A NARÓD ŚPI – Henryk Pająk (e-book)

 

Zapodali w wersji elektronicznej do szerokiej publikacji w sieci Internetu: „jasiek z toronto” i „genio z toronto”

 

A NARÓD ŚPI

Henryk Pająk

EURO-FOLKSDOJCZE

W czasach okupacji hitlerowskiej istniała w Polsce liczna grupa osób, które podpi­sały tzw. folkslistę – nazywanych folksdojczami. Podpisywali dla koniunktury, lepsze­go zaopatrzenia, własnego bezpieczeństwa oraz tacy, którzy przekonani że III Rzesza zaistniała na całe Tysiąclecie, skwapliwie dołączali do „narodu panów”.

Niezależnie od motywacji, Polacy traktowali ich jako zdrajców polskości, sługu­sów okupanta, których należało się bezwzględnie wystrzegać, stanowili bowiem gwar­dię cywilnych denuncjatorów.

Posierpniową Polskę zniewalają osobnicy mieniący się Polakami, ale o mentalno­ści neo-folksdojczy. Ściślej, są to „euro-folksdojcze”.

 

„Euro-folksdojcz” wysługuje się swym euro-mocodawcom i czyni to świadomie lub nieświadomie – na szkodę Polski i Polaków. Nacyjna identyfikacja z niemieckością motywuje wielu z nich, lecz czołówkę eurofolksdojczy stanowi niezniszczalna „socjaldemokracja” polskiej żydokomuny – stara i nowa gwardia.

Od pierwszych miesięcy po tzw. Okrągłym Stole (1989) miejscowi „eurofolksdojcze” pod nadzorem zachodnich gaulajterów globalizmu rozpoczęli formowanie struktur rządowych oraz organizacji i stowarzyszeń „pozarządowych”, których działania miały doprowadzić do obecnej zapaści gospodarczej oraz odizolować naród od wszelkiego wpływu na jego tak kształtowane losy, aby w pierwszych latach nowego wieku Polska przestała istnieć jako samodzielny byt państwowy. Ma zostać wessana w „czarną dziu­rę” Unii Europejskiej żydomasonerii, zapowiadanej już w głębi XIX wieku. Utworzenie przestrzeni europejskiej – pisał przed laty Jacques Ploncard d’Assac jest dla masonów tylko zapowiedzią przestrzeni uniwersalnej, Ziemi-Ojczyzny.

W tym samym czasie, kiedy zadania te realizowały kolejne ekipy sejmowo-rządowe Mazowieckiego, K. Bieleckiego, Cimoszewicza, Suchockiej, Oleksego, Pawlaka, Buźka – Balcerowicza, trwało montowanie „pozarządowych” struktur władzy oficjalnej. Wchodzili do nich w roli głównych „działaczy” także czołowi promi­nenci władzy. Tak powstała gęsta sieć polskojęzycznych euro-gaulaj terów, parali­żujących odruchy samoobrony ubezwłasnowolnionego narodu, jak też jego nielicznych przedstawicieli w rządach i „Kne-Sejmie”, zdecydowanie sprzeciwiających się piątemu rozbiorowi Polski.

Wszystkie kolejne „polskie” ekipy rządowo-sejmowe wyróżniały się i wyróżniają w polityce wewnętrznej i zewnętrznej trzema stałymi cechami:

– bezkrytyczną, nadgorliwą prounijnością

– fanatycznym filosemityzmem

5

– kontynuacją współpracy z komunistami jawnymi, czyli zgodnym dzieleniem się z nimi .władzą.

Ten trzeci czynnik przyniósł Polsce straty najdotkliwsze. Jego istotę streszcza uni­wersalne słowo: żydokomuna. Tkwiąc po obydwu stronach zmistyfikowanej barykady politycznej, żydokomuna z SLD i UW zgodnie działała i działa na zgubę suwerenności Polski. Szczególnie cynicznie ta ciągłość żydokomuny ujawniała się w polityce zagranicznej, zwłaszcza w obsadzie stanowisk ministerstwa spraw zagranicznych: Skubiszewskiego, Bartoszewskiego, Olechowskiego, Rosatiego, Geremka i ponownie Bartoszewskiego.

Każdy z nich obsadzał ważne stanowiska w ambasadach i konsula­tach ludźmi z klucza żydokomuny7.

Rządy i ekipy sejmowe przemijały ustępując następnym, ideowo i nacyjnie tym sa­mym, ale nie zmieniały się struktury nieformalne – „pozarządowe”. Przybywało no­wych. To one sprawują władzę w Polsce od 1989 roku. To ludzie z tych struktur rozdają nominacje oficjalne. Jest to wierne powielanie metody sprawowania władzy w innych krajach, w całej Unii Europejskiej: metody budowania Rządu Światowego. Polskich eurofolksdojczy wyróżnia jedynie pośpiech i służalcza nadgorliwość.

Oto niektóre z tych nieformalnych struktur i organizacji „pozarządowych”.

 

Fundacja im. Batorego

Pancerną pięścią imperium Sorosa w Polsce, rozbijającą naszą jedność narodową, siejącą destrukcję w umysłach i postawach, zwłaszcza młodego pokolenia, jest wspo­mniana Fundacja Batorego założona w 1988 roku, a więc jeszcze przed polskim „Round Table”. Soros jest tak pewny bezkarności, końcowego sukcesu w kasacji Pol­ski, że najzupełniej szczerze wypowiedział się o swych metodach i kierunkach ude­rzeń w książce: Sponsorowanie demokracji (Underwriting Democracy). Zaczynał tak:

Przygotowałem obszerny szkic spójnego programu gospodarczego. Miał on trzy składniki: stabilizację monetarną, zmiany strukturalne i reor­ganizację długu (…). Zaproponowałem swego rodzaju wymianę długu na majątek (…). Pokazałem ten plan Geremkowi i prof. Trzeciakowskiemu2, który przewodniczył rozmowom Okrągłego Stołu na temat gospodar­ki, poprzedzającym przekazanie władzy – obydwaj odnieśli się do planu z entuzjazmem (! – H.P.). Połączyłem swe wysiłki z Jeffrey Sachsem3 z uniwersytetu Harvarda, który proponował podobny program. Doprowa­dził on do zagorzałej debaty i stał się kontrowersyjną postacią, ale zdołał skoncentrować rozmowy na odpowiednich tematach. Pracowałem również ściśle z prof. Stanisławem Gomulką, który został doradcą nowego ministra finansów, Leszka Balcerowicza i w efekcie osiągnął szersze wpływy niż Sachs7.

1. Żydokomunistyczna okupacja oficjalnych struktur władzy w Polsce po 1989 roku, została przeze mnie omówiona w książkach: Piąty rozbiór Polski 1990-2000 oraz: Dwa wieki polskiej Golgoty 1999.

2. Jednemu z głównych szulerów polskiego „Round Table”.

3. Dyrygent Balcerowicza w jego burzeniu gospodarki Polski.

6

Przejdźmy do roli Balcerowicza, przydzielonej mu przez Sorosa: Balcerowicz zaangażował się w realizację radykalnego programu, ale przytłaczał go ogrom zadania. Przedstawił program stabilizacji Międzyna­rodowemu Funduszowi Walutowemu na spotkaniu w Waszyngtonie. MFW zaaprobował program i jego realizacja rozpoczęła się w styczniu 1990 r. (…) Inflacja została zredukowana, produkcja spadla o 30 proc. Ale za­trudnienie tylko o 3 proc.

 

Należy teraz zastosować dyscyplinę rynku w stosunku do przedsiębiorstw państwowych. Bankructwa jak dotąd są niespotykane… Istota tej dywersji gospodarczej:

Jeśli przynoszące straty przedsiębiorstwa przeznaczono by do lik­widacji, zarówno silą robocza jak i inne zasoby stałyby się powszechnie  dostępne. Zachodnie firmy mogłyby wtedy przyjechać tu i wykorzystać tanią silę roboczą oraz inne zasoby w celu zasilenia rynku zachodniego2. Oto cała strategia mafiosów spod znaku „polskiego” i brytyjskiego Round Table:

Sorosa, Sachsa, koszernych zjadaczy polskiego chleba: Balcerowicza, S. „Gomulki”, „Geremka”, „Kaczmarka”, Trzeciakowskiego i pozostałych:

– zniszczyć, zamienić w masę upadłościową przemysł, gospodarkę;

– wyprodukować armię bezrobotnych- taniej siły roboczej;

– jej pracą i zasobami kraju „zasilić zachodnie rynki”.

W marcu 1992 roku Balcerowicz poleciał do Waszyngtonu, aby złożyć tam kolejne sprawozdanie ze swej niszczycielskiej misji oraz otrzymać nowe instrukcje. Dopadł go tam autor książki3 Mathis Bortner:

Cytowałem mu oficjalne statystyki, w większości wzięte z Głównego Urzędu Statystycznego. Chciałem poprawić jego idylliczny obraz jako mi­nistra zbawiciela Polski. Odmówił dyskusji i zadowolił się tym, że nie zgodził się z moimi danymi. Niestety, po mnie wszyscy dyskutanci wrócili do tego samego tematu, ilustrując w mych wypowiedziach przykłady indy­widualne. Wybierając ucieczkę zamiast dialogu przypomniał nagle, że ma wnet samolot (…).

Czyżby to nie on przypadkiem zapewniał, że według jego planu będzie nie więcej niż 400.000 bezrobotnych?

Komentując i sumując ówczesny „dorobek” Balcerowicza, Bortner dodaje:

Jego techniką było sztuczne utrzymanie waluty poprzez nowe poży­czki, które pozwalały przede wszystkim bogacić się bankierom i ich al­fonsom zamiast tym, którzy produkują dobra czyli producentom, bez żadnej widocznej perspektywy na lepsze. To, co nazywało się planem Bal­cerowicza, nie ma nic wspólnego z planem, jest to najwyżej radykalna me­toda wypracowana przez bandę szarlatanów, którzy wypełniają sobie kieszenie.

 

1. S. Gomułka jest wykładowcą Londyńskiej Szkoły

Ekonomii i doradcą L. Balcerowicza oraz prezesa NBP Hanny Gronkiewicz-Waltz.

2. „Nowa Solidarność”, 12/1996.

3. Mathis Bortn er. Jak dobija się gospodarkę Polski od 1989 roku. Nicea- Francja, 1995, s. 227.

Zamienianie gospodarek państw w masę upadłościową przez machinacje takich „alfonsów” jak Sachs, Balcerowicz, Soros, jest planem globalnym. Denis Smali – je­den z uczciwych znawców problemu cytowany przez Bortnera, tak oto recenzuje nisz­czycielski „globalizm” tej żydo-mafii:

Narody euroazjatyckie, które ostatnio uwolniły się od komunizmu, są dziś zagrożone przez nową formę perwersji i niewolnictwa.

Establishment anglo-amerykański zapowiedział im, że jeśli chcą wybrnąć z problemów ekonomicznych, muszą się one stać częścią wolnorynkowego systemu ekonomicznego zachodniego, a to oznacza, że muszą przyjąć warunki MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) i że reformy wolnego rynku są związane z L‚enfant terrible uniwer­sytetu Harvarda, ekonomistą Jefrey’em Sachsem7.

W tym samym czasie, kiedy Balcerowicz zamieniał polską gospodarkę w masę upadłościową, a ministrowie zniekształceń własnościowych – Lewandowski i Kaczmarek zajmowali się rozdawnictwem najlepszych kęsów tej masy hienom zagranicz­nym, Fundacja Batorego trudziła się zamienianiem polskiego systemu edukacji w zbiorowego apologeta wolnego rynku, „otwarcia na zachód” – na MFW, Unię Euro­pejską.

Tzw. Rada czy raczej sanhedryn Fundacji Batorego składa się z następujących osobników – by wymienić najważniejszych:

 

Geremek; J. Turowicz(f); były premier J.KL Bielecki; była premier H. Suchocka; A. Smolar; filozof super-stalinowski L. Kołakowski; B. Lindberg; Marcin Król; (z „Res Publica Nowa”) Andrzej Olechowski; była wiceminister edukacji narodowej Anna Radziwiłł2; A. Szczypiorski(-f-); B. Borusewicz; ks. J. Tischner(f).

Z wymienionych szczególnie ciekawą postacią jest Aleksander Smolar-członek władz Unii Demo-Wolności. Syn Grzegorza, do 1968 roku (czystkowego Marca 68) re­daktora naczelnego „Fołk-Sztyme” – żydowskiego organu Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Matka A. Smolara trudziła się pracą w KC PZPR.

W tym kontekście wypada wyjaśnić, że sekretarzem Fundacji był do 1997 r. Józef Chajn -syn Leona Chajna, który w latach 1945- 49 pełnił funkcję wiceministra (niespra­wiedliwości. Potem do 1961 r. był partyjnym nadzorcą Stronnictwa Demokratycznego.

Fundacja każdego roku udziela stypendiów setkom naukowców, profesorów uczel­ni, szkół, ośrodkom kulturalnym a także pismom „otwartym” na ich preferencje. Wy­brańcy regularnie udają się do Oxfordu, Brukseli lub USA, gdzie „ładują akumulatory” w zakresie nauk społecznych3, zaś arkana destrukcji w zakresie filozofii politycznej poznają na uniwersytecie York.

Szerokim frontem atakuje się szkoły średnie poprzez forsowanie takich programów jak: „Przedsiębiorczość”, „Młodzi Przedsiębiorcy”. Zajęcia mają przygotować młod­zież do pracy w warunkach gospodarki rynkowej i kontaktów z instytucjami finanso­wymi. Na Uniwersytecie Warszawskim działaj ą aktywnie: „Klub Polityczny Studentów Uniwersytetu Warszawskiego” oraz „Fundacja Wspierania Inicjatyw Proeuropejskich Pro-Europa”.

Ich celem jest przyspieszanie integracji Polski ze wspólnotą Europejską, przygotowanie młodego pokolenia Polaków do gospodarki rynkowej, czyli do roli siły roboczej zachodnich firm.

1.Tamże, s. 190.

2.Córka księcia Krzysztofa Radziwiłła, kolaboranta z reżimem Bieruta.

3.Dotyczy głównie przedstawicieli instytucji rządowych i parlamentarnych.

Ta ostatnia „Fundacja” była w 1995 r. organizatorem szkole­nia pod hasłem Młodzież na drodze do Zjednoczonej Europy, a także konferencji Polska pięć lat po Okrągłym Stole. Tam też wystąpili z wykładami L. Balcerowicz oraz Kazi­mierz Ujazdowski z tzw. Grupy Windsor7 będącej jednoznaczną agenturą tego syn­dromu inwazyjnego brytyjskich kolonizatorów. Grupa Windsor utrzymuje kontakty z tzw. Międzynarodowym Funduszem Republikańskim i Heritage Foundation, które reprezentują zatwardziałe tradycje „konserwatywnych rewolucji” -jakby te dwa słowa nie wykluczały się wzajemnie! Kierownik Heritage Foundation – Edwin Feulner przebywał w Pułtusku w 1994 roku na zaproszenie polskich „windsorowców”, gdzie wielbił wolny rynek oraz nowy porządek świata w wydaniu George’a Busha oraz ponadnarodowe korporacje z GATT na czele. Tenże Feulner awansował na przewod­niczącego Towarzystwa Mont Pelerin, które reprezentuje interesy starych rodzin ary­stokratycznych Europy. Stowarzyszenie Mont Pelerin powstało w 1947 r. w Mont Pelerin, stąd nazwa.

Na zebraniu organizacyjnych debatowano nad sposobami osłabie­nia więzi narodowych w państwach Europy Słowiańskiej. Byli tam również przedsta­wiciele Unii Pan-Europejskiej założonej w 1920 roku przez mieszańca niemiecko-żydowsko-japońskiego – Richarda Coudenhoye-Kalergi, twórcę idei two­rzenia regionów etnicznych na bazie likwidowanych państw narodowych2.

W 1980 roku na zebraniu Towarzystwa Mont Pelerin pouczano ekonomistów, że najle­pszym sposobem gospodarki jest brak wszelkich zasad, „szara strefa”, dowolne zatrud­nianie i wyrzucanie z pracy robotników, brak zobowiązań w zakresie płacy minimalnej, ochrony socjalnej pracowników, itp.

Ta zgraja euro-łgarzy wyprutych z tego co nazywamy szacunkiem do pracy, do dru­giego człowieka, jest jeszcze jedną naroślą w konstelacjach imperium Sorosa, choć po­zornie nie wykazuje z nią więzi organizacyjnych. Nieformalne przynależności do żydomasońskich konfraterni nie stanowią dobrego klucza rozpoznawczego. Działają jednak wspólnie, bo na jeden wspólny rozkaz i rachunek.

Taki np. A. Arendarski to po­tentat biznesu, zarządzający w radach różnych holdingów. Jest kumplem Kwaśniewskiego.

Stale towarzyszy mu w pielgrzymkach do mocodawców zachodnich. To samo odnosi się do W. Gadomskiego.

CUE ma swoją intelektualną i personalną ostoję w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. To stara, jeszcze komunistyczna wylęgarnia żydomasońskich elit, które wówczas ukrywały się pod szyldami marksizmu-leninizmu, ale zrzuciły maski kiedy sposobiono polski „Round Table”. Socjolodzy z Instytutu gęsto obsiedli Okrągły Stół w roli eksper­tów do wszystkiego.

Uniwersytet Europy Środkowej ma dwa zadania w dziedzinie prania mózgów:

– wychowanie bezkrytycznych apologetów liberalizmu gospodarczego w stylu słynnego Adama Smitha;

1. Tą kryptoagcnturą brytyjskiej masonerii kierują m.in. Aleksander Hali, Andrzej Arendarski, K. Ujazdowski, Tomasz Szyszko, Krzysztof Pawlowski, ‚Jerzy Nowakowski, Witold Gadomski, Bronistaw Komorowski. Grupa powstała małpując jej odpowiednik angielski, a przewodniczący brytyjskiej Partii Konserwatywnej Gcoftrcy Pattie, uznał powstanie tego polskiemu duplikatu za najlepszą wiadomość, jaka nadeszła z byłych państw komunistycznych Europy Środkowej od czasu upadku komunizmu — co dumnie cytowano w oficjalnej broszurce Grupy.

2. Zob. m.in.: H. Pająk: Retinger mason i agent syjonizmu, Wyd. Retro 1996.

– wychowanie w moralnym relatywizmie, który lekkim krokiem przechodzi nad aborcją, eutanazją, narkotykami, zboczeniami seksualnymi, nad „kodem” mo­ralnym chrześcijaństwa.

Cały ten sataniczny program nazywa się uczenie zmianą paradygmatów myślenia.

W bukaresztańskim CUE wykłady prowadził L. Balcerowicz – z ekonomii. Przewod­niczącym wydziału jest tam (był?) Jacek Rostowski, postać na gruncie polskim mało zna­na, bardziej w Anglii, gdzie przez 20 lat prowadził wykłady na tamtejszych uczelniach, aby w 1989 roku zostać doradcą Balcerowicza w dziedzinie makroekonomii. W radzie wy­działu CUE w Bukareszcie działa pracownik MFW niejaki Mario Blejer7.

Wykłady z „etniczności”, to ulubiony konik CUE. Preferuje się pojęcie grupy etni­cznej w miejsce narodu, tożsamego z państwem narodowym. Grupa etniczna a nie przynależność do narodu-jak twierdzą-określa tożsamość jednostki ludzkiej. Twórcą tej koncepcji, zresztą nie nowej od kiedy pojawiły się teorie wojny z narodami jako sy­nonimami wszelkiego zła i wstecznictwa, jest zmarły w 1995 roku prof. uniwersytetu w Cambridge – Ernest Gellner, który kierował Instytutem Nacjonalizmu i Wolno­ści (!) w CUE. Już samo istnienie,tej instytucjonalnej formy walki z pojęciem narodu, pośrednio daje wykładnię kierunków inwazji owego „uniwersytetu Europy Centralnej”. Instytut Gellnera dyskredytował „nacjonalizm”, czyli poczucie więzi narodowej jako historyczny przeżytek. W jednej z ankiet pytano otwarcie:

Jak lokalne interesy narodo­we stwarzają opozycję przeciwko homogenizacji? Tak więc przenośnia: „homogeniza­cja” nie jest autorstwa jej przeciwników, tylko kryterium badawczym i celem jej apologetów.

Dla formalności dodajmy, że ta opcja jest wykładnią programu Sorosa. Twierdzi on z powagą, że pojęcie narodu jest niebezpieczne, ponieważ prowadzi do dyktatur, do prześladowań grup etnicznych. Takie samo zadanie powierzono komu­nizmowi – zniesienie pojęcia narodu. Nic się w tej wojnie z narodami nie zmieniło poza wycofaniem z obiegu słowa „komunizm”.

