żydolewakami. W myśl tej wspólnej ideologii Żyd – ciemny, ortodoksyjny Żyd, modlący się i handlujący lub produkujący powrozy – to godny pogardy Azjata. Natomiast Żyd o-świecony, Żyd obkuty w ekonomii (najlepiej marksistowskiej)

– to Europejczyk.

Mam na ten temat dokładnie odmienne zdanie. Dla mnie człowiek handlujący, produkujący itd. – to człowiek naszej cywilizacji, natomiast człowiek wnoszący podanie o stypen-dium literackie, człowiek domagający się od Władcy prawa do narzucania przedsiębiorcom jakichś tam przepisów, ceł, poda-tków „regulujących”, domagający się wprowadzenia gos-podarki „państwowej” – to przedstawiciel obcej mi i wrogiej cywilizacji bizantyńskiej.

169

Niestety, polska warstwa oświecona uważała za ważniejsze pisanie poematów…

… tu dygresja. W każdym państwie warstwa rządząca-powiedzmy szlachta – p o w i n n a pogardzać handlem i dorobkiewiczowstwem (i to tak pogardzać, by w ogóle się w to nie wtrącać!). Człowiek uczony, że zysk jest rzecza najważ-niejszą, jako minister zainkasuje łapówkę! Z drugiej strony człowiek uczony, że zysk jest rzeczą wstrętną, nie zostanie dobrym producentem ani kupcem. Toteż pomysł jednolitego szkolnictwa, wpajającego dzieciom takie same wartości, jest zabójczy dla każdego narodu i dla każdego państwa. Kłopot z polską szlachtą nie polegał na tym, że pogardzała handlem, lecz na tym, że się jednak wtrącała i na tym, że było jej z a d u ż o. Jaki naród znieść może wyłączenie 10”% najlepszych przedstawicieli z działalności gospodarczej!? 1 „% szlachty- to rzecz potrzebna, niemal konieczna; 5% szlachty – jak we Francji-to za dużo;10%szlachty-to ruina. Rzeczjasna, p.p.  Demokraci szczycą się tym, że Polska była krajem postępowym (tfu!) i miała właśnie 10”% szlachty. Nawiasem mówiąc, ci sami ludzie czczą Konstytucję 3 Maja, która większości szlachty (hołocie) odbierała prawa wyborcze – co wydaje mi się, najdelikatniej pisząc, niekonsekwencją. No, ale demokraci z definicji nie mogą myśleć logicznie. Koniec dygresji.

… taka więc polska inteligencja znakomicie rozumiała owo lewicowe zboczenie. Rozumiała eNDeków, gdy ci atakowali pachciarzy i straganiarzy. Natomiast zupełnie nie mogła zro-zumieć niechęci eNDeków do spolonizowanych, kultural-nych, inteligentnych i wykształconych Żydów i traktowała ją jako chorobliwy, zoologiczny antysemityzm. Co było prawdą tylko w drobnej części.

W rzeczywistości bowiem z pasożytniczej szlachty oraz z

arrywistycznej Lewicy (której żydokomuna była tylko drobną,

choć hałaśliwą, częścią) zaczęła wytwarzać się, jak wszędzie

na świecie, Nowa Klasa. Nowa Klasa, żyjąca nie z pracy rąk i

nie z handlu, lecz z podatków. Nowa Klasa, składająca się z

intelektualistów piszących na zamówienie rządowe, z inteli-

gencji na rządowych posadach, z przedsiębiorców wykonują-

170

cych zamówienia rządowe (mała łapówka, a zysk o ileż większy niż na wolnym rynku; zresztą i łapówka często nie jest potrzebna, gdyż to nie zamawiający urzędnik płaci, więc łatwiej go naciąć lub namówić do niekorzystnego interesu), z artystow wykonujących na zamówienie rządowe posągi i obrazy, a także wielkie widowiska patriotyczno-etatystyczne, których nikt przy zdrowych zmysłach nie zamówiłby za prywa-tne pieniądze. Nowa Klasa zdecydowanie wroga wszelkiej prywacie i wychwalająca państwo opiekuńcze.

Rzecz jasna, ideologia socjalistyczna – ogólniej państwa opiekuńczego – wybornie nadawała się do przeprowadzania wszelkiego typu malwersacji. Pod tym płaszczykiem grabiło się i grabi – od majątków ziemskich przez reformę Grabskiego, złoto FON-u, reformę rolną, wille rozdawane politykom i artystom aż po pomoc z Zachodu rozdzielaną przez parafie w 1982 roku i później. Gdy tylko zamiast sprzedawania mamy rozdawnictwo, natychmiast pojawia się korupcja i Nowa Klasa czuje się w swoim żywiole.

Paradoksem jest, że wkrótce potem pojawia się – i to jeszcze silniejszy – antysemityzm wśród Nowej Klasy. Rzecz w tym,że Żydzi, od tysięcy lat uczeni wzajemnego wspierania się w obcym i wrogim świecie, okazali się w tym sporcie lepsi.  Goldberg musiał ciężko pracować, by kupić o pięć groszy taniej i sprzedać o grosz taniej, natomiast Złotkiewicz bez kłopotu inkasuje łapówkę lub otrzymuje koncesję od współ-rodaka (co jest naturalne i zrozumiałe, gdyż dobra się przy-dziela „po uważaniu”, trudno nawet mieć pretensje do urzęd-nika, że bardziej „uważa” swojego znajomego!). Stąd też o ile oskarżenia o „nieuczciwość” były pod adresem Goldberga wysuwane raczej półgębkiem (bo klienci Goldberga, zwłasz-cza ci ubodzy, dla których ten grosz różnicy w cenie był istotny, rzuciliby się go bronić), o tyle teraz antysemityzm znalazł naturalną i realną podstawę do oskarżeń.

Wszystko to jest – przydługim nieco – wstępem do właściwego tematu.

Otóż obecnie w całej Europie – od Pirenejów po Kijów i od Oslo po Kair – daje się zauważyć ostre nastawienie antypols-kie.

171

Rzecz w tym, że – pozbawieni w tragicznym trybie Żydow, którzy przez stulecia wypełniali tę rolę – Polacy sami wy-tworzyli własną warstwę handlową (co raz jeszcze dowodzi, że społeczeństwo jest homeostatem). Serce mi rośnie, gdy patrzę na te miliony Polaków handlujących na bazarach i bohatersko przemycających, co się da i gdzie się da, czynem walczących z uciskiem Nowej Klasy we wszystkich krajach ościennych, krzewiących wyższość Cywilizacji Handlowej nad Biurową. To stąd pochodzi nasza obecna zamożność i dobrobyt, tak zaskakujące wobec danych „Rocznika Statys-tycznego” wskazującego na zupełny i całkowity upadek tzw.  „gospodarki państwowej”.

Dziwiąc się, że Niemcy, Węgrzy, Serbowie, Czesi, Chorwaci, Ukraińcy, Słowacy, Słoweńcy, Morawianie, Rosjanie, Litwini itd., którym przecież dostarczamy towary, coraz wyraźniej demonstrują antypolonizm, pamiętajmy więc, że jest on do-kładnie tym samym, co antysemityzm Polaków wobec Ży-da-handełesa!

Proszę zauważyć, że polski pisarz, działacz związkowy lub nawet szuler traktowany jest z całą rewerencją, gdyż jest pasożytem: gościem na koszt podatnika lub jelenia w kasynie.  Natomiast Polak przyjeżdżający do pracy lub przywożący towary albo pieniądze za towary! – a więc wzbogacający naszych sąsiadów – traktowany jest jako wróg. Oczywiście przez ichnią Nową Klasę, która do pasożytów odczuwa instynktowną sympatię!

Tu warto dodać, że taka niechęć występuje zazwyczaj w stosunku do grup, które awansują. Polak naprawdę biedny cieszyłby się sympatią! Wrogość demonstrowana jest w sto-sunku do Polaka-kapitalisty, który oszczędza („kapitalizuje”)

każdy grosz i wkrótce będzie bogaty. Charakterystyczne, że „polskie dowcipy” pojawiły się w USA akurat w momencie, gdy tamtejsza Polonia przegoniła Anglosasów, wychodząc na drugie pod względem bogactwa miejsce wśród grup narodo-wościowych.

Wrogość tę demonstrują przede wszystkim egzekutorzy

Nowej Klasy, np. celnicy. Wrogość tym więszą, że ten cholerny

Polak na pewno jest odeń bogatszy! Nałożenie się niechęci majątkowej na narodową z reguły daje efekt potęgowy!

Rzecz jasna polska Nowa Klasa dzielnie sekundowała i se-kunduje bratnim Nowym Klasom w zwalczaniu prawdziwych tworców bogactwa narodowego. Jeśli Polak (Czech, Żyd, Chorwat – wszystko jedno zresztą) coś wywiezie z Polski, a w zamian przywiezie coś z Węgier, to w prasie węgierskiej przeczytamy, że obrabował Węgrów, a w polskiej – że Polskę.  Absurd oczywisty. Ludność obydwu krajów korzysta z usług tych handlarzy z wdzięcznością, dając im zarobić i chroniąc przed policją Nowej Klasy.

W wyniku jednak tego oficjalnego potępienia Polacy za granicą – a zwłaszcza na granicy – zachowują się jak…  właśnie tak, jak Żydzi-handełesi! Uniżeni, przepraszający, gotowi podnieść z błota swój paszport rzucony z pogardą przez obcego celnika lub pogranicznika, podlizujący się – byle móc pojechać i zarobić! Jeszcze trochę, a mentalnie przerobi-my się na Żydów Europy!

Na szczęście zmienił się kierunek wiatru Historii i panowanie Nowej Klasy odchodzi (na pewien czas…) do szuflady. W do-datku obywatele RP (a nawet i b. PRL) mają tę przewagę nad przedwojennymi Żydami, że płacą podatki na własne państwo, które w zamian za to ma psi obowiązek chronić ich interesów.  Państwo sanacyjne bowiem uważało Żyda sprzedającego towar taniej niż państwowa wytwórnia nie za dobroczyńcę Polaków, lecz za wroga państwa. Co by się stało, gdyby taki handełes kupił kilo cukru w Londynie (sprzedawanego tam przez rząd za 15 groszy!!!) i próbował przemycić go do Polski, gdzie rząd utrzymywał monopol cukrowni i usiłował sprzeda-wać go po złotówce przy pomocy płatnych apologetów reżimu typu Wańkowicza (to On wymyślił hasło: „Cukier krzepi!”).

Urzędnicy PRL – powtarzam – tępili własnych obywate-li-handełesów, gdyż byli urzędnikami Nowej Klasy, a nie Rzeczypospolitej. Jednakże od kilku już lat wyraźnie widać, że nastawienie polskich celników do własnych przynajmniej obywateli uległo wyraźnej poprawie (efekt edukacji p.p. prof.

172 173

prof. Krasińskiego, Sadowskiego oraz r2ądów p.p. Rakowskie-go, Wilczkaj, oczywiście, Balcerowicza i Syryjczyka). Obecnie są to urzędnicy Rzeczypospolitej i należy mieć nadzieję, że ta zmiana nastawienia znajdzie również swój instytucjonalny wyraz.

Nie wiem natomiast, jak to wpłynie na mentalność Pola-ka-Handlowca, gdyż ta kształtowana jest przez celników obcych.

I tu ogromna rola Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które po raz pierws2y znalazło się w ręku człowieka spoza Nowej Klasy.

Co mógł zrobić Polak, któremu celnik lub pogranicznik rzucił pogardliwie paszport na ziemię?

Wiemy, że nic. Sam bym go podniósł, dusząc w sobie oburzenie. Ale wiem, co obywatel normalnego państwa powi-nien by zrobić.

Powinien by zostawić dokument na ziemi. Następnie powi-nien wrócić do najbliższego urzędu w kraju, a jeśli był odeń oddzielony granicą – do najbliższej placówki konsularnej.  Tam powinien zostać pochwalony przez urzędnika za swoje postępowanie. Powinien otrzymać do ręki duplikat paszportu oraz zwrot – według stawek dla urzędników MSZ – kosztów przejazdu i utraconego czasu. MSZ powinno wystąpić od-powiednimi kanałami z żądaniem surowego ukarania funk-cjonariusza, który dokument z Orłem Białym rzucił na ziemię, oraz by funkcjonariusz ten przeprosił danego obywatela na piśmie. I MSZ powinno dopilnować, by zostało to dokonane i by rząd danego państwa zwrócił pieniądze wypłacone przez konsulat jako odszkodowanie!

Tylko taka stanowcza polityka, włącznie z zagrożeniem zerwaniem stosunków dyplomatycznych, wymoże na naszych partnerach i sąsiadach odpowiednie traktowanie naszych obywateli, a w konsekwencji i Rzec2ypospolitej. W interesie bowiem państwa jest, by nie pomiatano jego obywatelami!

Wielka Brytania wiedziała, co robi, uprawiając „dyplomację

kanonierek” (co oznaczało, że gdyjakieś państwo skrzywdziło

174

poddanego Króla, pojawiały się u jego wybrzeży kanonierki w odpowiedniej liczbie i czyniły niewypłacenie odszkodowa-nia nieopłacalnym…).

Nas, oczywiście, na dyplomację kanonierek nie stać, gdyż armat nie mamy, sąsiedzi często nie mają z nami wspólnych granic ani granic morskich, a w ogóle czasy już nie te. Pamiętać jednak należy, że Nowa Klasa rządzi dzięki zakłamaniu: teore-tycznie niszczy prywaciarstwo, ale w praktyce przymyka na nie oczy, gdyż wie, że bez niego ta cała „gospodarka państwowa” nie wytrzymałaby nawet trzech lat (w Sowietach cały czas istniało potężne podziemie gospodarcze!). Groźba, że ludność 2ostanie pozbawiona polskich prześcieradeł, kremu „NIVEA” itd., jest wcale poważna! Oczywiście nie była nią w czasach, gdy władze miały jeszcze rezerwy odziedziczone po kapitaliź-mie, pozwalające im nie liczyć się z wolą ludności, i gdy miały wolę strzelać do ludności w razie rozruchów. Obecnie czasy są inne i można, i należy to wykorzystywać!

Dlatego apelują do p. prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, ministra spraw zagranicznych, by odpowiednio ustawił swój aparat i przestroił politykę w stosunku do naszych obywateli podróżujących za granicę w celach handlowych. Aby wziął pod uwagę, że to, co w krajach ościennych jest uważane za przestępstwo, nie musi być za przestępstwo uznawane przez urzędników Rzeczypospolitej, że wprawdzie rozumiemy, iż władze innych krajów mają prawo karać naszych obywateli za łamanie ich praw, ale nie znaczy to, że nasi konsulowie mają temu przytakiwać !

Handel jest dźwignią rozwoju. Ateny zbudowały swoje bogactwo dzięki popieraniu prywatnych handlowców! Wysy-łały im na pomoc swoje okręty wojenne!

Rzeczypospolita powinna zacząć robić to samol

RASIŚCI W PARLAMENCIE

Włączenie telewizora grozi dziś połamaniem mózgu -toteż

konsekwentnie podtrzymuję obyczaj zapoczątkowany w o-

kresie wojny (wietnamskiej) to znaczy oglądam ją bardzo

rzadko. Ostatnio włączyłem ogłupiacz w porze „VViadomości”

– i zostałem zaskoczony informacją, że w Sejmie funkcjonuje już Komisja ds. Mniejszości Narodowych.

Na ekranie wymądrzali się jacyś Wielce Szanowni Posłowie i Wielce Szanowne Posłanki – a ja rozmyślałem z goryczą, że można latami pisać i gadać swoje – a Czerwoni i tak będą durni, i tak. Nawet zresztą odpowiedzieć nie raczą. Robią swoje – co dowodzi przewagi robienia nad mówieniem i pisaniem.

Z dywagacji W.Sz. P. i P. wynikało, że mniejszościami w Polsce należy się koniecznie zajmować – i że należy im zagwarantować prawa polityczne.

Ciekawe: czy na to nie obrażą się „mniejszości”? „Jak to-powiedzą – to Polacy są dorośli i można dać im samodziel-ność, a nami trzeba się zajmować, jak małymi dziećmi?”

0 ile zrozumiałem, powodem, dla którego należy zagwaran-tować specjalne prawa mniejszościom, jest to, że ich przed-stawicieli w Polsce jest mniej niż Polaków.

Pomysł ten bardzo spodobał się pewnej mojej znajomej Tuvalce (tak, w Polsce istnieje jednooosobowa mniejszość tuwalska, a bo co?). W swym prostym, wyspiarskim umyśle rozważyła całą kwestię i oświadczyła pogodnie:

„Polacy mają swoje prawa, bo ich jest 35 milionów.  Ukraińcy muszą mieć specjalne prawa, bo jest ich tylko 3,5 miliona. Niemcom trzeba dać prawa bardziej specjalne, bo jest ich tylko 350 tys. Wyjątkowe prawa należą się Słowakom, bo jest ich 35 tys. Węgrom (3500 osób), Macedończykom (350 sztuk) i Lapończykom (35 osób). A twoja Tuvalka musi mieć prawa bardzo-bardzo specjalne, bo jest tylko jedna…”

W przerażeniu myślałem, do którego senatora trzeba się

będzie udać z łapówką, by załatwić Tuvalce miejsce w Senacie

– ale okazało się, że jej chodziło tylko o załatwienie biletu do teatru. Odetchnąłem.

Niemniej myśl jest frapująca: gdzie zatrzymaţą się nasi

sejmowi rasiści? Czy ustalą arbitralną granicę, od ilu obywateli polskich pochodzenia rurytańskiego Rurytańczycy uzyskają status mniejszości? Czy decydować będzie narodowość – czy obywatelstwo? (Jeśli granicą tą będzie np. 5000 osób a w Polsce będzie 3000 Chińczyków Ludowych i 3000 Chiń-czyków z Hongkongu – to przed zjednoczeniem żadna grupa nie będzie „mniejszością”, a po zjednoczeniu uzyskają taki status?). Czy zostaną wydane „ustawy norymberskie” ustala-jące, kto ma prawo nazywać się np. Tatarem lub Chazarem?

Ten ostatni problem nie jest bagatelny! Gdy Kongres USA

wydał był „prawo o mniejszościach” i zaczął zwracać plemio-

nom indiańskim ziemę „zagarniętą w XVIII wieku” – to

pojawiły się grupy czerwonoskórych cwaniaków przybierają-

cych miano Algonquino-Tupihuatelcamoc (lub podobnie) i

uzyskujących od rządu – za darmo – setki tysięcy hektarów na własność! ! !

To wszystko nie są tylko „trudności techniczne”. Po prostu

– wbrew opinii tępych rasistów, którzy zagnieździli się (jak widać) w naszym parlamencie – nie istnieje sposób, by odróżnić, kto jeszcze jest członkiem „większości”, a kto

„mniejszości”.

Przypominają się tu wyczyny podobnych matołów z amery-

kańskiego ministerstwa H EW (Zdrowie, Oświata, Opieka Spo-

łeczna); najpierw ogłosili, że ńikogo nie wolno pytać o

narodowość – a następnie zarządzili, by w każdym mieście w

instytucjach rządowych proporcje narodowości odpowiadały

proporcjom w mieście. Jak w dowcipie o Żydach z Chełma-niemal dosłownie!

Nasi sejmowi rasiści zdają się nie dostrzegać, że niczym nie różnią się od narodowych szowinistów: i jedni i drudzy uważają, że jakieś prawa należą się z tytułu przynależności do jakiegoś narodu. Toż to typowy nacjonalizm!

Jeśli przyznamy np. Niemcom jakiekolwiek przywileje, to natychmiast pozbawieni analogicznych przywilejow Polacy poczują w sobie dumę narodową – i zaraz zacznie się polka!

Pan profesor Maciej Giertych w przemówieniu – szeroko

177

176

cytowanym przez prasę z szyderczym komentarzem – twier-

dził, że antysemityzm rozbudzają w narodzie polskim różni

tacy, którym zależy np. na tym, by Polska nie otrzymywała

pomocy od Ameryki. Ha-ha-ha – zaśmiewa się „Gazeta

Wyborcza”. Jednak deklaracje naszych parlamentarzystów

dowodzą, że jeśli nie są oni agentami antypolskiej mafii, to są

paczką kompletnych jełopów, którzy zamiast kandydować do

parlamentu, powinni raczej poprosić o ponowne przeszkolenie

w jakiejś dobrej – to jest prywatnej – szkole.podstawowej!

Nie chcąc o nich tak brzydko myśleć, zmuszony jestem raczej przychylać się do tezy p. Giertycha. Z szacunku dla parlamen-tarzystów, wyłącznie – powtarzam z naciskiem…

Niechże ja jednak zrozumiem: dlaczego ten feblik narodowy tak tkwi w zakutych łbach naszych posłów i senatorów?  Dlaczego uważają, że Białorusini powinni mieć swojego senatora w parlamencie – a np. mańkuci (których jest mniej więcej tyle samo) – nie?

W czym gorsi są mańkuci od Białorusinów?

Albo np. błękitnoocy? Jeśli dostrzeżemy, że błękitnookich

jest w Sejmie mniej niż wynikałoby to z ich proporcji w społeczeństwie – to będziemy wrzeszczeć o dyskryminacji błękitnookich i domagać się proporcjonalnej ich reprezentacji?

A co z arystokratami o błękitnej krwi?

A co z idiotami? Mimo wszystko chyba proprocja idiotów w

Sejmie jest wyraźnie niższa od ich udziału w społeczeństwie?

Czy oni też nie powinni mieć reprezentacji parlamentarnej?

Nie widzę też w Sejmie przedstawicieli innej mniejszości:

staruszków po osiemdziesiątce. Mimo to sądzę, że ich interesy są zupełnie nieźle bronione przez parlament.

Być może więc – o horrendum! do tego, by czyjeś interesy były chronione w parlamencie, wcale NIE trzeba mieć w nim swoich przedstawicieli?

Np. nie ma w parlamencie reprezentacji obywateli bez obydwu rąk. A mimo to – zauważmy – przez setki lat parlament nie wydał ani jednej ustawy dyskryminującej tego typu inwalidów – a czasem nawet, przyznawał im przywileje.

Za to przed wojną np. Żydzi mieli swoje partie i reprezentan-

tów w Sejmie. O ile wiem, dzieci prędziej naśmiewają się z

178

paralityka niż z Żyda. A mimo to przez Sejm zagrożeni byli raczej Żydzi niż paralitycy!

Jeśli zaś Sejm nie uchwalał mimo wszystko ustaw an-tysemickich -to na pewno nie dzięki temu, że siedziało w nim kilku Żydów z Poalej-Syjonu i kilku Bundowców!!! Ich głosy niczego nie mogłyby zmienić!

Może jeszcze tak: dziesięciu posłów mniejszości cygańskiej w niczym nie przeszkodzi w uchwaleniu antycygańskich ustaw; natomiast to, że zostali oni wybrani według specjalnej procedury, ulgowej dla mniejszości (np. gwarantowane 5 proc. miejsc), rozwścieczy resztę posłów dokładnie tak samo, jak obecnie rozwściecza wszystkich obecność posłów PZPR!

Konkludując: idea reprezentacji mniejszości w Sejmie, idea nadawania im jakichkolwiek wyróżniających praw – to idea kolektywistyczna, prowadząca wprost do Sejmu stalinows-kiego: odpowiedni procent szwaczek, Żydów, hutników, sta-ruszków, kobiet itd. Jako zadanie matemtyczne jest to nawet ciekawe!

W życiu praktycznym zaproponowałbym naszym rasistom w Sejmie, by zajęli się innymi dyskryminowanymi mniejszoś-ciami. Na przykład prywatnymi przedsiębiorcami (mającymi gorsze warunki od przedsiębiorców zagranicznych). To jest TEŻ mniejszość!!! W niczym nie gorsza od narodowych.  I chce tylko równych praw, proszę urawniłowszczyków!

ŻYDZI I IZRAELICI

W serialu „Intifada…’ (GW 23/90) „Dawid Warszawski” stwierdza, że cała prasa światowa jest jednomyślna w potępia-niu Izraela za zaprowadzenie porządku na opanowanych przez palestyńskich terrorystów ulicach pytając na zakończenie:

„Ciekawe, co na ten temat mają do powiedzenia ci, którzy

179

uważają, że środki masowego przekazu na świecie „są opano-wane przez Żydów?”

Odpowiadam.

„Warszawski” albo udaje naiwnego – albo wykazuje żenu-

jącą ignorancję.

W Izraelu osiedlali się zarówno Aszkenazim (znani nam

Żydzi z cywilizacji Północy) jak i Sefardim (Żydzi z krajów

Lewantu i Południa). Ci ostatni to raczej naród handlowy

– natomiast wśród Aszkenazyjczyków arystokracją są intelek-tualiści.

Ponieważ na całym świecie intelektualiści zdradzili (w większości) sprawę Wolności i zapisali się w szeregi Nowej Klasy – przeto trudno się dziwić, że wśród Aszkenazich ogromna większość to uczniowie Marxa, Trockiego, Kauts-ky’ego, Dutschke’ego, Habermasa i innych perwersyjnych myślicieli. To oni budowali Izrael jako Raj na Ziemi, to oni kazali dopłacać miliardy dolarów do kibuców (czyli spółdzielni produkcyjnych), to oni rozwijali opiekę społeczną. To oni z Ameryki dosyłali na te cele miliardy dolarów (częściowo zresztą nie swoich). Sefardyjczycy byli pogardzani i nie mieli w tej sprawie wiele do powiedzenia.

Jednak w Izraelu wyrosło nowe pokolenie, które ukształ-towało nowy typ Żyda – Sabrę. Sabra – to trochę pionier z Dzikiego Zachodu, a trochę nowoczesny manager. Sabra z pogardą odrzucają socjalistyczne mrzonki, w wyborach nie głosują na socjalistów (którzy ostatnio stracili już większość) i nawet nie lubią, by ich nazywać Żydami! Oni są Izraelitami (może po polsku lepiej: Izraelczykami – bo Izraelita od czasów Makuszyńskiego to to samo, co Żyd, z odcieniem przjaź-nie-protekcjonalnym). „Żyd” to taki brodaty pokurcz znany z gţbbelsowskich karykatur (bez brody wygląda jak Woody Allen…) – natomiast „Izraelczyk” ma prawie dwa metry, jest pleczysty i (w odróżnieniu od pełnych nieustannych wątp-liwości intelektualistów) – zdecydowany.

Pamiętam z jaką dumą mój znajomy, Żyd z Polski, liberał, drobnej właśnie budowy – mówił o swoim synul Zawodo-wym koszykarzu – o ile pamiętam…

Otóż Sabra – jako się rzekło – to normalny naród żyjący na

własnym terytorium, a nie będący wyspecjalizowanym (służą-cym do operacji logiczno-handlowo-finansowych) narzę-dziem innych narodów (w dodatku nielubianym!). I jak każdy normalny naród nie znosi socjalizmu, który chcieliby narzucić mu wspomniani intelektualiści.

Niechęć jest obopólna – choć czasem maskowana.

Gdy czytacie Państwo w prasie polskiej o atakach „prasy

żydowskiej” na Polskę – to chodzi, rzecz jasna, o prasę

dyrygowaną właśnie przez tę „żydo-komunę” (używam tej

poręczonej zbitki, choć dokładniejszym określeniem byłby

„żydo-soc”). I to też ma mało wspólnego z niechęcią do Polaków. Można zaobserwować, że w miarę odchodzenia Polski od socjalizmu narastają ataki tej formacji przeciwko Polsce. A dwa lata temu p. Zuzanna Sonntag „odkryła”, że Związek Sowiecki już właściwie nie jest państwem socjalis-tycznym – i od tej pory obowiązuje w tym środowisku komenda: „Ogniem ciągłym!”

Przy tym – o czym Państwo nie przeczytacie w polskiej prasie – atak na Izrael jest jeszcze większy, niż na Polskę. Kraje naszej części globu miały być poletkiem eksperymentalnym budowy Socjalizmu-Na-Świecie-stąd wściekłość rozczaro-wania, że nie tylko odrzucamy socjalizm, ale jeszcze wykazuje-my (przez antysemityzm) czarną niewdzięczność dla Twórców Najlepszego Ustroju. Jednak odrzucenie tego ustroju przez I z r a e I – wymarzone Państwo Własnego Narodu – to był cios w samo serce.

Toteż ta właśnie – będąca w rękach Żydów, a jakże – prasa gromi Polskę, Izrael i inne państwa za uleganie szowinizmowi narodowemu – i obecnie wręcz bluzga jadem, tym silniej-szym, że bezsilnym i… po części usprawied!iwionym.

Oczywiście dla liberała obydwie postawy są bezsensowne.  Stąd rozumiem owego Żyda z Polski (obecnie w Tel-Avivie), który – gdy poskarżyłem się mu na wyczyny nowo-jorskiej żydo-komuny marzącej o wprowadzeniu socjalizmu wszędzie (w Ameryce też!) zacisnął pięści i powiedział z głębokim przekonaniem:

181

180

„Oni za to zapłacą! Drogo zapłacą!!”

I pogroził komuś pięścią.

P.S.

Parę miesięcy po napisaniu niniejszego miałem przyjemność umówić się w kawiarni „Ejlat” z moim przyjacielem z czasów Marca ‘68, Natanem Tennenbaumen, który na kilka dni przyje-chał ze Szwecji. Przyszedłem parę minut wcześniej – i bardzo dobrze, bo okazało się, że tego dnia kawiarnia nie była czynna: odbywało się właśnie spotkanie z JE Ambasadorem Izraela w Warszawie. Trafiłem akurat na moment, w którym Jego Excelencja skończył wykład – i otwarto dyskusję. A kto zabrał w niej pierwszy głos?

A jakże, „Dawid Warszawski”, tj. p. Konstanty Gebert.

A o czym mówił?

Oczywiście atakował państwo Izrael i jego nieludzką polity-kę w stosunku do ludności palestyńskiej!

Czy trzeba lepszej ilustracji?

Zwracam jednak uwagę, że do żydowskich lewaków trzeba

mieć zupełnie i n n e pretensje, niż do reprezentantów nac-jonalistycznego, religianckiego (w większej części), socjalis-tycznego (w znacznej części) Izraela. Nie można ich atakować jednym tchem i z tych samych pozycji.

Bo wówczas oskarżenie, że jest się po prostu zoologicznym anty-semitą, a ideologia to tylko pretekst – staje się uzasad-nione.

PERFIDNE CHWYTY ANTYSEMITY

Czytelnicy „SZPILEK” stanowią najweselszą elitę PRL,

winienem jej przeto pewne wyjaśnienie. Otóż od wczesnej

młodości jestem agentem p. Jasera Arafata. Skusiły mnie

182

pieniądze – i zgodziłem się w przebraniu chasyda z Andaluzji podjąć studia w jeszybocie w Tel-Avivie. Tam zostałem uznany za najzdolniejszego studenta. Padło na mnie oko Szin-Betu-i zgodziłem się, za dodatkową opłatą, zostać agentem tego wywiadu. To u nas rodzinne. Mój dziadek pracował dla wywiadów Anglii, Francji, Niemiec i Rosji – a pracy dla Amerykanów z żalem odmówił, gdyż ówczesne maszyny pisały tylko w czterech kopiach. Nie znano xero…Dziadek, niestety, wszystko przehulał. Dziś to jest już w Polsce niemożliwe (hulanie, a nie xerowanie!) – ale przecież swój kawałek chleba mieć muszę – więc proszę zrozumieć moją sytuację.

Największe postępy czyniłem w nauce polskiego, rzecz

jasna – przeto Szin-Bet skierował mnie do Warszawy. Tu

właśnie mam -dla lepszego maskowania mej rzeczywistej roli

– udawać anty-semitę.

Niestety! Inni agenci OWP, zgrupowani w „POLITYCE” i

TYGODNIKU POWSZECHNYM”, gdzie dla lepszego zamas-

kowania udają filo-semitów, nie pojmują – na szczęście, co prawda – szczegółów mej specyficznej pozycji i usiłują ukazać mnie społeczeństwu jako anty-semitę udającego nie-zręcznie filo-semitę. A ja agentem palestyczńczyków jestem wyłącznie za petrodolary i żadne tam narodowe spory mnie nie interesują.

Po co to piszę? Chcę przekonać Sz-B, że całkiem dobrze udało mi się odegrać rolę anty-semity – a OWP, że swoją rolę gram niezręcznie. Proszę PT Czytelników o listy w tej sprawie: jedne przedstawię jednym, a drugie drugim. To się nazywa: manipulacja opinią.

Ważnym sprawdzianem będzie też los (X) -a, który w „SZPI-

LKACH” nr 9/ţ8 napisał, że jestem wiernym kontynuatorem

linii „Małego Dziennika”, „Prostu z Mostu” oraz „Ordynariu-

sza”. Ponieważ nie wymienił mnie z nazwiska, przeto jasne, że

była to informacja dla wywiadu, a nie dla Czytelników! Była to niezręczna próba zdemaskowania mnie. Ale na czyj rachunek?

Wyjaśni się! Jeśli (X) zostanie znaleziony na dnie Wisły w

butach z cementu izraelskiego – to sprawcą będzie grupa

p.Abu Nidala (maskowanie!). Jeśli cement pochodzić będzie z

183

polskiej cementowni w Libii – to będzie to sprawa Szin- Betu.  O krajowym cemencie nie wspominam, gdyż wywiad izraelski nie wie, gdzie taki można nabyć; gdyby ktoś z Państwa miał kilka worków, to proszę o kontakt via Redakcja.

Największy polski anty-semita, p. red. Marian Turski z „Poli-tyki”, prawa ręka słynnego Memura EI- Fucq, ocenił niedawno, że stygnę w swoim anty-semityźmie. Nie wie, oczywiście, że to wynik drugiej pensji od Sz-B, a nie zachwianie ideologiczne.  By mnie naprostować postanowił…oskarżyć mnie o an-ty-semityzm. Wbrew pozorom jest to metoda prosta i niezawo-dna. Gdyby ciocia, o której myślicie raz do roku koło Wielkiej Nocy, oskarżyła Was niesłusznie o podłożenie jej skórki od banana na Nowym Świecie – to co: polubilibyście ciocię bardziej? Warunkiem jest całkowita absurdalność oskarżenia.  Metoda ta została już wypróbowana w Stanford, Kalifornia.  Grupa agentów OWP udająca żydowskich profesorów z Rady Wydziału Historii oskarżyła o anty-semityzm p. prof. Normana Daviesa. Przeróbka liberalnego wychowanka Oxfordu na an-ty-semitęjest wyczynem imponującym – ale ja się nie dam. Po prostu (o czym p. Turski nie wie) moja pensja od Szin- Betu jest nieco wyższa od tej z OWP. Piszę to po to, by tej ostatniej delikatnie zasugerować podwyżkę. Mnie tam obojętne, od kogo są pieniądze – zresztą i jedni i drudzy to przecież Semici…

Aż przykro, gdy zawodzi metoda tak idealnie dobrana

– przynajmniej pod kątem absurdalności. Gdybym np. proszę Drogich Czytelników, napisał w Ameryce, że sen. Edmund Muskie, jest pochodzenia polskiego i jego tatuś nazywał się

Marciszewski” – to zostałbym wyzwany od polakożerców?

Nie. A gdy napisałem: („ŁAD 29/87) „Józef Dżugaszwili ps.  „Stalin” – to nawymyślano mi jako antygeorgianinowi? Też nie. Gdy wszakże w tym samym felietonie napisałem „Leon Bronstein ps. „Trocki” – to już awansowałem na anty-semitę pierwszej gildii. A tak! By wzmocnić efekt, tj. rozwścieczyć mnie, p. Turski oświadczył, że tylko głupiec nie widzi tu różnicy. A ja nic. Agent musi umieć znieść wszystko. Zresztą metody ze Stanfordu tu zawodzą, gdyż Polak jest na absurdy całkowicie uodporniony.

184

Ale p. Turski nie darmo przeszedł szkołę EI-Facqa. Nie

poddał się. Na początek odmówił wydrukowania mego uprzej-

mego sprostowania. Gdy przesłałem drugie, utrzymane w to-

nie stanowczym – ocenzurował je. Uważana za liberalną

POLITYKA” nie zrobiła tego nawet p. doc. Józefowi Kossec-

kiemu (może dlatego, że to najlepiej zamaskowany agent arabski). To już absolutny dowód, że nie był to przypadek ani polityka – lecz konsekwentna krecia robota mająca na celu pobudzić mój antysemityzm. A ja nic; fakt, że od pierwszego Weaadara 5748 roku (kalendarza żydowskiego) Sz-B obiecał mi podwyżkę nie ma z tym zupełnie nic wspólnego.

Pan Turski próbował jeszcze bez przekonania oskrażyć mnie o bycie agentem wywiadu – ale jeszcze innego. Ależ się uśmiałem. Gdybywiedział, żejestem agentem Sz-B!!! Mogę to pisać śmiało, gdyż mi nie uwierzy, jako że ujawnienie się jest w Sz-B karane śmiercią. Szin-Betowi, rzecz jasna, wytłuma-czę, że napisałem to dla lepszego się zamaskowania, bo właśnie dzięki temu nikt mnie nie będzie podejrzewał.

Ostatecznym dowodem, że polityka agentów p.Arafata sterowana jest centralnie, był postępek „TYGODNIKA PO-WSZECHNEGO”. Tamtejsi agenci, udającyfilo-semitów, wy-drukowali list p. Wojciecha Giełżyńskiego, oskrażający mnie o anty-semityzm z powodów jeszcze bardziej absurdalnych.

Napisałem byłem mianowicie, że jeśli ktoś jest za wolnością

słowa, to – czy chce, czy nie chce -jest również za wolnością

słowa dla anty-semitów. No – tak było. W redakcji „TP”

usiłowałem dyskutować powołując się na Franciszka-Marię

Aroueta (ps. „Voltaire”) – ale wyszedłem na tym jak nagorzej,

gdyż (o czym nie wiedziałem) to też był zakamieniały an-

ty-semita. Jasne, że agenci p. Nidala w trosce o swoją barwę

ochronną filo-semitów nie mogli mego listu wydrukować. Ale

to drobiazg! Tuż obok na ul. Wiślnej w Krakowie jest redakcja

,

,ZDANIA”. Tam pracują sami swoi. Pokazałem legitymację

Sz-B i zaraz wydrukują. Poparcie anty-semity przez jawnych

agentów Izraela to nawet dobry chwyt. Za to p. Abraham

Brumberg w kalifornijskim dwu-miesięczniku „TIKKUN” nie

połapał się i awansował mnie na jedynego otwartego an-

185

ty-semitę w PRL. Zmniejszą Mu pensję – musi starczyć na moją podwyżkę! Aha. Dla niestudiujących w Tel-Avivie:

„tikkun” oznacza „uzdrowiciela”.

W Polsce jeden człowiek coś chyba przewąchał. P. red.  Aleksander J. Wieczorkowski na zebraniu Koła Przyjaciół Dziennikarza-Emeryta poświęconym Marcowi’68 zgłosił się jako ochotnik, by zastąpić Żydów, którzy wówczas wyemig-rowali. W oczach Szin-Betu jest, oczywiście, tym samym spalony. Była to jednak oferta współpracy z wywiadem palestyńskim. Przyjęcie p.AJW nadwątliłoby jego szczupły budżet, przeto w trosce o moją pensję donoszę wszystkim komórkom OWP: red. AJW nie udaje. On tak naprawdę myśli!  Nie przyjmujmy go na listę płac!!!

Jak widzicie, Kochani Czytelnicy: w Polsce da się żyć, byle się nie spalić. Tak czyni już połowa Polski! P. min. Bazyli Samojlik, zwany „krwawym Wasylem” przez dyrektorów, którym odmawia ulg podatkowych – nie może zrozumieć, z czego Polska żyje. Przemysł jest deficytowy, rzemieślnicy płacą podatki większe niż dochody – a ludzie potrafią się bogacić! Otóż to wszystko jest parawanem – a my żyjemy z tajnie przekazywanych przez wywiady dolarów.

A skąd akurat w Polsce tylu agentów? Prawa rynku!!! Gdzie w świecie można znaleźć agenta za S100 miesięcznie? Nigdzie!  A u nas to dwie pensje ministerialne. Nawet Bangla- Desz stać na to, by mieć na swych usługach paru ministrów. Po co im wywiad w Polsce? Jak to? Chca wiedzieć, jak zostać przedo-statnim krajem świata pod względem dochodu na główkę! Nie wykluczone, że mogą się potem rozzuchwalić i za kolejne S100 ich agenci doprowadzą do zamiany miejsc naszych bratnich krajów. No, ale zacząłem już Państwa nudzić, gdyż jasne, co dziś interesuje Polaka w polityce: Żyd czy anty-semita?

Kończę więc tradycyjnym „Szalom” czy „Salaam” (Panie Zecerze, to b a r d z o ważne: proszę to złożyć możliwie niewy-raźnie – ale k o n i e c z n i e od prawej ręki do lewej).

186

Antoni Zambrowski

POSţOWţE

Janusza Korwin-Mikke poznałem przed wielu laty – na wiosnę 1980 r. podczas słynnej głodówki działaczy opozycji demokratycznej w kościele w Leśnej Podkowie. Któregoś dnia wracaliśmy razem do Warszawy koleją po odwiedzeniu uczes-tników głodówki i całą drogę spędziliśmy na zażartej dyskusji o samorządzie pracowniczym. Oczywiście ja byłem zwolen-nikiem samorządowego przedsiębiorstwa, zaś Janusz wolał spółkę akcyjną. Za czasów solidarnościowego „karnawału” polemizowałem z nim na łamach „Polityki”, broniąc przed nim idei spółdzielczości wytwórców. Wiele lat później wystąpiłem w obronie honoru Róży Luksemburg po jego felietonie na łamach „Ładu”. Nawet w czerwcu 1989 r. zajmowaliśmy przeciwstawne pozycje. W drugiej turze wyborów pracowa-łem w sztabie wyborczym Jana Józefa Lipskiego, podczas gdy Janusz całym sercem wspierał jego kontrkandydata. Toteż propozycje napisania posłowia do zbioru jego felietonów przyjąłem z dużym zaskoczeniem. I nie ukrywam, że chętnie podjąłem się tego zadania, jako że wielki to dla mnie splendor pisać posłowie do zbioru prac tak świetnego publicysty.

Nie będę PT czytelnikom zachwalał zebranych w zbiorze

artykułów, gdyż towar sam się broni. Wystarczy je po prostu

zacząć czytać, a potem leci już samo przez się… By nie narazić

się wszelako na podejrzenie, iż wynajęto mnie na cmokiera, spieszę wyłożyć tu kilka swoich uwag krytycznych.  Zbiór poświęcony jest kwestii narodowościowej na całym nieomal świecie, co świadczy o znakomitym oczytaniu autora w tym przedmiocie. Nie rozumiem wszelako, dlaczego więk-szość tych prac poświęcona jest kwestii żydowskiej. Jest to świadectwo swego rodzaju zapamiętania tematycznego.

Wszak antysemityzm nie jest podstawowym konfliktem et-

187

nicznym na kuli ziemskiej. Wystarczy wymienić Kurdów, Ormian, Erytrejczyków, rzezie międzyplemienne w czarnej Afryce, Albańczyków w Serbi, Turków w Bułgarii, czy nawet Macedończyków w Grecji, by uprzytomnić sobie fakt, że są konflikty etniczne znaczenie ostrzejsze niż polsko-żydowski.  Ostatecznie jak mówił wieszcz „my Słowianie my lubim sielanki”. Nawet hitlerowski endlţsung dotyczył na równi z Żydami Cyganów, tymczasem świat pamięta tylko o za-gładzie Żydów i nawet Ojciec Święty podczas swej pielgrzy-mki do Oświęcimia nie mógł się zatrzymać przy tablicy cygańskiej, gdyż jej tam nie było.

Również u nas w Polsce konflikty polsko-żydowskie ani przed wojną, ani tym bardziej po wojnie nie były najbardziej ważkie czy tragiczne. Ileż krwi i łez popłynęło w bratobójczych konfliktach polsko-ukraińskich. Ileż łez przelano po obydwu stronach w konfliktach polsko-białoruskich czy też pols-ko-litewskich. A jakie tragedie przeżyli w Polsce Ślązacy, Kaszubi, Warmiacy i Mazurzy odpychani przez Ojczyznę, która nieraz była dla nich macochą. Ksenofobia, brak miłości dla bliźniego ma niejedną twarz i niejedno imię – zarówno w Polsce, jak i na całym świecie. Doceniam pragnienie rozsupłania węzła gordyjskiego własnymi siłami, ale autor tak uczulony na stereotypy i schematy myślowe, tak skłonny do chodzenia własnymi wyłącznie drogami, jak Janusz Kor-win-Mikke nie powinien wpadać w monotematyzm.

Innym stereotypem myślowym, który chciałbym wytknąć

autorowi, jest mylenie Żydów autentycznych z osobami żydo-

wskiego pochodzenia. Jednym z przykładów jest Antoni

Słonimski, którego w jednym ze swych felietonów Janusz

Korwin-Mikke wymienia jako Żyda mimo że znakomity poeta

słowa po żydowsku nie umiał, wyznania od urodzenia był

rzymsko-katolickiego (pochowany na cmentarzu klasztornym

w Laskach) i za Żyda biegał u antysemitów o nastawieniu

rasistowskim. Podobnie przedstawia się sprawa z innymi

pisarzami polskimi niezależnie od ich pochodzenia, o ile piszą

po polsku i dla Polaków. Dlatego dla mnie Julian Tuwim, Jan

Brzechwa oraz Bolesław Leśmian byli pisarzami polskimi, a nie

188

żydowskimi, w przeciwnym razie czym by się różnili od Izaaka B. Singera. Jest to stereotyp dość pospolity, a zarazem mylący, gdyż Polacy pochodzenia żydowskiego miewali nieraz in-teresy i odczucia zupełnie odmienne niż gmina żydowska.  Przypadek Antoniego Słonimskiego jest szczególny, ponieważ faszyści musieli oddać palmę pierwszeństwa komunistom.

W marcu 1968 r. laurów Ipohorskiego – polskiego faszysty

zaiste niesławnej pamięci, który przed wojną spoliczkował

Słonimskiego – pozazdrościł tow. Wiesław. Stało się to

zapewne z podpuszczenia jego sekretarza tow. Walerego

Namiotkiewicza, który w artykule polemicznym prof. Chała-

sińskiego wymierzonym w prof. Adama Schaffa wyczytał

obszerny cytat z „Wiadomości Literackich” pióra A. Słonims-

kiego. Słonimski zwierzał się w nim ze swych konfliktów

z Żydami, zwalczającymi tych kogo mieli za zdrajców. Przy

sposobności wyznał też, że nie podniecały go pieśni pat-

riotyczne śpiewane przez polskich żołnierzy ciągnących

w 1920 r. na Kijów. Tow. Wiesław miast się cieszyć, że znany

poeta nie pochwalał marszu na opanowane przez bolszewi-

ków miasto, zgromił go za brak patriotyzmu, wypominając

jego żydowskich przodków. Tow. Namiotkiewicz miał naj-

wyraźniej luki w znajomości współczesnej poezji polskiej i nie

zwrócił uwagi swemu niedouczonemu szefowi, że w czasie

okupacji polskie dzieci uczyły się na tajnych kompletach

patriotycznych wierszy Antoniego Słonimskiego. Zaiste – jak

powiedział wtedy Kisiel – skandaliczna dyktatura ciemniaków nad kulturą polską. Nie uchodzi więc, by znakomity autor z obozu antykomunistycznego nawet żartem wchodził w te koleiny.

Przywiązanie do lewicowości, o które Janusz Korwin-Mikke

tak często oskarża Żydów, najczęściej dotyczy właśnie asymi-

lantów. Zwłaszcza w naszej części Europy. Po zakończeniu II

wojny światowej czujący narodowo Żyd pędził do Palestyny,

by odbudować państwo żydowskie. W diasporze pozostali

– by budować socjalizm w Polsce, Czechosłowacji, Rumunii i.na Węgrzech – komuniści pochodzenia żydowskiego za młodu zrywający ze swymi korzeniami etnicznymi, gdyż za-

189

wierzyli partii, iż wyprowadzi ich z getta. Przeżyli straszliwe

rozczarowanie, gdy Stalin zainicjował kurs antysemicki, pole-

cając zamordować członków Żydowskiego Komitetu Antyfa-

szystowskiego w ZSRR ze znakomitym aktorem Michoelsem

na czele, a następnie wsadził do więzienia swych własnych

lekarzy. Tymczasem neo-stalinowcy w obronie dobrego imie-

nia socjalizmu usiłowali tłumaczyć, że wszystkiemu był winien

nie satrapa o azjatyckiej mentalności, lecz Żydzi z jego otocze-nia. Komunistyczny monopol na środki przekazu sprzyjał utrwaleniu tego stereotypu myślowego, gdyi raz po raz winą za zbrodnie stalinowskie obarczano odpowiednio wyselekc-jonowanych kozłów ofiarnych. (Tow. Fejgin posadzony na ławę oskarżonych dowcipnie zauważył: parch pro toto).

Taką samą propagandę neostalinowską uprawia w chwili

obecnej neo-stalinowski beton w ZSRR, wmawiając Ros-

janom, że wszystkiemu byli winni Żydzi z otoczenia Lenina

,

a następnie Stalina. Jest to oczywista manipulacja, przejrzysta dla każdego, kto studiował autentyczną historię bolszewizmu.  W odróżnieniu od „Bundu” partia bolszewicka w Rosji była partią rosyjską. Rosjanie przeważali w niej zarówno we wła-dzach, jak i w rzeszach członkowskich. Również ta.cy przywó-dcy bolszewiccy jak Lew Trocki (z domu Bronstein), Lew Kamieniew (Rosenfeld) czy Grigorij Zinowiew (nb o rodowym nazwisku Radomyslskij, a nie Apfelbaum, jak podają niektóre encyklopedie) byli ludźmi posługującymi się w domu językiem rosyjskim, obcy kulturze żydowskiej i pod względem mental-ności niczym nie różniący się od rodowitych Rosjan w kierow-nictwie partii bolszewickiej.

Nie mogę się też zgodzić z tezą Janusza Korwin-Mikke, iż

Rosjanie nie muszą nas przepraszać za Katyń, choć rozumiem

szlachetny podtekst tej tezy. Uzasadnia on swój pogląd tym, że

winowajcą mordu katyńskiego był Gruzin oraz Żyd. Ustalmy

najpierw, że w roku 1940 w aparacie NKWD było wielu

Żydów, choć z pewnością mniej niż przed najstraszniejszą

czystką stalinowską, jaką przeprowadził w 1937 r. następca

Jagody, Jeżow, który m.in. wytracił prawie wszystkich ludzi

Jagody. Wszyscy ci mordercy niezależnie od narodowości

190

ponoszą odpowiedzialność za tę zbrodnię, choć wykonywali rozkazy z góry. Największą odpowiedzialności za zagładę polskich oficerów ponosi oczywiście Stalin, a wraz z nim jego podwładny Beria, który wszelako nie był Żydem, lecz Gruzi-nem z Mingrelii i w odróżnieniu od Stalina gruzińskim patriotą, o ile człowiek radziecki zasiadający we władzach związko-wych może być patriotą swej republiki. (Chruszczow w każ-dym razie oskarżał Berię o gruziński nacjonalizm).  Co się tyczy Stalina, to pochodził on z mieszanej rodziny osetyńsko-gruzińskiej (Dżugaszwili – to gruzińska odmiana osetyńskiego nazwiska Dżugajew), ale w istocie był rosyjskim imperialistą w takim samym stopniu co Niemka Katarzyna II.

Trzeba też pamiętać, że Stalin był inicjatorem bolszewickiego

najazdu na niepodległą Gruzję (zauważmy, że w analogicznej

sytuacji Julian B. Marchlewski oraz Karol Radek-Sobelson

byli przeciwnikami marszu na Warszawę). Stalin też był

pomysłodawcą połączenia formalnie niezależnych republik

radzieckich w ZSRR, wcielając doń Gruzję wbrew oporowi

gruzińskich bolszewików, których większość po latach wymo-

rdował. Gdy rosyjska „Pamiat’ „, (na którą w jednym z ar-

tykułów powołuje się Janusz Korwin-Mikke) obwinia za

stalinowskie mordy Żydów, Łotyszów, Polaków i Gruzinów, to

jest to ordynarna manipulacja celem wybielenia Rosjan. Re-

wolucja bolszewicka nie była agresją obcoplemieńców na

Ruś, na kształt najazdu hord Mongołów. W Rosji toczyła się

wojna domowa i biali oficerowie przegrali walkę o władzę

w tym olbrzymim kraju mimo wsparcia ze strony koalicji 14

państw. Bez pomocy milionowych rzesz rosyjskich robot-

ników i chłopów zwycięstwo bolszewików było niemożliwe.

Znacznie mniejsza od Rosji Polska bolszewikom się podbić nie

dała.

Małe kraje mogą mieć rządy, za które ponoszą odpowiedzial-

ność mocarstwa ościenne. Exemplum: PRL narzucona Pola-

kom przez Stalina. Tak duży kraj jak Rosja ma taki rząd, na jaki

zasługuje sam. Teza Sołżenicyna, że komunizm – to zachodni

wynalazek narzucony przez obcych Rosji,. służy być może

narodowej psychoterapii Rosjan, lecz nie ma podstaw his

191

torycznych. Długa śmierć czerwonego imperium dziś – w do-bie Gorbaczowa – świadczy naocznie, że wciąż miliony Rosjan popiera wbrew swoim interesom rządy komunistyczne.  Tak ich dziadowie popierali Lenina, zaś ojcowie Stalina.  Omawiając sprawę zbrodni katyńskiej, nie można zapominać, że to ZSR R pod wodzą Stalina najechał w sojuszu z hitlerows-kimi Niemcami Polskę i że to stalinowskie NKWD wymor-dowało wziętych do niewoli polskich oficerów. Władze radzie-ckie nie chcą do tej pory uznać tej zbrodni. Nie jest to rzecz wyjątkowa. Radzieckie władze urzędowe z reguły stoją na straży rosyjskiego nacjonalizmu. Urzędowa historiografia ra-dziecko-rosyjska pełna jest kłamstw odnośnie stosunków polsko-rosyjskich. Przeciętny czytelnik rosyjski nigdy nie sły-szał o rzezi Pragi przez rosyjskiego bohatera narodowego Suworowa, ponieważ na straży legendy Suworowa stoi ra-dziecka centrala. Cóż dopiero mówić o masowych represjach NKWD na Polakach, od wymordowania olbrżymiej rzeszy Polaków z Mińszczyzny w 1937 r. poczynając. Przecież mińskie Kuropaty są być może wielkim masowym miejscem zagłady Polaków na skalę hitlerowskiego Oświęcimia czy Majdanka. Ani słowa na ten temat nie uświadczysz na łamach prasy radzieckiej.

Janusz Korwin-Mikke ma słuszność, gdy pisze, że Rosjanie

byli w takim samym stopniu ofiarami terroru stalinowskiego,

co Polacy. Nie bierze on pod uwagę atoli perfidnej manipulacji

mającej na celu zaciemnienie sprawy odpowiedzialności naro-

dowej za te zbrodnie. Dla nazbyt wielu Rosjan przywiązanych

do idei socjalizmu męczennikiem był naród rosyjski, zaś

oprawcami byli owi Żydzi, Łotysze, Polacy i Gruzini. A przecież

wymienione wyżej narody były poddanymi rosyjskiego cara

i to nie z własnej na to ochoty. W dobie rosyjskiego zamętu

wyrwały się one na wolność i utworzyły własne państwa

narodowe, by je wkrótce stracić ponownie wskutek rosyjskiej

dominacji w tej części globu. Nam się udało wybić na

niepodległość dopiero w roku ubiegłym, dzięki odsunięciu

komunistów od steru rządów. Łotysze i Gruzini mają jeszcze

192

długą do niej drogę. A tak się składa, że przeciwnicy samo-

stanowienia narodów w ZSRR najczęściej krzyczą o obcych

nad Rosjanami oprawcach. Przy sposobności chciałbym wyja-

śnić, iż – wbrew stwierdzeniu Janusza Korwin-Mikke

– Chruszczow, Breżniew, Czernienko i Andropow byli ze świadomości narodowej oraz urzędowego zapisu w dowodzie osobistym Rosjanami, podobnie jak Gorbaczow, którzy w chwili obecnej wciąż jeszcze broni przy pomocy rosyjskich siłzbrojnych rosyjskiej dominacji w imperium. Jestto na długą metę działanie samobójcze z punktu widzenia interesów rosyjskich. W interesie Rosjan jest usłuchanie apelu Aleksand-ra Sołżenicyna i uwolnienie sie od republik niesłowiańskich, zwłaszcza turkojęzycznych. Sołżenicyn nie mówi tego expres-sis verbis, ale interesom narodowym Rosji zagraża sojusz autonomicznych republik ciągnących się długim łańcuchem od Uralu i wzdłuż Wołgi z republikami związkowymi Azji Środkowej, przeżywającymi odrodzenie narodowe i religijne.

Dlatego chciałby on dla przeciwwagi zachowania unii z Rosją

republik słowiańskich – Ukrainy i Białorusi. Kryzys imperium

może uniemożliwić ten zamiar, zwłaszcza na Ukrainie. Przy-

kład ZSRR jest dowodem na to, że własne państwo narodowe

najlepiej chroni interesy poszczególnych nacji. Twory wielo-

narodowe nazbyt często służą uciskowi zamieszkujących je

narodów. Oczywiście nie sposób wykroić taki kształt granic, by w poszczególnych państwach nie było mniejszości narodo-wych. Stąd sprawa gwarancji prawnych dla nich.  Janusz Korwin-Mikke ma słuszność, gdy pisze, że narodo-wość obywatela powinna być jego sprawą prywatną, bo wszyscy obywatele danego państwa w myśl zasad liberalizmu powinni mieć takie same prawa. Nie jest to wszelako rzecz łatwa do urzeczywistnienia. To wszystko, co pisał on o powik-łaniach przy rozwiązywaniu konfliktów polsko-żydowskich dotyczy również i innych stosunków międzyetnicznych.

Etatyzacja stosunków międzyetnicznych zawsze nasuwa po-

dejrzenia o dyskryminację którejś ze stron. Gdy Kowalski ma

spór z Malinowskim i sprawa trafia do sądu, to wyrok

krzywdzący jedną ze stron nie ma wydźwięku międzynarodo-

193

wego. Gorzej, gdy procesuje się przedstawiciel mniejszości narodowej z reprezentantem większości. Zawsze tu łatwiej o kwasy. Niestety nie wszystkie sprawy można odetatyzować powierzając je mechanizmowi rynkowemu.

Mimo to chętnie zgodzę się z Januszem Korwin-Mikke, że ingerencji państwowej w życie osób prywatnych powinno być nie więcej, niż jest to konieczne.

W tym jednak trudność, że zdrowy środek różnym ludziom różnie się rysuje. Silne grupy etniczne podobnie jak silne jednostki wolą wolną konkurencję, słabeusze lub inwalidzi liczą na pomoc publiczną. Podobnie reagują mniejszości narodowe, zwłaszcza słabe i rozproszone.

W odróżnieniu od Janusza Korwin-Mikke mam zrozumienie dla punktu widzenia mniejszości narodowych, gdyż stale w mej świadomości tkwi los Polaków za wschodnią miedzą.

Pozostają tam oni po wszyskich swoich tragicznych przejś-

ciach minionych dziesięcioleci jako zbiorowisko pełne lęków

i zahamowań. Odwracam w myśli sytuację i zaraz w innym

świetle widzę postulaty naszych Ukraińców i Białorusinów

dopominających się różnych przywilejów, a zwłaszcza prawa

do przedstawicielstwa w parlamencie. Ukraińców rozproszo-

no celowo po całej Polsce Północno-Zachodniej w ramach

Akcji „Wisła”. Białorusinów nikt nie rozsiewał, ale i tak nie stać

ich na mandat poselski uzyskany własnymi głosami. (Narzekał

niedawno znany pisarz białoruski z Białostocczyzny Sokrat

Janowicz, że podczas wyborów czerwcowych 1989 r. uzyskał

w gminach białoruskich miażdżącą przewagę nad kandydatem

„Solidarności”, lecz mimo to przegrał, gdyż Polacy byli licz-niejsi. Sokrat Janowicz mógłby zostać kandydatem Komite-tów Obywatelskich, przestałby wówczas być przedstawicie-lem Białorusinów).

Ktoś inny nad taką skargą łatwo by przeszedł do tzw. porządku dziennego, ja natomiast myślę sobie, że naszych rodaków za Bugiem pewnie by ucieszyły przywileje dla mniejszości, bo wiele wody upłynie w Niemnie, nim oni sami wywalczą sobie takie udogodnienia.

Nawiasem mówiąc, ludzie wspominający ze zgrozą zbrodnie

194

stalinowskie w Polsce, nie zawsze zdają sobie sprawę, czym był stalinizm dla Polaków w ZSRS. Jako grupa etniczna Polacy wyciągnęli chyba najokrutniejszy los – gorszy nawet od losu narodów kaukaskich czy Tatarów krymskich. Polacy zostali okrutnie zdziesiątkowani, poczym masowo wysiedleni do Azji, a tam skazani na rusyfikację.

Trzeba zdawać sobie sprawę, że narody azjatyckie, wśród których przebywają teraz polscy przesiedleńcy, mają azjatyckie nawyki rozwiązywania sporów etnicznych. Dziś ich ofiarą padli Turcy meschetyńscy lub Ormianie. Za lat kilka lub kilkanaście (oby jak najpóźniej) Polacy w Azji Środkowej, Kazachstanie lub na Syberii mogą stać się ofiarą napięć etnicznych za winy rosyjskich kolonizatorów owych krajów.

Polacy będą utożsamiani przez Azjatów z Rosjanami na skutek ich całkowitej w międzyczasie rusyfikacji. Potrzebny jest pilny program ratowania Polaków w ZSRS. Nie na Wileńszczyźnie, gdzie im powodzi się stosunkowo najlepiej, (choć bynajmniej nie za dobrze), gdyż Imperium broniło tam Polaków przed zakusami Litwinów, z którymi wciąż miało na pieńku, ale właśnie poza granicami przedrozbiorowymi. Wszystko to wy-maga środków, które niestety nie mieszczą się w arsenale polityki liberalnej.

Polemiki Janusza Korwin-Mikke, w których deklaruje on

więcej współczucia dla rosyjskiej szlachty pomordowanej przez bolszewików, niż dla przywódców bolszewickiech po-mordowanych przez Stalina, również świadczą, iż zupełnie mu umknął polski, a nie rosyjski aspekt tej sprawy. Stalin wytracił olbrzymią rzeszę polskiej szlachty, w większości zagrodowej, ale i wybitnych ziemian też by się na wołowej skórze nie spisało. Było to mordowanie biurokratycznie bezmyślne, zupe-łnie jak jeńców Katyniu, bo ci ludzie o wysokich kwalifikacjach zawodowych mogli żyć i pracować z pożytkiem dla otoczenia.

Natomiast wymordowanie przywódców bolszewickich napa-

wa mnie przerażeniem, gdyż ci ludzie nie byli dla despoty

– w odróżnieniu od szlachty petersburskiej – pozycją statys-tyczną na papierze, lecz wieloletnimi kolegami. Poróżnił się on z nimi w jakiejś sprawie niczym Antoni Maciarewicz z Adamem

195

Michnikiem, poczym skazał na śmierć, osobiście doglądając

ich sprawy. (Roy Miedwiediew podaje, że Stalin w latach

wielkiej czystki 1936-39 podpisał osobiście różne listy skaza-

nych na śmierć zawierające 45 tys. nazwisk działaczy aż po

szczebel powiatowy). Ziemianie polscy czy rosyjscy byli dla

niego czymś na kształt Żydów dla Eichmana – pozycją

w raporcie, ale Zinowjewa i Kamieniewa czy też z innej flanki

– Bucharina i Rykowa znał on przez długie lata, niegdyś przyjaźnił się z nimi, współpracował… To właśnie budzi grozę niezależnie od sympatii do lewicy czy prawicy.

Oczywiście sprawa, o której pisze Janusz Korwin-Mikke, ma swój podtekst historyczny. Nikita Chruszczow, wygłaszając tajne sprawozdanie o kulcie jednostki, podejmował temat niezmiernie kontrowersyjny. Wybrał więc do omówienia przy-padki najbardziej ewidentne: sprawę straceń różnych bol-szewików stalinowskiego chowu, jak Postyszew czy Eiche.  Później cenzura partyjna utrwaliła te schematy propagan-dowe, co oczywiście musiało budzić sprzeciw ludzi z bol-szewizmem uczuciowo nie związanych. Ostatecznie Stalin mordował w większości ludzi zwyczajnych, a nie elity partyjne.  Niemniej zwykły ludzki aspekt śmierci starego komisarza (jak w opowiadanu więziennym Aleksandra Wata o Jurim Stiek-łowie – Nachamkesie) też przecież budzi grozę.

Jeden temat poruszony przez Janusza Korwin-Mikke, choć mało związany z pozostałymi, bije za to rekordy swą kont-rowersyjnością ujęcia. (Widać wyraźnie, jak w Januszu dzien-nikarz rozmiłowany w polemikach góruje nak przywódcą stronnictwa politycznego, zabiegającego o klientelę wybor-czą). Chodzi oczywiście o sprawę ewentualnego sojuszu Polski z Hitlerem. („Między nami brunatnymi”).

Osobiście sądzę, że opcja niemiecka była przede wszystkim niewykonalna. Społeczeństwo polskie nie mogłoby przystać na oddanie Niemcom Górnego Śląska, oraz Wielkopolski wraz z Pomorzem. Takie hasła mogli głosić w Polsce tylko komumi-ści i to tylko w latach największej swej izolacji na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Po dojściu Hitlera do władzy oddanie mu dawnego zaboru pruskiego byłoby czymś gorszym niż do-browolna rezygnacja Czech z Sudetów. W Polsce takie rzeczy nie przechodzą.

Pozatym rekompensata na Ukrainie już po zdziesiątkowaniu tam przez Stalina żywiołów polskich nie dawała sprawie narodowej żadnych namacalnych korzyści, a zarazem narażała nas na rzeź polski-ukraińską gorszą niż w r.1943 na Wołyniu.  Nie było więc alternatywnych rozwiązań oprócz tego, które wybrał 1939 płk Józef Beck. Stalin jako dyktator ZSRS mógł w sierpniu 1939 r. zmienić sojusze z dnia na dzień, rząd Rzeczypospolitej tak postąpić by nie mógł. Przecież nawet w latach 1945-47 społeczeństwo polskie nie umiało pogodzić się z realiami i przystać na nowe granice na wschodzie i zachodzie. W 1945 r. Polska była okupowana przez wojska radzieckie, zaś zainstalowany przez Stalina rząd warszawski przejmował Ziemie Odzyskane, wypędzając stamtąd dotych-czasowych mieszkańców niemieckich. Polska sanacyjna do czegoś takiego nie była zdolna.

Pozostaje więc podziwiać Opatrzność Bożą, która kazała nam

wybrać rozwiązanie najprostsze, bo jedyne. Doprowadziło

ono do klęski wrześniowej i do rozbioru Polski, co na szczęście

nie zakończyło wojny światowej. Po wielu latach zmagań

Hitler został pobity przez koalicję państw zachodnich ze Stalinem. Polska przepadła Stalinowi, który na szzęście przy-stał na plan wypracowany przez Obóz Narodowy, a przejęty przez komunistę Alfreda Lampego – by przywrócić Polsce granice zachodnie z epoki wczesnych Piastów.

Jeśli się zważy, że Lampe za młodu był syjonistą lewicowym,

później przywódcą komunistycznym, który wraz z całą partią

głosił zwrot Śląska i Pomorza Niemcom, jako jeden z nielicz-

nych przeżył w polskim więzieniu stalinowskie czystki i roz-

wiązanie KPP, by w r. 1941 uśwadomić sobie z partyjnego

przyzwolenia, iż jest Polakiem i polskim patriotą, to był to istny

cud. Zwłaszcza, że nie miał on żadnego dojścia do Stalina,

jedynie cieszył się poważaniem towarzyszki Wandy Wasilews-

kiej, która wobec niego miała kompleksy, gdyż była córką

wielkiego Polaka i przyjaciela marszałka Piłsudskiego, który ją

do chrztu podawał, za sanacji należała ze swym ojcem do PPS,

197

196

a nie KPP, dzięki czemu się uchowała i nie miała kreski u Stalina. Niezbadane są wyroki Opatrzności. Ale w naszym katolickim kraju w obiegu jest powiedzenie, że cudów nie ma.  Tymczasem dzieje Polski w ostatnich czasach – to jedno pasmo cudów. Ino trzeba chcieć to dostrzec.

I tym paradoksem kończę posłowie do zbioru paradoksów pióra Janusza Korwin-Mikke.

Antoni Zambrowski

SPIS TR EŚCI

Żydzi………………………………… 03

Conasdzieli?ţ………………………….. 10

Prawica, Centrum i p. ţJacekţKuroń ţ.. . . .. . .. . . . 13

Naródipaństwo……………………….. 19

Marzec’81-icodalejţ………………….. 30

Jaka endecja…………………,………. 31

Dlaczego nie poszlniśmy naţ”ShoaM”?ţ.. .. . . .. .ţ 37

Liberałowiejeszczebliżej………………… 38

Wobronieprawnarodów………………… 44

Dlaczego nie lubię demokracji?. . .. . .. . . .. . .. . 55

Wartośćprawdy……………………….. 67

ThemiddleEurope……………………… 72

Ob.AlinaPassionaria……………………. 79

Forma itreść………………………… 82

List do Tygodnika Powszechnego ţ.. .. . .. . . . . .. . 87

Międzynamibrunatnymi…………………. 89

Fikcjeimityfilo-semity…………………. 97

RasistaPassent………………………… 103

Szmalcownicy……………………….. 106

RozmyślaniazGarbaty………………….. 111

Listotwarty…………………………..113

O mniejszościach liberalnieţ… . .. . . . .. . .. . . .. . 115

Katikatyń……. ……………………… 130

ProbIemŻydowskiţţ……………………….132

Afryka, Afryka.. ……….. ……………. 147

Grymas historii?……………. ……….. . 150

Kolektywizm………………………….. 158

Garb……….. …… …………. …….. 158

Kolor skóryţ… ………. ………. .. . ….. 164

Handełesi……………………… …… . 169

Rasiściwparlamencie.. . ……………… 176

Żydziilzraelici……………. ….. …….. 179

Perfidne chwyty anty-semityţ. . . . . . . . . . . . . . . . . .182

Posłowie… …………. ……… …. ….. 187

)ANUSZ KORWIN-MIKKE

U PROG U WO L N OSC I

Z POStOW IEM

STANISŁAWA MICHALKIEWICZA

GDAŃSK MCMXCV

Wybór i redakcja tekstów oraz przypisy:

Zdzisław Kościelak

Współpraca: Iwona Jaszczuk

Projekt okładki: Wacław Długosz

O Copyright by Janusz Korwin-Mikke and Agencja „Lucullus” sp. z o.o.