Nic więc dziwnego, że Fundacja Batorego wręcz agenturalnie matkuje mniejszo­ściom etnicznym w Polsce. Ma na tym polu wielkie zasługi. Wpisują się one w szeroki program Fundacji w zakresie dezintegracji narodowej i politycznej naszego kraju. Dzielnie hołubi mniejszości narodowe: ukraińską, niemiecką, białoruską, litewską, a nade wszystko – żydowską. Prześledźmy jej sukcesy na tym polu.

 

Związek Ukraińców w Polsce, tylko w 1996 roku otrzymał od „batorowców” 14,6 tyś. nowych złotych, a w 1997 – 37,6 tyś. zł. „Nasze Słowo” – pismo tego związku, otrzymało w 1996 r. 4 tyś. zł2; Związek Niezależnej Młodzieży Ukraińskiej oraz Kolo Naukowe Studentów UJ – 4,5 tyś. zł na organizację Dni Kultury Ukraińskiej w Krakowie, gdzie na seminarium pt: Akcja Wisła mówiono o „ludobójczym” wysiedlaniu Ukraińców z pasa ziem wschodnich. Związek Ukraińców stale wybiela natomiast prawdziwe ludobój­stwo w wykonaniu OUN-UPA na Wołyniu i Ukrainie Zachodniej, w której wymordowano, według różnych szacunków od 300 do 400 tysięcy ludności polskiej, a 350 tyś. zdołało uciec spod noży i siekier rizunów. Dodajmy, że członek władz Związku Ukraińców to nieja­ki Mirosław Czech – jednocześnie sekretarz generalny Unii Wolności.

 

1. „Nowa Solidarność”, 12/1996.

2. „Nasza Polska”, 30 VII 1997 i passim.

10

Fundacja wspiera Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie (w 1996 r. – 32 tyś. zł); Związek Białoruski – 4,5 tyś. zł; Bractwo Młodzieży Prawosławnej z Bielska Podlaskie­go – 5,5 tyś. zł; Centrum Sztuki (ukraińskiej) w Legnicy – 12 tyś. zł na organizację Mię­dzynarodowego Festiwalu Mniejszości Narodowych i Grup Etnicznych: Europa Bez Granic; Dom Kultury Litewskiej w Puńsku – 15 tyś. zł na organizację II Spotkań Mniej­szości Polski Północno-Wschodniej i Wschodnich Terenów Przygranicznych’, Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie – 5,9 tyś. na organizację Ogólnopolskiego Festiwalu Dziecięcych Zespołów Folklorystycznych Mniejszości Narodowych, Ośrodek Kultury „Arsus” z „Ursusa” – 10 tys. zł na V Przegląd Dorobku Artystycznego Mniejszości Narodo­wych. To tylko niektóre z wybranych przykładów7.

 

Wymienione tu kwoty są niemal groszowe w porównaniu z potężnym wspar­ciem udzielanym organizacjom żydowskim. Dysproporcja kwot staje się szczególnie rażąca, gdy porównamy szacunkowe proporcje liczebności tych dwóch mniejszości:

około 200 tyś. Ukraińców i tylko około (oficjalnie) 12 tysięcy Żydów2!

Wsparcie dla diaspory żydowskiej w Polsce okaże się wtedy niczym innym, jak częścią frontalnej krucjaty liderów światowego żydostwa przeciwko Polsce.

Finansowa szczodrość i solidarność Fundacji ze swoją nacją, jest rzeczywiście im­ponująca. Oto przykłady:

– Fundacja Centrum Kultury w Krakowie otrzymała

w 1996 roku 170 tyś. złotych

– tyle co „zrzutki” Fundacji na wszystkie pozostałe mniejszości;

– Pismo młodzieży żydowskiej „Jidełe” – 6 tyś. zł; Centrum Kultury w Lublinie na organizację warsztatu izraelskiej reżyserki Navy Zukerman – 3,4 tyś. zł;

– Teatr NN w Lublinie – 4,4 tyś. zł na projekt: Brama Pamięci – Miasto Żydowskie (no właśnie – miasto żydowskie!);

– Muzeum Auschwitz – 7 tyś. zł na szkolenie pracowników w Instytucie Pamięci Yad Yashenr5;

– Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie-10 tyś. zł w 1996 r. i 12 tyś. w 1997;

– Żydowski Instytut Historyczny – 12 tyś. zł;

– Fundacja Lauder Morasha School Fundation – na projekt Nasza Polska – 21 tyś.(zbieżność z nazwą tygodnika „Nasza Polska” – zupełnie przypadkowa);

– Kolo Naukowe Studentów Archeologii UJ na wyjazd do Izraela – 1,2 tyś. zł;

– Kolo Naukowe Historyków Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu na organi­zację seminarium Dialog chrzęścijańsko-żydowski – 2 tyś. zł;

– Studenckie Koło Naukowe Hebraistyki UW na wyjazd do kibucu w Izraelu – 4 tyś. zł;

– Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Izraelskiej – 2,8 tyś. zł;

– Instytut Sztuki PAN – 2 tyś. zł na organizację konferencji Jerozolima w kulturze eu­ropejskiej;

„Nasza Polska”, 30 VII 1997 i passim.

1. Ibidem,

2. W rzeczywistości, w Polsce mieszka około pół miliona Żydów o różnym stopniu asymilacji i poczucia swego „lokatorstwa”.

3. Podobne „ładowanie akumulatorów” przeszło w Izraelu kilku pracowników Muzeum na Majdanku. Zob. H. Pająk:

„Strach być Polakiem”. Wyd. Retro 1995.

11

– Amerykańsko-Polsko-Izraelska Fundacja Skalom na bilet lotniczy dla laureata ogólnopolskiego konkursu: Historia i kultura Żydów polskich – 8 tyś. zł;

– dla kwartalnika „Fraza” (numer o kulturze Izraela) – 3 tyś. zł;

– fundowanie stypendiów dla studentów hebraistyki i pracowników Żydowskiego In­stytutu Historycznego.

Fundacja Sorosa jest pośrednim źródłem finansowania Unii Demo-Wolności. Dzieje się to nie bezpośrednio, lecz w formie dotacji dla inicjatyw kierowanych przez udeków. Do­tacje otrzymuje Instytut Spraw Publicznych, założony w 1995 roku. W jego radzie pro­gramowej znajdziemy taki mały warszawski „sanhedryn”. Kierownikami działów są tam Michał Boni i Jan Maria Rokita, który pracuje tam nawet po oficjalnym wystąpieniu z UW.

Towarzystwo Demokratyczno-Spoleczne założone przez Zbigniewa Bujaka – wiceprzewodniczącego skrajnie lewackiej Unii Pracy, dostało od Fundacji Batorego 1,6 tyś. zł na organizację konkursu im. Jana Józefa Lipskiego – zmarłego przed kilku laty masona i socjalisty.

W 1997 roku Towarzystwo to otrzymało 6 tyś. zł na konferen­cję jakże „słuszną” i aktualną lecz jednostronnie apologetyczną: Społeczne i ekonomicz­ne skutki integracji z Unią Europejską.

Pośrednim wsparciem dla Unii było 7,8 tyś. zł z okazji jubileuszu 40-lecia Klubów Inteligencji Katolickiej, powołanych w czasach stalinowskich do reprezentowania „je­dynie słusznego” nurtu katolickiego w Polsce.

Podobne intencje przyświecały przyznaniu 4,2 tyś. zł na udział młodzieży w popu­laryzacji żydowskiego KOR w seminarium pt.: KOR w najnowszej historii Polski. Tyl­ko znawcy tych niezbyt zamierzchłych czasów orientują się, że KIK i KOR, to dwa korzenie Unii Wolności – ideowe, często nacyjne, a nawet personalne.

Unia Wolności posiada swoje agendy w środowiskach młodzieży. Jedną z nich jest Stowarzyszenie Młodzi Demokraci7, toteż z Fundacji sypnięto mu 15,4 tyś. zł w 1996 r.

Potężne wsparcie otrzymuje Instytut Wydawniczy Znak, wydający miesięcznik o tej samej nazwie, całkowicie opanowany przez „naszych”. Otrzymał od Fundacji So­rosa 116,4 tyś. nowych zl w 1996 roku jako dotację do różnych wydawnictw, a w 1997 roku na to samo 30,5 tyś. zł.

Fundacja wspiera też „Tygodnik Powszechny”, złośliwie nazwany przez znaw­ców problemu „Żydownikiem Powszechnym”. Kierował nim mason2 Jerzy Turowicz, zarazem przewodniczący Fundacji Sorosa. W 1996 roku dziennikarze tygodnika otrzymali tylko na podróże 7,2 tyś. zł, a w roku następnym 11,5 tyś. zł na wydanie dodatku Apokryf.

Inną przybudówką „naszych” jest pismo „Res Publica Nowa”, redagowane przez Marcina Króla – członka Rady Fundacji Batorego: 34 tyś. w 1996 r. i w 1997 r.

– 68 tyś. zł. Ten sam nurt reprezentuje „Przegląd Polityczny” z Gdańska: 6 tyś. zł wsparcia z Fundacji w 1997 r.

W Bydgoszczy istnieje prowokacyjne pismo „antynazistowskie” pod nazwą „Nig­dy więcej”. Fundacja wsparła „antynazistów” z tego pisma kwotą 3 tyś. złotych.

 

1. Trudnią się głównie tropieniem „antysemityzmu” i „faszyzmu”, „ksenofobii”, „nacjonalizmu”, „nietolerancji

2. Zob. tzw. „Lista Piecucha” w książce H. Piecucha: Imperializm służb specjalnych, 1997.

12

Podobnie zakamuflowany charakter ma pismo dla młodzieży pod wymownym tytułem „Bez granic – Grenzenios”. Kieruje nim były rzecznik prasowy Solidarności i „góral” Piotr Żak.

Finansuje je (dobry papier, kolorowe okładki) Stowarzyszenie Rozwoju Europejskiego TRANS-EUROPA, Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” daje lokal i sprzęt na polską redakcję, a redakcja niemiecko-języczna mieści się we Fran­kfurcie nad Odrą. Lapidarną wykładnię pisma dał prezes Stowarzyszenia TRANS EUROPA Józef Neuman.

Zapytany o swoją tożsamość odpowiedział na łamach „Bez granic”: Swojsko czuję się tam, gdzie mi dobrze. A „nasz” Piotr Żak: jest ważne, by młodzi Polacy budowali Europę bez granic. Takich to mamy rzeczników „S” i taką to mamy „S”…

Mają swój niezbyt chlubny kącik w kiesach Fundacji Batorego środowiska kościel­ne. Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży w Płocku otrzymało 3 tyś. złotych na kolonie dla dzieci; Salezjańska Organizacja Sportowa „Salos” – 6 tyś. złotych na obóz sporto­wy; Caritas diecezji lubelskiej 20 tyś. zł dla kobiet niepełnosprawnych; jezuicki „Przegląd Powszechny” – 4,2 tyś. zł; dominikańskie, wyjątkowo szeroko „otwarte” pis­mo „W drodze” – 6 tyś. złotych. Fundacja wspiera także różne formy działalności na­ukowej i kulturalnej na KUL, ale ta uczelnia jest dla niej i dla diaspory „starszych braci” szczególnym oczkiem w głowie.

Te w sumie nikłe kwoty pozorują szeroki diapazon akcji charytatywnych Fundacji Batorego.

 

„Pieniądz nie śmierdzi” – dawno już odkryta prawda z dziedziny powonienia, po­zwala niektórym hierarchom kościelnym otwarcie wychwalać Fundację, która – o czym dobrze wiedzą, wydaje ogromne sumy na działalność sprzeczną z fundamentalnymi za­sadami nauki Kościoła.

Oto w 1996 roku Federacja Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny otrzymała z kasy sorosowskich konkwistadorów kwotę 263 tyś. złotych (!), a tzw. Centrum Praw Kobiet – 282 tyś. złotych. Aktywistka tej Federacji to Wanda Nowicka, „królowa prawa do aborcji”; swego czasu skandalicznie popisała się wypo­wiedzią przeciwko papieżowi.

To wszystko nie przeszkodziło obecnemu metropolicie diecezji lubelskiej Józefowi Życińskiemu oznajmić, iż atakowanie Fundacji Batorego jest emocjonalne i nieod­powiedzialne’, a wtórujący mu ówczesny sekretarz Konferencji Episkopatu bp Tadeusz Pieronek, zwolennik „Kościoła otwartego” na Unię Europejską, w specjalnym liście stwierdził z ubolewaniem:

Bardzo mi przykro, ze niektóre katolickie media podejmują walkę z Fundacją, która wspiera wiele szlachetnych dziel prowadzonych również przez Kosciól katolicki.

Jakie to „dzieła” wspierają pieniądze „alfonsa” Sorosa? Wymieńmy niektóre: Fran­ciszkański Ruch Ekologiczny; Rada Diecezjalna Młodzieży przy Diecezji Białostocko-Gdańskiej, dominikańskie wydawnictwo „W drodze”, jezuickie Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy „Znak”, „Tygodnik Powszechny” (dzieło stworzone przez żydo­wskiego dygnitarza UB-NKWD Borejszę), KIK, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży w Przemyślu i Płocku, Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Pelplińskiej; Stowarzyszenie Salezjańskie Organizacji Sportowej „Radość”; Caritas Diecezji Opolskiej;

1. W „Gaz. Wyb.” (30 VI 1997) bp Życiński oznajmił: Moją modlitwą i żarliwą myślą polecał będę Bogu wszystkie działania i plany, poprzez które Fundacja im. Stefana Batorego wnosi wklad w rozwój kultury polskiej.

13

Fundacja Akademii Teologii Katolickiej; jezuicki „Przegląd Powszechny”.

Z pieniędzy „alfonsa” Sorosa korzystało wiele znanych osób, jak Wiesław Chrza­nowski, Elżbieta Halas, Agnieszka Kijewska z KUL, Aleksander Bobko z Papieskiej ATK w Krakowie, Czesław Cukiera i inni7.

Ulubionym kierunkiem krzątaniny Sorosa w ramach CUE, jest indoktrynacja umysłów w socjologii. Wydział socjologii działa w Warszawie. Skupia się na międleniu cytowanych już paradygmatów myślenia na tle panoramicznego przeglądu idei, które kształtują współczesną socjologie. Tym kierunkiem zawiaduje prof. Sławomir Kapralski. Ogólnie, jest to kierunek pacyfikacji tradycyjnej socjologii na rzecz teorii konfli­któw, strukturalizmu, itp. izmów. Przez wiele lat indoktrynował tam słuchaczy w ateistycznym stylu profesor Jan Szczepański. Wizytówką jego koncepcji człowieka jest jego następująca złota myśl:

 

Dlatego nalegałbym, iż każda osoba może rozwinąć określone zasady w swoim ży­ciu poprzez szukanie i tworzenie swojego własnego wewnętrznego świata, który nie od­zwierciedla ani zewnętrznego świata czy idei, ani tez Boga.

Prof. J. Szczepański już przeniósł się do swego wewnętrznego świata. Kogo tam zastał? Już wiemy: Lwa Trockiego, z jego: uwzniosleniem swoich instynktów do wy­zwań świadomości!

W kłębowisku nihilistycznych żmij zwanym CUE, wyróżnia się William Wallace – absolwent Cambridge University, były dyrektor badań Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych – wykładowca Londyńskiej Szkoły Ekonomii. Z kolei niejaka Annę Lonsdale, piastująca funkcję dyrektora generalnego CUE, jest absol­wentką Oxfordu i tamże wykłada. Już tylko te dwie postacie ilustrują misterną sieć wzajemnych powiązań brytyjskiego światka i półświatka polityki, nauki, masonerii, żydomasonerii, słowem – organizacyjną i personalną strukturę globalnego neo-kolonializmu.

Znawcy problemu są zgodni co do tego, że centrum masonerii nadal mieści się w Anglii: tam się zrodziła w nowoczesnym kształcie; tam pączkowała w filialne hybry­dy europejskie; z tego bastionu broniła i nadal broni swej dominacji.

Doświadczamy tego na własnej skórze.

Za pieniądze Fundacji Batorego czyli „alfonsa” Sorosa forsuje się w Polsce pro­gram budowania „społeczeństwa otwartego” na wszystkie zboczenia i perwersje libera­lizmu, te dosłowne i przenośne. Dotyczy to eutanazji, narkomanii, aborcji, zboczeń seksualnych. Najważniejszym jednak kierunkiem uderzeń dolarowych „dywizji” Soro­sa jest demontaż państw narodowych, ze szczególną pasją-państwa niedoszłej „Judeo-polonii”, czyli Państwa Polskiego.

Z klasyki żydokomuny sorosowska Fundacja zaczerpnęła oszustwo „tolerancji”. Oni są tolerancyjni tylko w stosunku do tego i do tych, których oni tolerują. Aleksander Malachowski, jadowity wróg Kościoła i wyzna­wca tolerancji dla nietolerancji powiedział: Nie ma tolerancji dla nietolerancji. Nie wolno więc czegoś nie tolerować, bo tak zadekretowali sorosowscy nihiliści.

 

l. „Nasz Dziennik”, 31 XII 1999.

14

Rada Polityki Pieniężnej

Była to w zamyśle i jest nią w rzeczywistości – polska miniatura amerykańskiego trustu mózgów amerykańskiej żydomasonerii, przez całe dziesięciolecia rozdającego nominacje rządowe i kongresowe.

Skład personalny „polskiej” Rady Polityki Pienięż­nej można bez przesady nazwać nieformalnym nadrządem nierządem stojącej Polski:

– Krzysztof Skubiszewski – przewodniczący Rady, były minister spraw zagranicznych;

– Bronisław Geremek – wówczas tylko przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych w „Kne-Sejmie”, potem minister spraw zagranicznych;

– Tadeusz Mazowiecki – były premier, ten od „grubej kreski”,

– Krzysztof Bielecki – były premier;

– Wiesław Chrzanowski – były marszałek Kne-Sejmu;

– Hanna Suchocka – była premier, minister sprawiedliwości;

– Władysław Bartoszewski, dwukrotny minister spraw zagranicznych, antypolski filosemita;

– Kazimierz Dziewanowski – były ambasador w USA;

– Andrzej Olechowski – były minister spraw zagranicznych, członek Bilderberg Group;

– Andrzej Milczanowski – były minister spraw wewnętrznych, w 1999 roku oskarżony przez prawicę o jej inwigilowanie przez UOP;

Krzysztof Kozlowski, były minister spraw wewnętrznych, pozorujący w tej funkcji „weryfikację” ubeków i esbeków;

– Janusz Reiter – były ambasador Polski w Niemczech;

– Janusz Onyszkiewicz – minister Obrony Narodowej;

– Przemysław Grudziński – były wiceminister obrony;

– Janusz Ziółkowski„wałęsiarz”;

– Andrzej Ananicz – sekretarz Zarządu Rady;

– Piotr Nowina-Konopka;

– Zbigniew Bujak – po wielu funkcjach, szef GUC;

Aleksander Hall„obrotowy” UW-ol;

– senatorowie: Jerzy Makarczyk, Michał Radlicki i August Chelkowski7.

 

l. Zmarł w 1999 r.

15

Wszyscy byli i są członkami lub krypto-członkami UW, czyli „eurofolksdojczami”. Wszyscy razem tworzą sitwę rządzącą w całości polskim systemem finansowym, tym samym budżetem państwa.

Takie Rady Polityki Pieniężnej powstały w wielu krajach zachodnich, są też powie­lane w krajach będących „do wzięcia”, czyli w niedawnych półkoloniach sowieckich. „Rady” rozmnażają się przez pączkowanie wszędzie tam, gdzie trzeba podporządkować system finansowy kraju bankom zachodnim.

Rada Polityki Zagranicznej

Wierna kopia amerykańskiej Rady Polityki Zagranicznej (CFR). Powstała w 1996 roku, dlatego tylko w roli członka pojawił się w jej składzie wszechwładny wkrótce B. Geremek. Oto skład tego nieustającego ministerium spraw bezgranicznych:

Andrzej Ananicz, Władysław Bartoszewski, Jan Krzysztof Bielecki, Zbigniew Bujak, August Chełkowski, Wiesław Chrzanowski, Kazimierz Dziewanowski, B. Geremek, Przemysław Grudziński, Aleksander Hall, Krzysztof Kozłowski, Jerzy Makarczyk, T. Mazowiecki, A. Milczanowski, Piotr Nowina-Konopka, A. Olechowski, J. Onyszkiewicz, Michał Redlicki, Janusz Reiter, K. Skubiszewski (przewod­niczący), H. Suchocka, A. Ziolkowski.

Śledząc tę listę, czytelnik może w pewnym momencie uznać, że autor pomylił ją z listą członków Rady Polityki Pieniężnej i składem kilku innych agend, ale ta kataryn­ka tych samych nazwisk obraca się monotonnie wokół wielu innych agend i agentur europejskiej żydomasonerii w rozszarpywanej Polsce.