Gdańsk 1995

ISBN 83-901661-4-3

Wydawca: Agencja „Lucullus” sp. z o.o.

80-830 Gdańsk, ul. Pończoszników 2, tel./fax 058/31-52-31

Skład: „Dr Lee” Pracownia DTP

80-761 Gdańsk, ul. Długie Ogrody 29/12

Druk: „Grafix” Poligrafia i Wyroby z Papieru

80-363 Gdańsk, ul. Piastowska 70, tel. 53-62-20

U PROGU *lVOLNOSCI

Piszę te słowa do Ciebie, Obywatelu Rzeczypospolitej. Polaku-lewaku z wykształcenia, ale Polaku-prawicowcu z tradycji. Do Ciebie piszę – by wyzwolić Twą duszę zduszoną miliardami słów i obrazów na-rzuconych nie tylko przez partyjną prasę, radio i telewizję. Piszę-by dać Ci: Słowo. Wiesz bowiem, że w tym wszystkim jest coś nie w porządku – ale nie umiesz tego wyrazić, gdyż nowo-mowa nie posiada na to słów – a jeśli, to słowa te są złe, brudne.

Takim brudnym słowem jest „prawica”. Przyznam, żem był zasko-czony, gdy na jakimś spotkaniu audytorium zareagowało zdziwie-niem na informację, że w języku polskim słowo „lewica” jest obciążone ujemnie. Rację miał nieboszczyk dr G*bbels: wystarezy-jak z psami Pawłowa – powtórzyć dowolne słowo dostatecznie wiele razy w dodatnim kontekście – a stanie się ono dodatnie! A przecież każdy wie, że „prawy człowiek”, „wyciągnąć prawicę” – to zwroty pozytywne, natomiast „lewy facet”, „zrobić na lewo”, „zrobić lewą ręką”, „mieć dwie lewe ręce”, „lewizna” itd. – ujemne. Nasz język obronił się – a mimo to tysiące podręczników, książek, słuchowisk i tilmów, gdzie człowiek lewicy jest nieodmiennie pozytywny, a pra-wicowiec negatywny – zrobiło swoje.

Ostatnio lewica – zarówno „awangarda klasy robotniczej”, jak i ta do niedawna podziemna – zaczęła lansować hasło: „rozróżnienie le-wiea – prawica – nic dziś już nie znaczy…” Oznacza to chęć kapż-tulacji fortecy – przy założeniu wszakże, że obrońcy po wpuszczeniu wroga nadal będą świetnie wiedzieć kto jest kto i swoich popierać-a my mamy – broń Boże – nie dostrzegać różnic.

Przegrali. Przegrali w praktyce i przegrali w teorii. Mało kto czyta szeregi uczonych słów produkowanych przez lewieę. Co więcej: skoro chcą zatrzeć różnicę, to znaczy, że wiedzą, że przegrali. Chcą nas teraz jak Almanzor: podstępem. Nic z tego. Różnice między lewicą i prawicą są jasne – i są widoczne. Jeśli istnieją Marsjanie – u nich też istnieje lewica i prawica, choć jeśli mają trzy ręce, to pewno ina-czej się nazywa.

Nie raz już wyliczałem przeciwieństwa lewicy i prawicy. Nie będę się powtarzał. Nie będę też twierdził – jak czynią to niektórzy en-decy – że istnieje lewicowo-socjalistyczno-żydomasońsko-inteligencki spisek, by doprowadzić do powstania Państwa Światowego, dobrotli-wie rządzonego przez intelektualistów, którego prototypem jest Szwe-cja. Nie, drogi Czytelniku! Nie ma żadnego spisku! Prawda jest znacznie straszniejsza. Ci ludzie, gotujący nam (i sobie) niewolę pod płaszczykiem „państwa dobrobytu” święcie wierzą, że działają dla zbawienia Ludzkości i szczęścia Jednostki. I tym są groźniejsi!

Czy to znaczy, że trzeba ich odróżnić od nas, by wypalić zakażone miejsca rozpalonym żelazem? Nie! Co więcej – twierdzę, że formacja lewicowa jest potrzebna, jest wręcz niezbędna – tak samo jak dzieci ze swą wrażliwością na krzywdę niezbędne są w każdym społeczeństwie. Twierdzę za to, że tak samo, jak nikt rozsądny nie pozwala rządzić w swoim domu dzieciom, tak samo nie wolno lewicy dopuszczać do rządów.

Tu doszliśmy do podstawowej różnicy między lewicą i prawicą.  Wszystkie liczne cechy są jedynie jej konsekwencją. Lewica i prawica chcą w gruncie rzeczy tego samego: chcą dobra, chcą szczęścia, chcą zdrowia dla siebie i bliźnich. Różnica polega na tym, że lewiea jest krótkowzroczna.

Lewica zachowuje się jak dziecko lub kobieta. One chcą tego dobra już, zaraz. To, że dobro tu i teraz spowoduje zło tam i potem-lewiey nie obchodzi. Jest to ciekawe: lewica dysponuje potężnymi mózgami, które powinny łatwiej niż przyziemny umysł prawicowca orlim wzrokiem dojrzeć te konsekwencje. Jednak te potężne mózgi potrafią również rozwijać wymyślne argumenty, byle oszukać samych siebie, że te konsekwencje nie zaistnieją.

Intelektualiści potrafią dokonywać celów kazuistyki, by przy po-mocy najnowszych osiągnięć nauki „udowodnić” rzeczy, o których fałszywości wie każda sprzątaczka. Lewicowiec potrafi twierdzie, że jeśli w rozwój dziecka w ogóle nie ingerować – to wyrośnie nie mały neandertalczyk lecz właśnie „najlepiej rozwinięty człowiek”. Swoje dziecko oddaje przy tym do najlepszych szkół – nie wywozi np. na bezludną wyspę – i naprawdę nie widzi w tym sprzeczności!

Wielu wspaniałych naukowców było przy tym obdarzonych

umysłem naiwnym jak dziecko. Albert Einstein lub lord Bertrand

Russell („najmądrzejszy dureń w Anglu”) są klasycznymi przykłada-

mi. Ludzie ci – w praktyce zawodowej rozszczepiający włos na czwo-

– ro * podpisywali dowolne apele kierując się wyłącznie uczuciem, bez

kontroli rozumu. Ich następcy czynią to do dziś.  Ich głosy witane są przez lewicę z aplauzem. Gdy jednak w spra-wach społecznych zabierają głos nie fizycy, matematycy, filolodzy lub ehemicy – lecz fachowcy, np. socjo-biolodzy – już lewica gwiżdże i woła: „faszyzm nie przejdzie!”. Albowiem wnioski wyciągane pod kontrolą Rozumu inne są, niż to, co swym uczuciem widzi lewica.  Trudno się dziwić, że dla wielu „czucie i wiara silniej mówi” niż szkiełko i oko mędrca – ale tu widzimy coś więcej, widzimy chłopców z Goldinga „Władcy Much”, którzy usiłują terrorem zabronić nam korzystania z Rozumu.

Tak więc, drogi Czytelruku, musisz krytycznie używać własnego Rozumu – jeśli dopuścisz, by biegł on po utartych ostatnio szlakach – zaprowadzi Cię do obozu lewicy. Może już jesteś w jego obrębie: przyjrzyj się temu gmachowi.

Oto kilka przykładów, gdzie lewica działając w imię bliskiego in-teresu naraża naszą przyszłość na szwank.

Zacznę od drobiazgów, ilustrujących metodę:

1) Pomoc nauce. Cóż wspanialszego! Cóż bardziej może przyczynić się do Postępu Ludzkości niż zasilenie rządowymi pieniędzmi uczo-nych, przebijających się ku światłu Wiedzy! Jakiż postęp! A jednak…  A jednak! Gdy pieniądze zamiast z funduszów własnych lub pry-watnych ofiarodawców idą z kasy państwowej (lub zinstytucjonalizo-wanej) z wolna, z wolna, z wolna, miejsce badaczy rzeczywistości zajmują ci, co umieją żebrać o dotacje. To jest nieuniknione: ten, kto 99 proc. czasu poświęca zabiegom o otrzymanie pieniędzy uzyska ich więcej, niż ten, co swój czas traci na badania. Co więcej: ci, co dają pieniądze, zaczynają domagać się określonych badań – a więc to biurokraci, a nie uczeni, determinują naukę. Z wolna hochsztaplerzy zaczynają dominować – i nauka ląduje tam, gdzie jest obecnie, tj.  na dnie:

Zauważ! Ci sami ludzie, którzy żałują, że została wynaleziona energia jądrowa, którzy domagają się „zerowego wzrostu” – doma-gają się, by państwo subsydiowało naukę w imię postępu! Nie, oni nie są wynajęci – oni nie widzą w tym sprzeczności!  2) Pomoc dla przemysłu. Budowa np. nowych miejsc pracy przez tworzenie państwowej firmy lub nawet dotowanie prywatnej. Jakież to piękne! A jednak…

4

A jednak pieniądze na to skądś muszą iść. Ściąga się je z tysięcy przedsiębiorstw, które wobec tego statystycznie mniej inwestują-a zatem mniej tworzą miejsc pracy. Każdy ekonomista może udowodnić, że w końcowym efekcie powstanie mniej miejsc pracy i mniejszy dochód społeczny niż gdyby rząd nie interweniował. Jednak lewicowe dziecię widzi nowy zakład pracy i tysiąc zatrudnionych robotników – nie widzi, że w tysiącu zakładach gdzieś na prowincji nie przyjęto po jednej osobie.  Jeśli nawet widzi – to nie kojarzy tych dwóch faktów, tylko oehoczo bierze się za budowę tysiąca stu nowych zakładów pracy…

3) Zasiłki dla bezrobotnych! Wspaniała rzecz! Dlaczego ludzie, nie z własnej winy nie pracujący, mają głodować?

A jednak! Przyznawanie zasiłków powoduje nie tylko to, że ludzie nawykają do swej poniżającej roli. Najpierw zasiłki dawane są hojnie – powstaje więc kasta ludzi umyślnie bezrobotnych (przynajmniej for-malnie, bo w rzeczywistości często biorą forsę, a pracują na lewo). Ci zawodowcy – (porównaj z naukowcami) – zaczynają z wolna wygryzać prawdziwych bezrobotnych. Na to nie ma rady: prawdziwy bezrobotny nie zdobędzie tak wspaniałych zaświadczeń jak zawodowiec.

4) Płaca minimalna. Wspaniała sprawa! Niech ludzie zarabiają godziwie!

Ajednak! Pomińmy ludzi, którzy sami potrafią znaleźć sobie pracę za np. 300 zł – im ustawa o minimalnej płacy 300 zł nie jest po-trzebna. Ale co zrobić z takim, który ma dwie lewe ręce – i którego za 200 zł jeszcze by wzięli ale za 300 już nie. Musi iść na zasiłek dla bezrobotnych. Wszelako dziecina z lewego autoramentu sądzi, że ten, co ma pracę za conajmniej 300 zł ma ją dzięki ustawie – a po-wstającego wśród upośledzonych bezrobocia nie kojarzy z ustawą o płacy minimum. Absolutnie!

(Jest gorzej! Ten, co ma pracę za 300 zł, bez ustawy miałby płacę 320 zł. Przecież z czegoś trzeba płacić zasiłek owemu stworzonemu przez lewego wujaszka bezrobotnemu. Niechby to było skromne 180 zł. Wytworzyłby on dobra dla społeczeństwa i wyrównałby bilans; nie pracując za 180 – czy 250 zł – sam się demoralizuje, innym nie daje nic i powiększa inflację).

5) ITbezpieczalnia! Genialny pomysł! Dlaczego chory ma być po-krzywdzony? Płaćmy mu całość lub choćby część zarobków! Jednak…

A jednak! Wiesz, Czytelniku, co, nieprawdaż? Tak jest! Jest to

samo, co z naukowcami, bezrobotnymi itd. Zdrowe byki na zaświad-

czeniach idą robić fuchy, a prawdziwy chory ma kłopoty. Jeśli jest

= ćiężkó chory, stoi w kolejce z setkami hipochondryków (którym do

głowy by nie przyszło wezwać lekarza, gdyby był on płatny) – a jeśli jest lekko chory, to nie dostanie zwolnienia. Kogoś przecież trzeba uznać za symu_ lanta w tej lawinie zwolnień!

Przy okazji tysiące urzędników zajętych jest kontrolą lekarzy, re-cept i zwolnień. Oczywiście, jeśli można oszukać lub przekupić leka-rza, to na pewno tym łatwiej przekupić urzędnika – sprawa jest więc beznadziejna, proszę lewicy.

To wszystko były drobiazgi. Drobiazgż??? Toż to zniszczenie moral-ności i mechanizmów społecznych, nie mówiąc o ekonomicznych-zakrzykniesz pewno, Czytelniku. Aja powiadam Ci: „To są naprawdę drnbiazgi. Po pozbyciu się socjalizmu znikną w parę lat. Lewica za-burza nam znacznie bardziej podstawowe mechanizmy”. Takich jak te mógłbym jeszcze podawać dziesiątki. Pomówmy teraz o sprawach naprawdę ważnych.

Lewica nieustannie narzeka, że nasza cywilizacja w swej nieznoś-nej pruderii posuwa się do utożsamiania wręcz moralności z moral-nością seksualną. Lewica atakuje to wściekle. Znów jednak nie przychodzi jej do głowy, że akurat nasza cywilizacja jest taka-i akurat nasza cywilizacja zdominowała świat – i że między tymi faktami może być jakiś związek przyczynowy!!!

Tymczasem to właśnie pozornie nierozumne społeczeństwo jest mądrzejsze od przemądrzałych intelektualistów. Najlepszym dowo-dem są ostatnie sukcesy prawicy. Lewica opanowała szkoły i uniwer-sytety, prasę i telewizję, parlamenty i senaty, radio i kino. Tabuny feministek-lewicówek sączyły truciznę, którą wymyślały setki błyskotliwych autorów, edukacjonistów i dziennikarzy. A prawica spokojnie produkowała – dzieci. Przekazywała im swe tradycje ro-dzinne. I na czyje w końcu wyszło?

Społeczeństwo jest mądre. Społeczeństwo wie, że sfera seksualna jest najważniejsza. Płeć determinuje bowiem dobór naturalny. Weź, Czytelniku, dowolną książkę z tego zakresu, a przekonasz się, że na-wet paroprocentowa zmiana w doborze jakieś cechy po kilku lub kil-kunastu pokoleniach całkowicie przeobraża populację. Stąd dobór ludzi w pary, sposób przekazywania cech dziedzicznych dzieciom-jest na najdłuźszą metę najważniejszym czynnikiem określającym nasz byt.

6 7

Zauważ! Ten sam lewak – najlepiej niedojrzały Czerwony, czyli,

Zielony – będzie bronił okolicę przed osuszeniem błot – bo paro

procentowa zmiana wilgotności może zakłócić lęgi prukawki-błotniar-

ki. I ten sam lewak beztrosko twierdzi, że wszystko jedno, czy dzieci

będą rosły w rodzinach, czy w komunach, czy kobiety będą monoga-

miczne, czy nie. Będzie żądał rewolucji seksualnej, rewolucji obycza-

jów małżeńskich… Zupełnie jak gdyby nie zakłócało to naszego

środowiska naturalnego, jakim jest tradycja rodzinna!!!

Jasne, że to dziecko, które w zapale bredzi. Ale te dzieci stanowią

ustawy!!! Te dzieci podejmują działania, które odbijać się będą na

nas – tak, na NAS – za dwieście i więcej lat! A ludzie pozornie

odpowiedzialni wzruszają ramionami: niech się dzieci bawią,

ludzkość nie ma wrogów. wytrzyma różne eksperymenty.

Może to i racja. Ale niech nie eksperymentują na nas!

Oto kilka konsekwencji lewicowych eksperymentów:

6) Fundusz alimentacyjny. Godny podziwu poryw serca! Dlaczego mają cierpieć dzieci nieodpowiedzialnych ojców?

A jednak! Lewica tym dzieciom pomaga. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że dzięki istnieniu systemu alimentów rodzi się dziesięć lub więcej razy dzieci równie nieszczęśliwych. Rodzi się-gdyż dziewczyny wiedzą o dobrodziejstwie alimentów i nie dbają o właściwy wybór partnera!

Jest paradoksem, że troska o wygląd ludzkości spoczywa w rgkach (rękach?) mężczyzn – a troska o jej rozum w rękach kobiet. To one dobierały partnerów pod tym kątem: musi być silny, mądry i odpo-wiedzialny. Nieubłagana selekcja eliminowała dzieci tych kobiet, któ-re o to nie zadbały.

Obecnie kobieta może mieć dziecko z byle kim. Jeśli jest to osobnik nie zainteresowany rodziną – będzie płacił, byleby był bogaty. Może i nawet nie być bogaty – państwo za niego alimenty wyłoży! Nie mówię, że kobiety świadomie zachodzą w ciążę z byle kim, najlepiej jednak bogatym! Skądże znowu, są to rzadkie przypadki. Po prostu mniej na to zważają. A przesunięcie o parę procent w doborze jakiejś cechy.. .

Gdy pytamy, skąd pijaństwo wśród młodzieży, rue zapominajmy, że pijak miewał dawniej trudności w znalezieniu żony czy metresy.  Teraz ma o wiele mniejsze. Narzekamy na nieodpowiedzialność młodzieży? Jest to młodzież od nieodpowiedzialnych ojców.

D*zieci urodzone z tych związków są naprawdę nieszczęśliwe. Le-wica stara się ratować tysiąc tych dzieci – a produkuje nowe dziesięć tysięcy. Nie widzi związku między tymi aktami – przeto jedyną jej reakcją jest żądanie zwiększenia alimentów, przedłużenia wieku ali-mentacyjnego itd.

7) Rozwody Oczywiście! Jak można w ogóle kwestionować ten hu-manitarny akt? W krajach bez rozwodów dziesiątki par cierpi i męczy się ze sobą – dajmy im wolność!

A jednak! Te pary uzyskują wolność. Ale co z tymi, które dopiero 5ię tworzą? One – przynajmniej podświadomie – wiedzą, że mają furtkę – a więc będą zawierać związki bardziej lekkomyślnie. Stąd następne rozwody – ale i tragedie setek tysięcy i milionów dzieci.  Nie wiesz, Czytelniku, że z zawartych w Warszawie obecnie małżeństw rozpada się średnio więcej niż co drugie? To się dowiedz!  Wiedz też, że jest to wynik ustawy rozwodowej. Nie jest efektem to, że się rozwodzą – lecz to, że powstało tyle małżeństw, które rzeczywiście powinny się rozwieść!

Można powiedzieć: sami sobie są winni. Można też wykopać dziurę w chodniku i twierdzić, że ci, co w nią wpadną sami są sobie winni – i nawet hoduje się wskutek tego rasa bystrzejszych ludzi. Tylko nie tego oczekujemy od ustawodawcy! W dodatku: co z małżonkami, z których jedno myśli, że zawiera związek dozgonny, a drugie myśli, że zawiera czasowy kontrakt?

8) Równouprawnienie kobiet w rodzinie. Wreszcie coś bezsporne-go. Czemu jeden człowiek ma podlegać dyktatowi drugiego?

A jednak! To jest jeden z przykładów, gdzie endeków rozgrzeszam z tego, że widzą w tym posunięciu spisek wymierzony przeciwko ludzkości przez jej wrogów. Jest tak oczywiste, że żadna organizacja mająca dwie równouprawnione głowy nie może sprawnie funkcjono-wać – że fakt, iż laureaci Nobla tego nie wiedzą wydaje się po prostu niewiarygodny. A jednak tak jest. Ci ludzie tak wierzą w dogmat o równouprawnieniu, że sprzecznych z nim faktów po prostu nie do-strzegają. A w dogmat wierzą, bo ludzie nauki są uczeni, że teoria im prostsza, tym lepsza; zróżnicowanie ludzi komplikuje teorię…

Obcięcie rodzinie głowy odbija się jednak – i tego lewicowa dzie-

cina nie dostrzega – niekorzystnie przede wszystkim na… kobie-

tach. Wychodzi taka za mąż nie dbając za kogo, pewna, że w razie

czego prawo ją obroni. Wobec tego stawia się hardo, prowokuje-

aż wreszcie zdesperowany mąż nie wytrzymuje i tłucze ją na kwaśne

8 9

jabłko. Gdy grozi, że odwoła się do sądu, mąż spokojnie mówi, że po _

pierwsze wówczas połamie jej kości, a po drugie gdy pójdzie do

więzienia, to ona straci na tym finansowo. I biedaczka milczy. To

jest prawdziwa tragedia. Ta kobieta wpadła w pułapkę. Gdyby wie-

działa, że będzie musiała być mężowi posłuszna, długo wybierałaby

takiego, co do którego nabrałaby rozsądnej pewności, że jej nie

skrzywdzi. I bardzo starałaby się o utrzymanie harmonii w rodzinie…

Obecnie na niesnaskach cierpią dodatkowo dzieci – o ile są. Praw-

dziwie odpowiedzialny mężczyzna bowiem długo zastanawia się nad

spłodzeniem dziecka, nad którym potem nie ma kontroli. Nie może

on zdecydować o kierunku jego kształcenia (natomiast musi za nie

płacić), nie ma nad nim w zasadzie żadnej władzy. W Szwecji nawet uderzyć smarkacza nie wolno, bo grozi proces sądowy!!!  9) Emerytury. To już bezsprzeczne dobrodziejstwo wymyślone przez lewicę. Każdy płaci składkę – a nawet jeśli nie, to w Szwecji i tak o starość troszczyć się nie musi… Tylko – co to ma wspólnego z rodziną?

A jednak! Ma! Lewica nie dostrzega, że skoro ludzie mniej muszą troszczyć się o przyszłość, to rośnie rasa ludzi beztroskich. Można powiedzieć: beztroskie dzieci zatroszczyły się o swoją reprodukcję, o to, by w przyszłych pokoleniach było jak najwięcej lekkomyślnych…

Co więcej, homo jednak jest oeconomicus. W normalnym społe-

czeństwie człowiek chciał mieć dzieci motywowany świadomym lub podświadomym pragnieniem zapewnienia sobie starości. Im więcej dzieci, im lepsze ich wychowanie, im są zdrowsze, im lepiej wy-kształcone – tym większe prawdopodobieństwo, że starość będzie dostatnia i szczęśliwa.

Wprowadzenie przez lewicę przymusowych ubezpieczeń odwróciło wszystko. Emeryt jest od dzieci niezależny – o tyle, o ile musi do nich dokładać ze swej emerytury. A dokładać musi, gdyż dzieciom w wieku 25-45 lat – czyli wtedy, gdy najbardziej potrzebują pienię-dzy na wychowanie własnych dzieci – zabiera się dwie trzecie pienię-dzy na przyszłe emerytury…

Tak więc homo oeconomicus wylicza sobie, że im mniej dzieci-tym lepiej. Jak porządny endek nie ma uwierzyć, że to wszystko nie zostało zmontowane przez paru genialnych Żydów w nowojorskiej Świątyni Cyrkla i Kielni?

Przecież to naprawdę wygląda na genialny spisek! W dodatku le-wica uzyskuje drugą rzecz: zmniejszenie się przyrostu naturalnego.

I;ev*ića nie lubi wielu dzieci, gdyż wiele dzieci oznacza większą śmiertelność – czyli lepszą selekcję. Wiele dzieci oznacza też – ar-gumentuje nie tylko dziecina lewicy, ale i taki pozornie błyskotliwy libertyn j*<* p. Jerzy Urban – zmniejszony dobrobyt.

Dlaczego? Dlatego, że dochód dzieli się na większą liczbę ludzi niepracuj ących. . .

Nikt mi nie wmówi, że p. Urban czy lewicowy profesor nie jest w starue zauważyć, że skoro zmniejszy się liczba dzieci, to w poko-leniu następnym na jednego pracującego przypadać będzie jeszcze więcej niepracujących – emerytowanych rodziców-egoistów. Z tym, że to lewicowca nie obchodzi, bo to będzie w następnym pokoleniu.  Po nas – choćby potop?

10) Zabijanie płodów. Każda kobieta powinna mieć prawo do zawartości swojego brzucha, nieprawdaż? Czy można krępować wolność jednostki? – woła dziecina lewicowa, wzywając do sojuszu liberałów.

A jednak! Ciekawe, że prawa do absurdu domagają się wyłącznie ci, którym już nie grozi wyskrobanie z łona matki… Miliony zamor-dowanych – milczą.

Proszę popatrzeć. W starożytnym Rzymie ojciec rodziny miał pra-wo skazać wyrodne dziecko – nawet na śmierć. Dziecina lewicowa oburza się na ten barbarzyński zwyczaj…

Tam decyzję podejmował człowiek rozważny – i karał śmiercią złe dziecko. Dziecko, które zawiniło. Tu decyzja podejmowana jest na podstawie kaprysu kobiety – a śmierć dosięga wszystkich: zdolnych i niezdolnych, świętych i zbrodniarzy, zdrowych i chorych. Czyli aborty ze wszech miar są gorsze, niż ius necis ojca rodziny. A mimo to lewica uważa aborty za dobro. I przez długi czas liberałowie po-pierali to stanowisko: dopóki nauka nie ustaliła, że człowiek powstaje w chwili połączenia gamet. Od tej chwili, gdy wiadomo, że zygotę będzie można utrzymać przy życiu bez matki – od tej chwili argu-ment o prawach człowieka skłania liberałów do opowiedzenia się przeciwko abortom.

Zauważ: zwolenniczki abortów używają dwóch argumentów: zaro-dek jest obcym ciałem, które kobieta ma prawo usunąć – oraz: za-rodek jest własnością kobiety, która z nim może zrobić, co chce. Nie widzisz w tym sprzeczności?

A co z prawami ojca – pytam?

10 11

O to lewica nie dba. Można by odnieść wrażenie, że stara się ona_ _ = przekazać jak najwięcej decyzji kobietom. Mężczyźni myślą zbyt pre-cyzyjnie – przeto zbyt łatwo znajdują luki w lewicowych ple-ple-ple.  Nie, równouprawnienie kobiet, a jeszcze lepiej: matriarchat – to byłoby znacznie lepsze.

Lewica nie dba o to, że brutalizują się kobiety zmuszone do po-dejmowania takich decyzji. Nie dba również o rzecz zasadniczą: o piekło, jakie ustawa dopuszezająca zabójstwo dziecka tworzy mat-kom: dzięki niej mężczyzna może kobietę szantażować: „Jak nie zro-bisz skrobanki – to…”. To – oczywiście – lewicy nie obchodzi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że dopuszczając usankcjonowanie abor-tów, obniża szacunek dla ludzkiego życia! Tadeusz Boy-Żeleński zginął z rąk faszystów – ale można powiedzieć, że dosięgła go Ne-mezis: on bowiem jest jednym z wielu twórców Epoki Pieców (już słyszę krzyk oburzenia lewicy!).

Na ten temat też można jeszcze długo. Rozumny człowiek widzi, że lewica robi niemal wszystko, co może, by podkopać fundament naszego bytowania. Jeszcze rozumniejszy człowiek wie, że robi to ona po prostu z głupoty. Lewica chce dla nas dobrze. Niestety: nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. Jej dobrymi chęciami solidnie wybrukowane jest piekło, które nam gotuje.

LUDZIE MYŚLCIE – TO NIE BOLI!

Na świecie dziwne dzieją się rzeczy – a ja uparcie jak ta Kasandra wołam: Ludzie! Przestańcie patrzeć na to, co było 50 lat temu; pa-trzcie na to, co dzieje się dzisiaj – i nazywajcie to właściwie!

Zacznijmy od tego, że niejaki Karol Marx powiedział, że socjalizm zostanie zbudowany w najwyżej rozwiniętych krajach świata, gdzie podstawowe potrzeby będą już zaspokojone. Powiedział, do jasnej cho-lery – czy nie?

Powiedział również, że aby zbudować socjalizm, należy najpierw zbudować demokrację. Powiedział – czy nie?

Czy w Rosji carskiej była demokracja? Nie było. Czy Rosja była

najwyżej rozwiniętym krajem kapitalistycznym? Też nie. Czy były

*ysoiió rozwiniętymi kraje budujące „soejalizm afrykański”? Nie były

– prawda‘?

No to przestańmy wierzyć Włodzimierzowi E. LTljanowowi (ps.

Lenin”), że „leninizm” to „twórcze zastosowanie marxizmu”! Wielu

prawicowców bowiem w walce z socjalistami ułatwia sobie robot zwalając na nich wszystkie winy Lenina, Stalina i ich następców.  A od kiedy to Prawica tak wierzy Czerwonym?!? Hę?

Tropmy dalej. Komuniści obiecywali wspólność dóbr – posuniętą aż po wspólność żon. Miłość fizyczna – to była dla nich czynność r*wnie ważna moralnie, jak „wypicie szklanki wody”. Czy tak to było w Rosji?!? Nigdy! Poza garstką teoretyczek-rewolucjonistek reszta Rosjanek prowadziła w miarę normalne życie sexualne…

…a w krajach najwyżej rozwiniętych? Czy przypadkiem właśnie wśród studentów Harvardu i Oxfordu stosuńek sexualny nie jest czymś jak wypicie szklanki wody?

Małżeństwo – wg. bolszewików – to miał być co najwyżej cywilny kontrakt. Czy tak nie jest – właśnie w najwyżej cywilizowanych kra-jach Zachodu?

Willi Brandt, Adolf Hitler, Olaf Palme i inni socjaliści domagali się, by państwo ubezpieczało i zabezpieczało człowieka od kołyski-po grób. Postulat ten zrealizowany jest… właśnie na Zachodzie!!  O dziwo – mało kto o tym wie – w Związku Sowieckim ubezpie-czenie NIE było pełne, a nawet ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej nie było tam obowiązkowe (!!).

Może warto uwierzyć socjalistom, że to istotnie nie było tak; że to oni za leninizm-stalinizm ponoszą tylko część odpowiedzialności?  I tym uważniej przyjrzeć się temu, co dzieje się na Zachodzie?

Praktycznie wszyscy antagoniści Wolnego Rynku powiadają w dys-kusjach ze mną tak: „Ta Pańska gadanina jgst bez sensu, bo przecież nawet w krajach nie-socjalistycznych na Zachodzie państwo planuje, ingeruje w gospodarkę – i Wolny Rynek praktycznie nie istnieje!”

To zabawne – ale nikt nie wyciąga z powyższej przesłanki po-prawnego wniosku: „Skoro tak, to znaczy, że są to państwa socjali-styczne”. To trochę tak, jak gdyby ktoś zobaćzywszy latającego kormorana upierał się, że dowodzi to, że ryby umieją latać – z upo-rem odmawiając przyjęcia do wiadomości, że kormoran jednak nie jest rybą. ..

To zabawne, być może, ale socjalista Hitler zapowiedział, że jak

podbije Europę to zlikwiduje palenie papierosów. Właśnie się to-

12 13

brutalnie – robi. Zapowiedział też, że wprowadzi wegetarianizm _ _ (sam też był jaroszem – nie wiem czemu wegetarianie nie podają Hitlera jako przykład, że dieta bezmięsna prowadzi na najwyższe stanowiska?) – i na razie socjalistyczna Europa walczy tylko z fu-trami… Poczekamy, zobaczymy!

Ciekawym wskaźnikiem tego, GDZIE właśnie budowany jest so-cjalizm, jest liczba żydowskich intelektualistów. Intelektualiści uwielbiają budować socjalizm – a między intelektualistami Żydzi należą do najwybitniejszych. Do roku 1924 towarzystwo budowało socjalizm w Moskwie * mając nadzieję, że opanuje on cały świat (war-to przeczytać pamiętniki Weisberga-Cybulskiego!); robiono to z entu-zjazmem i radością. Niestety, Józef W. Dżugaszwili zgasił ten szlachetny zapał, wziął się za „budowę socjalizmu w jednym kraju”, zdradził ideały Rewolucji Światowej – a na domiar złego zaczął prześladować Zydów!! Już w 1976 roku połapała się w nieporozumie-niu Hanna Arendt, odmawiając Sowietom „prawa do nazywania się państwem socjalistycznym”, od tego czasu los Sowietów był przesą-dzony. Teraz najważniejsza jest budowa socjalizmu w Stanach Zjed-noczonych – i w całym świecie.

Dlatego właśnie USA wbrew własnym interesom wszędzie popie-rają demokrację i „postępowe” reżimy. Dlatego Stany walczyły o oba-lenie gen. Pinocheta w Chile, prez. Marcosa na Filipinach, a popierały np. Nelsona Mandelę i „Solidarność”… Od parudziesięciu lat polityką amerykańską coraz pewniej rządzi to samo bractwo, któ-re po raz pierwszy zdobyło władzę nad Newą w 1917.

Tym razem już nie będą tak naiwni. Nie zrobią pomyłek, które doprowadziły do utraty władzy w Niemezech w 1983 i w Rosji w 1924. Ale co by nie robili – ludzie patrzą, liczą – i czekają. Patrzą uważnie na to, czy wspólna Europa ma być socjalistyczna a la Ma-astricht – czy ma to być Europa Ojczyzn a la de Gaulle lub p. That-cher? I patrzą, kto się za czym opowiada.

Powiadam raz jeszcze: nie chodzi tu o Żydów, ale o Żydo-Komunę!  Poznaje się to najłatwiej po tym, że Żydo-Komuna ruenawidzi rów-nież państwa Izrael!! Zdecydowanie woli postępowych Palestyńczy-ków. Stąd powolne przeorientowanie się Stanów z poparcia dla Izraela na pozycję bardziej neutralną. Izrael?..a, da mu się jakoś przeżyć. Jednak państwo to ma, w oczach Żydo-Komuny, podstawowe wady: budowało socjalizm zbyt skromnie (a mogło przecież jak p.

Saddam Hussejn, rewolueyjnie); po drugie: zaczęło właśnie powolną

14

*kvcrictację socjalizmu; a po trzecie: dlaczego Izrael ma względnie spo-kojne stosunki z Egiptem lub Arabią Saudyjską – a złe z budujący-mi ustrój Sprawiedliwości Społecznej Irakiem i Syrią?!? A?

Nie ulegajmy więc przesądom i fobiom. Nawet słowa „Lewica” i *;Prawica” często używane są myląco. Ba! Zdarza się, (rzadko) że partia „socjalistyczna” proponuje liberalizację, a „liberalna (często) ją kasuje.

Patrzmy uważnie – bo jeśli nie, to obudzimy się w Nowym Le-pszym Socjalizmie budowanym przez rozmaitych bankrutów jak pp.  Craxi, Mitterand i Suarez, którzy, wykopani z własnych krajów, znajdują u nas podatny grunt dla swoich idei. Oczywiście: socjalizm europejski jest lepszy od moskiewskiego – ale lepszy samochód jest DROŻSZY. . .

. . i dlatego tyle teraz dopłacamy!

EUROPA

Rozmaici socliberałowie, w tym brytyjscy, nienawidzący pani Małgo-rzaty Thatcher – nalegają na szybkie utworzenie Wspólnej Europy.  Wszyscy widzą na własne oczy, że role zupełnie się ostatnio odwró-ciły: jeszcze kilka miesięcy temu Polska była traktowana jako part-ner, starający się usilnie o członkostwo; obecnie wciąga się Polskę do Europy nieomal na siłę, tworząc fakty dokonane i nie powiada-miając naszych obywateli o skutkach podpisywanych porozumień.

Ponieważ w naszej partii, tj. w Unii Polityki Realnej, zdecydowa-nie przeważa ostrożność wobec „Europejczyków”, wielu pyta: „Czy wobec tego w ogóle jesteście liberałami?” Pora na wyjaśnienie.

Liberał jest człowiekiem starającym się zwiększyć wolność człowie-ka. Dlatego wszyscy liberałowie – demokratyczni, konserwatywni i socjalni – byliby za zniesieniem w Europie kontroli na granicach.  Byliby za tym, by – jak w chrześcijańskim Średniowieczu – po Europie jeździło się bez ograniczeń, a papiery mistrzowskie wydane w Hiszpanii uznawane były w Polsce.

Ta jednak „Europa”, do której na siłę ciągną nas eurokraci z Bru-kseli, jest tej wolności zaprzeczeniem.

15

Przede wszystkim w Europie średniowiecznej każdy władca bił __ własną monetę. Czasem fałszował ją – zgoda; wówczas jednak jego poddani zaczynali rozliczać się w innych monetach, a fałszywych za-czynali używać wyłącznie do płacenia księciu podatku. Wolna kon-kurencja między pieniądzem powodowała naturalne ograniczenie fałszerstw.

Eurokraci wymogli – mimo protestów p. Małgorzaty Thatcher, która przypłaciła to utratą posady – by w Europie istniała jedna waluta, ecu. Można postawić dolary przeciwko orzechom, że nie minie i 10 lat, a upadający reżim europejski zacznie (jak pod koniec ery socjalizmu w Polsce) dodrukowywać masowo pusty pieruądz. I o to właśnie chodzi!

Po drugie: w Europie średniowiecznej każdy władca ustanawiał

własny system podatkowy. I znów: znacznie zwiększało to wolność

obywatelską. Gdy ustanowił zbyt duże podatki – co bardziej

przedsiębiorczy poddani wynosili się do innych krajów i zbyt pazerny

reżim dość szybko padał. Oczywiście pod koniec Średniowiecza wład-

cy próbowali zabraniać opuszczania kraju (i próbowali narzucać przy-

mus rozliczania się w ich pieniądzu po sztywnym kursie!), ale t_ o było

tylko przedłużanie agonu. Państwa dające więcej wolności w końcu

zawsze triumfowały. Uwaga: dotyczy to również Polski! Początkowo

była krajem wolnym i w Polsce osiedlali się Szkoci, „Olędrzy”, Żydzi

i – przede wszystkim – Niemcy. Pod koniec – wystarczy przejrzeć

Volumina legum” – liczba zakazów wydawanych przez zbyt rzadko

zrywane sejmy była tak wielka, że Rosja Katarzyny II wydawała się krajem wolności – przynajmniej tym, którzy (jak Wolter) nie przyjrzeli się rosyjskiej wsi. Ta wieś rosyjska – bo przecież nie pro-letariat – dostarczy później żołnierzy do przeprowadzenia tzw. re-wolucji październikowej.

I znów: wbrew p. Thatcher ustalono, że w Europie obowiązywać będzie jednolity system podatkowy.

Można z góry przewidzieć, do czego to doprowadzi: wszystkie kraje będą płaciły podatki na ogromne świadczenia rozdzielane przez mon-strualną biurokrację. Polak, utrzymujący do tej pory na głodowej pen-sji jednego polskiego urzędnika, przekona się, ile kosztuje urzędas ze Strasburga, ile kosztuje powielenie 55 zarządzeń w 11 językach, ile kosztuje klimatyzacja w biurowych pomieszczeniach, a także: ile kosztują zasiłki dla bezrobotnych (a tak, będziemy dokładać do bez-robotnych Arabów pobierających francuskie zasiłki – a bo co?)

Dlatego domagam się – i domagać będę – by poszczególne państwa miały prawo do bicia własnej monety i ustanawiania włas-nych systemów podatkowych. Dokładnie tego obawiają się eurokraci: gdyby tak zachodni przemysł zaczął się w szybkim tempie przenosić do Polski, trzeba by obniżyć podatki – a w ślad za tym mniej byłoby do ukradzenia, mniej do dzielenia swoim klientom, mniej do wyda-wania na rozmaite socjalistyczne dziwolągi.

W tym więc kryją się tajemnice „przyspieszenia”: oni boją się pa-nicznie, że za dzień, za godzinę w Polsce zostaną z posad usunięci Europejczycy (jeszcze z ery p. Edwarda Gierka, niekiedy), że Polacy przejrzą na oczy i nie zechcą stać się nowym (po NRD) poletkiem doświadczalnym socliberalizmu. W NRD uniknięto (?) kryzysu wpompowując w kraj „na dzień dobry” 40 mld marek; nam nikt tego, na szczęście zresztą, nie obiecuje…

Dlatego „europejskie” instytucje fnansują propagandowe wydaw-nictwa zachwalające europejską „wolność” – i potępiające nas, kon-serwatywnych liberałów, jako reprezentantów Ciemnogrodu i ksenofobów. A tymczasem, kto chce całkowitego zniesienia ceł w obydwie strony: Unia Polityki Realnej – czy, za przeproszeniem, Unia Wolności? Kto domagał się i domaga wolności dla banków, z prawem do emisji nawet prywatnego pieniądza: UPR – czy np.  niesławnej pamięci Kongres Liberalno-Demokratyczny?

Prawda jest bowiem taka, że jest to istotnie ostatni dzwonek: le-wica przegra wszędzie, ze Szwecją włącznie. Lewica natomiast ma 75 proc. w Parlamencie Europejskim – instytucji, którą tradycyjnie nieufna wobec międzynarodówek prawica po prostu zlekceważyła.  Dlatego właśnie eurokraci domagają się, by w ciągu paru lat 80 proc.  decyzji zostało przekazanych z rąk suwerennych parlamentów Par-lamentowi Europejskiemu.

Już powszechnie mówi się o tym, że zjednoczona Europa wyda wojnę gospodarczą Stanom Zjednoczonym – co oznaczać będzie wy-sokie cła na import tanich samochodów amerykańskich, na przykład.  Nie wiem jak Państwo – ale ja osobiście nie mam ochoty wypowiadać gospodarczej wojny Stanom Zjednoczonym. Już raz Zjednoczona Eu-ropa wydała wojnę – i to prawdziwą, a nie tylko gospodarczą-USA; było to w 1942 roku. Nie skończyło się to najlepiej. Była to zresztą też Europa socjalistyczna, z przymusowymi ubezpieczeniami dla robotników, z systemem emerytalnym…

16

Wreszcie ostatni, delikatny aspekt: coraz wyraźniej widać, że =-

będzie to Europa zdominowana przez Niemcy. Ostrzegał przed nimi

– i też pożegnał się z posadą – brytyjski minister spraw zagrani-cznych p. Mikołaj Ridley. Ja tam nic nie mam przeciwko niemieckiej dominacji – ale pamiętam, że w XIX w. zaczęło się od życia w Państwie Prawa, a po parudziesięciu latach Reichstag uchwalił po-datki (płacone także przez Polaków) na wykup ziemi z polskich rąk.

Bardziej realne jest jednak, że zjednoczona Europa uchwali, na przykład, iż wszyscy muszą sobie sprawić do samochodów laserowe, nie oślepiające, reflektory i dyfrakcyjne szyby (koszt: 2000 dolarów). Oni to, oczywiście, wytrzymają. A my? – my pr Lesiądziemy się na hulajnogi!

Jak wolność – to wolność! Nieprawdaż?

POLITYCZNE PRIORYTETY

Polska polityka zagraniczna stoi w tej chwili w rozkroku. Sytuacja jest – co okaże się dopiero za parę lat, ale wtedy już będzie za późno – dramatyczna. Trzeba przyjrzeć się dokładniej jej problemom.

Podstawową przyczyną kłopotów jest demokracja. Jeśli lud ma decydować o polityce, to musi wiedzieć, co zrobią wybrani przezeń przedstawiciele. Tym samym przedstawiciele ci muszą z góry zadeklarować, co będą robili – a tym samym potencjalny przeciwnik zna dokładne zamiary polityków. Kowalski obstawiający gracza w po-kera nie domagałby się; by ten – choć przecież gra za pieniądze Ko-walskiego – konsultował z nim swoje przyszłe decyzje (gdyby treść tych rozmów znał przeciwnik). A tak właśnie czyni Lud w demokracji! Dzięl* temu Sowiety, państwo anaehroniczne, ale zarządzane autorytarnie, mogło przez dziesięciolecia wodzić za nos zachodnie demokracje. Na szczęście naszym partnerem są na razie też demokracje – strzeżmy się tylko, by nie być bardziej demokratycznymi od nich.

Błąd ten jest nieusuwalny. Gdyby zamiast przedstawicieli każdą

decyzję podejmował sam Lud w referendum, to konkurenci mogliby

– robiąc badania opinu publicznej (a kręcą się u nas różne „niezależne” instytuty, kręcą) – znać wynik nawet przed decyzją Ludu.

18

Natomiast państwo autorytarne może z dnia na dzień obrócić so-

jusze, bez konieczności przekonywania o tym kogokolwiek – tym sa-

rnym ratując państwo, albo i pokój; jeśli*bowiem zachwianie

równowagi może doprowadzić do wojny – np. Zachód uzyska zdecy-

dvwaną przewagę nad Wschodem – to jedno z państw Zachodu od-

wracając sojusze może w ciągu jednego dnia równowagę przywrócić

– i wojny nie będzie. W demokracji przekonanie obywateli tego państwa, że powinno się „zdradzić” dotychczasowych sojuszników al-bo trwa za długo, albo wręcz jest niemożliwe. Dlatego większość wo-jen prowadzą państwa demokratyczne – porównajmy Ateny i Republikę Rzymską ze Spartą i Rzymem za rządów królów, a nawet Cezarów; ciekawe, że w USA wszystkie wojny w XX wieku wszczy-nali Demokraci, a kończyli „krwiożerczy” Republikanie.

Polska powinna, oczywiście, mieć politykę prowadzoną autorytar-nie. Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach przywódcy są często przekupni, okazują się być agentami obcych mocarstw itp.-co się raczej dziedzicznym (proszę jednak popatrzeć na polskich kró-lów elekcyjnych) monarchom nie zdarzało… No, ale to marzenia; wróćmy do realiów.

Realia zaś są takie, że za rządów p. prof. Krzysztofa Skubisze-wskiego Polska trzymała się w zasadzie tylko jednej opcji politycznej:

Zachód. Wszystko zostało postawione na jedną kartę – i ta karta nie wyszła. NATO odrzuca naszą propozycję. Polska pozostaje bez żadnego przymierza.

Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że p. Skubiszewski jeszcze jedną

opcję w zanadrzu miał: Wyszehrad. Była to słuszna i naturalna kon-

cepcja Międzymorza. Niestety, nadzieje na NATO spowodowały, że

kraje te – podobnie jak przed poprzednią wojną – nie tworzyły

sojuszu dostatecznie energicznie (i nadal nie tworzą!). Jak Państwo

pamiętają, przecieki z amerykańskiej demokracji (na szczęście nie-

szczelnej) wskazują, że Prezydent USA, Wiluś Clinton i p.o. Prezy-denta Rosji, Borys Jelcyn, zobowiązali się nie dopuścić do powstania bloku państw środkowo-europejskich – i robią to skutecznie. Muszą mieć dobrze ulokowanych w naszych gremiach agentów, gdyż jest to przecież koncepcja naturalna i oczywista…

Załóżmy, że pozbędziemy się tych agentów i Polska odzyska nie-zależność polityczną (a Czechy, Słowacja, Węgry i inni – nie); co powinniśmy robić?

Odpowiedź brzmi: przede wszystkim – drogo się sprzedawać!

19

Na to, by móc się sprzedawać, trzeba trzymać wszystkie opcje= – = otwarte. Nasi „wielcy politycy” mogliby się tego nauczyć od pierwszej-lepszej panny na wydaniu!

Nie można więc mówić: „Naszą szansą jest NATO”; trzeba mówić:

„Możemy wejść do NATO; rozmawiamy jednak o sojuszach również i z Sąsiadami za Wschodu! Myślimy też może o utworzeniu wraz z Wyszehradem, Austrią i Szwecją bloku państw neutralnych…”

W tym celu trzeba – w demokratycznym właśnie kraju – tak wychowywać klasę polityczną, by rozumowała na zimno, bez uprze-dzeń charakterystycznych dla politycznych amatorów. Jest oczywi-stym nonsensem tworzenie „partii pro-rosyjskiej” (podobnie jak nie istnieje „partia pro-niemiecka”, „pro-amerykańska” lub „pro-Murzyńska”) – a padają takie głosy! – ale trzeba Lud przygotować psychicznie na możliwość takiego odwrócenia sojuszów. Dopóki bo-wiem jest w Polsce demokracja, a Lud darzy Rosję lub ITkrainę ata-wistyczną niechęcią, to NATO spokojnie może traktować nas jak psa, wiedząc, że i tak na gwizdnięcie przylecimy do nogi – i jeszcze ogo-nem będziemy merdać.

Technicznie biorąc w polityce wschodniej możliwe są dwa sojusze:

Możliwość pierwsza: WNP przestaje ostatecznie istnieć; Polska graniczy więc z Białą Rusią, Litwą i ITkrainą. Wówczas mamy dwie opcje: albo sojusz z Rosją przeciwko tym państwom i Niemcom (co jest układem trwałym, wielokrotnie przeze mnie opisywanym) – albo też (jeśli w Rosji zwyciężą zwolennicy tradycyjnego sojuszu z Nie-mcami) odtworzenie Imperium Jagiellońskiego z Litwą, Białą Rusią i Ukrainą, który – najlepiej wraz z Wyszehradem – miałby szansę przetrwać między tymi potęgami.

Możliwość druga: Imperium Rosyjskie zostanie odtworzone. Wtedy,

jeśli chcemy uniknąć rozbiorów (a taka możliwość istnieje; p. Jacek

Bartyzel na Kongresie Młodej Prawicy w 1993 r. słusznie wskazał,

że pada nie tylko porządek jałtański, ale i wersalski!) musimy

zdecydować komu się sprzedać… I znów: nie mogą powstawać partie

pro-rosyjskie lub pro-niemieckie, tylko jeden czynnik musi

wytargować dla Polski najlepsze możliwe warunki – bo Polska wte-

dy będzie musiała zostać państwem satelickim. Jeśli ktoś myśli, że

jakiś sojusznik zachodni ruszy na pomoc Polsce zagrożonej przez Nie-

mcy lub przez Rosję – to myli się głęboko. Zresztą: myli się niejako

w próżni, bo po prostu nikt z nami żadnego sojuszu nie zawrze! Nikt

nie chce na Zachodzie doprowadzić z powodu Polski do kolejnej wojny

20

*wiatówej. Raz Polsce udało się namówić na to Francję i Wielką g*,**>ię – i tamtejsze koła polityczne zaklinają się, że więcej się na to nabrać nie dadzą!

j*nkluzja jest krótka: musimy mieć – po pierwsze – silną władzę zdołną do prowadzenia naszej nawy państwowej (w tym również do tłumienia buntów i strajków na pokładzie!); po drugie – politykę otwartą na wszystkie azymuty, politykę prowadzoną na zimno, bez przesądów, na podstawie wyrachowanej kalkulacji. Politykę realną.

OSTRZEGAM!

Dyskusja o NATO nie jest dyskusją o przyszłości Polski, energia i zdecydowanie, z jakim działa NATO w Bośni i Hercegowinie dobit-nie pokazują, że w konflikcie europejskim interwencja tego paktu raczej nie będzie istotna.

Dyskusja o NATO jest raczej dyskusją o charakterze naszej eywi-lizacji. Widzimy w niej dwie wielkie koncepcje:

1) NATO – jako Pakt Białego Człowieka. W myśl tej koncepcji do NATO ma zapisać się Rosja (bez swych azjatyckich kolonii, ale z Syberią), oczywiście wszystkie kraje Europy – i ma on bronić nas przed zalewem rasy Żółtej i Czarnej. Jest to koncepcja utrzymania Imperium Rzymskiego w całości – przynajmniej do czasu, dopóki fałe imigrantów nie podmyją Imperium od wewnątrz.

2) Podziału Imperium na Imperium Wschodu – i Imperium Za-chodu. W myśl tej koncepcji granica powinna sięgać tam, gdzie sięgała cywilizacja zaehodnia. Do NATO powinny należeć Czechy, Śląsk i Wielkopolska (jeśli ktoś chce zobaczyć granicę między cywi-lizacją Zachodu i Wschodu niech rzuci okiem na „Schemat połączeń sieci PKP” – wystarczy!), być może Łódź i Warszawa – natomiast na pewno nie Białystok i Siedlce.

Tak zapewne patrzą na sytuację stratedzy. Nie piszę o politykach

demokratycznych głosujących w Parlamencie, bo jest to stado zabie-

ganych szczurów, uwikłanych w bieżące spory. Kilka wpływowych

grup stara się sterować ich poczynaniami – czego efekty są różne.

21

Walka o NATO jest tylko przykładem, jak działają mechanizmy- – = polityki polskiej. Gdy się im przyglądam ogarnia mnie zimna wściekłość.

Polska od kilku lat traci szansę po szansie. Już p. gen. Jaruzelski nie wykorzystał chyba dostatecznie paraliżu, w jaki popadł był Związek Sowiecki w okresie niemocy Breżniewa. To, co nastąpiło po-tem, było jedną tragikomedią. Gdy po kolejnym akcie zapadła kur-tyna, na widowni rozległy się śmiechy.

Rano 14 stycznia 1994 r. na przykład usłyszałem w jakiejś stacji radiowej, że przystąpienie do „Partnerstwa dla Pokoju” to sukces na-szej polityki. Pan Bóg jest cierpliwy: słyszy i nie grzmi – acz solidne wyładowanie elektryczne dobrze zrobiłoby niektórym rozgłośniom.

Prawda jest taka, że w tej sprawie nasze MSZ zaspało kompletnie.

Nie wiemy: celowo – czy przypadkiem. Już dawno wyrażałem

wątpliwości, czy całe MSZ pracuje dla nas – czy przypadkiem nie-

którzy urzędnicy nie pracują dla Króla Prus? W każdym razie

bierność MSZ wynikała z niezdecydowania poprzednich kierowników

tego resortu. Pan Andrzej Olechowski, świeży szef, stąpał po niepew-

nym gruncie – i, zdaje się, nie bardzo wiedział, za jakie dźwignie

można pociągnąć. W dodatku – przy całym szacunku dla tego eko-

nomisty – umieszczanie na czele MSZ człowieka wymienionego na

liście Macierewicza” jako asa wywiadu, z pewnością nie polepsza sytuacji Ministra SZ Rzeczypospolitej!

Do akcji ruszył sam Pan Prezydent – i, trzeba przyznać, wykazał wiele energu – tyle, że było już grubo za późno. Rzucał wielkimi słowami, groził, że nie podpisze „Partnerstwa dla Pokoju”, że nie pojedzie do Pragi. Tak też powinien był zrobić. Jednak poniósłszy fiasco, ugiął się, pojechał, podpisał – i jest to kompromitacja.

Powtarzam: nie ma konieczności zapisywania się do NATO. Jeśli jednak gromkim głosem tego się domagano, „Partnerstwo dla Pokoju” uznając (słusznie) za humbug – to potem nie należało zwijać chorągiewki!

Gdy to mówiłem na pewnym spotkaniu, pewien Słuchacz spytał:

„Ciekawe: jak Pan prowadziłby grę z tak słabymi kartami?

Słabymi?? Nie ma słabej karty, gdy partnerzy grają napiętą grę!

Ja postąpiłbym dokładnie tak samo jak Stalin w 1939 roku: roz-

począłbym spokojnie rozmowy z Rosją nt. wejścia do systemu obron-nego WNP!

– Tak: włącznie z rozmieszczeniem na Ziemiach Zachodnich wyrzut-ni rakiet atomowych średniego zasięgu!

Teraz są dwie możliwości: 1) Pakt Atlantycki, zaniepokojony tą perspektywą, przyleciałby w dyrdy oferując przyjęcie do NATO – co j*yłoby osiągnięciem celu w tej chwili nie osiągniętego. 2) NATO by nie zareagowało. Wówczas podpisujemy pakt z Rosją. Mamy zabez-pieczoną granicę z Niemcami, a Rosja nie ma żadnego interesu by nękać swego lojalnego sojusznika. Okupacja jest zawsze b. kosztowna…

W każdym razie: trzeba coś wybrać. Jak raz już pisałem: by wybrać

– trzeba umieć się sprzedać: każda panienka na wydaniu opanowała tę niezbyt skomplikowaną dyplomację: słuchać ofert od jednego, dru-giego, trzeciego konkurenta, wreszcie wybrać jednego – i jemu już być wierna. Czy to takie trudne??!?

Niestety: Polsce znów grozi, że zostanie zawieszona w próżni, między dwoma blokami. Z tą tylko różnicą, że przed wojną mieliśmy przynajmniej układ z Ententą; teraz na Zachodzie mówi się, że Pol-ska każdy układ doprowadziła do klęski – bo pewna swych sojusz-ników prowokuje wrogów. I coś w tym jest!

Nawiasem pisząc: by wejść do NATO, trzeba się uzbroić. Kraje NATO wiedzą, że jak dwa a dwa daje cztery, w dzień po przyjęciu Polska poprosiłaby o sprzęt – za darmo lub na jakichś niespotyka-nych warunkach kredytowych – jako „przedmurze”. Nie? Przecież dokładnie o to (o oddanie nam za darmo wyposażenia armu NRD) poprosiliśmy Bundesrepublikę!!! A gdybyśmy tego nie otrzymali, to – jak słusznie zauważył pewien urzędnik Pentagonu, podobno sam p. Les Aspin – swój wysiłek ograniczylibyśmy do postawienia na granicy wschodniej tabliczek: „Uwaga: NATO. Nie wchodzić”. Swego czasu na moje biurko dotarła analiza konserwatywnej „Heritage Fo-undation”. Zalecenia dla Prezydenta USA Clintona przed wyjazdem do Europy były następujące (podaję wybiórczo kilka):

na szczyt NATO w Brukselil:

lk d ů d b k

– Poprzeć ofertę partnerstwa ty o w o nies*emu o. ra*ow Układu Warszawskiego i do europejskich b. republik sowiec-kich – wykluczając kraje tradycyjnie neutralne, jak Szwecja lub Szwajcaria;

1 Mowa o szczycie państw członkowskich NATO w dniach 10-11 stycznia 1994 r.

22

Ili

– Ogłosić, że USA poprą członkostwo w NATO głównych demo— kratycznych partnerów jak tylko będą oni gotowi do ponosze-nia militarnej i *nansowej odpowiedzialności za sojusz.

– Sprzeciwić się uczestnictwu Ukrainy dopóki Kijów nie będzie honorował swych międzynarodowych zobowiązań do ratyfika-cji Paktu START I (bez ograniczeń) i Traktatu o Nie-rozprze-strzenianiu Broni Jądrowej.

– Zadeklarować, że Ameryka nie zamierza uczestniczyć militar-nie w utrzymywaniu pokoju i operacjach humanitarnych nie mających znaczenia dla jej żyu*otnych interesów narodowych.  na spotkanie w Pradze2:

– zadeklarować pragnienie USA by ujrzeć Polskę, Czechy i Węgry wchodzące do NATO,jak tylko będą do tego gotowe;

– zaoferować pomoc USA Polsce, Czechom i Węgrom w miarę jak będą zmieniać swoje narodowe struktury bezpieczeństwa i siły zbrojne na odpowiadające członkostwu w NATO; na spotkanie w Moskwie3:

– zadeklarować pragnienie ujrzenia Rosji… (dalej j.w.);

– nie deklarou*ać żadnych wspólnych z Prezydentem Jelcynern guiarancji bezpieczeństwa dla Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak widać, polityka sugerowana przez Republikanów niewiele od-

biega od robionej przez Demokratów; drogowskazem jest interes USA. Podobnie i my powinniśmy prowadzić agresywną politykę opartą o zimne wyrachowanie i egoizm państwowy.

Teraz pytanie: czy nasz Prezydent byłby zdolny do prowadzenia takiej gry?

Odpowiedź brzmi: Oczywiście! Pan Lech Wałęsa nie jest przecież głupszy od przeciętnej panny na wydaniu – a znacznie bardziej sta-nowczy, gdy trzeba; mając dobrego doradcę i wykonawców – dałby sobie radę. . .

…natomiast nie da sobie rady mając Rząd z premierem prowa-

dzącym swoją politykę, Ministerstwem Spraw Zagranicznych opano-

wanym przez rozmaite mafie i masonerie, Parlamentem wtrącającym

2 Rozmowy w sprawie układu tzw. „Partnerstwa dla pokoju” z udziałem Prezydenta

USA Clintona ora2 prcywódców Polski, C,zech, Węgier, Słowacji (11-12 stycznia 1994)

3 Oficjalna wizyta prez. Clintona w Rosji w dniach 13-15 stycznia 1994 r.

się we wszystko, oraz Narodem nienawidzącym Pana Prezydenta, bo Ten, nie wiadomo po jaką cholerę, zamiast zajmować się sprawami ogólno-państwowymi, wtrącał się w politykę wewnętrzną, obiecywał, nie dotrzymywał, gadał co Mu ślina na język przyniesie i w ogóle politykował. VC* najgorszym słowa tego sensie.

Mimo to lepszy jeden facet – niż 460 Einsteinów. Niestety: u nas Einsteinów mnogo, a każdy chee władzy. Również: w polityce zagra-nicznej.

Tymczasem w Rosji p. Borys Jelcyn już pozbył się kontroli Parla-mentu nad polityką zagraniczną. Za jakieś trzy lata w Niemezech obejmą władzę narodowi socjaliści. A u nas – d***kracja. Do d*** z tą d***kracją!

Jak sami nie zrobimy z tym porządku- to inni zrobią z nami porządek. jak w 1772 roku. I równie gładko.

To ostatnie jest nawet jakąś pociechą…

ONZ

Genialny – przynajmniej jako pisarz – p. Stanisław Lem napisał kiedyś, że im większe głupstwo, tym większa szansa, że ludzie go nie zauważą. . .

Wielu naszych publicystów nieśmiało napomyka, że może by nie przesadzać z tą EWG – pardon: już nie EWG tylko UE; niektórzy zastanawiają się czy wchodzić do NATO (osobiście mimo wszystko wolałbym właśnie NATO…); jeszcze inni krytykują poszczególne or-ganizacje ONZ – zwłaszcza odkąd Watykan odważył się poskarżyć na UNICEF. Mało kto jednak, zamiast zastanawiać się nad celowością zatrudniania dodatkowych pracowników w ONZ, zastana-wia się: poůjaką cholerę to-to w ogóle istnieje, ile nas kosztuje i po co MY w tym uczestniczymy?

Ja świetnie rozumiem, że prawdziwą przyczyną, dla której rządy

nadal utrzymują przy życiu tego pokracznego bękarta traktatu

jałtańskiego, jest możność utrzymania za pieniądze podatnika po-

kaźnej liczby szpiegów płci obojga; gdyby rozwiązać ONZ, szpiegów

tych trzeba by utrzymywać za pieniądze wywiadu – a ci cholerni

24 25

cywile nie chcą dawać na wojsko; na UNICEF, duraki, dadzą… Zwra– = cam wszelako uwagę, że kto raz wejdzie na ścieżkę działań podej-rzanych, ten sam może zostać nacięty (vide: „Żelazo” i FOZZ). Inne państwa mają więcej pieniędzy na szpiegów – i wcale nie jest wy-kluczone, że nasi szpiegowie w ONZ już od dawna pracują dla kogoś innego – oczywiście nic nie mówiąc o tym swoim szefom.

Oczywiście, wszysey oni zapewniają na wyścigi, że obecność Polski w ONZ (czytaj: ich obecność na liście płac ONZ) jest absolutnie ko-nieczna. Ci, co nie pracują dla wywiadu zapewniają o tym jeszcze gorliwiej – to jasne; jednak tylko idiota pyta o zdanie osoby zain-teresowane: to tak, jakby np. pytać nauczycieli, czy chcą mieć po-dwyższone pensje i obniżone pensum. Opinie pracowników ONZ zostawmy więc na hoku.

Prawda o ONZ jest taka, że jest to instytucja najzupełniej niepo-trzebna. Zajmuje się głownie braniem pieniędzy od rządów – i mar-nowaniem ich na różne sposoby.

Najprostszy jest wariant zastosowany przez pewnego postępowego Murzyna – pardon: Afrykanina – którego w ramach klucza geogra-ficznego mianowano szefem UNESCO. Facet ten 80% (!!) pieniędzy wydawał na swój personel, hojnie płacąc tym, co mówili, jak im zagra – a wywalając z roboty oponentów. Miarka przebrała się, kiedy UNESCO zażądało ni mniej ni więcej, tylko, by… wszystkie agencje światowe, szerzące oczywiście burżuazyjny jad – poddać kontroli UNESCO i stworzyć w ten sposób jedno, optymalne, źródło jedynej prawdziwej informacji. Nazwano to Nowym Ładem Informacyjnym.

Pechowo facio (nazywał się, o ile pamiętam, M ‘Bow4) trafił z tym

na epokę p. fteagana, który łupnął pięścią w stół, a przyjrzawszy się

wydatkom czarnego apologety Ministerstwa Prawdy po prostu…

zakręcił kurek z pieniędzmi. W ślad za nim poszła p. Thatcherowa

– i po wycofaniu się dwóch głównych sponsorów UNESCO mocno przycichło, bo Sowieci dawali dużo dobrych rad, ale mało prawdzi-wych pieniędzy.

UNICEF był skromniejszy: na potrzeby swej biuralicji wydawał

tylko 52% funduszy. Jednak właśnie akcja UNICEF-u z FAO pobiła

wszelkie rekordy, gdyż przy okazji karmierua głodujących dzieci

4 Amadou Ma5tar M’Bow z Senegalu.

w Abisynii okazało się, że administracja ONZ plus biurokracja etio-p5ka połknęły 99,4% pomocy, zostawiając dzieciom 0,6%. Dzieci są małe, więc dużo jeść nie muszą.

Znaczniejsza część budżetu ONZ idzie na operacje wojskowe. Te **ą – od początku do końca – ze znakomitej skuteczności.  Pierwszą była Korea, gdzie wojska głównie USA pod flagą ONZ nie zdołały pokonać czerwonego maniaka. JE Kim Il-Sunga, który rządził szczęśliwie do 1994 r. – i dopiero Jego śmierć wyzwoli Koreę od postępu iście skomasowanego. Ostatnią: Somali, gdzie znów wojska USA pod flagą ONZ z tryumfem wzięły do niewoli przez pomyłkę personel ONZ, natomiast nie umiały znaleźć i pokonać p. gen. Aidida.

W międzyczasie były tak spektakularne akcje, jak wygonienie z Konga – a raczej: zamordowanie – innego czerwonego watażki, Patryka Lumumby, przy okazji czego zginął… Sekretarz Generalny ONZ (!). Władzę objął – i dzierźy do dziś – p. gen. Mobutu, Sese Seko, tj. Ojciec Narodu. Wynik to pozytywny – gdyby zapomnieć o tym, że wojska ONZ zostały posłane po to, by… p. Mobutu z Konga właśnie wyrzucić.

Za to gdy w Nigerii walczyła o niepodległość Biafra, ONZ nie kiwnęła nawet palcem. Nie: nie dlatego, że Ibo byli chrześcijanami; dlatego by nie naruszyć zasady nienaruszalności granic w Afryce…

Wojska ONZ posłano też m. in. na Cypr, by zapobiegły wojnie między Grekami, a Turkami i podziałowi Cypru. Przez piętnaście lat pracowicie zapobiegały (przy czym od strzałów zza węgła zginęło łącz-nie więcej ludzi, niż na normalnej wojnie – a wojna i tak wybuchła natychmiast, gdy tylko wojska się wycofały. Jak funkcjonuje ONZ w odniesieniu do mordów w Jugosławu – wszyscy wiedzą5.

Głównym zajęciem ONZ jest jednak wygłaszanie pompatycznych

mów, kłócenie się, czy przyjąć wizytę Dalaj Lamy, opracowywanie

genialnych projektów Konwencyj Praw Małego Zwierzęcia lub Kon-

wencji o Walce z Narkomanią – przy czym kiedyś państwa nie zain-

teresowane tymi bzdurami protestowały rozgłośnie – obecnie

(z chwalebnym wyjątkiem Królewstwa Arabii Saudyjskiej) po prostu

podpisują – i nie wykonują. Czasem dodają do konwencyj jakieś za-

5 Trudno o dobitniejsze potwierdzenie słuszności tez Autora jak właśnie „dzia-

łalność” wojsk ONZ w Jugosławu…

26 27

strzeżenia – i dobrze jest, bo przecież dyplomatom nie zależy n*= tym, by postanowienia tych konwencyj były wykonywane, tylko na tym, by Konwencje zostały podpisane! Za to biorą pieniądze!! Podej-rzewam, że są płatni od konwencji.

A jeszcze oprócz tego głosują. Dzięki temu Luksemburg z Katarem mogą sobie przegłosować Japonię, a Nikaragua z Kostaryką-Kanadę. I fajnie jest, i demokratycznie – dopóki np. Kanada nie rozpadnie się na 10 niepodległych państw. Proszę zauważyć, że po rozpadzie ZSRS siła głosu tych narodów raptem wielokrotnie wzrosła – a Rosja nadal ma, jako Wielkie Mocarstwo – prawo veta. Na szczęście nikt się już dziś nie przejmuje głosowaniami w ONZ…

Nikt się nie przejmuje – ale wszyscy na to płacimy. Są to setki milionów dolarów. Co prawda dumnych Lechitów stać na zrzutkę po parę dolców na ten cyrk – ale nie stać nas na związany z tym zalew głupoty. Pamiętajmy bowiem, że wielu naszych całkiem łebskich lu-dzi, zamiast pisać np. projekty ordynacji wyborczej, konstytucji czy innych praw – siedzi i wykłóca się z jakimiś Arabami, Latynosami i Amerykańcami o ważkie słowa w nieważnych i śmiesznych konwe-ncjach międzynarodowych.

Świat wychodzi z Jałty – i pora na porzucenie tej pokraki, jaką jest ONZ. Najlepiej by było, by Polska zgłosiła wniosek o samoroz-wiązanie się ONZ (zanim ONZ zbankrutuje). Jeśli to się nie uda-nic straconego: do dziś istnieje sobie, o czym mało kto wie, Liga Na-rodów, i ma nawet chyba do dziś w Szwajcarii jakiś pałacyk. Zapo-mniano ja rozwiązać – i tyle. Być może to samo będzie z ONZ.

Natomiast powinniśmy wystąpić z ONZ. Nie ma potrzeby ośmie-szać się przebywaniem w tym podejrzanym towarzystwie – i w do-datku za to jeszcze płacić. Szwajcaria do ONZ nie należy – i jakoś żyje. Mam nawet wrażenie, że cieszy się większym szacunkiem ONZ-u, niż Polska…

Wystąpmy – o ile nie chcemy, by działały demokratyczne poglądy nieboszczyka ks. Konarskiego: „Przegłosują Ciebie – ale za to wiele razy Ty z innymi przegłosujesz tamtych”. Jaeyś Murzyni z Koreańczykami każą nam jeść pałeczkami, potem my z Koreańczykami każemy Murzynom jadać ryż zamiast manioku, a razem z Murzynami zmusimy Koreańczyków, by pili piwo. Proszę zauważyć, że każda strona odniosła dwa dyplomatyczne sukcesy-a tylko jedną porażkę! Dyplomaci dostaną premię – ale czy my, Mu-rzyni i Koreańczycy będziemy szczęśliwsi?!?

Ja śądzę, że nie. Natomiast bez ONZ będziemy na pewno zdrowsi.

Na umyśle. Czego wszystkim życzę.

PS. Kto wie i pamięta: nad czym ostatnio obradowało Zgromadze-nie Ogólne ONZ? I jakie decyzje ostatnio podjęło? A Rada Bezpie-czeństwa?

ROZPAD

Gdy rozpadał się – czy aby się nie odrodzi? – Związek Sowiecki, mówiono, źe – podobnie jak w przypadku Rosji Carskiej – rozpada się więzienie narodów. To samo zresztą mówiono o Cesarstwie-Kró-lestwie.

Potem rozpadła się Czecho-Słowacja – i znów przypisano to ten-dencji do tworzenia się państw narodowych. Podobnie i z Jugosławią.

Trochę gorzej jest z Kanadą. Kolebie się ona od dwóch lat na krawędzi rozpadu. I znów: jako przyczynę wskazuje się franko-języczny Quebec – pomijając jawnie socjalistyczny charakter Partii b Zuebekańskiej.

No dobrze: ale dlaczego Kalifornia chce rozpaść się na kilka sta-nów?

Jeśli temat to zbyt egzotyczny, to spytajmy inaczej: dlaczego na krawędzi rozpadu są obecnie Włochy? Już nie tylko Padawice (Pie-mont, Genua, Lombardia, Florencja, Wenecja), ale nawet jakaś gmi-na chce wystąpić z Republiki i ogłasza się Wielkim Księstwem?

W tym ostatnim przypadku chodzi zapewne o dochody ze znacz-ków pocztowych i turystyki. Można również sprzedawać monety: niech koszt jej wybicia równy będzie 20 centom; jeśli będzie to mo-neta o wartości 50 centów, a zechce ja mieć jako ciekawostkę co dzie-siąty Ziemianin, to mamy ponad $100 mln dochodu; w podziale na 300 poddanych Wielkiego Księcia – niezły grosz… A znaczki? Można przecież drukować na okrągło!

Moim zdaniem państwa rozpadają się nie tyle wskutek różnic językowych czy kulturowych – lecz po prostu dlatego, że przestają wypełniać swoje funkcje.

28 29

Państwo (w sensie polszczyzny) to jest pewien organizm: składa się ze społeczeństwa (tzn. jego kultury), z zasad prawnych, oraz z aparatu ucisku (czyli państwa w sensie zachodnio-europejskim:

The State, L’Etat).

Na to, by państwo działało, system prawny musi być w miarę zgod-ny z systemem kultury danego społeczeństwa – tak, jak system ko-stny musi być dopasowany do mięśni. Owszem: kości można nieco skrócić lub wydłużyć – ale w pewnych granicach; po ich przekrocze-niu organizm staje się niezdolny do życia.

Wszystko to oczywiście zdaje się psu na budę jeśli aparat ucisku uciska nie tych, co trzeba. Jeśli ochronne mechanizmy atakują nie obce komórki, lecz własne – to mamy do czynienia z rakowaceniem organizmu.

Są też w organizmie komórki wyrodniejące – jest to, zauważmy, całkowicie normalne; jednak gdy organizm zamiast je izolować sam je sztucznie rozmnaża (np. popierając homo-sexualizm) – to nie przy-czynia się to do zdrowia organizmu. Jeśli energia zużywana jest głupio, jeśli mózg dopuszcza by mięśnie zanikały poprzez lenistwo – to organizm staje na krawędzi rozpadu.

Różnica polega na tym, źe – z punktu widzenia cybernetyki-społeczeństwo ma o jeden stopień swobody więcej, niż żywy orga-nizm. Komórki naszego ciała umierają w zasadzie wraz z nim. Na-tomiast ludzie mogą porzucić niesprawne państwo i zmontować w jego miejsce inne – lub po prostu wejść w skład innych, lepiej zorganizowanych państw.

Są to operacje zawsze bardzo bolesne. Jeśli zachodzą organiczrue, niejako przez pączkowanie, straty mogą być niewielkie (przykład aksamitnego rozwodu Czechów i Morawian ze Słowakami!). W in-nych przypadkach zachodzą zazwyczaj nieprzyjemnie. Ciekawe przy tym, że ci sami ludzie, którzy z taką lekkością mówią o możliwym rozpadzie Polski – byli przeciwko rozpadowi Czecho-Słowacji i są przeciwko rozpadowi Włoch, choć w przypadku Polski byłoby to chy-ba znacznie bardziej dotkliwe.

Państwa rozpadają się jednak – a rozpadają się dlatego, że obe-cna, niemiłościwie nam panująca, ideologia naszej cywilizacji nie od-powiada na podstawowe pytanie: A właściwie dlaczego państwo miałoby trwać?

Gdy mówiło się (mniejsza o to, czy słuszniel), że Władza pochodzi od Boga – sprawa była jasna: Władca miał pewne obowiązki – i od-‘ po*viednie do nich prawa. Gdy państwo zostało nocnym stróżem-miało obowiązek strzec Granic oraz Prawa i Porządku.

A teraz popatrzmy, jak się z tych zadań wywiązuje:

1) Granic nie strzeże – między krajami UE stały się one zbędne.  *ardzo dobrze – ale czy państwa są uzbrojone na okoliczność, gdyby ktoś chciał dokonać zmiany granic? Obawiam się, że nie; myślę, że gdyby w tej chwili RFN zechciała np. przyłączyć gminy Eupen i Mal-medy, to Francuzi, rzecz prosta, nie chcieliby za nie umierać – tak samo, jak nie chcieli umierać za Gdańsk, ale: czy chcieliby w ich obronie umierać poddani królestw wchodzących w skład BeNeLuxu?  A czy Francuzi chcieliby umierać gdyby RFN chciała przyłączyć Alzację i Lotaryngię? Bardzo wątpię! A Francja jest jednym z naj— bardziej państwowo-narodowo wychowywanych społeczeństw Zacho-du. Pomysł, by Holender chciał umierać za cokolwiek (poza, być może, klubem futbolowym) – jest po prostu śmieszny.

Prawo jest w Europie w powszechnej pogardzie. Masoneria nagi-nała je do swoich potrzeb tak, że przestało być zrozumiałe dla ludzi.  Mordercy są zwalniani z więzień po przeciętnie 7.miu latach, kara śmierci jest zniesiona, aferzyści chodzą po wolności, normalni ludzie ida do aresztu za spranie własnego dziecka, za nazwanie Żyda Żydem, za nieubezpieczenie swej własnej osoby, za rzekome zgwałce-nie własnej żony i za jazdę własnym samochodem bez pasów. Wy-starczy?

Co do Porządku – takiego burdelu w prawie i na ulicach nie było od niepamiętnych czasów. A to punki leją skinów, a to skiny palą cudzoziemców, a to homo-sexualiści paradują po głównych ulicach ukazując Jezusa Chrystusa w stosunku z Judaszem Iskariotą. Ban-dyci bezkarnie rabują, a policja zajmuje się w tym czasie np. ochroną praw mniejszości.

To wszystko jeszcze można zapewne znieść – ale w przypadku spokojnych mieszczan znad Padu doszło przerażające uczucie, że oto okrada się ich z pieniędzy. Do tej pory tłumaczono, że te pieniądze idą na rozwój Południa. Teraz okazało się, że szły do kieszeni różnych Mafij – w tym: mafli skorumpowanych polityków.  I zdaje się, że Republikę Włoską szlag trafi.  Co oby było otrzeźwiającym prysznicem dla innych, podobnych, państw.

30

GORZKIE PRAWDY

Piszę te słowa z poczuciem gorzkiej – ale satysfakcji. W dniu 3.cim lutego 1995 cała Polska mogła w głównym wydaniu Wiadomości zobaczyć JE Józefa kard. Glempa, który – z wyraźnym trudem, przełamując wewnętrzne opory i unikając oka kamery – mówił rze-czy banalne, ale przecież od stu lat przemilczane przez lewicowe me-dia.

Mówił, że demokracja nie jest żadną wartością samą w sobie o ile nie służy dobru powszechnemu. I mamy tę satysfakcję, że mówiliśmy to od wielu lat – wbrew nawet Książętom Kościoła katolickiego i in-nych Kościołów chrześcijańskich, którzy – ulegając przemożnemu prądowi – ględzili o dobroczynności demokracji jako takiej. Malucz-ko, a przeczytalibyśmy w post-soborowym katechizmie, że Chrystus był Pierwszym Demokratą, a Łazarz został wskrzeszony przez Głoso-wanie Powszechne. Zwłaszcza niektóre Kościoły reformowane dość daleko zaszły na tej drodze – w Szwecji np. tekst tłumaczenia Biblii zatwierdzany jest przez Parlament w głosowaniu!

Demokracja jest systemem złym i niewydajnym. Tam, gdzie ona działa, opiera się na oszustwie: elity polityczne wystawiają swoich kandydatów, a motłochowi pozwalają mieć satysfakcję, że brał udział w głosowaniu. Jeśli Lud zadowala się tą przyjemnością i nie chce stanowić praw wedle Swego gustu i rozumu, a dzięki temu czuje.się lepiej – to system czas jakiś może działać. Nie najlepiej – ale znośnie.

Jednak Ksiądz Prymas powiedział też, że i Prawo nie jest wartością nadrzędną -jeśli jest sprzeczne z dobrem powszechnym…

Ta teza wymaga pewnego wyjaśnienia.

Jeśli Prawo działa, tzn. jeśli jest w miarę spójne, niesprzeczne

i zgodne z Prawem Naturalnym – to przestrzeganie Prawa jest obo-wiązkiem. Takie Prawo oczywiście nie jest sprzeczne z dobrem po-wszechnym – a Praworządność jest dla Prawicy wartością; nie najwyższą zapewne, ale wartością samoistną.

Obecnie w Polsce mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją.

= e- = Prawo Polskie jest sprzeczne z Prawem Naturalnym w wielu pun-

ktach. Sprzeczność ta nie jest tak wielka, by należało wzywać do nieprzestrzegania prawa – o nie! Z tym, że prawo obecnie jest sprze-czne wewnętrznie, niespójne – a nawet te nieliczne przepisy, które są jasne i proste, teź są łamane. I to nie przez plebs, ale przez urzędników państwowych występujących ex of/źcio!!  W tym stanie rzeczy ten, co jawnie powiedziałby: „Robię zamach stanu. Raz jeszcze złamię Konstytueję – którą na co dzień i co go-dzina łamie się w tysiącu miejsc w Polsce. Siłą wprowadzę nowe, lepsze Prawo, którego przestrzeganie sprawi, że życie stanie się le-psze. Ludzie uczciwi będą nagradzani, a mordercy, złodzieje i kłamcy karani” – zyskałby moje zdecydowane i entuzjastyczne poparcie.  Ostatecznie od ponad 100 lat prawo w Polsce oparte jest o Kodeks Napoleoński, wprowadzony właśnie dokładnie w ten sposób!  A gdyby jeszcze ten ktoś zechciał wprowadzić nie tylko nowe Pra-wo, lecz nowy System *vorzenia Prawa w sposób naturalny i ewo-lucyjny – czyli prawo w stylu brytyjskim – to mój entuzjazm sięgnąłby szczytu.

Niestety! Zamiast Wielkiego Człowieka, który odważyłby się chcieć – widzimy małego człowieczka, który kręci, kłamie i oszukuje; czepia się drobnych nieścisłości w niedoskonałym prawie – a gdy trzeba (lub nie trzeba…) w żywe oczy twierdzi, że prawo mówi co innego, niż mówi; popiera karierowiczów i miernoty; oświadcza, że „przestrzega Konstytucji” – a na drugi dzień, że złamie prawo i będzie działał nie-konstytucyjnie – a wszystko po to, by jeszcze na rok chociaż przedłużyć Swą kadencję, pozałatwiać interesiki, które namotał Jego totumfacki i jeszcze parę milionów dolarów pozostawić Swym dzieciom. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze.  Zamiast chirurgicznej operacji, po której Polska by zaczęła zdrowieć, człowiek ten najspokojniej zapowiada, że będziemy przez parę miesięcy przeżywali wstrząsy. Takie wstrząsy, aby odechciało nam się nawet myśleć, że można Go nie wybrać ponownie!  I przeżywamy. Jutro Pan Prezydent oświadczy, że chce np. wystąpić z ONZ. Część Prawicy przyklaśnie – o naiwna: Pan Prezydent pobędzie tydzień na ekranach telewizorów – i powie, że miał na myśli co innego i Swój cel osiągnął. Albo zaproponuje ONZ-owi kom-promis.

Pan Lech Wałęsa myśli, że im dłużej występuje na ekranie, im

bardziej się miota – tym większą ma szansę wygrania wyborów. Być

32

może ma rację – ludzie są ogłupieni do tego stopnia, że nie odróż-niają kto chce ich dobra. Zresztą p. Lech Wałęsa wcale nie chce zła:

On tylko chce nadal jeździć za granicę, mieć dużo telefonów, i żyjąc w luksusie nic nie robić – dokładnie tak, jak życie prezydenta wy-obraża sobie elektryk po szkole zawodowej. I na to byłoby *as stać – ale p. Lech Wałęsa gotów jest w tym celu potrząsnąć całą Polską.

I na to nie ma zgody!

O czasy! O obyczaje! Senat to rozumie, Sejm widzi – a On ciągle

trwa! Trwa? On nawet drapuje się w togę Przyjaciela Ludu, notuje oczami, kto Mu sprzyja, a kto nie – i każdego, z którym się nie zgadza, próbuje usunąć ze stanowiska. Skłóca ze sobą paztie polity-czne, wstrząsa Polską, ośmiesza nas przed zagranicą – tylko po to, by zwiększyć szanse Swego ponownego wyboru. I zamiast walczyć z demokracją, która Mu w gruncie rzeczy przeszkadza, publicznie wychwala jej zalety!

O czasy! O obyczaje! W sprawie kandydatury p. Romualda Szere-mietiewa na stanowisko Ministra Obrony Narodowej6 jeden z Panów:

Prezydent lub Prezes Rady Ministrów – ewidentnie i cełowo kłamie!  Jeden powiada, że ma taśmę z nagraniem – ale jej nie pokaże, drugi twierdzi, że niczego nie powiedział. Mamy kłamcę na jednym z wyższych Urzędów – i nic! Nikt nie domaga się wyjaśnienia tej sprawy – po prostu: nie ma jej – bo nikt nie będzie miał z jej wyjaśnienia pieniędzy.

Jednocześnie reprezentanci Demokracji: Sejm i Senat-

ośmieszają się uchwalaniem, że ich uchwały są zgodne z prawem-

jak gdyby to do nich należała Władza Sądownicza! Zamiast postąpić

zdecydowanie i po męsku: zdjąć ze stanowiska Osobę w sposób jawny

łamiącą prawo przez nich ustanowione, zastanawi*ja się nad

„kompromisem. Nie działa żadne Prawo nie działa nic Dowodzi to,

że demokracja w Polsce albo od początku nie miała szans, albo

ośmieszyła się do tego stopnia, iż próby jej kontynuacji są beznad-

6 Po odwołaniu w końcu 1994 r. (w następstwie tzw. obiadu drawahiego) ac*rała

Piotra Kołodziejczyka za stanowiska Ministra Obrony Narodowej Pr*zydent Lech Wałęsa twierdził, iż jednym z kandydatów na wakujace stanowisho w lewicowym rzadzie koalicji SLD-PSL którego zaproponował Premier Waldemar Pawlak był zwiazany z Belwederem Romuald Szeremietiew, szef prawicowego RdR – czemu W. Pawlak zaprzeczał.

– ‘ ziejne. W każdym zaś razie nie jest zdolny do sprawnej pracy żaden Sejm: jak Polska ma oczekiwać, że Sejm obroni nas przed agresją zewnętrzną, skoro Wysoki Sejm i Czcigodny Senat nie są w stanie obxonić się same przed jednym człowiekiem mającym parę procent , poparcia w społeczeństwie i żadnej realnej władzy – ale za to zde-cydowanym walczyć wszelkimi sposobami o *Swój stołek?  Jedyną instytucją państwa, której zależy nie na formie tego państwa, a na tym, by ono istniało, było praworządne i na tyle bo-gate, by utrzymać swój aparat – są Siły Zbrojne. Jest wojsko i po-licja. Im nie zależy na polityce – tylko na tym, by na terenie objętym, władztwem Rzeczypospolitej panowało Prawo i Porządek, by polityka zagraniczna umieściła państwo w jakimś zdolnym do obrony sojuszu, a Siły Zbrojne miały dość mocy, by sprostać wymaganiom obronnym i zaczepnym.

Oczekuję więc, że Siły Zbrojne spełnią swój obowiązek: odsuną od władzy skorumpowanych, oszalałych, ogłupiałych, lub po prostu nie-zdolnych polityków – zarezerwowawszy dla nich 561 miejsc w do-brze strzeżonym szpitalu psychiatrycznym; że zaprowadzą jakieś proste i sprawdzone Prawo; że oszuści będą się bali, a uczciwy człowiek będzie chodził z podniesioną głową.

Nowoczesna technika zna pojęcie „foolproof’ – systemu odpor-nego na głupotę. System Prawa musi być taki, by było ono odporne na normalną w społeczeństwie porcję głupoty i egoizmu. Systemem takim jest Wolny Rynek, gdzie egoizm ludzki daje dobroczynne skutki społeczne, a wszyscy mają interes, by wszyscy działali ucz-ciwie. Tym samym sami tego, z minimalną pomocą policji, pilnują.  I tylko taki system ma szansę przetrwania na dłuższą metę. Tego więc oczekuję.

DEMOGERONTOKRACJA

Imigranci amerykańscy mówią o kontynencie, z którego przyjechali „Stara Europa”. 1*-aktowane jest to jako określenie sentymentalne.  I odpowiada to dokładnie rzeczywistości.

35

Europa jest przeraźliwie stara. Z jednej strony wydłuża się wiek =-życia. Ludzie żyją średnio dwa razy dłużej, niż sto lat temu! Z drugiej strony maleje liczba urodzonych dzieci.

Proces ten ma charakter sprzężenia dodatniego. Rozumowanie jest takie: nie mamy dzieci – bo nas na to nie stać. Jeśti jednak mamy mało dzieci, to w następnym pokoleniu jeden człowiek ma na utrzy-maniu więcej ludzi ( z pokolenia swoich rodziców) – a więc tym bar-dziej „rue stać go na dzieci”!

Przyczyną tego, że „nie stać nas na dzieci” jest po prostu prze-

raźliwy egoizm – a raczej krótkowzroczność plus jeszcze coś-

o czym za chwilę. Przeciętna rodzina w XX-wiecznej Europie

(i w Ameryce) żyje na poziomie wyższym, niż milioner w wieku X*

– i wyższym niż przeciętny książę w wieku XVIII – a przecież wte-dy nie tylko milionerów „stać było na dzieci”! Dlaczego teraz nas nie stać?

Jedną z przyczyn jest demokracja. W demokracji rację ma większość * i ma ona prawo obrabować tych, co nie głosują. Ja dziś głosuję – i w głosowaniu mogę okraść swoje dzieci, oraz dzieci wszy-stkich moich bliźnich – np. ustanawiając, że w przyszłości emery-tury będą dwa razy wyższe (a dopłaci się z zarobków przyszłych pokoleń). Można uchwalić np. „deficyt budżetow*’ – czyli zaciągnąć pożyczkę, którą będą musiały spłacać następne pokolenia. Za-uważmy, że przy tym systemie nie warto mieć dzieci: im więcej ma ich rodzina, tym większą część długu publicznego będzie spłacać!!!

Drugą przyczyną jest owo „jeszcze coś”. Jest to system ubezpieczeń.

System emerytalny oznacza, że w formie składki odbiera się

(w Polsce – pod przymusem – bardzo wielkie) pieniadze. Pieniądze te normalna rodzina zużyłaby na wychowanie swoich dzieci – i to dobre wychowanie: takie, by dzieci dobrze zarabiały i mogły (i chciały!) rodziców utrzymać na starość. Człowiek jest z tych pieniędzy obrabowany – ale też nie musi już mieć dzieci, które by troszczyły się oń na starość, gdyż… ma zapewnioną emeryturę (po-chodzącą ze spodziewanego rabunku!). Można pokazać, jak krzywa wzrostu ubezpieczeń ładnie skorelowana jest z krzywą spadku przy-rostu naturalnego.

Skutki starzenia się Cywilizacji Białego Człowieka są straszliwe.

Przede wszystkim: rządzą staruchy. W monarchii, gdy umierał stary

król, z młodym przychodzili nowi urzędnicy. W demokracji, zwłasz-

cza biurokratycznej, zanim człowiek dochrapie się stanowiska, jest

już po 50.tce!! Gdzie te czasy, gdy człowiek mający 25 lat bywał mar-szałkiem, gdzie Wilhelm Pitt był premierem Wlk. Brytanii w wieku 23 lat! Gdy markiz de Lauzun uważał się za zbyt starego do żeniaczki mając 29 lat! Ale i czasy – przypomnijmy – gdzie wyjątkowo sza-nowano wiek sędziwy i na stanowiska senatorów, radców, sędziów wybierano ludzi doświadczonych. Młodzi mieli wykonawstwo i wolno im było hasać w stopniu wręcz dla dzisiejszego „europejczyka” nie-wiarygodnym – starzy ustalali tylko pewne ramy. I nikomu jakoś nie przychodziło do głowy, by np. nakazać rycerzom przywiązywać się postronkiem do konia (choć spadając można się było zabić!!)-podczas gdy dzisiejsi neo-faszyści zwani „europejczykami” każą nam zapinać się pasami we własnych samochodach.

Pochodzi to stąd, że ludzie starzy się boją. A strach jest złym do-radcą. By iść do przodu – trzeba ryzykować! Starzy boją się ryzyka właśnie. Jak tak dalej pójdzie, zlikwidują w ogóle samochody (rocznie na drogach Polski ginie 7000 osób…) – dla dobra ogółu rzecz prosta!  Tak, jak zlikwidowali w praktyce loty kosmiczne (w jakim kraju wol-no sobie wybudować prywatną rakietę?).

W żadnym chyba nie wolno. Argument jest taki, że prywatna ra-kieta mogłaby się rozlecieć. To prawda: jestem przekonany, że pry-watne rakiety kosztowałyby 50 razy mniej, niż państwowe – ale rozwalałyby się 10 razy częściej. No, i co z tego? Lecieliby nimi pry-watni ochotnicy – a przypominam, że starcy rządzący światem przed laty nie ośmielali się naruszać podstawy naszej cywilizacji: „Chcące-mu nie dzieje się krzywda”! Jak ktoś chce ryzykować – jego sprawa!  A, że taka rakieta może spaść i zabić ludzi? Może! Rocznie ginie na drogach świata ok. 200.000 osób – i jak na razie nie likwidujemy samochodów; czy więcej zginie od spadających rakiet??!?

Gerontokracja od maleńkości indoktrynuje dzieci, by nie zagroziły temu ciepełku: już w przedszkolu uczy się, by nie ryzykować, że naj-ważniejsze jest bezpieczeństwo, zabezpieczenie, ubezpieczenie, bez-pieka. Po to właśnie istnieje np. przymus szkolny!

Władza starców dobiega jednak kresu. Nowe państwa Azji – tak,

jak kiedyś Hunowie – gdzie przyrost jest ogromny, ludzie młodzi

i energiczni, a wolny rynek zapewnia ogromne bogactwo, wkrótce za-

leją Starą Europę i Amerykę. Oni już ją zalewają – tak samo, jak

Germanie i inni zaleli stare Imperium Rzymskie (gdzie zresztą ce-

sarze, zdając sobie sprawę z niebezpieezeństwa, próbowali edyktami

36 37

zmusić kobiety do rodzenia dzieci, bezskutecznie…). Zaleją – o ile.* młodzi się nie zbuntują i nie rozwalą tego systemu.

Zrozumienie tego pozwala inaczej spojrzeć np. na poczynania Kościołów. Nawoływanie do rozrodczości ma – być może – znacznie ważniejsze powody, niż chęć pobierania pieniędzy za eh*ty, niepraw-daż? A czy niewiara w życie pozagrobowe nie ma przypadkiem też wpływu na to, że ludzie tak panicznie boją się ryzykować?

Jednak żadne nakazy prawne nie zmuszą ludzi do płodzenia dzieci.  Ludzie muszą tego chcieć. W tym celu trzeba zniszczyć największe monstrum XX wieku: system ubezpieczeń! Trzeba też zniszczyć demokrację – a przynajmniej uniemożliwić ludziom zaciąganie większością głosów długów na konto przyszłych pokoleń.

Jeśli tego nie zrobimy, nasze dzieci będą niewolrukami, a potom-kowie Chana Dżyngiza będą poić konie w Sekwanie – pardon: latać w odrzutowych olstrach nad Wieżą Eińla.

PS. Dlaczego nie będą w nich latać nasze dzieci? Dlatego, że jest to niebezpieczne… Niedługo nawet prawa jazdy będzie się wydawało dopiero od 19.go roku życia… Właściwie już się je tak wydaje: do-lnym wiekiem jest 17 lat (za moich czasów: 15 – zwracam uwagę, że od tego czasu samochody stały się bezpieczniejsze…), a dopiero po dwóch latach będzie się miało pełne prawa, tj. wolno będzie wozić innych!

CZECZENIA

Wyobraźmy sobie, że od kilku lat rządzi Rosją jakiś w miarę nor-malny, jak na Rosję, dyktator. Powiedzmy: car – nie taki dureń, jak Jan Groźny lub Piotr I, ale taki jak Katarzyna II. I oto któregoś pięknego dnia 1993 roku, w Czeczenii (stanowiącej składową Impe-rium, w której podbój włożono wiele wysiłku) jakaś watażka oznajmia, że nie uznaje władzy w Moskwie – i oto ogłasza „niepodległość”.

Najprawdopodobniej po dwóch dniach w Groznym pojawiłby się

wysłannik Cesarza, w asyście batalionu komandosów. Ludność, która

niczego innego nie oczekiwała, pokiwałaby tylko głowami i pogodziła

się z sytuacją. Poza garstką fanatyków nikt by palcem nie ruszył, by poprzeć p. gen. Dżochara Dudajewa (nikt; nawet ci, co liczyliby na posady w „niepodległej Czeczenii” – bo oni umieją liczyć!) P. Du-dajew zwiałby (o ile by zdołał) na Seszele, Malediwy, lub do jakiegoś muzułmańskiego państwa, z którym Rosja byłaby akurat w złych stosunkach – i porządek zapanowałby w Groznym.

Albo też, być może Car doszedłby do wniosku, że utrzymywanie

tej kolonu jest nieopłacalne – i sam narzuciłby jej „niepodległość”,

podobnie jak zrobili to Brytyjczycy w latach 60.tych i jak obecnie

Piemont i Lombardia próbują pozbyć się swych równie kosztownych

sycylijskich i kalabryjskich kolonu. *

Tak czy owak: w obydwu przypadkach na ulicach najprawdopo-dobniej nie byłoby ani jednego trupa. Tak bywa, gdy władza jest męska, tzn. wie, czego chce.

Co zrobiła „miękka” demokratyczna władza w Moskwie?

Najpierw na deklarację niepodległości Czeczenu w ogóle nie zare-

agowała. Potem zaczęła z jednej strony się oburzać – a z drugiej bredzić, że uznaje „prawo do samostanowienia”, a że „szanuje wolę ludu Czeczenii” itd. Wysyłała oświadczenia i napomnienia…

…a w międzyczasie władza p. gen. Dudajewa krzepła, a ludzie przyzwyczaili się do myśli, że oto Moskwa de facto uznała tę władzę.

Po półtorej roku Moskwa oświadczyła, że dłużej tego tolerować nie będzie – co wszystkie państwa na świecie potraktowały z pełnym zrozumieniem i aprobatą – dokładnie tak samo, jak postąpiłyby, gdyby p. Donald Tusk ogłosił niepodległość Kaszub (z tym, że Ka-szuby są proporcjonalnie dużo większe od Czeczenu). Jednocześnie oświadczyła, że do zgniecenia oporu wystarczy batalion komandosów.  Następnie wysłała dwa pulki pancerne, które poniosły na ulicach miasta sromotną porażkę. Dopiero potem posłała naprawdę dwa ba-taliony komandosów.. .

Towarzyszył temu obrzydliwy spektakl propagandowy. O tym, że tak naprawdę to Rosja wl*’acza nie dla realizacji naturalnego interesu Im-perium – lecz dla „spełnienia najbardziej ukrytych pragnień ludu Cze-czenu”, że po zajęciu Czeczenii spełni wolę tego ludu – nie wyjaśniając, rzecz jasna, co zrobi, jeśli lud będzie przypadkiem – bo wcale nie jest to pewne – wolał p. gen. Dudajewa od p. Prezydenta Jelcyna.

Otóż jest rzeczą całkiem prawdopodobną, że zależność od Moskwy

jest dla Czeczenii korzystniejsza, niż rządy p. gen. Dudajewa; jako

Kurd na pewno wolałbym rządy Ankary od rządów Demokratycznej

39

Partii Kurdystanu, która o taką samą „niepodl ość” właśnie wal-.  czy. Niezależnie jednak od tego jest rzecza zr*zu*aiał&, że wielkie Imperium nie może tolerować sytuacji, w htórej dowolny kawałek może się od niej odłączyć – bo przykład jeat zaraźh*W i *’ozi to destabilizacją: ci, co domagają się niepodległości it *w *<*zu powinni pamiętać o przykładzie Jugosławii (i o rzeziach Ormian w okresie I wojny światowej – na przykład).

Natomiast o poczynaniach Moskwy można powiedzieć tylko jedno:

jeśli ktoś by chciał zaognić sytuację i wywołać wojne z tysiącami tru-pów na ulicach, odnowić nienawiść Czeczeńców do Rosjan itd. itp.-to nie mógłby postąpić lepiej.

Krążą po Moskwie niewątpliwe pogłoski, że rueudolność p. Prezy-denta Jelcyna spowodowana jest tym, że jest On agentem USA albo masoneru – i dostał zadanie rozwalenia resztek Imperium. Tymcza-sem prawda jest chyba po prostu taka: panuje tam klasyczny demo-kratyczny burdel – i tyle. I że liczba trupów, gdy nie silnej władzy, jest wielokrotnie większa, niż gdy rządzi tyrania.

I teraz pro domo sua: jeśli ktoś uważa, że w interesie Polsl* leży osłabienie Rosji – i w tym celu niech Kaukaz krwawi, niech giną tysiące Rosjan i Czeczeńców – to niech tak po prostu powie! To będzie uczciwie postawienie sprawy. Być może politycy demokraty-czni nie chcą nazwać rzeczy po imieniu – z powodów propagando-wych; w porządku. Ostatecznie Francuzi, Niemcy i Belgowie w XIX wieku, patrząc jak Polska l*-wawi w idiotycznych powstaniach, t*ż nie zacierali rąk, lecz z obłudna troską zachęcali „Działąjcie!” (a potem:

„Trwajcie!” – oczywiście niczego nie obiecując). Jeśli moslaewscy propagandziści wypisują te swoje brednie to widocznie w oczach tzw.  „światowej opinii publicznej” to się opłaca. Jeśli jednak ktoś naprawdę wierzy, że Polska powinna pomagać Czeczenii, bo „bo każdy naród ma prawo do samostanowienia” – to powinien się nąjpierw zastanowić, czy poparłby tala sam postulat Murzynów w Ameryce, Polpotystów w Kam-bodży – i Kaszubów w Polsce. O Śląsku, posiadającym przecież przed wojną autonomię, a nawet własny Sejm – nie zapominając.

Polityka musi opierać się na moralności. Jak słusznie zauważył już Fryderyk Nietzsche, niemoralne jest, gdy słabi usiłują krzykiem coś wymódz na mocnych. A teraz czekamy na odpowiedź na pytanie: czy Rosja jest mocna?

PLUSZOWY MIS?

Melchior Wańkowicz – pisarz, którego politykę uważam za obrzyd-liwą, ale który miał bardzo trafne oceny – spolszczył angielskie „wishfullthinking” na „chciejstwo”. Oznacza to postawę, w której za-miast widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, staramy się usilnie widzieć ją taką, jak nam by się podobała…

W polityce jest to rzecz niesłychanie niebezpieczna.

Zwłaszcza, gdy odnosi się do wielkiego mocarstwa…

Taką właśnie „politykę” uprawia od miesięcy nasza prasa w sto-

sunku do ftosji.

Telewizja i gazety pełne są opisów demonstracyj na Placu Czer-wonym – gdzie przeciwko wojnie w Czeczenii demonstruje tysiąc (albo i 2000 osób); jak znam dziennikarzy, to naprawdę było ich 400… Pisze się, jak powszechnie popierane są deklaracje partu „Wybór Rosji”, która potępia integrację w Groznym i wzywa do uznania de facto niepodległości Czeczenu. I o tym, jak ichni Rze-cznik Praw Obywatelskich p. Sergiusz Kowaljow (taki sam „pożyte-czny idiota”, jak p. prof. Tadeusz Zieliński, tylko jeszcze głupszy) stoi po stronie Czeczeńców, co „zapewnia Mu powszechny szacu-nek”.

Zapewne byłoby nieźle, gdyby Rosja obecna była krajem równie pacyfistycznym, jak USA w 1968 roku. Rzecz w tym, że jest to obraz nieprawdziwy!

Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii interweniującej na

Falklandach Rosjanie w ogromnej większości popierają przywrócenie

konstytucyjnego porządku w Czeczenii (tak: Konstytucja Federacji

Rosyjskiej – w odróżnieniu do konstytucji b. ZSRS – nie daje re-

publikom prawa do ogłaszania niepodległości!); jeśli mają pretensje

do Prezydenta, to za to, że interwencja jest nieskuteczna, a armia,

na którą tyle płacą, jest niesprawna. Popularność – zarówno w Par-

lamencie, jak i na ulicy – zdobywa się wojowniczymi przemówienia-

mi. Za śmierć rosyjskich żołnierzy tylko część opinii publicznej

obwinia rząd – ogromna częśe obwinia po prostu Czeczeńców, którzy

40 41

ich zabili – nb. nierzadko dość okrutnie: górale nie patyczkują się = specjalnie ze znienawidzonymi najeźdźcami!

Z okazji Powstania Styczniowego (i Listopadowego) też zaistniała w Rosji opinia broniąca powstańców – została jednak szybko zmie-ciona przez frakcję wojny: Puszkin z dumą opiewał zdobycie Warsza-wy! Dokładnie to samo dzieje się obecnie w Rosji: ci, co nawołują do tego, by Polacy byli patriotami i popierali swoja armię, muszą zrozumieć, że w Rosji też są patrioci!

Co więcej: my nie musimy wszystkich nadziei opierać na armii-tym bardziej, że trudno oczekiwać, by Wojsko Polskie wygrało obecnie jakąś wojnę. Natomiast Rosjanie jeszcze niedawno byli (a przynaj-mniej uważali się za) drugą wojskową potęgę świata! W gospodarce, w sporcie nie mają sukcesów. Pokonanie choćby i Czeczeńców da motłochowi tak potrzebną satysfakcję.

Jak ktoś chciał mieć w Rosji d***krację – to ma. Niech tylko pamięta, że Lud uwielbia, gdy jego armia przydeptuje gardło komu innemu. I jest to całkiem zdrowe uczucie! To elita powinna trzymać je w ryzach – i spuszczać ze smyczy tylko w razie politycznej po-trzeby. W d***kracji smycz trzyma w zębach sam pies…

Przestańmy się oszukiwać! Casus Czeczenii wyzwolił w Rosji-czy tego chcemy, czy nie chcemy, wybueh uczuć narodowych i szowi-nistycznych. Izolowany jeszcze niedawno p. Włodzimierz Żyrynowski wyrasta ponownie na najbardziej konsekwentnego polityka… To przykre, ja wiem – ale rzeczywistości trzeba spojrzeć w twarz!

Zwłaszcza, gdy się jest w Unii Polityki Realnej.

Zaś dziennikarze, z lubością wyolbrzymiający każdy defetystyczny

czy pacyfstyczny odruch części Rosjan (ach, jakże pragnęlibyśmy, by zamiast Białego Niedźwiedzia na Kremlu rezydował Pluszowy Miś!)

– powinni odpowiadać za szerzenie fafszywych wiadomości mogących wyrządzić istotną szhodę interesom Rzeczypospolitej!

Jednocześnie Imperium Rosyjskie odradza się. Po Białej Rusi kolej na Kazachstan, który podpisał był właśnie z Rosją porozumienie o scalaniu armij obydwu państw.

Wygląda na to, że Polska w ciągu najbliższych lat (a może nawet

miesięcy) będzie się musiała zdecydować: albo będzie lojalnym soju-

sznikiem Rosji – albo wstąpi do NATO (o ile Sojusz będzie chętny

– i zdolny do zapewnienia nam ochrony przed p. Żyrynowskim i Jewo kammandą).

WOLNOŚĆ CZY NIEPODLE*ŁOŚĆ?

Od 1 grudnia 1991 r. Polska nie graniczy już z Ukraińską SRR, lecz ze samoistną Ukrainą. Jest to fakt z tych, jakie rzadko zdarzają się w historii: tak, jak rzadko w biologu tworzy się nowy gatunek.  Ukraińcy poprzez naturalny proces, nieco wspomagany przez sąsiada (stworzenie Kościoła unickiego, dostrzeganie i współtworzenie ukraińskiego języka literackiego) wyodrębnili się w naród – a uko-ronowali to powstaniem zdecydowanie narodowego państwa.

Wbrew pozorom nie wróży to dobrze Ukraińcom. Np. Hetyci mie-li własne państwo – i po Hetytach zniknął niemal wszelki ślad.  Natomiast istnieje i kwitnie nadal wiele narodów, które nigdy nie miały własnego państwa, np. Słowacy, Pasztunowie czy choćby Cy-ganie.

Rzecz w tym, że państwo – to biurokracja, a biurokracja zabija swym śmierdzącym oddechem wszystko, czego się dotknie.  Państwo jest, jak się wydaje, wbrew przekonaniom anarchistów niezbędne – ale na pewno trzeba państwo trzymać z daleka od tak ważnych bytów jak Jednostka Ludzka, Ludzkość, Naród, Kościół czy Rodzina. Stąd też słynny Lord Acton twierdził, że po-mysł, by narodowość tworzyła sobie państwo przeczy zasadzie no-woczesnej cywilizacji. Przekonaliśmy się o tym my: Polska pod zaborami to kraj ludzi uczciwie pracujących, pielęgnujących z czcią własną kulturę i język (kto najlepiej przez tysiąclecia przechowy-wał kulturę i język? Żydzi i Cyganie – a proszę zobaczyć jak wygląda III pokolenie Polaków w Chicago!) Polska niepodległa to nieszczęsny wiek XVII i XVIII, to również dzisiejszy upadek kul-tury, brak szacunku dla własnego języka i narodowego obyczaju.

Przekonają się o tym i Ukraińcy. No – ale tłumaczenie

młodożeńcowi, że za pięć lat będzie się z żoną kłócił i wyzywał,

jest bez sensu – zwłaszcza gdy jest nieprzytomny ze szczęścia,

a w takim właśnie stanie są Ukraińcy. Gdyby w dniu uzyskania

42

przez Polskę niepodległości, 7.X 1918*, jakaś Kasandra prorokowała, .  że skońezy się to parlamentarnym bałaganem, zamachem wojsko-wym, socjalizmem, Berezą Kartuską, a wreszcie sromotną klęską wrześniową z milionami ofar i wpadnięciem w szpony Stalina – to by ją zapewne obrzucono błotem, o ile nie kamieniami.

Tak więc: Ukraińcy w ogromnej większości chcą niepodległości, Ro-sja się z tym godzi, Polska wita to z radością (choć nie bez obaw, oczywiście), Białoruś przyjaźnie, Mołdawia entuzjastycznie (acz zaraz będzie spór o Jedisan!). No, i wszystko gra.

Ja chcę tylko zaprotestować przeciwko jednemu.

ITkraińska prasa emigracyjna nieustannie mówi, że LTkraińcy uzy-

skali 1 grudnia WOLNOSĆ.

Aaa – co do tego, to jeszcze poczekajmy z oceną!

Proszę zauważyć, że np. Szkocja, Bawaria, Kaszuby czy Porto Rico

nie są niepodległe. Nie jest też niepodległy LTlster – i ruektórzy Ir-landczycy są z tego tak niezadowoleni, że aż bomby rzucają. Również kultura szkocka poniosła na unii z Anglią (i litewska na unii z Polską!) większe straty, niż np. kultura chińska w skolonizowanym przez Portugalczyków Macao. Jednak WOLNOŚĆ w Szkocji, w Ma-cao, w kolonialnym Hongkongu itd. – jest znacznie większa, niż w niepodległej Rumunii za Mikołaja Causescu czy w niepodległej Chińskiej Republice Ludowej.

Również – co nie do wiary dzisiejszemu Czytelnikowi, chowanemu

na socjalistycznych bredniach pisanych przez sanacyjnych i komu-

nistycznych pismaków – wolność w carskiej Rosji była (od zniesienia

pańszczyzny, oczywiście) znacznie szerzej rozwinięta niż w dzisiej-

szej Rzeczypospolitej Polskiej. Nie przypominam sobie, by wówczas

eksporter ubiegał się o jakowąś „licencję” lub inny kontyngent, nie

przypominam też sobie, by mój pradziad (mam w domu jego prawo

jazdy!) musiał we własnym samochodzie zapinać pasy lub jeździć z ap-

Za dzień odzyskania niepodległości podaje się 11 listopada 1918, tj. datę powie-rzenia przez Radę Regencyjna Królestwa Polskiego dowództwa nad Wojskiem Pol-skim oraz misji utworzenia rzadu powracajacemu z Magdeburga Józefowi Piłsudskiemu. Skoro jednak uznaje się ten akt, konsekwentnie trzeba też uznać legalność Rady Regencyjnej, która 7.10.1918 r. wydała manifest „Do Narodu Pol-skiego” proklamujacy niepodległość Polski oraz zapowiadający powołanie izadu ne-prezentujacego szerokie spektrum polityczne.

teczką – choć samochody byly wówczas bardziej zawodne, a wypadki częstsze.

Prezydentem ITkrainy wybrano p. Leonida Krawczuka. Dla sprawy WOLNOŚCI na Ukrainie nie tyle groźne jest, że to b. towarzysz awansowany na Jego Ekscelencję (ostatecznie Gustaw II Adolf był rewolucjonistą napoleońskim – a rządzil Szwecją nieźle i sprawie-dliwie), ile ponad 60-procentowe poparcie, jakie otrzymał od IJkraińców, mogąeych sobie przecież wyobrażać, że w polityce wewnętrznej oznacza to kontynuację. Na początek p. Krawczuk za-powiedział posyłanie,*ego ludzi” (a ma ich 10 000, samych prawie byłych towarzyszy) do każdej gminy, by pilnowali, aby nie powstały tam samodzielne republiki. Niby jest to słuszne – praktyka jednak pokazuje, że gdy były etatysta dostanie do ręki narzędzia władzy, to przestaje zachowywać się jak liberał, a wraca do dawnych nawyków (być może p. Ireneusz Sekuła jest znakomitym liberalnym przedsiębiorcą – ale jestem pewien, źe gdyby znów postawiono go na czele jakiegoś socjalistycznego ministerstwa, to postępowałby jak rasowy socjał! )8.

W dodatku: czym właściwie jest „niepodległość”? Dlaczego nie mają mieć do niej prawa Gagauzi i Hucułowie oraz Łemkowie – kiedy raz przyjęliśmy zasadę „narodową”? Czy jeśli republika Pororui składa się z Aronii, Biuronii i Cytronii, z których każda część doma-ga się niepodległości – to republika ta jest „niepodległa”?

Liberał nie stawia sobie zazwyezaj takich pytań – chyba że w ra-mach ciekawych ćwiczeń umysłowych („Czym różni się niepodległość Indii AD 1990 od niepodległości Europy AD 1943?” – Niczym.  „A niepodległość Kaszub od niepodległości Słowenu?…”) Liberał za-stanawia się, czy WOLNOŚĆ na ITkrainie wzrosła czy zmalała.

I patrzy nie tyle na kierowców jeżdżących bez pasów, ile na liczbę zarządzeń i procent dochodu przechodzącego przez budżet, pyta, czy istnieją prywatne banki, prywatne szkoły i więzienia, czy są może nawet – prywatne pieniądze i czy policja (najlepiej też prywatna) sprawnie łapie złodziei? Czy rząd ma prawo człowiekowi odebrać jego własność?

Wkrótce sprawa się wyjaśni…

8 Przepowiednia bezbłędna… (tekst został napisany w końcu 1991 r.!)

44 45

WIARA

Wszystkim, którym na sercu leży, by w Polsce panowały dobre, chrześcijańskie obyczaje i bojaźń Boża (ateistom wyjaśniam, że gdy ludzie boją się kary Bożej, to na policję trzeba wydawać o wiele mniej pieniędzy) – przypominam, że krajem najbardziej religijnym (do dzi-siaj – Nowy Jork i San Francisco to wyspy socjalizmu w oceanie przyzwoitej, bogobojnej Ameryki) w naszej cywilizacji są Stany Zjed-noczone Ameryki Północnej.

Warto przeanalizować, dlaczego tak się dzieje.

Dwa najistotniejsze czynniki rzucają się w oczy:

1) W USA miedzy poszczególnymi wyznaniami panuje wolna kon-kurencja.

2) W USA obowiązuje rozdział Kościołów od państwa.

Pierwszy czynnik jest wręcz zbawienny: wprawdzie jak grzyby po

deszczu powstają tam coraz nowe, wariackie wręcz sekty religijne (i znajdują zwolenników – co właśnie świadczy o głębokiej i żarliwej religijności Amerykanów!) – jednak zanikają niemal równie szybko, jak się pojawiają. To tam właśnie – a nie w Polsce Ludowej, jak podejrzewali zawzięci anty-komuniści – narodził się Kościół Polsko-Katolicki. Natomiast Kościoły oparte o prawdziwą wiarę – rozwijają się spokojnie i równomiernie. W szczególności Kościół Rzymsko-Ka-tolicki zyskuje z roku na rok coraz więcej wiernych – wbrew niechęci, a nawet nienawiści, jaką budzi wśród sporej części obywa-teli. Jako ciekawostkę przypominam, że Wielebny Ryszard Neuhaus, czołowy ideolog kapitalizmu wśród Metodystów, przed dwoma laty nawrócił się na katolicyzm; bardzo dobrze: podczas rozmowy z Nim w 1987 roku przekonywałem Go żarliwie, że nie ma ważniejszej spra-wy, niż nawrócenie Watykanu na wiarę w wolny rynek… O tym, że konkurencja działa zbawiennie, Czytelników „NCz!”-u przekonywać chyba nie muszę: wszelkie odchodzenie od zasad religu powoduje wte-dy od razu… odpływ wiernych (o czym ostatnio przekonał się Kościół Angiikański – po „wyświęceniu” kapłanek).

* Y*

– Czynnik drugi utrwala pierwszy. Gdy rząd nie dotyka się Kościołów, Kościoły nie mogą nic uzyskać od rządu. Znika wiec po-tencjalne źródło korupcji i demoralizacji. Ja wiem, że część Hierarchii wielu Kościołów po cichutku marzy o wpływie na państwo – podob– nie jak wielu mężczyzn marzy o rzeczach nieprzyzwoitych – ale ma-rzenie jest grzechem lekkim… Jeśli polityk umożliwi kapłanom korumpowanie się, to popełnia grzech ciężki!

Zajmujący się polityką katolik w Polsce ma poważny dylemat mo-ralny: jako rzymski katolik i dobry bliźni powinien stworzyć obywa-telom jak najwięcej szans na to, by żyli w tej właśnie wierze, która – jego zdaniem – zapewnia największą szansę Zbawienia. Z drugiej strony, jako polityk, powinien dbać, by Kościół katolicki miał jednak realną konkurencję. Trudno jest wytłumaczyć łosiowi, że utrzymy-wanie wilków jest korzystne dla utrzymywania jego gatunku – ale taka jest prawda: bez konkurencji następuje wyrodzenie się wszy-stkiego (o czym powinni pamiętać zwolennicy Państwa Światowego!); w szczególności zbyt wyraźne zwycięstwo Kontr-Reformacji w Polsce skończyło się źle – co poddaję pod rozwagę politykom typu p. Hen-ryka Goryszewskiego, twierdzącym, że jak cała Polska będzie kato-licka – to wszystko będzie cacy.

Ostanie lata dominacji Kościoła katolickiego i jego powiązania z władzą przyniosły fatalne skutki – i dla „Solidarnościowej” władzy (nie łudźmy się: powielanie przez p. Jerzego Urbana w milionowym nakładzie wszelkich – zwłaszcza wstydliwie skrywanych – dotacji państwowych dla Kościoła miało ogromny wpływ na w*bory!), i dla Kościoła. Odpływ wiernych do innych wyznań (zwł. do Swiadków Je-howy) jest spory, kościoły pustoszeją, ofary na tacę maleją.  Jednak w Kościele Unickim, Prawosławnym, Ewangelicko-Augs-burskim (luteranie) i Ewangelicko-Reformowanym (kalwini) też nie dzieje się dobrze. Ten pierwszy był nazbyt często wykorzystywany jako narzędzie polityczne – co powodowało, niestety, korupcję wier-nych. Cerkiew z kolei, ze Swoimi wschodnimi tradycjami czołobitności wobec władzy, w ogóle nie pasuje do polskiego modelu obywatelskiego – i nie zapewnia Swym wyznawcom dostatecznego wsparcia moralnego.

Bardzo źle dzieje się w Kościołach protestanckich. Wybrały one

drogę Wolności (jeszcze w ezasach Maxa Webera uważano Protestan-

tów za obrońców Wolności, w tym i gospodarczej) – ale, i, niestety,

Demokracji. Po oderwaniu się od Hierarchii Rzymu padły ofiarą po-

46 47

szczególnych rządów. Ciekawe, że znacznie lepiej trzymały się. – = w państwach takich, jak PRL lub Niemcy hitlerowskie (gdzie nie miały żadnych przywilejów) – niż w totalitarnych reżimach jak NRD lub Szwecja, gdzie stały się (w NRD tajnie – w Szwecji jawnie) narzędziem państwa… i utraciły zaufanie wiernych.

Zjawisko nie dotyczy tylko NRD. *Vszystkie te Światowe Rady Kościołów, Ruchy Ekumeniczne itp. są infiltrowane przez agentów KGB i lokalnych policyj. Co prawda: JózefMackiewicz uparcie twierdził, że po Vaticanum II podobne zjawisko pojawiło się i w Kuru Rzym-skiej.

Sprawa Kościołów protestanckich jest aktualna, gdyż rządy „S”, zamiast oddać Kościołom szybko wszystko, co Im zabrano – i skoń-czyć z wszystkimi przywilejami – zezwoliły na „wyszarpywanie po kawałku” – a w zamian dawały zwolnienia od cła itp. Obecnie rządy, kontynuując strategię Urbana-Żabinskiego chcą, zdaje się, rozciągnąć te przywileje na inne Kościoły…

Zanim nasza Władzuchna kochana zdoła zdemoralizować nawet Kwakrów i Świadków Jehowy – trzeba stanowczo powiedzieć: dość tego! Dość „biskupów” nowo-utworzonych sekt sprowadzających bez cła setki samochodów – ale też nie powinni tego robić dygnitarze (ani szaraczkowie!) Kościołów o wielkiej tradycji.

Państwo nasze musi zaprzestać rujnującej moralnie polityki „Dziel i Rządź” – stosowanej wobec Kościołów. Nie powinno także brać się za „wyrównywanie” ich pozycji. Powinno wszystkim oddać co ich-i przestać się wtrącać. W sporze o katedry powinny decydować zapisy notarialne i wyroki sądowe, a nie decyzje administracyjne – na przykład. Przestać się wtrącać – to i wyznawcy poszczególnych re-ligij nie będą mieli pretensji do państwa.

Ale – dobry Boże! Jakie to trudne…

MANIFEST REAKCJI

Parę słów gorzkiej prawdy powiedzieć też trzeba tym, którzy od dzie-siątków lat propagują ideał „oświecenia” społeczeństwa – jako pa-naceum na choroby cywilizacji.

48

Cała nasza cywilizacja praktycznie zlikwidowała analfabetyzm.  Więcej: wszędzie obowiązkowa jest szkoła powszechna, a w niektó-rych krajach obowiązek kształcenia trwa do 17.go roku życia.

Telewizja oglądana jest po kilka godzin dziennie. Ilość informacji, jaką otrzymuje człowiek, przekracza – zdawałoby się – wielokrotnie tę, jaką otrzymywali nasi przodkowie.

A oto skutki: narasta fala zdziczenia i barbarzyństwa. Ludzie czy-tają, owszem: głupstwa i horoskopy – i piszą, owszem: głupstwa i donosy. Człowiek zaczyna być traktowany jak rzecz – a proces ten się pogłębia. W polityce rządzi głupota – i spełniają się proroctwa Alexego de Tocqueville, że „im bardziej oświecone staje się spofeczeri-stwo cywilne, tym głębiej brnie u* barbarzyristu*o społeczerćstu*o poli-tyczne”.

Jednocześnie spadł prestiż uczonego („pracownika nauki”), prestiż wiedzy, a wykształceniem się wręcz pogardza – po części słusznie, bo sprowadza się ono do wygłaszania formułek oderwanych o* życia.

Różne są tego przyczyny. Tu zatrzymamy się na oświacie. Naj-pierw opiszmy stan faktyczny.

Stan jest ten zupełnie inny, niż opisują go Oświeceniowcy. Przede wszystkim: człowiek posiada pięć zmysłów – najważniejszym są oczy.  Zmysłami tymi człowiek NIEUSTANNIE odbiera INFORMACJ*.  Stronica książki niesie wiele informacji; ekran telewizyjny jeszcze więcej. Jednak zawsze człowiek z tymi otwartymi oczyma odbiera TYLE SAMO informacji: tyle, ile pada na zakończenia nerwów w siatkówce oka.

Gdyby więc człowiek nie oglądał flmu w TV, to widziałby twarze swojej rodziny. I tak samo, jak obecnie odgaduje akcję filmu, odga-dywałby z ich wyrazu pragnienia i potrzeby. Gdyby nie czytał gazet i książek, słuchałby ich słów. I wiedziałby o nich znacznie więcej.

Znacznie gorsze jest, że otrzymujemy informacje o Świecie Sztu-

cznym – a nasze zmysły traktują je tak, jakby były ze świata praw-

dziwego. Anna Karenina dla naszych babek była czymś żywszym, niż

sąsiadka – i, opłakując Kareninę, nie dostrzegały, być może nie

mniejszych, problemów sąsiadki. W nauce: otrzymujemy informacje

o świecie z teorii naukowych – a te teorie po jakimś czasie okazują

się fałszywe. Kosmonauta, który kierowałby się teorią Ptolemeusza,

raczej nie trafłby na Marsa – ale kierując się teorią Kopernika…

tym bardziej by nie trafił (planety nie poruszają się po kołach, tylko

po elipsach! – Ptolomeusz brał na to poprawkę…) Również Newton,

49

Keppler, a prawdopodobnie i Einstein nie przedstawiają prawdziwe=-go Swiata – lecz pewien uproszczony model.

I dlatego prawdziwy postęp dokonuje się dzięki tym, którzy nie wierzą w teorie naukowe, wbrew nauce budowali latające maszyny cięższe od powietrza itp.

Teraz krótka ocena tego stanu rzeczy:

Nie jest tak, by ten postęp sam w sobie był szkodliwy. Wielkie umysły potrafią nauczyć się teorii Newtona – i poddać ją potem krytyce. Wielkie umysły potrafą obejrzeć film kryminalny – a po-tem znaleźć czas, energię i wolne moce informacyjne, by zająć się losem sąsiadów. Z drugiej strony wielu umysłom nie trzeba nadmia-ru swobody: teorii Einsteina i tak nie obalą, wiec niech po prostu nauczą się jej na pamięć: lepiej korzystać z błędnej, ale bliskiej praw-dzie teorii, niż działać metodą „prób i błędów”. Ta druga jest twórcza – ale nas nie stać na to, by wszyscy experymentowali!!

Teraz pora na wnioski:

1. Zło nie leży w oświacie, ani w jej postępach. Nawet nie w jej powszechności. Zło leży w jej PRZYMUSIE – i w jej UNIFIKACJI.

Wszystkich uezymy tego samego – w dodatku nie pytając, ezy tego chcą!

Z tą dyktaturą egalitarystów – oświeceniowców należy skończyć.

2. Należy zdecydowanie zerwać z jednolitym typem szkolnictwa

– i z przymusem nauki. Nauka tylko wtedy będzie ceniona, kiedy nie będzie przymusowa – a jeszcze bardziej ceniona, kiedy trzeba będzie za nią płacić!.

3. Muszą powstawać różne typy szkół, oferujące różną wiedzę.

Jest prawdą, że np. teoria ewolucji pozwala lepiej opisać przemiany

świata biologicznego; jest jednak również prawdą, że w wielu umysłach podważa ona wiarę w Boga – a jest też niewątpliwą prawdą, że społeczeństwo bez Wiary rozwija się bez porównania gorzej. Wyjściem z tego dylematu jest oczywiście powszechne nauczanie biologu statycz-nej – a tylko umysły naprawdę zainteresowane biologią i zdolne do krytycznego jej odbioru powinny być uczone teorii ewolucji!

Nie ma żadnego, najmniejszego powodu by dzieci w szkole podsta-wowej uczone były Teoru Zbiorów,1‘eorii Względności lub Teorii Ewo-lucji. 99% umysłów nie jest w stanie zrozumieć Teorii Względności; nauczyciele z wielkim wysiłkiem osiągają stan, w którym uczniowie wygłaszają formułki umożliwiające udawanie, że tę teorię rozumieją.

Miliony dziewcząt udają, że rozumieją Logarytmy, – a nauczyciele udają, że im wierzą. By wszystkich zmusić do odgrywania tego teatru Oświatowcy wprowadzili: przymus szkolny oraz premiowanie nauczy-cieli za wyniki oraz współzawodnictwo między nimi. W efekcie żaden się nie przyzna, że w jego klasie nikt nie rozumie Teorii Względności – podobnie, jak za Stalina żaden sekretarz ani lektor partyjny nie przyznał się, że towarzysze ni w ząb nie rozumieją Materializmu Dia-lektycznego. Miliony nie rozumieją Teorii Względności – i nie rozu-mieją Teorii Ewolucji (przeciętny absolwent szkoły średniej jest przekonany, że Walka o Byt rozgrywa się pomiędzy gatunkami zwierząt!!).

Wiedza ta nie jest do niczego potrzebna. Przeciwnie! Przeciętnemu leśnikowi nawet raczej przeszkadza. Przeciętny człowiek ma wiedzieć, że istnieją odrębne gatunki – a świadomość, że populacja sosen przechodzi specjację i za 10 000 lat wyłonią się z niej najpraw-dopodobniej dwa odrębne gatunki, raczej przeszkadza w odpowiedzi na pytanie: Panie Kowalski, to ile sosen jest w tym lesie?”. Nie ma ani jednego efektu Teoru Względności, z którym miałby do czynienia człowiek – nawet i kosmonauta! Mało komu potrzebna jest też wyższa matematyka, którą Oświeceniowcy z upodobaniem męczą na-sze dzieci. Oczywiście byłoby to sensowne, gdyby w wyniku tego ich umysły rozwijały się lepiej – niestety, już na początku stwierdziliśmy, że jest odwrotnie!

W dodatku te dzieci tracą czas na naukę logarytmów – a nie umieją mnożyć! Uczą się Teorii Ewolucji – a nie odróżniają sosny od świerka! Uczą się odróżniać Imiesłów Odczasownikowy Bierny od Czynnego – a nie umieją mówić ani streścić książki! Uczą się teorii Względności – a nie znają porządnie dynamiki i kinematyki!  „Wiedza” stała się zbiorem nikomu niepotrzebnych faktów i teoryj; nic dziwnego, że jest w pogardzie. Młodzież ucieka z „darmowych” szkół – ale chętnie płaci grube pieniądze za kursy komputerowe, kroju i szycia i inne, na których uczy się czegoś pożytecznego. Jest to obraz klęski.

4. Należy ten martwy system zlikwidować. Tylko ci uczniowie,

którzy samodzielnie dostrzegają pewne niedokładności w podziale na

gatunki powinni uczyć się Teoru Ewolucji; tylko ci, którzy zaintere-

50 51

sowani są Fizyką, powinni uczyć się Teoru Względności. Tylko ci; = którzy są na tyle inteligentni, by pojąć, że dla społeczeństwa nie jest ważne, czy Bóg naprawdę istnieje, a tylko czy ludzie w Niego wierzą – powinni zajmować się tym problemem – albowiem przeciętny człowiek rozumuje prosto: „Boga niet – otca w mordu można!”. Tylko zawodowcom jest do czegokolwiek potrzebna znajomość Gramatyki: podejrzewam, że ani Szekspir, ani Homer w ogóle się jej nie uczyli – a przecież pisali!

5. Ludzie chcą wierzyć, chcą umieć odróżniać sosny, strzelać

i majsterkować – Oświeceniowcy uczą ich pogardzać tymi zajęciami

– i wlewają do szkół truciznę ateizacji i abstrakcji, potępienie dla wartości i konkretu.

6. Umiejętność operowania abstrakcją, niezależność myśli, chęć obalenia Autorytetu potrzebna jest tylko arystokracji ducha. Zwykli ludzie chcą mieć Autorytety, którym mogliby zawierzyć. A kto należy do tej arystokracji? – ten, kto chce się uczyć. A po czym poznać, czy ktoś chce się uczyć? – po tym, ze pokonuje trudności. Np. zamiast ganiać po boisku udziela korepetycji uczniom szkoły podstawowej, by opłacić czesne w gimnazjum…

Szkoły muszą być płatne. O ich programie decydować muszą ro-dzice – i wolna konkurencja miedzy szkołami.

7. Jedne szkoły produkować będą techników, umiejących błyska-wicznie i sprawnie zrealizować każdy pomysł, który wylęgnie się w głowach fantastów – a inne, zapewne nieliczne (bo kogo stać na uczenie rzeczy mało pożytecznych) produkować marzycieli, pogar-dzających przyziemnymi technikami. I jedni i drudzy są potrzebni!  Niestety: i jednych i drugich mordujemy przymusowym pobytem we wspólnych szkołach.

Należy też skończyć z ko-edukacją; wszędzie w świecie lepsze wy-niki osiągają szkoły dys-edukacyjne, potrafią z uczennic i uczniów wydobyć te zdolności, które są właściwe dla ich płci. Rodzice wrócą do systemów dys-edukcji z widoczną ulgą.

8. Ostatnim aktem obecnej administracji szkolnej powinno być przygotowanie szkół do prywatyzacji i decentralizaeji. W tym celu najkorzystniejsze jest rozdrobnienie. Zamiast sieci przedszkoli, odry-wających dzieci od matek, cztero-klasowe szkółki podstawowe po wsiach, zniszczone za p. Edwarda Gierka; wsie i osiedla stać na utrzymanie jednej nauczycielki – i rodzice zrobią to chętnie. Powin-ny one objąć dzieci w wieku 5-8 lat.

Uzupełnieniem wykształcenia podstawowego powinna być szkoła dla dzieci w wieku 9-12 lat. Dalej już dziećmi powinny zająć się za-wodówki, technika, gimnazja i feminea – na początek też cztero-let-nie, kończące się „małą maturą”. Absolwenci powinni iść albo do dwu-letnich liceów, typu obecnej „szkoły pomaturalnej” lub też do odpowiedników colledgów, dających tytuł bakałarza (BA).

Po prywatyzacji, która powinna nastąpić możliwie szybko szkoły te, oczywiście odejdą od tych reguł: niektóre skrócą swój program do trzech – inne wydłużą do pięciu lat; ta reforma potrzebna jest po to tylko, by rozbić zakrzepły układ szkolny, by stworzyć bardziej ela-styczny punkt wyjścia.

Istotą reformy jest zmiana podejścia do wiedzy. Zrozumienia, że wiedza jest narzędziem. Lewica, która z taką niechęcią godzi się na dawanie ludziom pistoletów – pod przymusem wyposaża ludzi w wiedzę, która jest od pistoletu znacznie niebezpieczniejsza! Wypo-saża nie tylko tych, co są w stanie ja opanować – ale i tych, którzy tego nie umieją, wiedzą, że nie umieją – i NIE CHCĄ.

Co dalej? Prywatyzacja szkół umożliwi znacznie zmniejszenie po-datków. Tak radykalna ich obniżka (oświata – to prawie ćwierć budżetu – a przecież budżet stanowią nie tylko podatki!!) spowoduje raptowny wzrost dochodów ludności – przy czym jest obojętne, w ja-kiej części nastąpi to poprzez spadek cen, a w jakiej poprzez wzrost zarobków (uwaga: sferze budżetowej trzeba będzie podnieść zarobki w takim samym procencie, w jakim wzrosną zarobki w reszcie go-spodarki – co będzie zresztą trudne do obliczenia, gdyż zarobki są ukrywane – a poza tym zarobki w pieniądzu nie stanowią jedynego źródła dochodów obywateli).

Mając te pieniądze w kieszeni obywatele zaczną posyłać dzieci do prywatnych szkół, najprawdopodobniej powstających w tych samych budynkach szkolnych, co obecnie (ale niekoniecznie! Od czasu budo-wy niektórych zmieniło się, być może, zaludnienie okolicy – i opty-malna lokalizacja jest inna; w dodatku wielkość szkół prawie zawsze NIE jest optymalna).

Jest rzeczą skądinąd ciekawą, że te same osoby, które godzą się

na to, by mieszkanie było towarem (i nie obawiają się, że ludzie będą

mieszkali pod mostami) – nie chcą się zgodzić na prywatyzację szkół

52 53

– szermując argumentem, że „niektórych nie będzie stać na posyła=– nie dzieci do szkół”.

Najprawdopodobniej tak właśnie będzie – ale przecież dach nad głową jest – mimo wszystko – ważniejszy dla dziecka, niż szkoła!  Prawdziwą przyczyną mentalnego oporu przed skasowaniem przy-musu chodzenia do szkoły państwowej jest przekonanie intelektuali-stów, że powinni oni mieć kontrolę nad tym, czego uczone są – nie ich przecież – dzieci! Myśl, że rodzice mogliby uczyć dzieci czegoś, co oni nie uważają za słuszne (lub, np. w ogóle do szkoły nie posłać!)

– jest totalitarystom (bo to jest totalitaryzm w klasycznej postaci!) tak obmierzła, że gotowi są oni doprowadzić do tego, że dzieci z głodu będą umierać – a do szkoły będą musiały chodzić (co, podobno, tej zimy w niektórych galicyjskich, zwłaszcza bieszczadzkich, szkołach już miało miejsce).

I dopóki nie wyzbędziemy się tego nawyku do totalitaryzmu-dopóty nie rozwiążemy problemu oświaty. Bo to idee rządzą Swiatem – a nie, wbrew złudzeniom marxistów, gospodarka!

KAPITALIZM? JAKIE TO PI*KNE!

Niektórzy ludzie wyobrażają sobie, że „kapitalizm” to kilka milio-

nów oszklonych wystaw, sieć banków, autostrady i coś tam jeszcze

– aha: i na dodatek etyka protestancka. Tymczasem np. lat temu 300 na kontynencie amerykańskim nie było nic z tych rzeczy-a panował znacznie bardziej rozwinięty kapitalizm. Nikt nie okra-dał Amerykanów z ich pieniędzy na przymusowe ubezpieczenia-na przykład – a przybysze z Anglii wymieniali się na towary między sobą i Indianami. I właśnie na tym polega kapitalizm. Te wielkie szyby, banki etc. – to skutek istnienia w Ameryce kapi-talizmu; gdyby Otto *on Bismarck zamiast budować Kathederso-zialismus dopuścił w Niemczech wolny rynek, to Anglicy zamiast do Massachussetts jechaliby do Prus: taniej, bliżej i mniej Indian z tomahawkiem. Bliżej również do klientów: na tym polega prze-waga np. Hongkongu nad Syberią (to dla tych, co wierzą, iż Ame-ryka przyciąga ludzi obfitością wolnej przestrzeni, a nie Wolnością).

W rezultacie wieżowce Manhattanu stałyby w Hamburgu, a nie nad Potomakiem.

Gdy mowa o Wolnośei, lewica wrzeszczy, że kapitalizm to złodziej-stwo – a jako przykład podaje, że Manhattan założono na ziemi kupionej od Indian za garść paciorków. Oczywiście, tym, co mówi ta rozczochrana banda, nie warto się przejmować, ale warto zauważyć, że wolnych hektarów ziemi było w Ameryce znacznie więcej niż po-jedynczych koralików. Ponieważ cena rzeczy jest względna, przeto równie dobrze można stwierdzić, że to Indianie oszwabili nowojor-czyków, sprzedając kawał skały za przepiękny wyrób europejskich jubilerów. Na pewno po transakcji Indianie byl*i zadowoleni… skąd wiem? Stąd, że w przeciwnym razie by się nie zamienili! Podejrze-wam zresztą, że nie mieli oni żadnych praw do tego gruntu – ot, po prostu przejeżdżali sobie tędy, a że Blade l*varze dały im za dar-mo coś świecącego…

…że co? że dziś metr gruntu na Manhattanie setla tysięcy razy zdrożał, a paciorki istniały? – Aaa, to już jest spekulacja? To jest ryzyko – nieodłączne od każdej transakcji! Gdyby się – na przykład – oka-zało, że Indianie noszą w sobie – i są uodpornieni – na jakąś strasz-liwą zarazę, od której umierają Blade l*varze, to do dziś cena Manhattanu byłaby niska, a ten pęk paciorków, pamiątka po spotkaniu Pra-pra-pra-dziada Delewarów z Tajemniczymi Białymi byłby bezcenny!  Liczy się tylko wartość w chwili transakcji – a nie za minutę!