Klub Rotary

Ta kryptomasońska organizacja gromadzi również nieformalnych posłańców żydo­masonerii europejskiej. Znów mamy tam Olechowskiego, K. Bieleckiego, B. Geremka, A. Halla, a dalej: mega-biznesmena Niemczyckiego, Waldorffa7, A. Celińskiego, A. Brauna, Zasadę, profesorów: Langnera, Melanowicza, Kretschmera, Kwiatkowskiego, Jesiorowskiego, A. Religę. To z ważniejszych. W ogniwach krajowych za­wsze znajdują się ludzie reprezentujący główne lokalne organizacje, zawody. Dzięki temu Klub Rotary spełnia rolę dyskretnej agentury wpływu dla masonerii. Wymownym przykładem tego schematu jest skład Klubu Rotary Centrum Lublin:

– Dyr. Naczelny Państwowego Szpitala Klinicznego Adam Borowicz; dyrektor Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta – Krzysztof Daszyński; wiceprezydent Miasta Lublina – Jacek Gallant; literat, pracownik TV Lublin – Jacek Dąbala; dyr. Sanatorium Uzdrowiskowego Nałęczów – Stanisław Gil; zastępca dyrektora wydziału w Urzędzie Miejskim Lublin – Andrzej Grykalowski; kierownik Kliniki Terako-chirurgii -prof. Stanisław Jabłonka;

 

1. Tego, który w latach 50. pastwił się w prasie nad uwięzionym biskupem kieleckim Cz. Kaczmaridem. Zmarł w styczniu 2000 r.

16

dyr. hotelu „Unia” – Wojciech Przybyłko; prof. Akademii Rolniczej w Lublinie – Stanisław Radwan; dyr. PKO S.A. w Lublinie – Tomasz Rzechowski; dyr. ZUS Lublin – Marek Sacharuk; dyr. POLMOS Lublin – Jan Schodziński; kier. katedry Politechniki Lubelskiej – prof. Włodzimierz Sitko; pracownik Kliniki Onkologii – dr med. Andrzej Stanislawek; prezes i dyr. Montex S.A. Tadeusz Stręciwilk; wykładowca Politechniki Lubelskiej – Andrzej Wasilewski; prezes Radia Lublin – Janusz Winiarski; profesor Akademii Medycznej – Tadeusz Wolski; prezes Zarządu Cukrowni Lublin S.A. – Stanisław Kalinowski; dyr. hotelu Lublinianka Hotel Company – Mieczysław Kaczmarczuk; kier. Kliniki Chirurgii Urazowej PSK l – prof. Jerzy Karski (prezydent Rotary Club); ordynator Oddziału Dziecięcego w Szpitalu w Świdniku – Wojciech Mach; prof. Akademii Rolniczej w Lublinie – Tadeusz Majewski; dyr. PKO BP Lublin – Stanisław Matys; dziennikarz „Dziennika Wschodniego” – Zbigniew Miazga; dyr. Zarządu PCK Lublin – Stanisław Pedrycz; dyr. Juventur In-tertur – Mirosław Orłowski; dyr. firmy RICHLABD – Ryszard Piątek; red. „Kuriera Lubelskiego” – Grzegorz Wójcikowski; właściciel firmy WALMAR (sieci energetycz­ne) – Waldemar Szyszko7.

Taka sitwa penetruje swoimi specjalnościami i funkcjami wszystkie ogniwa władzy i administracji w Lublinie niezależnie od tego, jaka opcja polityczna ją sprawu­je. Ten sam układ obowiązuje we wszystkich klubach Rotary w kraju i na świecie.

Pierwsze kluby Rotary w Polsce zostały reaktywowane w 1989 roku. Na posiedze­nie inauguracyjne przybyli m.n.: B. Geremek, Z. Kuratowska i A. Gieysztor.

Centrum Analiz Spoleczno-Ekonomicznych – CASE

Ten samozwańczy polip jest emanacją Fundacji im. St. Batorego poprzez ich tożsa­mość personalną i programową. CASE występuje oczywiście jako „Fundacja Nauko­wa”. Jej członkowie opanowali wszystkie decyzyjne ogniwa władzy, polityki i bankowości.

CASE powstało w styczniu 1992 roku, w Polsce firmowane od początku przez małżeństwo Balcerowiczów. Firma prowadzi „badania i doradztwo ekonomiczne” w wielu zniewalanych państwach świata. Wdraża tam liberalne czyli pirackie doktryny żydowskich szarlatanów ekonomii – Sorosa i Sachsa. Wprowadzają te „badania” do firm „doradczych”. Tymi matactwami objęto dotychczas Rosję, Ukrainę, roponośny Kazachstan, Mongolię, Rumunię, Bułgarię.

W internetowym wpisie CASE czytamy m.in., że CASE i jego „zespoły doradcze” angażują się w działalność doradczą na rzecz Sejmu RP i instytucji rządowych. Te szla­chetne usługi dla ciemnych Polaków niezdolnych do samodzielnego gospodarowania własnym podwórkiem, posiadają jednak zdecydowanie ciemną stronę.

l. Zob.: „Nasz Dziennik”, 6-7 listopada 1999. Gubernatorem dystryktu lubelskiego w latach 1998-1999 był Alojzy Leszek Gzella, absolwent KUL, dziennikarz (1957-1981) „Kuriera Lubelskiego”, współzałożyciel Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy w Lublinie. W 1999 r. awansował do europejskich władz Rotary.

17

Polega ona natym, że „euro-folksdojcze” z CASE całkowicie przejęli władzę i kontrolę nad struktura­mi państwa, zwłaszcza bankowości, a tym samym doradzają sami sobie.

Przewodniczącym Rady Naukowej CASE jest Leszek Balcerowicz (1999) – zara­zem wicepremier i minister finansów, faktyczny władca i ekonomiczny ekonom Pol­ski7 z nadania mafii Sorosa-Sachsa. Wiceprzewodniczącym Rady Fundacji jest Marek Dąbrowski – członek Rady Polityki Pieniężnej i Unii Wolności – przedtem (1971-1981) członek PZPR, a przy Balcerowiczu jako ministrze finansów i wicepremierze – sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Tenże Marek Dąbrowski jest (1999) doradcą ekonomicznym rządów Rosji i Ukrainy, co dowodzi, że nie tylko Polska rzekomo nie zdołała wykształcić własnych ekonomistów, lecz również Rosja i Ukraina.

W skład Rady wchodzi również żona L. Balcerowicza – Ewa Balcerowicz, trudząca się ponadto funkcją wiceprezesa zarządu Fundacji CASE, co w pełni wyczer­puje treść słowa nepotyzm, czyli sitwę rodzinną nakładającą się na sitwę nacyjną.

W składzie Rady Fundacji widzi się także Annę Fornalczyk – byłą prezes Urzędu Antymonopolowego z 1990 roku2, a także prof. Jacka Rostowskiego – zarazem członka Rady Makroekonomicznej przy ministrze finansów.

Tenże „Urząd Antymonopolowy” zasługuje na osobną wzmiankę. Całkowicie myl­nie kojarzy się Polakom z instytucją chroniącą ich przed samowolą przedsiębiorstw po­siadających monopolistyczną dominację w jakiejś dziedzinie produkcji i na skutek tego samowolnie dyktyjących wysokie ceny swych produktów lub usług.

W rzeczywistości jest to twór spełniający dywersyjną rolę w grabieży polskiego majątku narodowe­go, powstały z inicjatywy wrogów Polski.

Znakomicie uściślił tę dywersyjną, sabotażową rolę owego „Urzędu Antymono­polowego” senator Józef Fraczek, przewodniczący senackiej Komisji Rolnictwa i Roz­woju Wsi w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” z 8 kwietnia 2000:

(…) za namową wrogów Polski powołano tak zwany Urząd Anty­monopolowy, który ćwiartuje polskie podmioty gospodarcze. Ich frag­menty obejmują władzą firmy, które ‚mają monopol światowy. Polska energetyka była dobrze działającym kompleksem, konkurencyjnym dla eu­ropejskich firm. Elektrownia Bełchatów produkowała najtańszą energię w Europie.

Wprowadzenie ustawy antymonopolowej rozbiło cały sektor, dzieląc go na wytwarzanie, przesyłanie i dystrybucję energii (…) Podo­bnie rozbito przemysł stoczniowy, stalowy.

Nazwisko prof. J. Rostowskiego otwiera wymowną perspektywę na inną agendę Fundacji Sorosa, jaką jest tzw. Uniwersytet Europy Środkowej z siedzibą w Budape­szcie. Tam właśnie wykłady prowadził m.in. Balcerowicz oraz J. Rostowski – który przedtem wykładał przez 20 lat na angielskich uczelniach3.

Tenże CUE, czyli Uniwersytet Europy Środkowej realizuje dwa podstawowe zada­nia jako agentura euroglobalistów:

– wychowanie apologetów gospodarczego liberalizmu;

 

1. Zob.: Andrzej Echolette: Pajęczyna czerwono-róźowa. „Nasza Polska”, 27 października 1999, passim.

2. To wtedy eksplodowały grabieże zwane później aferami rublowymi, alkoholowymi.

3. „Nowa Solidarność” 12/1996.

– Fundację im. Friedricha Ebera;

– Fundację Forda;

– Fundusz Współpracy Polsko-Niemieckiej;

– Komisję Europejską;

– Narodowy Bank Polski;

– Pierwsze Polskie Towarzystwo Funduszy Powierniczych Pioneer;

– Polski Bank Rozwoju S.A.;

– Wydawnictwo Naukowe PWN.

 

Z tej listy można „wyjąć” dowolną agenturę euroglobalizmu, aby idąc tropem nazwisk jej członków, dojść do wszystkich pozostałych – lub odwrotnie.

„Euro-folksdojcze” stanowią bowiem nierozdzielną szajkę syjonizmu, „socjaldemokracji” i żydokomuny w michnikowskim „sensie ścisłym”. To nie jest jedna ośmiornica: to ol­brzymia kolonia syjamskich ośmiornic, spowijająca europejskie narody w śmiertelnym uścisku unowocześnionego euro-faszyzmu i global-komunizmu, dwóch syjamskich wspólnot ideowych i nacyjnych.

Instytut Spraw Publicznych

Podobnie jak Rada Polityki Zagranicznej, Rada Polityki Pieniężnej i szereg innych agentur europejskiej i światowej żydomasonerii, tak również Instytut Spraw Publicz­nych jest programowym duplikatem słynnego amerykańskiego IPS – Instytutu Badań Politycznych (Institute For Policy Studies)7.

ISP na stronie intenetowej definiuje swój ą „misję” jakże szlachetnie, ponadpartyjnie, bezinteresownie:

(…) pozarządowa2, ponadpartyjna i niekomercyjna placówka badaw­cza. ISP powstała jako fundacja w 1995 r. w celu zapewnienia niezbędne­go naukowego i intelektualnego (jakże by inaczej? – H.P.) zaplecza dla modernizacji kraju i toczących się w Polsce debat… Instytut Spraw Publi­cznych prowadzi badania, przygotowuje analizy, diagnozy, ekspertyzy i rekomendacje dotyczące podstawowych kwestii życia publicznego. Z Instytutem współpracuje ponad 200 badaczy z ośrodków naukowych w całej Polsce oraz wielu działaczy politycznych i społecznych.

Jakby w ramach tradycyjnej dla „euro-folksdojczy” kpiny ze znaczeń słów, „ponadpartyjność” ISP sprowadza się do jednopartyjności. Niepodzielnie rządzą nim „oświeceni” z Unii Wolności. Na liście władz ISP znajdują się niemal wszyscy promi­nenci Fundacji Batorego – tego nowoczesnego Kominternu, którego polska filia na­zywa się Unią Wolności. Spójrzmy na skład samego Zarządu ISP:3

 

1. Zob. Henryk Pająk: Bandytyzm NATO, Retro 1999.

2. Czytaj – nic podlegająca rządowej kontroli „demokratycznego” społeczeństwa!

3. S. Echolette: Pajęczyna…, ode. II – „Nasza Polska”, 10 listopada 1999.

20

– prof. Lena Kolarska-Bobińska: ścisłe powiązania nacyjno-polityczne z agenturą liberalizmu; od 1991 dyrektor Centrum Badania Opinii Społecznej7; w latach 1990-1991 członek Rady Ekonomicznej przy Przewodniczącym Rady Ministrów;

– Jerzy Zimowski – zastępca Leny Kolarskiej-Bobińskiej, w latach 1990-1991 podsekretarz stanu (SB-UOP) w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Powiedział wtedy, w związku z masową wyprzedaż; ziemio bcokrajowcom, głównie Niemcom:

Jesteśmy w tej chwili zobligowani wobec społeczności międzynarodowej, bo od sześciu lat prowadzimy rokowania z OECD, czyli z Organizacją Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, i mamy podpisany układ stowarzyszeniowy z Unią Europejską (…) musimy sobie odpowiedzieć, czy chcemy być z nimi czy nie…

Następnie, podsekretarz stanu J. Zimowski łże w żywe oczy:

W ciągu sześciu lat sprzedano 320 hektarów. Mówiąc prawdę, w ogóle nie ma obrotu polską ziemią2.

W skład Rady Nadzorczej ISP wchodzą:

– prof. Krzysztof Michalski (przewodniczący Rady) – dyrektor Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu; członek Klubu Europa. Tu ciekawostka: wiedeński Insty­tut Nauki o Człowieku zorganizował w Castel Gandolfo, letniej rezydencji papieża Jana Pawła II dyskusję o „tożsamości w procesie przemian”.

W tym zdumiewającym z powodu jego miejsca sabacie uczestniczyli: Geremek, Tischner, J. Błoński, J. Szacki, J. Turowicz, O. M. Zięba, stalinowski wojujący z religią ateista filozof L. Kolakowski oraz szef Instytutu – Krzysztof Michalski. Komentując ten sabat, prof. Maciej Giertych stwierdzał: Na prywatnej kolacji z Polakami, Papież potrakto­wał ich z chłodnym dystansem3;

prof. Marcin Król – dziekan wydziału Stosowanych Nauk Społecznych UW, reda­ktor naczelny antypolskiej „Res Publica Nova”, członek Rady Fundacji Batorego;

– Helena Łuczywo, zastępca red. nacz. „Gazety Wyborczej” (zob. rozdział: Czerwona gwardia Michnika);

prof. Wiktor Osiatyński – m.in. wykładowca w Central European University (Buda­peszt) – sorosowskiej Piątej Kolumny na Europę Wschodnią. W Fundacji Batorego W. Osiatyński zajmuje się m.in. „alkoholizmem”;

1. Kiedy w październiku 1999 okazało się, że poparcie dla UE spadło w Polsce do 46 proc., CBOS dwa tygodnie później ogłosiło w „Wiadomościach” TV, że poparcie wzrosło do 59 proc.!

2. Przemysław Krzemień, Włodzimierz Achmatowicz: Wyprzedaż polskiej ziemi. Wydawnictwo Maryja, Toruń 1997.

3. M. Giertych: Nie przemogą…, Wyd. Nortom 1995, s. 51. Niewielka to pociecha, że „t. chłodnym dystansem”.

21

– prof. Jerzy Regulski – prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Regionalnej – co oznacza, że demokracja dzieli się na regionalną i globalną. Regulski jak ogromna większość współczesnych „euro-folksdojczy”, był biesiadnikiem „Okrągłego Stołu”;

– ks. prof. Józef Tischner – członek Papieskiej Akademii Teologicznej, członek Rady Fundacji Batorego, członek władz „Klubu Europa”, ulubieniec „Gazety Wyborczej” w dziele „reformowania” i naprawiania Kościoła katolickiego, wymieniony na liście maso­nów w książce Henryka Piecucha. J. Tischner w spra­wie wykupu ziemi przez obcokrajowców powiedział:

Czy ziemia, która leży odłogiem, jest naszym wię­kszym dobrem narodowym, nii ziemia dobrze upra­wiana, której właścicielem jest Niemiec?1;

– Andrzej Topiński – wiceprezes NBP od listopada

1989; prezes Zarządu PKO BP; szef zespołu „nego­cjacyjnego” z NATO z nadania ówczesnego ministra spraw zagranicznych – Rosatiego; w stanie wojennym doradca ministra spraw zagranicznych, do 1986 wicedyr. dep. studiów i programowania MSZ; w latach 1977-19811 Sekretarz ambasady w Madry­cie; potem aż do 1990 stały przedstawiciel PRL w Genewie.

Rada Programowa ISP2 to:

Włodzimierz Cimoszewicz, były „post” komunistyczny premier, syn oprawcy z Informacji Wojskowej;

Anna Fornalczyk – przewodnicząca Rady;

Bronisław Geremek, min. spraw zagranicznych, członek Rady Fundacji Batorego-;

Lech Kaczyński – Akademia Teologii Katolickiej, były szef NIK;

Leon Kieres – senator RP, Uniwersytet Wrocławski;

prof. Ewa Łętowska„nasz” rzecznik praw obywatelskich, związana z obozem komuno-uweckim, pra­cownik PAN;

Tadeusz Mazowiecki – lider UW, były premier „RP”;

biskup Tadeusz Pieronek, były rzecznik Episkopatu Polski, ulubieniec „katolewicy” spod znaku „GW” i „Tygodnika Powszechnego”, potem rektor Papie­skiej Akademii Katolickiej;

1.Cytat z polemiki ks. Waldemara Kobalta w „Słowie Dzienniku Katolickim”, 20 IX 1997.

2.Według strony intcmctowcj aktualizowanej 22 X 1999.

3.Zawiesił w niej działalność na czas „ministrowania”.

22

– Anna Radziwił – doradca min. ed. „narodowej”, w rządzie J. Buzka, członek Rady Fundacji Batorego;

– Janusz Reykowski – członek PZPR w latach 1949-1990, w tym czł. KC PZPR, członek PRON w stanie wojennym, obecnie w PAN, mason na liście SB, uczestnik „Okrągłej Zdrady” po stronie rządowej;

Andrzej Rychard z PAN;

Tadeusz Syryjczyk, min. transportu w ekipie J. Buzka, wiceprzewodniczący Unii Wolności;

Wiesław Walendziak, były szef Kancelarii premiera

J. Buzka, lider Stronnictwa „Ludowo-Konserwatywnego”.

W Radzie Programowej ISP są reprezentanci „post” komuny i pseudosolidarności, m.in. Zbigniew Bujak, prezes Głównego Urzędu Ceł w rządzie Jerzego Buzka Michał Kulesza. z: Okrągły stół. Kto i członek Zarządu UW; Franciszka Cegielska – kryptouwecja pod nazwą Ruch Stu, minister zdrowia i opieki społecznej w rządzie J. Buzka, członek Zarządu Unii Wolności; Stanisław Gomulka wykładowca London School of Economics, doradca balcerowiczowskiej fundacji CASE, doradca prezesa NBP H. Gronkiewicz-Waltz; Witold Kurczewski, były przew. Komitetu Badań Naukowych; Leszek Kołakowski (Oxford); Michał Kulesza, główny reżyser „reformy administracji” w rządzie J. Buzka, prac. Wydz. Prawa UW; Jacek Kuroń – Unia Wolności; Mirosława Marody, PAN; Jan Nowak-Jeziorański, były „kurier z Warszawy”, obec­nie kurier globalistów z Waszyngtonu do Warszawy, wieloletni dyr. Radia Wolna Europa; Andrzej Olechowski, były min. spraw zagranicznych, członek Rady Fundacji Batorego, członek władz Banku Handlowego S.A. w Warszawie, członek Bilderberg Group; Janusz Onyszkiewicz z UW, minister „bezbronności narodo­wej” w rządzie J. Buzka; Aleksander Paszyński „bez­partyjny” z UW, minister gospodarki przestrzennej i budownictwa w rządzie T. Mazowieckiego; Andrzej Rapaczyński (Columbia University), członek Rady Fundacji Batorego; prof. Joanna Regulska, Rutgers University; Krzysztof Skubiszewski były minister spraw zagranicznych7; Jan Szomburg, doradca rządu J. Buźka, członek Rady naczelnej BRE Bank2, przedtem prezes Banku Gdańskiego S.A., członek Rad Nadzorczych „Nafty Polskiej”, „Stalexportu S.A.” i BPS,

Aleksander Paszyński. Z: Okrągty stół.

1. TW „Kosk” na „Liście Macierowicza”.

2. BRE Bank jest zdominowany przez kapitał niemiecki, połączył się z Bankiem Handlowym w Warszawie, kierowanym przez C. Stypulkowskiego.

23

Kto jest kim. (Wyd. Myśl, War­szawa 1989)

członek Rady Nadzorczej PTE PZU. Szomburg to prezes fundacji Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową „przechowalni” kryptokomuchów z Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Szomburg założył fun­dację wspólnie z byłym ministrem „zniekształceń” włas­nościowych, osławionym Januszem Lewandowskim. Wśród pracowników owego Instytutu odnaleźli się kryptounici Wojciech Misąg – były minister finansów w unijnych rządach; Aleksandra Wiktorów – wicemini­ster pracy i płacy pod batutą „ministra” Jacka Kuronia i Michała Boniego, w rządzie J. Buzka członek zespołu doradców wicepremiera i ministra pracy Longina Komotowskiego; Bogdan Wyżnikiewicz były szef GUS.

Instytut był sponsorowany przez Bank Handlowy w Warszawie, BRE Bank, Fundację Forda, Fundację Yoikswagena.

Z kolei tzw. Kolegium Instytutu Spraw Publicznych7:

– Lena Kolarska-Bobińska – dyrektor Instytutu;

– Ewa Chmielewska z Programu Reformy Szkolnictwa Wyższego i Badań Nauko­wych;

– Michał Boni z Unii Wolności, były minister pracy i polityki socjalnej w rządzie J. K. Bieleckiego;

– Jan Maria Rokita, „skoczek” z Unii Wolności do AWS w ramach Stronnictwa „Konserwatywno-Ludowego” i przewodniczący sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych, w rządzie H. Suchockiej szef Urzędu Rady Ministrów;

– Janusz Reiter – filosemicki miłośnik Unii Wolności, były ambasador w Niemczech, członek „Klubu Europa”, członek Rady Polityki Zagranicznej;

– pro f. Mirosław Wyrzykowski z Centrum Konstytucjonalizmu i Kultury Prawnej.

Przegląd sponsorów Instytutu Spraw Publicznych usprawiedliwia nazwanie tego Instytutu zbiorowym euro-folksdojczemjuż bez cudzysłowu i przy minimalnym zna­czeniu przenośnym. Mamy wśród nich potężne filary światowego globalizmu czyli żydomasonerii.

Głównymi sponsorami ISP są bowiem:

– Fundacja im. Stefana Batorego;

– Fundacja Forda;

– Open Society Institute w Budapeszcie, czyli agentury sorosowskiego Quantum. Doraźnie sponsorują tę sitwę polskojęzycznych „eurofaszystów”:

– Fundacja im. Friedericha Eberta: należy ona do tzw. fundacji politycznych, czyli jawnie dywersyjnych, związana z „socjaldemokratycznym” SPD. Fundacja już od 1990 roku energicznie panoszy się pod hasłami budowania „społeczeństwa otwartego” (dla Niemców), zwłaszcza na rzecz przyśpieszenia kolonizacji Polski w ramach Unii Germano-Europej-skiej;

24

– Fundacja Friedricha Naumana, swymi mackami zespolona z całym światowym ruchem „liberalnym”.

Jej roczny budżet w Polsce wynosił (1999) około

250 000 marek niemieckich. Jej specjalność to „społecze­ństwo obywatelskie” oraz „integracja” europejska. Inni doraźni sponsorzy ISP:

– Bank Gospodarstwa Krajowego, Johnson and John-

son, Instytutu Nauki o Człowieku (Wiedeń), PHARE,

Powszechny Bank Kredytowy, Przedstawicielstwo

Komisji Europejskiej w Polsce, Rada Europy, The

German Marshall Found of the Unitet States7 oraz

United Nations Development Program.

Bank Handlowy SA pod wodzą Cezarego Stypułkowskiego (SLD), wspiera antypolską agenturę pod nazwą ISP za pośrednictwem Fundacji Bankowej Leopolda Kronenberga. Fundację tę utworzył zarząd Banku Handlowego S.A. w Warszawie we wrześniu 1995 roku. Przewodniczącym Rady tej indoktrynacyjnej agentury globalizmu jest prof. Andrzej Rottermund, dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, członek uweckiej Polskiej Rady Ruchu Proeuropejskiego. Stanowisko wiceprzewodniczącego Rady zajmuje (1999) prof. Henryk Skarżyński. Członkowie Rady tej Fundacji:

– prof. Cezary Józefiak, członek Rady Polityki Pieniężnej z nominacji Unii Wolności, m. in. od 1995 roku prezydent tzw. Centrum im. Adama Smitha2;

– prof. Zbigniew Landau, pracownik Katedry Nauk Ekonomicznych Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu;

– Włodzimierz Paszyński, z nadania UW warszawski kurator oświaty, odwołany przez ówczesnego obiektywnego, pro-polskiego wojewodę Macieja Gieleckiego3.

Prezesem Zarządu Fundacji im. Kronenberga jest Sergiusz Najar, oficjalny „post” komuch, dyrektor Regionu Warszawa Banku Handlowego w Warszawie. To przyjaciel i współpracownik A. Kwaśniewskiego, były działacz Międzynarodowego Związku Studentów w Pradze, agentury Komintemu wtedy szczególnie ważnej, bo w tym czasie Związek Studentów Polskich zgodnie z pragmatyką MZS – rotacyjnie kie­rował tą międzynarodową agenturą. Najar to wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Me­nedżerów w Polsce, powstałego w 1994 roku, a także członek władz Polskiej Fundacji Olimpijskiej utworzonej w 1993 r. przez Polski Komitet Olimpijski.

1. Finansuje wyjazdy czyli „ładowanie akumulatorów” dziennikarzy z Polski i byłej NRD na jednosemestrowe studia na „Duke University” w Północnej Karolinie, a strona intcmetowego German Marshall Fund jest sponsorowana przez sorosowski Open Society Institute.

2. Przy Okrągłym Stole reprezentował „Solidarność” spod znaku Kuroniów, Geremków, Michników.

3. Przy Okrągłym Stole reprezentował „Solidarność’ spod znaku Kuroniów, Geremków, Michników.

25

W kwietniu 1999 roku Zarząd Banku Handlowego S.A. w Warszawie wyraził zgo­dę na uruchomienie środków dotacji na rzecz Fundacji w kwocie PLN 3.600.000.00 na 1999 rok. Kwota olbrzymia!

Mają za co walczyć z polskością7.

To nie wszystko: Instytut Spraw Publicznych wspomagała programowo Kancela­ria Premiera Buźka, a także Komitet Integracji Europejskiej oraz MEN.

Mamy więc sitwę nie do pokonania, nadto rząd wspiera finansowo instytucję, w której działają ministrowie! Jest to więc jeszcze jeden prywatny folwark i finansowa „fucha” właścicieli Polski.

Dolarowe „dywizje Sorosa” mają niszczycielską siłę. Na 1999 rok Fundacja Bato­rego przyznała Instytutowi Spraw Publicznych 200 000 dolarów. Z kolei Fundacja Ba­torego otrzymała w 1996 r., poprzez węgierską agenturę pod nazwą Open Society Institute (założony w 1979 roku) ponad 19 mln złotych. Dwa lata później już ponad 36 min złotych.

Te „dywizje” potrafią stłumić każdy odruch samoobrony, każdą próbę przeciw­działania inwazji. Jak hojnie szastają tymi pieniędzmi, świadczy jednorazowa dotacja na podróż osławionego Konstantego Gebera, vel „Dawida Warszawskiego” na opłace­nie kosztów jego podróży do Płowdiw (Bułgaria), gdzie został zaproszony jako wykładowca na organizowany przez Fundację Sorosa w Bułgarii letni kurs pt. „Sąsiedzi w południowo Wschodniej Europie. Jak przejść do sfery prywatnej”. Gebert – redaktor naczelny żydowskiego „Midrasza”, otrzymał na ten cel 27 000 zł! Stanowiło to około 15 przeciętnych miesięcznych pensji w Polsce…

Fundacja im. Roberta Schumana jest powiązana z niejakim Arturem Hajniczem, polskojęzycznym „góralem” od lat kilkudziesięciu usadowionym w stalinowskich, potem żydomasońskich strukturach władzy „posierpniowej”. Sponsorują tę dywersyjną Piątą Kolumnę niemieccy „wypę­dzeni”, ale niepodzielnie podlega ona centralnej sterowni takich organizacji, czyli Unii Wolności. Powstała w 1991 roku. W jej władzach (maj 1999) znajdowali się: przewod­niczący – Tadeusz Mazowiecki, Zarząd: Stefan Dembiński, Michał Wojtczak2, Piotr Nowina-Konopka, Róża Thun – prezes Zarządu; Kamila Bartoszewicz-Kamicka -dyrektor generalny; Janina Krzyż – dyrektor finansowy; Jacek Ambroziak4.

Fundacja Roberta Schumana korzysta z pieniędzy organizacji sorosowskich, „wy­siedleńczych” i wszelkich prounijnych. Oto długa lista „darczyńców Fundacji”:

– Fundacja S. Batorego, PHARE – Fiesta II, Fundacja Rozwoju Demokracji Loka­lnej, Fundacja Konrada Adenauera, Robert Schuman Stiftung, Bank Creditan-stadt (Austria), przedstawicielstwo Wspólnot Europejskich, Business Center Ciub,

1. Informacja ze strony intemetowej BH. Za: „Nasza Polska”, tamże.

2. W „Kne-Sejmie” głosował za odrzuceniem poprawki senatu, mającej na celu zablokowanie projektu uprawnień regionów do prowadzenia samodzielnej polityki z regionami innych państw. Zob. „Nasz Dziennik” 8 VI 1998 r.

3. Sekretarz Stanu w Komitecie Integracji Europejskiej (1999).

4. Były działacz UD i LlW,.ootem członek SKL – filii UW •wsasrs-gwhAWS, wwwmsisterskwbs wra^A-a?/ Bscsks.

26

ABB, Fondation France-Pologne, Agencja Rządu

USA ds. Rozwoju Międzynarodowego, ponadto:

Rada Europy, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Ambasada Holandii, PHARE Dialog Społeczny7.

Polska Fundacja imienia Roberta Schumana podjęła się współuczestnictwa w przygotowywaniu polskiego społeczeństwa do tego nieuniknionego i oczekiwanego faktu – czytamy w intemetowej wizytówce Fundacji.

Tym „nieuniknionym i oczekiwanym faktem” jest piąty rozbiór Polski przez Unię Germano-europejską.

„Polska” filia Fundacji Schumana, to rakowaty przerzut potężnego syndromu pieniędzy zachodniej Synarchii budującej Unię Europejską i Rząd Światowy.

Robert Schuman, Pauł Van Zeeland, polski Żyd Józef Retinger, de Gasperi, Jean Monnet, Henry Spaak i Konrad Adenauer, to „ojcowie Europy” zjednoczonej. Z tego grona najważniejszymi euro-masonami byli Schuman i Monnet. To oni utworzyli Wspólnotę Węgla i Stali – pod pozorem współpracy gospodarczej kładącej zręby pod „zjednoczenie” terytorialne i polityczne Europy. Międzynarodowa władza synarchiczna, układy z finansj erą dawały potężne wsparcie ich działaniom, a jednocześ­nie gwarantowały dyskrecję medialną. Opanowane przez masonerię pismo jezuitów „Etudes” natychmiast uderzyło w tryumfalne fanfary, popierając tę chrzęści] ańsko-eu-ropejską epopeję – wtedy, w 1950 roku stanowiącą nowość w Europie krwawiącej jesz­cze z ran wojny i zniszczeń. Firmował te działania niemiecki kanclerz Konrad Adenauer, podobnie jak Żyd Schuman uchodzący za chrześcijanina i działający w ra­mach Chrześcijańskiej Demokracji. Miała ona potężne zaplecze propagandowe nie tylko w swych odpowiednikach innych krajów, ale także wsparcie finansowe.

Już wte­dy zachodnia chadecja została wyznaczona przez masonerię do roli tarana rozbi­jającego chrześcijaństwo zachodnie. Tak jest do dziś: wielu zarówno naiwnych głupków politycznych jak i dobrze znających sytuację A-famcoH’ z powagą zapewnia, że Unię Europejską przecież zakładali chrześcijanie, właśnie Robert Schuman i Konrad Adenauer, więc chrześcijanom nie przystoi sprzeciwiać się temu dziełu. U steru była i jest „Europa bankierów„. Zajrzyjmy do porodówki tego ruchu zwanej Radą Europy, Wspólnotą Węgla i Stali, wreszcie – Unią Europejskiej, a tym samym do ich fundacji, takich jak m.in. Fundacja Schumana czy K. Adenauera.

Wszystkie tropy wiodą do międzynarodowej finansjery. W tym przypadku do ban­ku Salomona Oppenheimera w Kolonii.

Niejaki Pferdemenges (wiadomo z jakiej nacji), był pobożnym protestantem, jed­nym z dyrektorów banku Salomona Oppenheimera w Kolonii – dawnego przewod­niczącego Izby Handlowej i stowarzyszenia bankierów w tym mieście. To Oppenheimer wsparł finansowo i politycznie Konrada Adenauera w zorganizowaniu silnej i wpływowej chadecji, za co otrzymał od niego Wielki Krzyż Zasługi.

1. Informacje ze stron internetowych. Za: „Nasza Polska” 3 XI 1999.

27

Z kolei Pferdemenges był prezesem Rhenische Westphlische Kredit Bank w Kolonii, a także wiceprezesem sie­dmiu połączonych zjednoczeń przemysłowych, nadto miał stanowisko w Banku Drezdeńskim. Po jego śmierci rolę finansowego sternika niemieckiej „chadecji” przejął żyd Herman Josef Abs – prezes Deutsche Bank – podobno to nazwisko otwiera wrota do Drezdner Banku i jeszcze potężniejszego Deutsche Banku. Obydwa te banki, istniejące już w III Rzeszy hitlerowskiej, odegrały brudną rolę w handlu zlotem zrabowanym Żydom w okresie ich rzezi. W 1999 roku Światowy Kongres Żydów postawił waru­nek, aby Deutsche Bank zaspokoił roszczenia ofiar hitleryzmu, w przeciwnym razie Kongres nie dopuści do wykupienia przez Deutsche Bank – za 10 mld dolarów – ame­rykańskiego Bankers Trust. Afera przyschła, bo to przecież skandal w nacyjnej „rodzi­nie” pana Absa i spółki…

Przez Absa wiedzie droga do „Worid Understanding” „Światowego Porozumie­nia” światowej, bo już nie tylko europejskiej Synarchii władzy, pieniądza, iluminizmu i antykościoła. Tam przecież brylują bilderbergczycy, członkowie „Komitetu 300″, elity Światowego Forum Ekonomicznego, UNESCO, ONZ, itp. Abs cieszył się za­ufaniem Brytyjczyków i w ogóle anglosasów, jako rzeczywisty sternik gospodarki wówczas jeszcze tylko zachodnio-niemieckiej. Ma powiązania i decydujący wpływ na synchronizację działań potężnych konsorcjów, takich jak Hambros Bank, Bank Lazare, Banque Internationale w Luksemburgu, a także banku znanego już nam Van Zeelanda, także bilderbergczyka. Ma wpływy w holenderskim A.K.U i jego tru­stach zarządzanymi przeważnie przez pana Absa7.

Finansuje on, oczywiście dyskret­nie, czego dowodem m.in. afera z finansowaniem partii Kohla — tak zwane partie „prawicowe” o skłonnościach (!) katolickich lub protestanckich. To wszystko rodziło się w Luksemburgu, od zawsze dyskretnej pralni brudnych pieniędzy i umysłów, a utrwalało w Strasburgu, gdzie „bomba Schumana” zgromadziła różne osobistości spe­cjalnej kategorii, jak i reprezentujące rozmaite ruchy katolickie z jedenastu krajów2. Takie sztance pozwalają „polskim” katolikom i katoliczkom (H. Suchocka!) na konfe­rencjach „chrześcijańskiej” Fundacji K. Adenuera ponaglać Polaków do kołchozu europejskiego i ograniczenia ich suwerenności. Tam właśnie, w Strasburgu w 1950 roku masońska  Synarchia pieniądza i władzy utworzyła tzw. Katolicki Sekretariat Problemów Europejskich (SCPE). Ta agenda rozbijająca katolicyzm zachodu okre­ślała się jako:

Instytucja usługowa (choć szczerze! -H.P.) do dyspozycji organiza­cji i osobistości katolickich, interesujących się problemami europejskimi. Jej istotnym celem jest uruchomić dla nich sieć informacji i dokumentacji. SCPE będzie zbierała informacje i udzielała ich zainteresowanym osobom w zakresie projektów, które by mogły być omawiane w organizacjach powołanych do działania na rzecz jedności europejskiej. Ponadto będzie ona ustalała kwestie i tematy studiów, które ułatwią badanie problemów europejskich, angażujących sumienie chrześcijańskie (!! – H. P.) i wyma­gających obecności katolików7.

1. Zob. Pierre Virion: Misterium nieprawości, wyd. poi. Fulmen.

2. P- Virion cytuje z: J. Marteau Katolicy wśród burzy (Les catholiques dans la tourmente), 1996,s 171-173.

28

Szefem SCPE został Vittorino Veronese, przewodniczący Włoskiej Akcji Katolic­kiej. To ten Veronese, który w 1957 roku jako członek UNESCO zorganizował wielką sesję z okazji 300-lecia Amosa Komensky’ego, słynnego różokrzyżowca z XVII wie­ku2. To dzięki takim patronom jak Komensky, ksiądz Laurentin mógł napisać w „Le Figaro” (19 II 1967) o Holandii pilotującej niszczenie fundamentów Kościoła:

Holandia jest krajem otwartym na prądy wolności myśli, począwszy od pier­wszych huraganów XVII wieku. Holandia była już w tymże XVII wieku gniazdem różokrzyżowców i innych sekt, które dotrwały do naszych czasów i „huraganowo” niszczą Kościół: w Hadze mieszczą się centra masońskie.

Dyrektorem Sekretariatu – owego SCPE, został były minister finansów Baumgartner, co temuż księdzu Laurentinowi pozwoliło stwierdzić, iż to zmieniło warunki życia katolików holenderskich. Poprzez Baumgartnera, SCPE pozostawała bez trosk finanso­wych, ale w orbicie bilderbergczyków. W 1951 roku „La Documentation Catholique” zebrała dane na temat różnych „ruchów” europejskich, przedstawiła w apologetycznym świetle paneuropejską, jeszcze przedwojenną inicjatywę „brata” Coudenhove-Kalergiego i podobne zasługi Paula Van Zeelanda. To zrozumiałe: P. Van Zeeland (dosłow­nie: „Z Zelandii” – H.P.) był bankierem, nadto prezesem Ligi Ekonomicznej Współpracy Europejskiej. Sponsorzy „chadecji” mieli forsę i wpływy, sprawy przybie­rały niezwykle dla nich pomyślny obrót w dziele niszczenia katolicyzmu i budowania Stanów Zjednoczonych (na razie) Europy.

„Katolicki” Sekretariat Problemów Europej­skich tkwił w centrum tej dywersji. Sam się zresztą z cyniczną szczerością nazwał insty­tucją usługową.

W Strasburgu, w marcu 1953 roku, na spotkaniu europejskiej szóstki, von Brentano, minister Niemiec Zachodnich, metody „jednoczenia” Europy nazwał tak samo cyni­cznie, jak niegdyś określił to słynny Arnold Toynbee, szef Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych:

Misja, która została powierzona sześciu ministrom spraw zagranicz­nych i podjęcie zadania, które obecnie doprowadzamy do prowizoryczne­go zakończenia, stanowią rodzaj dokonującej się w milczeniu rewolucji:

opinia publiczna orientuje się w tych działaniach, ale nie zdaje sobie sprawy z ich zasięgu.

Jeżeli jednak rewolucja polityczna przebiegała w milczeniu, to rewolucja w Ko­ściele musiała zostać maksymalnie nagłośniona, jeżeli miała zwalczać dogmatyczne sformułowania ciasnego katolicyzmu milionów ludzi. O co chodziło? O przeprowa­dzenie na nadchodzącym Vaticanum II, przy pomocy dobrze znanych eminencji i eksce­lencji, w tym 120 masonów usytuowanych w Watykanie z kard. Bea na czele -o radykalne „zreformowanie” Kościoła i przygotowanie go do wyzwań Nowego Wieku.

 

1. Tamże, s. 172.

2. Monografię dywersyjnej działalności w Kościele katolickim tego różokrzyżowca napisał Jędrzej Giertych: Uźródel

ł.. Am/iti^iŁin^ uj łTł^ioy^n^J uz-itiiui nł^ai^i w i-^-ua^i^t^ Katuii^Miii n-gu l uz.um £.) uj wua napisał Ji^ui/:uj iJicriyi:!!; u zruuet katastrofy dziejowej Polski: Jan Komensky, Londyn 1964.

29

Cytowany już ksiądz Laurentin nazwał go tym długim dojrzewaniem, które pozwoliło teologom francuskim, niemieckim, belgijskim i innym, przygotować zawczasu Yaticanum II.

Teraz już wiemy czym pachnie (cuchnie) Fundacja Schumana i pozostałe, udu­chowione markami niemieckimi… Powróćmy więc do filii tej agentury uruchomionej na gruncie polskim.