Odchodzę od tematu – przepraszam. Otóż lewacy uważają, że po-nieważ zniszczenie normalności, czyli kapitalizmu, zajęło im prawie sto lat – to budowa kapitalizmu musi trwać tyle samo (tak się po-cieszają…)

Tymczasem wystarczy po prostu NIE PRZESZKAI7ZAĆ! Gdyby dziś w nocy wybuchy zniszczyły wszystkie Urzędy Państwowe, poza koszarami i posterunkiem policji; gdyby jakieś bakterie pożarły tej samej nocy wszystkie Akty Urzędowe – to na drugi dzień w Polsce panowałby najnormalniejszy kapitalizm! Ja nie mówię, że byłoby to najprzyjemniejsze do kapitalizmu przejście – ale mówię, że jest to tak proste. Wystarczy nie przeszkadzać – a ludzie już sami zaczną raptownie zwiększać swój dobrobyt, w dodatku, niestety, uczciwie, tzn. zapominając podzielić się swoim dobytkiem z Urzędnikami i resztą Aparatu Terroru.

A Manhattan naprawdę warto zobaczyć – i zastanowić się, że po-

wstał on – w odróżnieniu od Kanału Wołga-Don – z dobrowolnej

54 55

i ochoczej pracy ludzi, z których prawie każdy na tym zarobił. Bo-pracował DOBROWOLNIE!

Na tym polega piękno kapitalizmu!

BYĆ KAPITALIST*?

Lewicowi intelektualiści tyle nakłamali o kapitalizmie, że sam nie wiem, która bzdurę najpierw prostować? Czy tę, że proletariusz jest sojusznikiem drugiego proletariusza, a naturalnym przeciwnikiem kapitalisty? Czy tę, że kapitaliści kochają kapitalizm? Czy tę, że w kapitalizmie bogatsi stają się coraz bogatsi, a biedni coraz bied-niejsi? A może tę, że socjalizm to ustrój pokoju, a kapitaliści nie-uchronnie wywołują wojny o rynki zbytu?

Wszystkie powyższe twierdzenia, które Polakowi wbijano w łeb przez lat ponad siedemdziesiąt, są całkowicie fałszywe. Dla przykła-du: w kapitalizmie nie ma granic celnych – wiec wojna o rynki zbytu jest bez sensu. Tu zajmę się jednak dość rozpowszechnionym mnie-maniem, że w interesie proletariuszy leży obalenie kapitalizmu.

Przede wszystkim zauważyć należy, iż osoby „nie posiadające środków produkcji” dzielą się na dwie grupy; pierwsi chcą otworzyć w przyszłości jakiś własny interes – i w ich interesie leży raezej utrzymanie kapitalizmu. Natomiast drudzy chcą pozostać pracowni-kowi najemnymi.

Tu napotykamy zasadniczą sprzeczność w rozumowaniu propaga-torów socjalizmu. Z jednej strony robotnika uważają oni za coś le-pszego od przedsiębiorcy. Z drugiej uważają za oczywiste, że robotn*k, który nie zostanie kapitalistą, jak pokrzywdzony, jest kimś od kapi-talisty gorszym.

I w obydwu przypadkach mają rację!

Kapitalistą chce zostać ten, co lubi ryzyko. Dużo zarobić – albo

dużo stracić: oto dewiza rasowego kapitalisty. Natomiast praeownik

najemny to ten, kto lubi zarobić swoje – bez ryzyka. Stąd kraj,

w którym pracownicy najemni grają ostro w pokera, to kraj, w któ-

rym sztucznie stłumiono warstwę kapitalistów; kraj, w którym

przedsiębiorcy chcą się masowo ubezpieczać – to kraj, w którym

warstwę kapitalistów sztucznie zawyżono (ubezpieczenie – dobro-wolne, oczywiście – umożliwia zostanie kapitalistą nawet temu, kto nie ma do tego powołania).

Tak więc z punktu widzenia socjalizmu, w którym to ustroju wartością naczelną jest „zabezpieczenie”, pracownik najemny jest istotnie wyżej w hierarchii. Z punktu widzenia kapitalizmu, gdzie wartością cenioną szczególnie jest chęć podejmowania ryzyka, wyżej ceni się przedsiębiorcę i – nawet – spekulanta. Socjaliści pośrednio uznają pxzy tym, że hierarchia kapitalistyczna jest bardziej naturalna.

Zajmijmy się więc wreszcie tymi pracownikami najemnymi, którzy nie chcą zostać przedsiębiorcami; dlaczego oni mają chcieć kapitali-zmu? Bo to, że chcą, jest bezdyskusyjne: wystarczy sprawdzić, kto w XVIII i XIX wieku uciekał do kraju klasycznego kapitalizmu, czyli do Stanów Zjednoczonych – bogaci przedsiębiorcy, czy biedni naje-mnicy?

Powodów jest kilka:

a) Dzieci. Każdemu może trafić się zdolne dziecko. W kapitalizmie ma wszelkie szanse otwarte – w socjalizmie zawsze będzie pracow-nikiem najemnym (choćby zostało profesorem uniwersytetu!).

b) Pieniądze. W kapitalizmie pracownik najemny zarabia o wiele więcej – przynajmniej w stosunku do cen. Przyczyną jest najogólniej to, że E. WEDEL wraz z ćałą, nieźle żyjącą rodziną, kosztuje mniej niż urzędnicy Ministerstwa Przemysłu Lekkiego, urzędnicy Zjedno-czenia Przemysłu Cukierniczego itd. Poza tym WEDEL ma na oku tylko zysk, produkuje wiec taniej i lepsze rzeczy – podczas gdy urzędnicy starają się, by fabryka produkowała to, co jest lepsze zda-niem ich zwierzchników. A to wcale nie jest to samo!

Warto tu nadmienić, że 85 proc. amerykańskich milionerów to lu-dzie, którzy dorobili się pracą własnych rąk – zarobione pieniądze, zamiast przepijać i przejadać, lokowali w nieruchomościach (ulubiona lokata Polaków – i właśnie dlatego Polacy są drugą, po Żydach, naj-bogatszą grupą etniczną w USA).

c) Mimo wszystko: pewność jutra. W kapitalizmie można sobie kupić bezpieczeństwo – w socjalizmie nikt nie jest zabezpieczony przed ingerencją rządu i parlamentu. Właśnie obecnie przekonują się o tym polscy emeryci. Przedsiębiorcy i pracownicy już się o tym prze-konali na własnej skórze.

d) Nierówność. Nie jest prawdą, że ludzie lubią równość – jak

nas przekonują o tym socjaliści. Ludzie nie lubią, jak ktoś jest wyżej

56

od nich – ale jeszcze bardziej nie lubią, gdy ktoś tego niegodny jest traktowany jak równy im. Bogacza stać na chodzenie w dziurawym swetrze; biedak musi bardzo uważać by nie spaść do niższej kategorii.

Kto tego nie wie – nie zna życia ludzi ubogich. To oni najbardziej

cenią wszystko, co wyróżnia ich od biedniejszych od nich; to oni naj-

bardziej zazdrośnie strzegą swego statusu; to oni popierają apartheid

– a przynajmniej sprzeciwiają się ostro specjalnym przywilejom dla

biednych, dla czarnych itp. To oni najbardziej kochają kapitalizm-

i to oni głosowali na p. Ronalda Reagana i finansowali w dużej części

jego kampanię – podczas gdy ¾ Wall Street flnansowało kolejno

pp. Kubusia Cartera i Michała Dukakisa. Ci ludzie wcale nie chcą

być kapitalistami (a czy zwolennicy rządów prawa muszą chcieć być

prawnikami??!?) – bo nie lubią wysiłku moralnego, jakiego wymaga

pI-zedsiębiorczość; chcą jednak korzystać z przedsiębiorczości innych

– za obopólną dobrowolną zgodą. A socjaliści chcą im tego zabronić!

Nie wiem tylko, czy nie gorsi są rozmaici zwolennicy „kapitalizmu

ludowego, rozdawcy akcyj „po równo każdemu” i inni tacy.. Przy

tym są oni zazwyczaj zdumieni, że robotnicy nie popierają ich po-

mysłów! Tymczasem proszę postawić się w sytuacji robotnicy

w jakichś łódzkich zakładach bawełnianych. Przypuśemy, że zostanie

współwłaścicielką tych zakładów. Najprawdopodobniej jej głos nie

będzie się liczył na zebraniu akcjonariuszy (zwłaszcza gdy fabrykę

obejmie przymusowy Zarząd Pozapaństwowy). Ale jeśliby się liczył

– to jeszcze gorzej! Wówczas podejmuje ona decyzję, czy bawełnę kupić w Egipcie, czy w Kazachstanie – a przecież ona się na tym nie zna, i ona wie o tym! Dlaczego ona, dobrze pracująca, uczciwa kobieta, ma ponosić konsekwencje tego, że zakup zrobiono w złym miejscu? Ona chce, by jej zarobki zależały od jej pracy

– a nie od

koniunktury na rynkach.

I to jest ten podział pracy. W społeczeństwie otwartym jedni biorą na siebie ryzyko – i mają do tego gwarantowane prawo, a drudzy chcą uniknąć ryzyka – i też mają do tego prawo.

Sprawa zmienia się w społeczeństwie zamkniętym. Jednak to właśnie socjaliści, tworząc pojęcie „klasy”, kładą podwaliny pod ustrój kastowy. Nie przypadkiem w roku 1924 przywódca brytyjsk*ch związków zawodowych (i późniejszy poseł z Labour Party) na-woływał, by rząd zakazał dzieciom robotniczym studiów, gdyż naj-zdolniejsze jeclnostki zostają wtedy lekarzami, inżynierami itd.-a to cholernie osłabia klasę robotniczą…

58

A w roku 1980 w Gdańsku na żartobliwą odzywkę p. Mieczysława Jagielskiego, wicepremiera: „Cześć klasa robotnicza!” – ktoś ze szpa-leru odparł: „To wy jesteście klasa robotnicza. My jesteśmy robotnicy!” Tu należy dodać: „…tylko do fajrantu. Po fajrancie już nie jesteście robotnikami, tylko konsumentami” – ale to już inna historia.

NISKIE PODATKI

Tylko kilka procent ludzi obdarzonych jest tą iskrą Bożą, która czyni z nich Ludzi Twórczych. Część z nich to artyści, ogromna większość to zwykli pracownicy (a tak: murarz też może być twórczy!). Tych, co mają żyłkę akurat do handlu lub przedsiębiorczości jest naprawdę bardzo niewielu.

Jeszcze mniej jest takich, którzy potrafią połączyć wynalazczość z prowadzeniem własnej formy. Ale to oni właśnie wytwarzają większość dochodu narodowego. To Ford, Edison i inni tacy – stwo-rzyli potęgę Ameryki. Oczywiście o wysiłku dziesiątków milionów chętnych i zręcznych pracowników nie zapominam – ale bez kierow-nictwa wyglądaliby jak fabryka zarządzana przez związek zawodowy.  Czyli marnie.

Wyobraźmy sobie, że produkuję np. buty. Mój koszt to 40 zł, wszel-kie podatki 30 zł, a zysk 5 zł na parze.

Mam – a przynajmniej miałem, dopóki nie zacząłem się zajmować tą cholerną polityką – umysł raczej twórczy. Gdybym nad proble-mem produkcji posiedział ze dwa miesiące, to opracowałbym taką metodę robienia tych butów, że koszt spadłby do 25 zł. A to oznacza że mój zysk zwiększyłby się czterokrotnie…

Zaraz, zaraz: moim zyskiem już zająłby się fiskus! Przede wszy-stkim zamiast 21% zacząłbym płacić 45%. Po drugie, związki zawo-dowe zaraz by zażądały udziału w MOIM przecież wynalazku: skoro zarabiam tyle – to niech podzielę się z nimi! Tow. Janosik czai się u nas za każdym rogiem…

Ogólnie biorąc: przy podatku progresywnym dwukrotne zwiększe-nie efektywności daje np. 15% wzrostu dochodu netto.

59

Zupełnie inaczej wygląda sprawa, jeśli swą wynalazczość skieruję na formularze podatkowe. Też przysiadę fałdów na dwa miesiące-ale za to jeśli uda mi się ukryć przed Urzędem Skarbowym moje dochody (a mętne przepisy pozwalają to zrobić całkiem legalnie), to mój zysk netto będzie parokrotnie większy!

Dlatego właśnie najmądrzejsi ludzie w naszym (i nie tylko na-szym) kraju zamiast studiować wiedzę i technikę ida na Prawo. Dla-tego na Uniwersytecie Warszawskim mamy coś 300 studentów Prawa za darmo – i 1500 po 800 zł. Bo to się opłaca! Również w USA liczba prawników bije wszelkie rekordy. W czasach Edisona, gdy USA rozwijały się w tempie 20% rocznie było inaczej: najzdol-niejsi młodzi ludzie szli na Politechniki… lub po prostu majsterkowali u siebie.

Zabawa w Policjantów i Złodziei uprawiana przez najtęższe umysły kraju jest być może pasjonująca i ważna gospodarczo dla zmniejszenia bezrobocia. Byłoby dobrze jednak policzyć, ile ona ko-sztuje!

Wyobraźmy sobie, że Jaś Kowalski, zamiast tracić czas na zabawy z fiskusem, opracował nowa maszynę do produkcji butów. Powoduje ona, że ja bankrutuję, a 200 tysięcy ludzi idzie na bruk – natomiast 40 milionów ma tańsze buty. Jasio, oczywiście, nie zadowala się 40 milionami klientów – i za dwa lata ma już imperium światowe pięć razy większe od „Baty”.

Jasio K może zarobione pieniądze zainwestować w Polsce – lub nie. To jest jego sprawa. Jeśli wyda w Polsce – tym lepiej. Jeśli nie – to nie. Nie ma to większego znaczenia. Ważne jest jedno: ludzie zaoszczędzili na butach trochę pieniędzy – więc można im coś sprzedać dodatkowo. Zwolnieni pracownicy spowodują ( w kraju nor-malnym tj. takim, którym nie trzęsą związki zawodowe) spadek ceny siły roboczej – dzięki czemu spadają ceny wszystkich towarów.  Dzięki temu sprzedamy ich więcej i w kraju, i za jego granicami.

No – i nie zapominajmy o mnie! Straciwszy swój warsztat, wezmę się za produkcję np. piłek futbolowych. W tej dziedzinie wprowadzę jakąś innowację, obniżę koszta produkcji.

To nie wszystko. Spadek cen wszystkich towarów umożliwi dalsze obcięcie płac wszystkim pracownikom (ale ich dochody realne rosną!!).  Jednocześnie Sejm będzie mógł zmniejszyć podatki, bo to, co planował zakupie, nabędzie za mniejszą cenę. Spowoduje to dalszy spadek cen, dalszą ekspansję gospodarczą – innymi słowy: rozwój kraju.

* Jeśli policzyć, że tempo rozwoju wyniosłoby wówczas ponad 20”lo a w kraju typu USA nie przekracza 3% – to łatwo policzyć, za ile lat byśmy byli pięć razy bogatsi niż bez tej reformy. Łatwo to policzyć, za ile lat dogonilibyśmy i przegonilibyśmy Stany Zjednoczone. Tai-wan – o ile nie wprowadzi Demokracji – uczyni to na przełomie Milleniów. Ja nie twierdzę, że Jaś Kowalski by tego dokonał.  Bezwładność systemu jest ogromna. Jednak obniżka podatków i ich uproszczenie spowodowałyby, że takich Jasiów byłoby parę tysięcy.  A to już wystarczy, by uruchomić proces deflacyjny.  Przez cały X.IX wiek, wiek Największego Rozkwitu Ludzkości, pa-nowała właśnie (o czym Najstarsi Ludzie nie pamiętają) DEFLACJA.  Dziś natomiast Banda Czerwonych usiłuje nam wmówić, że do roz-woju gospodarki potrzebna jest INFLACJA. Jest to oczywiście bzdu-ra.

Jednak bzdurę ta podtrzymują rządy – by mieć pieniądze na utrzymanie urzędników. Otóż: NA TO NAS NIE STAĆ! Nie stać nas by rządzili.

Dajmy im dożywotnio ich obecne pensje – pod jednym warunkiem:

nie będą się do niczego wtrącać, nie będą nam doradzać w gazetach, nie będą głosować w wyborach… Mogą natomiast dorabiać w gospo-darce.

I zobaczycie Państwo, jak Polska rozkwitnie!

OPTYMALNY SYSTEM PODATKOWY

System podatków jest kośćcem każdej nowoczesnej gospodarki. Z po-wodu pozornie niewielkich zmian podatków padały całe imperia.

Można dokonać głębokiej reformy państwa zmieniając tylko podatki

– natomiast reformowanie państwa bez sprecyzowanej koncepcji po-datków jest równoznaczne próbie ciągnięcia konia przez wóz.

Jakimś usprawiedliwieniem animatorów naszej reformy jest to, że

od pierwszej wojny światowej ludzkość coraz głębiej brnie w ciemnotę

i zacofanie. O nowoczesnej gospodarce niemal już zapomniano

i większość państw wróciła do koncepcji utrzymywania się z docho-

dów „królewszczyzn”, tj. domeny z dochodów państwowej unikając

60 61

niepopularnego wymuszania podatków od ludności. W Polsce proces ten zaczął się od samych narodzin państwa, uzyskał instytucjonalne oparcie w zmianaeh po roku 1926 i przez dalszych 25 lat rozwijał się systematycznie i nieprzerwanie. R.ósł procent znacjonalizowanych przedsiębiorstw – i proporcjonalnie malało zainteresowanie państwa podatkami. Dość powiedzieć, że od 1923 roku nie ukazała się w Pol-sce ani jedna książka o podatkach!!! (Nie liczę tu podręczników, jak płacić lub unikać podatków – chodzi mi o prace naukowe analizujące społeczne skutki takiego lub innego systemu podatków. Ostatecznym ciosem była gomułkowska ustawa znosząca podatek od wynagrodzeń.

Pamiętam, że wielu rozsądnych ludzi chwaliło wówczas tę – po-zornie racjonalną – ustawę. Istotnie: po co państwo ma płacić tysiąc złotych więcej – i potem ściągać ten tysiąc jako podatek? Zbędna biurokracja! W ten sposób dokonało się ostateczne pomieszanie państwa – organizacji terytorialnej, z państwem – producentem.  W ówczesnych warunkach politycznych nikt nie przypomniał – o ile w ogóle ją znał! – klasycznej zasady, że kto płaci podatki, ten ma głos w wyborach – oraz tego, że można ją odczytywać w dowolną stronę. Przeoczono jednak i inny, zupełnie oczywisty, związek: państwo czerpiące dochody od obywateli, dba, by obywatele byli za-możni; państwo czerpiące swoje dochody od przedsiębiorstw zatrud-niających owych obywateli dba o coś dokladnie przeciwnego. I nie jest to niczyja złośliwość, woluntaryzm, bezduszność lub błędy kolej-nych ekip – lecz bezwzględna logika wybranego systemu podatków.

Sądzę, że gdyby w roku 1963 Władysław Gomułka okazał

największą życzliwość dla rzemiosła i całkowieie zniósł również po-

datki od gospodarki prywatnej – to dziś nie ocalałby ani jeden

rzemieślnik. Mimo wszystkich łamariców urzędnicy wiedzieli, że ów

prywaciarz to dojna krowa. Czuli również przez skórę, że owe docho-

dy z prywaty (pomijam już nielegalne) są znacznie wyższe, niż podaje

to statystyka. I mieli rację, co wykazałem w szczegółowej analizie

(vide „KURS”, 16/85). Wyobraźmy sobie, że budżet Poronii wygląda

tak: WPŁYWY: z przedsiębiorstw państwowych 999 000, z podatków

1000; WYDATKI: na amortyzację i inwestycje w przemyśle 998 000,

na inne cele państwowe 2000. Złudą jest, że wpływy od osób prywat-

nych stanowią zaledwie 1 promille budżetu; w rzeczyv*istości stano-

wią 50%. Gdyby przemysł państwowy w Poronii był per saldo

deficytowy, co jest całkiem prawdopodobne, to przy takiej prezentacji

budżetu, mieszającego państwo z produkcją, pozornie maleńkie po-

– datki pokryłyby ponad 100% wydatków (100% państwowych plus de-lc) ! ! !

Reforma średniowiecznych państw polegała na rozdzieleniu budżetu domeny królewskiej – od budżetu państwa. Dokładnie to samo musimy uczynić obecnie. Niestety, pomieszanie materii dotarło już głęboko do świadomości społecznej. Nawet na konferencjach pra-sowych traktują premiera i ministrów jako zarządców przemysłu państwowego!

Doszło do tego, że gdy w gronie ekonomistów powiedziałem, iż podatek dochodowy jest nonsensem – to potraktowano mnie jak dzi-waka. A przecież jeszcze do roku 1908 podatek dochodowy traktowa-ny był (i słusznie) jako sprzeczny z konstytucją USA – i Stany Zjednoczone cieszyły się prawie 20% stopą wzrostu. Jej obecny spa-dek do 2-3% jest bezpośrednim skutkiem wprowadzenia podatku do-chodowego (w dodatku: progresywnego!). Jeśli chcemy serio myśleć o naprawie, musimy więc oderwać wzrok od nieszczęsnej rzeczy-wistości i spróbować wprowadzić takie podatki, które generują roz-wój, a nie zastój.

Mówiąc o podatkach zacząć należy od szokującego stwierdzenia:

z punktu widzenia opodatkow*nych system jest – w sensie statycz-nym – zupełnie obojętny; szkodliwe s* n*tomiast zmiany systemu podatkowego!

Jak pogodzić się z stwierdzeniem, że drobne zmiany podatków ni-

szczyły imperia? Sprzeczność jest pozorna. Wyobraźmy sobie zespół

naczyń połączonych. Jeśli czerpiemy zeń np. 20% wody, to niezależnie

od miejsca, z którego ją czerpiemy, poziom opadnie we wszystkich

– i zawsze jest tak samo. Natomiast inaczej kształtować się będą wewnętrzne przepływy w tym układzie – a maja one niebagatelne znaczenie. Przede wszystkim psychologiczne: gdy podatkiem karze się producenta – a nie nieroba – to wytwarza się przekonanie, że państwo premiuje nieróbstwo! (Piszę: „karze się”, gdyż nie ma żadnej różnicy między grzywną 100 zł za złe zaparkowanie samochodu, a 100 zł podatku progresywnego za napisanie zbyt dużej liczby ar-tykułów naukowych – i obywatele doskonale to czują, używając ana-logicznych wyrażeń dla obydwu sytuacji). Jednak nie tylko psychologicznie: przepływy w układzie zwolna żłobią swoje kanały-i system stawiający przepływom zbyt duże opory koroduje. Ponadto

62 63

ogólny ciężar podatków (do którego należy zaliczyć koszt ich unika*-* nia!) nie jest – w odróżnieniu od systemu ich pobierania – obojętny nawet statycznie.

Tak więc optuję za zmianą obecnego systemu. Przed prezentacją nowego muszę jednak uzasadnić owo wyróżnione kursywą twierdze-nie o obojętności systemu podatków względem indywidualnych port-feli. Zacznę od przykładu.

Jadę na giełdę sprzedać samochód za 10 tysięcy. Według prawa podatek – 10% – płaci nabywca. Płaci więe on 10 tysięcy mnie i 1000 zł Skarbowi Państwa. Ostateczny efekt: jestem uboższy o sa-mochód i bogatszy o 10 tys. zł. Nabywca bogatszy jest o samochód i uboższy o 11 tys. zł, Skarb zainkasował 1000 zł.

Pomińmy oczywistą niesprawiedliwość tego podatku i przypuśćmy, że Sejm postanowił iż od Nowego ftoku nastąpi generalna zmiana: podatek płacić będzie sprzedający, co jest o tyle sprawiedliwsze, że to on ma więcej płynnej gotówki.

Jaki będzie efekt tej „rewolucyjnej” zmiany? Każdy bywalec giełdo-wy odpowie, że – pominąwszy ułamkowe subtelności – żaden!! Cena tego samego samochodu automatycznie wzrośnie do 11 tys. zł, od czego JA zapłacę podatek. Efekt ostateczny: identyczny.

Po namyśle każdy przyzna, że tak się stanie – i pokazują to liczne przykłady praktyczne (jak gdyby elementarne teorie wymagały jesz-cze praktycznego potwierdzenia…) Mniej jest oczywiste, że doktadnie to samo dzieje się z każdym podatkiem. Wszystkie podatki rozpływają się po całym społeczeństwie obciążając równo jego członków; kto fi-zycznie zanosi je do kasy jest zupełnie obojętne. Czy każdy z nas zapłaci po 100 zł, czy też jesteśmy „zwolnieni z podatku”, za to 10 tysięcy miesięcznie płaci piekarz (który oczywiście wlicza to w cenę bochenka) różnicy nie czyni. W zasadzie.

Są bowiem niebagatelne różnice formalne – i psychologiczne.

W państwie autokratycznym władca, który rozparcelował domenę

i opodatkował poddanych, nakładał podatki według swoich potrzeb,

miarkując się jednocześnie, by ich zanadto nie wzburzyć. W demokra-

cji potrzeby państwa są zazwyczaj większe (monarchowie mieli zna-

cznie mniej urzędników) – ale ludność najchętniej nie płaciłaby

podatków w ogóle. Stąd potrzeba oszukania obywateli. Stosuje się tu

różne metody – od prowokowania konfliktów i apelowania do patrio-

tyzmu – po ten właśnie genialny wynalazek: pobierania podatków

od producentów. Osiąga się przy tym dwa cele: ludność oburza się nie

na poborcę podatkowego, tylko na piekarza – i ochoczo głosuje, by temu zdziercy podatek jeszcze podnieść; głosuje więc dobrowolnie za tym, by opodatkować siebie! Paradoksalne: im większy podatek od bochenk_ a, tym wyższe ceny, tym większa niechęć do piekarza i tym łatwiej skłonić ludzi, by głosowali za podatkiem na piekarza! Drugą niebagatelną korzyścią jest to, że piekarz z piecem nie ucieknie-a więc pobrać odeń podatek łatwiej niż od jakiegoś włóezęgi.

Trudno się dziwić, że dzisiejsze słabe rządy wybrały tę właśnie łatwiejszą drogę. Od lat jednak niezmordowanie powtarzam, że chcąc płynąć szybko trzeba żagiel ustawić na największy opór! Droga po linii najmniejszego oporu nieuchronnie koliczy się na mieliźnie lub na skałach.

Druga korzyść z koncentracji podatku na producentach bywa po-zorna, ci bowiem też potrafią znaleźć metody unikania podatku. Tu dochodzimy do różnicy między podatkiem nałożonym i pobranym.

Przypuśćmy, że ustawa nałożyła na piekarza podatek 1000 zł miesięcznie. Przerzucenie go na konsumentów jest możliwe – ale grozi, że konsumenci kupią sobie pałeczki i przerzucą się na ryż.  Piekarz wynajduje więc sposób kosztujący go miesięcznie 500 zł-ale dzięki niemu płaci on do Skarbu tylko 100 zł. Ostateczny efekt tego podatku: piekarz stracił 600 zł – Skarb zarobił 100 zł…

Charakterystyczne, że szacując tzw. wydajność podatkową

finansiści liczą koszty własne uzyskania złotówki (pensje komorni-

ków i urzędników izb skarbowych) – ale nie liczą kosztów społecz-

nych. Może to być łapówka (i wówczas strat materialnych nie ma

– ale za to postępuje demoralizacja) – a mogą być bezpośrednie straty materialne w formie zmniejszenia produkcji lub pogorszenia jakości. Straty są ogromne. Na konferencji Mt. Pelerin Soc. miałem przyjemność poznać p. Artura A. Shenfielda, który ongiś był kontro-lerem finansów kolonii Korony. Opowiedział mi, że kiedyś w Hondu-rasie Brytyjsk*m podatki wynosiły ok. l0olo i ściągał je jeden urzędnik.  Przed paru laty, lecąc z Peru do Meksyku, miał przymusowe lądowanie w niepodległym już Belize. Po znajomości zwiedził stary ulząd podat-kowy: urzędników było ponad czterdziestu (nie licząc filii), podatki do-chodziły do 60olo – ale suma wpływów do Skarbu była mniejsza niż za czasów kolonialnych. Co, zapewne, skłoni parlament Belize do podnie-sierua podatków i rozbudowy urzędów skarbowych.

Największym kosztem systemu podatkowego jest jednak to, co nie

zostało wskutek niego wyprodukowane. Gdy producent czegoś nie

64 65

zrobi (bo już mu się nie opłaca), gdy nie zatrudni nowego pracownika, gdy zamiast wymyślać genialny sposób organizacji pracy wymyśla nowy, również genialny, sposób wyprowadzenia w pole kontrolerów.  Proszę sobie policzyć, że przy przeciętnym podatku dochodowym pro-gresywnym obowiązującym w naszej cywilizacji (a w Waszyngtonie nie jest lepiej, niż w Warszawie) producentowi przeciętnie siedem razy bardziej opłaca się ukryć połowę dochodu niż wymyśleć sposób obniżenia o połowę kosztów produkcji! Jest więc całkiem naturalne, że najtęższe umysły w Stanach Zjednoczonych i w Polsce nie idą na politechniki lecz na prawo, po czym wynajdują – legalne lub nie-metody obchodzenia podatków. W Polsce specjaliści od luk w naszym ustawodawstwie biorą za swoje konsultacje ogromne kwoty – i to się ich klientom bardzo opłaca, bo taka porada pozwala nieraz zaoszczędzić dużo, dużo więcej. Sama więc zmiana podatków pozwo-liłaby ośmiokrotnie powiększyć innowacyjność gospodarki – oczy-wiście nie natychmiast, bo zanim ci konsultanci przerzuciliby się na organizację pracy… Przy okazji: ludzie ci mają interes w torpedowa-niu takiej reformy.

Natomiast z psychologicznego punktu widzenia obecny system po-datków ma inną wadę: karze bogatych, a nagradza biednych. Wy-wołuje to – zgubną dla ludzi – chęć zostania biedniejszym, niżby się mogło. Jest to również elementarne: je5li podutki gniot* (wizual-nie) biednych, to biednych,jest (wizualnie) coraz mnięj, gdyż dokładają wysiłku, by stać się coraz bogatsi; gdy, przeciwnie, podatkami okłada-my bogatych, ci starają się przynajmniej udawać biednych i nie dokładają wysiłku by się nadal bogacić. W efekcie spodeczeństl.uo bied-nieje, gdy podatki =n.iot bogatych. —- a bo*=aci się, gdy gniotą bied-nych. To oczywiste – tylko frazeologia socjalna przeszkadza nam ujrzeć tę perspektywę.

Pisałem: „wizualnie” – gdyż w rzeczywistości efekt ten jest w zna-

cznej mierze pozorny. Ludzie udają bogatszych lub biedniejszych

w zależności od pożytku, jaki z tego mają. Natomiast wspomniany

efekt rozpływania się podatków powoduje, że na dłuższą metę rze-

czywiste skutki tych systemów są identyczne, zakładając ogólny

niezmieniony poziom podatków. Inna sprawa, że rządy czynią wiele,

by do tego wyrównania nie dopuścić: gdy po zamieszaniu spowodo-

wanym, powiedzmy, wprowadzeniem podatku dochodowego społe-

czeństwo wraca do normalnego rozmiaru dochodów parlamenty

wprowadzają podatek progresywny; gdy i to nie pomaga i naturalny

– rózkład bogactwa odrasta jak głowa hydry – podnoszą progresję.

Doprawdy trudno dziwić się niektórym endekom podejrzewającym, że kryje się za tym spisek dwunastu rabinów z nowojorskiej synagogi – taką zawziętość przejawiają rządy w niszczeniu podstaw własnego bytu. Ma to jednak naturalną granicę.

Typowym jest przykład progresji podatkowej w USA. Podawałem kiedyś (w 1981 r.) w „Polityce” przykład ewolucji zarobków gwiazd filmowych. Gdy nakłada się na nią podatek 10%, honorarium z 20 tys. dol. rośnie do 22 000. Gdy podatek rośnie do 50% – gaża rośnie do 40 000. Przed Reaganem podatki dochodziły do 98% – toteż i apa-naże były liczone w milionach. Za wszystko płaci, oczywiście, nie gwiazdka, lecz widz – w cenie biletu do kina.  Ciekawe, że z tego systemu niezadowoleni są wszyscy: zarabiający miliony nie zdają sobie sprawy, że ich kominy są skutkiem progresji podatkowej – i czują się obrabowani ze „swoich” pieniędzy. Zara-biający mało widzą owe kominy brutto – i teź czują się pokrzyw-dzeni. Rządy rozbudzają w ten sposób zawiść – i trzymają się dzięki równowadze zawiśei.

System ten trzeba i można zmienić. Należy przy tym wziąć pod uwagę trzy czynniki:

1) Ogólna masę podatków. Na Zachodzie fantastyczną karierę robi prosta obserwacja Laf’fera: zerowa stopa podatku – to zerowy wpływ; ale i 100% podatku z dochodu to zerowy wpływ, gdyż ludzie prze-staną produkować. Elementarna analiza matematyczna poucza, że skoro są wpływy, to gdzieś pośrodku musi być ich maksimum-i dalsze powiększanie stopy podatku powodować będzie ich zmniej-szanie.

2) Sposób ich nałożenia i ściągania – co ma, jak już pisałem, głownie wpływ na psyche – ale wpływ ogromny!

3) Prostotę systemu, łatwość kontroli i zapobieganie korupcji.  Sprawa to niesłychanie ważna, gdyż nawet najlepiej wyostrzony pod wiatr żagiel nic nie da, gdy będzie dziurawy. Warto też pamiętać o zapobieganiu degeneracji jeśli chcemy by był on trwały – a, przy-pominam, to zmiany systemu są najgorsze dla podatników.

System podatkowy który proponuję składa się z trzech tylko po-

datków. Zanim omówię ich wady i zalety chcę podkreślić, że wszy-

stkie pozostałe winny ulec likwidacji, gdyż działają antyprodukeyjnie

i demoralizują społeczeństwo. Z przyjemnością zauważam, że

działania władz idą w tym kierunku (np. ostatnio znaczne zmniej-

66 67

szenie podatków od spadków i darowizn) lecz nie dość szybko, jak na sytuację gospodarczą.

Wybrane podatki są najmniej niemoralne i szkodliwe ze wszy-stkich – z wyjątkiem jednolitego podatku konsumpcyjnego, który jest jednak technicznie niekontrolowalny. To, że niemoralność podat-ku idzie w parze z jego szkodliwością nie jest przypadkiem – ale nie tu miejsce na te rozważania. Przejdźmy do meritum.

ŁANOWE

Użyłem tej szacownej nazwy dla najprostszego podatku od posiadanej powierzchni. Podatek ten byłby także płacony przez organy i insty-tucje państwowe, co umożliwiłoby ocenę kosztów ich funkcjonowania.

Podatek taki byłby równy – i to jest najważniejsza różnica między nim a obecnym podatkiem gruntowym. Dziś bowiem inaczej płaci się za działkę budowlaną, a inaczej za rolną, co powoduje oczywiste błędy w decyzjach ekonomicznych.

Mniej oczywiste jest zniesienie katastru, tj. oceny wartości ziemi („klasa gruntu”). Obecny podatek oparty jest na zasadzie, iż posia-dacz lepszej ziemi powinien płacić więcej. Zasada ta jest częściowo uwzględniona w drugim podatku (za chwilę) ale na razie przedysku-tuj my j ej skutki.

Zmierza ona do zlikwidowania tzw. II renty różniczkowej, co powo-dowało, że cena ziemi I klasy mało różniła się od ceny ziemi klasy VIb.  W efekcie trzeba było wydawać administracyjne zakazy niszczenia zie-mi wyższych klas, gdyż inwestorowi nie robiło to wielkiej różnicy. Po-wodowało to też sztuczną opłacalność uprawy ziemi klas niższych, co prowadziło do niszczenia przyrody przez ekstensywne rolnictwo.

Wprowadzenie łanowego spowoduje rewolucyjną zmiańę w tych stosunkach – tak rewolucyjną, że trzeba będzie wprowadzić jedno-razową kompensatę od tych, co zyskają dla tych, co stracą. Wartość ziemi klas najwyższych podskoczy do dziesiątków milionów za he-ktar (może nawet więcej!), natomiast grunty klas niższych mieć będą wartość bliską zeru.

Rezultatem będzie powstanie intensywnego rolnictwa na małych działkach wysokiej klasy. Oszczędzi to masę ludzkiej oraz mechani-cznej energii zużywanej na chodzenie i jeżdżenie po ogromnych po-lach, co jest opłacalne wskutek istnienia zróżnicowania podatku.

Spowoduje też wysiłki na rzecz podnoszenia klasy ziemi – obecnie

– rotnik nie ma do tego dostatecznej zachęty, gdyż za każdą melioracją idzie podwyżka podatku.

Już obecnie małe, kilkunastoarowe działki potrafią dawać dochód wyższy, niż parohektarowe prymitywne gospodarstwa, sztucznie pod-trzymywane przy życiu, na których mozolą się niepotrzebnie starzy ludzie. Małe jest piękne! Pamiętajmy, że przy ekstensywnej uprawie ů rolnik nie może wykorzystać ziemi właściwie. Na przestrzeni kilkudziesięciu metrów mogą różnić się warunki wodne oraz (nachy-lenie stoku) nasłonecznienie, ale rolnik orzący kilkadziesiąt hektarów traktorem nie może zasiać tam różnych roślin, co byłoby wydajniej-sze. Rolnictwo amerykańskie zużywa – o ile pamiętam dane p. prof Czesława Mejro ponad 200 razy więcej energu na jednostkę produktu niż meksykańskie i ta rozrzutna ekstensywna gospodarka utrzymuje się dzięki subsydiom. Lepiej jest skoncentrować produkcję na V3 areału z trzy razy wyższą wydajnością z hektara niż bezsensownie ganiać po polach ludzi i maszyny.

Ogromną korzyścią jest również to, że cena gruntu wysokiej klasy byłaby wyższa niż wartość budynku – a gruntów słabych : bliska zeru. Stąd wszelkie inwestycje koncentrowałyby się na gruntach słabych automatycznie. Gdyby zaś taka inwestycja powstała na grun-tach dobrych to widać byłaby bardzo potrzebna. Decydowałby o tym nie zafałszowany rachunek ekonomiczny.

Podatek gruntowy oparty na katastrze jest typowym wymysłem biurokracji. Aleksy de Tecqueville pisał: weźcie jakieś absurdalne zarządzenie; przekonacie się, że gdzieś na początku leży jakaś drobna potrzeba finansowa, dla której administracja zrujnowała normalne stosunki gospodarcze”. Także i tu: kiedyś przy poparciu uboższych gospodarzy (pod pretekstem „sprawiedliwości społecznej”) CK biuro-kracja zdołała obłożyć podwyższonym podatkiem zamożniejszych chłopów i do dziś płacimy rocznie setki miliardów za pokrycie ów-czesnej dziury w budżecie – bo słaby rząd CK Monarchii nie umiał narzucić sprawiedliwego podatku i poszedł drogą najmniejszego opo-ru. Nie przypadkiem: w 1789 roku…

PODYMNE

Byłby to podatek od wartości nieruchomości – co miałoby skutek

łagodzący ostrość podatku poprzedniego. Miałby on też charakter

uzupełniający – i w ogóle jest bardzo dyskusyjny. O ile liberała za-

chwyca jego logika, o tyle buntuje się przed nim dusza konserwaty-

68 69

sty. Nie miałby on przy tym nic wspólnego z historycznym podymnym – poza faktem, że obydwa są od wartości nieruchomości. Propono-wany podatek opiera się na pomyśle Jerzego Forstera z 1933 roku.  Pomysłodawca w swej naiwności przedśtawił go narodowo-socjalisty-cznym władzom i słuch o tym pomyśle zaginął.

A pomysł był zaiste rewolucyjny: każdy sam określa subiektywna wartość swej nieruchomości – i od tej wartości płaci jednolity linio-wy podatek! W ten sposób właściciel staje się podmiotem gospodarki, sam ją tworzy!

Powstaje pytanie: a jak skłonić ludzi, by nie zaniżali wartości swych dóbr?

Odpowiedź jest prosta, choć szokująca dla konserwatysty. Sejm uchwala pewien „poziom konserwatyzmu”, np. 40”lo; jeśli pojawi się nabywca – a może to być urząd pragnący wywłaszczyć posiadacza dla celów publicznych – gotów płacić podatek od wartości wyższej o 40% – to może on przymusowo tę nieruchomość odkupić.

Podatek taki zapewnia ochronę właścicielom nieruchomości przed niesprawiedliwym wywłaszczaniem uwzględniając ich subiektywne oceny. Zamiast dramatów tworzy się gra. Ktoś, kto przywiązał się do ziemi przodków, ceni ja dwa razy bardziej niż inną – i (za opłatą) chroni się przed wywłaszczeniem. Na cele inne w pierwszej kolejności pójdzie własność kogoś, komu jest wszystko jedno, gdzie mieszka.  Z drugiej strony jeśli ta nieruchomość jest bardzo potrzebna na inne cele, to zostanie ona wywłaszczona, ale właściciel nie może się skarżyć, gdyż dostał sute odszkodowanie. Prowadzi to do intersubie-ktywnie suboptymalnego rozkładu własności; byłby on optymalny gdyby „poziom konserwatyzmu”, czyli bariera ochronna malała do zera – ale to prowadziłoby do spekulacji, zbyt częstych zmian i wy-zysku tych, co nie potrafią precyzyjnie wycenić rynkowej wartości swojej posiadłości.

Podatek ten jest pomocniczy: nie może być dużym obciążeniem, by nie maskował działania łanowego; musi jednak być odczuwalny: rzędu miriady, tj. dziesięciotysięcznej części wartości posesji.

POGŁÓWNE

Jak Państwo słusznie przypuszczają, proponuję jednolity i równy po-datek od obywatela.

Podatek taki jest jawnie niesprawiedliwy: ten, co nie pracuje dla społeczeństwa, powinien płacić więcej niż zbijający majątek produ-cent potrzebnych towarów. Ponieważ jednak znaczna część ludzi ma dokładnie odwrotne pojęcie o sprawiedliwości przyjmijmy rozwiąza-nie kompromisowe, gdyż jest najprostsze: jednakowe pogłówne.

Ten sprawdzony skądinąd historycznie podatek budzi silne sprze-ciwy. Budził zresztą sprzeciw szlachty I Rzeczypospolitej i został pra-ktycznie zniesiony, co było jedną z przyczyn jej upadku. Dlatego raz jeszcze powtórzę tezę o przerzucalności podatków – i zilustruję ją konkretnym przykładem.

Przypuśćmy, że w fabryce „Alamakota” pracują Kowalski i Wiś-niewski. Kowalski „zarabia” miesięcznie 1000 zł, a Wiśniewski 200 zł. Kowalski płaci 40% podatku a Wiśniewski nic (przykład jest dość realistyczny). Tak więc „Alamakota” płaci im 1200 zł, a Skarb Państwa ma z tego 400 zł.

Wyobraźmy sobie teraz, że rząd dokonuje istnej rewolucji wprowa-dzając pogłówne. Co się dzieje z zarobkami? W sensie statycznym-nic, co można nawet zadekretować, jeśli ktoś nie wierzy w mechani-zmy samoregulacji:

Kowalski zarabiać będzie 800 i płacić 200 pogłównego. Wiśniewski:

400 – i takież pogłówne. W sumie obydwaj, Skarb Państwa i „Alamakota” dostaną lub wypłacą dokładnie tyle samo!!!

System taki jest jednak znacznie bardziej sprawiedliwy i moral-ny gdyż, mimo wszystko, zasada „ten ma wpływ na władzę, kto płaci podatki” działa nie tylko w sferze psychologicznej. Wpływ lobby przemysłowego na rząd bierze się po części stąd, że optycznie wpływy rządu pochodzą z podatków od przedsiębiorstw! Gdyby całość dochodów rządu pochodziła z kieszeni obywateli, rząd zna-cznie bardziej troszczyłby się o konsumentów! Już dziś można powiedzieć, że gdy budżety terenowe będą oparte o podatki od pry-watnej przedsiębiorczości, to ludzie ci uzyskają nadmierny wpływ na władze. Równy podatek – to równy wpływ na władze. Ma to równoważyć działanie łanowego, dającego wpływy posiadaczom.

Jednak w sensie dynamicznym powrót do starej równowagi nie

nastąpi. Już po paru tygodniach „Alamakota” dojdzie do wniosku

że pracowników niskokwaliflkowanych ma we względnym nadmia-

rze. O ile przedtem musiałaby pozbyć się pięciu Wiśniewskich by

zatrudnić Kowalskiego – obecnie wystarczy dwóch. Spowoduje to

– identycznie, jak w przypadku łanowego – gospodarkę lepiej kwalifikowanymi kadrami, uszczuplenie zatrudnienia (które dzięki temu wzmocni wiecznie kulejące usługi!). Operacja zmiany podat-

70 71

ku nie jest więc czysto formalna – a jeszcze większe zaburzenia po-wstaną pomiędzy fabrykami. Jeśli „Alamakota” zatrudnia prawie sa-mych Wiśniewskich, a „Bergamuty” prawie samych Kowalskich to „Alamakota” zbankrutuje dokładnie w taki sam sposób, jak zbankru-tuje gospodarstwo o marnych ziemiach przy łanowym.

Wzrośnie cena wykształcenia i pęd do podnoszenia kwalifikacji.  Niezadowolony może być tylko lumpenproletariat, który do tej pory żył z dorywczych nieopodatkowanych zajęć. Kosztem tych, co płacą podatki.

Obecnie obciążenie statystycznie wynosi ok. 78%. Oznacza to że jeśli ktoś zarabia 220 zł, to można przyjąć, że zarabia 1000 zł, z czego płaci do Skarbu Państwa 780 zł (z czego około połowy wra-ca w różnej formie do obywateli). Zwracam uwagę, ze wyliczenia o Kowalskim i Wiśniewskim są jedynie poglądową fikcją. Równie dobrze można było przyjąć w tamtym przykładzie, że Wiśniewski „zarabia” 1200 zł, płaci 1000 zł podatku, a Skarb Państwa daje „Alamakocie” dotację 100 zł za utrzymywanie jego stanowiska pra-cy. Gdy państwo jest jednocześnie przedsiębiorcą, wszelkie wyli-czenia ekonomiczne tracą sens. Realne jest natomiast globalne obciążenie podatkowe.

Obciążenie to powoduje, że wprowadzenie pogłównego może napotkać przeszkody znacznie większe niż w Polsce szlacheckiej. Wy-obraźmy sobie, że Zieliński zarabia owe 220 zł; dzięki większej wydajności systemu po reformie (zakładając, że nie ruszamy sfery socjalnej) Zieliński otrzymywać będzie 1100 zł z czego na rękę 270 zł, a na spłatę podatku 830; Jak widać zakładam równy podział nad-wyżki.

W zasadzie Zieliński powinien być zadowolony. Jednak obecnie ów podatek jest przed nim ukryty i w oczy nie kole. Po wprowadzeniu pogłównego powstanie olbrzymi bodziec, by zracjonalizować wydatki rządu i to będzie niesłychanie korzystne, powstanie jednak również bodziec, by unikać fiskusa żyjąc na marginesie z dorywczych prąc.

Poradzenie sobie z masą takich „luźnych ludzi” jest teoretycznie

łatwiejsze niż w Średniowieczu – ale wcale nie proste. Jest to klu-

czowy punkt. Wszelkie unikanie pogłównego ma bowiem charakter

dodatniego sprzężenia zwrotnego. Powiedzmy, że przy obciążeniu po-

datkiem 830,1% obywateli będzie skłonionych się ukryć. To drobiazg

– ale oznacza to, że pogłówne na pozostałych trzeba będzie zwię-

kszyć o 8,30. Przy pogłównym 838,30 chętnych do unikania podatku

– może być już więcej, obciążenie się powiększa – i w końcu rozsadza system. Tak, jak rozsadzało każdy system pogłównego znany w hi-storii. Co prawda czasem trwało to paręset lat.  Dlatego więc administracja musi z początku przyostrzać jak w przykładzie z żaglówką. Wymaga to.wprowadzenia systemu po-dobnego do ustawy przeciwpasożytnicze* ale działającego dokładnie odwrotnie!

O ile, ustawa przeciwpasożytnicza oparta była na przymusie pracy – o tyle trzeba tu wykorzystać chęć do pracy. Podatki służą bowiem do zaspokajania różnych potrzeb – od prozaicznych chodników w miastach poczynając. Osoby unikające systemu podatkowego nie mają moralnego prawa korzystać z tych udogodnień.  Pofantazjujmy sobie trochę. Zamiast obozów pracy, gdzie „pasożyci” przebywają pod nadzorem, należy przeciwnie: utworzyć „wolną strefę” dla nierobów (a raczej szalbierzy). Musiałby to być kawał Polski, powiedzmy w Bieszczadach – w którym panowałaby całkowita swoboda (nie można wykluczyć, że np. anarchiści chcieli by tam zamieszkać dobrowolnie!). Przebywałyby tam osoby nie płacące podatków – a wrócić mogłyby dopiero po zapłaceniu za-ległości. Na obrzeżach byłyby warsztaty państwowe i prywatne, gdzie ludzie ci mogliby zarabiać oraz sklepy, gdzie mogliby kupować (z tym, że od wydawanych sum potrącałoby się zaległości i należ-ności). Nikt nie byłby do pracy zmuszany i jeśli np. znajomi z zewnątrz posyłaliby im pieniądze, to mogliby tam żyć latami.  Jedni, być może, wylądowaliby tam na stałe, a inni powróciliby do społeczeństwa, ale już ceniąc pracę, ochronę policyjną oraz inne dobra dostępne za podatki.

Ale dość żartów. Skuteczniejszym środkiem walki z unikaniem po-

datków jest zmniejszenie strefy socjalnej. Gdy wydatki z tego fundu-

szu znacznie spadną, to Zieliński będzie miał inna perspektywę:

zarobki 1100 zł, z czego na rękę 830 zł (z tego jednak trzeba

pokrywać leczenie, szkolnictwo ponadpodstawowe, wczasy w pełnej

wysokości etc.) a podatku tylko 270 zł. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę,

że ok.1/3 tego podatku zniknie, gdyż tyle będzie czerpane z łanowego

9 Mowa o ustawie „o postępowaniu wobec osób uchylajacych się od pracy” przyjętej

przez Sejm PRL w pierwszych miesiacach stanu wojennego wprowadzajacej przy-mus zatrudnienia (pod kara obozu pracy) dla mężczyzn.

72

i podymnego – to podatek skurczy się do 15% zarobków, co nie skłania do zabawy w unikanie go!

Rozważania powyższe nie dotyczą oczywiście emerytów, rencistów i podobnych kategorii. Po prostu podniesie się im nominalnie renty o wysokość pogłównego. Można również przyjąć założenie, że powyżej pewnego wieku emeryci pogłównego nie płacą, co łączyłoby się z utratą głosu w wyborach (podobnie kardynałowie powyżej pewnego wieku tracą prawo elekcji). Otwartą jest też kwestia, czy pogłówne winny tracić kobiety – byłbym tego przeciwnikiem i z ciekawością obserwowałbym, jak feministki próbują namówić kobiety, by w ra-mach równości płci domagały się nałożenia pogłównego na siebie!  Mowa o kobietach nie pracujących zawodowo, oczywiście. Podobnie można rozważać stopniowy wzrost pogłównego, by uniknąć gwałtow-nego skoku w momencie osiągnięcia dojrzałości.

Na zakończenie: będąc konsekwentnym zwolennikiem spokoju

i stabilizacji powtarzam postulat wprowadzenia zmian stopniov*o:

jeśli np. reformę rozkładamy na 4 lata, to trzeba co pół roku

zmniejszyć o 1/8 stare podatki, a zwiększać o 1/8 docelowej wielkości

– nowe.

Przedstawiony system należy – nie ukrywam – do najbardziej radykalnych. Teoretycy wiedzą, że podatkować należy nie produkty, lecz środki produkcji – by zachęcać, a nie zniechęcać, do pracy. Na-wet opodatkowanie środków produkcji kryje pewna groźbę: zniechęca do racjonalnych inwestycji. Tu opodatkowane są rzeczy najbardziej trwale: ziemia, ludzie i nieruchomości – które uciec nie mogą-i nie będą (w przypadku ludzi) chciały, gdy przekonają się, że mimo podatku dochody w Polsce są bardzo wysokie. A będą bardzo wyso-kie. Tak wysokie, że sumy opodatkowania, pozwalające utrzymać norlnalne wydatki i spłacać długi (co nie powinno zabrać więcej niż trzy-cztery lata) nie będą nadmiernie obciążały obywateli.

Od siedemdziesięciu lat żyjemy w systemie, w którym podatki nie odgrywają znaczącej roli. W gospodarce „państwowej” były przekła-daniem pieniędzy z kieszeni w kieszeń – przeto dziwić się trudno, że były lekceważone; w gospodarce prywatnej były jawnym likwida-torstwem w stosunku do produkcji legalnej – a sadząc z objawów zewnętrznych były niczym dla prężnie się rozwijającej gospodarki nieofcjalnej.

Ludziom w tym systemie uwiędła wyobraźnia podatkowa – nie

potrafią więc zazwyczaj pojąć, jaki popęd otrzymałaby gospodarka po

wprowadzeniu tych trzech – i tylko trzech – podatków. Ozna-czałoby to zdjęcie wszelkich ograniczeń z góry – i nieustanny nacisk z dołu. Pewne wyobrażenie niech da fakt, że na pewno potrzebne byłyby środki policyjne, by powstrzymywać ludzi od pracy w nie-dzielę!

Nie wiem, kiedy dorównalibyśmy tempem rozwoju Korei Płd., a poziomem życia Szwajcarii – ale wiem, że za parę lat, mimo spłaty długów, trzeba by po przejściowej, 2-3 letniej obniżce) zacząć podatki zwiększać – i to wydatnie. Pieniądze trzeba by wydawać na jakiś szlachetny cel – np. eksplorację kosmosu – nie przynoszących krajo-wi materialnych korzyści. Byłoby to konieczne nie tylko dla zdrowia obywateli (zagrożonych odtłuszczeniem), ile dla odsunięcia groźby za-lewu imigracją zarobkową.

Wizja szukania ratunku przed nadmiernym dobrobytem wydaje się dziś z perspektywy rozsypującej się Polski jawną kpiną. Jednak praktycy doskonale wiedzą, że bogactwem frmy nie są tereny i ma-szyny – bogactwem jest jej organizacja. Porównanie Hongkongu czy Tajwanu z maoistowskimi Chinami (tu i tu mieszkają ci sami prze-cież Chińczycy) pokazuje to dobitnie. Marzenie to więc jest całkiem realne. Czy znajdziemy w sobie dośe siły woli, by je wcielać w życie?

VlTYSOKIE CENY

Na początek rozpatrzmy przykład z życia. Kraj, tak jak Polska od-dzielony od reszty świata barierami ceł i niewymienialnej waluty, pewnego dnia znosi te bariery. Co się dzieje?

Ceny zbliżają się do światowych, przy uwzględnieniu kosztów transportu. Ziemniak we Francji może być trzy razy tańszy – ale koszt transportu powoduje, że nie opłaca się go wieźć tam, gdzie jest droższy.

Do światowych zbliżają się jednak również ceny czynników produ-

kcji: surowców, energii i siły roboczej. W efekcie ceny towarów miej-

scowych szybko mogą stać się wyższe od światowych – tak, jak

z ziemniakami. Następuje zdumiewające zjawisko: przed miesiącem

towary z Zachodu były luksusem – dziś to tandetne świecidełka, na

74 75

które każdy może sobie pozwolić. Natomiast wyroby z lokalnych su-rowców, wyroby solidne – stają się drogie. Liczydła z drewna mogą być droższe od elektronicznego kalkulatorka.

Jeśli władze zaczną interrveniować na rynku, jeśli ustawy (np. ko-deks pracy) będą przeszkadzały normalnym przemianom – może dojść do katastrofy gospodarczej. Jeśli jednak panować będzie wolny rynek, nastąpi proste zjawisko: cena siły roboczej będzie spadać-tak długo, aż towary krajowe staną się konkurencyjne wobec zagra-nicy. Oczywiście poza spadkiem płac nastąpi racjonalizacja produkcji, wzrost wydajności itd. – oraz czynnik, o którym napiszę w części drugiej.

Tu ważna uwaga: niektórzy ekonomiści-amatorzy mówią, że spa-dek płac nic nie da, gdyż płace stanowią tylko parę procent wartości produktu.

Otóż na koszt wyrobu składa się koszt kapitału – który zresztą

też jest w większości wykonaną kiedyś pracąl Dalej koszt surowca

– ale według marksistów koszt węgla jako takiego jest zerowy, liczy się tylko koszt jego wydobycia, a więc praca ludzka. I wreszcie koszt energii – jednak w koszcie prądu najważniejszy czynnik to praca ludzka przy budowaniu zapory, przy produkcji cementu na zaporę, przy produkcji stali na turbiny itd. Również i bezpośrednio FSO może liczyć, że koszt pracy to „tylko 3*r* wartości samochodu”. Ale w tych pozostałych 97% jest np. koszt zakupu opony. A W OPONIE TEŻ TKWI LUDZKA PRACA – podobnie jak w szybach, tapicerce i in-nych kupowanych przez FSO częściach.

Ponieważ obniżka płac dotyczyć będzie wszystkich pracowników

– nie tylko tych w FSO, ale i tego drwala, który rąbie drzewo na stemple do kopalni, z której pochodzi węgiel, którym pali się w ele-ktrowni produkującej prąd dla wielkiego pieca wytapiającego stal dla fabryki, robiącej felgi kupowane przez FSO – przeto spadek ceny spowoduje prawie taki sam spadek cen naszych towarów. Dzięki wspomnianej już racjonalizacji produkcji ceny spadną jeszcze bardziej – aż do punktu równowagi, w którym nasze towary staną się tańsze od zagranicznych – dopóki pensje są niższe od zagranicznychl

Polski producent odczuje to w ten sposób, że będzie mógł – w po-

równaniu z pierwszym, szokowym okresem – nabyć mniej towarów

zachodnich, ale więcej towarów krajowych. Tym samym będzie miał

lepiej niż przed obaleniem barier. No, a jeśli ktoś będzie chciał

odżywiać się droższym masłem francuskiem, to trochę dopłaci i też

– będzie mógł (czego nie mógł przed reformą). Dotyczy to każdego pro-ducenta – rolnika i robotnika – pod warunkiem, że będziepracował, a nie strajkował. Tak nawiasem: z kryzysu nie można wyjść na za-sadzie: „albo wszyscy, albo nikt”. Wychodzić można pojedynczo, naj-pierw ci najpracowitsi i najzdolniejsi… I podejmujący ryzyko.  Bo poziom cen zależy też od stopnia bezpieczeństwa. Jeżeli kraj żyje bezpiecznie – żyje nędznie, kraj, w którym ludzie ryzykują-raz zarabiają miliony, a raz dokładają do interesu, żyją w stałej niepewności jutra, taki kraj żyje bogato. Kraj, w którym bezpieczeń-stwo socjalne jest całkowite – zmierza do katastrofy.  To wszystko przy założeniu, że władza nie interweniuje. Każda interwencja władz – podjęta w najlepszej intencji, np. ratowania płacy minimalnej lub interesów producentów – może spowodować, że będzie nam gorzej niż przed reformą. Co zresztą widzimy.  Teraz pora na ćwiczenie drugie. Przypuśćmy, że Zelazna Kurtyna odcięła nas od reszty świata. Chcemy wyjść z socjalizmu – co, oczywiście, jest możliwe np. kula ziemska jest odcięta od reszty kos-mosu, a już parę razy w historii wychodziła z socjalizmu.  Pytanie, jakie można sobie postawić (i które postawił implicite p.  prof Stefan Kurowski w polemice ze mną) brzmi: „Co to właściwie znaczy, że rosną ceny?! Przecież ich nominalny wzrost liczony w krajowym pieniądzu nic nie znaczyl Moglibyśmy na każdym ty-siącu namalować „2000”, na pięćsetce „tysiąc” itp. – a ekonomia od te*o by nie drgnęła. Po czym poznać, że jednak drgnęło?”

Odpowiedź brzmi: Po wzroście odpowiedzialnościl

Wyobraźmy sobie, że mamy robotnika pracującego młotkiem. Wali on w gwoździe – i przeciętnie raz na 10 razy psuje gwóźdź. Taka już technologia – i niewiele można zmienić. Norma -1000 gwoździ dziennie. Robotnik dostaje dniówkę 100 tys. zł.  Teraz zaczynamy wychodzić z socjalizmu. zaczynamy płacić robot-nikowi za każdy wbity gwóźdź 11.300 – ale za każdy zgięty płaci grzywnę 100.000 zł!!I Robotnicy, rzecz jasna, będą protestować. Będą protestować związki zawodowe, czyli rzecznik interesów nieudaczników. Nato-miast dobrzy robotnicy szybko obliczą, że średnio zarobią dziennie nie 100, a 170 tysięcy. Co więcej, zaraz się okaże, że „tak jakoś” psują dziennie nie 100, a tylko 95 gwoździ – i „takjakoś” ten procent z tygodnia na tydzień spada! Od czego zarobki rosną nadal, i to bar-dzo szybko.

76 77

Oczywiście na wolnym rynku taka operacja opłacałaby się tylko wówczas, gdyby gwoździe były ze srebra – faktem jest jednak, że gospodarka per saldo na tym zyskuje (mniej gwoździ się niszczy!).  Gdyby więc w Rurytanii produkowano tylko gwoździe i chleb, i w obydwu działach zastosowano tę – sztuczną – zagrywkę, to go-spodarka by per saldo bardzo zyskała!

Na wolnym rynku premie akordowe są znacznie mniejsze – ale są. Dzięki ich zastosowaniu następuje drugie korzystne zjawisko: źli młotkarze poszukaliby sobie innej pracy, np. w piekarni – a źli piekarze być może byliby dobrymi młotkarzami. W socjalizmie nato-miast klasycznym jest zjawisko, że mgr geologu pracuje w budo-wnictwie lub jako handlarz w budce – bo system płac NIE ZMUSZA GO DO PRACY TAM GDZIE JEST ON NAJLEPSZY. W kapitali-zmie zaczynają się liczyć zdolności – i nawet wykształcenie.  Oczywiście wykształcenie też musi drogo kosztować i dlatego w ka-pitalizmie facet, chcący otworzyć budkę lub zostać budowniczym, NIE pójdzie na geologię. Również panienka szukająca męża nie pójdzie na studia ani do szkoły męczącej ją logarytmami i wzorem na benzen, lecz raczej do szkoły, gdzie nauczą ja języków, gry na fortepianie, śpiewu, dobrych manier, gotowania, eerowania, opieki nad dziećmi, psychologii dziecka, elementów pielęgniarstwa itd. – bo na takie właśnie zdolności jest popyt. Rzecz jasna kobieta mająca specjalne zdolności do geologii mimo to na geologię pójdzie.

Ten cały proces musi zachodzić naturalnie. Rząd nie może tu pomóc

– może tylko nie przeszkadzać. Może też dać kopa w tyłek żwiązkom zawodowym, które bronią marnego gómika przed zostaniem dobrym handlowcem: „Francik – czy ci to honor kn* nioki s rzedawać.

Przed reformami stoi więc tylko jeden problem: jak przekonać wy-

rzuconego przez bramę „po dwudziestu latach pracy” pracownika, że

za brama na pewno czeka lepiej płatna robota. Gdzie? Nie wiadomo

– czytaj ogłoszenia. Kto to gwarantuje? Niewidzialna Ręka Rynku.

Szczególnie trudno to robić, gdy tę Rękę się uprzednio związało.

Wówczas narzeka się, że „liberalizm nie działa.

Zresztą = by przekonać, trzeba samemu w to wierzyć. Niestety:

żaden rząd – ani p. Rakowskiego, ani p. Mazowieckiego, ani p. Bie-leckiego, ani p. Olszewskiego – w tę Niewidzialną Rękę nie wierzył i nie wierzy. Bo ona działa dobrze TYLKO wtedy, gdy jest całkowicie wolna. Nie istnieje „rynek częściowo wolny” a „społeczna gospodarka rynkowa” działa równie dobrze, jak kwadratowe koło zębate.

Jeszcze jedno: wiara w Niewidzialną Rękę oznacza zlikwidowarue setek tysięcy etatów w administracji oraz dla… ekonomistów. Nie dziwię się więc, że walczą z tą ideą do upadłego.

BIEDA

Wyobraźmy sobie, że jakiś Autorytet Moralny – np. obecny Papież,

który interesuje się sportem – oświadczyłby, że jest skandalem, iż

w zawodach oprócz zwycięzców są też pokonani. To jest – dodałby

– niehumanitarne. Po czym zażądał, by we wszystkich zawodach sportowych skasowano ostatnie miejsce…

Rzecz jasna w świecie zapanowałoby pewne poruszenie, po czym zapadłoby kłopotliwe milczenie. Byliby pewnie tacy, którzy ochoczo podjęliby się tworzyć takie regulaminy zawodów sportowych, w któ-rych nikt nie zająłby ostatniego miejsca – wkrótce jednak daliby spokój, bo największy zapał i szlachetność uczuć nie wygrałaby z lo-giką. Skasowanie ostatnich miejsc jest logicznie niemożliwe.

Warto, by z tego fikcyjnego przykładu wynieść rzecz podstawową:

Nie jest możliwa WYGRANA, gdy nie ma PRZEGRANEJ. Są to dwie strony tego samego medalu.

Tym niemniej są w świecie Autorytety Moralne, które oświadczają (nie czując dokładnie tej samej śmieszności), że należy zlikwidować w świecie biedę. Że skandalem jest, iż w świecie opływającym w do-statki i duszącym się od nadmiaru żywności – istnieją biedni i ist-nieją głodni. Co najśmieszniejsze: wśród tych komunistów znajdują się przedstawiciele chrześcijaństwa, – wyznania które ongiś twier-dziło odważnie, że bieda jest cnotą! Więcejl Nie dowierzający temu Warszawiacy mogą pójść na Krakowskie Przedmieście i na kościelnym budynku przylegającym do kościoła św. Anny zobaczyć dumny napis: RES SACRA MISER.

Bieda jest Rzeczą Świętą!

Walka z Rzeezą Świętą? No-no!

Co prawda, w świecie, w którym Bóg nie ma być surowym i spra-

wiedliwym sędzią, tylko przemiłym stworzonkiem rodzaju żeńskiego (jak chcą Anglikanie) – wszystko jest możliwe…

78 79

Teraz poważnie – bo niektórzy traktują to bzdurne hasło po-ważnie, i nawet robią z niego „program polityczny”. Ponieważ pod-pisało się pod tym kupę polityków europejskich, dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych i nawet Kapłani Chrześcijaństwa – to wypa-da potraktować to poważnie. Co prawda Wielki Przywódca Mao Ze-Dong powiedział kiedyś np. „Faszystowskie okrucieństwa rządu Nixona wznieciły huraganowy płomień rewolucyjnego ruchu mas pra-cujących Stanów Zjednoczonych” – i trzeba było to traktować po-ważnie tylko dlatego, że ten bałwan rządził miliardem Chińczyków…  Niestety: obawiam się, że w hasło likwidacji biedy wierzy z miliard Bi ałych. . .

Tymczasem likwidacja Biedy jest niemożliwa, bo Bieda jest rzeczą względną. Faceci zamieszkujący podziemne węzły ciepłownicze na osiedlu Wrzeciono w Warszawie lub w Nowym Jorku żyją o Niebo lepiej od greckich królów opiewanych w „Iliadzie”! Widać to np. po średniej długości źycia. W tamtych czasach wynosiła ok. 20 lat!! Nic dziwnego: Boadycea miała w pałacu zimą ok. 5*’C, a Ludwik XIV ok.

10”C. Pożywienie wygrzebywane ze śmietników jest z reguły zdro-

wsze, niż średniowieczne (miejskie – na wsiach było niby zdrowiej,

ale… śmiertelność była wyższa na wsi!). Spaliny są, owszem, niezdro-

we – ale zarazki Czarnej Ospy, Dżumy i Cholery są jeszcze mniej

zdrowe. „Biedni” Murzyni w RPA mieli więcej samochodów, niż

„średnio-zamożni Sowieci. I tak dalej.

Gdybyśmy zlikwidowali (w obecnym pojęciu)Biedę w Polsce, i na-wet najbiedniejszy miałby „malucha”, a najbogatszy tylko „Poloneza” – to niechęć matek do wydawania córek za posiadaczy maluchów, byłaby dokładnie taka sama, jak niechęć rnatek dzisiejszych do wy-dania ich za mieszkańców slumsów. Co więcej: gdyby były tylko te dwa rodzaje samochodów (i dwie kategorie zamożnośei) to pomiędzy nimi ziałaby przepaść niesłychanie trudna do przeskoczenia – i to-warzysko, i finansowo. Proszę zauważyć, jak droga była „Syrenka” w „egalitarnym” społeczeństwie Ery Wielkiego Gawędziarza Ludowe-go, tow. Gomułki (ksywka: „Wiesław”)!

Dlatego postulat likwidacji Biedy to tylko inna forma żądania Urawniłowki. Kto raz postawi sobie takie zadanie, to będzie Biedę likwidował i likwidował – tak długo, aż wszyscy będą mieli równe racje jedzenia w stołówkach i przydziałową kufajkę raz na dwa lata.

Tymczasem w normalnym społeczeństwie rozkład bogactwa jest

normalny – tak samo jak rozkład, powiedzmy, wzrostu. Walka

z tym, że są bogatsi i biedniejsi przypominałoby walkę o to, by pp.

Wałęsa i Olechowski mieli po tyle samo centymetrów!

Nie mówmy więc o Biedzie – lecz o rozpiętości bogactwa. U schył-ku ustrojuw elita metodami politycznymi powiększa swe bogactwa ponad miarę (np. ustanawiając degresywny podatek od własności ziemskiej) – co wywołuje reakcję w postaci żądania urawniłowki właśnie. Tymczasem normalny rozkład jest zdrowy i właściwy.

Ludzie biedni są społeczeństwu potrzebni. To z biedoty wywodzą się jednokrotnie najwybitniejsi ludzie. Oni bowiem chcą awansować!  Uczą się, pracują – i awansują. Bogatym – już tak nie zależy…  Dlatego społeczeństwo złożone z samych bogatych (tzn. ludzi, którzy staliby się bogaci w skali przyswojonej w dzieciństwie) upadłoby w ciągu jednego pokolenia. To biedni najusilniej pracują, są najle-pszymi żołnierzami… Co, oczywiście nie znaczy, że należy dbać o utrzymanie Biedy! Trzeba tylko po prostu z nią nie walczyć!

Na zakończenie powiem rzecz szokującą: istnienie normalnego roz-kładu Bogactwa (i Biedy, rzecz jasna) jest najbardziej potrzebne bied-nym!