W sobotę 27 listopada 1999 roku w stalinowskim „Pałacu Kultury” w Warszawie odbył się olbrzymi „partajtag” na rzecz piątego rozbioru Polski, czyli jej „wejścia” do Unii Germano-Europejskiej. Przybyło około 2000 spędzonych z całej Polski pracowni­ków administracji terenowej i prounijnych „kretów” ze wszystkich partii i agend. Za­siedli w Sali Kongresowej – miejscu „historycznych” zjazdów PZPR, teraz zamienianych na zjazdy proeuropejskiego global-faszyzmu. Zdumiewające: wśród tych około dwóch tysięcy klakierów prawie nic było przeciwników UE! Zgodność przewy­ższająca jednomyślność kongresów PZPR i partajtagów propagandy goebbelsowskiej w berlińskim Sport-Palatz!

W referendum za „przystąpieniem” do UE głosowało 1438 osób, przeciw było tylko 741, 34 wstrzymały się od głosu. Wśród przemawiających złotoustych apologetów Unii Germano-Europejskiej zgodnie gardłowali: komunisty­czny SLD-owski dygnitarz Jerzy Jaskiernia i biskup Tadeusz Pieronek, B. Geremek i T. Mazowiecki, Al. Kwaśniewski i A. Wojciechowski – dyrektor departamentu w Komitecie Integracji Europejskiej.

Zaczął A. Kwaśniewski, po nim wystąpił Geremek. W amoku prounijnym po­zwolił sobie na bezczelne porównanie naszego „przystąpienia” do UE z chrztem Polski2. Państwo Piastów i Jagiellonów skojarzyło się temu żydowskiemu cynikowi z Unią Europejską. Jest to idea, dla której warto żyć! – perorował ten wróg polskości w randze ministra spraw „bezgranicznych”. Dorównał mu T. Mazowiecki, twórca „gru­bej kreski” dla stalinowskiego terroru. Powiedział, że do UE musimy wejść mocną stopą, co powtórzyło za nim kilka bezimiennych papug.

Biskup T. Pieronek nie miał żadnych wątpliwości, że Polska stanie się członkiem UE. Choć występował we własnym imieniu, jak zwykle wypowiadał się nie tylko za cały polski Episkopat, ale i w imieniu Stolicy Apostolskiej stwierdzając, że Jan Paweł II jest za zjednoczeniem Europy.

Po przerwie w obradach, z ust „euro-folksdojczy” posypała się manna obietnic. A. Olechowski mówił o miejscach pracy czekających na Polaków w Brukseli. Jacek Szlachta z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową prawił o miliardach euro ocze­kujących na wszystkie gminy i regiony. Pieniądze znajdą się na wszystko, na bezrobo­cie, dla małych i średnich przedsiębiorstw’1‚. Ani słowa o podatkach dla europejskiej wspólnej kasy, już dziś określanych dla „byłej” Polski na trzy miliardy dolarów rocznie.

1. Trzeba będzie, towarzysze, podjąć z nimi odpowiednie rozmowy uświadamiające!

2. „Nasz Dziennik”, 29 listopada 1999.

3. A. Wojciechowski szydził z obaw przed wykupem polskiej ziemi przez cudzoziemców. Do tej pory wykupili „tylko” 1500 ha, gdy obszar Polski to 32 miliony ha.

4. Zapomniał wyjaśnić, czy tę niebieską mannę dla małych przedsiębiorstw będą tolerować międzynarodowe korporacje, supermarkety i podobne mega-bestie.

30

STR. 31

Jerzy Wilkin z Uniwersytetu Warszawskiego groził polskim rolnikom: jeśli nie „wejdą”, to będzie ich wina, bo nie są „przygotowani”.

Ten prymitywny, nachalny mityng przygotował Business Center Club, Fundacja im. Roberta Schumana i Komitet Integracji Europejskiej. Koszt partajtagu niezna­ny. Mnożąc dwa tysiące głów przez koszty przejazdu, diety, materiały propagandowe, koszt sali – z grubsza dałoby się oszacować na kilka nowych mini-autobusów dla dzieci szkolnych w Bieszczadach, na kilkadziesiąt tysięcy posiłków dla głodujących dzieci, na…

 

Była i prowokacja: w materiałach propagujących zjazd mówiono o rzekomo zapo­wiedzianej obecności dyr. Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka i posła Jana Łopuszań­skiego. Obaj już przez zjazdem zażądali od Business Center Ciub prasowych sprostowań i odwołania tych kłamstw. Nie przybyli. Nie stawili się także Lech Wałęsa i M. Krzaklewski – ci zapewne w strachu przed elektoratem w perspektywie zbliżającej się bitwy o prezydenturę…

Prounijna niemiecka agentura pod nazwąinstytut R. Schumana, jest finansowa­na z funduszy Bund der Vertiebenen (BdV) – Związku Wypędzonych. Wątek doto­wania innych przyczółków „wypędzonych” w Polsce, szeroko rozwinęło niemieckie pismo „Fokus” z 19 lipca 1999 roku7.

Nawiązało do listu Władysława Bartoszewskiego, byłego ministra spraw zagranicznych (niestety spraw izraelskich i niemieckich a nie polskich!), w którym ten „euro-folksdojcz” nawoływał rząd niemiecki do nieograniczania dotacji dla związków „wypędzonych”. Bartoszewski stwierdzał, że bez dotacji dla BdV nie jest możliwa działalność około 12 polskich instytutów kultury. W związku z tym „Fokus” wyliczał niektóre z tych „polskich instytutów kulturalnych” finansowanych z funduszu BdV. Są to: Instytut Zachodni w Poznaniu, Instytut Śląski w Opolu, Instytut Polski w Dusseldorfie, Berlinie i Lipsku, Fundacja Cen­trum Stosunków Międzynarodowych, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Ośrodek Dokumentacji KARTA – wszystkie trzy z siedzibą w Warszawie, Nie­miecka Fundacja im. Roberta Schumana (biuro w Warszawie), Stowarzyszenie Borussia (Olsztyn), Fundacja w Krzyżowej, Fundacja w Łomnicy koło Jeleniej Góry.

Łatwo się domyślić, dlaczego Niemiecka Fundacja im. R. Schumana tak szczo­drze szasta markami na promowanie „wchodzenia” Polski do Euro-Germanii. Pomi­mo apeli Bartoszewskiego, rząd niemiecki jednak obciął dotacje dla swych agentur wschodniej ekspansji z 40 milionów marek do 30 milionów2 na rok 2000. To rzekome sknerstwo niemieckiego rządu skrytykował wpływowy „Die Welt”. Domagał się zwiększenia, a nie zmniejszenia środków dla agend (agentur) BdV. Pisał otwarcie, bu­tnie jak w sierpniu 1939 roku pisały gazety hitlerowskie o potrzebie zniszczenia Pol­ski:

 

Zamiast na zachodzie, to na wschodzie Europy rząd niemiecki po­winien budować swoją infrastrukturę5.

 

1.Omawia tę publikację „Nasza Polska” z 3 listopada 1999.

2.To dotacje oficjalne. Ile milionów marek idzie kanałami bocznymi?

3.Tamże.

31

 

Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej

Powstała w ramach porozumienia rządu „polskiego” z niemieckim. Zajmuje się fi­nansowaniem takich inicjatyw, jak np. Fundacja Krzyżowa. Strona internetowa „Krzy­żowej” ujawnia, że ta agenda jest „na garnuszku” Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Przeznaczyła ona 25 min marek (!) na budowę „Międzynarodo­wego Domu Spotkań Młodzieży”.

Jakże wzruszająco brzmi oficjalna motywacja tych wydanych milionów marek:

(…) inicjowanie i wspomaganie działalności wspierającej pokojowe, nacechowane wzajemną tolerancją współżycie narodów, grup społecz­nych oraz pojedynczych ludzi, przyczyniając się w ten sposób do europej­skiego porozumienia.

To właśnie w Krzyżowej, 12 listopada 1989 roku premier T. Mazowiecki spotkał się z kanclerzem Helmutem Kohlem, aby wziąć udział w „Mszy Pojednania”. Msza odbyła się w majątku rodziny von Moitke, uczestnika antyhitlerowskiego „ruchu oporu” z okresu, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy legną w gruzach.

Ośrodek „Karta”

W składzie zarządu „Karty” znajdują się: Zbigniew Gluza, Agnieszka Gleb, Piotr Jakubowski. Cel „Karty” staje się oczywisty, gdy wymieni się jej sponsorów: Funda­cja Batorego, Komitet Badań Naukowych, National Endowment for Democracy (USA), Ministerstwo Kultury RP i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także Funda­cja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Urząd Wojewódzki w Warszawie, Instytut na Rzecz Demokracji w Europie Wschodniej, ambasada Kanady, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Kancelaria prezydenta, NBP, PKO – Bank Państwowy.

Wiosną 1999 roku „Karta” podejmowała zasłużonego j anczara niemieckiego anty-polonizmu, niemieckiego Żyda7 Herberta Hupkę.

 

„Karta” zyskała popularność chwytliwym programem dokumentowania zbrodni sowieckich na Polakach. Ale współtwórca Stowarzyszenia Upamiętniania Ofiar Zbrod­ni Ukraińskich Nacjonalistów – prof. Edward Prus, tak ocenia to tzw. Archiwum Wschodnie2:

 

Mieliśmy konkurencję w postaci tzw. archiwum wschodniego, masońskiej fundacji im. Stefana Batorego, które nas zwalcza. Ale do­wiedzieliśmy się, że pewne materiały tam giną i dlatego postanowili­śmy ostrzec Kresowian, aby nie dawali tam swoich materiałów (…)

Wielki Mistrz polskiej masonerii, wojujący antykatolik Jan Józef Lipski, z dotacji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej wydał książkę (po polski i niemiecku): Po­wiedzcie sobie wszystko. Eseje o sąsiedztwie polsko-niemieckim.

 

1. Zob.: D. Kom: Wer ist wer im Judentum (Kto jest kto w zydostwie). FZ – Verlag, Munchen 1995, op. cifc, s. 220.

2. „Tylko Polska”, grudzień 1999: Rozmowa z prof. Edwardem Prusem.

32

Ten masoński „socjalista”, podobnie jak jego poprzednicy z Komunistycznej Partii Polski, uważa za przejaw polskiego nacjonalizmu i ksenofobii – głoszenie opinii o rzekomej polskości Gdańska, Warmii i Mazur, Śląska, Pomorza Zachodniego. Niemcy finansując tę książkę polskiego masona wiedzieli, że dobrze lokują swoje marki w agitce tego maso­ńskiego euro-folksdojcza.

 

Forum Dialogu

Czym jest to Forum Dialogu – organizator owego partajtagu w Pałacu Kultury na rzecz Unii Europejskiej oraz wielu inicjatyw o takim charakterze?

Z apelem o powołanie takiego „Forum”, jego sygnatariusze wystąpili 23 września 1999 roku, a miesiąc później już mieli komplet członków. W programie Forum było odwoływanie się do mądrości Polaków, ich pracowitości.

Cel: Bogata Polska, zamożny Polak, stabilna praca!

Pod tą szminką krył się nachalny euroliberalizm. Grozili, że jeżeli nie połączymy naszych sił z innymi, stracimy naszą stabilność1.

Z miejsca deklarowali „grubą kreskę” Mazowieckiego:

Nie będziemy rozpatrywali historii… pozwalać na używanie jej do podsycania wrogości.

Ale Mazowiecki nawołując wiele lat przedtem do „grubej kreski”, miał na myśli przeszłość żydokomuny w PRL. Ci – tragiczną przeszłość drugiej wojny światowej:

zapomnieć Niemcom ich ludobójstwo na Polakach.

Niemieckie szydło wyłaziło z tego worka w hasłach programowych, takich jak:

„liberalizacja obrotu nieruchomościami”, „nie wyłącza­nie rolnictwa spod wpływu reguł wolnorynkowych”, „dostosowywanie do struktur gospodarki światowej”.

Kim są owi „eurofolksdojcze” spod znaku Forum Dialogu?

Maciej Jankowski, „działacz Solidarności”, pokojowiec Unii Wolności; Henryka Bochniarz – opracowywała projekty pry­watyzacyjne około tysiąca polskich przedsiębiorstw do ich „prywatyzacji”; Iwo Byczewski – prezes rady nadzorczej Alcatel Polska; Piotr Nowina-Konopka – po licznych sukcesach na salonach UW, prezes Fundacji R. Schumana, członek Polskiej Rady Polityki Pieniężnej; Marek Król – wiceprezes Stronnictwa Ludowo-Chrześcijańskiego, które połączyło się z tzw. Partią Konserwatywną „obrotowego uwola” Aleksandra Halla;

1. TtAgniew Lipiński: Glos oligarchii, „Nasza Polska” 20 VIII 1997.

33

Ireneusz Niewiarowski; Janusz Onyszkiewicz – członek władz UW, szef MON za rządów H. Suchockiej, uczestnik Round Table, niezłomny „europejczyk” i „natowiec”;7Andrzej Halicki – współzałożyciel Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Po zjednoczeniu KLD z Unią Demokratyczną, został członkiem Rady Krajowej Unii; Paweł Piskorski – były sekretarz generalny KLD, potem członek władz warsza­wskiej struktury UW; Anna Jankowska i Ewa Lewicka – obie poszerzają „spektrum” niejawnych kompradorów UW w rzekomej „prawicy”.

Centrum Stosunków Międzynarodowych

Kolejna „organizacja pozarządowa” uzurpująca sobie prawo do prowadzenia działalności „pozarządowej”, przez żadne demokratyczne instancje nie kontrolowana. Działa na prawach fundacji. Dokonuje rzekomych analiz stosunków międzynarodo­wych nie wiadomo na czyj użytek; „analizuje” politykę Polski również nie wiadomo na czyj użytek; upowszechnia wiedzę o tych sprawach – nie wiadomo na czyj użytek i z czyjego upoważnienia.

 

To „nie wiadomo” staje się zupełnie wiadome jeżeli uwzględnić fakt, iż w pracach owego „Centrum” brali udział tacy globaliści, niszczyciele państw narodowych jak Henry Kissinger, jak Zbigniew Brzeziński – czołowi „trilateraliści”, czy również Volc-ker Ruehe2 oraz Rudolf Scharpin.

To „nie wiadomo” stanie się jeszcze bardziej wiadome, jeżeli będziemy wiedzieć i pamiętać, że Centrum Stosunków Międzynarodowych jest finansowane przez Funda­cję Batorego, Fundację Konrada Adenauera, przez German Marshall Fund ofthe Unitet States, a także Robet Bosch Stiftung, Koerber-Stiftung i jeszcze inne agendy globalizmu.

Prezesem jest niestrudzony Janusz Reiter, dyrektorem – Kazimierz Wóycicki.

Najskuteczniej „podgląda się” takie nieformalne i niezależne twory poprzez ich dy­gnitarzy. Przyjrzyjmy się więc tej dwójce.

Kazimierz Wóycicki to były redaktor naczelny „Życia Warszawy”3. To również długoletni dyrektor Instytutu Polskiego (antypolskiego) w Dusseldorfie. Wyróżniał się w tej funkcji „bratnią” współpracą z niemieckimi związkami przesiedleńców, wśród których najsłynniejszym i najwytrwalszymjest niemiecki Żyd Herbert Hupka. Dodat­kowo K. Wóycicki szeroko piętnował na gruncie „polskiego” Instytutu w Dusseldorfie rzekomy „polski antysemityzm”, co oznacza, że była to działalność jawnie dywersyjna. Wóycicki to także sekretarz Rady Centrum Dziennikarstwa w Warszawie, współdziałający tam z takimi żydolewakami jak pupile „GW” Michał Ogórek i Ernest Skalski, a także inni: Mariusz Walter (TVN), Dorota Zawadowska-Woyciechowska7 prezes Radia Zet.

1. Prywatnie – mąż wnuczki Józefa Piłsudskiego.

2. Były minister obrony Niemiec.

3. Dlaczego „Wóycicki” a nie po polsku: „Wójcicki”? Kto go raz widział – ten zrozumie…

34

Wóycicki, jakby funkcji ciągle było mu mało, to również członek kolegium redakcyjnego katolewackiej „Więzi”. To nie wszystko: Wóycicki to członek zwycza­jny Polskiej Rady Ruchu Europejskiego, obok takich członków jak równie niezastąpiony Andrzej Ananicz, Jerzy Bahr2, Stefan Bratkowski („GW”), Iwo Bycze-wski, Bronisław Geremek, Jan Grosfeid, Jerzy Hol-zer3, Aleksander Malachowski (znany z niesamowi­tych obelg rzucanych Kościołowi i polskości) – prezes Polskiego Czerwonego Krzyża (!), Janina Ochojska („zbliżona” do UW), Józef Oleksy, Krzysztof Piesie-wicz, Stanisław Puzyna (UW), Andrzej Rottermund (dyrektor Zamku Królewskiego), Jacek Saryusz-Wolski (UW), Witold Trzeciakowski4 (UW), Edward Wende (bronił żydowskiego oszusta Bagsika), Andrzej Wielo-wieyski (UW), Stanisław Wyganowski – były prezydent Warszawy z nominacji (UW), Krzysztof Zanussi5.

Antypolskość „naszego” K. Wóycickiego wystarczająco określa jego „złota” (antypolska) myśl:

(…) społeczeństwo polskie powinno stopnio­wo rezygnować z zasad suwerenności państwo­wej na rzecz struktur integrującej Europy (…) eksponowania swej dumy narodowej, winni kryty­cznie odnosić się do tradycji narodowej i ograni­czać jej rolę w wychowaniu, zwłaszcza w kształtowaniu postaw młodego pokolenia („Po prostu” 9/1991).

Janusz Reiter, dyrektor Centrum Stosunków Mię­dzynarodowych, to taki sam mutant żydokomuny jak wyżej wymienieni budowniczowie. Jedności europejskiej”6.  Karierę rozpoczynał w „GW”.

 

1. No właśnie: Woyciechowska, a nic: Wojciechowska….

2. Żydowski „kombatant” Marca 68, były ambasador w Kijowie, o którym mawiano, że jest żywym „bahromctrcm” nasycenia dyplomacji pracownikami Bezpieki. Zob.: K. Górecki: antypolonizm polskiego MSZ” – cykl artykułów w „Naszej Polsce” od września 1996 r.

3. Jeden z czwórki „historyków”, którzy nielegalnie grasowali przez kilka miesięcy w archiwach UB-SB: Holzer, Szechter-Michnik, Ajnenkiel, Kroił.

4. Syn Trzeciakowskiego – Andrzej – pracuje w Fundacji Rockefellera, żona — sekretarzem Generalnym Pcn-Clubu.

5. Powicdziat: „Sądzę, że patriotyzm jest możliwy dopiero wtedy, kiedy człowiek jest kosmopolitą, bo w przeciwnym wypadku jest on podszyty ksenofobią, nienawiścą”. („Panorama”, 18 XII 1998).

6. Slogan ze statutu CSM.

35

Przez kilka lat – ambasador niepolskich spraw w Republice Fe­deralnej Niemiec. Jego nazwisko padnie także wśród członków Klubu Europa.

Piotr Nowina-Konopka: były współpraco­wnik Lecha Wałęsy z okresu Komitetów Oby­watelskich, potem ostro w górę i na zachód:

minister stanu przy „prezydencie” RP Wojcie­chu Jaruzelskim, członek prezydium i członek Rady Krajowej UD/UW, etatowy poseł I, II i III kadencji! Potem (1999) rektor (!) Kolegium Europejskiego z siedzibą w Natolinie.

Centrum Spraw Międzynarodowych – czy­taj – niemieckich, w swym statucie jest tak samo złotouste, jak wiele innych podobnych agentur euro-folksdojczyzmu:

Jednym z podstawowych celów fun­dacji jest wspieranie wszelkich inicjatyw społecznych i politycznych mających na celu przygotowanie Polski do członko­stwa w Unii Europejskiej (…) fundacja wspiera instytucje kulturalne, naukowe

i pedagogiczne, które przyczyniają się do pogłębienia związków Polski z instytucjami europejskimi, pragnie uczestniczyć w budowie wolnego, odpowiedzialnego i sprawiedliwego społeczeństwa.

Same łgarstwa, bo przecież:

– jesteśmy już wolni, więc nie jest nam potrzebna jakaś super-wolność stemplowana sztancą eurogermanizmu;

– „wolne, sprawiedliwe i odpowiedzialne społeczeństwo” już zbudowaliśmy w ciągu ostatnich dziesięciu lat pod światłym przewodnictwem „okrągłostołowej” żydoko-muny czerwono-różowej, po cóż więc budować coś, co jest zbudowane? Jeżeli zaś nie zostało jeszcze zbudowane, to znaczy, że „budowali” nas albo dyletanci, albo wrogowie, mieli bowiem wolną rękę;

– coś nie tak z tą budową „sprawiedliwego społeczeństwa”, bo ma być pariasem Euro­py zachodniej, eurokołchozu w światowym handlu.

Najważniejszym powodem budowania „jedności europejskiej”, jest rzekomo rów­noprawność w wymianie handlowej. Jeżeli jej nie ma, jest wasalizm o różnych skalach kolonializmu. Oficjalnie przyznał istnienie tej haniebnej nierówności sam sekretarz generalny ONZ – Kofi Annan, który przed konferencją Światowej Organizacji Hand­lu w Seattie (stan Waszyngton)7 oznajmił, że taryfy celne nakładane przez kraje najzamożniejsze na towary importowane z krajów rozwijających się – są obecnie czterokrotnie wyższe niż clą zaporowe na towary sprowadzane do nich z krajów wysoko rozwiniętych7.

1. Konferencja rozpoczęła się 30 listopada 1999. Tematem była dalsza „liberalizacja” handlu światowego. Z tej okazji odbyły się tam burzliwe demonstracje przeciwko owej „liberalizacji” niszczącej gospodarki krajów „Trzeciego Świata”. Jeszcze burzliwiej protestowano (30.1.2000) przeciwko zjazdowi bossów Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Zob. foto.

36

Zatem pytanie z podwórka polskiego: do której kategorii państw zostaniemy zaliczeni po kolonizacji Polski przez euro-germanizm? Odpowiedź „eurofolksdojczy” spod znaku takich agentur jak Centrum Spraw Międzynarodo­wych jest znana i stała: Nic podobnego! Będziecie równymi partnerami! Same korzyści!

Z euro-milionów słanych na wspieranie takich agentur jak CSM, wydaje się anty­polskie, kłamliwe propagandowe agitki. CSM wydało m. in. książkę Barbary Ociepla.-Niemcy wypędzeni – wróg czy sprzymierzeniec  Wydawca przyznaje otwarcie, że jada z ręki niemieckich „wypędzonych” Publikacja została wydana za pieniądze Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej ze środków Republiki Federalnej2.

Autorka tego usłużnego gniotą zręcznie propaguje „krzywdy” „wypędzonych” Niemców, a gdy trzeba pomniejsza agresywność „wypędzonych” w ich krucjacie prze­ciwko zachodnim granicom Polski. Jak przystało na wyrobnicę propagandy niemiec­kiej, autorka nazywa wysiedlonych „wypędzonymi”. Jest to historyczne kłamstwo.

Dzięki temu werbalnemu nadużyciu, do „wypędzonych” zalicza dobrowolnych uciekinierów przed nadchodzącą Armią Czerwoną; wysiedlonych na mocy zmowy „Wielkiej Trójki”; wysiedlonych przez powojenne władze „polskie” po 1947 roku, czyli poza decyzją poczdamską „Wielkiej Trójki”. Wśród „wypędzonych” pomieściła rów­nież wszystkich tych, którzy wyjechali z Polski po nieformalnych uzgodnieniach Polski z RFN, często „na siłę” podających się za Niemców. W rezultacie przyjęcia przez auto­rkę formuły „wypędzeni”, do tego grona zaliczają się również ich potomkowie drugiego i trzeciego pokolenia, gdyż według obowiązującego niemieckiego prawa, status „wy­pędzonych” jest dziedziczny. Po czterdziestu latach armia „wypędzonych” urosła według stanu na 1999 rok do 10,7 min osób, co daje 19 proc. ludności RFN, z czego 6,2 min pochodzi z terenów Polski.

Nikczemnym nadużyciem i obelgą dla milionów wypędzonych Polaków jest taki np. fragment dywagacji Barbary Ociepki:

(…) stosowanie terminu „wypędzony” może nas naprowadzić na problem wspólnoty losu Polaków i Niemców, którzy wbrew własnej woli musieli opuścić strony ojczyste.

Trzeba tej pani przypomnieć, co zresztą chyba zbędne, że kilka milionów Polaków zostało brutalnie wypędzonych przez Niemcy hitlerowskie z pasa ziem zachodnich i północnych, od Śląska poprzez Poznańskie i Gdańskie po Prusy Wschodnie. I to, że dziesiątki tysięcy Polaków zostały tam bestialsko zamordowane w ramach ludobó­jczej eksterminacji. I to, że wspólnik Hitlera – Stalin wymordował około półtora mi­liona Polaków kresowych. Jedno z licznych pytań do takich jak Barbara Ociepka powinno brzmieć: dlaczego Niemcy nie dopominają się – w ramach „pojednania” polsko-niemieckiego, powrotu kilku milionów Polaków wypędzonych z ziem dzisiejszej i przedwojennej Polski, na którą Niemcy napadli razem z żydo-bolszewią Stalina?

 

1. „Nasz Dziennik”, l grudnia 1999.

2. „Nasza Polska” 3 grudnia 1999.

37

Erika Steinbach, agresywna szefowa owego Bund der Vertriebenen ma gotowe rozwiązanie problemu milionów Polaków wypędzonych ze wschodu. Podczas pobytu w Polsce w listopadzie 1999 roku sugerowała wyraźnie, że sami mamy odebrać to, co nam odebrali sowieci i powrócić na Kresy! Żądania powrotu mamy kierować do Ro­sji. Tak więc „wypędzona” ofiarowuje nam Inflanty imć pana Zagłoby, a przy okazji proponuje straszliwe konflikty z tymi państwami. A może tylko odsłania rąbek tajemni­cy przyszłej Eurazji, kiedy to nie będzie już żadnej Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy, tylko wielka Eurazja po Ural?

Neofaszystowskie oblicze Eriki Steinbach zajaśniało w całej krasie z okazji 55. rocznicy zakończenia wojny. We „Frankfurter Allgemaine Zeitung” z 8 maja 2000 r., w obszernej elukubracji pod tytułem: Okrucieństwo trwało jeszcze po wojnie, Stein­bach wbija do niemieckich głów kolejną dawkę ich „historycznej krzywdy”. Owszem, podczas wojny nieustaleni narodowościowo „naziści” popełnili wiele zbrodni – pisze Steinbach, ale po wojnie niewinni Niemcy doznali potwornych cierpień. Gdzie? W Ju­gosławii, Czechosłowacji i -uwaga!na terenach Odra-Nysa pod panowaniem pol­skim1 . I dalej: Do 1950 roku -ponad 15 milionów Niemców wypędzono z ich heimatu. Pod nazwą: heimat E. Steinbach rozumie ojczyznę. Tam, gdzie stanęła noga Niemca, zawsze ziemia stawała się ich heimatem. Dlatego też heimatem były wsie Wielkopolski i Pomorza, skąd hitlerowcy przepędziwszy w okrutnych warunkach setki tysięcy Pola­ków, nasiedlili tam swoich. Tym samym tereny te stały się ich heimatem, a późniejsza ich ucieczka przez wojskami sowieckimi, to właśnie te okrutne cierpienia niewinnych Niemców. Skromnie dodajmy, że przesiedlenia i ewakuacje ludności niemieckiej odby­wały się przed nadejściem frontu, z nakazu władz niemieckich lub dobrowolnie – z na­kazu strachu przed odwetem wojsk sowieckich za kilkadziesiąt milionów Rosjan poległych, wymordowanych przez rodaków owych „okrutnie wypędzanych” Niemców. Heimatem były także ziemie Zamojszczyzny, z której bestialsko wysiedlono do obozów koncentracyjnych dziesiątki tysięcy rolników, a ich dzieci zabrano do zniemczenia, na­stępnie nasiedlono tam Niemców z Besarabii.

Federalny Urząd Statystyczny notował rzekomo około 1000 samobójstw Niemców w miejscowości Trzcianka, przerażonych nadciągającą ze wschodu współodpowie­dzialnością za zbrodnie ich rodaków. Ale Erika Steinbach nie obwinia swych rodaków –„nazistów” czyli hitlerowców, za śmierć 80 000 niemieckich mieszkańców Wrocławia, zamienionego przez nich w „Festung Breslau”: spadły na nich niezliczone bomby i po­ciski dział sowieckich.

I finał tych historycznych (histerycznych) fałszerstw w wykonaniu szefowej „prze­siedleńców”:

Do dziś te idące w miliony przestępstwa przeciw prawom człowie­ka z polowy XX w. są nie naprawione. Potrzeba świadomości i woli na­prawy tych przestępstw ze strony państw, na obszarze panowania których zostały one popełnione.

l. Za: „Myśl Polska” 4 czerwca 2000.

38

W porządku, zgoda, pani Eriko: potrzeba świadomości i woli. Ale zacznijmy od woli spadkobierców owych tajemniczych „nazistów”. Najpierw trzeba ich nazwać kon­kretnie. Ustalić ich narodość. Następnie naprawić niewyobrażalne krzywdy i cier­pienia wyrządzone przez owych „nazistów”-okupantów, na terenach Odra-Nysa pod panowaniem polskim. Ale nie tylko na tych terenach. Na terenach od Odry po Wi­lno, Lwów i dalej jeszcze: w obozach koncentracyjnych położonych na terenach rdzen­nie niemieckich. Zadośćuczynić za niewolniczą pracę setek tysięcy Polaków. Zadośćuczynić za śmierć sześciu milionów Polaków, w tym około dwóch milionów polskich Żydów – ci jednak już odebrali od Niemców ile tylko chcieli – na zadośćuczy­nienie czekają potomkowie Polaków i cały naród. Trzeba wreszcie zadośćuczynić za zniszczenia wojenne szacowane na około 500 miliardów dolarów. Trzeba przyjąć niemiecką współodpowiedzialność za zbrodnie socjalizmu bolszewickiego popełnione na wschodzie i w całej powojennej resztówce Polski; za wysiedlenie i śmierć około półtora milona Kresowiaków; za niewyobrażalną skalę sowieckiej grabieży, wreszcie;

za straszliwy powojenny terror sowiecko-żydowskiej okupacji; za bezlitosną eksploata­cję gospodarczą przez ponad 40 lat; za cywilizacyjny regres Polski i Polaków w stosun­ku do reszty Europy.

To wszystko było bezpośrednim skutkiem wspólnej agresji narodowego socja­lizmu niemieckiego i komunistycznego socjalizmu sowieckiego na Polskę.

Dopiero po tych zadośćuczynieniach, drugie i trzecie pokolenie polskich ofiar niech zasiądzie z drugim i trzecim pokoleniem katów i morderców do ustalania „cierpień” tych ostatnich.

Rocznica kapitulacji Niemiec została przez „Allgemaine Zeitung” „uczczona” ty­lko tym roszczeniowym, bezczelnym festiwalem żądań Eriki Steinbach. Ta wpływowa gazeta tylko w ten sposób „uczciła” kapitulację ich ojców. Wyłącznie pre­tensje – żadnego poczucia winy, żadnej świadomości i woli naprawy tych ludobój­czych przestępstw.

Eurofolksdojcze mają wspólny genotyp polityczny. Taki np. Piotr Żak, były rzecz­nik „Solidarności”, rzekomy antykomunista: kiedy wszedł do

„Kne-Sejmu” w ramach dywersyjnego nowotworu pod nazwą AWS, wszystkie swoje wpływy podporządkował realizacji polityki Unii Wolności. Żak kierował bowiem pismem pod wymowną nazwą:

„Bez granic – Grenzenios”7. Wydawanie tej niemieckiej agitki finansowało tzw. Sto­warzyszenie Rozwoju Europejskiego Trans Europa oraz Komisja Krajowa (1999) NSZZ „Solidarność”, dając na ten cel lokal i wyposażenie redakcji. Pismo posiadało swój niemieckojęzyczny odpowiednik we Frankfurcie na Odrą. Wykładnię programu „Bez granic – Grenzenios” dał niejaki Józef Neuman.

Pytany o swój ą tożsamość odpo­wiedział na łamach „Bez granic”: Swojsko czuję się tam, gdzie mi dobrze. W tym sa­mym internacjonalnym duchu wypowiadał się Piotr Żak: jest ważne, by młodzi Polacy budowali Europę bez granic2.

1. Nie wiem, czy kieruje nim dotychczas.

2. Kiedy swego czasu zapytano Z. Wrzodaka, co sądzi o P. Żaku odpowiedział aluzyjnie: Powinien zgolić brodę! Dlaczego powinien ją zgolić — wystarczy jeden rzut oka!…

39

Studium Generale Europa

Powstało w 1997 roku na bazie Akademii Teologii Katolickiej. Na inauguracji przemawiał ks. Helmut Juros. Wykładowcami w Studium Generale Europa zostali m.in.: abp Józef Życiński i wspominany już Jacek Saryusz-Wolski.

Stanowisko dyrektora Studium powierzono Europejczykowi patentowanemu przy­należnością do Bilderberg Group, czyli Andrzejowi Olechowskiemu, który był już wówczas wykładowcą Akademii Teologii Katolickiej. Przemawiając jako dyrektor na inauguracji Studium, Olechowski poinformował, że Studium powstało przy dużej po­mocy Fundacji Konrada Adenaiiera i Fundacji Batorego.

W Radzie Programowej Studium znaleźli się m.in. biskup T. Pieronek, a także arcybiskup J. Życiński, o. Jacek Salij OP, o. Maciej Zięba oraz H. Suchocka i mec. K. Piesiewicz7.

Kierownikiem naukowym Studium został ks. prof. Helmut Juros z ATK. Długa jest lista innych funkcji tego eurokraty. Oto niektóre: kierownik Katedry Etyki Społecz­nej, Politologii i Nauk Społecznych ATK; członek Europejskiego Stowarzyszenia Teo­logii Katolickiej; członek Europejskiego Stowarzyszenia Etyków (Societas Ethica); członek Francuskiego Stowarzyszenia Teologów-Etyków; członek Stowarzyszenia Górres-Geselschaft; członek Stowarzyszenia Rady Redakcji „Przeglądu Teologiczne­go”; współpracownik Międzynarodowego Przeglądu Teologicznego „Communio”;

w latach 1987-1990 rektor ATK; profesor gościnny Uniwersytetu w Mainz; doktor honoris causa Uniwersytetu w Bonn (1993); członek Prymasowskiej Rady Społecznej (1986-1991); przez huntę Jaruzelskiego odznaczony (1984) Krzyżem Orderu Od­rodzenia Polski.

W Radzie Programowej Studium Generale Europa jest także ks. Andrzej Koprowski: szerzej o nim – w informacji o Narodowej Radzie Integracji Europejskiej.

Klub Europa

Ważna i bardzo wpływowa agentura globalizmu wpychająca Polskę w grzęzawisko Unii Germano-Europejskiej. Skład zarządu Klubu oraz lista członków, to mieszanina masonerii, wojującego antypolonizmu i antykatolicyzmu o różnym stopniu antypol­skiego zaprzaństwa. Oto oni:

Zarząd Klubu Europa:

B. Geremek – prezes; ks. Stanisław Opięła – wiceprezes.

Członkowie Zarządu:

Marek Edelman, Zofia Kuratowska, J. Onyszkiewicz.

Członkowie Klubu:

J. K. Bielecki, J. Błoński, Michał Boni, Józef Chajn, K. Dziewanowski, Wład. Fra-syniuk, Aleksander Gieysztor(f), Aleksander Hali, Jerzy Holzer, Zbigniew Janas, Jan

l. „GW” 29 kwietnia 1997.

40

Zofia Kuratowska. Z: Okrągły stół. Stanisław Stomma. Z: Okrągły Ryszard Reiff. Z: Okrągły stół. Kto Kto jest kim. (Wyd. Myśl, Warszawa sfó/. Kto yesf tom. (Wyd. Myśl, War- jest kim. (Wyd. Myśl, Warszawa 1989)

Janowski, Ryszard Kapuściński, Leszek Kołakowski, Marcin Król, Jan Józef Lipski(f), Witold Lutosławski(„j”), Tadeusz Mazowiecki, Antoni Mączak, Krzysztof Michalski, Adam Michnik, Artur Międzyrzecki(f), Czesław Miłosz, Karol Modzelewski, Ryszard Reiff, Janusz Reiter, Piotr Słonimski, Aleksander Smolar, Stanisław Stomma, Jan Józef Szczepański, Andrzej Szczypiorski(f), Józef Slisz, Józef Tischner(f), Witold Trzecia-kowski, Jerzy Turowicz(f), Andrzej Wajda, Andrzej Wielowieyski, Jacek Woźniako-wski, Andrzej Kajetan Wróblewski, Henryk Wujec, Krystyna Zachwatowicz, Andrzej Ziabicki.

Grupa Windsor

Powstała w 1994 roku. Na wieść ojej powstaniu, globalista Geoffrey Pattie wy­krzyknął: To najlepsza wiadomość, jaka nadeszła z byłych państw komunistycznych Eu­ropy Środkowej od czasu upadku komunizmu1.

Skąd taka euforia na wieść o powstaniu Grupy Windsor, karykatury brytyjskiej Par­tii Konserwatywnej?

Częściowo wyjaśnia tajemnicę tego entuzjazmu programowy tekst zmieszczony w biuletynie Grupy Windsor. Deklaruje się \.sm promowanie procesów prywatyzacyj­nych w Polsce, dlatego przedstawiciele europejskiej oligarchii powitali powstanie tej ich agendy jako najważniejsze wydarzenie w Europie Środkowej od czasu upadku komunizmu. Bo przecież chodzi wyłącznie o „prywatyzację”, czyli o grabież majątku Polaków i poprzez tę grabież – likwidację jej suwerenności, następnie likwidację samej Polski.

1. „Nowa Solidarność” nr 12, październik 1996.

41

Liderami tej grupy byli i są: Witold Gadomski – ten od afery FOZZ7, Andrzej Arendarski, Aleksander Hali, K. Ujazdowski, Tomasz Szyszko, Krzysztof Pawlowski, Jerzy Nowakowski, Bronisław Komorowski.

Grupa Windsor natychmiast nawiązała kontakt z tzw. Międzynarodowym Funduszem Republikań­skim i Heritage Foundation. Reprezentuj ą one tradycje tzw. „konserwatywnych rewolucji”. Szef Heritage Foundation – Edwin Feulner przebywał w Pułtusku w 1994 roku na zaproszenie tych polskich windsorowców. Wiel­bił tam wolny rynek i nowy porządek świata w wydaniu masona George’a Busha i nadnarodowych korporacji z GATT2 na czele. Organizacja ta jest promotorem pato­logicznego liberalizmu, którego prawdziwym i jedynym celem jest podporządkowanie porządku gospodarczego światowemu nieporządkowi.

Zmierza do zniesienia ceł na wszystkie produkty i wszędzie. Taka teoria wolno­rynkowa jest zgubna dla krajów rozwijających się, słabych lub obezwładnionych prze­chodzeniem z gospodarki państwowej na prywatną. Zniesienie barier celnych to niepohamowana inwazja na gospodarki państw słabych. Znika ochrona towarów krajo­wych. Następuje zalew rynku tych państw, przy jednoczesnym ograniczaniu ich ekspo­rtu do państw bogatych. O tym właśnie mówią eurokraci włącznie z Kofi Annanem, sekretarzem generalnym ONZ, gdyż wieje grozą z nadciągającego chaosu światowej gospodarki.

Tenże Feulner awansował na stanowisko przewodniczącego Towarzystwa Mont Pelerin – ekskluzywnej, wpływowej i hermetycznej grupy przedstawicieli starych ro­dzin arystokratycznych Europy, zwłaszcza Wielkiej Brytanii. Mont Pelerin powstało w 1947 roku w miejscowości o tej właśnie nazwie. Już wtedy, na zebraniu organizacyj­nym debatowano nad sposobami niszczenia więzi narodowych w państwach Europy Słowiańskiej. Byli tam przedstawiciele Unii Pan-Europejskiej powstałej w 1920 roku z inicjatywy wymienionego już mieszańca niemiecko-japońsko-żydowskiego – Richarda Coudenhove-Kalergi, prekursora Pan-Europy na gruzach państw narodowych. Sześćdziesiąt lat później, na posiedzeniu Towarzystwa Mont Pelerin pouczano obe­cnych tam ekonomistów, że najlepszą formą gospodarki jest brak wszelkich zasad, „szara strefa”, dowolne zatrudnianie i wyrzucanie z pracy robotników, brak gwa­rancji płacy minimalnej, ochrony socjalnej, itd.

Takie to warunki akceptowali „polscy windsorowcy” w perspektywie wejścia Unii Pan-Europejskiej do Polski.

Mają ku temu powody. Taki A. Arendarski, potentat biznesu „z niczego”, czyli z pookrągłostołowego chaosu, zasiada w radach różnych holdingów.

1. Zob.: Mirosław Dakowski, Jerzy Przystawa: Via Bank i FOZZ. O rabunku finansów Polski. Wyd. Antyk. 1992.

2. Generale Agreement on Transport and Trade – „Powszechna Umowa w sprawie Taryf Celnych i Handlu”. O masońskich konotacjach G. Busha piszę szerzej w: Bestie końca czasu. Wyd. Retro 2000.