Bieda jest rzeczą względną. Człowiek porównuje się z innym człowiekiem – i (z wyjątkiem jednej jedynej osoby na świecie) nie ma takiego biedaka, który nie byłby od kogoś bogatszy. Pracuje ciężko, żyje nędznie – ale ma satysfakcję, gdy ktoś jeszcze mniej zdolny pracując ciężko ma się jeszcze gorzej (lub ktoś zdolniejszy, ale leniwy, popadnie w nędzę straszliwą). Przy normalnym rozkładzie Biedy stosunkowo niewielkim wysiłkiem można piąć się stopień po stopniu w górę – pracując i oszczędzając (oczywiście: nie w s***alistycznym banku!). Proszę to porównać z beznadziejną rozpaczą posiadaczy „maluchów”, którzy swoje wozy mają wpraw-dzie zagwarantowane, ale za to praktycznie nie mają szans prze-siąść się na „Polonezy” (z przykładu wyżej).

A gdyby WSZYSCY mieli gwarantowane powiedzmy średnio:

„Uno”? To by dopiero była beznadzieja! Dziwią się Państwo frustracji PZPR sprzed 10 lat – i ich chęci wyrwania się z systemu uposażeń i przywilejów partyjnych?!?

„Walka z biedą” – to ładnie brzmi jako hasło. I, jak wszystkie chyba hasła Epoki D***kracji, nadaje się wyłącznie na śmietnik. Mó-wiący to człowiek powinien się po prostu – wstydzić.

To wszystko jest jasne i proste – tyle, że dzisiejsi ludzie ogłupieni

d***kracją i telewizją bezmyślnie powtarzają coś odwrotnego. Gdyby

80 81

chwilę pomyśleli… no, nie: w epoce telewizji i komputerów jeszcze myśleć?!?

PIENI*DZ ŁAGODZI OBYCZAJE

(*lankesi) w o*óle nie lubią Murzynór.u (..) i ci*le mnie pytali o psy

*ończe, które mnie ścigaly i o bicie, jakie dostau*alem. A przecież Miss

Scarlett, nigdy w życiu nie dostalem bicia! Pani wie najlepiej, że pan

Gerald nie pozwolilby nikomu podnćeść ręki na Murzyna, który tyle

kosztowal, co,jul

(Margaret Mitchell, „Przeminęło z wiatrem”)

W barbarzyńskich czasach przedfenickich, gdy dwoje spadkobier-ców dziedziczyło dom, znajdowali się w nad wyraz niewygodnej sy-tuacji. Albo jedno musiało się wynieść, albo zabić drugie – albo musieli mieszkać w nim razem, choćby nie mieli ochoty.

Odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądze, dom się po prostu sprzeda-wało, a pieniądze dzielono. Czasem dom – brało jedno – a drugiemu wypłacało dolę w gotówce. Trudno dziś nawet wyobrazić sobie trudności jakie mieli ludzie przed wynalezieniem pieniądza – tak jak trudno wyobrazić sobie liczenie bez zera (a zero wynaleziono w wiele lat po narodzeniu Chrystusa…)

Dalszym zyskiem z pieniądza jest rynek. Mam opony – a brak mi przedniej szyby. Bez pieniędzy musiałbym szukać jegomościa, któ-ry akurat ma szybę, a brak mu opon – z minimalną szansą. Teraz po prostu sprzedaję jak najdrożej (czyli temu, komu opony są naj-bardziej potrzebne ) – i kupuję szybę (jak najtaniej – tj. od tego komu jest ona najmniej potrzebna). Bez pieniądza to najsprawiedli-wsze społeczne rozwiązanie byłoby nie do znalezienia!

(Tak nawiasem; gdy wymieniam opony na szybę – to nie płacę po-

datku, natomiast sprzedając opony i kupując szybę powinienem – teo-

retycznie – zapłacić go dwukrotnie. Dlaczego nasz fiskus tępi

racjonalne transakcje? Z zasadniczych powodów doktrynalnych: ideałem

82

socjalizmu jest wspólnota pierwotna – a ta, jak wiadomo, pieniądza nie znała. CBDO).

Gdy w dawnych – i nie tylko w dawnych – czasach oblegano

miasto, to obydwie strony były w takiej samej sytuacji, jak spadko-

– ‘ biercy domu: wszystko – lub nic. Potem możliwy był już kompromis: płaciło się okup, być może nawet większy, niż zysk ze splądrowania miasta – ale na pewno mniejszy, niż straty mieszkańców! Czasem jeszcze mniejszy – Obydwie strony starannie rozważały szansę upadku twierdzy, nadejścia posiłków – i dochodziły zazwyczaj do rozsądnego rozwiązania, co oszczędzało wiele wysiłku i ratowało życie wielu ludziom.

A zadajmy sobie teraz pytanie: dlaczego w Wiekach Średnich tak mało ludzi ginęło na polu walki? W bitwie pod Grunwaldem zginęło bodaj czterdziestu polskich rycerzy – a była to bitwa gigantyczna!  Wiele mówi się o głębokim wpływie chrześcijaństwa, o kodeksie ry-cerskim, o poszanowaniu się wzajemnym zawodowców od miecza-ale główna przyczyna była prosta: za jeńca brało się okup – i to zazwyczaj wysoki. Zabijanie rozbrojonego przeciwnika było wiec non-sensem. Dziś, gdy z oburzeniem odrzucamy handel ludźmi – jeńców masowo się wyrzyna. Ciekawe, że mało kto dostrzega związek między tymi faktami.

Handel ludźmi jest dziś potępiony i nawet formalnie zakazany prze międzynarodowe konwencje. Ciekawe, że również np. Adolf Hit-ler potępiał te burżuazyjne obyczaje – i na sposób swoiście moralnie czysty ludzi mordował… Ja tam wolę brudne obyczaje kupieckie.  Podobnie z tak kontrowersyjnym problemem, jak zabijanie niena-rodzonych dzieci. Ludzie, przecież za niemowlaka płacą po pięćdzie-siąt tysięcy dolarów!! Mimo to Urzędnicy-Moraliści nie dopuszczają do tego niemoralnego handlu – natomiast zupełnie nie przeszkadza im rzeź niewiniątek! Jest to tak absurdalne, że niczym poza nienawiścią do wszystkich wynalazków z epoki późniejszej niż wspól-nota pierwotna (i ewentualnie wczesne niewolnictwo) nie mogę sobie tego wytłumaczyć!

Podobnie jest ze sprawą wyboru lekarza. Szlachetni Moraliści do-magają się medycyny bezpłatnej – co dało skutek dla ekonomisty oczywisty: ruinę zawodu. Zajmijmy się jednak nie gospodarką – lecz moralnością.

Otóż – jak wiadomo – lekarz lekarzowi nierówny. Gdy opieka

lekarska jest płatna – do najlepszego lekarza idzie ten, kto ma

83

najwięcej pieniędzy. W państwie źle rządzonym nie jest wstyd być biednym – mówili Grecy – ale w normalnym państwie więcej pie-niędzy płaci ten, kto albo ma ich więcej (a więc więcej wyprodukował dla społeczeństwa), albo więcej skłonny jest wydać (bo nie każdy dba jednakowo o swoje życie!), albo ma więcej przyjaciół gotowych zań zapłacić – innymi słowy: do drogiego medyka dostaje się człowiek przez społeczeństwo oceniony jako lepszy, lub ten, co bardziej tego potrzebuj e.

Z medycyną bezpłatną pojawia się trudny problem, który w formie skrajnej można ująć tak: Najlepszy lekarz może przyjąć jednego pa-cjenta – a porady jego potrzebuje koniecznie dwóch. Którego ów le-karz ma leczyć?

W efekcie przed gabinetem najlepszych lekarzy tworzą się długie kolejki – gdy mój kolega chciał zapisać się w czerwcu do spółdziel-czego kardiologa – dostał numerek na koniec sierpnia! Na niejakie szczęście istnieją jeszcze łapówki, „prezenty” itp. – toteż kolega mój jeszcze żyje. To było do lekarza za – niewielkie – pieniądze. Co się dzieje w przychodniach leczących za darmo? A przecież jest jasne, że ¾ miejsc w kolejce do dobrego lekarza zajmują osoby, które nie muszą korzystać z jego usług. Ale jak im wytłumaczyć, że nie muszą iść do najlepszego lekarza – przecież darmowa opieka jest dla wszy-stkich!

Jest to okropna niesprawiedliwość społeczna – ale… jeszcze gorzej wygląda to z punktu widzenia lekarza! Stoi przed jego gabinetem dwóch chorych – a przyjąć może tylko jednego. Otóż jest to niemal taka sama sytuacja, jak sytuacja lekarzy w Oświęcimiu dokonujących selekcji: do gazu – czy do pracy dla IG Farbenindustrie?

Piszę: „niemal” – bo moralna sytuacja tego lekarza jest jeszcze gorsza!!! Tak – selekcjonujący do gazu wiedział, że nieszczęśnik skie-rowany do pracy ma nadal ponad 50-proc. szansę śmierci w kacecie.  Tu natomiast, jeśli jednemu z tych dwóch pomoże – to go prawie na pewno uratuje!

Dlatego lekarze nie chcą być w tej – pozornie luksusowej – sy-

tuacji Pana Życia i Śmierci. Lekarz chce, by cenę jego usług kształto-

wało Prawo Podaży i Popytu, dzięki któremu kolejka przed jegn

gabinetem jest dokładnie tak długa, jak wielka jest jego energia do

pracy. Gdzieś tam, oczywiście, są nieszczęśnicy, których nie stać na

jego usługi – i umrą. Oddziela ich od nich sekretarka – oraz

świadomość, że pracuje na pełnych obrotach, gdyby zaś przyjmował

– wg losowania, to umarłoby więcej chorych (bo wśród wylosowanych byłyby mniej ciężkie przypadki) – zaś życie pacjenta ubogiego jest warte dla lekarza dokłądnie tyle co życie bogatego, i nie będzie poświęcał cztereeh milionerów, by uratować trzech żebraków (i tracić , czas na cz*vartego, który tej opieki wcale nie potrzebuje).  Proszę zauważyć, że wyłączenie mechanizmu rynkowego daje fa-talne skutki pomimo że decyzja jest całkowicie zdecentralizowana i zindywidualizowana ( bo pozostawiona lekarzowi).  W rzeczywistości pieniądz i tu się wciska, ratując sytuację. Lekarz rozumujący jak członek cywilizacji postfenickiej, bierze pieniądze (nb.  dzięki temu bogaci płacą za lekarza – ale ze szpitali itp. korzystają już za darmo, kosztem biednych – oto paradoks socjalizmu) – nato-miast lekarz o sumieniu mimozy godzi się na rozwiązanie pt. „kolejka”.  Po czym może już śmiało nie wiedzieć, że i tu istnieją stacze gotowi za parędziesiąt lub paręset tysięcy odstąpić swoje miejsce naprawdę potrzebującemu lub odpowiednio zaopatrzonemu w gotówkę…  Następny przykład XX-wiecznego barbarzyństwa – to bezpłatne studia. Jak wiadomo ze statystyki, gros studentów wywodzi się z ro-dzin średniozamożnych (co całkiem zrozumiałe, gdyż ojciec nie mający dość pomyślunku, by zapewnić rodzinie przynajmniej średni standard, ma też zazwyczaj syna niezbyt rozgarniętego – lub też nie stwarza w domu klimatu sprzyjającego rozwojowi intelektu).  Dzieci biedaków idą do pracy najczęściej w wieku 17-tu lub 18-tu lat – i płacą podatki na tych zamożniejszych od siebie!!!  Socjaliści próbowali przeciwdziałać temu, utrzymując dla równo-wagi zaniżone pensje absolwentów, z wyzysku których z kolei dopłacało się do biedaków (ale czy do tych samych?). Jednakże ab-solwenci – to nie frajerzy. Zamiast pracować w zawodzie zaczęli zakładać butiki, fabryki – lub wyjeżdżać za granicę.  Na to znów wymyślono zakaz zatrudniania absolwentów (nawet jako prostych robotników!), zakaz wydawania im koncesji i zakaz wy-jazdu za granicę. Ta paraliżująca życie koncepcja leży obecnie w gru-zach – ale za to kosztowne wykształcenie marnuje się lub ucieka z kraju. . .

„Pomysł”, by za studia płacić, i to różnie za różne, według Prawa Popytu i Podaży, jakoś przyjąć się nie może, choć podsuwa się decy-dentom elementarne rozwiązanie: pożyczki na studia. Student co se-mestr podpisywałby wekselek – oprocentowany, oczywiście-a gdyby po studiach chciał wyjechać – proszę bardzo, wolna droga!

84 85

Jednak weksel to nie bliżej nieokreślona „wdzięczność za wykształcenie” – i egzekwować go można we wszystkich cywilizowanych krajach.

Od razu oczyściłaby się atmosfera. Uniwersytet w Pcimiu kształci absolwentów rozchwytywanych w USA? No, to czesne byłoby tam bardzo wysokie, Skarb (lub ludzie prywatni!) robiliby świetne inte-resy na pożyczkach dla zdolnych maturzystów – a podatnik nie mu-siałby do tego dopłacać! Pan natomiast miałby pieniądze na rozwój i nie musiałby żebrać w Ministerstwie Zarządzającym Chodzeniem do Szkół.

Aleksy de Tocqueville, jeden z największych historiozofów i socjo-logów, powiedział: „Im bardziej oświecone staje się społeczeństwo cy-wilne – w tym większym barbarzyństwie grzęźnie społeczeństwo polityczne”. Co byśmy powiedzieli o jegomościu wysoce zdolnym, sprawnym i wykształconym, który wyłączyłby rozrząd w samocho-dzie i, dufny w swe umiejętności, ręcznie włączał prąd do świec, wtry-skiwał mieszankę do cylindrów… Orzeklibyśmy bez wątpienia: wariat!

Pieniądz jest rozrządem społeczeństwa. Umożliwia kierowanie ludźmi tam, gdzie są najbardziej potrzebni. Gdy jednak pojawiają się ludzie typu p. prof. Kurowickiego lub doc. Bugaja, domagający się wyłączenia tego rozrządu i przejścia na ręczne sterowanie – to za-miast „Wariaci!” mówimy: „Przedstawiciele postępowego kierunku w myśli ekonomicznej”.

W naszym samochodzie wyłączono motor – czyli zysk. Wyłączono częściowo rozrząd – czyli pieniądz. Wyłączono kierownicę – która stanowią ruchome ceny. A potem pretensje, że pojazd nie działa!

Gdy wiec dojdzie do jedzenia chrabąszczy i ogryzania młodych pędów lipy, pamiętajmy o powiedzeniu Kisiela: „To nie kryzys – to REZULTAT”.

ŻYC NA WŁASNY RACHUNEK

„Nie ma to jak na wsi!” – rozmarzył się mój znajomy – „powietrze czyste, trawa zielona, świeże mleko i jaja… Chleb można sobie sa-memu upiec, świniaka ubić…”

Czym prędzej spytałem go, czemu jeszcze na wieś nie wyjechał?

Odpowiedź mglista była i wykrętna – jasno z niej wynikała jedno:

ten człowiek nie miał pojęcia, czemu wybrał miasto. Niezależnie jed-nak od tego, czy wybór ludzi jest w większości świadomy czy podświadomy, coś nań wpływa. Pomyślmy, co?

Jako założenie przyjmuję, ze wszelka gadanina: Na wsi jest obie-ktywnie lepiej, tylko niedoskonałość ludzka nie pozwala tego do-strzec, nie nadaje się do dyskusji. Po ludzku „lepiej” ma ściśle określony sens: jeśli mieszkańcy Pcimia Dolnego przenoszą się do Górnego – to lepiej jest w Górnym; zadaniem nauki nie jest robienie z białego czarne, lecz badanie, dlaczego się przenoszą (o ile w ogóle warto się tym zajmować, co wcale nie jest oczywiste!).

Popularnym wyjaśnieniem była kreacja mitu „Miasto jest bardziej nowoczesne, postępowe, kulturalne… – itd”. Chodzi, powtarzam o mit – czyli to, co w powyższej charakterystyce odbiega od rzeczywistości. Istotnie, ludzie ongiś kupowali gorszy, brzydszy, droższy i mniej wygodny fotel – tylko dlatego, że był „nowoczesny”.  Być może tłumaczy to część pędu ze wsi do miast.

Na całym świecie – poza najwyżej rozwiniętymi krajami – ob-serwuje się tę ucieczkę. Choć jestem pozytywistą stoję na wspólnym stanowisku z marksistami: tu muszą grać rolę potężniejsze czynniki!  Oczywiście część tej ucieczki jest ekonomicznie uzasadniona – prob-lem w wyjaśnieniu motywów pozostałej części. Pomówmy jednak-przepraszam za brzydkie słowo – o pieniądzach.

Od zarania dziejów rolników łupiono – zaczęło się więc im kalku-lować opłacanie podatków na utrzymanie zbrojnej drużyny, chro-niącej swoich chłopów (a, w miarę możliwości, łupiącej obcych).  Koszty zbroi były bardzo wysokie – być może proporcjonalnie wyższe niż dziś cena bomby atomowej – ale per saldo to się opłaciło. Aż do czasów nowożytnych mniej więcej wiadomo było ile ten koszt wynosi i kto go pokrywa.

Przyszły jednak czasy Jana Maynarda Keynesa. Państwa rezyg-

nowały z waluty złotej, zaczęły dowolnie manipulować cenami, po-

datkami i płacami, z czego powstał niesamowity galimatias. Nie chcę

tu poruszać generalnego problemu: polityki cenowej, wyjątkowo dla

wsi niekorzystnej. Chcę pokazać – znów nie poruszając zagadnienia

kosztów uprzemysłowienia i jego sensowności – jak te sumy

86 g*

wpływają do miast i jak są spożytkowane.Mechanizm ich wypływu           **dn. Otóż teatry są u nas defcytowe! Nie wiem,ile p.minister

ze wsi zilustruję tylko w dwóch przykładach:                            kultury,wyjmuje rocznie ze skarbu państwa,na subwencje dla te-

l. Hasło „Tania żywność dla ludności”,brzmi zachęcająco – a dla         atrów i kin – ale jest jasne,że dofnansowuje w ten sposób przede

realizacji nie wymaga wcale drakońskiej kontroli cen.Najdemokra-        wszystkim m_ ieszkańców miast. Lepiej zaś być tym,do kogo się

tyczniejsze państwa świata przeprowadziły tę operację niejednokrot-     _ dopłaca…

nie np. uchwalając w imię tego hasła subwencjonowany import             Tu znów refleksja.Po bilety (względnie tanie przecież) czeka się

żywności.Ceny spadały wówczas automatycznie.W rzeczywistości oz-        nieraz całymi godzinami w kolejkach – lub marnuje czas całemu

naczało to jednak,że wszyscy w formie takich czy innych podatków        łańcuszkowi ustosunkowanych znajomych.W efekeie to subwencjo-

wpłacili po 500złotych do skarbu państwa dla pokrycia kosztów sub-      nowanie sprowadza się do tego,że chłop płaci za to,by mieszczuch

wencji – a skorzystali na tym mieszkańcy miast; jeśli mieszczuchów      miał wystawać w kolejkach do kas!

jest 50% to operacja „subwencja” równoważna byłaby wyjęciu z kie-       Dalej.Infrastruktura.Od lat – również,a nawet zwłaszcza z Za-

szenia każdego rolnika 250złotych i wsadzenia do kieszeni mieszcza-     chodu – słyszę,że np.kanalizację musi finansować państwo,gdyż

nina 200złotych.Brakujące do rachunku 50złotych marnowało się           dla kapitału prywatnego jest to inwestycja nieopłacalna.Dlaczego?

na utrzymanie tych,co operację wymyślili i przeprowadzili: biurokra-    Otóż dlatego,że opłaty za korzystanie z niej są sztucznie zaniżane.

tów.                                                                    Podobnie zresztą jest na Zachodzie,gdzie pod naciskiem mas miej-

2. Hasło „Ochrona rodzimego przemysłu” też jest popularna.Jeśli         skich,parlamenty uchwalały minimalne ceny za mieszkania,kana-

jednak cłem obłożyć import traktorów,to cena ich idzie w górę – co      łizację itp.Gdybym płacił nie 6groszy a np.40groszy – to różnicy

znów oznacza przelew pieniędzy z kieszeni użytkowników traktorów        bym nie odczuł,a kanalizacja stałaby się zapewne rentowna i nie

do kieszeni ich producentów.                                            byłaby w tak katastrofalnym stanie w jakim jest obecnie.Czy należy

Oczywiśeie możliwe są operacje odwrotne – acz w praktyce spo-           się dziwić, że ludzie wolą mieszkać w domu z sedesem – ze

tyka się je znacznie rzadziej.Nadmienię tylko,że z powodów doktry-      świadomością,że do każdego pociągnięcia za sznurek dopłaca ktoś

nalnych (chodzi m.in.o te 50złotych…) przeciwny jestem wszelkim       chodzący do wychodka?

formom ceł i subwencji – i wracam do tematu zasadniczego.               A teraz proszę sobie porównać koszt metra sześciennego ciepłej

wody z elektrociepłowni,z kłopotem,jaki na wsi sprawia jego otrzy-

manie. Podgrzałby Pan, Czytelniku, i targał wiadrem metr

Zacznijmy od miejskiej komunikacji.Co by o niej nie mówić –             sześcienny wody za 90groszy?

lepiej jest chodzić niż jeździć; dowodzi tego fakt,że ludziska klną –   A przekaźniki telewizyjne? Rozmieszczone są (i jest to słuszne)

tłoczą się do tramwajów.Nawet na jeden przystanek.                      w pobliżu wielkich skupisk ludności,a więc odbiór powinien być le-

Do komunikacji w mym mieście dopłaca się rocznie miliardy zło-          pszy (pomijając zakłócenia,za co chłop w końcu nie jest odpowie-

tych,co oznacza tysiące złotych rocznie na jednego mieszkańca.Czy       dzialny).Abonament zaś telewizyjny jest,zdaje się (nie wiem,bo nie

można się dziwić,że chłop chce uciec do miasta? Nie można.Każdy         mam telewizora),jednakowy dla wszystkich.W tym przypadku po-

woli,by do niego dopłacano niż by on sam do kogoś dopłacał!             siadacz „źle” usytuowanego odbiornika dopłaca do tego,by telewizji

Ponieważ komunikacja jest deficytowa,władze nie mają interesu           nie opłacało się o niego dbać…Nie mówię,że mam na to jakiś sposób

w jej rozwijaniu i czynią to wyłącznie pod naciskiem społecznym.To      – stwierdzam fakt: nawet w jakich drobiazgach chłop dopłaca do

samo tyczy zresztą oświaty,służby zdrowia i podobnych dziedzin.         mieszczucha.(A może wprowadzić abonament odwrotnie proporcjo-

Innymi słowy: chłop dopłaca do tego,żeby mieszczuch miał…marną        nalny od dystansu osi przekaźnika?)

komunikację.                                                            W ten sposób mógłbym niemal bez końca.Pora jednak na wniosek.

Dalej.Teatry i kina.Teatrów w mieście jest więcej niż na wsi –          *vierdzę,że ludność ucieka do miast nie dlatego,że w mieście żyje

nieprawdaż? – a chłop idąc do teatru musi dopłacać koszt swojego do-

88 89

się w komforeie – a dlatego, że za ów komfort płaci wielokroć za-

niżoną cenę!

Po diagnozie pora na receptę. Sądzę, że czas, byśmy zaczęli żyć

na własny rachunek. Do tego konieczne jest, by – po wpłaceniu do

skarbu państwa sum niezbędnych na utrzymanie wojska i policji-

oraz znacznie zreduko*vanej administracji centralnej – reszta dzia-

łalności finansowana była z podatków lokalnych, gminnych i miej-

skich, pozostających w gestu lokalnych władz.

Jest kwestią należą*ą do decyzji władz miejskich, czy bilety tram-

wajowe zdrożeją do realnego kosztu – czy będą subwencjonowane.

Jeśli jednak będzie się do nich dopłacać – to z kieszeni samych po-

datników miejskich – i ten podatek bardzo wzrośnie. W każdym ra-

zie nie korzystający z tego dobrodziejstwa dopłacać doń nie będą. I to

będzie sprawiedliwe.

Zdaję sobie sprawę, że argument sprawiedliwości nie przemawia

do technokratów – choć powinien, gdyż pojęcie sprawiedliwości po-

wstało przez wieki w ten sposób, że oznaczano nim działania korzy-

stne dla społeczności. Dla ciasnych umysłów wyliczę więc kilka

praktycznych takiego systemu korzyści:

l. Można by znie5ć upokarzające ograniczenia meldunkowe. Wy-

soki (w porównaniu z gminnym) podatek miejski automatycznie rów-

noważył korzyści i ograniczał napływ chętnych. Wątpiącym

przypominam, że właśnie wysokie (i progresywne…) podatki miejskie

doprowadziły do wyludnienia się Nowego Jorku i innych metropolii

amerykańskich.

2. Wraz z drażliwym problemem „Kto do kogo dopłaca” znikłyby

podstawy błędnych decyzji gospodarczych. Dziś bowiem przemysł

ciągnie do miast, gdzie dysponuje sztucznie tanią infrastrukturą. Za-

miast „forsownej deglomeracji” zwykły rachunek ekonomiczny dopro-

wadziłby np. do japońskiego systemu drobnych kooperantów po

wsiach. Dlaczego chłopo-robotnicy mają jeździć do roboty, gdy taniej

i wygodniej robota może przyjść do nich?

3. Władze lokalne zyskałyby realne podstawy do zapowiedzianego

w exposees rządowych samorządu. Nie można w nieskończoność

traktować społeczeństwa jako grupy małych dzieci. Młodzież zaś usa-

modzielnia się, gdy dostaje do ręki własne pieniądze.

Musimy – powtarzam się – żyć na własny rachunek. Jeśli grozi

nam głód, a ehłop pracuje dwa razy ciężej od robotnika – to musi

zarabiać trzy razy tle, by ściągnęło to na rolę dostateczną liczbę za-

radńych i przedsiębiorczych ludzi. Nie trzeba przy tym dekretować;

sam rynek ureguluje ten problem, znowu. Wystarczy, by administra-

cja przestała przeszkadzać.

Obecny system ściągania od pracowników pieniędzy (od pracowni-

ków, nie od obywateli: w ten sposób system podatkowy faworyzuje

nierobów!) – a następnie przydzielania ich w formie dotacji, prowadzi

do gigantycznego marnotrawstwa, gdyż lepszy był ten, kto więcej-

prawdziwych lub rzekomych – potrzeb społecznych wymyślił i pla-

styczniej (co niekoniecznie znaczy: do ręki) przedstawił je dystrybuto-

rom bogactw. Ci ostatni z natury rzeczy podatni są na argumenty

mieszczan – zarówno industrialistów jak i biurokratów – gdyż wśród

nich mieszkają. Nie przypadkiem też zazwyczaj znakomicie powodzi

się krajom, które stolicę przeniosły do małej mieściny (stolicą Australu

nie jest ani Sydney, ani Melbourne, podobnie z Kanadą – a i Wa-

szyngton nie był dużym miastem; w miarę jak obrastał w biurokracje

pogarszała się polityka gospodarcza Stanów Zjednoczonych…).

Musimy żyć na własny rachunek. Własny garnuszek uczy bowiem

gospodarności. A to już jest coś – może nawet: wiele?

EKSPORT DLA KRÓLA PRUSlO

Dziś głosi się tezę, iż dobrobyt państwa zależy od wielkości eksportu.

„Eksportować by żyć!” – czytamy w nagłówkach „Eksportować za

wszelką cenę – by spłacić wiszące długi i zdobyć na import”-

słyszymy.

10 Tekst niniejszy, opublikowany 1R wr Leśnia 1983 r. w tygodniku „Ład” przytoczony

zostaje w wersji całkowicie niezmienionej lwraz z z ozttaczonymi i nieoznaczonymi

ingerencjami patistwowej cenzury) m.in. po to, al*y udowodnić, że 1* nawet w la-

tach stanu wojennego pomimo represji i cenzury możliwa była w Polsce otwarta

i konkretna dyskus,ja na tematy gospodarcze oraz 2* jak w rzeczywistości niewiele

– pomimo upływu dwunastu burzliwycli lat i szumuycli deklaracji o „upadku ko-munizmu” i „wprowadzeniu wolnego rynku” – się w gospodan’e zntieniło…

90 91

Nasi działacze gospodarczy dali się ogłupić – przede wszystkim Zachodowi. To stamtąd pochodzi następujący styl sprawozdań:

„Rurytanii udało się w III kwartale osiagnąć dużą nadwyżkę hand-lową” (tzn. więcej wywieźć, niż przywieźć), lub:

„Już trzeci rok z rzędu bilans handlowy Fuksemburga jest uje-mny” (czyli Fuksemburg więcej sprowadza, niż wywozi za granicę).

Tymczasem chwila namysłu wystarcza, by uświadomić sobie, że implikowane tymi stwierdzeniami wartościowanie jest absurdalne.  Celem organizmu gospodarczego jest zapewnienie jego członkom nie jak najmniejszej, lecz jak największej ilości dóbr! A zatem każda wy-wieziona za granicę maszyna, bombka choinkowa, tona węgla, czy świnia – to nie zysk, lecz strata.

W zamian za ów towar eksportujący dostaje pieniądze, ale nie są one celem ostatecznym. Gdybyśmy zobowiązali się, że otrzymy-wanych zza granicy pieniędzy nigdy za granicę z powrotem nie puścimy, to wszystkie banki światowe na wyścigi zaczęłyby nam sprzedawać całe tony yenów, marek i dolarów – po kosztach pro-dukcji plus parę procent zysku… Pieniądze są tylko po to, by uzyskać za nie inne towary – teraz lub później lub wcześniej, na kredyt).

Ostatecznie więc wymienia się towary za towar (również złoto!).  Zysk handlowca pochodzi stąd, że różne towary mają różną subie-ktywną wartość u różnych osób i całych narodów.

Przypuśćmy, że na po?ach Fuksemburga i Rurytanii rosną sobie Kwadratowe i Trójkątne Bąbelki. Koszt ich zasiania i zbioru jest taki sam. Jeśli jednak Rurytańczycy wolą Bąbelki Trójkątne, a Fuksem-burgijczycy – Kwadratowe, to eksport-import stanie się opłacalny, jeżeli owa subiektywna różnica pokryje koszt transportu. Rzecz jasna – prędko oba narody dojdą do wniosku, że prościej jest obsiewać pola w proporcji odpowiadającej upodobaniom lokalnym – ale nie ze wszystkim da się to zrobić.

Niektóre przedmioty z uwagi na dostęp do surowców, talenty pra-cowników itp., taniej robi się w Rurytanii – a inne w Fuksemburgu.  Jeśli różnica kosztów produkcji pokrywa koszt transportu – to za-pewne rozwinie się obustronnie korzystny handel.

To wszystko nastąpi pod warunkiem, że rządy obu państw nie wprowadzą jakiś restrykcji – oraz, że poziom cen w obydwu krajach kształtuje się swobodnie, zgodnie z prawem podaży i popytu. Jeśli tak nie jest, to możliwe są – a nawet nieuniknione – paradoksy.

Móże się zdarzyć, że handel rozwinie się – i będzie dla obu stron

nieopłacalny. Jeśli p. min. Krasiński wprowadzi w życie „zre-

I1

* formowane” ceny, to opłacalnym stanie się np. import do Polski cukru z Francji – i eksport do Francji polskich win! Widok wagonów z cukrem wymienianych na beczki z winem w tym kierunku jest do-statecznie absurdalny.

Prof. Aleksander Legatowicz zauważył niedawno („Przegląd Tech-niczny”), że winniśmy Bogu dziękować, iż istnieje choć jeden kraj kapitalistyczny – bo dzięki temu wiemy, ile co kosztować powinno.  Istotnie: publikowano przed dziesięciu laty w naszej prasie przykład z jednego z sąsiadujących na południu państw. Istniała tam znako-micie prosperująca centrala HZ zajmująca się m.in. skupem za dolary hebanu, który następnie z zyskiem odsprzedawała centrali handlu wewnętrznego. Ta żyła ze sprzedaży tego cennego surowca fabryce która utrzymywała się z produkcji gustownych hebanowych mebel-ków. Sprzedawała je innej centrali HW, która sprzedawała je innej centrali HZ, która zarabiała dla kraju ciężkie dewizy sprzedając je kapitalistom.

Z tym – że jak wykazała analiza – więcej płacono za kilogram hebanu surowego, niż uzyskiwano za kilogram hebanu w meblu!  Wykrycie tego było możliwe, gdyż kupno i sprzedaż dało się przeliczyć na dolary. Jeśli jednak np. Ruminia zechce wymienić ce-ramiczne wyroby z Oltenii na mongolski kumys – to sprawa jest beznadziejna! Nikt nie dowie się, czy przypadkiem kumysu nie można w Rumunii produkować takiej, niż w Mongolii, gdyż słowo „taniej” nie ma żadnego sensu! Ceny w obydwu krajach są sztuczne, kurs lei do tugrika takoż… W gruncie rzeczy należy czoło chylić przed niektórymi przedstawicielami naszego handlu zagranicznego, którzy wbrew wszelkim przelicznikom załatwiają transakcje na nosa. Nie zawsze trafiają – a większość woli nie ryzykować: formalnie rzecz biorąc ryzykują wieloma latami więzienia.

W tym stanie rzeczy trudno się dziwić, że handel (…) nie osiąga przewidywanych rozmiarów.

11 Zdzisław Krasiński, minist.er d/s cen(!) w rządzie gen. Jaruzełskiego (1982)

zasłynął stwierdzeniem o „cłirupiącycłt bułeczkacłi”, którycli obecnością – wów-

czas niespotykaną – zaowocować miała wprowadzona pxzezeli „reforma” cenowa.

92 93

Teoretycznie metodologia (…) pozwala na takie wyliczenia. Trzeba

mianowicie przeliczyć wszystko na godziny pracy. Jednak w praktyce

wyliczenie, ile w litrze kumysu tkwi pracy pastucha, ile selekcjonera

stada (oraz jego nauczycieli i tych, co budowali uczelnie, na których

selekcjoner się kształcił – a także architekta, który te uczelnie pro-

jektował itd) – jest beznadziejne – a i w teorii powstają trudności

gdyż pastuch, selekcjoner, dojarka i architekt również piją… kumys; a wreszcie powstaje pytanie, czy godzina pracy w klimacie mongol-skim warta jest godziny pracy w Oltenii!!

Nie musi przy tym dochodzić do skrajności. Transakcja może b ć

nawet „opłacalna” i dać zysk, np. 6%. Jednak zamiast jej można było zapewne zawrzeć inną transakcję dającą zysk 20%. Jest to relatywna strata, która nie zostanie zapisana w żadnej księdze buchalteryjnej.  Wszystko to – oczywiście – przy optymistycznym założeniu, że te zyski dało się w ogóle policzyć!

Są to koszty, które oceniam na miliardy dolarów i rubli – płacone nie wskutek złej woli, niedbalstwa, korupcji lub oszustwa, lecz wsku-tek subiektywnej niemożności zawarcia optymalnej transakcji.

Zawrzeć jej nie można, gdyż nie sposób policzyć, która jest optymal-

na… Tyczy to zwłaszcza obrotów między krajami o niewymienialnej

walucie i regulowanych cenach – ale również na styku z krajami

tzw. „wolnego świata”. A także – o czym za chwilę – transakcji między tymi ostatnimi.

Powróćmy do istoty handlu. Polega on na wymianie – o czym zapominają nieraz nie tylko publicyści, lecz i praktycy gospodarczy.  Szczególnie groźnie wygląda sprawa surowców. Otóż przy liczeniu opłacalności transakcji, ceny surowca nie liczy się w ogóle!!! Innymi słowy: gdy stoimy przed alternatywą – wymienić tonę węgla na 100 dolarów – czy nie? – to wliczamy koszt wydobycia tej tony, jej trans-portu, ale nie liczymy kosztu węgla leżącego w ziemi!

Jest to błąd podstawowy. Przypuśćmy, że pod moim skrawkiem ziemi znajduje się milion ton węgla. Posiadłość ta warta jest wiele.  Tyle, ile zaoferuje firma gotowa zapłacić mi za pozwolenie wybrania całości pokładu (lub za całą posiadłość minus cena takiejż posesji bez węgla). A zatem każda tona węgla warta jest milionową część tej sumy (ściślej: tony łatwiejsze do wydobycia warte są więcej, a te któ-rych wydobycie jest ekonomicznie nieopłacalne są bez wartości).

Przypuśćmy, że wartośe ta wynosi średnio 15 dolarów. Przy-

puśćmy, że udało się obiektywnie przeliczyć koszt wydobycia i trans-

94

– pórtu na $ 75. Jeśli kosztu surowca nie wliczymy, to z włożonych w interes $ 75 uzyskujemy $ 25, co daje całkiem przyzwoity zysk 33%. Jeśli, jednak wliczymy owe $ 15, to wkładamy w business $ 90 – a uzyskujemy $ 10… Wydaje się, że bardziej opłacalne byłoby skie– rowanie górników do wyplatania wiklinowych koszyków (co też jest pracą ciężką!) i innych zawodów, gdzie można osiągnąć łatwo 20% zysku od kapitału…

Skąd różnica? Różnicę zapłacą nasze dzieci i wnuki! Po prostu: nie będą miały węgla! Innymi słowy: górnik nabywa się pylicy po to, by Polska w przyszłości była biedniejsza – a nabywcy polskiego węgla byli za granicą bogatsi! Przy tym założeniu oczywiście.  Tak! Jeśli oni swoich górników zwolnią i przeniosą do zyskowniej-szego zawodu, zaś po $ 100 kupią nasz węgiel to różnica pozostanie w ich kieszeni (a właściwie po większej części w węglu zachowanym pod ziemią na czarną godzinę). Dokładnie tak samo, jak byśmy sub-wencjonowali eksport węgla – z tym tylko, że subwencja płynie w tym przypadku nie z kasy naszej, lecz naszych potomnychl Trudno ocenić, czy to założenie jest realne. Trudno to w Polsce obliczyć, gdyż nie mamy rynku surowców ani siły roboczej. Jeśli do-mniemywam, że tak jest, to dlatego, że kraje, w których ten rynek jako-tako funkcjonuje – swoje kopalnie właśnie zamykają. Jest wszakże teoretycznie marginalna możliwość – że tam wydobycie nie jest opłacalne – a u nas (wraz z kosztami transportu) jednak jest.  Nie ma jednak chyba sposobu obliczenia tego. (- – -) (Ustawa o kontroli publikacji i widowisk z dnia 31.VII.1981 r., art. 2, pkt 1 (Dz. U. nr 20, poz. 99; zm. 1983 r., nr 44, poz. 204)).  Tu zahaczyłem o problem subwencji eksportu – i związanych z tym restrykcji. Bardzo wiele „kapitalistycznych” państw prowadzi politykę popierania eksportu – a za to broni się przed subwencjo-nowanymi towarami.

Jest to kompletny absurd. Rozpatrzmy to na przykładzie prez.

Reagana, który doszedł do prezydentury pod hasłem „obrony wolnego

handlu” (co powtórzył i w Williamsburgu) – ale jednocześnie nałożył

ů restrykcje na francuskie produkty rolne, europejską i koreańską stal

. oraz japońskie tekstylia.

Przypuśćmy, że Japończycy bez ograniczeń sprzedadzą USA swe

perkaliki. Co za to otrzymają? Dolary. Co z nimi zrobią? Jeśli wykleją

nimi ściany swych papierowych domów – to Amerykanie dostali per-

kaliki za darmo (jeśli nie liczyć kosztu druku banknotów). Mogą

95

oczywiście, kupić za dolary coś np. w Finlandu – ale dopóki pie-niądze te nie wrócą do USA nic nie obchodzi to Amerykanów! Jedyne, co mogą zrobić, to kupić za nie amerykańskie towary.

Tak więc hamując import z Japonu Reagan hamuje w istocie eks-port amerykański. Ze szkodą dla obydwu państw.

No, dobrze – ale Japończycy sprzedają taniej, gdyż są subwencjo-nowani… No, to tym lepiej dla Amerykanów! Za tę samą ilość te-kstyliów Japończycy dostaną mniej pieniędzy, a zatem kupią mniej indyków, kowbojskich kapeluszy i innych eksportowanych przez USA do Japonu towarów.

Każdy yen subwencji do jarda japońskiej tkaniny, to prezent od rządu Japonu dla amerykańskiej gospodyni domowej. Natomiast prez. Reagan stara się tę gospodynię zniszczyć!

Jest charakterystyczne, że tam, gdzie prezydent RR odstąpił od swej zasadniczo wolnorynkowej koncepcji, tam poniósł porażki. Przy-kładem może być embargo na zboże do ZSRR, gdzie został przez wiceministra gospodarki radzieckiej pouczony… o dobroczynnym wpływie wolnego handlu i obecnie pod naciskiem farmerów sam przyszedł do woza. Podobnie z walką z rurociągiem…

Wskazuje to, że neoprawicowiec zaślepił w Reaganie neoliberała.  W gruncie rzeczy popełnia on ten sam błąd (…). Nie widzi, że tańsza energia to oszczędności dla zachodu Europy – oszczędności, które mogą zostać w razie czego przekute na armaty! Nie widzi, co gorsze, że rurociąg działa w obydwie strony: nie tylko pompuje gaz z ZSRR, ale i pieniądze do ZSRR. Groźba „zakręcenia kurka” jest zatem obu-stronna, gdyż zakładając, że transakcja została uczciwie wynegocjo-wana – wpływające pieniądze są dla Związku Radzieckiego warte więeej, niż gaz!

Podobnie „sprzedaż Rosjanom pszenicy za złoto” jest tym samym, co „sprzedaż Amerykanom złota za pszenicę”. Nie sprzedając pszenicy zmniejszył prez. Reagan bochenek chleba w ZSftR – ale za to pozo-stawił tam złoto, za które można kupić pszenicę w Argentynie lub mikroprocesory w Lichtensteinie…

Wolny handel przynosi zyski obydwu stronom. Teoretycznie, jeśli

azołgi produkuje się taniej w Wlk. Brytanii, a samoloty w Argenty-

nie, to – pominąwszy względy psychologiczne i możliwość sabotażu

– obu stronom opłaca się prowadzić handel wymienny (lub inny) nawet podczas bitwy o Falklandy! Nie byłyby to „zdradzieckie kno-wańia międzynarodówki burżujów” lecz racjonalne oszczędzanie wy-siłków robotników w obydwu krajach.

Warto tu jeszcze zauważyć, że prez. Reagan użył argumentu, że dzięki cłom restrykcyjnym uzyskuje dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy w amerykańskim włókiennictwie. Jest to wypisz-wymaluj ar-gument woluntarystów z epoki stalinowskiej, gotowych postawić fabrykę w szczerym polu „dla zapewnienia miejsc pracy miejscowej ludności”. W obydwu wypadkach koszt płacony jest przez całe społeczeństwo w postaci droższych produktów. Jak widać, odchylenia od zdrowego rozsądku są bardzo w skutkach podobne – niezależnie od lewicowej czy prawicowej motywacji.

Tu doszliśmy do kluczowego pytania: skoro: „popieranie eksportu” jest absurdem – podobnie jak restrykcje eksportowe – to dlaczego stosują je wszystkie niemal kraje świata?

Wyjaśniłem to obszernie w „Kierunkach”. Po prostu rządy na

całym nieomal świecie znajdują się pod naciskiem lobby industrial-

nego. Czy to będzie „General Motors” („to co dobre dla GM, jest dobre

dla Ameryki…”), czy „gang z maszynówki” – mechanizm jest ten

sam. Zarówno przemysłowcy, jak i robotnicy mają (pozorny przynaj-

mniej) interes w utrącaniu konkurencji. Oni zarobią na tym 200 do-

: larów od samochodu (co się podzieli między zyski formy i wyższe

płace robotników) – a to, że konsument zapłaci o 300 dolarów . więcej, to już ich nie obchodzi. Przy tym wszystkim robotnicy mogą grozić demonstracjami, przemysłowcy lokautem – a czym może zagrozić rządowi rozproszony po Stanach Zjednoczonych konsument?  Interes jest oczywiście pozorny. Być może ów robotnik „zachapie” część owych 200 dolarów, ale zaraz część tego zwróci kupując sukienkę dla żony, gdyż jego koledzy z *ranży włókienniczej osiagnęli także „sukces” w walce o zakaz importu tekstyliów. Per saldo społeczeństwo traci – dokładnie tyle, ile obce rządy chciałyby z kie-szeni swoich podatników dołożyć w postaci subwencji eksportowej.

Pozostaje jeszcze ciekawe pytanie: dlaczego rządy mimo wszystko

tu i ówdzie mimo nacisków przemysłu nie postąpią racjonalnie? Pod-

stawową przyczynę wymieniłem: jeśli milion ludzi straci po dolarze

– to nikt tego nie zauważy. Jeśli tysiąc straci po 1000 dolarów-

to gotowe zamieszki uliczne. Ale jest i inna: każdemu rządowi łatwiej

pobierać podatki od wielkich korporacji, niż od rozproszonych podat-

ników. Ostatecznie ani GM, ani FSO nie weźmie pieniędzy i nie

ucieknie do Argentyny – a do ściągania od nich podatku starcza

96 97

jeden urzędnik. Jak natomiast z owego miliona obywateli ściągnąć po 20 centów z zarobionego dzięki japońskiej hojności dolara?

Dlatego w każdym ustroju rząd, jeśli nie ma dość siły i autorytetu, by pobierać podatki bezpośrednio, zaczyna nieuniknienie preferować interes wielkich producentów.

Wiąże się to z zagadnieniem księgowania. Urzędnik widzi tylko i wyłącznie sumy w Skarbie Państwa. Jeśli dostrzeże posunięcie mogące przynieść Skarbowi milion, to najprawdopodobniej wykona je, choćby obywatele stracili wskutek tego 2 miliony (po 10 centów od łba). Niemal na pewno zaś zdecyduje się na nie, gdy obywatele „jedynie” nie zarobią wskutek niego dodatkowych 2 mln; nie będzie zresztą w ogóle tego świadomy…

Tymczasem w gospodarce makro obowiązuje kryterium Kaldora-Scitovsky’ego: „A jest sytuacją lepszą od B, jeśli suma dobrobytu jed-nostek A jest większa niż w B”. Od tej – pozornie oczywistej zasady wszystkie rządy odchodzą z rozmaitych powodów i pod rozmaitymi naciskami; polityka eksportowa jest tylko fragmentem większej całości.

To, że urzędnicy maksymalizują majątek państwowy, a nie naro-dowy wynika zresztą nie z teoru – a z tego, że ten drugi w ogóle nie daje się zaksięgować. Pamiętam zdziwienie urzędnika Stołecznej Rady Narodowej, gdy w 1967 bodaj roku, spytałem, czy można by remont mostu Poniatowskiego przeprowadzić w czasie dwa razy krót-szym. Odparł, że tak, lecz kosztowałoby to o ileś tam więcej. Poru-szyła go propozycja, by policzył stracony czas i benzynę obywateli Warszawy i sprawdził, czy się to przypadkiem społecznie nie opłaci?

Zwolennicy eksportu argumentują: nie można bez ograniczeń dopuścić obcej konkurencji, gdyż zabierze nam z kraju wszystkie pie-niądze. Jest to nieporozumienie: zabrać można tylko te pieniądze, które są. Ford będzie sprzedawał swe wyroby w Rurytanii, dopóki Rurytańczycy będą mogli za nie płacić tyle, co i gdzie indziej. Jednak Rurytańczykom niemal natychmiast zabraknie pieniędzy, gdyż nie będą zarabiać ich w swoich fabrykach (bo ich, gorsze i droższe, po-jazdy nie będą się sprzedawać). Zmusi to do obniżenia cen rurytańskich aut proporcjonalnie do ich rzeczywistej wartości, po-ciągając za sobą obniżkę być może drastyczną – zarobków pracow-ników tych fabryk – przy odpowiednio większym wzroście ogólnego dobrobytu. Niektórym branżom się to zrekompensuje – innym nie: spowoduje to zatem racjonalizację zatrudnienia.

t Zńaczna część naszego przemysłu hodowana jest sztucznie i roz-

ziew między jego poziomem a średnią światową musi się przy tym systemie protekcji powiększać z każdym rokiem. Im później rozpocz-niemy racjonalizację – tym większy będzie wstrząs. Kto tego nie przyjmuje do wiadomości ten – być może podświadomie – głosi:

„Apres nous le delugel”…*2

Ostatnia sprawa: no dobrze, polityka „eksportu za wszelką cenę” jest zgubna: ale mamy nóż na gardle, gdyż musimy płacić długi?  Przepraszam: biednych tym bardziej nie stać na nieopłacalną działalność charytatywną na rzecz wierzycieli. Długi płaci się nie towarami, a pieniędzmi, które trzeba ściągnąć z bezpośrednich po-datników, gdyż tylko to nie przestanie zakłócać optymalizacji góspo-darki.

Z tym, że wymaga to silnego i zdecydowanego na twardą politykę rządu. Z*Zdzież postawienia na nogi tego, co jeszcze stoi na głowie. Nic nie poradzę: innego wyjścia nie widzę – nawet w formie wymarzonej przez wielu w formie ugody społecznej. W l*’yzysie potrzebny jest mądry kapitan z odpowiednim autorytetem – a nie ulubieniec załogi.

INTERES NARODOWY

Na wielu spotkaniach słuchacze pytają mnie – ze szczerą troską w głosie – jak pogodzić liberalny kapitalizm z ochroną „interesu na-rodowego”?

Chcę zaznaczyć, że motywy pytających zawsze są uczciwe, a pyta-nie jest wolne od sugestii: pytający po prostu chce wiedzieć – i ma, rzecz jasna, do tego prawo. Może warto tu dodać jeszcze jedno: słowo „narodowy” jest często rozumiane w sensie amerykańskim, co na pol-ski należy raczej tłumaczyć jako „interes państwowy” – ale nie „interes aparatu państwowego”, lecz interes społeczności mieszkają-cej między Odrą a Bugiem.

, 12 „Po nas choćby potop!”

98 99

Odpowiedź liberalnego konserwatysty jest prosta (i taka sama, jak- = na każde prawie pytanie): najlepszą obronąjest Wolny Rynek… A po-nieważ chodzi tu o styk gospodarki z państwem, przeto odpowiedź brzmi: należy całkowicie oddzielić wolną gospodarkę od polityki.

Niby wszyscy tak mówią (warto było posłuchać np. agenta „Solidarności” w obozie liberalnym, p. Jana Krzysztofa Bieleckiego, zanim został był premierem!) – ale zobaczymy, jak to wygląda w praktyce.

Powiedzmy, że p. Schmidt z Berlina przyjeżdża do Wolnej POlski (kiedyś taką zbudujemy) z walizką marek i zgłasza się do premiera, gdyż chce kupić u nas jakąś fabrykę. Co dzieje się dalej?

Nic. Nie dostaje się do premiera, bo ten ma ważniejsze sprawy na głowie (np. musi wraz z Radą Ministrów rozpatrzyć 121-szy wariant konfliktu z jednym z sąsiadów).

Gescheftmensch dziwi się nieco, bo z taką sumą marek w każdej Republice Bambuko przyjąłby go co najmniej król – ale kieruje się do ministra przemysłu. Tu drugie zaskoczenie przybysza z socjalisty-cznej RFN: takiego stanowiska nie ma!!!

Krótkie badanie wykazuje, że z przemysłem ma w Wolnej Polsce coś wspólnego minister gospodarki terenami i ochrony środowiska.

Ten wszelako interesuje się tylko tym, czy p. Schmidt nie chce rozbudowywać fabryki i bardziej zanieczyszczać, niż czyni to ona obec-nie. Na pytanie, jak ją kupić, minister odpowiada: „Pogadać z właści-cielami” i znika, gdyż spieszy się do kochanki.

Właściciel, szybko odnaleziony, odpowiada, że ma z niej milion do-larów rocznie – więc może ewentualnie sprzedać za 7 milionów. Targ w targ – staje na 6 mln 450 tys. – przy czym p. Schmidt wie, że przepłacił – ale ma pomysł na uruchomienie tu zupełnie nowej pro-dukcji, dzięki czemu osiągnie rocznego zysku 9,3 mln dol. – rzecz jasna, nie informuje o tym kontrahenta!

Notariusz przy sprzedaży uprzedza p. Schmidta, że w Wolnej Pol-sce państwo nie ma prawa prowadzić żadnego interesu – gdyby więc okazało się, że RFN lub RPA, lub jakiekolwiek inne państwo włożyło jakąś cząstkę kapitału w ilrmę p. Schmidta, część ta zostanie uznana za bezpańską i natychmiast sprzedana komukolwiek na licytacji-a p. Schmidt nie będzie miał nawet prawa pierwokupu!

Tym samym – pozornie – część „polskiej” własności przeszła w obce ręce…

Zauważmy jednak, że fabryka przedtem nie była „polska” – lecz

należała do ob. Kowalskiego. Wpływ rządu WP na produkcję fabryki

nie uległ najmniejszej zmianie. Nadal może on w razie czego posłać

tam policję lub wojsko i nadal nie może fabrykantowi nakazać pro-

– dukcji czegokolwiek, bo zabrania mu tego konstytucja. Właściciel ma psi obowiązek robić to, co (jego zdaniem) przynosi mu największą korzyść – i tyle.

Jeśli zaś idzie o własność „narodową”, to zauważmy, że ulega ona powiększeniu. Fabryka ta warta była 6 mln dolarów – została zaś nabyta za 6.450 tys. Polskie społeczeństwo (chwilowo, co prawda, tylko ob. Kowalski…) wzbogaciło się tym samym o 450 tys. USD!!!  Zysk ten pochodzi z pomysłu, jaki przyszedł do głowy p. Schmid-towi. Oczywiście, sądzić należy, że (jeśli kalkulacje p. Schmidta są poprawne!) wartość tej fabryki wyniesie 8 mln dol. Innymi słowy: pomysł p. Schmidta przyniósł światu 2 mln, z czego 1 mln 550 tys.  zainkasował pomysłodawca, a 450 tys. p. Kowalski (za to, że miał fart: jego fabryka znalazła się akurat tam, gdzie pasowała: a może to nie fart, lecz intuicja, z jaką kupował kiedyś teren?) Dodajmy, że p. Kowalski jest zachwycony; zawsze marzył, by być właścicielem browaru, a właśnie był taki do kupienia za 6 mln 200 tys. dol., w Bawaru zresztą. P. Kowalski od dwóch miesięcy marzył o kupnie – cóż, skoro nikt za jego fabrykę nie chciał dać więcej niż 5.800… Teraz p. Kowalski wpłacił z radości 50 tys. dol. na zbożny cel (np. na uzbrojenie Wolnej Polski lub na sierociniec) i wyjechał.  Dodajmy, że jeśli w WP panuje, nie daj Boże, podatek dochodowy, to minister finansów jest zachwycony, jeśli nie – to rządowi jest to, w gruncie rzeczy, obojętne.

Oczywiście, może się zdarzyć, że rząd RFN zechce wywierać na p.  Schmidta nacisk, by jako dobry obywatel zrobił w tej fabryce coś szkodliwego dla Polski. Ten, najprawdopodobniej, odmówi, bo ma przecież swoje konkretne plany. Być może nawet, oburzony, zmieni obywatelstwo na polskie? Możliwe jednak, że ulegnie naciskowi (co prawda polski obywatel też może pod naciskiem lub szantażowany szkodzić Polsce, ale tu o nacisk trudniej); co wtedy?  Nic. Wartość fabryki, nie wykorzystanej optymalnie, zaczyna spadać. P. Schmidt albo zbankrutuje w konkurencji z drugą taką sa-ma fabryką, która stanie za płotem – albo czym prędzej sprzeda (ze stratą) fabrykę ob. Wiśniewskiemu. I znów społeczeństwo zarobi.

100 101

Przypuśćmy jednak, że rząd RFN zechce wykorzystywać p.  Schmidta do nacisku na rząd WP. I tu natnie się strasznie – po-nieważ, właśnie wskutek rozdziału państwa i gospodarki, rząd polski kompletnie nie interesuje się fabryką p. Schmidta, a na wszelkie groźby, np. lock-outu, odpowiada: „A weź pan sobie tę fabrykę i wy-jedź nawet z nią na Nową Gwineę! Co, bezrobotni? U nas nie ma zasiłków dla bezrobotnych! Co najwyżej spadnie trochę cena siły ro-boczej, wskutek czego na pana miejsce, Herr Schmidt, pojawi się dziesięciu innych chętnych!” To wszystko oczywiście, pod warunkiem, że ktokolwiek będzie chciał z p. Schmidtem rozmawiać! Bo o czym?  O jego fabryce? Czy podatnik po to płaci ministrowi, by ten zajmował się prywatnymi sprawami – w dodatku obcego obywatela?

A gdyby, odwrotnie, rząd RFN zaczął szantażować rząd WP, że jeśli ten czegoś nie zrobi, to on zaszkodzi polskiej gospodarce?

To wówczas rząd WP powie: „Excellencjo, Pański Rząd zaszkodzi nie naszemu państwu, lecz kilku fabrykantom, którzy nas mało…  zaraz, zaraz: chcecie nałożyć cło na produkty fabryki p. Schmidta? Prze-cież to WASZ obywatel! Ha, ha, ha, ha, ha!!! I ciągle śmiejąc się (po francusku) nasz minister spraw zagranicznych pożegna swego kolegę…

DO ROBOTY!

Swego czasu – konkretnie w trzy godziny po swym przemówieniu sejmowyml3, w którym zażądałem skasowania zasiłków dla bezro-botnych, będących pasożytami – otrzymałem telegram od pewnej pani z Gliwic, nieznajomej zresztą. Pani ta wyraziła oburzenie z po-wodu nazwania Jej pasożytką – a przy okazji zapytywała: co ma robić jeśli nie może otrzymać pracy w swoim zawodzie?

Jest to reakcja TAK typowa, że wymaga odpowiedzi publicznej.

Przede wszystkim nie widziałem nigdzie kwitu opłaty na sumę,

za jaką pani ta nabyła na własność jakiś zawód. Zawodu w ogóle się

13 24 stycznia 1992 r.

nie „ma”; w zawodzie się pracuje. Gdy się nie ma pieniędzy, a nie ma się pracy w zawodzie wyuczonym, to pracuje się w innym. Po prostu.

Gdyby Pani X wylądowała na wyspie już nie bezludnej; bo zamie-

szkanej przez Robinsona Crusoe – to nawet gdyby była docentką od

laserowych komputerów, nie domagałaby się pracy w „swoim” zawo-

dzie – nieprawdaż? Gdyby żyła w miasteczku, gdzie jest tylko ap-

teka, księgarnia, masarnia, piekarnia i kościół – to ani od księdza, ani od masarza nie domagałaby się utworzenia Ośrodka Kompute-rowego. Jednak ludność milionowych miast przywykła, że w typo-wych zawodach trwa nieustanny ruch: coraz to ktoś się zwalnia z pracy i miejsca „jakoś się znajdują”. Niestety, nie zawsze. Zaś w nie-których zanikających zawodach można pracy w ogóle nie znaleźć.

Co w takim przypadku robi normalny człowiek? Szuka sobie pracy w innym zawodzie. Gdy lekarz przyjeżdża do Ameryki, gdzie faszy-stowskie przepisy zabraniają praktykować polskim medykusom – to najspokojniej w świecie łapie się np. za robienie tapicerki w samo-chodach – i jakoś nie czeka, aż umrze z głodu ani nie domaga się zasiłku dla bezrobotnych.

Tylko w Polsce panienka, za granica puszczająca się za parę ma-rek, domaga 6ię utrzymania od państwa i honorowo puszcza się za darmo. Tylko w Polsce nasz obywatel załatwia sobie za łapówkę lub po znajomości rentę inwalidzką – po czym idzie pracować jako goryl u cinkciarza. Dlaczego? Dlatego, że Polacy są frajerami o miękkim sercu i litują się nad cwaniakiem wierząc naiwnie, że Rzeczpospolita zapłaci, bo jej zasoby są nieograniczone.

Sformułowanie to jest, oczywiście, złe. Zasoby Rzeczypospolitej nie mogą być nieograniczone z prostej przyczyny, że Rzeczpospolita w ogóle nie ma zasobów: wszelkie dobra wytwarzają wyłącznie lu-dzie. Przyjmijmy jednak, że w Rzeczypospolitej jest kilkudziesięciu facetów tak bogatych – bo np. bo odkryli sposób na wyzwalanie zimnej reakcji termojądrowej w zwykłym koszu na śmieci i wszystkie ich maszyny kręcą się za darmo – że mogliby utrzymywać ze swojej kiesy pozostałe 40 milionów Polaków i paręset Cyganów na dodatek.  Czy powinni to robić?

Ależ skąd!

Jak słusznie powiada Pan w Genesis: „W pocie czoła swój chleb

spożywać będziesz!” Można dziecko wychowywać tak, by nic nie robiło

– ale płaci się za to jego zwyrodnieniem. Tylko głupi ojciec tak wy-

102 103

chowuje dziecko – a głupie rodziny pomału gdzieś znikają, gdyż jaka dziewczyna wyjdzie za fajtłapę?

Podobnie ci bogacze nie mają moralnego prawa dzielić się swym chlebem z leniami. Własność to również odpowiedzialność. Kto lekkomyślnie rozdaje swą własność, kto swoje dobra używa na demoralizację innych – winny jest poważnego grzeehu! Oczywiście, że mu wolno – to jest jego. Ale…

Dlatego bogacze ci powinni zacząć budować Szklane Domy, kosmi-czne rakiety, dziurę na wylot poprzez Ziemię (bardzo ambitne zada-nie!) – i zatrudniać przy tym innych obywateli. Niech pracują i zarabiają – NIC ZA DARMO! – oczywiście – powinni robić to, na co mają fantazję – a nie dopasowywać swoich projektów do kwa-lifikacji pracowników. Niech się przekwalifikują – oczywiście płacąc za naukę (co znów da zarobek instruktorom!)

Gdyby Pani X w tym małym miasteczku żądała od masarza, by prze-robił swój zakład na Ośrodek Komputerowy – to nikt w miasteczku nie miałby wątpliwości, że baba zwariowała – lub też jest to okaz wyjątkowo egoistycznego tyrana. W każdym razie nie byłoby wątpli-wości, że ona wyzyskuje tego masarza i doprowadzi go do ruiny.

W wielkim mieście natomiast, ponieważ stosunki są bezosobowe, ofara tyranu jest niewidoczna. Osoba domagająca się „stworzenia jej miejsca pracy” wyzyskuje milion ludzi – od każdego po troszę. Za-sada jest jednak taka sama. Dopiero gdy pasożytów jest zbyt wielu, ludzie niemoralni tj. nie kierujący się zasadami, lecz „pragmatyz-mem”) zaczynają to dostrzegać.

Jeśli Pani X nie tylko domaga się miejsca pracy w swoim zawodzie,

ale uważa, że w przeciwnym wypadku jesteśmy jej winni utrzymanie

– to przestaje być namolnym tyranem. Staje się groźnym właścicie-lem niewolników.

Proszę zauważyć, że istota niewolnictwa leży w tym, że niewolnik musi utrzymywać swego pana. Glaucos musiał pracować na utrzy-manie Katona – czy chciał, czy nie chciał. Otóż dokładnie to samo ma miejsce w przypadku zasiłku dla bezrobotnych!

Tak jak 50 niewolników musiało pracować na utrzymanie Katona,

tak teraz 50 osób oddaje pod przymusem 2 proc. swojego (SWOJE-

GO!) zarobku, by utrzymywać Moją Drogą (oj, drogą!) Panią X. Panią

X to jeszcze człowiek mógłby utrzymać – bo od setek tysięcy lat

utrzymujemy kobiety. Również niewolnik w Rzymie nie buntował się

raczej przeciwko pracy dla Katona – natomiast z całą pewnością by

104

śię źbuntował, gdyby kazano mu pracować za brata-niewolnika. Cóż

zaś ma powiedzieć profesor uniwersytetu pracujący wraz z kilkudzie-

sięcioma adiunktami, robotnikami i kim-tamjeszcze na utrzymanie

jakiegoś kolesia spod budki z – przepraszam PPPP! – piwem? Ja

się zbuntowałem i od lat odmawiam pracy na państwowej posadzie

– właśnie po to, by nie płacić. Za co ścigali mnie w swoim czasie najemnicy tych kolesiów jak „pasożyta społeeznego”!!!

XX wiek to nie tylko wiek Oświecenia, przymusowych ubezpieczeń, łagrów na Kołymie, pasów bezpieczeństwa itd. – ale również wiek niewolnictwa na co dzień. Ot, takiego dwuprocentowego, rozwodnio-nego niewolnictwa. To tak mało, że nie wszystkim chce się buntować.

Aja wzywam: zerwijcie ludzie pracowici kajdany, walczcie o swoją wolność, nie dawajcie siepaczom z Izb Skarbowych nawet złotówki.

Niech lenie pracują na Was dobrowolnie – a nie Wy na nich pod przymusem! Od tego zaś, kto – pracowici czy lenie – będą panami lub niewolnikami, zależy przyszłość Polski.

JAK DZIELIC

O sposobach prywatyzacji pisałem ja i nasi Koledzy już tyle, że wydawać by się mogło, iż przynajmniej w gronie naszych sympaty-ków i osób przychodzących na nasze spotkania wszystko jest już jas-ne. A jednak okazuje się, że wiele osób nadal nie rozumie – i to właśnie nie szczegółów, lecz samej istoty zagadnienia.

Streszczam to raz jeszcze, dla wprowadzenia. Projekt (alternatywny do rozdania „bonów prywatyzacyjnych”) wygląda tak:

1. każdy może nabyć cały zakład (lub jego część, czyli pakiet akcji)

– z licytacji,

2. obywatele RP mogą otrzymać na ten cel kredyt w potrzebnej

wysokości – przy wpłacie 1% wartości w gotówce,

3. kredytu udzielają banki – przy czym otrzymują na ten cel

kredyt z NBP oparty o posiadane przez Skarb przedsiębiorstwa,

4. nabywca z zysków zakładu spłaca procent bankowy – i jakąś,

choćby minimalna ezęść kredytu,

105

5. jeśli nabywca nie płaci, zakład jest mu odbierany tak, jak odbiera

się nieopłacany samochód na kredyt – i sprzedawany innemu nabywcy,

6. operacje te (pomijając ów 1%) odbywają się całkowicie bezgo-

tówkowo,

7. zgodnie z Ustawą 10% akcyj idzie na rozdawnictwo między ludnością, 20% dla pracowników (z 50% zniżki) – a 30% akcji na Fundusz Ubezpieczeń (później też rozsprzedawany w ręce frm ubez-pieczeniowych).

Jest to jasne, proste i uczciwe. Nieustannie jednak spotykam się z pytaniem: a co z tymi, których nie będzie stać na zakup fabryki?

Odpowiedź: Zakup akcyj lub całego zakładu to nie jest koniecznie dobry business. Gdy sprzedaż jest z licytacji lub z przetargu, to przy-pomina to ehłopięcą grę „ w gazdę”; rysuje się na ziemi kreskę i rzuca monetą: wygrywa ten, kto rzuci najdalej, jednak nie przekraczając linii; kto ja przerzuci – przegrywa!

Tu mamy to samo. „Kreską” jest wartość zakładu. Licytujący oceni ją subiektywnie – i padają ceny coraz wyższe. Wygraną licytującego jest różnica między wartością, a sumą którą podał. Całkiem jednak możliwe, że przelicytuje on wartość – i wtedy ponosi stratę…

Gdyby wartość była obiektywna i znana – zabawa nie miałaby sensu: istniałaby „optymalna” cena i każdy obywatel (i cudzoziemiec) wiedziałby, ile warto dać; gdyby dał za mało, przebiłby go inny.  Końcowa faza wyglądałaby zapewne: „Daję 10.123.246.128 zł (opty-malna cena!) bez 50 groszy!” – „A ja 10.123.246.128 zł bez 10 gro-szy!”.

Wartość jest jednak nieznana – a poza tym jeden właściciel po-trafi z tego właśnie zakładu „wyciągnąć” więcej, a inny – mniej. Tak więc wartość zakładu rośnie, gdy nabędzie go „właściwa” osoba.  Oczywiście, może to być narwaniec, który przelicytuje bezpodstawnie – ale ten 1% od 10 miliardów to jednak jest jakaś bariera przed wariatami…

A co z tego mają ci, którzy zakładu nie nabędą?

To oczywiste: po pierwsze: cała wartość przemysłu wzrośnie, więc

cała gospodarka zarobi (będzie więcej tańszych towarów) – gdy państwo sprzeda się drogo (a nie „po uważaniu”, jak obecnie) to będzie płacił niższe podatki! I to jest zysk tego, co nie chce ryzykować.

Piękno kapitalizmu polega bowiem na tym, że wolno w nim ryzy-

kować (i ryzyko się – choć nie zawsze! – opłaca), ale też wolno nie

ryzykować i żyć jako pracownik najemny o stałych dochodach, wyso-kich dzięki temu, że inni ryzykują i muszą płacić drogo (by grać, „’ muszą dorzucić prawie „do kreski”).

Wydaje si* to oczywiste – ale na kolejnym spotkaniu w Kielcach znów usłyszałem: „no dobrze, ale dlaczego jedni będą mieli – a inni nie? To niesprawiedliwe!”

Otóż, jak słusznie zauważa św. Tomasz z Akwinu, posiadanie to nie tylko przyjemność – ale i pewien obowiązek. I właśnie kapita-lizm obowiązek ten egzekwuje! W feudalizmie magnat mógł prowadzić gospodarstwo źle – ale chroniły go przepisy, majoraty, czasem Król coś dorzucił („by zasłużony ród nie upadł…”) – i trwało to wiekami. W kapitalizmie źle zarządzany majątek bankrutuje po kilku miesiącaeh – wskutek bezlitosnej (i taka powinna ona być!) konkureneji! Nie litujmy się nad kapitalistami – dopóki nikogo się nie zmusza, by został przedsiębiorcą (co właśnie chcą osiagnąć zwo-lennicy rozdania każdemu po kilka akcyj…)

, By wyjaśnić zysk tych, co nie zostają właścicielami rozważmy inny, ‘ klasyczny, model podziału.

; Umiera Ojciec. Zostają po nim: Pierścionek, Rower, Stół i Taboret.

Jak dzieci Anna, Bogdan i Celina mają to między siebie podzielić?  Problem jest analogiczny do prywatyzacji. Można, oczywiście np.  wszystko sprzedać poza rodziną i pieniądze podzielić po równo.