42

Jest kumplem prezydenta A. Kwaśniewskiego, podobnie jak inny windsorowiec – W. Gadomski. To Ga-domskiego umieszcza Michał Faizman, kontroler NIK i potem autor protokołów pokontrolnych w aferze FOZZ – w gronie odpowiedzialnych za te gigantyczne sprze­niewierzenie funduszy państwa na miarę przestępstwa stulecia!

Z kolei Aleksander Hali, to „obrotowy” skoczek z partii do partii, zawsze jednak na usługach UW. Przed wyborami parlamentarnymi stworzył partię „konserwatywną”, następ­nie jako „konserwatysta” wcisnął się do AWS i na tym koniu wjechał ponownie do „Kne-Sejmu” kadencji 1997-2001. To samo udało się K. Ujazdowskiemu i mamy w „Kne-Sejmie” dwóch koneserów „konserwatyzmu” na wzór Mont Pelerin i Pan-Europa.

K. Ujazdowski już jako poseł nowej kadencji ze zdwojoną energią i butą pouczał polskich prawicowców, a także centroprawicę (?), że powinni łączyć się pod skrzydłami jednej partii. Miał na myśli zbieraninę pod nazwą AWS. Byli już wtedy za powołaniem powiatów, wielkich regionów, potem za przyznaniem tym regionom uprawnień do pro­wadzenia samodzielnej polityki zagranicznej.

Partia „Konserwatywna” A. Halla, K. Ujazdowskiego, Arendarskiego i Gadomskiego połączyła się ze Stronnictwem Ludowo-Chrześcijańskim i przybrała nazwę Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Ten szyld był im potrzebny do udawania odrębności politycznej i powołania Grupy Windsor. Potem już szło gładko: członko­stwo Halla w Radzie Polityki Pieniężnej i innych wpływowych bastionach globalizmu. Kiedy przewodniczący „Solidarności” w Ursusie – Zygmunt Wrzodak powiedział w 1977 roku, że środowiska polityczne, które symbolizuje Geremek, Michnik, Kuroń, alergicznie reaguje na retorykę narodowo-katolicką – grupa „intelektualistów” podpi­sała list protestacyjny-wśród nich byli wypróbowani „górale”: Bartoszewski, S. Bratkowski, A. Hali, ks. L. Kantorski, M. Komorowska, T. Mazowiecki, A. Międzyrzecki, S. Stomma, H. Suchocka, J. Turowicz, A. Wajda, A. Wielowieyski – ta sama jak wszędzie i zawsze, katarynka tych samych nazwisk…

Narodowa Rada Integracji Europejskiej

Tę wpływową agenturę polskojęzycznej eurokracji powołał jesienią 1999 roku premier J. Buzek. Powstała w pośpiechu: impulsem okazał się groźny spadek stanu ogłupienia Polaków europejską prounijnością poniżej 50 proc. ankietowanych. Nowa agenda firmowana przez J. Buźka pod nazwą Narodowej Rady Integracji Europejskiej, ma rozpętać i kierować zmasowaną propagandą na rzecz eurounijnego raju.

Czołowi „eurastenicy” przyznali oficjalnie z pozycji posłusznych najmitów, że za­niedbywali ten odcinek propagandowego frontu.

Przebrnijmy przez listę głównych sygnatariuszy owej Rady, przez ich liczne, eks­ponowane funkcje rządowe, a zwłaszcza pozarządowe. Ujawnią się wtedy w całej ja­skrawości dwie prawidłowości:

– ogromna łączna silą wpływów tego ciała

przenikającego personalnie – niczym no­wotwór złośliwy – wszystkie decyzyjne organy państwa;

– wspomniana już katarynkowa powtarzalność nazwisk „eurofolksdojczy”, gaulajterów i obecnych właścicieli Polski.

43

I okoliczność trzecia, wyłącznie teoretyczna, życzeniowa, wynikająca z pozo­stałych:

– gdyby grupę około 50-60 stale rządzących Polską od 1990 roku gaulajterów eurofaszyzmu, pewnego razu „zaokrętować” na jakiś luksusowy jacht i wyekspediować ich na przysłowiowy Madagaskar, a jeszcze lepiej – w okolice Góry Sy­naj, bez prawa powrotu – to by się okazało, że Polska została pozbawiona liderów „Kne-Sejmu”, rządu, wybitnych „intelektualistów”, „autorytetów moralnych”, fachowców; nagle przestałoby się nam śpieszyć do UE; mogłyby odrodzić się takie atawizmy jak patriotyzm, katolicyzm, poszanowanie rodziny, moralność; skoń­czyłaby się „pogoda” dla fundacji, rad, instytutów „międzynarodowych”; pro­mowanie dewiacji, pornografii, aborcji; nie miałby kto zwalczać naszego „antysemityzmu”, ksenofobii, nacjonalistycznego i religijnego „fundamentali­zmu”; demokracja, wolność, tolerancja, prawa człowieka, zostałyby wystawione na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Od marzeń przejdźmy do brutalnej rzeczywistości – do Narodowego Instytutu Inte­gracji Europejskiej, działającego przy premierze jako zarazem przewodniczącym Ko­mitetu Integracji Europejskiej.

J. Buzek powiedział otwarcie, że głównym celem powstania oraz istnienia Rady In­tegracji Europejskiej jest przeciwdziałanie spadającemu poparciu dla naszego „wstąpie­nia” do UE.

 

Wmawia się naiwnym, że Rada jest „pluralistyczna”, otwarta dla euroentuzjastów jak i dla euro-sceptyków. Zatem przyjrzyjmy się temu pluralizmowi.

Andrzej Arendarski, przedstawiciel czerwono-różowego biznesu, w rządzie H. Suchockiej minister współpracy gospodarczej z zagranicą, od czerwca 1997 prezes Krajowej Izby Gospodarczej7; przewodniczący Rady Nadzorczej Agros Holding SA.; sekretarz generalny zarządu „Lewiatana”. Arendarski to również członek Rady Pro­gramowej Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim -obok W. Cimoszewicza, Henryka Goryszewskiego, Wiesława Chrzanowskiego i dr. Eugeniusza Gorczycy – sekretarza generalnego Fundacji Współpracy Polsko-Nie-mieckiej, a także Longina Pastusiaka z SLD. W kolekcji funkcji Arendarskiego jest ta­kże seniorowanie Polskiej Izbie Młodych Przedsiębiorców, w której „działa” także były premier Jan K. Bielecki.

Henryka Bochniarz, to kolejna charyzmatyczna postać przyciągająca opornych Polaczków do Unii Europejskiej w ramach Narodowej Rady Integracji Europejskiej. Była stypendystką Fundacji Fulbrighta, potem pracowała w Instytucie Koniunktur i Cen. W 1991 roku założyła Stowarzyszenie Doradców Gospodarczych; prezes Zarządu NICOM Consulting Ltd. Kierowała „projektami prywatyzacji” wielu przed­siębiorstw. Jest członkiem Business Centre Ciub i poprzez tę funkcję jest członkiem Komitetu Rady Ministrów, którym kieruje Leszek Balcerowicz.

 

1. Zob.: A. Echolette: „Nasza Polska”, 8 grudnia 1999.

2. W Radzie „Lewiatana” występują takie tuzy układu politycznego jak Andrzej Podsiadio (PBK. S.A.), Grzegorz Tuderek czy Kazimierz Grabek – ten od słynnej afery żelatynowej.

44

Jan Mujżel – to kolejny wszechobecny i nie­zastąpiony. Członek Fundacji CASE, ekonomista z układu PZPR – SLD.

– Zbigniew Niemczycki: nowobogacki właściciel Cur-tis Group, były właściciel montowni telewizorów w Mławie i firmy White Eagle. Członek Business Centre Ciub, członek KRM przy Balcerowiczu.

– Krzysztof Pawlowski: już wymieniany wśród nie­zastąpionych, członek Rady Założycieli i Rady Orga­nizatorów Business Centre Club.

– Grzegorz Wójtowicz: członek Rady Polityki Pienięż­nej.

W 1991 roku prezes NBP, wice-gubemator, a po­tem gubernator Banku Światowego ze strony polskiej, gubernator Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR); od 1992 dyrektor finansowy fir­my „Sobiesław Zasada Ltd.”; 1996-1998 prezes Rady Banku Handlowego w Warszawie, potem przewodniczący Rady BGŻ S.A.

Tacy to „eurosceptycy” z grupy biznesmenów zasiadają w Narodowej Radzie Inte­gracji Europejskiej. Z polityki:

– Marek Belka: doradca ekonomiczny (p-)rezydenta A. Kwaśniewskiego; w stanie wojennym – sekretarz POP Uniwersytetu Łódzkiego; konsultant MFW, Banku Światowego, Międzynarodowej Korporacji Finansowej, Programu Rozwoju Narodów Zjednoczonych. Autor apologetycznych prac o doktrynie ekonomicz­nej Miltona Friedmana. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (1995), wiceprzew. Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów, a w rządzie W. Cimoszewicza – wiceprezes RM i minister finansów.

– Jan Borkowski: członek Polskiej Rady Ruchu Europejskiego.

– Stanisław Grocholski: przedstawiciel Europejskiego Ruchu Federalistów.

– Danuta Hiibner: była szefowa kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego.

– Lech Kaczyński: były prezes NIK (1992-1995), senator (1989) z listy OKP, poseł PC w sejmie I kadencji; wiceprz. Rady Programowej Instytutu Spraw Publicznych (finansowanego m.in. przez Fundację Batorego) i zagraniczne agendy sorosowskie, potem minister sprawiedliwości.

– Maria Karasińska-Fendler: członek Polskiej Rady Ruchu Europejskiego.

– Marian Krzaklewski: przewodniczący NSZZ „Solidarność”, zaprzaniec ruchu związkowego, lennik Unii Wolności.

– Czesław Kulesza: wiceprzewodniczący Rady Naczelnej PPS towarzysza Ikonowicza.

– Zdzisław Najder: członek Polskiej Rady Ruchu Europejskiego, „kurier Waszyngto­nu i Brukseli do Warszawy”.

– Andrzej Olechowski: długo by wyliczać jego synekury. W komunistycznym rządzie Messnera (1988-89) dyr. dep. W Min. Wsp. Gosp. z Zagranicą, ekonomista w Ban­ku Światowym w Waszyngtonie (1985-87) i UNCAD w Genewie.

45

Według stanu na 1999: przewodniczący Rady Nadzorczej Central Europę Trust, czł. Rady Polityki Zagranicznej, US-EU – Poland Action Commission, Polskiej Ligi Europejskiej Współpracy Gospodarczej. Członek licznych komitetów doradczych, które musi­my wymienić ze szczególną atencją:

– Goldman Sachs;

– Creditanstalt;

– Banca Nationale del Lavoro;

– International Finance Corporation;

– Międzynarodowe Centrum Demokracji;

– Centrum Promocji Kobiet;

– Instytut Studiów Wschodnich;

– Fundacja Spraw Publicznych;

– Fundacja Batorego;

– Fundacja Rozwój SGGW;  a

– Bank Handlowy w Warszawie (czł. Zarządu).                              Witold Trzeciakowski: biesiadnik Okrągłego Stołu, czł. RM w rządzie „Grubej Kre­ski”. Rozstrzygnął o wyborze W. Jaruzelskiego na stanowisko prezydenta – oddał głos nieważny, podobnie jak to uczynili uczestnicy tej magdalenkowskiej zmowy:

Stelmachowski, Al. Paszyński, A. Wielowiejski, S. Stomma, W. Kulerski, i A. Mitkowski. Trzeciakowski to członek -jakżeby inaczej – „Polskiej” Rady Ru­chu Europejskiego; Roman Wierzbicki: szef NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Wraz z Władysławem Serafinem z Kółek Rolniczych, poszedł „za chlebem” do Unii Euro­pejskiej;

Andrzej Zoil: Europejczyk w każdym calu, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, od li­stopada 1993 -jego prezes; Jacek Bocheński: prezes Pen-Clubu, od 1946 do 1966 w PZPR. Na znak protestu wystąpił z PZPR po usunięciu z niej L. Kolakowskiego. Zasłynął w czasach stalino­wskich z socrealistycznych reportaży z ZSRR i NRD. Członek Honorowego Komite­tu Wyborczego UW; Jerzy Ktoczowski: czł. „Polskiej Rady Ruchu Europejskiego”; prof. Tadeusz Skoczny: dyrektor (1996-1999) Centrum Uniwersytetu Europej­skiego w Warszawie7; przew. „Polskiego” Stowarzyszenia Badań Wspólnoty Europejskiej2, z siedzibą w Ośrodku Badań Integracji Europejskiej Uniw. Gdańskiego3;

prof. Andrzej Stępniak: kierownik tegoż Ośrodka Badań Integracji Europejskiej Uniw. Gdańskiego, członek „Polskiego” Stów. Badań Wspólnoty Europejskiej; Renata Stawarska: członek Zarządu Stów. Badań Wspólnoty Europejskiej, dyr. Cen­trum Dokumentacji i Badań Wspólnoty Europejskiej; czł. zwycz. „Polskiej” Rady Ruchu Europejskiego;

Edmund Wnuk-Lipiński: przew. Rady Naukowej Inst. Spraw Publicznych;

 

1. Do zadań CEU należy: wspomaganie dzialań do szybkiej {pełniejszej integracji Polski z instytucjami europejskimi.

2. Polish-European Community Studies Association.

3. Cel Stowarzyszenia: współpraca z instytucjami Wspólnoty Europejskiej, zwłaszcza z Komisją Europejską

46

– Klub Wschodni;

– Fundacja Katedra Polska (U. Jagielloński);

– Janusz Reiter: stały lokator i bohater tego rozdziału. Były ambasador w Niemczech z nadania UW; kier. Centrum Stosunków Międzynarodowych (hybryda sorosowskie-go Instytutu Spraw Publicznych); członek Rady Programowej „Polskiej” Fundacji im. R. Schumana;

– Władysław Piechociński: demagog z gatunku chłopskich karierowiczów – Wierzbi-ckiego i Serafina;

– Krzysztof Skubiszewski: były min. spr. zagr. Zasiada w Radzie Programowej Funda­cji: Międzynarodowe Centrum Rozwoju Demokracji wraz z A. Olechowskim i Ed­mundem Wnuk-Lipińskim. Rada Programowa, to istny matecznik Unii Wolności7;

– Adam Strzembosz, były prezes Sądu Najwyższego2;

– Róża Thun: już wymieniana. Tu dodajmy, że to córka Jacka Woźniakowskiego -prezes(-ka) zarządu „Polskiej” Fundacji im. R. Schumana, radna „mumii” Wolności w gminie Warszawa;

– Jacek Woźniakowski, tatuś Róży Thun: członek zespołu red. „Tygodnika Po­wszechnego”, kier. Katedry Historii i Kultury „Polskiej” na Uniwersytecie He­brajskim w Jerozolimie, czł. Rady Fundatorów Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej3.

O tym, jak potrafi pączkować jedna ośmiornica żydokomuny w drugą, a druga w dziesiątą, świadczy obecność w radzie Fundacji Rozwoju Lokalnego: Jerzego Regul-skiego; Jerzego Stępnia (były wicem, spr. wew.); Iwo Byczewskiego; A. Celińskiego;

Aleksandra Paszyńskiego. W Radzie Nadzorczej owej Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej (konkretnie szczecińskiej) oprócz Regulskiego, mamy Al. Gudzowatego (promotora rosyjskiego rurociągu jamajskiego) i Zbigniewa W. Okońskiego – wicepre­zesa Zarządu PROKOM INYESTMENTS, ministra obrony narodowej w koalicji SLD-PSL, przew. Rady Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, członka Honoro­wego Komitetu Wyborczego Unii Wolności.

– Jerzy Woźnicki – rektor Polit. Warsz., wiceprz. Konferencji Rektorów Akademic­kich Szkół Polskich.

– Bohdan Cywiński: obok Krystyny Kersten, A. Stelmachowskiego, A. Zakrzewskie-go i H. Woźniakowskiego – członek Rady Naukowej Ośrodka Myśli „Polskiej” (o czym oni tam myślą, łatwo się domyślać).

– ks. Prof. Henryk Juros – już omówiony jako członek Studium Generale Europa -kierownik naukowy Studium.

– ks. Andrzej Koprowski S J, jezuita, oddany propagandzie dla UE, członek Rady Programowej Studium Generale Europa na warszawskiej ATK.

– ks. Marek Pieńkowski, dominikanin.

 

1. Przew. Wł. Bartoszewski, członkowie L. Balcerowicz, B. Geremek, AL. Hali, K. Kozłowski, J. Lassota (były pręż. Krakowa), Jan Nowak-Jeziorański, Jacek Saryusz-Wolski, Edward Wende, A. Zakrzewski (z SKL – były min. kultury w rządzie J. Buźka).

2. Wg pisma: „Unia and Polska” z 22 XI 1999 „reprezentuje prawicę!”

3. Kolejny matecznik UW i liberal-komuny.

47

– ks. bp Zdzisław Tranda – zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Reformowanego, były \ prezes Polskiej Rady Ekumenicznej.

– ks. abp Józef Życiński – metropolita lubelski, członek Komitetu Honorowego Ośro­dka Myśli Politycznej obok L. Kołakowskiego, J. Tischnera, prof. Nikolasa Lobkowicza. Ośrodek jest powiązany m.in. z Fundacją Polsko-Niemiecką, dotowaną przez Niemców.

Głównymi rozgrywającymi w imieniu polskiego Episkopatu są znani czterej bisku­pi: abp Józef Życiński, abp Henryk Muszyński, bp Tadeusz Pieronek i bp J. Chrapek.Tylko oni wypowiadają się w mediach we wszystkich sprawach Kościoła. Czy to przypadek, że wszyscy czterej są fanatycznymi entuzjastami naszego „wchodzenia” do UE, a także katolickimi „otwieraczami” Kościoła „zamkniętego”, czyli tradycyjnie wiernego swej 2000-letniej historii?

Bp Tadeusz Pieronek w Warszawie, a także na falach Radia Watykańskiego powiedział:

Nie ma alternatywy dla Unii (…) jeżeli nie do Unii, to gdzie? Wladywostok?

A może, Ekscelencjo – do Izraela? Bliżej, cieplej i Unia Europejska tam nigdy nie wmaszeruje! To pewne jak w Banku Światowym!

Unia to niepodległość pod takim tytułem „GW” w numerze z 30 XI 1999 opubli­kowała zbiorowe oświadczenie, które podpisali m.in. członkowie „Narodowej Rady In­tegracji Europejskiej”: B. Cywiński, L. Kaczyński, J. Kloczowski, Z. Najder, A. Olechowski, J. Reiter, A. Strzembosz, E. Wnuk-Lipiński, J. Woźniakowski.

Ileż trzeba z siebie/wykrzesać cynizmu oraz intelektualnego (nie mówiąc już o mo­ralnym) – zakłamania, żeby złożyć podpis pod czymś tak prymitywnie nieprawdzi­wym, tak surrealistycznie groteskowym!…

Fundacja Szimona Pereca

Założył ja Szimon Perec: były premier rządu Izraela, były przywódca Partii Pracy tego kraju. Ten białoruski Żyd miał burzliwe życie. Urodził się w 1923 roku, a jego obe­cne nazwisko jest wtórne. Wstąpił do paramilitarnej organizacji żydowskiej, był człon­kiem Robotniczej Partii Izraela. W czasie wojny – aresztowany przez Brytyjczyków za nielegalny handel bronią7.

Powołana przezeń Fundacja deklaruje jako oficjalny cel – zalesianie Izraela! Cel to chwalebny dla tego bezleśnego kraiku, ale co ma wspólnego zalesianie Izraela z faktem, że pełniący obowiązki prezydenta RP Aleksander Kwaśniewski jest członkiem Rady Dyrektorów Fundacji, podobnie jak Jan Kulczyk, biznesmen określany jako jeden z 500 najbogatszych ludzi świata?

W styczniu 2000 Perec przybył z oficjalną wizytą do Polski.

Ten polityczny emeryt był podejmowany z niezwykłą pompą2, a jednocześnie z tak silną obstawą „goryli”, jakby był najbardziej w świecie zagrożonym „ViP-em”!