‘ Można wydać „bony kapitałowe” (proszę to zrobić – i zastanowić się,

co się wówczas stanie!). Można wdać się w wieloletni proces sądowy,

który skłóci dzieci. Jednak metoda właściwa znana jest od dawna

i i wygląda tak:

Spadkobiercy spotkają się u notariusza. Każdy pisze na kartce pa-pieru, ile dla niego wart jest ten przedmiot (bo np. Celina z różnych * przyczyn wysoko ceni Pierścionek). Po czym przed Notariuszem leży taka tabelka:

P R S T Suma 1/3S F 1/3S-F

Anna 105 * 50 * 30 21 * 201 67 * 101 * –34

Bogdan 110 * 45 25 9 189 63 0 +63

Celina 120 * 40 20 9 186 62 120 –58

Teraz Notariusz dzieli sprawiedliwie – całkiem mechanicznie:

przedmiot przypadnie temu, kto go ceni najwięcej… Celina otrzyma Pierścionek, zaś Anna pozostałe przedmioty.

106 107

Anna wyceniła spadek na 201 Talarów – należy się jej 67; otrzy-mała w naturze 101 T. – przeto wpłaca do puli 34 T. Celina musi wpłacić 58 T. Razem: 92 T. 8 płacimy Notariuszowi, 63 wypłacamy Bogdanowi, który „nie dostał nic”, jako jego 1/3 spadku ( na tyle go wycenił). Zostaje nadwyżka 21 T, którą dzielimy po równo.

W ostatecznym rozrachunku każde ze spadkobierców otrzyma więc o siedem Talarów więcej, niż im się – jak sądzą – należy. Również Bogdan zyskał na tym swoje 7 Talarów, jak wszyscy. Cała procedura może przy dobrej pogodzie zająć pięć minut… Jest jasna, przejrzysta i uczciwa.

I dlatego właśnie biurokracja, która lubi łowić ryby w mętnej wo-dzie, nie lubi takich rozwiązań. Podobnie sądy, adwokaci i inni tego nie lubią – bo są niepotrzebni… Dlatego ustawy wydawane przez Parlamenty złożone z prawników i urzędników są – wbrew oczeki-waniom – przeraźliwie zawiłe i niezrozumiałe.

Jeszcze jedno. Przypuśćmy, że rodzina jest biedna i w swej pazerności godzi się do procedury dopuścić inne osoby. Przypuśćmy, że jacyś Obcy oferują za Pierścionek 150 T, za Rower 60 T, za Stół 35 T i za taboret 25 T i w ten sposób „obrabują rodzinę ze spadku”…

No, to bierzemy te 270 T, po 90 T na łebka, kupujemy sobie lepszy Pierścionek, Motorower, Stół i Fotel – i jesteśmy cali szczęśliwi!

Mam nadzieję, że teraz już wszystkie wątpliwości zniknęły?

Z uwagi na społeczną wagę tego tekstu, Wydawca wyraża zgodę

na bezpłatny jego przedruk w całej prasie krajowej.

PLON PLANU ‘ 4

Systemy uzdrawiania gospodarki komponowane są pod kątem walki

o władzę, a nie pod kątem skuteczności. Przykład: dotacje na rolnic-

two są nonsensem, ale utrzymuje się je w krajach Europy Zachodniej,

14 Mowa o tzw. planie Balcerowicza, wicepremiera i ministra finansów w rzadach

T. Mazowieckiego i J. K. Bieleckiego.

bo rząd, który zaproponowałby ich zniesienie, przegrałby wybory.  Otóż może bogate kraje stać na utrzymywanie nonsensów, ale Polski nie stać.

* 1. Sytuacja nie jest tragiczna. Jest w niej kilka punktów wręcz

* j*snych. Np. obcokrajowcy przyjeżdżający do Polski nie mogą już wykupywać wszystkiego za bezcen, bo ceny są porównywalne z za-

„ granicznymi. Podobnie Polak za granicą nie musi ściskać każdej 10-

centówki, a przyjeżdżający do Polski nie może podkupywać towarów

tym, co tu pracują. Ponadto pojawia się groźba bezrobocia, jak i szan-

= sa na prywatyzację – a bogactwo kraju wyraźnie wzrosło, co widać

po wystawach sklepowych.

2. Zwyżka cen nie jest szkodliwa. Wręcz przeciwnie. Jeśli sprze-

daję chleb po 5000 zamiast po 3000, to zjadacz chleba jest biedniejszy

o 3000, ale producent jest bogatszy o 3000! Bogactwo kraju nie zma-

– lało od tego ani na jotę! Przeciwnie: droższy chleb oznacza mniejsze jego marnotrawstwo – a więc zwiększony dobrobyt. Oznaczałoby też, że więcej pieniędzy jest w rękach ludzi produktywnych.  3. Rząd jest zachłanny. Z tych 3000 skarb państwa zabiera ponad 2000 i rozdaje bezproduktywnym urzędnikom, bezrobotnym itp. osob-nikom, tym samym niszcząc produktywność społeczeństwa!  4. Spadek produkcji o 35 proc. nie musi być szkodliwy. Jeśli przez lata krytykowało się państwowe firmy twierdząc, że połowa z nich produkuje deficyt – to teraz zamknięcie połowy z nich należałoby powitać z radością.

5. Niestety, żadna nie została zamknięta, natomiast obniżyły one produkcję – od czego, jak należy sądzić, efektywność wykorzystania maszyn i ludzi raczej nie wzrosła. Żadna również nie wzmogła w spo-sób istotny produkcji – o, co zadbał rząd nakładając 500 proc. po-datku na przyrost zarobków. A przecież robotnik, który wykona dwa razy tyle, powinien dostać trzy razy większą wypłatę!

6. Tadeusz Mazowiecki obejmując urząd premiera zapowiedział,

że zaprzestanie druku pieniędzy. Niestety: już „na dzień dobry” do-

drukował 1,5 bln! Gdy społeczeństwo przełknęło tę kluskę (pod pre-

tekstem „konieczności wypłaty pensji biednym nauezycielom

i lekarzom”; o możliwości natychmiastowej prywatyzacji tych dzie-

dzin nikt – NIKT – w rządzie nawet nie wspomniał!) – rząd się

rozzuchwalił. W styczniu 1990 r. w obiegu było 9,5 bln tzw. złotówek,

w końcu lipca – 26,5 bln; rząd dodrukował 200”l*. Inflacja w tym

czasie też wynosiła ok. 200%. Ostatnio prezes NBP poinformował, że

108 109

od stycznia do sierpnia zasoby pieniądza papierowego i kredytowego powiększyły się z 26 do 100 bln zł, czyli o 280% (a w kategoriach realnych o 34%, co oznacza, że nawis inflacyjny znów narasta); 34% z 280% to 95%, czysta inflacja wynosiłaby więc 185%.

7. Inflacja powstaje tylko i wyłącznie wskutek drukowania przez rząd pieniędzy – i kropka. Żadne „nadmierne żądania robotników” nie spowodują inflacji, gdy rząd nie dodrukuje pieniędzy, by te żąda-nia spełnić!

8. Tak więc rząd kłamie. Rząd nie „walczy z inflacją”, lecz powo-duje inflację. Po to zaś, by zdusić jej efekt, rząd zmontował recesję.  W normalnej gospodarce wolnorynkowej nie ma ani recesji, ani in-flacji (vide: eały wiek XIX z wyjątkiem lat kryzysów).

9. Powodem paraliżu jest system podatkowy. Rząd drukuje pie-niądze, ponieważ nie potrafi ściągnąć ich od obywateli z braku rozsądnego systemu podatkowego. Obecny jest chorobliwy. Podatek dochodowy, obrotowy, a zwłaszcza „wyrównawczy” to absurdy, które dobiły nie takie gospodarki jak nasza – bo np. nieźle przygięły i amerykańską! Do tego dochodzą horrendalne narzuty na ZUS, PZU, bezrobotnych itp.

10. Na szczęście, mało kto te podatki płaci – i dlatego jakoś żyje-my. Właściwie cała Polska żyje nielegalnie lub „na szaro”: bogacą się prywaciarze (umiejący podatków nie płacić), przemytnicy (opłacający celników), producenci (opłacający urzędników łapówkami) i cała ma-sa ludzi „dających sobie radę”.

11. Na nieszczęście, o wiele łatwiej oszukać prowadząc handel straganowy niż fabrykę silników okrętowych – dlatego produkcję biorą diabli, natomiast kwitnie drobny handel. Oto i cała tajemnica oraz wyjaśnienie dlaczego ludzie zamiast produkować na dużą skalę handlują na małą!

12. Rząd nie ma najmniejszego pojęcia o tym, co dzieje się w kra-ju (a i za granicą, np. w Wielkiej Brytanu, ok. 40% dochodu narodo-wego powstaje „na czarno”, bez wiedzy urzędu podatkowego…).  Wbrew „Rocznikowi Statystycznemu” utrzymuję, że ok. 85% dochodu narodowego tworzy się u nas poza przemysłem państwowym (liczo-nym wraz z niezbędną administracją), a być może jest to szacunek znacznie zaniżony!

13. Nic w tym dziwnego, gdyż nie ma żadnego powodu, by Polska

nie mogła istnieć w ogóle bez przemysłu. Wielu stwierdza, że w USA

60% ludzi pracuje w pośrednictwie i usługach (i procent ten będzie

* *rósł). Wystarczy więc, by 8 milionów Polaków wyjechało na Zachód

pracując jako pośrednicy, przemytnicy itd., by każdy utrzymał cztero-

osobową rodzinę na poziomie amerykańskim! Nie mówię, że jest to

* ‘ pożądane – mówię, że jest to łatwe i możliwe, zwłaszcza wobec idio-tycznych przepisów celnych, rozleniwienia ludzi Zachodu i innych czynników. Mnie wizja „drugiej Irlandii” nie pociąga.  14. System finansowy kraju jest w śmiertelnym korkociągu. Im więcej ludzi oszukuje (lub wynajduje legalne luki w systemie podat-kowym), tym wyższe podatki musi nakładać rząd. Im wyższe podatki, tym większa zachęta, by ich uniknąć – i koło się zamyka. Zrozpa-czony rząd drukuje więc sobie pieniądze. Postaram się, by parę osób stanęło za to przed sądem.

15. Rząd w dalszym ciągu jest socjalistyczny. Widać to po za-siłkach dla bezrobotnych odciągających ludzi od pracy (stary socjał, p. Jacek Kuroń, ma do dyspozycji – ostrzegam! – armię miliona sfrustrowanych ludzi!). Widać po ustępstwach na rzecz kolejnych grup pracowniczych (po kolejnych strajkach – dodrukuje się nowe biliony…). Nie darmo – i w porę – ustąpił z Ministerstwa Finansów p. Marek Dąbrowski.. .

16. Rząd przy tym kropnął się na początku w obliczeniach…-

lub też od początku świadomie nas okłamywał. Proszę przeczytać

gazety z przełomu lat 1989/90: p. Balcerowicz jeździł po świecie i do-

magał się 1,5 mld dolarów na fundusz stabilizacyjny, by uratować

(nie wiadomo po co sztywny) kurs złotówki. jednak ów (nie wiadomo

po co sztywny) kurs okazał się pomyłką, bo zamiast ratowaniem

złotówki skupywaniem jej za dolary, p. Balcerowicz ratował dolara

ů skupując go za złotówki i zgromadził tych dolców ok. 2,5 mld (nb:

gdzie one są?). Proszę przy tym zauważyć – że po oficjalnym kursie suma 2,5 mld dolarów jest dziwnie zbliżona do sumy dodrukowanych przez rząd złotówek (17,5 bln)! Innymi słowy, rząd za parę milionów złotych (koszt papieru, farby i druku banknotów) wszedł w posiada-nie 2,5 mld naszych dolarów!

17. Bierut wydając dekret o konieczności zdania wszystkich dewiz – i nasyłając Urząd Bezpieczeństwa – nie osiągnął nawet zbliżonych wyników!

18. Pieniądze są o 40% efektywniejsze, gdy są w rękach prywat-nych, a nie w łapach rządu.

19. Jeśli więc nie jest źle, to jedynie dlatego, że reforma p. Bal-

cerowicza nie działa! Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż prze-

110 111

mysł państwowy, gdzie możność kontroli jest większa, działa gorzej niż sektor prywatny, który może oszukiwać na potęgę! Gdyby sektor prywatny płacił wszystkie należne podatki, to byłby równie w stanie rozpaczliwym jak reszta. Polepszenie się sytuacji można ewentualnie przypisać „Ustawie o działalności gospodarczej” za rządów p. Rako-wskiego, ale raczej ogólnemu klimatowi sprzyjającemu wolnej przedsiębiorczości, korupcji wśród celników i skarbowców, utracie przez rząd kontroli nad gospodarką – innymi słowy, tym samym czynnikom, które spowodowały, że po 10 latach wojny domowej bo-gactwo „maronistanu” (chrześcijańskiej części Libanu) było większe niż przed wojną; po prostu: rząd odczepił się od gospodarki.

20. Posunięcia rządu są absurdalne i można to udowodnić bez wnikania w meritum. Np. w lipcu 1990 r. rząd zmniejszył podatek obrotowy od towarów importowanych, po czym ponownie go zwiększył; jedno z tych zarządzeń z pewnością jest kretynizmem (i mam pytanie: czy przypadkiem obydwu nie płodził ten sam urzędnik, za każdym razem otrzymując premię za pomysłowość?).

21. Rozrasta się biurokracja. Wbrew zapowiedziom, urzędników przybywa, a nie ubywa. Sam rząd pozajmował już kilka dodatkowych budynków, a planuje zająć dalsze. W terenie utworzono „rejony admi-nistracyjne” – znów kilkadziesiąt tysięcy urzędników, czyli całe spo-re miasto zajęte papierkową robotą. Są to miejsca „pracy” dla starej i nowej nomenklatury (ale też „rejony” to jedyne urzędy w terenie nie kontrolowane przez władze samorządowe i dlatego właśnie rząd rozbudowuje ten szczebel!).

22. Nowa biurokracja jest głodna. Starzy już się nakradli i – od biedy – mogliby zacząć rządzić uczciwie (np. urzędnicy w Polsce przedrozbiorowej dopłacali do swoich urzędów!). Nowi dopiero muszą się nakraść.

23. Ustawy i rozporządzenia są mętne i niejasne, a dzieje się tak właśnie dlatego, by urzędnicy mogli się wzbogacić na interpretacji przepisów! Jest to sposób znany od tysiącleci – i dość skuteczny, bo za każdym razem ludzie drapią się w głowę zastanawiając się, jak znakomici prawnicy i wspaniali logicy mogą koncypować takie złe ustawy.

24. Szczególnie niepokojąca jest mętna i „wielotorowa” ustawa

o prywatyzacji. Najważniejsze jest w niej jedno postanowienie: akcje

firm będą sprzedawane nie z licytacji lub przetargu, lecz „po uwa-

żaniu” urzędników Agencji ds. Przekształceń Własnościowych. Otwie-

-==* : ra to nieograniczone pole do nadużyć – i o to właśnie chodzi nie-

którym twórcom tej ustawy!

25. Przy tej okazji planuje się okradzenie emerytów. Jest to złod-*:r ziejstwo na skalę ca tryliona złotych. Komuniści składki obecnych ** emerytów i rencistów inwestowali w przemysł, a więc obecnie nie wolno wszystkich akcji sprzedać, rozdać lub pożyczyć, lecz ok. 30”lo trzeba przekazać na Fundusz Emerytalny i z dywidendy tych akcji ! płacić renty i emerytury! W przeciwnym razie obecni i przyszli eme-ryci (oraz renciści) znajdą się na łasce społeczeństwa. A przecież eme-rytura to nie udzielany z łaski zasiłek, lecz konkretna należność zawinkulowana na Funduszu Emerytalnym. Ten Fundusz istniał tyl-ko nominalnie (nawet nie formalnie) – obecnie chce się go całkowicie ‘ zlikwidować! Charakterystyczne, że cała prasa codzienna przemil-czała apel RG UPR w tej sprawie!

26. Dla równowagi straszy się nas, że nigdy „nie spłacimy długu zagranicznego” – i rozpowiada na ten temat rozmaite nonsensy.

Zadłużenie zagraniczne wynosi 40 mld dolarów – czyli ca 2000 USD

* na pracownika. Nie ma żadnego powodu, by takie zadłużenie trak-

tować nazbyt poważnie: Szwecja, USA i większość państw mają

* ks J ‘I* d k 100%

wię ze. es i nasza gospo ar a zostanie sprywatyzowana w o,

to zacznie pracować o 16 proc. wydajniej niż amerykańska (a jeśli

jeszcze zmienimy system podatkowy, to pobije stopę wzrostu USA

kilkakrotnie!) i spłacimy ten dług bez większych trudności.  Wnioski: należy natychmiast przystąpić do przyspieszonych re-form. Nie jestem zwolennikiem przydzielania akcji poprzez rozrzu-canie ich z samolotu lub losowane na ruletce – ale są to systemy na pewno szybsze i znacznie sprawiedliwsze niż sprzedaż po cenach ustalonych przez urzędnika! Prywatyzacja powinna być przeprowa-dzona na zdrowej podstawie (przyznawanie akcji załogom lub ogółowi ludności zdrową podstawą nie jest – ale 30% jakoś przeżyjemy) i roz-począć natychmiast (na razie widzimy tylko przekazywanie fabryk spółdzielniom pracowniczym, czyli negatywnie sprawdzony model ju-gosłowiański).

Jednocześnie z przekształceniem (ustawą – a nie z woli załogi lub

:_ jakiegokolwiek urzędnika!) zakładów w spółki pracownicze, należy

eałkowicie zmienić sposób opodatkowania, podatkując potencjał,

a nie dochody – tym samym karząc za nieróbstwo, a nie za produk-

cję! Zwracam uwagę, że projekt taki, opracowany na konkurs Insty-

tutu Gospodarki Narodowej przez mój Instytut Socjo-Cybernetyki,

112 113

został przez IGN przyjęty i… nie ujrzał światła dziennego. Obecnie systemy podatkowe, również na Zachodzie, to kompromis między ka-pitalizmem a socjalizmem – i przyjmowanie ich w kraju doszczętnie przemacerowanym przez socjalizm jest nieporozumieniem.

WITTE I WAŁ*SA

W „Rosyjskich impresjach” Stanisław „Cat” Mackiewicz opisuje słyn-nego Sergiusza Witte. Jego państwowa kariera rozpoczęła się w dniu, gdy jako dyrektor (prywatnych) Kolei Południowo-Zachodnich polecił ograniczyć prędkość ciężkiego pociągu wiozącego na Krym Aleksan-dra III i jego rodzinę. Cesarz nadąsany wysiadł na stacji, gdzie ocze-kiwała go dyrekcja i rzucił tylko jedno zdanie: „Wszędzie wolno mi jechać z dowolną szybkością, tylko nie na waszej kolei; widać dlatego, że jest to kolej żydowska”. Po czym odszedł.

Do Wittego podszedł teraz minister Posjet domagając się spełnie-nia woli cesarskiej. Na co Witte na cały głos: „No, to kręćcie kark Cesarzowi na swoich kolejach. Ja na swojej kręcić karku Cesarzowi nie będę!”.

Na czym uciął dyskusję. I do samego Krymu pociąg Cesarza jechał z ograniczona prędkością.

Po urlopie Cesarz z rodziną wracał do Moskwy po kolejach państwowych i maszynista mógł rozpędzić pociąg. Jednak rozgrzane szyny rozsunęły się – i nastąpiła znana w literaturze straszliwa ka-tastrofa. Rodzina cesarska wyszła z tego cało, gdyż Aleksander III, mężczyzna wyjątkowego wzrostu, postury i siły, przez kilkadziesiąt minut sam podtrzymywał dach wagonu, który by ją zmiażdżył.

Na początek należy z tej historyjki wyciągnąć kilka wniosków:

l. Nie wszyscy cesarze byli zdegenerowanymi słabeuszami;

2. W carskiej Rosji szanowano własność prywatną – i nawet ce-

sarz nie mógł wymóc zmiany decyzji;

3. Właściciele linii, Poljakov (Żyd, rzeczywiście!) nie wyrzucił swe-go dyrektora za jawne sprzeciwienie się woli cesarza;

4. Żydzi byli dyskryminowani (np. tylko niewielu miało prawo

mieszkania w Moskwie lub Petersburgu) – ale nikt nie bronił im

prowadzenia – w tym posiadania kolei, uważanych w Rosji (do dziś!) za przedsięwzięcie strategiczne;

5. Koleje państwowe są gorsze od prywatnych…

Ale jedziemy dalej. Aleksander III też wyciągnął wnioski: kazał

mianować Vl*ittego ministrem kolei!

Z tego powodu podniósł się wrzask: biurokraci twierdzili, że taki awans człowieka bez właściwego czynu to demoralizacja, dworzanie przypominali, że Witte zapytany urzędowo, za co dostał order od kró-la Prus, odburknął: „Ponieważ to on dawał mi order, a nie odwrotnie – to jego spytajcie!” i został w swoim czasie za krnąbrność wywalony ze służby państwowej…

Tu wniosek 6: największą karierę robią ludzie wywaleni z pań-stwowych posad; ludzie: dajcie się wyrzucać!

… a na dokładkę odmówił… Witte! Jako dyrektor kolei prywatnych

miał 50 tys. rubli pensji rocznej – a pensja rządowa to było zaledwie

8000… (wniosek 7: wtedy też marnie płacono – licząc zapewne, że

urzędnik dorobi sobie na łapówkach). Jednak cesarz dopłacił trochę

z prywatnej szkatuły – i Witte posadę przyjął. Potem został mini-

ster finansów – znakomitym zresztą. A po nieszczęsnym 1905 roku

– premierem.

Jak zauważa „Cat” – Witte był z przekonania zwolennikiem mo-

narchu absolutnej; parlamentem pogardzał. Ale był zwolennikiem

; centralizacji decyzyj – odwrotnie, niż Karol Maurras, Michał Bob-

rzyński lub inni konserwatyści (w tym i ja). No, ale to jest typowe dla techników – zwłaszcza tych od kolejnictwa i telekomunikacji.

Po co o tym piszę? Po to, by uzmysłowić przepastną różnicę miedzy

monarchią, w której władca absolutny, nie musząc walczyć o swoją

pozycję, we własnym interesie może na wyższe stanowiska wysuwać

ludzie niepokornych, nieposłusznych, upartych – a demokracją,

gdzie rządzący ludzi zdolnych usuwają na bok lub wręcz mordują

(jak np. Piłsudski gen. Zagórskiego) – natomiast urzędy obsadzają

potakiewiczami. Od czego działanie aparatu państwowego staje się

jedną seria katastrof

Można wskazywać na takich, zacnych skądinąd, ludzi jak gene-

*-; rałowie Felicjan „Sławoj” Składkowski, ezy Edward „Śmigły” Rydz-

posłusznych wykonawców pozbawionych własnej inicjatywy (co do-

bitnie wykazały lata 1936-39). Oczywiście stokroć wyrazistszym

przykładem są Sowiety, gdzie Stalin nieposłusznych mordował set-

kami, a posłuszni na jego skinienie tańczyli trepaka… Ciekawe, ale

114 115

Hitler stał pod tym względem od Stalina o wiele wyżej – być może dlatego, że był jednak w wojsku, podczas gdy Stalin tylko w semi-narium prawosławnym.

I to powoduje, że nie jestem w stanie zrozumieć, jak niektórzy dzisiejsi konserwatyści mogą popierać Pana Preżydenta Wałęsę: ty-powego demokratę, uprawiającego prymitywną demagogię, przy-wódcę związkowego, człowieka mówiącego co innego jednym, a co innego drugim – a, co gorsza, otaczającego się potakiewiczami właśnie. Kto tylko w Kancelaru ma inne zdanie niż Szef, wylatuje z trzaskiem (a raczej: nie z trzaskiem właśnie – lecz tchórzliwie jest wymanewrowywany na boczny tor; najlepiej na bezterminowy urlop).

Być może ktoś wierzy, że człowiek, który przez 50 lat miał takie właśnie nawyki i maniery, stosował takie metody i wybi*rał takich ludzi – po zdobyciu władzy absolutnej nagle okaże się kimś zupełnie innym. Otóż ja przyznaję:

Pod tym względem jestem niewierzący!

BEZPIEKA SOCJALNA

Ubezpieczenia społeczne dzielą się na dwie zasadnicze kategorie: do-

browolne i przymusowe. Przymusowe są – jak sama nazwa wskazuje

– zwykłym rabunkiem. Dobrowolne natomiast mają status czegoś na kształt gry w trzy lusterka: niby jest to oszustwo, ale…

W najlepszym przypadku ubezpieczenia oznaczają, że raz Kowalski daje trochę pieniędzy Wiśniewskiemu – a raz odwrotnie, jak pecha ma akurat Wiśniewski. Jednak nawet w takim przypadku istnieje potrzeba utrzymania całej hordy urzędników, agentów i dyrektorów, ich biur, okólników i telefonów. Gdy ubezpieczenia są dobrowolne, można powiedzieć, że ostatecznie nikt nie likwiduje „Toto-Lotka” ra-zem z kioskarzami, agentami i dyrektorami i jeśli ludzie chcą bawić się w hazard, to niech się bawią! Jeśli są przymusowe – to uspra-wiedliwienie znika.

Proszę sobie przedstawić to w taki sposób. Przychodzi do mnie

p. Kówalski i powiada: ja lubię hazard, założymy się o milion, że

jutro będzie padał śnieg! Normalna propozycja, nieprawdaż? A te-

–:–raż inna sytuacja; Kowalski powiada: Załóżmy się o milion, że w ciągu roku nie złamiesz nogi! Na co ja odpowiadam: OK, zgoda!  Ale ja rzadko łamię nogę! Dobrze – mówi Kowalski w takim razie ty zapłacisz 5000 jeśli nie złamiesz – a ja tobie milion jeśli ją . ałamiesz!

To właśnie jest istota ubezpieczenia od złamania nogi. Proszę za-

;;** uważyć, że gdybym to ja musiał zapłacić Kowalskiemu milion za

„’ złamanie sobie nogi, to hazardowy charakter ubezpieczenia uległby

drobnej zmianie: miałbym interes, by nogi sobie nie łamać. Jednak ubezpieczenie nieodmiennie działa w druga stronę.  Dlatego właśnie ubezpieczenie przed pożarem powoduje, że ludzie co roku podpalają kilkadziesiąt chałup. ITbezpieczenie przed powo-dzią powoduje, że ludziska sieją żytko tam, gdzie nikt rozsądny by tego nie zrobił. Ubezpieczenie przed kradzieżą powoduje, że chętniej zostawiamy drzwi otwartych mieszkań, samochodów. Mogę się założyć, że gdybyśmy – zupełnie losowo – wybrali połowę Polski i (przymusowo) ubezpieczyli ją przed złamaniem nogi, to w tej połowie przypadków złamań byłoby więcej, niż w drugiej połowie.  Gdyby premia wyniosła np. 100 milionów, to sprawa byłaby oczy-wista. Jednak nawet wówczas, gdy premia nie pokrywa u przecięt-nego człowieka ceny bólu i kłopotów – to zawsze znajdują się tacy, którym się opłaci.

Dlatego obowiązkowe ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej to zachęta do zabójstw (w dodatku kierowca mniej boi się, że sam ucierpi w tym wypadku, gdyż jest przypięty – pod przymusem-pasami!) i człowiek, który je wprowadził powinien iść do kryminału za sprou*adzenie niebezpieczeństwa katastrofy r.t> znacznych rozmia-rnch – jak powiada nasz poczciwy Kodeks Karny. Proponuje za to kary sięgające dożywoeia. Zupełnie słusznie.

Nawet jednak, gdy do wypadku nie dochodzi, gdyż to nie ja mam na to wpływ (np. ubezpieczyłem dziecko od wypadku), to zawsze sy-tuacja jest obrzydliwa. Gdy bowiem premia jest wysoka, człowiek zapewne (nie wiem – nigdy do głowy nie -przyszło mi się ubez-pieczyć!) musi walczyć z myślami: A gdyby tak mu się coś stało-miałbym miliard! Czy można – zwłaszcza pod przymusem – stawiać człowieka w takiej sytuacji? Zresztą, czyż nie znamy przypadków podkładania bomb do samolotu, którym leci wysoko ubezpieczony np.  tatuś? Kto odpowiada za życie jego i reszty pasażerów? Ten, co wymyślił przymus ubezpieczeń!

116 117

Najkrócej mówiąc: ubezpieczenia są niemoralne, gdyż spłaszczają odpowiedzialność za swoje czyny – i spłaszczają życie. Przy idealnie funkcjonujących ubezpieczeniach od wszystkiego, zawiadywanych przez Aniołków pracujących za darmo, powstałaby sytuacja, w której byłoby mi dokładnie wszystko jedno, co zrobię: zahoduję sobie brzu-szysko – dostanę takie odszkodowanie, że wzrost szacunku społecz-nego zrównoważy ten mankament wyglądu. Oczywiście do takiej skrajności nigdy nie dojdzie. Dlatego ubezpieczenie to nie aqua tofa-na, lecz „lek” osłabiający i degenerujący każde społeczeństwo.

Jak każdy system niemoralny, ubezpieczenia przymusowe przy-noszą niekorzystne skutki gospodarcze. Proszę sobie wyobrazić właściciela wszystkich statków na świecie. Czy miałby on interes w ubezpieczaniu ich? Oczywiście nie – bo odszkodowanie, jakie by dostawał, pochodzić by musiało z jego własnych składek, no i trzeba by było opłacić ubezpieczyciela. Jasne?

Dobrze. Niech teraz ów właściciel, umierając, podzieli firmę między trzech synów. Czy mają oni interes w ubezpieczeniu swej floty? Oczywiście dokładnie tak samo – nie! To samo dotyczy floty podzielonej miedzy stu czy tysiąc prawnuków, czy sto tysięcy arma-torów. Dlatego facet, który kazał polskie statki państwowe ubez-pieczać, jest po prostu szkodnikiem gospodarczym, przelewającym pieniądze podatników do kieszeni frm „Lloyds” – i tyle. Też powi-nien siedzieć.

Ubezpieczenie dobrowolne żeruje na ludzkim strachu. Gdy ktoś posiada tylko jeden lub dwa statki – to boi się utracić wszystko i z tego strachu woli oddać część zysków ubezpieczalni. Z jednej stro-ny umożliwia to tchórzom udział w życiu gospodarczym – a z drugiej strony zabiera im pieniądze, pozostawiając je odważnym, którzy się nie ubezpieczają (oczywiście: nie wszystkim odważnym).

Poniewaź życie ma się tylko jedno, przeto największe pieniądze robią wydrwigrosze ubezpieczający życie i zdrowie, a także spokojną starość – co widać po imponujących budowlach tych firm: również warszawski „Prudential” jedyny przed wojną drapacz chmur – wy-budowała włoska firma ubezpieczeniowa! Słowa „wydrwigrosz” użyłem zresztą w sensie opisowym: dopóki jest to dobrowolne, nie wolno potępić sprzedaży foletowego balonika za cenę trzy razy wyższą niż normalna.

Państwo socjalistyczne natychmiast postanowiło upaństwowić

(w nowomowie nazywa się to „uspołecznić” lub „znacjonalizować”)ten

*=**ukratywny interes. Być może wśród socjalistów są jacyś idioci, nie rnający pojęcia o ekonomii i wyobrażający sobie, że jest to „dla dobra ludu pracującego miast i wsi”. Podobnie myślał Janosik – z tą tylko . różnicą, że Janosik podobno coś tam dawał biednym.

W rzeczywistości był to (i jest) po prostu zwykły, cyniczny rabunek,

prowadzony przy użyciu przemocy (nieraz z użyciem broni). Najlepiej

;*;* świadczy o tym fakt, że ludzie chorzy na dziedziczne przypadłości,

gwarantujące, że nie dożyją 40 lat, też muszą płacić składkę emery-

„** talną! A kto policzy sobie, ile by miał pieniędzy płacąc składkę na

emeryturę (43% od zarobku) przez 40 lat, gdyby składał w jakimś

rnzsądnym banku, doliczył procent, i dodał drugie tyle (połowa ludzi

umiera przed osiągnięciem wieku emerytalnego!) – ten zdaje sobie

sprawę z rozmiarów rabunku.

Na ubezpieczeniach społecznych najgorzej wychodzą ludzie biedni.  Dla bogaczy 315 zł miesięcznie (tyle płacimy przeciętnie na ubezpieczalnię – nie na emeryturę: na same leki i lekarzy) to nie pieniądz – a gdy są chorzy i tak nie korzystają z lekarza darmowego, lecz idą do spółdzielni lub prywatnie. Biednego stać tylko albo na składkę, albo na lekarza prywatnego. Płaci więc pod przymusem składkę – i odtąd jest niewolnikiem ministra zdrowia. Ten może zabronić mu leczyć się u pewnych lekarzy, może zabronić mu zapisy-wania pewnych leków – pod pretekstem, że „państwa na to nie stać” A co go to obchodzi? Jego byłoby stać – gdyby miał swoje pieniądze!

Wiek emerytalny dla mężczyzn wynosi 65 lat – ale średnia życia mężczyzny to 63,5 roku. Ponad połowa umiera przed emeryturą. Spy-tajmy: która połowa? Odpowiedź: wcześniej umierają ludzie biedni i ciężko pracujący. Umierają – a ich składki przechodzą na bogat-szych i lżej pracujących, pobierających zresztą wyższe emerytury…

Zasiłki dla bezrobotnych… Biedna kobieta pracująca za 200 czy 250 zł płaci 2 proc. swej krwawicy po to, by 180 dostał za nic jakiś obibok, leń lub cwaniak! Panowie socjaliści nie mają nie tylko wstydu – ale nawet litości! Socjalizm polega na odbieraniu pieniędzy mró-wkom i przekazywaniu ich konikom polnym (np. ta kobieta musi płacić też podatek na deficytowy Teatr Wielki Opery i Baletu!).

Polska na drogę socjalizmu wkroczyła już w 1918 roku (władzę zdobył – a właściwie otrzymał z rąk trzech zdziecinniałych arysto-kratów – przywódca PPS-Frakcji Rewolucyjnej, Józef Piłsudski.

Z Zamku Królewskiego powiewał wówczas czerwony sztandar,

a ustawodawstwo mieliśmy – jak słusznie z dumą podkreślają polscy

118 119

socjaliści „najbardziej postępowe na świecie”). Jest mi przy tym zu-pełnie obojętne, czy przymus ubezpieczeń wprowadzili naiwni fana-tycy, czy cyniczni łajdacy: dopóki nie zostanie on zniesiony w każdej dziedzinie, dopóki państwo będzie rabować wdowi grosz i używae go na utrzymanie chmary urzędników i nierobów, dopóki Polska nie zej-dzie z tej wiodącej ku przepaści ścieżki – dopóty nie uwierzę, że coś drgnęło. Ciekaw jestem, oczywiście, jak rząd „liberałów”15 godzi ów przymus ze swymi szczytnymi zasadami – ale to już jest sprawa ich sumień. Natomiast gdy ktoś nas rabuje, nie interesuje nas stan sumienia rabusia, bronimy się!

BOMBA ODBEZPIECZONA

Przyznaję: piszę ten tekst pod wpływem emocji. Satysfakcję sprawia, że wszystko to, co piszę od lat, sprawdza się; to co przepowiadam do lat, np. w broszurze „Ubezpieczenia” (cztery wydania podziemne w latach 1978-1984) – czyli nieunikniony upadek państwowych po-wszechnych i przymusowych ubezpieczeń – już się rozpoczęło. Za kilka lat, proszę to sobie dobrze zapamiętać, rozpocznie się upadek tego systemu w Szwecji, Niemczech, a nawet w. Stanach Zjednoczo-nych. Będzie to prawdziwy koniec socjalizmu, ustroju, który wypro-dukował najgorszy ze wszystkich przymus ubezpieczeń.

Emocją równie silną, jak moja własna satysfakcja, jest przerażenie.  Jeszcze w tej chwili potrafiłbym poradzić sobie z załamaniem się tego systemu. Jednak, gdy patrzę na rządzących nami ciemniaków, i w ogóle rządzących atlantyckimi demokracjami dyletantów, to pe-wien jestem, że sobie nie poradzą. Konsekwencje zaś załamania się systemu ubezpieczeń będą – przynajmniej dla osób zainteresowa-nych – przerażające. A konsekwencje te ujawnią się w całej pełni.

System ubezpieczeń jak rak przeżarł już całą tkankę społeczeń-

stwa. Usunięcie tego raka, bez naruszenia żywej, zdrowej tkanki, jest

15 Mowa o rzadzie.1. K. Iiieleckie*o z Kongresu Lil*eralno-Demokratyczne*o…

* praktycznie niemożliwe. Można jednak jeszcze przeprowadzić tę ‘ * operację z minimalnymi stratami. Za kilka lat gdy okaże się, że sy-

„ * stem nie tylko nie ma pieniędzy, ale jeszcze jest zadłużony – na * ratunek będzie zbyt późno.

Tyle na Zachodzie. U nas już się to stało – i należy mówić nie o ratowaniu systemu, lecz o ratowaniu ludzi.

System ubezpieczeń musiał trzasnąć, gdyż miał trzy podstawowe

! wady: był przymusowy, zmonopolizowany, prowadzony przez państwo.

Jest rzeczą oczywistą, że gdy ktokolwiek – czy PZU z OC czy ZIlS – ma klienta bez starania się oń, to będzie klienta lekceważyć.  Z punktu widzenia urzędnika ZUS, każdy emeryt i rencista to wy-drwigrosz, uszczuplający jego kasę.

Z drugiej jednak strony, nie jest to jego kasa, lecz państwowa.

A zatem: niczyja.

, Tak więc ZUS i PZU nieustannie muszą popełniać dwa rodzaje ‘ błędów:

‘ l. przyznają zbyt małe świadczenia ludziom, którym się one należą;

2. przyznają zbyt duże świadczenia tym, którzy podobają się

urzędnikowi (by się podobać, można wręczyć łapówkę, można

* wzbudzić litość, można wreszcie, po prostu, mieć wspólnych znajo-mych).

* Jest oczywiste, że jedni dostają zbyt niskie renty, ponieważ nie ma pieniędzy – a pieniędzy nie ma, gdyż inni wyłudzili zbyt wysokie renty. Jest oczywiste, że w PZU jedni muszą do remontu dopłacić, a inni zbajtują inspektora i jeszcze na wypadku zarobią.

! System ubezpieczeń jest systemem z natury kryminogennym, a je-

I go twórcy powinni wylądować w kryminale pod wieloma zarzutami,

od zachęty do morderstwa, po sprowadzeniu niebezpieczeństwa po-

; wszechnego. Zabójstwa ubezpieczonych krewnych, podpalenie ubez-

‘ pieczonych domów, sianie na gruntach powodziowych, przekupstwa

lekarzy wydających zaświadczenia – to wszystko owoce niemoralne-go systemu. A wszystko co niemoralne, musi kiedyś źle się skończyć – z definicji niemoralności (gdyby coś kończyło się dobrze, nazywalibyśmy to „moralnym”I).

Ponieważ ten niemoralny interes prowadziło państwo socjalisty-czne – to był on prowadzony na początku dobrotliwie i nieudolnie.

W miarę upływu czasu, kiedy zaczęło brakować pieniędzy, państwo

socjalistyczne przestawało niekiedy być dobrotliwe. Jak bowiem

półtora roku temu pisał Aleksy de Tocqueville: Nie ma takiego okru-

120 121

cierćstu*a, ani takiej niesprawiedliu*ości, ,jakiej nie dopuścifby się skądinąd lagodny i liberalny rząd, gdy zabraknie mu pieniędzy.

A właśnie rzekomo „liberalnemu” rządowi zabrakło pieniędzy.  Dużo pieniędzy. Być może, gdyby nie kontrola socjalistycznego par-lamentu, rząd by jakoś sobie poradził – w tym stanie rzeczy został jednak zapędzony w kozi róg. I bgdzie kąsał.

Nie ma tu żadnych wątpliwości. Jeszcze parę tygodni temu parla-ment na siłę wciskał rządowi nadzwyczajne uprawnienia. Wówczas p. Bielecki odpowiedział, że takich uprawnień nie chce. Dziś grozi podaniem się do dymisji. Jeśli ich nie dostanie? To nie zostało jasno powiedziane – ale chyba tak. Taką chwiejność niektórzy nazywają dziecinadą. Ja sądzę, że nie jest to dziecinada, lecz uświadomienie sobie, co naprawdę rząd odziedziczył po sanacji, narodowych socjali-stach, komunistach („różowych”, spod znaku p. Mazowieckiego, można tu pominąć, oni już niczego nie zepsuli – nie zdążyli).

Otóż trzeba sobie uświadomić, że zadłużenie państwa polskiego wobec emerytów i rencistów – to znaczy zobowiązania, które państwo na siebie przyjęło – kilkadziesiąt razy przewyższa zadłuże-nie naszego państwa wobec zagranicy!

Inna ilustracja rozmiarów problemu: w 1990 roku, gdy wchodził w życie plan Balcerowicza, w styczniu podniesiono oprocentowanie do 40% miesięcznie (!) W lutym było bodaj 29%. Jednocześnie parla-ment przyznał kompensujące dodatki emerytom i rencistom. Wów-czas ZUS, banki i poczta opóźniły wypłatę tych dodatków o parę lub paręnaście tygodni. Suma, jaką wówczas stracili emeryci, też wielo-krotnie przekroczyła „pomoc” zagranicy. W dodatku pomoc zagranicy z reguły była pożyczką, natomiast pieniędzy zagrabionych starcom i inwalidom rząd nigdy nie oddał – i nie odda. Jeśli pp. Bagsik i Gąsiorowski mają pójść pod sąd za to, że korzystali z opieszałości naszych banków i zagarnęli 100 mln dolarów, to gdzie powinni wylądować ci, co zagrabili prawie miliard? Zwracam uwagę, że nasz kodeks wyraźnie mówi, iż (art. 120) zagarnięcie mienia to przyspo-rzenie sobie lub komuś innemu korzyści majątkowej.

Obecnie rząd zapowiada, że będzie obcinał rozmaite kategorie za-siłków. Zwracam uwagę, że wielokrotnie pisałem i mówiłem: Kto go-dzi się na to, by władza podnosiła renty i emerytury – ten godzi się i na to, że będzie je zmniejszać.

Z tym że zapowiedź owa jest bezprawna. Opiera się na dwóch

podstawach: po pierwsze, motywuje to nie „sprawiedliwością”, lecz

Fi

= * brakiem pieniędzy. To znaczy, że albo do tej pory wypłacano zasiłek

niesprawiedliwie, albo w tej chwili niesprawiedliwie się go odbierze.  Po drugie, robi się to kolektywnie. Odbiera się nie temu pseudoren-ciście, który wyłudził świadczenia, tylko całej kategoru rencistów lub emerytów. A co są winni ci, którym się należy?  Jedynym wyjściem – na przyszłość – jest całkowite wyłączenie państwa z biznesu „ubezpieczenia” – biznesu, które państwo-z właściwym sobie talentem – doprowadziło do ruiny.  Niestety, państwo do tego stopnia nie ma pieniędzy, że właśnie dokonuje ostatecznego rabunku emerytów poprzez wyprzedaż całości majątku państwowego.

A przecież wpłacane przez kilkadziesiąt lat składki emerytów były używane do inwestowania w przemysł państwowy. Jaki on jest, taki jest – ale jest przecież coś wart.

Dlatego nie wolno sprzedawać zakładów pracy w całości! Należy prze-kształcić je – ustawowo i bez dyskusji – w spółki kapitału państwo-wego, a następnie ok. 30% przekazać na niezależny od państwa Fundusz Emerytalny. Z dywidendy od tych akcji należy wypłacić renty i emerytury. Wówczas już żaden Sejm, Senat, czy inna demokratyczna instytucja nie będzie mogła wpakować w to swoich brudnych paluchów.

Następnie trzeba pozwolić ludziom w wieku przedemerytalnym

brać z tego Funduszu akcje w zamian za rezygnację z państwowej

emerytury (jeśli ktoś chce, oczywiście!) – natomiast w stosunku do

emerytów należy to rozprzedać prywatnym firmom ubezpieczenio-

wym, tak jak zrobiono to w Chile za gen. Augusta Pinocheta. Wów-

czas państwo przestawałoby być zainteresowane tym, by emerytom

‘ dać jak najmniej – stałoby się sprawiedliwym sędzią w sporze

między prywatnym emerytem, a prywatna firmą… Tak powinno być normalnie – i tak było, dopóki nie wtrąciło się w to państwo.

Aha, dlaczego nie pozwolić na to emerytom? Dlatego, że Fundusz

daje zyski średnie, a poszczególne akcje mogą zwyżkować lub wręcz

spadać do zera: trudno zaś, by emeryt, obecnie już nie uczestnik gry

‘ gospodarczej, miał dobre rozeznanie w biznesie.

= Przypominam złowieszczo, jak Kasandra: jeśli państwo rozprzeda wszystkie akcje, to emeryci będą zależni tylko do łaski pańskiej. A ła-ska pańska na pstrym koniujeździ… Emeryci odczuli już tego przeds-mak. To co nastąpi, będzie bez porównania straszniejsze.  Pozostało do katastrofy kilka – może kilkanaście – miesięcy.

122 123

TYGRYS I KOBIETY

Na jednym ze spotkań zadano mi pytanie o kobiety. Do tych pytań przywykłem – ale to było postawione w trochę inny sposób. Chodziło o to, czy ja bym chciał – z uwagi na rosnące bezrobocie – usunąć kobiety z pracy. Przy tym powinienem wziąć pod uwagę, że w Polsce 75% kobiet pracuje, bo musi.

No, w to bezrobocie, to ja nie bardzo wierzę – ale: niech tam!  Przyjmijmy to jako założenie. Gdyby więc było bezrobocie to czy ja bym wydał – jako, powiedzmy, dyktator – ustawę nakazującą zwol-nienie jakiejś części kobiet z pracy?

Ale się – dzięki dziennikarskim uproszczeniom i złośliwej anty-propagandzie – dorobiłem opinii, co?

W każdym razie czym prędzej wyjaśniłem, że rue jestem zwolen-nikiem stosowania centralistycznych metod sterowania gospodarką.  Dodałem, że czym innym jest postawienie rosnącemu drzewu prze-grody tak, by musiało prowadzić pień po dwóch jej stronach-a czym innym rozdzieranie żywej gałęzi na dwie części! Jest to zabieg brutalny i poważnie okalecza drzewo – często je niszczy. Czym in-nym jest więc zmiana warunków (lub nawet zakaz pracy kobiet) wy-dany na przyszłość – a czym innym nakaz zwolnienia kobiet (czy kogokolwiek) z pracy!

Jeśli ktoś nie widzi zasadniczej różnicy między zakazem czegoś w przyszłości, a nakazem zmiany stanu obecnego – to nie rozumie ducha konserwatyzmu, który powinien być naturalną składową myślenia konserwatywnego liberała.

Tak naprawdę pytanie zmierza do wyjaśnienia pewnego faktu: we wszystkich właściwie znanych społeczeństwach kobiety są chronione przed pracami trudnymi, wymagającymi dużej siły lub dużej inteli-gencji. Powierza się im prace wymagające mozolnego dłubania-czynności z reguły powtarzalne.

Trzeba tu dodać, że kobiety lubią – i to jest fakt niezaprzeczalny

– dostać szczegółowe instrukcje i znajdują przyjemność w dokład-nym wykonaniu – podczas kiedy mężczyzna z reguły zżyma się, gdy

ktoś mu instrukcji udziela; on chce sam sobie pokombinować! W efek-cie cztery razy na pięć przy pierwszych podejściach psuje materiał – ale za piątym odkrywa jakiś inny (lepszy obiektywnie – bądź po prostu lepiej jemu pasujący) sposób wykonania tej czynności. Oczy-wiście – jak słusznie napisała do mnie w uroczym liście p. Wanda z Puszczykowa – są i kobiety obdarzone takimi zdolnościami (i po-winny je móc wykorzystywać!) – oraz są mężczyźni nie lubiący wysilać mózgownicy na odkrywanie czegokolwiek, a skupiający się na dobrym, dokładnym wykonawstwie. I każdy powinien pracować w takiej dziedzinie, gdzie jego zdolności wykorzystywane są najlepiej.

Uwaga! Nawet kamieniarz lub śmieciarz mogą pracować bezmyślnie

– lub twórczo.

Natomiast pytanie, dlaczego nie posyła się kobiet do prac niebez-piecznych, jest źle postawione.

Zakłada mianowicie, że w każdym plemieniu jakiś mądry szaman po latach doświadczeń dochodził do wniosku, że kobiet nie powinno się zatrudniać przy takich-to-a-takich pracach (a mężczyzn przy in-nych) – po czym wydawał odpowiedni dekret i od tej pory byt ple-mienia znacznie się poprawił, a w nagrodę za wiekopomne odkrycie szamanowi przyznano „prawo pierwszej nocy”.

W rzeczywistości sprawa przedstawia się inaczej. Podobnie jak nikt nie wymyślił np. języka, tak samo nikt nie wymyślił podziału ról w rodzinie i społeczeństwie. Najprawdopodobniej początkowo na polowanie na tygrysa szablistego wybierało się wspólnie całe plemię, z kobietami włącznie. Jeśli chciały. Jedne kobiety zostawały w pie-czarach – inne szły na tygrysa.

No, i te, które szły, tygrysy po prostu zjadały – oblizując się, bo mięso kobiece jest bardzo delikatne. A tamte przeżywały. I miały dzieci. Wychowywane tak samo, jak matki – i dziedziczące po nich te cechy charakteru, które dziś nazywamy „kobiecymi”. A pozbawione pożywienia tygrysy szabliste wymarły. Mężczyźni, którzy zostawali w pieezarze tez przeżywali – tyle że ich rodziny przymierały głodem. . .

W efekcie te plemiona, które przestrzegały podziału ról, który dziś nazywamy „naturalnym” rozmnożyły się i napełniły Ziemię – a inne gdzieś tam wegetują.

Selekcja naturalna.

Postępowcom odpowiadam, że należy na to użyć argumentu: „Tak

było dawniej. Obecnie ludzi jest na Ziemi za dużo – a więc przeżyje

124 *” 125

to społeczeństwo, które doprowadzi do śmierci, a przynajmniej do- – = bezpłodności, jak największej liczby kobiet. Kobiety więc należy po-syłać na wojny (Izrael – ale stopniowo i Zachód) zatrudniać przy ciężkich pracach (najlepiej jako traktorzystki) oraz skłaniać by doko-nywały jak najwięcej aborcyj (bo jest po tym duża szansa na bezpłodność!).

Tylko koniecznie – ale to koniecznie trzeba zmusić do przyjęcia tego modelu wszystkie plemiona na Ziemi. W przeciwnym bowiem razie to, które nie posłucha, opanuje Ziemię – i raz jeszcze Wstecz-nictwo zatryumfuje nad Postępem.

Ciekawe, po której stronie barykady staną zwolennicy powrotu do Natury?

LEWY OBRONCA

Obrona kobiet – zwłaszcza kobiet pracujących – jest ważnym za-

daniem nowoczesnego państwa opiekuńczego. Tysiące mniej lub bar-

dziej zciolnych urzędników setek rządowych agend starają się zarobić

na awans wymyślając kolejne przepisy chroniące kobiety pracujące

– zwłaszcza ciężarne, bo jak wiadomo płód to coś do usunięcia z pun-ktu widzenia Ministerstwa Zdrowia – ale Przyszłość Narodu z pun-ktu widzenia Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej; w przyszłości będzie albo pracował (dając przy sobie pożyć urzędnikom Departa-mentu Spraw Pracowńiczych) albo zostanie bezrobotnym (dając usprawiedliwienie dla pensyj Departamentu d/s Walki z Bezrobo-ciem). Tak nawiasem: w tym właśnie Ministerstwie średnia płaca jest najwyższa spośród wszystkich resortów!!!

Tak czy owak – motywy są nieważne, grunt, że dzięki temu ko-biety otoczone są coraz lepszą opieką naszej kochanej IV Rzeczypo-spolitej.

Popatrzmy, jak znakomicie to działa.

Znajoma mej synowej chciała zatrudnić się sezonowo; na 1 ½

(słownie: półtorej) miesiąca.

Dzięki działalności troskliwych opiekunów, kobieta przed

przyjęciem do pracy musiała być przebadana przez lekarza (tak na-

-. wiasem: w domu wolno jej tyrać 14 godzin na dobę, często ciężej niż

w pracy – ale to jeszcze nie jest chronione; sądzić wszak należy, że w przyszłości i ta nienormalna sytuacja zostanie jakoś uregulowana , – i np. miłe to i owo z własną żoną będzie dopuszczalne wyłącznie , za zezwoleniem odpowiedniego specjalisty).

Lekarz stwierdził, że kobieta jest w świetnej formie – tyle, że jest w drugim miesiącu ciąży.

Znów nawiasem: sportswomenki dziś często specjalnie zachodzą w ciążę na miesiąc-dwa przed ważnymi zawodami: organizm kobiety w drugim miesiącu jest bardzo silny i wydajny!  Tym niemniej szef firmy z przykrością odmówił jej przyjęcia do pracy!

Powód? Bardzo prosty! W trakcie pracy obywatelka pracująca ukończyłaby trzeci miesiąc ciąży. Tym samym – nawet pracując na umowę-zlecenie – byłaby objęta ochroną prawną. Konkretnie: stałaby się świętą krową, której trzeba przedłużyć okres zatrudnie-nia, wypłacać zasiłki za (jakże częstą – i usprawiedliwioną) nieobecność, utrzymywać na urlopie macierzyńskim, płacić od tego narzut na ZUS – no, i liczyć się z tym, że pracownica w okresie macierzyńskim może po raz drugi zajść w ciążę.  Tak więc gwoli szczytnej idei ochrony praw pracujących kobiet w ciąży pani owa może sobie zdychać z głodu! Ewentualnie pójść na zasiłek dla bezrobotnych plus specjalny dodatek dla kobiet w ciąży.  Kandydatka na pracownicę się wściekła – i powiedziała, że ma tego dość; ona napisze i podpisze zobowiązanie, że za te półtora mie-siąca się zwolni, że korzystać nie chce i nie będzie! Przy świadkach!  U notariusza – jeśli trzeba!!!

Figa z makiem! W świetle chroniącego kobiety prawa takie zobo-wiązanie jest nieważne!

Można je podpisać – a potem oświadczyć, że jednak chce się korzystać z przywilejów. I pracodawca może sobie tym zobowiąza-niem co najwyżej podetrzeć to lub owo.

Firma więc z żalem, ale stanowczo, odmówiła przyjęcia jej do pra-* cy. A zarobki w sezonie są tam b. wysokie…  Nie wiem, w jakim stanie ducha jest obecnie ta pani. Jednak po-dobno przeżycia matki odbijają się wyraźnie na noszonym przez nią dziecku. W takim razie wyrośnie zeń tęgi choleryk!

126 127

* * *

To, że przepisy wydawane przez państwo szkodzą tym, których powinny chronić – to wiemy. Akcja wywołuje reakcję – wszystko ,musi się wyrównać. Jednak warto spytać Rzecznika Praw Obywa-telskich:

Jak można odebrać kobiecie część jej praw?

Prawo do zaciągania zobowiązań jej podstawowym prawem oby-

watela. Istotnie: w stosunku do kobiet stosowano i stosuje się nadal różne ograniczenia (nikt serio nie bierze tych bajań o równoupraw-nieniu). Tym niemniej w polskiej tradycji prawnej nigdy nie ograni-czano praw kobiet do dysponowania swoim dobrem osobistym.

A z’obowiązanie, że się czegoś nie zrobi, jest właśnie dobrem oso-bistym…

Istnieje ostra granica, miedzy daniem kobietom innych praw niż mężczyznom – a traktowaniem ich jak suk, mulic, czy krów, których zobowiązań, że nie wejdą w szkodę, też nie traktuje się poważnie i przywiązuje się je postronkiem!

Mnie tam zresztą wszystko jedno: niech się twórca tego przepisu tłumaczy przed kobietami. Ja tylko przypominam, że nie jest to prze-pis jedyny: kobieta nie może np. mając przyznane alimenty, zrzec się ich za jakąś ryczałtową sumę, umożliwiającą np. założenie skle-piku z nabiałem…

Tak dobrze się nią opiekują!

KONSUMENTKI

Jak wiadomo ulubionym gambitem Czerwonych jest wbicie ludziom do łbów, że są „ludźmi pracy”. Dla Czerwonego praca jest celem, jest czymś w życiu najważniejszym. Oczywiście dla normalnego człowieka praca jest środkiem: murujemy ściany nie dlatego, że lubimy kłaść cegłę na cegle, tylko po to, by mieć dom – lub też dokonać wymiany: ktoś zamieszka w tym domu, który ja wybuduję, a ja dostanę pie-niądze, które wymienię na np. samochód.

Celem jest zawsze dom, samochód, ubranie, jedzenie – lub ewen-

tualnie pieniądze, za które w przyszłości kupię coś z tych rzeczy. Są,

128

oezywiście, ludzie, dla których celem jest praca – ale to tak, jak gdyby dla kobiety celem małżeństwa było założenie białej sukni…

Dla Czerwonych fabryka śrubek istnieje po to, by ludzie w niej pracowali; dla normalnego człowieka fabryka jest po to, by wytwarzać śrubki. W konsekwencji Czerwoni budują fabryki tam, gdzie jest siła robocza – normalni ludzie budują fabryki tam, gdzie łatwo dowieźć surowiec i łatwo znaleźć kupców. Są to dwa zupełnie inne światy-i nie ma między nimi zrozumienia. Socjaliści to po prostu grono nie-bezpiecznych wariatów, którym nie wolno dawać do ręki niczego cen-niejszego, bo zniszczą.

By zwyciężył socjalizm wystarczy, by ludzie zaczęli patrzeć na sie-bie jako na „ludzi pracy”. Jeśli w towarzystwie facet przedstawia mi się: „Jan Kowalski, adwokat” – to już wiadomo, że to towarzystwo jest nieodwołalnie skazane na socjalizm!

Społeczeństwo, w którym każdy widzi siebie jako „tokarza”, jako „szewca”, jako „lekarza” prędzej czy później zgodzi się na to, by walczyć o prawa „człowieka prac*’. Zacznie się rozszarpywanie kraju pomiędzy sprzeczne interesy „związków zawodowych” – i porządek społeczny prędzej czy później diabli biorą. Na ogół wcześniej, niż później…

By się przed tymi bronić w towarzystwie – czyli wśród osób de-cydujących (w dawnych, dobrych czasach) o polityce – istniał zakaz rozmowy na tematy zawodowe. O pracy mówi się w pracy – a nie, do cholery, na przyjęciu. Poznaję p. Kowalskiego – i chcę wiedzieć, czy łowi on ryby, czy poluje, czy gra w brydża, czy w warcaby, czy w golfa, czy lubi brunetki, czy kocha konie i psy, czy słucha Brahmsa czy Mozarta i co sądzi o pogodzie (żelazny temat w Anglii). Nato-miast nie interesuje mnie, czy jest to chłop, czy tokarz, czy wreszcie rzeźbiarz. Nie interesuje mnie nawet, ile on zarabia: gentleman o pieniądzach nie mówi – gentleman pieniądze ma. I tyle.

Niestety: nawet w Krakowie nie istnieje już „towarzystwo”-w tym sensie, w jakim o nim przed chwilą pisałem. Mamy do czynie-nia z szarą masą wyrobników – i nie ma znaczenia, że są to rzemieślnicy w dziedzinie poezji, muzyki, adwokatury i innych szla-chetnych zawodów. Wszyscy daliśmy się Czerwonym sprowadzić do poziomu mrówek-robotnic. Nawet emeryci, choć nie pracują, mówią głownie o swoich pieniądzach…

Czy jest jakaś grupa, która się temu nie poddała? Która można by odzyskać?

W normalnym państwie taką grupą są kobiety!

129

Kobiety z jednej strony rządzą światem: to one wybierają sobie mężczyzn, to one wychowują mężczyzn; cały świat kręci się wokół kobiet. Kobiety starają się stronić od brudnej pracy zawodowej. Ko-biety wreszcie dokonują zakupów…

Tu jest pies pogrzebany!

Gdy Czerwony mówi lekarzowi: „Strajkuj! Dostaniesz podwyżkę!”

– to jego żona wrzeszczy: „Tak! Ty dostaniesz! 200 tysięcy więcej!

Ale szewc też dostanie 200 tys. więcej – do czego Rząd doliczy 100 tys. na ZUS, 40 tys. na podatek, ile-ś tam na „popiwek” – i w sumie ja za buciki zapłacę o 400.000 więcej! To może podziałać – i często działało.

Dlatego właśnie Czerwoni ze skóry wychodzą, by kobiety wciągnąć w to samo bagno. By kobieta przestała być kobietą – a stała się dziennikarką, szwaczką, adwokatką, maszynistką, sekretarką, a naj-lepiej traktorzystką… No dobrze: to se uż ne vrati – ale reszta jest jak najbardziej w zasięgu pp. Clintona, Pawlaka, Cimoszewicza i Pa-pandreu – z zachowaniem proporcji rzecz jasna.

W wyborach 19.IX1993 roku ponad 50% głosujących na Unię Po-lityki Realnej – to były kobiety. Głosowały tak – pomimo wrzasków tzw. „feministek”, że UPR jest partią anty-feministów. Głosowały tak – bo chciały żyć w normalnym kraju.

Jak wiadomo bardzo wielu kobietom nie jest do twarzy w Czer-wonym…

ZWI*ZKI

W Fabryce Samochodów Osobowych na Zeraniu pracuje podobno ok.

10.000 osób. To sporo.

„Polonezami” i „Fiat”-ami jeździ ponad 500.000 osób. To bardzo dużo.

Pracownik FSO ma interes w tym, by „Polonez” był możliwie drogi

– i by nie trzeba było szczególnie namachać się przy jego produkcji.

„ „

Kierowca i właściciel „ „Poloneza ma interes w tym, by „Polonez był możliwie tani – i był wykonany solidnie, wręcz: wymuskany.

* * *

Pracowników fabryczki korkociągów jest 7-miu.

Użytkowników korkociągów jest 10 milionów.

Użytkownicy korkociągów chcą, by korkociągi były możliwie tanie

i dobre. Pracownicy najchętniej sprzedawaliby kawałek pogiętego drutu i rączkę do samodzielnego sklejania (i tak odpada…) – w cenie drutu ze srebra.

I tak dalej.

Powstaj e pytanie :

Dlaezego 10000 producentów „Polonezów”,30producentów kor-

kociągów, 20 producentów agrafek, 20.000 wytwórców szyb, klamek,

’   chleba…- potrafi narzucić swą wolę 500tysiącom użytkowników

„Polonezów”,10milionom korzystających z korkociągów…40milio-

**:*   nom zjadaczy chleba wreszcie?

‘;***   Odpowiedź pierwsza brzmi:

*,j,   Bo ci pierwsi są zorganizowani!

i*’;   Łatwo możemy sobie wyobrazić 10tysięcy robotników Żerania wy-

*   chodzących na ulicę z kluczami francuskimi w rękach (i pod dowó-

‘:   dztwem własnego dyrektora!).Teoretycznie użytkownicy „Polonezów”

*   mają w rękach machinę znacznie potężniejszą: samego „Poloneza” (o mocy 87KM).Mają zapewne więcej pieniędzy i możliwości,niż ci

:* *;,,

pracownicy.Są przeciętnie zapewne inteligentniejsi,a być może i fi-zycznie silniejsi.

*;   Są jednak niezorganizowani. Nie potrafę sobie wyobrazić,by

‘*;   choćby 100.000właścicieli „Poloneza” na znak protestu przejechało…

: *   no właśnie – gdzie? Przed URM-em? Przed FSO,protestując prze-

ciwko niskiej jakości produktu tej zasłużonej fabryki? Przed siedzibą

ś*   OPZZ lub NSZZ „S”? Czy przed Belwederem?

A gdyby nawet się zebrali i przejechali, potrąbili, pobłyskali

światłami – to nikt by się tym nie przejął; przejechali – no,to

przejechali. I pojechali. I znów są rozproszeni. A załoga FSO

w każdej chwili znów może wziąć młoty w dłonie…

Gdybyśmy z’organizowali Związek Użytkowników „Polonezów”

Związek Użytkowników Korkociągów itd.- to mielibyśmy kilkaset

130 131

miliardów Polaków (tak! każdy obywatel należałby do paru tysięcy = takich związków!!), którzy by producentów roznieśli w proch i w pył.

Tyle, że nie ma takiej możliwości. Nikt nie widzi siebie jako człon-ka grupy społecznej „użytkownik korkoeiągu”. Ustawiacz FSO widzi siebie jako „robotnika FSO” – a nie jako wędkarza, zjadacza chleba, konsumenta masła i pasztetowej, nosiciela bluzy z tergalu itp.

Miedzy członkami tych grup (z wyjątkiem, być może, wędkarzy) nie istnieją żadne więzy…

(Nawiasem pisząc, ciekawe: czy gdyby wszyscy pracownicy Fabryki Wędek byli wędkarzami, to produkowaliby dobre i tanie wędki? Mo-im zdaniem: nie! O wiele bardziej opłacałoby się im strajkami wymóc cła ochronne na wędki, produkować drogo wędki byle jakie, a same-mu, z nadwyżki, kupić choćby i ocloną wędkę zagraniczną).

… natomiast więzy takie wytwarzają się między kolegami z pracy.  I naszym zadaniem musi być rozbicie tych więzów. Uświadomienie temu ustawiaczowi, że jego największym konkurentem i wrogiem nie jest ustawiacz Smith z Detroit, nie jest jego dyrektor, nie jest emeryt, lecz… kolega ustawiacz, który lepiej ustawia i jutro może go wygryźć z roboty! Musimy tych ludzi napuścić na siebie, skłócić ze sobą, rozbić „solidarność ludzi pracy” – tak pracowicie montowaną przez socja-listów. Dla ich (tj. nie socjalistów, lecz ludzi pracy!) dobra – bowiem w’ówczas będą korzystać z wyzysku innych „ludzi pracy”: tych od korkociągów na przykład…

To wszystko jasne: siła Szatana leży w organizacji „ludzi pracy”.

Doskonale! Ale dlaczego przegraliśmy wybory? Przecież ludzie przy

urnach byli sami, przed telewizorami oglądali programy wyborcze w rodzinie, a nie w gronie kolegów-związkowców…

Z tymi programami to nie całkiem tak, bo z badań wynika, że audycje te oglądało raptem 2%-5% telewidzów (!); reszta przełączała się na inne kanały lub wyłączała odbiorniki. Tym niemniej kilka pro-cent ludzi mimo wszystko myśli?

Tak. Ale mają spłaszczoną optykę.

Wyobraźmy sobie, że na planecie Poronii mieszka taki gatunek

istot, że rozmaici osobnicy konsumują tylko jeden produkt: Kowalski jada wyłącznie chleb, Wiśniewski wyłącznie masło, Zieliński wyłącz-nie ryby. Natomiast pracują – taki Poronny Kodeks Pracy-w pięciu różnych fabrykach po 1,5 godziny. Np. Kowalski pracuje 1,5 godziny w piekarni,1,5 w mleczarni,1,5 w masarni,1,5 w serowarni i 1,5 w miodosytni…

132

O, wtedy Kowalski dbałby o to, by piekarze robili dobrze i tanio

– a pozwalałby się „wyzyskiwać” jako piekarz, mleczarz, masarz itd.

Wprowadzenie na Poronii socjalizmu w ziemskiej postaci byłoby trudne.

Jeśli jednak Kowalski pracuje w jednej fabryce, a rozmaitych przedmiotów kupuje tysiące, to nie potrafi walczyć o swoje dobro jako piekarza! I tę obiektywną sytuację wykorzystują cyniczni socjaliści.

Dlatego właśnie nie da się socjalizmu zwalczyć pragmatycznie. Ko-nieczne jest podejście pryncypialne: zanegowanie „praw ludzi pracy”.  Jest to trudne – ale nie niemożliwe.

I trzeba mieć nadzieję. Bo bez tego – nie warto żyć.

1111 KAPITANOW

Wszyscy miłośnicy talentu p. Cyryla N. Parkinsona – jeśli ktoś nim nie jest, to tylko dlatego, że nie czytał Jego dzieł – pamiętają na pewno z Jego najsłynniejszej książeczki „Prawo Parkinsona” esej z rozwoju instytucji politycznych.

Ten zmarły w 1993 r. ideolog brytyjskich Torysów przedstawił w nim – bogato ilustrując to przykładami – taki, mniej-więcej, mo-del. Oto powstaje szacowna i mająca realny wpływ na władzę insty-tucja, np. parlament. Skoro ma ona władzę, to każdy chce się do niej dopchać. Naciski są tak silne, że instytucja zaczyna się rozrastać.  W pewnym momencie staje się już tak wielka, że nie jest w stanie efektywnie prowadzić obrad – nie mówiąc już o podejmowaniu roz-sądnych decyzji.

Co dzieje się wówczas? Bardzo, ale to rzadko, ktoś taką instytucję reformuje, zmniejszając obsadę do rozsądnych rozmiarów (co to są rozmiary nierozsądne? – w jednym ze Swych genialnych esejów prof Parkinson utrzymuje, że instytucja mająca ponad tysiąc pracowni-ków w ogóle już nie potrzebuje zewnętrznego świata: ma tyle prob-lemów z utrzyrnaniem samej siebie, że wszyscy pracownicy są zajęci tym całkowicie…). Inna możliwość – to katastrofa okrętu prowadzo-nego przez 1111 kapitanów. Na ogół jednak wybierane jest rozwiąza-nie inne.

133

Oto w łonie (czasem z zewnątrz) niesprawnej instytucji pojawia się nowa instytucja – np. „prezydium”. Prezydium, jako organ sprawniejszy, w sposób zupełnie naturalny przejmuje funkcje insty-tucji macierzystej, natomiast członkowie tej ostatniej nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co się naprawdę stało. Do instytucji pchają się nowi kandydaci, a ponieważ straciła ona istotne znaczenie nie ma żadnego powodu, by zamykać przed nimi drzwi. W końcu instytucja zamiera lub pada, pozostawiająe swoim członkom jakieś-tam tytuły honorowe.

Tyczy to zarówno parlamentów, jak i rządów. Z tym, że rządy, jako mniej liczebne, zwolna stają się ważniejsze od swych mocodawców, parlamentów. Stąd taki nacisk na udział w rządzie – co mogą Państwo zaobserwować i dziś. Stąd też rządy ewoluują znacznie szybciej – rząd Jej Królewskiej Mości przechodził opisaną kurację już parokrotnie – a i teraz w jego obrębie funkcjonuje rząd właściwy – i rząd w szerokim sensie (jacyś-tam ministrowie od spraw sportu czy zdrowia, których się na prawdziwie ważne narady po prostu nie wzywa).

Jak to z tym jest obecnie w Polsce?

Otóż – moim zdaniem – zdarzyło się u nas typowe materyi po-

mieszanie. Zresztą nie tylko u nas: w bardzo wielu krajach, gdy par-lament stał się nazbyt duży, zamiast budowania wewnątrz jakiegoś mniejszego „prezydium” – np. „Konwentu Seniorów” – po prostu przekazano funkcje parlamentu rządowi!

Tym właśnie można wyjaśnić pozornie absurdalne rozwiązania. Bo przecież, na zdrowy rozum, jest absurdem, że projekty ustaw przy-gotowuje ciało wykonawcze, a nie ustawodawcze – a parlament co najwyżej zatwierdza lub wprowadza jakieś poprawki. Na zdrowy ro-zum jest też absurdem, że ministrowie są jednocześnie posłami-jak może poseł sam siebie kontrolować jako ministra?!! I po co w ogóle jakaś Rada Ministrów? – twór, gdzie minister kultury na rów-ni z ministrem wojny głosują nad tym, co ma robić minister zdro-wia?l! Przecież nie do tego zostali powołani?

Dzieje się tak, gdyż Rada Ministrów po prostu przejęła funkcje Prezydium Parlamentu. Rada Ministrów stała się ciałem ustawodaw-czym, a nie wykonawczym – co najlepiej widać po jej składzie: cóż to za organ wykonawczy, gdy każdy z ministrów jest z innej partu?  Jak taki twór w ogóle może wykonywać jakakolwiek spójną koncepcję?

Jednakże, choć Rada Ministrów zajmuje się głównie ustawoda-

wstwem (czego smutnym skutkiem jest m.in. i to, że ministrowie

sterczą ponuro na obradach Sejmu i tracą wysoko (? – no, względnie

‘*” wysoko…) o.płacany czas na wysłuchiwanie – mniej lub bardziej

‘ sensownych uzasadnień projektów – zamiast siedzieć w biurze i pil-

9

nować interesu, zapoznając się tylko z gotowymi już ustawami sej-mowymi – to pozostały jej tradycyjnie niektóre funkcje wykonawcze.

Wprawdzie de facto wykonują je zawodowi urzędnicy – ale od mi-

nistra oczekuje się, by sam też te funkcje urzędnicze pełnił. Ubocz-

nym efektem tego jest wyraźnie widoczny fakt, iż te projekty ustaw

*** przedstawione przez Radę Ministrów niemal nieodmiennie są korzy-

stne dla urzędników, dla aparatu państwa, a nie dla nas, państwa tego obywateli.

Z tym bałaganem trzeba coś zrobić. Najprostsza propozycja to:

‘F zredukować Sejm do tych 120 posłów, jak postuluje Program UPR;

odebrać ministrom prawo pobytu w Parlamencie (poza ew. wezwaniem

;: ; na interpelację), uniemożliwić posłom piastowanie tek ministerialnych,

– oddać Premierowi ster nad ministrami (lub przekazać to, jak w USA, Prezydentowi), skasować dekrety Rady Ministrów, zastępu-y ‘* jąc je rozporządzeniami Premiera kontr-sygnowanymi przez właści-x’ wego ministra, posiedzeniom RM nadając charakter wyłącznie

* informacyj ny.

r’ Jeśli jednak chcemy zastosować znaną w judo zasadę: „trzcina wy-

grywa, gdyż ugina się na wietrze (w tym przypadku: dziejowym)”-

to należy postąpić odwrotnie: potraktować Parlament, jako ciało ele-

ktorskie, wybierać „radę ministrów” w głosowaniu większościowym,

natomiast właściwe stanowiska wykonawcze powierzyć urzędnikom

; _* mianowanym przez „radę ministrów” lub też tzw. dziś „ministrom

stanu” – czyli urzędnikom mianowanym przez p. Prezydenta i obe-cnie pracującym w Jego kancelaru i… dublującym pracę normalnych ministrów.

Jako ciekawostkę można zauważyć, że… taki właśnie model pano-wał za komunistów, gdzie rolę ministrów stanu spełniali członkowie PolitBiura – to wskazuje na uniwersalny trend w tym kierunku:

skoro tak dzieje się zarówno w Wielkiej Brytanu, jak i w PRL…

Tak czy owak: na coś trzeba się zdecydować. Z przykrością zauwa-

żam, że wielu posłów – i to nawet tych, którzy najgłośniej krzyczą

o konieczności „przełomu” – zamiast zdecydowanych rozwiązań od-

dzielających władzę wykonawczą od ustawodawczej, zajmuje się do-

134 135

raźnym kompromisowym łataniem obecnej, niejasnej i sprzecznej =-konstrukcji, która wielokrotnie już okazała się niesprawna.

Ba! Ale jak przekonać np. PT Posłów by dobrowolnie pozbawili się szansy zostania ministrem?

Wszak teraz każdy nosi buławę (p. Leszek M. nawet marszał-kowską…) w tornistrze! Albo: jak ich przekonać, by ograniczyli w przyszłym Parlamencie liczbę Posłów i Senatorów – zmniejszając tym samym szansę własnej re-elekcji?!??

Może przyjdzie Państwu do głowy jakaś genialna idea?!? Proszę o taki pomysł w prezencie!

ZIEMIA

Parę dni temu w jednej z gazet przeczytałem biadolenia, że Niemcy to mają dwa poręczne określenia: Vaterland, czyli Ojczyzna – i Heimat – taka mała ojczyzna, obejmująca najbliższe sąsiedztwo Niemca.  Autor wywodzi to z tradycji, z podziału na landy, z rozbicia dzielni-cowego – i z innych ważnych socjologicznie i historycznie faktów.

Można by twierdzić, że Polska też miała okresy rozbicia dzielni-cowego; że oprócz tego miała jeszcze rozbiory, które wywarły na Po-lakach piętno prawie takie, jak podział na Ossis i Wessis…

… tu dygresja: dlaczego 200 lat rozbiorów, życia jednych Polaków w Rechtstaat, innych pod rządami wschodniej, restrykcyjnej biuro-kracji, a jeszcze innych pod rządami dobrotliwej, na ogół własnej, biurokracji Cesarsko-Królewskiej – mniej zróżnicowało Polaków, niż pół wieku podziału Niemiec na nrd-ówek i RFN? Ciekawe, prawda?  Otóż odpowiedź jest taka, że Europa cały czas była Europą chrześci-jańską, opartą na wspólnych w gruncie rzeczy zasadach moralnych.  Socjalizm – to experyment będący zaprzeczeniem podstaw naszej cywilizacji. Nie ma z nim żadnego kompromisu, nie ma żadnej trze-ciej drogi – państwa Zachodu, które tego próbują, przeżywają gos-podarczą stagnację i moralny upadek.

Wracamy do głównego nurtu. Nie wiem, czy b. NRD to dla Ossis Heimat czy Vaterland – podejrzewam, że ani jedno, ani drugie: Ossis od Wessis nie różni się obyczajowo ani kulturowo – tylko politycznie.

Wiem natomiast, że można by wymienić jeszcze dziesiątki przyczyn, dla których w Polsce nie ukształtowały się dwa odrębne pojęcia Hei-mat i Vaterland – gdyby nie to, że takie pojęcia istnieją.

Są nimi Ojczyzna i Ziemia.

Obywatel najpierw był obywatelem miasta lub obywatelem ziem-

skim (co do dziś możemy czytać, z umieszczonych dumnie na nagrob-kach napisów) – a dopiero potem Poddanym Króla Polskiego lub obywatelem Rz-plitej. Poseł był posłem Ziemi Chełmińskiej lub Wiel-kopolski – a dopiero potem myślał o dobru Królestwa.

Tak, że ten partykularyzm istniał – i nawet był nadmierny: np.  posłowie Wielkopolski przyjęli jako swego władcę Gustawa szwedzkiego, wypowiadając posłuszeństwo Janowi Kazimierzowi – w dodatku zro-bili to w stylu przynoszącym im hańbę. Nawet ci Radziwiłłowie, któ-rzy mieli istotne powody by odłączyć Litwę od Korony, zarobili (słusznie) na epitet zdrajców. W każdym razie: nikt nie może pisać, że pojęcie ziemi w Polsce historycznie nie występuje!

Inna sprawa, że od czasów rewolucji francuskiej, wszyscy nasi insurrekcjoniści, spiskowcy i powstańcy rozmaitych maści (z reguły masoni, karbonariusze e tutti quanti) usiłowali, idąc śladami Gari-baldiego, niszczyć tę miłość do własnej ziemi, zastępując ją miłością do całej Ojczyzny. Niestety, ciężko jest kochać coś tak ogromnego i zróżnicowanego, jak Ojczyzna: jeśli uwielbiam góry, to nie chcę, by kazano mi kochać i morskie wybrzeże – skądinąd bardzo ładną i miłą okolicę!

Gdy duchowi spadkobiercy tych totalitarystów (nie mam wątpli-wości, że gdyby taki Ludwik Mierosławski dorwał się do władzy, to zrobiłby w Polsce pol-potyzm… na skalę XIX wieku, oczywiście) objęli xealne rządy, doprowadzili kult Ojczyzny do absurdu. Mieli władzę, pieniądze z podatków, artystów gotowych za pieniądze pleść byle co (proszę porównać scenariusz obchodów rocznicy Powstania Warszaw-skiego zmajstrowany za ogromne pieniądze przez p. Izabelę Cywińską) – ale, co najważniejsze, mieli miliony ludzi szczerze cieszących się ze scalenia Ojczyzny. Ich uczucia były haniebnie wyko-rzystywane przez Sanację (i nie tylko przez Sanację…) w walce o władzę.

Wszystko na świecie ma jednak swój koniec. Tak wykorzystywane

społeczeństwa scyniczały kompletnie. Największe pieniądze robi się

na wyśmiewaniu patriotyzmu – a winni są nie autorzy tych pa-

skudztw – tylko ci, którzy patriotyczną tromtadracją doprowadzili

136 137

do tego, że większość ludzi woli słuchać parodii wiersza – niż wier-sza samego! !

Powiedzmy jasno: jest to koniec. Państwo gnoi wszystko, czego się dotknie – i zgnoiło pojęcie Ojczyzny. W źródle centralizmu: we Fran-cji, we Włoszech – coraz częściej mówi się o rozpadzie tych ojczyzn na prowincje. Kto widział Bawarię zalaną dosłownie biało-niebieski-mi flagami (a to czarno-czerwono-żółte dziwactwo upychane jest po kątach) – ten zrozumie.

Odrodzenie patriotyzmu musi iść w parze z odrodzeniem miłości do Ziemi. Nie ma innej drogi: wpajanie patriotyzmu na siłę skończy się znienawidzeniem tej sztuczności.

Czy jednak ktokolwiek z Warszawiaków przywiązany jest do żółto-czerwonej flagi? Czy ktoś – nie to, że gotów byłby w jej obronie umrzeć, ale: czy dałby 1 zł za to, by Mazowsze miało własną flagę??  Ilu Wielkopolan wie, że biało-czerwona krata to nie chorągiewka star-tera przez pomyłkę pomalowana na czerwono – lecz flaga Wielko-polski? Jakie boje o nią toczono przed pruskim Parlamenteml A dziś?

Doprowadzono to pojęcie do ruiny. Trzeba je odradzać. Historycy na prowincji, zamiast pleść dyrdymały o Lechu, Czechu i Rusie, po-winni badać własne źródła. Powinni starać się, by dokumenty Księstwa Płockiego były w Płocku – a nie w Archiwum Głównym Akt Dawnych! I tak dalej.

Zanim jednak je odrodzimy, musimy mieć zdrowe państwo, z za-wodową armią. Jeśli bowiem odrodzimy pojęcie ziemi, a armię, jak w Jugosławii z’organizujemy z poborowych terytorialnych – to druga Jugosławia gotowa.

Już sąsiedzi się o to postarają!

SPALONY

W światku piłkarskim coraz częściej mówi się o zniesieniu przepisu o „spalonym”. Przypominam, że jeszcze do 1925 r. przed piłkarzem otrzymującym piłkę musiało być trzech przeciwników – obecnie wy-starcza dwóch; być może ograniczenie w ogóle nie jest potrzebne (uzasadnia się je chęcią nakłonienia futbolistów do gry skrzydłami).

gomińmy piłkarską specyfikę. Wyobraźmy sobie, że FIFA podjęła w sprawie „spalonego” salomonową decyzję: niech rozstrzyga prakty-ka! O tym, czy trzeba mieć przed sobą dwóch przeciwników ma decydować konkretna sytuacja na boisku.

Wszyscy normalni ludzie natychmiast popukaliby się w czoło, a z władz FIFA nie zostałoby po miesiącu nawet śladu (to znaczy: z tych jej członków, którzy za tym optowali!). Przecież wyobraźmy sobie, że jest finał Mundialu, stan 2:1 i w ostatniej minucie gola dla strony przegrywającej strzela gracz, który otrzymał piłkę stojąc sam na sam z bramkarzem!

Przecież to byłaby wojna!

Oczywiście, wypowiedzieć by się musiała Komisja Sędziowska.

Każdy z jej członków otrzymałby (od przedstawicieli zainteresowa-

; nych państw) oferty za kilka milionów dolarów, a przed oknami de-

filowałyby uzbrojone watahy grożąc śmiercią każdemu, kto podejmie „niesprawiedliwą” decyzję.

Oczywiście – winna temu wszystkiemu byłaby FIFA, która za-miast rozstrzygnąć sprawę przed zawodami, kunktatorsko i tchórz-liwie wymigała się od podjęcia decyzji.

A jaka decyzja byłaby słuszna?

Wszystko jedno! Bye może ze względów technicznych byłoby właściwsze, by „spalony” działał – a być może nie. Ta różnica jest jednak drobna wobec różnicy między podjęciem decyzji przed grą-a podjęciem jej po grze.

Jak każdy widzi przyczyną tego jest, że przed grą możemy dysku-

tować obiektywnie, nie wiedząc, czy wyrównującą bramkę strzelił

Urugwaj czy Honduras. Po meczu każda decyzja narusza już czyjeś

uczucia.

Jest rzeczą najzupełniej obojętną, czy ustalimy, że podatek od ku-pna samochodu płaci nabywca – czy zbywca. Człowiek, który urodził się w Poronii i zna prawo, wie, że kupując samochód będzie jeszcze oprócz tego musiał zapłacić podatek – i wcale przeciwko temu, że to płaci on, a nie sprzedawca, nie protestuje (w rzeczywistości gdyby Poronia znienacka uchwaliła, że płaci sprzedający – to ci po prostu wkalkulowaliby podatek w cenę i… nic by się nie zmieniło!) Gdyby natomiast ktoś wpadł na piekielny pomysł:

Zawieramy transakcję. Wypłacamy jej sumę. Po czym zbiera się

Sąd Społeczny i sprawiedliwie ustala, kto (z uwagi na sytuację ro-

dzinną, stan majątkowy i inne ważne względy społeczne) powinien

138 139

ten podatek zapłacić – to wszyscy kupujący samochody chodziliby wściekli i znerwicowani. Taki jest koszt prawa ustalanego ad hoc.

Dlatego prawo musi być ustalane z góry, przed grą. Jest to ele-mentarz polityki.

Dlatego właśnie wielkim szacunkiem cieszą się prawa stare. Do ustaw parlamentu mamy stosunek pogardliwy, gdyż uchwalali je fa-ceci zainteresowani ich skutkami. 70-letni sędzia Sądu Najwyższego ma znacznie większy autorytet, gdyż myśli On raczej o sądzie Bo-skim i osądzie Historii – a nie o bieżących korzyściach. Natomiast największym szacunkiem cieszy się np. Kodeks Napoleona – nie dla-tego, że był on jakoś wyjątkowo wspaniały, lecz po prostu dlatego, że nieboszczyk N. na pewno nie jest zainteresowany w rozgrywkach między – powiedzmy – pp. Geremkiem i Wałęsą. Dlatego słuszne jest i właściwe, by rozgrywka ta toczona była na podstawie reguł ustalonych sto lat temu – a nie dziś, przez najzacniejszych nawet polityków polskich.

Niestety! Jak słusznie (przed ponad stu laty zresztą…) napisał wiella Aleksy de Tocqueville: „Im bardziej oświecone staje się społeczeństwo cywilne, tym bardziej brnie w barbarzyństwo społeczeństwo polityczne”.  Politycy demokratyczni nie potrafią się powstrzymać, by nie uchwalić nowych praw, oczywiście lepszych, jak to się mówi w nowo-mowie:

„lepiej dostosowanych do współczesnej rzeczywistości”.

Tylko ludzie nie bardzo chcą t*ych praw słuchać. „Co to za prawo

– powiadają – skoro ja sam mogę je, w głosowaniu zmienić? Skoro mogę je zmienić na bardziej dla mnie korzystne – a obecnie jest niekorzystne – to zapewne jest niekorzystne dlatego, że tamci faceci je sobie uchwalili. A niedoczekanie!”

Po czym zamiast pracować zabiera się za podgryzanie.

Klasycznym przykładem takiej kołomyjki w Wielkiej Polityce była

sytuacja w Federacji STAMB (Saksonia – Turyngia – Anhalt-Meklemburg-ia – Brandenburgia) zwanej dla niepoznaki „Niemiecką Republiką Demokratyczną”. Otóż Parlament owej demokratycznej Republiki zabrał się za uchwalanie ordynacji wyborczej…

Na szczęście upodobania polityczne Niemców są dość stałe, a prze-

widywania instytutów badania opinu publicznej – bardzo dobre

(przypominam, że cały czas piszę o Niemcach!). Z bardzo dużym

prawdopodobieństwem można więc założyć, że jeśli wybierzemy

ordynację A to wynik głosowania brzmieć będzie: (CDU – 25% man-

datów, DSU 7%, liberałowie 10%, socjaliści 40%, komuniści 18%),

a jeśli ordynację B, to: (CDU 43%, DSU 6%, liberałowie 15%, socjaliści 25%, komuniści 11%), a jeśli ordynację C, to… I tak dalej.  Tym samym wynik gry zależy nie od głosowania, tylko od wyboru ordynacji! W dyskusji nad wyborem Ordynacji krzyżują się frazesy o Demokracji, o Równości Szans, o postulacie Niezależności Pareto, o zasadzie ftównej Wariancji, o unikaniu Paradoksu Mniejszości itd.

– a w rzeczywistości ledwo ktoś zaproponuje jakąś Zasadę, to spece ze wszystkich partyj rzucają ją na komputery i po paru minutach wiedzą, jaki będzie wynik wyborów – po czym partia, która na tym by straciła, podnosi wrzask powołując się np. na Arrowa lwvierdzenie o Niemożności, na Wolę Ludu Pracującego Miast i Wsi, czy jaki tak demagogiczny argument uznają w tej chwili za właściwy.  Czy w ten sposób można osiągnąć sprawiedliwy rezultat?

Oczywiście: Nie!

Czy jest to więc sytuacja bez wyjścia?

Oczywiście: Nie!

Błąd tkwi w tym, że Niemcy starają się rozwiązać ten problem sami – a pzzecież oni są tym zainteresowani! Nemo Iudex In Causa Sua!  Ludzkość już dawno – bo przed nasza erą – wynalazła sposób na rozwiązanie tego typu trudności.

y Bierzemy jakiegoś Sędziego z powiatowego sądu, znanego

z uczciwości (są tacy, nawet w państwach socjalistycznych). Nieufni

mogą dodać mu jawnie do towarzystwa dwóch tajniaków (jednego ze

.StaSi, jednego pożyczy im min. Milczanowski), dać $ 5000 na koszty

i wyprawić do Ameryki z zadaniem znalezienia trzech studentów

**= matematyki, socjologu, cybernetyki, teoru deeyzji, teorii organizacji

lub czegokolwiek – byle nic nie wiedzieli o politycznej sytuacji

w STAMB. Dać dwóm z nich po $ 1000 za napisanie w ciągu jednego

dnia (bez kontaktu z nikim z zewnątrz!) sprawiedliwego systemu wy-

* borczego w Rurytanu (tu podać zaszyfrowane nazwy partyj działają-cych w Rurytanii, w Burytanii oraz ordynację Burytanii, do której Rurytania się przyłącza). Premia $ 50.000 dla tego, kto opracuje zgrabniejszą ordynację – a zdecyduje o tym trzeci student, który za to otrzyma premię $ 20.000.

Po tym sędzia odbiera ostateczną, wybraną wersję, sprawdza, czy

nie ma jakiegoś błędu czysto technicznego, i w asyście tajniaków na-

„ daje ją faxem do Berlina. Koniec pracy.

Proszę zwrócić uwagę na prostotę i tajność procedury. Zamiast

* tygodni kłótni, wzajemnego poniżania, zapełniania tysięcy ton papie-

140 141

ru gazetowego argumentami za i przeciw – po dwóch dniach mamy sprawiedliwą ordynację wyborczą.

Warunek: osoby ją tworzące muszą być niezainteresowane sytuacją w STAMB. Delegujący sędziego Parlament musi postanowić z góry, że niezależnie od tego, jaka ordynacja będzie przesłana, zostanie ona przyjęta bez żadnej dalszej dyskusji.

Niestety: sprzedajnym politykom demokratycznym wcale nie za-

leży, by w państwie rządziły Honor, Prawda i Sprawiedliwość. Oni

chcą, by woda była mętna, by moc w niej załatwiać swe brudne par-

tyjne interesiki. Jak pisał jeden z potencjalnych deprawatorów na-

szego narodu, Szymon Konarski: „Raz ty zostaniesz przegłosowany

– ale jutro, da Bóg, przegłosujesz innych!” I jest robota dla polityka!

Poz tym Lud – a raczej jego przedstawiciele – są cholernie zazdrośni o swoją Suwerenność. Król Hiszpanii, Nawarry, Gaskonii, Obojga Sycylii, Nowej Grenady, Peru, Argentyny i paruset innych krajów mógł był oddać swoją sprawę pod arbitraż Papieża i niczego się nie bał. Mógł to też uczynić np. p. August Pinochet. Natomiast polityk demokratyczny boi się tego panicznie – bo a nuż się okaże, że jeden szary, niezaangażowany człowiek lepiej rozwiązuje problemy niż cały Parlament – i co wtedy! Ludzie mogą wpaść na pomysł ograniczenia Parlamentu – a wtedy: żegnajcie diety! Żegnajcie de-legacje służbowe! Żegnaj poklasku tłumów…

Ta sama sprawa dotyczy również Polski. Lewica a to chce odwlec wybory – a to przyspieszyć. Centrum zawsze odwrotnie (nie ma szta-bu analityków, więc tylko instynktownie: Na odwrót!). Prawica coś pokrzykuje o zasadach – ale skąd człowiek z ulicy ma wiedzieć, czy nie są to przypadkiem zasady dobrane nie przypadkiem, lecz akurat dla Prawicy korzystne?

A ja powiadam: dość tej szopki! Źródła Prawa szukajmy w naszej tradycji, w Rozumie, w zbiorowym doświadczeniu ludów naszej cy-wilizacji – a nie w „bieżących zachciankach tłumów” lub w intere-sach grup politycznych. Dobrze jest też mieć w kraju grupę ludzi nie zainteresowanych polityką bieżącą, lecz właśnie generalnymi zasa-dami, o których trzeba myśleć zanim dojdzie do konfliktu (stąd nasz postulat powołania Rady Stanu).

Pytam: czy nasz Parlament wreszcie zrozumie, że trzeba się

samoograniczyć? Łatwo było żądać tego od „komuny” – i, co ciekawe

Oni zaczęli to robić! Natomiast Neo-komuna w najlepsze rozwija ra-

dosną twórczość ustawową. Jeśli pp. Senatorowie i Posłowie tego nie

rozumieją – to w końcu zrozumieją to prości, zwyczajni ludzie. Tylko oni, zamiast mówić i pisać – po prostu trzasną pięścią.

I tu p. Wałęsa ma rację… A ja tylko zacieram ręce: „I co powiecie,

Panowie Demokraci, gdy ludzie większością głosów powiedzą, że De-

,: mokracji nie chcą?

KARA SMIERCI:

DLACZEGO JESTEM ZA?

Moim odruchem było zawsze być „przeciw”. W tej sprawie – szcze-gólnie. Moje serce i instynkt są ostro nastawione przeciwko stosowa-niu kary śmierci. Mój rozum jest jednak ZA – a w sprawach publicznych zwykłem posługiwać się rozumem a nie emocjami.

Obecnie trwa w tej sprawie dyskusja. Zapamiętali demokraci wy-wodzą, że fakt, iż prawie 2/3 ludności wypowiada się za karą śmierci (KS), można i należy zignorować. Przeciwnicy KS potraflą w jednym zdaniu zarzucić jej obrońcom, że powodują się niską zemstą – i, że bez szkody można by KS zastąpić np. dożywociem, który jest gorszą kara dla zbrodniarza. Na dyskusji w warszawskiej Radzie Adwokac-kiej jeden z przeciwników KS wspomniał los Rudolfa Hessa z auten-tyczną mściwą radością.

Bardzo pragnę zostać przekonany, że nie mam racji. Jak na razie jednak argumentom, które poniżej przedstawię, przeciwstawia się wyłącznie emocje. Pora na nieco chłodnego rozsądku. Zaznaczam, że z przyczyn etycznych dopuszczalność KS ograniczam do zbrodni po-pełnionych z premedytacją – a z powodów technicznych: do mor-derstw.

Wyobraźmy sobie, że buduję szpital. Jeśli jest to duża budowa, to mogę być niemal pewien, że podczas tej budowy wystąpią wypadki, w których zginie – według oceny PZU – średnio 5 osób. Czy to jest powód, by zaniechać budowy szpitala?

Oczywiśeie: Nie. Choćby dlatego, że szpital po skończeniu uratuje znacznie więcej osób. Przypuśćmy jednak, że nie chodzi o szpital, lecz o linię kolejową?

142 143

Odpowiedź też brzmi: nie. W społeczeństwie ceniącym nade wszy-stko życie ludzkie przy działającym wolnym rynku podjęte będą tylko takie decyzje, które per saldo uratują więcej ludzi niż zabiją. Nawet jednak w braku takiego dowodu ludzie nie zaprzestaną budowy kolei, samochodów lub promów kosmicznych… Tak nawiasem: konsekwen-tne przestrzeganie zasady: „Życie ludzkie jest ponad wszelką cenę” doprowadziłoby do zupełnego zahamowania postępu (a nawet prokre-acji, gdyż ciąża i poród też są zagrożeniem życia!!!) – i doprowa-dziłoby ludzkość do wegetacji na maszynach „płuco-serce”.

System linii kolejowych daje społeczeństwu niebagatelne korzyści gospodarcze – co przy okazji podnosi zdrowotność i ratuje ludzkie istnienia. Dokładnie taką samą rolę pełni system prawa karnego.  Jest oczywiste, że sieć linii kolejowych ogranicza moją wolność – np.  wolność szwendania się, gdzie chcę. Na szyny mogę wejść – ale ry-zykując utratę życia… Identycznie z prawem: wolno mi je przekroczyć – ale ponosząc odpowiednie ryzyko. Zarówno system kolei jak i sy-stem praw winny być konstruowane tak, by tę swobodę ograniczać w stopniu minimalnym (ten warunek w obydwu przypadkach nie jest dziś spełniony!) ale nie znaczy to, że są zbędne. Tak samo jak koleje pośrednio oszczędzają życie ludzkie – tak samo i prawo chroni życie ofiar. Ofiar, które na ogół należy żałować bardziej niż ich morderców – ale to już inna sprawa.

Dlatego uważam prawo za dyscyplinę ściśle techniczną, a na sy-stem sądownictwa patrzę jak na zwykły mechanizm. Im bardziej jest on bezosobowy – trym lepiej; Temida ma zawiązane oczy!

Ofiary tych systemów dzielą się na dwie kategorie: świadome i przypadkowe. Pierwsze nie spędzają mi snu z powiek: jeśli ktoś świadomie kładzie głowę na szynach – to jego śmierć jest kwestią jego sumienia, a nie mojego. Podobnie, jeśli ktoś planuje morderstwo wiedząc, że grozi za nie KS. Wie, co robi – i żal mi raczej jego ofiary (choć bywają sytuacje odwrotne, niesłychanie dramatyczne!) Tak na-wiasem: zwolennicy KS używają argumentu „Drżącej Ręki” (że niby potencjalny zabójca w ostatnim momencie może się zawahać, wspo-mniawszy KS); nie bardzo w to wierzę – ale wiem, że zawodowi złodzieje starannie kalkulują przestępstwo w zależności od ustawo-wego zagrożenia: nie widzę powodu, dla którego zabójstwo z preme-dytacją miałoby być wyjątkiem.

Bez wątpienia istnienie obydwu systemów pociąga też za sobą ofia-

ry przypadkowe. Samochód rozbity na przejeździe, kobieta, która we

mgle zbłądziła na tory, wykolejenia, zderzenia… Nie ma jednak sy-stemów idealnych – a ci, co chcą stworzyć system doskonały, budują zazwyczaj dom niewoli: proszę przypomnieć sobie „falanstery” Karola Fouriera. To samo dotyczy i systemu sądownictwa: trzeba sobie śmiało powiedzieć, że ofiary niewinne będą.

Odróżniamy dwa poziomy: twórcy systemu – i jego użytkownika.  Budowniczy autostrady – jeśli jest człowiekiem myślącym – wie, że tworzy maszynę do zabijania ludzi; nie powstrzymuje go to jednak.  Mimo to każdy kierowca zamiast zamknąć oczy i mówić fatum, ma obowiązek uniknięcia zbłąkanego na szosie przechodnia. Podobnie i sędzia nie może powiedzieć, że ofiary być muszą, a Bóg rozpozna niewinnych – lecz musi ze wszystkich sił minimalizować liczbę błędów. Jednak ten, co decyduje o utrzymaniu lub zniesieniu KS nie może patrzeć na sprawę z optyki sędziego – lecz minimalizować ogólną liczbę ofiar w społeczeństwie i dlatego nie może brać pod uwagę opinu sędziego, który widzi problem jednostronnie, licząc posłanych na szafot – ale nie liczy tych, którzy dzięki KS nie zostali zamordowani; powtarzam do znudzenia: opinia zainteresowanychjest zawsze opirrią spaczoną!!

To wszystko jest banalne. Można by się więc zgodzić z opinią wy-

rażoną w telewizyjnej dyskusji: Zróbmy experyment: znieśm.y na 5 lat

KS – i zobaczym.y, czy liczba morderstr.u u*zrośniel

Można tu stosować dwa kryteria. Jedno: jeśli liczba morderstw wzrośnie rocznie o 5, ale zaoszczędzi się 7-miu kaźni – to zmiana była opłacalna. Można jednak argumentować, że życie ofiar winno być cenione i chronione wyżej – i wówczas nawet minimalny przy-rost morderstw byłby wynikiem negatywnym. Z kolei w tej dziedzinie mały przyrost jest statystycznie niesprawdzalny…

Zamiast więc prowadzenia wątpliwych eksperymentów na żywym ciele społeczeństwa skorzystajmy z szansy przeprowadzenia pewnego eksperymentu myślowego. Jest to znacznie tańsze.

Otóż przeciwnicy KS argumentują – słusznie – że jest to kara straszliwa. Zróbmy założenia, że (podobnie jak z innymi reliktami *”barbarzyńskiej” przeszłości, jako to: honor, wolność podróżowarua bez paszportu, wolność handlu, prawna pozycja mężczyzny etc.) roz-stajemy się z karą śmierci. Od 1 lipca nie obowiązuje. Zamiast niej orzeka się 25 lat. Zgodnie z twierdzeniem przeciwruków KS ma to nie spowodować wzrostu liczby morderstw.

144 145

Teraz mój argument: przychodzę 2 lipca i proponuję: Znieśmy za morderstwo karę 25 lat więzienia i wprowadźmy zamiast niej 15 lat!!

Jeżeli rezygnacja ze straszliwej kary i zastąpienia jej 25-letnim (lub dożywotnym) więzieniem nie spowoduje wzrostu liczby mor-derstw – to tym bardziej nie powinna tego spowodować zwykła re-dukcja zagrożenia latami więzienia!

Rozumując dalej ad absurdum – co jest jedną z najsilniejszych znanych w logice metod dowodu – można twierdzić, że i kolejna redukcja do 5-ciu lat – a następnie do 1 dnia więzienia również nie spowoduje przyrostu morderstw!!

To rozumowanie – które uważam za nie do obalenia – wcale nie osłabia argumentów przeciwników KS!!! ITkazuje tylko, że są to ar-gumenty wywodzące się z ducha anarchii. Całkiem możliwe, że anarchiści mają rację i sam system moralny społeczeństwa, bez po-mocy prawa państwowego, jest wystarczający! Być może społe-czeństwo samo powstrzyma, re-edukuje lub wyizoluje potencjalnych morderców.

Przyznaję jednak, że boję się całkowitego zniesienia kary za mor-derstwo. Po prostu: boję się! Społeczeństwo jest zasadniczo bardzo zdrowe – ale zawsze znajdą się w nim jednostki wyjątkowe, całko-wicie pozbawione sumienia, słabo powiązane ze społeczeństwem. Są wśród nich mizantropi – i odwrotnie, miłośnicy Człowieka gotowi dla Jego dobra wyrżnąć połowę ludzkości. Są myzogyni, jak Kuba-rozpruwacz. Są zapewne i tacy, co nienawidzą mnie. A spośród nich zapewne część powstrzymywana jest przez obawę przed szubienicą.

Boję się więc bardzo zniesienia kary za morderstwo. Złagodzenia tej kary boję się trochę mniej – tym niemniej też się boję, bo rozmaici mordercy mogą – nie bez pewnych szans – liczyć na amnestie, trzęsienia ziemi, skrócenia kar, bunty w więzieniu, wojny itp, wyda-rzenia.

Moja obawa jest czysto rozumowa. Z usposobienia jestem ryzykan-

tem i sytuację opisaną w nowelce „Mówi Moskwa…”1G przyjąłbym

z zainteresowaniem, uzbroiwszy się należycie. Jednak ten

nieszczęsny rozum… Proszę więc mnie przekonać, że nie mam racji

1G Science-fiction Mikołaja Arżaka: na jeden dzieti znosi się wszelkie kary za mor-

derstwa i zabójstwa.

– a z największą rozkoszą przyłączę się do przeciwników kary śmierci.

Na razie jednak z ciężkim sercem opowiadam się – za!

KREW NA ULICACH

Jak Państwo wiedzą jestem upartym optymistą. Jednak uczciwość nakazuje mi wyznać, że mimo nadal optymistycznego nastroju za-uważam w obecnej sytuacji niepokojące symptomy.

Niedawno minęła dwusetna rocznica ścięcia na gilotynie Ludwika XVI – króla Francji, który zawinił, podobnie jak śp. Mikołaj II, nad-mierną ustępliwością wobec czerwonej hałastry. Warto więc poświęcić chwilę historycznym analogiom.

Otóż sytuacja we Francji była wówczas mniej więcej zbliżona. Na parędziesiąt lat przed rewolucją pojawił się niejaki Adam Smith. -Fa-cet ten – podobnie jak w naszych czasach Fryderyk von Hayek-przekonywał ludzi i rządy, iż najlepszym sposobem gospodarowania jest wolny rynek.

Spotykało się to początkowo z kpinkami, potem z oporami

podświadomości wychowywanej w duchu etatyzmu („Państwo to ja”

– mawiał Król-Słońce…) wreszcie się udało: właściwie wszyscy zgo-dzili się, że wolny rynek, to jest to! Wszyscy zaczęli mówić o wolnym rynku – z ówczesna Lewicą włącznie, a nawet na czele. Co oni przez to rozumieli – to już inna sprawa.

Król prowadził gr* niezdecydowanie. Najpierw mianował premiera wolnorynkowca – potem, pod wpływem nacisków ludności, zmienił go na tradycyjnego merkantylistę. Sytuacja w wyniku mianowania pier-wszego nie poprawiła się specjalnie, gdyż reformy nie były konsekwen-tne – w wyniku mianowania drugiego rozpoczęło się gwałtowne spożywanie resztek rezerw państwowych. Przy pierwszym załamaniu sytuacja stała się groźna. Niepewne kierownietwo polityczne dope*Ziło dzieła. Francja spłynęła krwią, komuna różnej maści święciła tryumf (do dziś zresztą świętuje się rocznice tych barbarzyńskich mordów!).

A co się dzieje tu i teraz? Wszyscy mówią o Wolnym Rynku.

P. prof Milton Friedman przyjmowany jest z honorami nie tylko

146 147

w Warszawie, ale i w Pekinie. Zasady wolnego rynku uznają socja-liści z PPS, socjaldemokraci z SdRP i z ROAD-u, a nawet komuniści z powstałej niedawno osobnej partii (nawet nie znam jej nazwy” ale takowa istnieje). Również Wolnośe jako taka nie schodzi ludziom z gęby – każdy sobie wyciera w/w gębę serwetką z napisem „Wolność”.

Gzasem nawet jest to „Wolność nasza i wasza”.

A teraz popatrzmy na konkrety:

– walcząca o wolność i samorządność Rada Miasta St. Warsza-wa ustanowiła solidne restrykcje dla ludzi pragnących zostać taksówkarzami – a także dla tych, co już są taksówkarzami,

– walczący o wolność i wolny rynek demokratyczni liberałowie zaczynają swe rządy od podniesienia ceł i podatków,

– walczący o wolnośe i swobodę drobni producenci,

– czyli rolnicy – domagają się od państwa dodatkowych ceł, a także sztywnych cen na produkowane przez siebie artykuły rolne,

– walczący o wolność i niezależność Litwini rozpoczynają od ustanowienia posterunków celnych na granicy z Polską – ale i z Białorusią, a także od zakazu sprzedawania w sklepach towarów ludziom obcym,

– walczący o wolność i własność Rosjanie konfiskują obywate-lom ich własność – czyli 50- i 100-rublowe banknoty. Byłoby ciekawym porównanie własności majątków skonfiskowanych podczas rewolucji październikowej – i obecnie!

– walczący o wolny rynek czescy liberałowie ustawiają póki co na granicy z Polską dodatkowych celników,

– walczące o wolny rynek i kapitalizm kraje cywilizacji atlan-tyckiej ustanawiają zakazy zatrudniania u siebie obcych oby-wateli.

Innymi słowy: liberalizm kwitnie nam głównie w gazetach. Nato-

miast w dziennikach ustaw widzimy dokładnie coś odwrotnego.

Bardziej może niepokojące są inne symptomata.

Słowo „Wolność” nader często mylone jest z anarchią. Gdy dwa-

dzieścia kobiet układa się na szosie prowadzącej do bazy wojskowej,

to jest to uznawane za demonstrację ich wolności (a to, że wojsko

nie może do swojej bazy wjechać to już, rzecz jasna, żadnym ograni-

czeruem nie jest). Gdy tysiąc demonstrantów przez dwie godziny blo-

kuje główną ulicę – to jest ich Prawo do Wolności – a to, że 10

tysięcy innych ludzi nie może ta ulicą przejechać – to nikogo nie

obehodzi. Tamto to Zwykli Ludzie – a my walczymy o wolność Bo-, jowników o Wolność!

Armia i policja są rozkładane od wewnątrz i zewnątrz. Są atako-wane moralnie – i w efekcie policjant boi się strzelić do bandziora.  Skoro zaś nie wolno mu strzelić do bandziora bez krzyknięcia trzy razy „Stój, Urząd Ochrony Państwa” i oddania strzałów ostrzegaw-czych (uwaga: rekord świata w wyciąganiu spluwy z kabury i odda-niu celnego strzału do ćwierćdolarówki to 22 setne sekundy!) – to w ogóle boi się wyjść i patrolować ulice.

Wojsko uczone jest, że ma walczyć o pokój – a nie np. o słuszną sprawę, bezpieczeństwo granic lub przywrócenie równowagi między-narodowej. Wojsko oduczyło się strzelać – gdyż ileś lat wcześniej popierało tych, co strzelali do niewłaściwych osób. W związku z tym istnieje poważna obawa, że gdy w przyszłości będzie musiało walczyć z motłochem zagrażającym życiu i zdrowiu mieszkańców – to po prostu wzruszy ramionami i zachowa neutralność.

Jak zaś wiadomo od dawna, do tego, by zatryumfowało zło wystar-czy obojętność ludzi dobrych… Co, oczywiście, nie znaczy, że siły zbrojne składają się wyłącznie z aniołów – natomiast znaczy, że sa-ma instytucja jest dobra. Na co oczywistym dowodem jest to, że w świecie istnieją wyłącznie państwa posiadające armie – zaś państw bez sił zbrojnych właściwie się nie spotyka. Gdyby wojsko było rzeczą złą, dominowałyby te drugie.

Podobna sytuacja istniała właśnie we Francji. Król nie chciał wydawać rozkazu strzelania do demonstrantów – po części z powodu własnych skrupułów moralnych, po części z obawy, że zarażeni „humanitaryzmem” żołnierze mogliby odmówić. No, i doczekał się gi-lotyny.

Sytuacja po rewolucji z trudem usprawiedliwiałaby nazwę „rewolucja burżuazyjna”. Własność konfiskowano, wolności produkcji nie było, władze rewolucyjne w ramach wolności ustanawiały cła lub zakazy przywozu, sztywne ceny państwowe na mąkę i inne towary, zakazy i nakazy pracy – innymi słowy zamordyzm był jak za Lu-dwika XIV, tyle, że wsparty terrorem. Francja otrząsnęła się z tego dopiero po parudziesięciu latach. Tak naprawdę: dopiero wówczas, gdy rząd Thiersa rozstrzelał komunardów w 1870-tym.

Ja w dalszym ciągu podtrzymuję tezę, którą napisałem w 1979-tym

roku (w komentarzu do wydanej przez Oficynę I*iberałów znakomitej

książki Aleksandra Trzaski-Chrząszczewskiego „Przypływy i odpływy

148 149

demokracji”): Polska wróci do normalności dopiero po pewnym kat-harsis. Też musi polać się krew na ulicach. Rzecz w tym, że jeśli przełom nastąpi wcześniej, to krwi będzie mało lub właściwie w ogó-le. Jeśli zaś pozwolimy chamom i socjalistom umocnie się na pozy-cjach – to walka będzie bardzo krwawa. Pora więc naprawdę o przyspieszenie.

PERSONIFIKACJA

Ten tekst jest przyczynkiem do dyskusji o istocie różnicy pomiędzy teorią – a polityką praktyczną. Przyczyn, dla których monarchie trwają dłużej i działają skuteczniej, niż demokracje i inne takie, jest dwie:

– po pierwsze: monarchia oznacza jedno-osobową władzę i odpo-wiedzialność. Dzięki temu decyzje mogą być podejmowane szybko – i są odpowiedzialne. Król Rurytanu, decydując się na wojnę wie, że ryzykuje dziedzictwem, które przejdzie na dzieci i wnuki – i wie, czym ryzykuje, jeśli wojny nie wypo-wie. W każdym razie: ryzykuje swoim. Poddani ryzykują tyl-ko tyle, że zostaną poddanymi kogo innego – i ten inny też zaprzysięgnie przestrzegać ich ustalone od wieków prawa i przywileje. Natomiast prezydent Poronii dokładnie odwrot-nie: sam ryzykuje niewiele, bo kraj nie jest jego własnością, a on z kasą może zwiać (tu Hitler był, trzeba przyznać, ucz-ciwy: nie zwiał) – natomiast obywatele zostają przez ludową wojnę na ogół solidnie podniszczeni finansowo…

– po drugie: ludność kraju wie, komu jest poddana.

Każdy konserwatysta wie, że tego czynnika nie wolno lekceważyć.  Ogromna większość ludzi potrafi lubić i szanować Karola V lub Zyg-munta Augusta (lub ich nie lubić – lecz nie lubić osobnika odzianego w purpurę, przed którym schylają głowy najwięksi magnaci jest pro-stemu człowiekowi bardzo trudno!). Natomiast niewielu tylko potra*l kochać rzeczy abstrakcyjne!

Dlatego o wiele łatwiej znaleźć ludzi gotowych umierać za Króla

– niż za Republikę. Łatwo sobie wyobrazić, że nieprzyjaciel może

oślepić mojego Króla i zgwałcić moja Królewnę (jak to uczynił np.  Bolesław Chrobry z księżniczką kijowską) – i dlatego w ich obronie warto wytężyć siły. Natomiast gwałt zadany Republice… Że komu, proszę? Co się tej waszej „Republice” stało? Ze kto inny jest jej pre-zydentem? I tak się zmieniali co kilka lat… Że zamiast Prezydenta jest Król? No, i dobrze: przynajmniej popatrzymy na koronację! Że Król mówi obcym językiem? Jagiełło, Batory, Walezy, Waza, August Mocny i inni też nie mówili po polsku – a czy każdy obecny Prezy-dent dobrze mówi po polsku? To, że nie wybrał Go nasz Sejm? Ten Sejm? Ci złodzieje? Zobaczymy, czy wybrany przez kogo innego nie będzie lepszy!!

Oszukując Skarb w monarchii okrada się kogoś – Króla, konkret-nie. Okradając Skarb Rzeczypospolitej nie okrada się nikogo – a ra-czej miliony osób (w tym i siebie!). To się jakoś rozpływa. Podobnie: ordynatorzy w RFN bez skrupułów oszukiwali llbezpieczalnię na 700.000 DM – ale nie oszukaliby pacjenta na 2000!!

Władza uosobiona jest władzą ludzką. Człowiek przywykł do życia wśród ludzi, a nie wśród abstraktów – stąd tylko część ludzi gotowa jest walczyć o abstrakty, jak np. o Sprawiedliwość, o Wolność… Inni nie robią tego nie dlatego, że są źli – tylko dlatego, że nie umieją sobie tych abstraktów wyobrazić! Oddadzą ostatnią koszulę, by wyrównać krzywdę Kowalskiego – ale nie dadzą stu złotych na walkę o Sprawiedliwość jako taką!!

Gdy narzekamy, że LTPR nie jest masowo popierana – pamiętajmy o tym prostym zjawisku! Pamiętajmy, że 40% obywateli RP nie jest w stanie zrozumieć treści Wiadomości TV! Pamiętajmy, że wpraw-dzie Pułk Preobrażenski na żądanie Dekabrystów skandował „Niech Żyje Konstytucja!” – ale tylko dlatego, że oficerowie powiedzieli im,że Konstytucja to jest żona księcia Konstantego!!!

To samo zjawisko działa jednak i w drugą stronę!

Dziwimy się często, że ludzie uparcie nie chcą walczyć z Komuniz-

mem, czy Socjalizmem. Nie chcą – z dokładnie tych samych powodów.

Kapitaliści są indywidualni. Gdy Kowalski (a jeszcze lepiej: Ro-tstein!) skrzywdzi przy wypłacie Wiśniewskiego – sprawa jest jasna.  0 wiele trudniej zmobilizować ludzi do zrozumienia krzywdy, jaką odnoszą np. emeryci przez to, że wielu rencistów wyłudziło swoje renty. Rencista Zieliński zarobił – a gdzie jest pokrzywdzony?

Ludzie po prostu nie rozumieją tego, że UPR nie znosi Socjalizmu.

Mogą zrozumieć, że zwalczamy pp. Jaruzelskiego i Cioska, przyjmują

150 151

do wiadomości, że zwalczamy pp. Kuronia i Michnika – ale wyróżni-kiem ich jest to, że należą do jednej szajki – a nie, że mają takie same poglądy!! Stąd dopiero po tym, jak pp. Jaruzelski i Michnik zaczęli się wzajemnie wychwalać, ludność zaczęła (z oporami) przyjmować do wiadomości, że jest to jeden lewicowy gang. To, że Józef Piłsudski bił się z Sowietami niemal automatycznie czyni zeń przeciwnika Czerwonych! Poglądy Pisłudskiego? Ależ: kto to zrozu-mie!

To samo dotyczy sprawy p. Kuklińskiego – i podobnych. Ważne:

przeciwko komu działał, a nie: czy postępował słusznie! I dopóki p.  Jarosław Kaczyński będzie gromił pp. Kuronia i Cioska, dopóty dla połowy społeczeństwa będzie On (w przeciwieństwie do oceniającego każdego człowieka z osobna, wg. aktualnych poglądów, Janusza Kor-win-Mikke) zawziętym wrogiem Czerwonych.

Nawet, gdyby domagał się całkowitej urawniłowki, sprawiedliwości społecznej, wspólnoty żon, upaństwowienia fabryk – a dla szybkiego skończenia z Czerwonymi i urzeczywistnienia tych ideałów zażądał wprowadzenia czerezwyczajki!

UWAGA: FASZYZM!

Z mieszaniną satysfakcji i niepokoju chcę przypomnieć Czytelnikom, iż moje prognozy co do rozwoju polityc2nej sytuacji w Polsce niestety się sprawdzają.

Nie mam zamiaru zajmować się popularnymi obecnie kawiarnia-nymi rozważaniami, których Autorzy dodają do siebie lub odejmują elektoraty partyj i partyjek w wyborach prezydenckichl7; jest to to-talny bełkot, w dodatku zaciemniający sens dokonujących się w na-szym życiu politycznym przemian. Zajmę się procesami trwałymi.

Trwałym jest proces porządkowania sceny politycznej. Mamy na niej obecnie:

17 Chodzi o wybory prezydenckie 1995 r.

a) Prawicę, składającą się z Unii Polityki Realnej (wraz z wcho-

dzącą w jej skład autonomiczną Partią Republikańską odcinającą

się od nadmiernej ekspozycji katolicyzmu w polityce) i innych partyj

Porozumienia 11 Listopada (Partii Konserwatywnej, Partii Chrześci-

jańskich Demokratów, Stronnictwa Ludowo-Chrześcijańskiego, Stron-

nictwa Narodowo-Demokratycznego), Republikanów p. prof. Religi,

częściowo niektórych stronnictw narodowych (w tym Unii Społeczno-

Narodowej), częściowo (1/5) Unii Wolności, ok. połowy ZChN oraz

ćzęści PC, SdRP i RTP. Do jej krystalizacji potrzeba rozpadu partyj

stojących okrakiem na barykadzie.

b) Lewicę, składającą się z UP, PPS, SLD i 3/5 Unii Wolności

(przypominam, że sama UD należała do trzech (!!!) Międzynaro-

dówek: Socjalistycznej, Demokratycznej i Liberalnej). Powstanie

jednolitego obozu socjal-demokratycznego, który otwarcie przy-

znałby się do chęci wzięcia odpowiedzialności za Polskę bardzo

rozjaśniłoby życie polityczne. Dość powiedzieć, że wg Sopockiej

Pracowni Badań Społecznych 60% obywateli uważa Jacka Kuronia

(w rzeczywistości będącego poglądami na lewo od p. Aleksandra

Kwaśniewskiego) za przedstawiciela Prawicy (o co właśnie chodzi

„ „rozgrywającemu” soćjaldemol*’acji, p. prof Bolesławowi Geremkowi).

c) faszyzuj ące Centrum. . .  tu od razu wyjaśniam, że przez „faszyzm” nie rozumiem broń Boże socjalizmu narodowego a la Adolf Hitler – lecz normalny faszyzm w stylu włoskim. W warunkach polskich składa się nań: socjalizm i interwencjonizm w gospodarce, „matczyne” traktowanie obywatela i rodziny, syndykalizm i walka o „człowieka pracy”, etatystyczny na-cjonalizm, otwarta katolickośe i lekki odruchowy anty-semityzm, i wreszcie marzenia o Imperium(Lwów, Wilno).

Do tego Centrum zaliczye należy:

1. Sekretariat Ugrupowań Centro-Prawicowych plus reszta PC, RdR i RTR.

2. Odcinające się od wolnego rynku ugrupowania narodowe, w tym narodowo-socjalistyczna frakcja ZChN.

3. „Solidarność”

4. PSL, coraz bardziej zbliżające się do Centro-Prawicy i KPN-u.

5. KPN

Wszystkie te partie nie różnią się zbytnio programami (o ile je mają, oczywiście). Brakuje im tylko Wodza.

152 I 153

O ile mi wiadomo p. Lech Wałęsa chciałby otrzymać poparcie tych formacji w Swych staraniach o re-elekcję – a nawet, gdyby nie star-tował, stanąć na czele tej formacji i krytykować z dowolnych pozycji rządzącą centro-lewicową koalicję (bo nie ulega dla mnie wątpliwości, że po wyborach prezydenckich i – obiecanych przez p. Kwaśniew-skiego – przedwczesnych parlamentarnych dojdzie do „węgierskiej” koalicji: SLD plus Lewica UW; mówi się też o porozumieniu pp. Ge-remka i Wiatra, zakładającym sojusz socjal-liberalny już po wybo-rach prezydenckich, gdyż istnieje obawa, że UW mogłaby w nowych wyborach spaść do roli marginalnej). Gdyby tak się stało, do stawki doszlusuje przynajmniej część BBWR (przypominam, że w Nie-mczech część konserwatystów, zmylona hasłami o „silnej władzy”, w pierwszych dwóch latach poparła Adolfa Hitlera; zapomniała o słowach Winstona Churchilla, że „dyktator jest wszechpotężny, bo siedzi na tygrysie; nie może jednak z niego zsiąść, bo zostanie pożar-ty”). Możliwe jest jednak, że pojawi się tam inny Wódz (Romuald Szeremietiew?)

Jaki będzie tego efekt? Jestem realistą. O ile Lewicę obliczam na ok. 40% głosów, to Prawica może liczyć na 25-30%. Jest to jednak bez większego znaczenia, bo w Parlamencie (o ile utrzymamy d***krację) rządzić będzie to właśnie faszyzujące Centrum!

To ono – grożąc zawarciem koalicji raz z Lewicą raz z Prawicą

– będzie wymuszać korzystne dla siebie rozwiązania, szerzyć swoją propagandę i obsadzać kluczowe stanowiska. Dla tego elektoratu-politycznie niezbyt wyrobionego – za każdym razem będzie polity-cznie wiarygodne (raz bowiem pomacha chorągiewką narodową-a raz upomina się o prawa człowieka pracy). Natomiast Lewica nie może zawrzeć porozumienia z Prawicą – tym samym obydwie te formacje zostaną zmarginalizowane.

Jeśli Konstytucja nie zapewni silnej pozycji Prezydenta, który przypadkiem okazać się może człowiekiem z charakterem (przypomi-nam, że p. Ronald Reagan wygrał wybory samotnie – na 20 lat przed objęciem władzy przez Prawicę) – to ześlizg Polski w kierunku tak rozumianego faszyzmu jest nieunikniony.

Obym się mylił.

LITERACI

Stary dowcip głosił, że aby zostać za czasów Bieruta członkiem Związku Literatów Polskich trzeba było wydać co najmniej jedną książkę i dwóch kolegów. Odsuwając żarty na bok należy jednak za-uważyć, że w dawnych dobrych czasach, gdy telefony nie były tak rozprzestrzenione, zaś podsłuch na nich i owszem – na to, by donieść trzeba było umieć pisać. Anonimu – zwłaszcza zawierającego nazwi-sko podejrzanego – nie da się nasmarować pismem obrazkowym.

Z tego punktu patrząc nie należy się dziwić, że Władza Ludowa walczyła z analfabetyzmem, zaś największy procent agentów i zwykłych donosicieli był właśnie wśród intelektualistów. Jest to układ wręcz naturalny i konieczny – tym bardziej, że taki literat pisze znacznie ciekawsze (artystycznie) donosy.

Poza agentami wśród intelektualistów zawsze było pełno zwolen-ników Lewicy – z powodów, o których pisałem już wielokrotnie. Mo-nopol ten był strzeżony zazdrośnie – do tego stopnia, że odkryłem ze zdumieniem, że w słynnej bibliotece British Museum (gdzie m.in.  5zkolił się Karol Marx) w sali głównej znajdują się wszyscy postępowi pisarze, z autorem „Dawida Copperf*lelda” na czele – natomiast Ki-pling (znany reakcjonista, anty-feminista, militarysta itd.), został wy-rzucony do jednej z sal bocznych; odnieść można wrażenie, że Wielka Brytania wstydzi się tego pisarza.

Jest jednak zastanawiające, jak lewicowi intelektualiści solidarnie

się nawzajem wspierają. Służą do tego organizacje typu „Pen Club”

będące swoistą „Międzynarodówką” – lub, jak kto woli, masonerią

– dla piszących. Tam ustala się, kto jest swój,a kto nie.

Niewątpliwe dobra jest Konopnicka oraz Mickiewicz (ale tylko do czasów dojrzałości; Księgi Pielgrzymstwa Polskiego już są podejrza-ne!). Sienkiewicz jest, oczywiście, zły. Kryteria są nie całkiem ostre – ale orientacja jest jasna.

W staliniźmie kryteria były ustalane przez urzędników, co czasem

prowadziło do zamieszania. Jednak i bez urzędników dzielni intelek-

tualiści wiedzą, kto jest dobry, a kto zły. Gdy w latach 60-tych żaden

154 I 155

urzędas nie słyszał jeszcze o „Socjo-biologii”, rewelacji w naukach bio-logicznych i społecznych, kilku pseudo-uczonych (tzn. „pracowników nauki”) wystąpiło na łamach {”Polityki”} z tezą, że tej reakcyjnej na-uki do Polski nie dopuszczą. I nie dopuścili!! Do dziś!!! W efekcie uczeń polski miota się między niedoskonałą teorią ewolucji taką, jaką Pan Darwin stworzył a kreacjonizmem; to ostatnie b. denerwuje postępowych pracowników nauki – ale przynajmniej potrafią to nazwać Ciemnogrodem i mają spokój. Socjo-biologia stwarza im „dysonans poznawczy”: czy coś, co sprzeczne jest z nauką Ciemno-grodu, może być postępowe, skoro przecież jest reakcyjne???

Po 1956.tym, 70.tym, 81.szym itd. latach urzędnicy nie zakazywali Sienkiewicza – a Oświeceni byli przeciw niemu i robili co mogli, by Go z’ohydzić w oczach Czytelników. Bezskutecznie zresztą: „inżynie-ria dusz ludzkich” ma swoje, na szczęście, granice. Teraz stosują lepszą technikę: zapomnieć Sienkiewicza, niech żyje porno!

Na razie pozostańmy w kręgu piszących tradycyjnie. W tej dzie-dzinie też istniały dwie podstawowe hierarchie: „postępowa” i „komunistyczna” – które to – w miarę jak „realny socjalizm” od-chodził od Ideałów Prawdziwego Socjalizmu – stawały się odmienne.  Różnie się to w różnych krajach układało: w niektórych przewagę mieli zimni biurokraci z Moskwy, coraz bardziej anty-semiccy; w nie-których pro-żydowscy intelektualiści z Nowej Jerozolimy – pardon:

Nowego Jorku.

Dobrzy byli pisarze, których w rodzinnych krajach nikt nie czytał (poza intelektualną wierchuszką, być może) – ale którzy byli postępowi: Jan Steinbeck, np. – dopóki nie poparł swego kraju w wojnie Viet-Namskiej; gdy poparł, dla komunistów stał się Wro-giem Sowietów, a dla Postępowych – wstrętnym militarystą (gdyby protestował przeciwko USArmy, byłby bohaterem; gdyby protestował przeciwko Armii Sowieckiej, zostałby zbyty milczeniem: przez komunę cenzuralnym, przez Postępowców zakłopotanym).

Dobrzy byli: Jan-Paweł Sartre i jego żona (jak jej tam było?) – co

prawda komunistom nie podobało im się, że na starość Sartre prze-

szedł był do trockistów – ale zawżdyć to też Lewica. Tak samo zna-

komita poetka francuska Elza Triolet (pewno pseudonim?) i jej mąż,

jeszcze znakomitszy poeta (jak mu to było?) i jeszcze wybitniejszy

członek francuskiej KomPartii. Wydawano tych francuskich pisarzy

w nakładach, na jakie w rodzinnym kraju nie mogli liczyć. Ale: od

czego jest Międzynarodówka? Od tego, by marnym pisarzom, za gra-

– nicą nadawać ogromną markę; nie ma obawy: za granicą ich nie rozdemaskują (z uwagi na trudności przekładu…) Dobre – ba, znakomite! – były filmy Passoliniego (facet był złod-ziejem, pedałem i członkiem Włoskiej Partii Komunistycznej!). Do-piero niedawno dowiedziałem się natomiast, że ulubiona aktorka Passoliniego, p. Vannessa Redgrave (chyba pseudonim?) to agentka Międzynarodówki Trockistowskiej. To, że szmirus Marek Chagall zo-stał wybitnym malarzem dlatego, że był Żydem i bolszewickim ko-misarzem w Witebsku – to oczywiste. O dziwo, nie odegrały tu roli walory osobiste: znakomita pisarka Izabella „Czajka” Stachowicz (też zresztą Żydówka) pisze o Chagallu z niekłamanym obrzydzeniem…  Nigdy tylko nie mogłem zrozumieć, dlaczego postępowi literaci tak nienawidzili Waltera Disney’a, czyniąc zeń wręcz człowieka odpowie-dzialnego za artystyczną deprawację młodego pokolenia. I dopiero te-raz, gdy dowiedzieliśmy się, że kapował on do FBI na swych kumpli-komunistów, zrozumiałem, że Myszak Miki i pies Huckelbu-ry to rzeczywiście twory beztalencia… gdyby-ż przynajmniej Miki był homosexualistą. . .

Jednego jednak nadal nie rozumiem: czy Czerwoni tylko wyczuwali – czy też mając wtykę w FBI wiedzieli, że Disney kapuje – a nie rozgłaszali tego z ogólnej niechęci do lustracji?

„ZIELONI” I „NIEBIESCY”

Od samego początku swego istnienia Lewica wysuwała program oświatowy. O ile Prawica twierdziła, że wiedzę należy podawać tylko tym, którzy tego pragną, a ci, co uwielbiają żyć w ciemnocie i zaco-faniu, powinni w nim żyć suum bonum cuique, o tyle Lewica tłuma-czyła, jakie to szczęście spotkać Ludzkość, gdy opierających się i wrzeszczących nieboraków porwie się siłą z Pieczar Ciemności i wy-niesie na Jasne Światło Wiedzy.

Lewica do władzy się dorwała – i ciężko doświadczona Ludzkość

mogła już tylko z przerażeniem zamykać oczy – hale tam! Ręce od

ócz oderwano przemocą i kaganek oświaty podtykano pod same po-

wieki, czasem rzęsy osmalając. Od tej pory parobek od wideł, mający

156 157

dotąd tylko jeden problem: „jak zarobić na pół litra?” – budzi się— nocami z krzykiem, gdyż Syriusz zbliża się do Ziemi z prędkością 6 mln km na godzinę – i ani chybi za paręset milionów lat się zde-rzymy. Jego zaś dziewczyna chlipała w kącie, nie wiedząc tak na pewno, czy egzystencja wyprzedza esencję, czy też nie (czytelnikom, którzy zapomnieli, podpowiadam:,wyprzedza, ale nic z tego nie wy-nika).

Ludzie wzięli w ręce nie tylko własny, lecz cudzy los, np. przery-wając życie swoich dzieci u samego zarania lub też głosując w wy-borach powszechnych, dzięki czemu moje losy zaczęły zależeć od tego parobka od wideł. Innymi słowy, zaczęło być nowocześnie albo i je-szcze gorzej.

Nie da się ukryć, że Lewicy udało się wlać w obywateli (od tej pory już nie ludzi, a obywateli) sporo wiedzy. Dzięki temu rozkwitły w gazetach rubryki pt. „hornskopy”, p. Daeniken zaczął osiągać milio-nowe nakłady, a „latające talerze” stały się gościem w każdym domu.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że obywatele stali się dzięki temu wyłącznie bierną masą, podatną na obróbkę ideologiczną za pomocą prasy, szkół i uniwersytetów. Ludzie stali się twórczy!

Przypomnijmy raz jeszcze cele Lewicy. Ludzie powinni być-dzięki oświacie – oderwani od tak przyziemnych spraw, jak żarcie, picie i kopulacja – a zwróceni twarzom ku celom wyższym. Nie po-winni zajmować się też zyskiem, nie powinni „mieć”, powinni „być”.  Powinni też „być” bezinteresownie.

Owóż jadąc pociągiem stwierdziłem z całą stanowczością, że swój cel Lewica osiagnęła: wszystkie ściany oraz część budynków upstrzona jest napisami: „RTS*Tude-Raus”, „Legia*h…”, „Wisła-k…” itp.

Wbrew pozorom, napisy te nie świadczą tylko o tym, że Lewicy udało się wszczepić Ludowi szlachetną sztukę pisania. Świadczą także o tym, że nasza młodzież jest absolutnie bezinteresowna (bo nikt jej za to nie płaci, natomiast płatną pracę młodzież wykonuje, zgodnie z zaleceniem Lewicy, niechętnie i z obrzydzeniem).

Poza samo-się-realizacją poprzez pisanie na płotach, młodzież de-monstruje wielką ofiarność w walce o Ideały (bo jadąc na obcy sta-dion można mieć solidnie rozbitą głowę), a także przywiązanie do wartości abstrakcyjnych, gdyż kolor szalika nie ma – poza symbo-licznym – innego realnego znaczenia.

Z pewnym niepokojem można tu zauważyć, iż w chylącym się ku

upadkowi cesarskim Rzymie zachodziły kubek w kubek takuteńkie

prócesy: upadło normalne życie polityczne; nikogo nie interesowały spory popularów i optymatów – natomiast prawdziwymi stronnic-twami politycznymi byli „zieloni” i „niebiescy”, od koloru ubiorów za-wodników, bodajże woźniców i rydwanów… Niestety:. moja nauczycielka historu zapomniała mi powiedzieć, do którego stronnic-twa należał ostatni cesarz Rzymu…

Podobno Polska przeżywa obecnie kryzys gospodarczy. Nie uwierzę w żaden kryzys ani żadną biedę dopóty, dopóki młodzież będzie nadal tak romantycznie idealistyczna – zamiast w pocie czoła pracować na kawałek schabowego z odrobiną kapusty. Niestety, wbrew „Rocznikowi statystycznemu”, coraz więcej jest ludzi mających sporo pieniędzy i wol-nego czasu. Tam może społeczeństwo wychowywać swą arystokrację-zdeprawowanych zastępują młodzi. Gdy natomiast w słodkim nierób-stwie i idealizmie pogrążają się szerol*e warstwy społeczne – zamiast się dorabiać – to nieuchronnie nadciąga nieszczęście.

Oczywiście: szalikowcy nie są jedynymi idealistami w Polsce. Ma-my np. rozmaitych ekologów, cierpiących na brak gotówki, którzy zamiast zarabiać, wolą protestować przeciwko „Żarnobylowi” lub ta-mie w Czorsztynie. Ja zresztą jestem pełen podziwu dla nich – lecz podziw ten tylko wtedy byłby realny, gdyby płacili (lub odsiadywali) nałożone na nich kary. Anarchista pracujący w pocie czoła, by z za-robionymi pieniędzmi pojechać protestować – i uczciwie zapłacić grzywnę – to byłby ktoś. Gdy kolejni ministrowie zachęcają ich do protestów, zapewniając, że włos im z głowy nie spadnie, mój podziw spada w okolice zera.

Ekologowie przy tym trzymają się mocno, choć należą do różnych orientacji.

Na przykład pewna pani oburzyła się, że wyzwałem niektórych ekologów od faszystów, a przecież ona nie jest faszystką ani le-waczką. Otóż Hitler też był wegetarianinem i też popierał ochronę przyrody. Oczywiście: nie wynika z tego, by pani ta była faszystkąl Pytanie brzmi: czy gotowa jest skazać mnie na grzywnę za noszenie kożucha lub futrzanej czapki? Jeśli tak – to pani ta jest niebezpie-czna. Jeśli nie, to w porządku, ale w takim razie ja nie o Niej pi-sałem, więc o co się obraża?l?

A – notabene – produkcja sztucznych futer cholernie niszczy środowisko naturalne!!!

158 I 159

DZIENNIKARZE

Socjalizm wytwarza swoistą warstwę cwaniacko-dwuznaczno-aferalno-biurokratyczną – a członkowie tej warstwy, dodatkowo związani wspólnym obecnie zagrożeniem, doskonale się rozumieją i umieją wykorzystywać nadal istniejący system urzędolenia lepiej od nieudacz-nychjego reformatorów (udaczni, po prostu, w ten system nie wchodzą!).

Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego dziennikarze i publicyści, niemal bez wyjątku są na usługach tej mafii? Dlaczego jej pośrednio sprzy-jają? Przecież nie wszyscy są przekupieni – a powstają pisma nie-zależne; można by przeto mniemać, że odważne pisma niezależne powinny wygrać w wolnej konkurencji?

Tak się jednak nie dzieje. Co więcej: na Zachodzie z Japonią (?!?) włącznie, dziennikarze zazwyczaj są zwolennikami „komuny”, tj. tego samego kompleksu – nazwijmy go „różowym”. Dlaczego?!?

Odpowiedzi jest kilka.

Po pierwsze: zwykłe przekupstwo. dziennikarz woli zarobić więcej

i bezpiecznie – niż ryzykować konflikty. No – ale nie każdy!

Po drugie: dawniej dziennikarz to był poduczony chłopiec do roz-noszenia gazet – i uczył się z życia, że bogaci są na ogół dobrzy, a biedacy to często złodzieje. Dziś dziennikarz to człowiek wy-kształcony… na komunistę; czytał w lekturach szkolnych, że bogaci to złodzieje, a biedacy to ludzie szlachetni (dzisiejszy dziennikarz amerykański wie również, że kowboje byli źli, a Indianie szlachetni – skąd wie? Z lektury Karola Maya, który nigdy nawet w Ameryce nie był; miliony przodków tych dziennikarzy, w tym oskalpowani, przewracają się w grobach ze zgryzoty…).

Po trzecie: dziennikarz ten, mając wykształcenie i dyplom, chętnie przychyla ucho do teoryj, że zarobki i pozycja społeczna powinny za-leżeć od dyplomu i znajomości – a nie od pracy i zdolności!!

Po czwarte: dziennikarz ten nie po to się uczył, by jego wiedza

została zmarnowana! Nauczył się, że Indianie byli szlachetnymi ofla-

rami Bladych Twarzy – i będzie ten slogan upowszechniał, choćby

był (a jest!) z gruntu fałszywy. Warto tu jeszcze zauważyć, że

przeciętny czytelnik też nie lubi odchodzenia od stereotypów (jakie melodie lubimy najbardziej? – te, które już słyszeliśmy, nieprawdaż?)

– ten, kto pisałby prawdę, tj. iż ogromna część Indian zwalała całą robotę na swe squaw, a sami ganiali po preru, by łapać kogokolwiek, skalpować i z upodobaniem torturować – ten publicysta traciłby czy-telników… Ciekawe: nawet ci, którzy np. ze zgrozą powitaliby cho-rych na AIDS w swoim sąsiedztwie, wolą czytać banialuki o tym, jakie korzyści daje „humanitarne” traktowanie HIV-owców – i jacy źli są ci, którzy protestują!!