1. W 1994 r. wspólnie z Jasirem Arafatem i Icchakiem Rabinem otrzymał pokojową Nagrodę Nobla.

2. Podejmował go Al. Kwaśniewski, min. spr. zagr. Geremek. Sami swoi…

48

Karykaturalność tej obstawy biła w oczy szczególnie podczas jego pobytu w Kra­kowie. Strzegło go kilkunastu polskich BOR-owców, agenci Mossadu, komandosi w kominiarkach i bronią skierowaną lufami w ludzi wchodzących i zgromadzonych w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyskusja zamieniła się w obraźliwy spektakl bi­cia się w polskie piersi za nasze rzekome winy wobec Żydów. Celowali w tym Marek Siwieć z Kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego oraz prof. Józef Gierowski. Jeszcze bardziej żenująca była postawa lizusowskiej służalczości w ich wypowiedziach. Marek Siwiec nie przegapił okazji do wypomnienia Polakom „pogromu kieleckiego”, jak już niezbicie wiadomo, całkowicie zaaranżowanego przez Żydów z NKWD i UB dla przy­spieszenia emigracj Żydów i zdyskredytowania AK w oczach Zachodu.

Siwiec wypomniał Polakom „marzec 68″ – jak równie dobrze wiadomo – ży­dowską prowokację mającą na celu powrót Żydów do pełni władzy. Siwca interesował też stosunek Pereca do „ekstremistycznych szaleńców”7, jednocześnie chwaląc „nasz” rząd za jego efektowne zwycięstwo nad Kazimierzem Świtoniem, samotnym obrońcą krzyża papieskiego w Oświęcimiu. Prawił z oburzeniem: Jeden szalony człowiek zrobił nam taki ból!

We wrześniu 1997 łajdacko szydził z papieskiego gestu całowania pol­skiej ziemi wspólnie ze swym pobratymcem A. Kwaśniewskim.

Perecowi wyrwało się jednak zdanie – wypisz wymaluj – mogące być sztandaro­wym mottem w obronie opolskiego historyka Dariusza Rataj czaka, który bezstronnie rekapitulował krytycyzm historyków wobec oficjalnych liczb obrazujących żydowski holokaust, zwłaszcza istnienie komór gazowych w niektórych obozach zagłady2.

Perec powiedział bowiem: Nauka jest nieustannym szukaniem prawdy, nawet nieocze­kiwanej… Na to podstawowe prawo, obowiązek i sens każdej pracy naukowej powoływali się obrońcy dr. Ratajczaka i on sam na swoim procesie. Te same jednak prawdy wypowiadane przez szantażowanego historyka z Opola i żydowskiego dygnitarza – oznaczają coś całkiem przeciwnego, w zależności od sytuacji i rangi tych, którzy je wypowiadają.

Co więc porabia Fundacja Sz. Pereca w Polsce? Dlaczego członkiem Rady Dyre­ktorów jest (p-)rezydent Kwaśniewski? Czy motywuje go żydowskie pochodzenie, któ­re mu przypominała prasa, a którego nie dementował, bo i po co? Albo taki Jan Kulczyk: nie interesujmy się jego pochodzeniem, ani nawet piorunująco szybko i z ni­czego zbitym gigantycznym majątkiem – zapytajmy, czy Kulczyka interesuje sadzenie lasów w Izraelu? Tak to bywa z fundacjami i fundatorami…

Fundacja Fulbrighta

Wpływową agenturą indoktrynacji sługusów globalizmujest Fundacja Fulbrigh­ta-3. Powstała w 1946 roku w USA z inicjatywy senatora „demokraty” W. Fulbrighta.

1. Zob.: „Nasz Dziennik”, 21 I 2000.

2. Za co wytoczono mu proces sądowy i wyrzucono z pracy.

3. Jamcs William Fulbright (1905-1995), amerykański polityk, inicjator programu międzynarodowej wymiany stypendystów w ramach założonej przez niego Fundacji. Jej oficjalna nazwa: Fulbright Advanccd Reaserch Awards.

 

49

Oficjalny cel Fundacji był i jest wzruszający – wzajemne poznanie, zrozumienie (polityczny ekumenizm?), zbliżenia między narodami, podniesienie jakości nauki, sy­stemu prawnego, bankowego i finansowego. Cel rzeczywisty, nigdy nie deklarowany, to pozyskiwanie zwolenników globalizmu we wszystkich wymienionych tu dziedzi­nach: zwolenników o różnym stopniu późniejszego służalstwa.

Aby zostać stypendystą Programu Fulbrighta, należy być pracownikiem uczelni lub jej studentem, ale tylko takim, który po studiach zamierza pracować naukowo.

Do 1989 roku typowaniem kandydatów do wyjazdów zajmowała się w Polsce spe­cjalna komisja przy Ministerstwie Edukacji Narodowej. Jak łatwo się domyślić, kandy­dat musiał spełniać „odpowiednie” warunki i oczekiwania. Na gruncie państw bloku sowieckiego, tymi warunkami było „podglądanie” wrogiego obozu kapitalistycznego.

Ta komunistyczna krypto-agenturalna orientacja jest nieco myląca: komunizm był bękartem poczętym i wyhodowanym przez żydowski syjonizm i podległą mu masone­rię, młodszym bratem kapitalizmu, toteż szkolenie ich kompradorów, bez względu na miejsca takich szkoleń i oficjalne ich nazwy – zmierzało do tego samego globalistycz-nego celu. Najlepiej świadcząc tym kariery kilku znanych dziś stypendystów Fulbrig­hta: Włodzimierza Cimoszewicza, Grzegorza Kolodki, Marka Belki, Dariusza Rosatiego, a zwłaszcza najważniejszego z nich – Leszka Balcerowicza. Każdy z nich był „pieszczochem socjalizmu” i określonej nacji: każdy brylował na salonach ponure­go gmaszyska na skrzyżowaniu Nowego Świata i Alej; potem każdy z nich wszedł do elity władców PRL-bis czyli „Polski posierpniowej”. Długa byłaby lista odpowiedzial­nych funkcji państwowych zajmowanych przez tę piątkę ideowych komunistów w tejże „Polsce posierpniowej” – z fatalnym skutkiem dla Polski zwyczajnej, tysiącletniej, bez-przymiotnikowej.

Jak wszędzie tak i tam, miały miejsce nietypowe odstępstwa od oczekiwań, może nawet „zdrady” sponsorów: taki profesor Ryszard Bender, taki profesor Adam Bielą, stypendyści Fulbrighta z czasów komunistycznych, a jednak „serce rośnie” kiedy ich te­raz słuchać i czytać w obronie np. Radia Maryja.

Nie trzeba dodawać, że Fundacja Fulbrighta miała od samego początku orientację zdecydowanie lewicową, prokomunistyczną, była więc pomostem przerzuconym przez Atlantyk między komunizmem praktycznym czyli sowieckim, a krypto-komunizmem amerykańskiego żydostwa.

Po rzekomej „transformacji” komunizmu, w tym polskiego, Fundacja upozorowała zmianę warunków przyznawania stypendiów, ale to nie powinno nikogo, zwłaszcza kandydatów – mylić co do tego samego kierunku indoktrynacji za pieniądze i później­sze awanse. Pierwszym krokiem do ubiegania się o stypendium jest złożenie formularza podobnego jak w przypadku studiów w Georgetown (zob. dalej). Należy przedstawić swój program: co chce się „badać” w USA. Co więcej – musi to być projekt realizowa­ny tylko w USA.

Tak „przywiązany do amerykańskiej ziemi” student i późniejszy absolwent zamie­ni się w cennego posłannika, kompradora globalistów określonej dziedziny w jego ma­cierzystym kraju. W żargonie służb specjalnych całego świata nazywa się takich „agentami wpływu”.

Po spełnieniu warunków wiekowych, takich jak 35 lat dla magistra i 50 lat u dokto­ra, ich „projekty” sprawdza trzech niezależnych recenzentów. Polska dostaje około 30 miejsc.

50

Na każde przypada od 10 do 15 kandydatów. Zrozumiałe: studiować za darmo w USA, potem być nieformalnym „ambasadorem” globalistów w określonej dziedzinie ekonomii, polityki, finansów, to rzecz nęcąca.

Obecnie program działa w ponad 150 krajach. Jego polska filia jest największą w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, co odpowiada randze Polski jako poligonu i bazy wypadowej globalizmu na byłe kraje „post” komunistyczne. Program Fulbrighta stanowi najbardziej prestiżową ofertę wymiany naukowej między USA i Polską, toteż otwiera on bezszelestnie wszystkie drzwi kariery w wybranej dziedzinie.

W ciągu 54 lat, ze „stypendiów” Fulbrighta skorzystało ponad 1600 „polskich” na­ukowców. Użycia cudzysłowu wokół słowa „polskich” nie trzeba wyjaśniać…

Byłoby lekturą wielce pouczającą prześledzenie statystyki nacyjnego pochodzenia tych 1600 absolwentów. Ekskluzywny Tel Awiw, czyli uciecha dla „antysemitów”…

I jeszcze słów kilka o orientacji „ideowo-politycznej” samego Fulbrighta.

Fulbright był jedynym amerykańskim senatorem głosującym przeciwko ustawie o przeciwdziałaniu infiltracji komunistycznej w USA7. Nadto, Fulbright protestował przeciwko amerykańskiemu zaangażowaniu militarnemu w Indochinach, mającemu położyć tamę inwazji komunizmu w tym rejonie świata. To chyba wystarczająca reko­mendacja i wizytówka twórcy Fundacji.

Ponurym przykładem skutków indoktrynacji takich euro-folksdoj czy jest osławio­ny Leszek Balcerowicz, stypendysta Fulbrighta, niegdyś partyjny politruk PZPR, główny niszczyciel gospodarki i budżetu Polski, zarazem szef „Unii Wolności”2. Obse­rwatorzy jego niszczycielskiej roboty nazywają ją naiwnie lub z hipokryzji „polityką błędną”, wynikającą jakoby z jego „fanatycznego monetaryzmu”. Wynika to nie z „błędów” lecz z posłusznie realizowanej nakazanej mu przez oligarchię polityki go­spodarczej. Zmierza ona do obezwładnienia państwa polskiego u samych jego podstaw, jakimi są jego finanse, budżet, gospodarka, eksport.

Chodzi o zniszczenie budżetu pań­stwa, o jego zapaść, o uniemożliwienie realizacji podstawowych funkcji państwa, jaki­mi jest finansowanie zdrowia, nauki, ubezpieczeń społecznych i kluczowych gałęzi gospodarki o strategicznym charakterze. W tej niszczycielskiej robocie „nasz” „Balcerescu” nie popełniał błędów, im bowiem głębsza zapaść gospodarcza, im mniejszy budżet, im większy jego deficyt – tym mniejsze stają się racje uzasadniające potrzebę istnienia państwa.

Taka jest strategia globalistycznego neo-kolonializmu zmierzającego do anihilacji państw narodowych – warunku tworzenia światowego superpaństwa, Jednego Rządu Światowego.

W tej niszczycielskiej robocie wspierała „naszego” Balcerowicza sitwa innych zdrajców polskiej suwerenności, także kształconych w tym kierunku na zachodnich uczelniach. Skończenie jasno wyłożył to credo globalistów członek Bilderberg Group -Andrzej Olechowski. W swojej książczynie Wygrać przyszłość, rozpoczynającej jego kandydowanie do stanowiska prezydenta z nadania globalnej sitwy, Olechowski po­uczał:

1. Autorem projektu ustawy był senator McCarthy.

2. Niekiedy nazywanej „Żydunią Wolności”…

57

 

Już dziś obywatele konsekwentnie zmniejszają zakres jego (tzn. polskiego państwa- H.P.) odpowiedzialności. Globalizacja pogłębi te tenden­cje, ograniczając dochody tego państwa i jego zdolność do prowadzenia polityki.

Dokładnie realizował te dyrektywę faraonów geopolityki ktoś taki jak wicepre­mier – min. finansów L. Balcerowicz.

Tak rozpoznając niszczycielską działalność Balcerowiczów i Olechowskich, trzeba włożyć między bajki rzekomą „błędność” całego zwartego ciągu jego decyzji finanso­wych i gospodarczych. Właśnie również gospodarczych, bowiem Balcerowicz był nie­formalnym premierem, nie tylko ministrem finansów i szefem „Żydunii Wolności”. Premier – figurant J. Buzek jedynie firmował swoim oficjalnym stanowiskiem tę nisz­czycielską misję zdrady narodowej.

Dlatego błędem jest przypisywanie „błędów” polityce finansowej Balcerowicza. Wie on jak niszczyć finanse, gospodarkę i tym samym budżet państwa – tę zbrojną ar­mię każdego państwa w warunkach pokoju. Czynił to świadomie, z maestrią, konsek­wentnie.

Przywołajmy jeden tylko przypadek tej dywersji, tego jawnego sabotażu. Oto Indie złożyły w zakładach Bumar – Łabędy zamówienie na zakup 40 wozów pancernych. Kontrakt stwarzał szansę reanimacji dogorywającego Bumaru – Łabędy. Indie przysłały na konto Banku Handlowego 10 milionów dolarów tytułem zaliczki. Bank zablokował tę kwotę i wystąpił do Ministerstwa Finansów o gwarancję dla tego kontraktu.

I oto „Balcerescu” odmówił takich gwarancji!

Taki postępek nawet dla wszechwładnego „Balcerescu” był krokiem ryzykownym, stanowił bowiem jawny akt sabotażu gospodarczego. A jednak musiał tak postąpić. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: nie mógł przedłużać agonii budżetu o kilka milionów dolarów. Mógłby ten błąd zaszkodzić jego niszczycielskiej misji nakazanej przez euro-kratów brukselskich.

Szkolenie eurofolksdojczy

Zniewalani zniewolą się rękami samych zniewalanych. Taka jest strategia i ta­ktyka eurofolksdojczy. Zdrajcy, kolaboranci i karierowicze niemal zawsze decydowali o końcowym sukcesie agresora. Jeżeli nie stawali się jego żołdakami, to przechodzili na jego żołd w administracyjnym aparacie terroru.

Sługusów, kompradorów, karierowiczów, jawnych zdrajców szkoli się obecnie w atrakcyjnych formułach „studiów”. Przygotowują ich tam do przyszłych zadań pod nazwami szkół, instytutów, uczelni, „ośrodków badawczych”.

George Soros – założyciel i kasjer Fundacji im. Batorego, otwarcie wyłożył ten program produkcji służalców w swojej książce: Soros on Soros. Chodzi o:

(…) stworzenie międzynarodowej siatki, której celem będzie skom­puteryzowana baza danych, zezwalająca zachodnim stowarzyszeniom na wyszukanie kandydatów, którzy im odpowiadają.

52

Dokładnie tak właśnie: stworzenie międzynarodowej siatki kompradorów, ka­rierowiczów, zdrajców gotowych na wszystko sprzedawczyków wypranych z poczu­cia lojalności wobec własnego narodu — bo już nie państwa — to przestanie istnieć wcześniej. Po stosownym przeszkoleniu, po dokładnym „wypraniu” ich mózgów będą zasiadać- i już od 1990 roku zasiadają w Polsce – w decyzyjnych ogniwach władzy, ad­ministracji, przemyśle, bankowości, edukacji, kulturze. Reprezentuj ą u swych mocoda­wców „Polskę”. Z obowiązkowo niebieskimi kołnierzami koszul pod brodą, przemawiają do nas z ekranów telewizorów i szpalt polskojęzycznych gadzinówek to­nem wtajemniczonych mediumistów, depozytariuszy prawd objawionych, niepodważa­lnych, jedynie słusznych.

Obecny etap, to kasacja państwa polskiego, grabież resztek jego majątku. W planie duchowym-niszczenie świadomości narodowej, zwłaszcza pokolenia młodzieży szko­lnej7.

Rodzina jednego z takich karierowiczów, zaskoczona postępami jego indoktryna­cji, a także awansami na salonach „polskich” eurofanatyków, zastrzegając sobie dyskre­cję nazwiska, udostępniła mi program takiego szkolenia – plik dokumentów zawierających: zaproszenie do „stowarzyszenia”, warunki przyjęcia na zagraniczne „studia” podyplomowe, program tych „studiów” i opis świetlanej przyszłości cze­kającej go po ukończeniu szkolenia.

Jak zwykle, nazwa uczelni jest niewinna i wcale nie utajniona. To „East Central European Scholarschip Program”, Academy for Intercultural Training. W skrócie:

ECESP.

Siedziba – uniwersytet Georgetown2. Zaproszenie na studia podpisała Magdalena Potocka.

Na kolorowym prospekcie reklamującym tę „School” z napisem: „Welcome to Sanger” (Witamy w Sanger), widnieją logo masońskich organizacji. Wymieńmy dwie z nich:

– Rotary Club;

– Wielka Loża (Grand Lodge) Nowego Jorku.

Masońskie logo Grand Lodge New York nie pozostawia złudzeń – cyrkiel i kątownica, w środku litera „G”3.

Powróćmy do ECESP. W piśmie przewodnim podpisanym przez przewod­niczącego tego „stowarzyszenia” – dr. Harolda Bradley’a S.J. oraz przez dr Marię Pry-shlak – dyrektora ECESP, czytamy:

Z przyjemnością informujemy, że został pan tymczasowo przyjęty do uczestnictwa w programie stypendialnym ECESP. Pańskie przyjęcie jest uwarunkowane zdaniem wymaganego egzaminu medycznego i pańskim upoważnieniem na wizę.

1. Dziś, kiedy to pisze — 24 listopada 1999 roku, telewizyjne „Wiadomości” podały radośnie, że w bieżącym roku dwa tysiące studentów wyjechały na pobyty „integracyjne” do państw Unii, a w 2000 roku wyjedzie 3000. Unia daje na tę propagandę 1,5 min ecu.

2. Zainteresowanym awansem do grona „niebieskich mundurków” podaję adres: Post Office Box 2298, Hoya Station, Washington DC 20057 – 1011, fax: 202-338-0608.

3. W książce: Bestie końca cwsu (Wyd. Retro 2000) zamieściłem zbiorową fotografię Wielkich Mistrzów Grand Lodge’s z okazji ich światowego zjazdu w 1988 roku.

 

53

ECESP jest programem nauczania przeznaczo­nym dla Węgrów i Polaków, aby rozwinęli silny, prywatny i skierowany na rynek, sektor rolniczy’ i przywrócili demokratyczne procesy polity­czne.

ECESP odpowiada na mandat Kongresu Stanów Zjednoczonych w pomocy ludziom Wschodniej Europy w przejściu do demokratycznych, rynkowych realiów politycznych i ekonomicznych. Program jest sponso­rowany przez Amerykańską Agencję do Spraw Rozwoju Międzyna­rodowego i zarządzany przez uniwersytet w Georgetown.

Jeżeli Pan skorzysta z tej okazji, będzie przebywał w USA przez 24 miesiące. W trakcie tego zamieszkasz w społeczności, gdzie znajduje się pańska uczelnia.

Jest Pan przyjęty, ponieważ ma pan zdolności przywódcze, wiedzę i techniczne zdolności. Zostanie Pan przygotowany podczas pobytu w USA do aktywnego kierowania społecznością w jej politycznych i eko­nomicznych przemianach.

Proszę myśleć o tym stypendium jako o partnerstwie. ECESP dostar­cza wiedzę i przeżycia, które wzbogacą twoją samowiedzę i osobisty roz­wój w miarę jak nabywasz zdolności zawodowe, doświadczasz demokratyczną kulturę i uczęszczasz na zajęcia akademickie. W zamian oczekujemy od Pana, że przyłoży się Pan do studiów, zaangażuje się Pan w miasteczku akademickim i zajęciach jego społeczności i rozwinie Pan zdolności przywódcze (…)

Dwudziestoczteromiesięczny program stypendialny i praktycznej na­uki w Community Colleges w Stanach Zjednoczonych, zaczyna się we wrześniu 1990 roku.

Stypendium uprawnia uczestnika do przelotów samolotem tam i z powrotem ze stolicy swego kraju. Podczas 24-miesięcznych studiów otrzyma w ramach stypendium następujące świadczenia:

– opłacone nauczanie w instytucie

– książki i wyposażenie w instytucie

– pokój, wyżywienie

– opiekę zdrowotną w ramach amerykańskiej Agencji dla Programu Rozwoju Mię­dzynarodowego – HAC

– miesięczny zasiłek na osobiste wydatki i lokalne przejazdy do miejsca studiów.

Ten sam Georgetown zaprasza do studiów w Kings River Community College oraz w California State University, Fresno City College, Fresno Pacific (Chństian) College i oczywiście wspomnianej Sanger High School.

Nasz bohater i kandydat na przywódcę społeczności był wtedy posłem PSL, otrzy­mał zaproszenie do studiów o kierunku rolnym, dwa łata później miał zaproszenie do Uniwersytetu Nevada w Kalifornii: na blankiecie „International Friends”, dyrektor Patric Wall wita go z radością i deklaruje wszelką pomoc. A oto wizytówka prezydenta Plastro Irrigation Inc. – T. Sansaniego. Na wizytówce widnieje logo z nieodłącznym masońskim cyrklem…

 

l. Tenże kandydat byt postem PSL! 54

Do wszystkich tych zaproszeń i dokumentów dołączono Statut Stowarzyszenia Absolwentów i StudentówProgramu Studiów dla