Po piąte: ten dziennikarz po to uczył się różnych rzeczy, by ludzi pouczać! On chce ich pouczyć! On ma poczucie Misji! Jak dotąd-OK Jednak po jakimś czasie dziennikarz taki spostrzega ze zgrozą, że ludziska i owszem: artykuł o szkodliwości noszenia futer, przeczy-tają, pokiwają głowami… a futra nadal noszą i nawet kupują; czy taki sfrustrowany dziennikarz nie może zacząć się domagać, by państwo miało prawo zakazać noszenia tych dowodów bestialstwa, tych skalpów zdartych z żyjącego jeszcze zapewne tygrysa???!

To wszystko nie miałoby takiego znaczenia, gdyby nie reakcja od-biorców. Otóż ludzie kupują gazetę, by właśnie zostać pouczonym.  Co komu z gazety prowadzonej przez liberałów? Nic! Dziennikarz ta-ki nie odpowie na pytanie, np. „jakie akcje kupić na giełdzie?”-tylko radzi nieodmiennie: „Rób Pan, jak Pan uważasz”. natomiast współczesny dziennikarz postępuje inaczej: doradza konkretnie i pra-ktycznie: kup Pan akcje Tixi-Fixi! To nic, że jest to bzdura, bo gdyby dziennikarz ten wierzył we własną radę, to zamiast pisać artykuł za milion kupiłby akcje, by zarobić sto milionów… I za Boga by tego sekretu nie zdradzał!!! To nic – ale czytelnik chce konkretu, chce czuć, że Wielki Brat nad nim czuwa, że o nim myśli, że mu doradza!

Jak powiedział Owidiusz: „Vulgus vult decipi – ergo decipiatur”.  Nasz klient – nasz pan: chcą być oszukani – to oszukujemy. Dzien-nikarz nie jest głupi, by pisać, że jakiś problem sam się rozwiąże na rynku, lub też, że jego czytelnicy domagają się interwencjonizmu państwowego, to zwykli niedouczeni durnie. Ludzie wierzą w horo-skopy – to drukujemy im horoskopy, choć prywatnie uważamy to za Ciemnogród (ciekawe przy tym, że wiele gazet, walczącyeh z Koś-ciołem i jego „przesądami”, bez najmniejszej żenady drukuje obok np.  właśnie horoskopy).

Dziennikarstwo jest tylko fragmentem ogólnej prostytucji wiedzy,

nieuniknienie pojawiającej się w demokracjach. Słyszałem o uniwer-

160 I 161

sytecie (i to w Europie, w kulturalnych ponoć Niemczech, w Repub-lice Federalnej, w Hamburgu, na którym zbuntowali się studenci i zamiast wykładu normalnej ekonomii zażądali wykładu ekonomii marksistowsko-keynesowskiej: Senat uczelni, po krótkim uporze, ustąpił – zdając sobie przecież sprawę, że uczy podopiecznych sterty bzdur ( bo w przeciwnym przypadku umieściłby tę „ekonomię” od razu w programie, no nie?).

Gdy brak arystokracji, dziennikarz musi schlebiać instynktom motłochu i lub służyć Nowej Klasie czerpiącej z tego niebagatelne korzyści materialne, to się po prostu opłaca. Dobry pieniądz jest wy-pierany przez pieniądz gorszy, a idee trudne w odbiorze – przez pro-stackie recepty ad usum delphini. Nawet język staje się coraz prostszy – no, chyba że dziennikarz pisze dla elity: wówczas świa-domie używa żargonu po to, by prosty lud nic z tego nie zrozumiał.

Kończę już. Dziennikarze muszą służyć Nowej Klasie, bo taka jest ich natura w Demokracji. Dlatego właśnie demokracje tak szybko padają – i będą padać – w historii Ludzkości. A jeśli zgranym gęganiem przedłuży się czas upadania – to upadek będzie tym gwałtowniejszy. Oznaką jego nadejścia jest upadek wiary w to, co piszą dziennikarze i publicyśei.

Swego czasu w „Rzeczypospolitej” przeczytałem wypowiedź Szefa „Pentoru”. Wyraził on w niej opinię, że na szczęście partie nie mają pieniędzy – bo gdyby miały, to zamawiałyby badania… a wiadomo, że wynik zależy od postawienia pytania, więc otrzymałyby wyniki takie, jakie by chciały. To szczere wyznanie prowokuje do pytanie: czy całkowita rozbieżność tych instytutów badania opinii z wynikami np. wyborów wynika ze sposobu formułowania pytań – i kto w ta-kim razie je formułuje i dlaczego? A także: kto wierzy tym sondażom?

ZNOW 3 MAJ…

… i znów, jak co roku, będziemy świadkami nachalnej propagandy tej daty jako Święta Demokracji.

Ponieważ i ja piszę o tym co roku, przeto przypominam tylko krót-ko, że Konstytucja 3.go Maja wprowadziła m.in.:

– monarchię dziedziczną. Tym samym kończyła z idiotyczną „wolną elekcją” „króla”, który w rzeczywistości był tylko dożywotnim prezy-dentem – mniej więcej tak, jak Pierwsi Sekretarze w Sowietach czy np. Korei Płn., pokazującej, że między tymi formarni demokracji nie ma wielkiej różnicy (ani Sobieskiemu, ani Stanisławowi Augustowi nie udało się wprowadzić dziedzicznej monarchii – i na pewno nie uda się to Kim Ir Senowi, demokracja, nawet ludowa, ma swoje prze-sądy, a sąsiedzi nie śpią…). Polski „król” nosił przy tym koronę tylko po to, by mógł jak równy z równym rozmawiać z namaszczonymi monarchami – poza tym Polska była – zarówno de nomine jak i de facto Rzecząpospolitą.

– ograniczenie prawa głosu wyłącznie do posesjonatów; szlachta-hołota traciła prawo głosu, co jest najzupełniej słuszne – tyle, że całkowicie anty-demokratyczne.

Pytam krótko: kto z tysięcy durniów lub cwaniaków, którzy w TV i na trybunach wychwalają Konstytucję 3.go Maja, ośmieli się zapro-ponować wprowadzenie dziś w życie jej postanowień?

Wprowadzenie Konstytucji możliwe było tylko w drodze zamachu stanu – o czym też się dzieci w szkołach nie uczy: Sejm zawiązano pod laską konfederacji (co skądinąd zwolennicy Konstytucji zwalczali – ale chodziło o zawieszenie veta), a posłów opozycyjnych po prostu o posiedzeniu nie zawiadomiono. Z tej to przyczyny Konfederacja Targowicka powoływała się na złamanie legalizmu, prawa i zwykłej przyzwoitości.

Tym niemniej w atmosferze powszechnej obojętności (szlachta miała na głowie ważniejsze sprawy – zwłaszcza zwalczanie groźnych band najeżdżających dwory, egzekwowanie niewykonalnych wyroków sądowych) Konstytucja uzyskała sporo zwolenników – zwłaszcza, oczywiście, wśród posesjonatów, którzy już nie musieliby kupować „kresek” u golców wiszących u ich klamek. Ci ostatni, wściekli, sta-nowili większość – ale już bez większego znaczenia.

Tymczasem dwory ościennych murem stanęły w obronie poprzed-niego porządku. Rzecz ta jest obrzydliwa. Monarchowie broniący lu-dowładztwa przeciwko Monarchii?? – jednak zrozumiała: państwo jest tym silniejsze, im słabszych ma sąsiadów: Ponieważ zaś powsze-chne wśród szlachty prawo głosu, wolna elekcja itd. czyniły Polskę beznadziejnie słabą w porównaniu z sąsiadami – przeto sąsiedzi za-warli porozumienie mające gwarantować utrzymanie demokracji w Polsce…

162 163

W czasach dzisiejszych sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.  W XVIII wieku Polska, jako monarchia dziedziczna, prędzej czy później (bo nie za słabego Stanisława Augusta, zapewne!) stałaby się równym partnerem dla sąsiadów. Polska, która dziś wprowadziłaby ustrój autorytarny, niekonieczne nawet najlepszą z tych ustrojów monarchię – stałaby się w ciągu kilkunastu lat przerastającym sąsiadów o głowę lub dwie.

O ile więc w’ówczas Polska tylko dogoniłaby inne państwa – obe-cnie stałaby się dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Albo inne państwa stałyby się beznadziejnie zacofane – albo by też ich elity obaliłyby obecnie skorumpowaną warstwę cwaniaków-demokratów (czyt. „złodziei”) i wprowadziły taki sam ustrój u siebie. Dlatego obe-cny establishment Zachodu i Wschodu zwalczać będzie w Polsce ustrój autorytarny z siłą znacznie większą, niż Swięte Przymierze-a ma też mniej skrupułów.

Tak, jak popierali „Solidarność” (która zachowała socjalizm rozbi-

jając autorytarne szczątki „komunizmu”), tak teraz popierać będą

UW i w ogóle wszystkie partie demokratyczne – nawet SLD. Słaba

Polska, rządzona przez ogłupiony „lud” pod wodzą przekupnych

„demokratów”. którym wystarczy milionem dolarów przed nosem

pomachać – oto cel ich najprostszy. Partie domagające się ustroju

autorytarnego jak np. UPR – będą zwalczane, ośmieszane na wszel-

kie sposoby. Zresztą: wystarczy dać parę dolarów ich przeciwnikom:

polecamy Fundację im. Maurycego Schumanna, źródło finansowania

Ciekawe tylko, jak się czuje ta opłacana przez przeciwników Polski

– Targowica? Bo to, że masy popierają demokrację – tak samo, jak szlachta-hołota (i nie tylko hołota!) w ogromnej większości popierała Targowicę – to zrozumiałe. To poparcie skończy się – bo są to ludzie krótko-wzroczni, ale patrioci – gdy np. Polska wprowadzi jakąś formę autorytaryzmu,a obce wojska, jak w Somalii, na przykład, za-interweniują by „przywrócić demokrację”.

Ale jak zachowają się wówczas’ dzisiejsi „demokraci”? Czy p. Ma-zowiecki w takim przypadku by, jak Branicki, przyjmował od nich medale – czy, jak Rzewuski, groził samobójstwem i pisał śmieszne memoriały do ONZ-u?

Myślę, że to drugie. Co wcale nie poprawia mu humoru…

TELEKOMUNIZACJA

Po urzędnikach zdrowotnościowych, kontrolujących naszych lekarzy, czy zapisują nam legalne lekarstwa, po urzędnikach transporto-wościowych, czy jeździmy w pasach i z gaśnicami, wzięli się za nas telekomuniści. Sprawdzają, czy automatyczne sekretarki, telefaxy i inny elektroniczny szmelc odpowiada naszym standardom.

Nikt jakoś nie pisze otwarcie, że urzędnicy z odpowiedniego resor-tu też chcą po prostu brać łapówy od rozmaitych „Panasoniców” za szybsze wystawianie papierka o „homologacji”; mówi się tylko o konieczności „nowoczesności” i „dorównania Europie”. Europa – to znaczy eurokraci z EWG – ujednoliciła właśnie średnicę prezerwa-tyw, więc – wydawałoby się – powinna również ujednolicić stand-ardy telesekretarek. A tu – nie: okazuje się, że „Panasonic”, „Telefunken”, „Philips”, a nawet – o zgrozo – „Sony”, mogą sobie spokojnie sprzedawać w Rzymie, Paryżu i Londynie, a nawet w Ber-linie – i jakoś tam pasują i nie psują sieci. Tylko w Polsce są to wyroby nie sprawdzone i trzeba je raz jeszcze homologować.

Mam tu propozycję jeszcze inną. Zamiast sprawdzać, czy te gad-gety nadają się do naszych sieci, niech Instytut Telekomunizacji łaskawie sprawdzi, czy nasza sieć telefonów pasuje do tych gadgetów.  Bo może to ją trzeba przerobić?

Dalej – samochody nadające się do jazdy w ojczyźnie Henryka Forda, absolutnie nie są zdatne – zdaniem speców od transportu i komuni-kacji – do jazdy po drogach polskich: oślepiają, zbyt wyraźnie oznaj-miają, że hamują i skręcają – no, jednym słowem, trzeba je popsuć, by były dobre dla nas. Proponuję więc, by również amerykańskie spłuczki przerabiać wg polskich norm, tzn. powinny mieć złe uszczelki, aby woda czysta i żywa leciała z powrotem do rzek, podratowując środowisko.

Krótko pisząc – w ostatnim podrygu neosocjaliści spod znaku p.  Bieleckiego zafundowali nam kolejną porcję tego, co przez całą kadencję nazywali liberalizmem – i zapamiętajmy to sobie!

Przypominam przy okazji kilka innych poprzednich wyczynów,

z których najcelniejszym były te absurdalne pasy bezpieczeństwa

164 165

w samochodach i cały pakiet towarzyszących temu ustaw. Jak Państwo pamiętają, polemizowałem z tym ostro, ze szczególną zjadliwością biorąc na ząb jednego faszyzującego oficera z odpowied-niego wydziału KG PP, który zaklinał się, że wskutek wprowadzenia tych jawnie faszystowskich (już nie chcę napisać brzydziej:

„socjalistycznych”) ustaw spadnie liczba wypadków.

Tymczasem właśnie policja (pewno ten sam wydział…) ogłosiła, że wypadków w ostatnim okresie było o połowę więcej niż w analogicz-nym okresie roku ubiegłego. To pewno znów przesada – policja za-wsze rozdyma statystyki, by dostać więcej pieniędzy na walkę z wypadkami i przestępczością! – jednak o żadnym spadku mowy nie ma. Dlaczego miałby być spadek?l? Gdy jestem zapięty pasem, to czuję się bezpieczniej, a wiec jeżdżę bardziej ryzykownie. Być może wskutek tego zginie mniej kierowców – ale na pewno zginie więcej pieszych. Proponuję więc zamiast nakazu zapinania pasów wprowa-dzić nakaz noszenia kasków przez przechodniów!

Przy okazji: nawet nasi sympatycy mówią czasem: nie ośmieszajmy się walką z takim drobiazgiem, jak pasy bezpieczeństwa! Ciekawe:

Gdyby Naj,jaśniejszy Sejm wydał nakaz, by każdy nosił na szyi fio-letową wstążeczkę – to czy byłbym śmieszny, walcząc z tym – nie-dorzecznym przecież – przymusem?l? 1ii chodzi o zasady, a nie o to, że zginie parędziesiąt osób więcej czy mniej! Mnie się wydaje, że ten, kto twierdzi, że sprawa pasów bezpieczeństwa jest śmieszna i nie-ważna, powinien najpierw trafić pod sąd za obrazę Parlamentu-bo przecież w takim razie wydanie nakazu jazdy w pasach jest też sprawą śmieszną i nieważną. Dlaczego wtedy zajmowanie się pasami nie zostało potraktowane jako rzecz śmieszna i niegodna uwagi Najjaśniejszego, najwyższego Organu Ustawodawczego?l?

Podobnie było rok wcześniej – za sprawa Orła. Nasz ptak herbowy miał za sprawą Czerwonych (tak, piłsudczyków!) wstawione na skrzydła gwiazdki pięcioramienne, uwielbiane przez masonów. Pra-wica zażądała skasowania tych gwiazd. Po wielkich dyskusjach Sejm zgodził się na skrócenie dwóch ramion – taki kompromis między gwiazdą a kozuczynką. I znów: padały oskarżenia przeciwko Prawicy, że zajmuje się sprawami niepoważnymi; jeśli to niepoważne to czemu Lewica tak się o te cholerne gwiazdy wykłócała, a? Nie mogła to ustąpić i zgodzić się np. na mieczyk Chrobrego? Skoro symbole są, zdaniem Lewicy, nieważne?

WÓJSKO NIECO ODNOWIONE

W roku 1990 przeniesiono w stan spoczynku 39 generałów WP. Pozos-tało 85-ciu. Co tu istotne: średni wiek generała obniżył się do 54 lat.

Przypominam: w armii izraelskiej żołnierz – generał, czy nie generał

– już od dziesięciu lat jest na emeryturze. Sporej i zasłużonej. A także opłacalnej dla państwa – gdyż w przypadku wojny decyzje trzeba podejmować błyskawicznie – a do tego najlepsi są młodzi. Podejmować je trzeba odważnie – a do tego najlepsi są młodzi. Co więcej: w dzi-siejszych czasach trzeba szybko wprowadzać nowoczesną technikę-a w tym najlepsi są młodzi. Jeśli tego nie zrozumiemy – będziemy mieli armię w sam raz zdolną do wygrania bitwy pod Verdun, a lotnic-two, nowocześniejsze, do wygrania (samodzielnie!) „Bitwy o Anglię”.  O Flocie nie piszę, po prostu trzeba mieć na czym pływać…

Zaczyna się to zresztą od samego początku. Do szkół oficerskich bierze się młodzież po maturze. Tym samym gubi się ogromną ilość chłopaków, którzy muszą iść do liceów. Tam, na jednego chłopaka przypada siedem dziewcząt. Ponieważ zaś, jak wiadomo, z kim prze-stajesz, takim się stajesz, młodzieniec po przejściu przez szkołę kom-pletnie się na żołnierza nie nadaje. Raczej na malarza.

Proszę pamiętać, że przed wojną też brało się ludzi z maturą-ale wtedy maturę zdawało się mając lat 17, a nie 191 Jest jasne, że jeśli ktoś poważnie myśli o karierze generała, to musi mieć maturę – ale z tego powodu nie należy odwalać dziesiątków tysięcy takich, którzy nie nauczą się wzoru trotylu lub iperytu, a mimo to znako-micie umieją się nim posługiwać. Nie dojdą wyżej kapitana – no, to nie dojdą. Natomiast wielu takich, co dojdą, bo mają wspaniałą wiedzę ogólną, zupełnie nie sprawdza się w wojsku.

No i ten zawyżony wiek… w rezultacie średni wiek naszych ofice-rów jest taki, że średnio za rok wszyscy by w Izraelu przeszli na emeryturę – to otrzymamy obraz naszego wojska. Wielkim plusem jest, oczywiście to, że nowe kierownictwo niczego niemal nie ukrywa – i można o tym pisać. Ale – jakby powiedzieli artylerzyści-głasnością się wojny nie wygra; ważna jest gromkość…

166 I 167

Dodam jeszcze, że w ub. roku odeszło z wojska aż 8000 oficerów.

Na pewno nie wszyscy wyjechali do RPA…

Na ćwierćmilionową armię – to dużo. Po części jest to tylko uspra-wiedliwione przewidywanym zmniejszeniem siły uderzeniowej wojsk przewidzianych Karta Paryską i Dokumentem Wiedeńskim. Trzeba jednak pamiętać i o plusach: odeszła głównie kadra zasiedziała w biurach, a przed młodymi ofcerami otworzyły się szanse… mam tu pytanie: czy aby nie szanse zamiany zdrowej pracy na poligonie na pracę przy czarnej kawie i papierosach?

Być może mantyczę niepotrzebnie – bo 53% tych, co odeszli, to pułkownicy i podpułkownicy – co istotnie otwiera drogę awansu.  W zasadzie oficer, który co roku nie awansuje – powinien być raczej usuwany z wojska, niż zatrzymywany: bo staje się zgorzkniałym te-trykiem. Jednak patrzę na to wszystko z troską, gdyż nasze wojsko zawsze było oczkiem w głowie konserwatywnych liberałów… Walczy-liśmy o jego dobre imię i właściwą kondycję w 1978 roku – tym bardziej musimy to robić teraz, gdy pacyflści i inni lewacy podstępnie próbują tę wspaniałą (in spe…) machinę rozmontować.

Przede wszystkim ryba psuje się od głowy. Planowana jest pierie-strojka organizacji wojska. Ministrem ma zostać cywil, a dla zawo-dowego wojskowego zarezerwowano tradycyjną nazwę „Generalny Inspektor Sił Zbrojnych”…

Sęk w tym, że ma to być sztabowiec. Tymczasem kwalifikacje do-wódcze i sztabowe są przeciwnego rodzaju: dowódca ma mieć fantazje i starać się wylądować „o jeden most za daleko” – szef sztabu ma go hamować (tak, jak sędzia hamuje zapędy prokuratora). Oznacza to więc, że w razie czego wojsko zostanie bez dowódcy tout court, bo przecież trudno wyobrazić sobie, by zaczął tą machiną dowodzić cy-wil-minister. . .

Wydaje się, że powinno być odwrotnie: wojsko powinno mieć jakiegoś „Dyktatora”, który przejmowałby władzę w odpowiednim momencie z rąk władz cywilnych. A Minister – ten sobie może być urzędnikiem. Natomiast Szef Sztabu pracowałby na dwie strony: opracowywałby plany na życzenie „Dyktatora”, zaś meldował o po-trzebach strategicznych Ministrowi. Minister pilnowałby, by pie-niądze wpływały do właściwych działów.

Tu dochodzimy do budżetu wojskowego – obciętego w porównaniu

z rokiem poprzednim. To skandal! Zamiast dać pieniądze wojsku, by

złożyło jakieś zamówienia, i stworzyło miejsca pracy – daje się za-

siłki bezrobotnym!!! Pan Jan Rokita, znany pacyfista, zaciera ręce, pewien swej poselskiej nietykalności. Słusznie! Kiedyś jednak posłem być przestanie… Być może zresztą sam będzie gorzko żałował, gdy – co nie daj Bóg – objawią się realne skutki Jego działalności.  Tu dochodzimy do słowa „demokracja”, które stało się w wojsku fetyszem, jak niegdyś „socjalizm”.

Pomysł, by 460 facetów, z których połowa nie odróżnia armaty od haubicy i moździerza od kotła kuchni polowej, decydowało o podziale sum na wojsko – jest poroniony. Parlament ma określić tylko jedno: ile możemy i chcemy wydać na wojsko. Na tej podstawie Prezydent powinien określić, ile idzie na fundusz osobowy (czyli, po prostu, na żołd) – a podziałem reszty musi zająć się wojskowy fachowiec, czyli ów Szef Sztabu. Minister zaś pełniłby rolę oka i ucha Parlamentu, donosząc o wszelkich nieprawidłowościach. To on przeto powinien ra-czej nazywać się „Inspektorem”.

Co do „demokratyzacji”… Generalicja zastrzega się, że rozumie przez to (nie wiem dlaczego?) „praworządność”, a nie głosowanie nad rozkazami – jednak słowo to ma inne znaczenie i łatwo może to doprowadzić do nieporozumień, zwłaszcza na fali „demokratyzacji” w cywilu. Tymczasem nie wolno mieszać dwóch porządków! W cywilu potrzebne są prawa – a wewnątrz nich pełna dowolność, właściwie anarchia; w wojsku niezbędna jest struktura ściśle hierarchiczna.  Wszelkie Rady Żołnierskie są bez sensu: zawodowy żołnierz nie po-winien „radzić” lecz (jeśli mu się nie podoba) złożyć abszyt ew. przejść do konkurencyjnej armu (być może nawet innego państwa!).  Oczywiście z odpowiednim okresem wymówienia służby.  Demokraci mówią o „armii ludowej” – obecnie zauważyłem nie-pokojące zjawisko gaworzenia o armii „narodowej”. Niestety jeśli to to samo (a w dodatku irytuje niektórych naszych współobywateli) armia ludowa zazwyczaj się rozłazi w pole, armia narodowa debatuje nad kierunkami polityki zagranicznej, zaś armia obywatelska urzą-dza sobie wiece i głosowania.

‘ Ja chcę mieć armię zawodową. Chcę mieć żołnierzy, którym dobrze

płacę, którzy składają przysięgę (na określony czas) – i mają dość honoru, by jej dotrzymać.

W związku z tym nie życzę sobie, by armia wpajała komukolwiek

wartości „narodowe” (bo ja wiem, czy żołnierzom nie przyjdzie wtedy

do głowy, by dla dobra narodu przestać wykonywać rozkazy?) ani

kształtowała postawy „propaństwowe” (bo znów nie ma gwarancji, że

168 169

żołnierze dla dobra państwa nie wyrżną połowy narodu). A Wojsko ma wykonywać wszystkie zgodne z prawem rozkazy. Jeśli podwładny uzna rozkaz za sprzeczny z prawem – ma zażądać wydania rozkazu na piśmie. Jeśli uzna, że jest to sprzeczne nie tylko z prawem, ale i z podstawami etyki – może odmówić wykonania rozkazu (ze wszy-stkim konsekwencjami). Biada jednak przełożonemu, który by posta-wił subalterna w takiej sytuacji!

Natomiast wojsko powinno wpajać żołnierzom typowy etos żołnier-ski: honor, wierność danemu słowu, braterstwo broni itd. Nie będę tego wyliczał – ani niech nikt nie układa tu jakiś śmiesznych „kodeksów zawodowych”. Wojsko już wie, co ma zrobić! Jeśli powstaną jakieś korporacje oficerskie z własnymi formalnymi kodeksami hono-rowymi, albo wytworzy się jakieś bu-shi-do – to bardzo dobrze!

Nie jest natomiast dobrze, gdy nieustannie podkreśla się (choćby sama nazwą ministerstwa!) że wojsko zajmuje się tylko obroną.  Walczące wojsko musi mieć wolne ręce do ataku. Armia amerykańska przegrała w Wietnamie dlatego, że nie wolno jej było przekroczyć granicy z Wietnamem północnym; to musi demoralizować. Musimy mieć armię agresywną, zdolną do działań zaczepnych.

Niestety! Zamiast tego wojsko zajmuje się międleniem liczb nie mających sensu (np. procent wydatków na badania naukowe zależy od marży i popiwku – a nie od ilości lub jakości badań!!). Wojsko staje się klubem intelektualistów, specjalistów od różnych nauk-tylko nie od niszczenia i zabijania. Tego ostatniego słowa już dawno nie słyszałem – a przecież niszczenia potencjału raczej nie da się oddzielić od zabijania ludzi. Przykre – ale mówmy jak mężczyźni.

I takiego języka właśnie mi w wojsku brak.

GORZAŁKA

Liberałowie są wrogami wszelkich monopoli, a już zdecydowanie: mo-nopoli państwowych. Tak: zniesiemy monopol spirytusowy!

Nie od razu. Na początku obniżymy ceny wódki o połowę. Zapo-wiemy obniżki co miesiąc. Gdy za rok-półtora cena zbliży się do ryn-kowej – zniesiemy monopol.

Dlaczego nie od razu? Bo też będziemy potrzebować pieniędzy w okresie przejściowym!

Oni podnoszą ceny na wódkę co parę miesięcy – za każdym razem tłumacząc, że chcą „walczyć z pijaństwem”!

Kłamstwo !

Po każdej podwyżce cen wódki spożycie ofcjalne po paru tygo-

dniach przewyższa poprzednie – a do tego dochodzi coraz większa liczba melin i bimbrowni.

Oni podnoszą cenę wódki wyłącznie po to, by marnować nasze pie-niądze. Zarówno w Rosji (i carskiej i sowieckiej) jak i w Polsce wpływy z wódki stanowiły 1/3 dochodów państwa!!

Oni kłamią bezczelnie, że cena monopolowa chroni przed jeszcze większym pijaństwem. Nieprawda!!! Im wyższe ceny, tym bardziej urzędnikom, kelnerom, knajpiarzom – opłaca się, by ludzie pili.  I pij ą.

I piją. Piją – bo picie drogiego napoju to oznaka dobrobytu. Gdyby wódka była po 2 tysiące za pół litra, piliby ją tylko menele, którzy teraz piją denaturat i brzozową.

Oni kłamią, że to pijacy dają tę 1/3 dochodów. Nieprawda!! To ty dajesz – nawet jeśli tego nie pijesz!

Jeśli kumpel ma ci zrobić fuchę – i pytasz o cenę, to on odpow*a-da: „Dasz na flachę – i załatwione”. To kto płaci? On – czy ty?!?

Teraz inaczej. Twój kolega pracuje w fabryce za 3 miliony mie-sięcznie. Milion wydaje na wódkę. Gdyby wypita przezeń wódka ko-sztowała tylko 200 tys. – to czy on zgodziłby się pracować za 2.200 tys.?

Zgodziłby się! Czy mógłby żądać więcej? Nie!

Dlaczego nie? Z tych samych powodów dla, których w tej chwili

nie może żądać więcej i dostać 3.800 tys.? Nie może – bo są inni chętni do pracy za 3 mln.

A wtedy będą chętni za 2.200.000… Proste?

Tak więc to nie on płaci za tę gorzałkę. To płacimy my wszyscy

– bo przecież tę podwyżkę płacy producent dolicza do ceny wyrobu.

Do tego dochodzi: narzut na ZUS, podatek, „popiwek” i zwiększone zasiłki. Gdyby wódka staniała – staniałoby wszystko!

Monopolowa cena żytniej – to po prostu podatek nałożony na nas wszystkich. A Oni łżą, że to tylko pijacy płacą i gdy im brakuje pieniędzy, to mówią „Nie podniesiemy podatków, tylko cenę siwuchy.  Nich ci brzydcy pijacy pokryją rachunek!”

170 171

A ty nie masz odwagi się sprzeciwić. Jeśli pijesz. Jeśli nie pijesz

– to pewno myślisz: dobrze, że to ja nie płaeę!

Teraz już wiesz, że jesteś oszukiwany?

Szczególną cenę za monopol płacą nie pijacy, lecz ich rodziny. Gdy-

by gorzałka była tania – pijak przepijałby tylko drobną część zarob-ków.

Tak jest w normalnym kraju, gdy stworzy się w nim hydrę pod nazwą: „Monopol Spirytusowy”. W kraju socjalistycznym jest jeszcze gorzej!

W każdym państwie jest jakiś ułamek procenta ludzi o chorobliwie słabej woli. Tam zapiją się lub zaćpają na śmierć – i tyle.

W socjalizmie – nie! Gdy taki już stoczy się na dno – to na l*vój koszt jest leczony! Ty – pod przymusem (patrz: Ubezpieczenie) płacisz za postawienie go znów na nogi! Po to, by znów mógł pić i dawać zyski gangsterom z Monopolu. Również Ty (pod przymusem) płacisz za jego rodzinę! Kobiety o tym wiedzą – więc nie boją się wychodzić za pijaków. I rodzą następnych klientów Monopolu! To wszystko jest tak pomyślane, by dać Im jak największe zyski.

Bo to nie Monopol je zgarnia! Monopol jest obłożony takim podat-kiem „obrotowym”, że jeszcze państwo doń (w statystyce!) dopłaca!!!  Naiwnych, którzy w to uwierzą, chyba nie ma – ale Oni kłamią odruchowo. Taki mają nawyk.

Ale my nie od macochy. My odkradamy swoje! Cała Polska jest obecnie pokryta sitw, okradających państwo, by mieć na gorzałę. To nie są normalne gangi – gangi nie tolerują pijaków! To są sitwy.  I ludzie je tolerują, bo rozumieją, że człowiek musi wypić – no, a po cenie monopolowej uczciwego nie stać!

Gdy obniżymy cenę spirytusu, ludzie nie będą umierali od picia denaturatu, salicylu i metylu. Producenci denaturatu to przecież zwykli truciciele! Denaturat zniknie, bo zwykły spirytus będzie tańszy, a rektyfkowany tylko trochę droższy.

Być może, podobnie jak Brazylia, będziemy mogli przejść na czyste, nie smrodzące, paliwo spirytusowe. Przy tej cenie benzyny mogłoby być od niej tańsze.

Wówczas zamiast sprowadzania drogiej ropy, kupimy od chłopów żyto i kartofle. I kierowcy będą zachwyceni, i chłopi.

Skończy się bimbrownictwo – bo i po co? A jak ktoś będzie umiał zrobić lepszą wódeczkę według rodzinnej receptury – to niech robi!  Wolny rynek! Skończy się przetrzymywanie w więzieniach niesz-ćzęśńych staruszków biorących na siebie winę za dzieci i wnuki…  Policja odetchnie.

Zamiast afer polegających na sprowadzaniu do Polski wódki, Pol-ska stanie się jej gigantycznym eksporterem! Miliony ludzi będą wywozić i przemycać za granicę nasze wyroby. Na bazie taniego spi-rytusu rozkwitną znów prywatne wytwórnie wódek gatunkowych-i podbiją cały świat!

Skończymy z Monopolem! Skończymy z gigantycznym kłamstwem!

Jeśli jeszcze masz jakieś wątpliwości, jeśli jeszcze Im wierzysz-

to pomyśl przez chwilę:

Najstarszy monopol spirytusowy wprowadziła… Kto? Rosja.

Efekt? Gdzie pije się najwięcej? W Rosji…

Druga była Polska. Kto jest na drugim miejscu?

Dziękuję!

Precz z Monopolem, wynalazkiem Szatana!!

SKOŃCZYĆ Z NARKOMANI*!

Ponieważ otrzymuję listy od Czytelników proszących o wyjaśnienie mego stosunku do narkomanii – i zawiadamiające, że jest to slabo rozumiane przez społeczeństwo – wyjaśniam raz jeszcze:

Motorem narkornanii jest ogromny zysk: narkotyk w Wnrszau*ie kosztuje 200 razy więcej niż r,u „Złotym Trójk*cie”! Różnica cen bierze się z zakazu – gdyby nie znkaz u*ynosiiaby 10% — i nikt poza ap-tek*, by się takim. zarobkiem nie zainteresor.uał.

Gdy potrzeba jest silna, a różnica cen wielka – nikt i nic zjawiska nie zwalczy. Amerykanie wydają dziesiątki miliardów na „walkę z narkomanią” – i w efekcie narkomanów jest tam coraz więcej.

Niemcy za okupacji grozili karą śmierci za nielegalny handel mięsem

– a mięso można było dostać wszędzie, bo dzięki temu zysk był kil-kakrotny. A co przy przebiciu 200 razy?

Dealer daje więc człowiekowi kilka działek za darmo – i gdy ten (zwłaszcza dziecko!) wpadnie w szpony nałogu, to już musi kupować.

U niego – bo innego dealera nie zna, a w wolnej sprzedaży narko-

tyku nie ma. Skąd dziecko weźmie na to ciężkie pieniądze? Najpro-

172 173

stszy sposób to wciągnąć w nałóg pięcioro dalszych klientów-i kupować narkotyki za procent od sprzedaży. Tamci zaś tworzą dal-szy łańcuszek. I w ten sposób narkomania musi się szerzyć – po-dobnie jak szerzył się alkoholizm za czasów Prohibicji w USA.

Alkoholizm – i demoralizacja. I korupcja w policji, która dostaje od

rządu ciężkie pieniądze i ogromna władzę na walkę z narkomanią

– od mafii jeszcze większe pieniądze za nie łapanie jej (tylko ew.  początkującej konkurencji…)

Jest to oczywiste – podobnie jak to, że musimy zwiększyć władzę ojców nad dziećmi; jak to, że więcej matek powinno być w domu i wychowywać dzieci; jak to, że szkoły muszą być znów prywatne; gdy w takiej szkole pojawi się narkomania, rodzice natychmiast za-biorą dzieci – i szkoła splajtuje. Natomiast szkoły państwowe są w USA (i zaczynają być w Polsce) po prostu punktami dystrybucji narkotyków wg wyżej opisanego wzoru.

Jest to oczywiste.

Nie można jednak zapominać o jeszcze jednym aspekcie sprawy.

Jeśli Polska zniesie kontrolę narkotyków, to powstaną u nas le-

galne już wytwórnie anfetaminy oraz przetwórnie heroiny – prze-mycanych natychmiast na Zachód. I to jest w porządku. Przy okazji Polacy będą na tym robić jakieś pieniądze. Jednak wielu zagranicznych narkomanów, zamiast czekać, aż im dealerzy zaczną (drogo) sprzedawać towar, przyjadą na pewno sami do Polski, by ćpać na miejscu! Tak samo jeżdżą zresztą obecnie do Bhutanu i Nepalu.

Ma to aspekt pozytywny – oni muszą coś jeść i gdzieś spać, więc przywiozą ze sobą pieniądze, których nie wydadzą na podróż (do Pol-ski bliżej!) i na narkotyki (bo będą tanie). Jednak między nimi będą również ćpuny najgorszego sortu – tacy, co to położą się byle gdzie, i zrobią byle co, byle dostać działkę. I będzie ich – to trzeba otwarcie powiedzieć – dużo; raczej w tysiącach, niż w setkach. Co prawda oznacza to po jednym ćpunie na miasteczko – ale wiemy z doświad-czenia, że zamiast się tak rozmieścić, ulokują się w centrach wielkich miast – gdzie będą doskonale widoczni.

I jest to znów wysoce korzystne!

Czego najbardziej brak Polakom, to poczucia dumy narodowej. Ma-

my wyuczona czołobitność w stosunku do każdego Zachodniaka,

z Amerykaninem na czele. Tysiące obszarpanych Niemców, Francu-

zów i Amerykanów, mijanych ze wstrętem, wytworzy w polskich

dżieciach przekonanie: Boże, jacy obrzydliwi są ci Europejczycy! Jaki ja jestem wspaniały, że nie ćpam, nie ulegam nałogom. Ja jestem lepszy od tamtych durniów, którzy leżą na ulicy.

Tylko to wytworzy barierę psychologiczną chroniącą przed narko-

; tykami. Jeśli bowiem narkotyki są tym czymś, co zażywają wyżsi

kulturowo Zachodniacy – to trudno i darmo: szczeniaki będą mał-pować!

Telewizja powinna pokazywać takie obrazki; powinna pokazywać

śmierć narkomana – w jego wymiocinach i drgawkach – tak, by

ludzie czuli; to nie jest „romantyczne” – to jest wstrętne! Oczywiście

ż braku gości z Zachodu można pokazywać własnych narkomanów

– mamy ich jednak bardzo mało…

Ci ludzie nie będą dawać narkotyków naszym dzieciom – bo niby po co? Już prędzej im ukradną! Gdyby się jednak znalazł taki dobry wujaszek, co chce dać zatruty „cukierek” – albo gdyby ktoś chciał narkotyki reklamować – to trzeba karać surowo! Wtedy opanujemy to marginalne już zjawisko – bo przecież facet nie miałby w tym interesu: po co więc miałby ryzykować więzieniem?!???  I tu jeszcze jedna uwaga: ci narkomani nie będą musieli kraść, bo narkotyki będą tanie. Gdyby jednak popełnili jakieś przestępstwo, należy ich bezwzględnie karać – tak samo, jak zdrowych zresztą.  Nie przejmować się wrzaskami, że w celi „umrą z głodu narkotycz-nego”; po pierwsze: nie umrą – a po drugie: co nas to obchodzi!  Człowiek nie może być traktowany ulgowo, tylko dlatego, że sam się wprowadził w stan, w którym grozi mu śmierć z powodu zastosowa-nia bardzo łagodnego środka, jakim jest izolacja. Czy gdyby złodziej przed aresztowaniem połknął bombkę, która wybucha w nim po zamknięciu w celi – to byśmy go nie zamknęli? Trzeba zamknąć-i niech wybucha! Jednego złodzie*R mniej – i to on się zabił, a nie my jego: volenti non fit iniuria! (tak nawiasem: takie podejście skończyłoby radykalnie plagę „połyków” w więzieniach).

Obawiam się, że miasta, obecnie już zakazujące picia na ulicach,

wydadzą zakaz wylegiwania się na chodnikach – co mocno osłabi

efekt „szkoleniow*’. Ale i na to jest sposób: prowadzić wycieczki do

takiej noclegowni dla narkomanów – wybrać trzeba oczywiście naj-

18 „Chcacemu nie dzieje się krzywda”

174 175

bardziej smrodliwa norę – i nawet płacić im za to! Oni za to kupią =-sobie więcej narkotyków – i bardzo dobrze: wcześniej umrą!

Wszelkie cackanie się z narkomanami, wszelka litość jest tu szkod-liwa. Narkomania musi być w Polsce zwalczona. W ten sposób znik-nie w ciągu roku-dwóch. Co nie znaczy, że nie będzie poszezególnych narkomanów i gości z zewnątrz – ale zniknie jako zjawisko. Bo znik-nie jej pożywka:

Pieniądze!

JAK ZOSTRC KOMUNIST*?

Znane powiedzenie brzmi: „By zatriumfowało zło, wystarczy obojęt-ność ludzi dobrych”. Jeśli więc zachowujemy się biernie, to najpraw-dopodobniej nie tylko dopuścimy do triumfu komunizmu w swojej okolicy; najprawdopodobniej sami staniemy się komunistami.

Przepis na to jest bardzo prosty.

Przede wszystkim należy pozwolić, by używano w naszej obecności

argumentów kolektywnych. Mówi się: „Chcemy, żądamy…” Mówi się:

„Naród polski nie godzi się…” Mówi się: „Społeczeństwo żąda…”.  Oczywiście, samemu można żądać demagogicznie tego typu sfor-mułowań – pod warunkiem, że się wie, iż jest to bzdura. Nawet i wówczas pozostaje groźba, że nasz mózg zacznie odruchowo przy-ciągać tego typu argumentację. A wówczas zaakceptujemy argumen-ty naszych przeciwników.

Rzecz jasna nie jest tu niezbędne używanie słów: „Naród, społe-czeństwo” itp. Wystarczy sam kolektywizm. Gdy ktoś powiada:

„Wszystkie dzieci są nasze” – to pozornie nie wymienia bytu kole-ktywnego. Wszelako nie ma chyba wątpliwości, że gdy „wszystkie dzieci są nasze”, to moje dzieci należą do ob. Kowalskiego i ob.  Wiśniewskiego oraz od miliona innych (być może lepszych ode mnie!) opiekunów – ale nie do mnie!

Gdy sami zgadzamy się, że instytucje państwowe mogą ingerować w życie rodzinne – np. pod pretekstem bicia żony lub dzieci, bez skargi obywatela – no to już komuniści zdołali przełamać podsta-wowy bastion wolności: Rodzinę.

To prawda, że dzięki ingerencji państwa parę dzieci w Polsce zo-staje uratowanych od złych rodziców. Ale za to paręnaście milionów ma gorsze warunki życia w swojej rodzinie, bo rodzice nie czują się pewnie, bo nie czują się odpowiedzialni za wybór szkoły, programu nauezania, metod wychowawczych itp. I to jest prawdziwy, niedo-strzegalny przez reporterów, dramat.

Państwowa opieka… Mój Boże! Dzieci odbierane rodzicom w Szwe-cji pod pretekstem pobicia. (W domu dziecka okazało się, że dziecko nie było bite – ma rzadką chorobę objawiającą się siniakami; dziecka nie oddano rodzicom, bo byli to ubodzy imigranci z Polski i „zwrot rodzicom mógłby spowodować u dziecka wstrząs psychiczny”) Rodzeństwo (w Polsce, 4 osoby), które utraciło w katastrofie oboje rodziców – i które, mimo głodówki protestacyjnej brutalnie rozdzie-lono (najmniejsze do domu małego dziecka, większe do domu średniego dziecka – itd., zgodnie z biurokratycznym kryteriami).

Precz z Komuną!

Dalej, gdy już zgodziliśmy się na kolektywizm, trzeba jeszcze

zgodzie się na demokrację. Jak trzeźwo zauważył Karol Marks, de-mokracja jest niezbędnym warunkiem do wprowadzenia komunizmu.

Demokracja (najlepiej: „ludowa”, ale niekoniecznie) oznacza pod-

porządkowanie się woli większości. Większość każe nam np. jeździć

w pasach bezpieczeństwa lub otwierać prywatny warsztat między 10

a 18 (mimo, że mnie najlepiej się pracuje między 8 a 16). Większość

każe nam pracować, w soboty lub zakazuje pracy w soboty, podczas

gdy w normalnym kraju jedne fabryki pracują w soboty, a inne nie

– i co to komu szkodzi? Co to kogo w ogóle obchodzi? Gdy już mamy demokrację, trzeba koniecznie zgodzić się się na łzawe hasełka „pomocy dla biednych”. Normalny człowiek nie pozwoli sobie zabrać 3 milionów miesięczxue na pensję dla jakiegoś urzędnika, który popija herbatę. Jeśli jednak zażądamy utworzenia Stanowiska Do Zwalczania Bezrobocia lub do Urzędu Opieki nad Bezdomnymi Dziećmi – to kto oprze się szan-tażowi moralnemu? Dzieci chcesz Pan zagłodzić – wrzeszczą wówczas socjaliści. Godzimy się. Jesteśmy ubożsi o 3 miliony, z czego w najle-pszym przypadku 1,5 mln idzie na bezrobotnych i bezdomne dzieci, na-tomiast za drugie półtora komuniści uzyskają janczara, który będzie dobrowolnie wychowywał dzieci i bezrobotnych na klientów komunizmu – bo przecież oni „wszystko zawdzięczają socjalizmowi”, nieprawdaż?

To jeszcze nie wszystko. By zbudować komunizm, należy katego-rycznie odrzucać wszelką myśl, że najważniejsza jest konsumpcja.

176 177

Wszelka myśl, że produkcja fabryk, zwłaszcza państwowych, służy obywatelom – jest zbrodnią. To obywatele są po to, by fabryki miały komu sprzedawać swe przodujące wyroby. Ważne nie jest dobro oby-wateli, lecz dobro przemysłu. Obywatele mogą sobie chodzić w łap-ciach, byle wskaźnik rozwoju przemysłu piął się w górę.

Pewien kłopot polega na tym, że wprawdzie przemysł może opłacić wojsko, policję itd. – ale jednak ogromna większość obywateli nie pracuje w wojsku ani w policji – a oni głosują! Mogliby więc któregoś dnia wpaść na pomysł, by ten przemysł wziąć pod but i kazać mu pracować na swoje potrzeby.

By temu zaradzić komuniści wymyślili specjalny twór – Człowie-ka Pracy. Człowiek Pracy to mniej więcej 1/3 człowieka (pracujemy 8 godzin na 24!). Człowiek Pracy nie ma żołądka, mózgu i innych części – ma tylko ręce. Otóż Człowiek Pracy nie domaga się, by wszystko było jak najtańsze, czego domagałby się normalny człowiek, lecz by wszystko było jak najdroższe, bo Człowieka Pracy nie inte-resują wydatki – jego interesują jego zarobki, a one tym wyższe, im wyższe są ceny.

Dalej już idzie prosto. Przy każdym głosowaniu apelujemy do Lu-dzi Pracy. Ludzie pracy głosują, strajkują, protestują itd. – jak im się zagra. Socjaliści zawsze apelują do Człowieka Pracy, dbają o jego interes, a to że Człowiek po pracy musi konsumować tandetne wy-roby uprzywilejowanych Ludzi Pracy – to już nie wina socjalistów przecie? Oni przecież nawołują do zwiększenia produkcji!!

Ta recepta na budowę komunizmu działa niezawodnie – w Euro-pie, w Ameryce i na Marsie (gdzie już chyba wykończono cywilizację).  By temu zapobiec, należy zdobyć się na heroizm: powiedzieć, że ma-my w d… Ludzi Pracy i ich wymagania. Że los Ludzi Ubogich nic a nic nas jako ustawodawców i pracodawców nie interesuje (a jak są naprawdę biedni, to niech udadzą się do parafii lub żebrzą na ulicach prywatnie. Oczywiście nie damy im umrzeć z głodu). Że większość jest z reguły głupsza od mniejszości, a jednostka jest ważniejsza od kolektywu.

Czy zdobędziemy się na taki heroizm?

OD AUTORA

Wielki pisarz rosyjski, Jan Bunin w jednej ze swych książek (właś-ciwie: w pamiętnikach) napisał, że bolszewicy zmienili cyrylicę na grażdankę – i on tym ohydnym alfabetem nie napisze ani słowa, a także nie będzie czytał tego, co oni po barbarzyńsku wypisują.

Doskonale rozumiem to uczucie! Trzeba bowiem dodać, że postę-powa grażdanka nie tylko wykasowała jery, jory i jat’ie (m.in. chodzi o „niemą spółgłoskę”) – ale i dokonała „komasacji” liter. W efekcie jedna litera (f) pełni rolę np. greckiej fi i greckiej thety co daje nie-samowite wrażenie. Kto zna rosyjski, ten wie, że Teodor to jest „Fiodor”, a „Tomasz Ateńczyk” to po prostu „Afńskij Foma”. To trochę tak, jakby w polszczyźnie literze „ź” przypisać jeszcze jedną funkcję np. „ch”; prawda, jaka oszczędność na miejscu i literze?

Co prawda, na nasze szczęście, alfabetu nam nie zmieniono (Ce-sarz, w odróżnieniu od bolszewików, poddanym narodom nie narzucał alfabetu) – ale postępowcy zdołali dokonać kilku zmian w naszej pisowni. Nie aż tak radykalnych, jak bolszewicy – ale zawsze.

Gdy swoje niewczesne pomysły ogłosiła państwowa instytucja pn.  Polska Akademia Literatury, nawet spokojny i otwarty na postęp Julian Tuwim „wyszedł był z nerw” i oświadczył, że ani mu się śni przestrzegać tych idiotycznych przepisów ortograficznych – i będzie pisał, jak chce.

Biurokraci literatury nie dali jednak za wygraną. W czyich rękach było koniec-końców Ministerstwo Oświaty i Wychowania Publicznego?  Kto rządził – przed wojną – Związkiem Nauczycielstwa Polskiego?  Zawsze przecież takie Rzeczypospolite będą, jakie ich rn*odzieży cho-wunie! A tu jeszcze trafiła się wojna, władzę objęli postępowcy, że tak rzeknę, instytucjonalni – no, i używanie jedynie słusznej pisowni stało się obowiązkowe. Dalej już poszło prosto…

Mnie jednak – jak i każdego, kto czuje ducha języka – aż trzęsie.

Bo, np. mówimy „deska – desce” i „noga – nodze” (a nie „noce”!).

Należy więc nadal pisać, jak Duch Języka każe, „biedz” i „módz” (bo

„biegnę” i „mogę”) – a nie robić drobne chamskie uproszczenia. Jeśli

178 179

ktoś chce oszczędzać papier to proszę: wprowadzimy „dzetę” (np.  jak rosyjskie lub gotyckie „3”) ale nie kaleczmy języka! Bo potem dziwimy się, że dzieci nie potrafią zrozumieć reguł ortografii!

Sposób, w jaki powstawały te cudaczne instytucje (PAU i PAL)-to osobny rozdział. W każdym razie Uczeni Mężowie „poprawili” nam jeszcze pisownię w parunastu punktach. Np. z tajemniczych powo-dów zamiast „puhar” kazali pisać „puchar” (po czesku, słowacku, ukraińsku i węgiersku jest przez samo „h”!) – tu mamy stratę litery; może chodziło o analogię do „puchu” lub „puchacza”?

Zupełnym i oczywistym jest pisanie „Jakób” przez „u”. Konsekwen-tnie trzeba by napisać o „Jakubinach”, „Jakubitach” i „Jakubianie”.  Nie wiem, co kierowało Uczonymi Mężami: jako postępowi Europej-czycy powinni starać się powstrzymać nasz związek z kulturą łacińską – a nie dopasowywać „Jakóba” do plebejskiego „Kuby”. (Nb.  po rosyjsku „Koba” pisze się przez „o”, a nie przez „u”). Może po prostu byli pijani? A może założyli się między sobą, że zrobią taki kretynizm – a Polacy posłusznie będą pisać, jak im się każe, bo to naród nawykły do tego, by bezmyślnie robić tak, jak każą „ci na górze”’?

Jest, być może, maniactwem w sytuacji, gdy walczymy o Konsty-tucję, o Wolność, o Własność, o Sprawiedliwość – rozpraszać siły na walkę z drobną w końcu korektą ortografii. Zresztą niektóre zmiany wprowadzane w 1936.tym są zupełnie sensowne.

Rzecz nie w tym. Rzecz w uzurpacji. Nasz język przez całe prawie Tysiąclecie rozwijał się zupełnie nieźle bez pomocy Uczonych Mężów – podobnie zresztą jak wszystkie języki świata. Ludzie zapisywali dźwięki przy pomocy standardowych liter, niektórzy wpadali na różne pomysły, niektóre z tych pomysłów upowszechniały się i przyj-mowały – i powstawał język. Język ten tolerował odchylenia zarów-no w mowie (dialekty) jak i w pisowni (oboczności).

Właśnie ta różnorodność to możliwość rozwoju języka. Jeśli zgo-dzimy się, że każde odejście od jedynego wzorca to błąd – to zamy-kamy drogę przed nowymi, być może lepszymi, pomysłami. Ludzie sami, bez przepisów, stosują się do standardów – bo tak jest wy-godnie. A czasem się nie stosują – bo myślą, że tak jest lepiej.

Tak więc bunt przeciwko sanacyjno-komunistycznym poprawkom

do ortografii to nie tylko nostalgia za Tradycją, nie tylko chęć pow-

rotu do logiki języka (w paru miejscach naruszonej) – ale i obrona

różnorodności. Można protestować przeciwko uniformizmowi pisząc

Nuż w bżóhu” – a można i inaczej. Gdy w latach 60.tych jedni

prótestowali przeciwko szarzyźnie zakładając na szyję łańcuch lub budzik – ja zakładałem muszkę.

I w taki sam sposób protestuję w sprawie ortografii. Proszę o wy-baczenie tego nieszkodliwego przecież (pozornego) dziwactwa.

Janusz Korwin-Mikke

180 181

POSŁOWIE

Janusza Korwin-Mikke zauważylem po raz pierwszy na początku lat 80-tyeh, kiedy to w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, na Uni-wersytecie i w wielu innych miejscach odbywnly się rozmaite dyskusje.  Panowala tam atmostera rewolucyjnego chaosu i wlaśnie w takiej at-mosferze pojawiał się starannie ubrany dżentelmen z muszką, który jednak nie tylko strojem odróżnial się od otoczenia.

Kiedy bowiem większość deklarowala z*odnie o „podmiotowości spoleczeństwa” czy „godności pracy” czlbo pomstowala na „komu-nistów” dżentelmen ów mówil o,jakichś podatkach, o jakichś ubez-pieczeniach, o wlasności prywatnej, co to —- horribile dictu! — ma być lepsza od „spolecznej’; o wolnym rynku i podobnie malo pory-wających sprawach. Co prawda o takich sprawach pisywał też w „Tygodniku Powszechnym” (gdzie te czasy?!) Stefan Kisielewski, ale i on przecież—w odróżnieniu od autorów sążnistych wypracowań o „podmiotowości”—uważany by1 wylącznie za… felietonistę. Toteż i podczas tych dyskusji na wystąpienia Korwina reagowano rosnącym zniecierpliwieniem i irytacją, no bo jak że tu sluchać o jakichś podat-kach, o jakiejś gospodarce, kiedy frazesy o „podmiotowości” tak przy-jemnie Iechtaly uszy. Ku memu zaskoczeniu jego jednak ani to zniecierpliwienie, ani objawy irytacji wcale nie konfundowały i cier-pliwie, z żelazną logiką wyjaśnial swoje, dopóki nie odebrano mu glosu.

Zwrócilo to moją uwagę, bo rzadko można bylo wtedy w Polsce spotkać czlowieka, który odważylby się iść pod prąd powszechnych nastrojów i nie dostrajać się do „większości”. Do takiego heroizmu cywilnego zdolni są albo maniacy, albo ludzie dobrze wiedzący, czego chcą i co mówią. Do której grupy należal Janusz Korwin-Mikke — na to pytanie nie potra)źlem jeszcze odpowiedzieć. Pozostalo tylko wrażenie czlowieka obdarzonego wyjątkową odwagą cywilną.

W parę miesięcy po ogloszeniu stanu wojennego znalazlem się

w obozie dla internowanych w Bialolęce, gdzie okazalo się, że Janusz

Korwin-Mikke siedzi w sąsiedniej celi nr 18. Poznaliśmy się bliżej

w najbliższą niedzielę, na Mszy św., odprawianej w barakowej świetlicy przez ks. Jana Sikorskiego, kiedy to Korwin przekazał mi „znak pokoju” ze slowami: „pax tibi Staszku”. Późniejsze więzienne dyskusje, toczone ze zwolennikami „socjalizmu z ludzką twarzą” uświadomily mi, że mam do czynienia z człowiekiem, który wie czego chce, który swoje cele i swój program ma dokładnie przemyślany, z czlowiekiem wprawdzie zdeterminowanym, ale bez ponurego doktry-nerstwa, przed którym chroni go dość rzadkie wśród polityków poczu-cie humoru. Tak rozpoczęla się nasza przyjaźri.

Przez następnych siedem lat dzialaliśmy już – jak by to określil

prokurator egzekwujący „surowe prawa stanu wojennego”-

„wspólnie i w porozumieniu” choć przecież oddzielnie. Janusz Kor-

win-Mikke kierowalpodziemną „O)icyną Liberalów”, wydając książki

Fryderyka von Hayek-a, Jerzego Gildera i innych, nieznanych kom-

pletnie polskiej publiczności gigantów wspólczesnej myśli liberalnej,

aja, w swoim wydawnictwie „Kurs” – Miltona Friedmana, Gwidona

Sormana i Davida Berglanda. Byl to okres nieslyehanie owocny, cho-

ciaż z pozoru malo efektowny. Kolportaż podziemny dzialał wcale

sprawnie, dzięki czemu naklady książek mogly osiqgać calkiem przyz-

woity w tych warunkach poziom. Taka „Rewolucja konserwatywna

w Ameryce” Sormana rozeszla się blyskawicznie w nakladzie 5 tys.

egzemplarzy! Jacyś nieznani ludzie te książki kupowali, czytali je,

poszerzali swoje horyzonty, i świadomość tego wynagradzala udrękę

ciężkiej pracy *zycznej w prymitywnych warunkach i w stalym po-

; czuciu zagrożenia.

Ta praca dostarczala też jeszcze jednej satysfakcji. Oto mogłem przekonać się, że jeden czlowiek może wiele zdzialać nawet w warun-kach niesprzyjających, jeśli tylko przyświeca mu jakaś idea. Zgadzalo sig to w stu procentach z gloszoną przez Korwina zasadą, że czlowiek jest kowalem swego Iosu.

W tym wlaśnie okresie moglem naocznie przekonać się, że Janusz Korwin-Mikke postępuje zgodnie z gloszonymi przezeń zasadami, a skoro jemu się udaje, to znaczy, że te zasady są realne, sluszne i pożyteczne, a zatem warto je krzewić i warto ich bronić.

To przeświadczenie sklonilo nas do ściślejszego wspóldzialania

i tak doszlo do utworzenia Ruchu Polityki Realnej, którego przywódca

zostal oczywiście Janusz Korwin-Mikke, a wśród zalożycieli – obok

nieodżalowanej pamięci Stefana Kisielewskiego – znalazł się również

niżej podpisany. W „Deklaracji” zapisane zostalo m.in. „Iączy nas

182 183

przekonanie o konieczności zastąpienia czym innym demagogicznych hasel, których realizacja podcina korzenie naszej cywilizacji. (…) Uważamy, że istnieją pewne niezbywalne prawa przynależne jednost-ce, rodzinie i narodowi – oraz zasady niezbędne do rządzenia parćstwem. (…) Wszystkie te sfery: jednostkę, rodzinę, naród – a także religię i moralność spoleczną – uważamy za pierwotne wzglgdem państwa, które winno im służyć zgodnie z wyksztalconymi przez wieki regulami. (…) Uważamy, że społeczeristwu jest potrzebny każdy czlowiek i tylko on ma prawo uznawania, co jest dla niego dobre.  Dążyć będziemy do przywrócenia zdrowej rodziny, która zostala przez rujnujące moralnie ustawodawstwo doprowadzona do niemocy, żąda-my przede wszystkim przywrócenia pojęcia „głowy rodziny” przywró-cenia rodzinie wladzy nad dziećmi oraz usunięcia antyrodzinnego ustawodawstwa. Będziemy przeciwstawiać się dzialalności biurokra-cji i uświadamiać naród, że przez utożsamianie go z paristwem i sztu-cznie popieranie traci z wolna swoją tożsamość. Będziemy domagać się radykalnej zmiany systemu oświaty, nauki i kultury oraz pelnego wycofania się państwa z dzialalności gospodarczej. Przede wszystkim zaś przywrócenia naturalnych mechanizmów, które przez wieku poz-walaly znacznie slabszym gospodarczo państwom kwitnąć materialnie i duchowo. (…) Chcemy więc polączyć nasze wysilki. Wierzymy glęboko, że jest szansa”.

Mimo upływu niemal dziesięciu lat od napisania tej „Deklaracjib ani jeden z postulatów się nie zestarzał. Przeciwnie – nabraly one niepokojącej aktualności. Autorem tych slów jest *lanusz Korwin-Mikke.

Ale w roku 1989, roku „okrąglego stolu” malo kto o tym slyszal.  Większość była zafascynowana okrąglostolową transakcją, dokonaną między tracącymi ideologiczną busolę komunistami, a „reprezentan-tami spoleczeństwa”. Szczególów tej transakcji nie znamy do dnia dzi-siejszego i kto wie, czy poznamy je kiedykolwiek. *ledno jest pewne: nas przy tym nie bylo. I oto w najważniejszej dla przekształcenia ustroju dziedzinie – w gospodarce – postulaty „strony spolecznej” wypadly nadzwyczaj mizernie: jakaś „indeksacja plac i dochodówn jakieś „zwiększenie roli samorządów w zakladach pracy” jakaś kon-traktowa „demokracja” jakaś „Europa”… Intelektualna „góra” uro-dzila programową „mysz”. Żadnego konkretnego programu transformacji ustrojowej, tylko jego namiastka w postaci skleconych naprędce haseł. Bez falszywej skromności, ale i bez falszywej pokory, dzięki pracy intelektualnej, wykonanej w okresie, gdy byliśmy wyrob-nikami idei konserwatywno-liberalnej, mogliśmy podsumować „okrągły stól” oceną, wg. której „socjaliści moskiewscy przekazali wladzę socjalistom europejskim, a1e socjalizm pozostal”. Autorem tej, jakże bulwersującej wówczas, ale jakże trzeźwej i trafnej z perspekty-wy kilku lat oceny byl – jak utrzymywano w kręgach zbliżonych do „Ga.zety Wybonczej” – „kontrowersyjny” i „niepoważny” przedstawiciel „folkloru politycznego” Janusz Korwin-Mikke. No cóż – człowieka, który salonowemu towarzystwu pokazuje trupa w sza*e, towarzystwo bierze pod obcasy.

Janusz Korwin-Mikke kandydowal wówczas bez powodzenia do Senatu. Bez powodzenia – bo nie ubiegal sig o zrobienie sobie z p. Lechem Walęsą fotografii, będącej wtedy biletem wstępu na po-lityczne salony.

Ale i to, zdawać by się moglo, desperackie posunięcie wynikalo z u1u-bionej przez niego de)źnicji polityki. W odróżnieniu od notorycznych kon-formistów, gloszących, że polityka jest sztuką kompromisów i zgodnie z ta de*nicją podkladających się każdorazowym możnym tego świata, *lanusz Korwin-Mikke twierdzi, że „politykajest sztuką unikania kom-promisów’; a już z pewnością unikaniem wchodzenia w układy bę-dące zdradą idealów i zasad, faryzejsko nazywane kompromisami.  Warto o tym pamiętać po tylu straszliwych zawodach, uczynionych milionom ludzi, których zaufania nadużyto w okrutny i cyniczny sposób.

Nie mając tedy wstępu na salony władzy, mogliśmyjedynie obser-wować i komentować „grubą kreską” p. Tadeusza Mazowieckiego i jej skutki, obronę majątku po rozwiązanej PZPR przez posla Adama Michnika w kontraktowym Sejmie (napisalem wtedy – a byl to rok 1990 – że p. Michnik jest politykiem przewidującym, bo już dziś broni stanu posiadania swego przyszlego sojusznika) i postępujący rozklad Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, tego „mandatariu-sza spoleczeństwa” który mial dokonać przelomu, a tymczasem gnil od środka, stopniowo przeżerany korupcją i ulatwionym dostgpem do zasobów parćstwa. Paristwa, w którym wlaśnie zakladano podwaliny nowego ustroju – republiki bananowej, oznaczającej kapitalizm dla wybranych i nędzny socjalizm dla reszty.

Ale nie ograniczyliśmy się wylącznie do obserwowania i komento-

wania. W grudniu 1990 roku Rada Glówna UPR przyjęla program

gospodarczy, zakladający przeprowadzenie reprywatyzacji i prywaty-

zację sektora państwowego, uregulowanie emisji pieniądza i reformy

ubezpieczeń spolecznych (projekt utworzenia Funduszu Emerytalnego

184 185

z prywatyzowanych przedsiębiorstw, zmniejszenie podatków i reformą systemu podatkowego, eliminowanie ingerencji rządu w gospodarkę i redukcję aparatu biurokratycznego, reformę Sił Zbrojnych i policji, a nawet – denominację. Dzisiejszy stan parćstwa, a zwłaszcza stan finansów publicznych, jest następstwem. tego, że nie udało się zrealizować tego programu. Programu, którego autorem głównym jest *lanusz Korwin-Mikke.

W roku 1989 nie głosował na niego prawie nikt, aIe już w roku 1991 na UPR padło 250 tys. głosów. Stworzyło to możliwość wejścia do rz*du trzem posłom UPR: Andrzejowi Sielarćczykowi, Lechowi Pru-chno-Wróblewskiemu i Januszowi Korwin-Mikke. Ta symboliczna wręcz reprezentacja zaznaczyła w Sęjmie swoją obecność nie tylko przemówieniami, aIe i konkretnymi inicjatywami. Warto wspomnieć przynajmniej o trzech: projekt ustawy reprywatyzacyjnej, o którą waI-czył Lech Pruchno-Wróblewski i która dwukrotnie (!) została odrzu-cona przez Sejm o przewadze ugrupowań „reformatorskich” i któręj odmówił poparcia Pan Prezydent, projekt większościowej ordynacji wyborczej (jednomandatowe okręgi i głosowanie w dwóch turach), któr* – niestety! – tylko posłowie SLD trafnie rozszyfrowali jako „dekomunizacyjn*” bez użycia tego słowa, no i wreszcie—uchwałę Iustracyjną z 28 maja 1992 roku. Wiele mówiono o „dekomunizacji” czy Iustracji, aIe jakoś tak sig składało, że najgłośniej mówili o tych sprawach ci politycy, którzy akurat utracili władzę daj*c* możność wykorcania tego przedsięwzigcia. Żaden z wielkich klubów parlamen-tarnychprzezprawie 3 Iata od”upadku komunizmu” niepodjął spra-wy lustracji, aż uczynili to posłowie 3-osobowego koła Unii Polityki Realnej, a konkretnie poseł Janusz Korwin-Mikke.

Mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy ten dzierć, kiedy na jedną chwilę opadły maski, kiedy spontanicznie utworzyła się zaskakująca „koalicja grubej kreski”. Byłoby dobrze, gdybyśmy nie zapomnieli, kto zdobył się na odwagę zdarcia tych masek. Żebyśmy nie zapomnieli, że tę odwagę wykazałpolityk z zasadami, który wie, ezego chce, który nie Ięka się głosić tego otwartym tekstem, i który dotrzymuje słowa — *lanusz Korwin-Mikke.

Stanisław Michalkiewiez

Teksty zawarte w niniejszej książce opublikowane były w następują-cych czasopismach: „Gazeta Polska” (1993,1995), „Literatura” (1981), „Ład” (1983,1988), „Najwyższy Czas!” (1990-1995), „Najwyższy Czas!

– BIS” (1993-1994), „Nowy Świat” (1991-1992), „Poradnik Handlowca” (1994), „Przegląd Tygodniowy” (1990, 1991, 1993), „Tygodnik Demo-kratyczny” (1989), „Wprost” (1991-1992).

186 / 187

Spis treści

U progu wolności…….

Ludzie myślcie – to nie boli! …..12

Europa

Polityczne priorytety

Ostrzegam!……

15

Beżpieka socjalna….. ……116

Bomba odbezpieczona ……120

Tygrys i kobiety…….. .. ..124

Lewy obrońca. …..126

Konsumentki.. ……128

Związki. ……130

1111 kapitanów ……133

.. ..18

21 * Ziemia. . .

ONZ……. ……. 25

Rozpad.. ……. 29

Gorzkie prawdy ……. 32

Demogerontokracja…. ……. 35

Czeczenia…

Pluszowy miś*.

Wolność czy niepodległość?

Wiara

38

41

43

46

Manifest reakcji . . … 48

Kapitalizm? Jakie to piękne!………. ……. 54

Być kapitalistą* ……. 56

Niskie podatki. ……. 59

Optymalny system podatkowy ……. 61

Wysokie ceny… ……. 75

Bieda….. ……. 79

Pieniądz łagodzi obyczaje…. ……. 82

Żyć na własny rachunek…… ……. 86

Eksport dla króla Prus…….. . . ……. 91

Interes narodowy     …….99

Do roboty!……..   …..102

Jak dzielić…….   …..105

Plon planu…..      …..108

Witte i Wałęsa       …..114

*n*lnnv

Kara śmierci: dlaczego jestem za?

……136

. ..138

……143

Krew na ulicach…….. . ..147

Personifikacja

150

Uwaga: faszyzm!……. ……152

Literaci. . . . . . .155

„Zieloni” i „niebiescy”

Dziennikarze..

Znów 3 maj… .

Telekomunizacja

……157

……160

……162

……165

Wojsko nieco odnowione…… ……167

Gorzałka ……170

Skończyć z narkomanią!

173

Jak z o sta ć komunist ą?…….. …… 176

Od autora……. … .179

Posłowie ……182

Chcesz dowiedzieć sig wigcej?

CZYTAJ

ogólnopolski tygodnik prawicowy

PISZEMY 0 WSZYSTKIIVI, CO INNI

WOLĄ POININĄC IVIILCZENIEIN

LUB ZNIEKSZTA*CIC

Redakcja: 00-042 Wer:zawa, ul. Nowy Świat 41, !el./Iex 26-46-42

Redaktor naczelny: Stanislew Michalkiewicz

Pren*merala – zamówlenla przyjmuje p. Jarosław Komorowski, Wanzawa tel. 667-79-68

Konlo * PKO V OIW-wa, nr 1557-261355-136, z dopiskien, ‘Najwytszy Czas!’

2 Comments

  1. jaś
    Posted 28/04/2011 at 01:26 | Permalink | Odpowiedz

    Żyd to nie Polak. i tyle.

  2. Posted 22/03/2014 at 02:30 | Permalink | Odpowiedz

    Thank you offering this. For a nice and looking for something like that. Amazing data Let me check back to get information about Fluid Diet regime.

One Trackback

  1. […] nie została znalezionapharmacy nelfinavir viracept pills amex solihullNIE TYLKO O ŻYDACH – Janusz Korwin Mikke (e-book) var mySocialLinksBarWPPath = "http://flightsflights.info/wp-content/plugins&quot;; // .recentcomments […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: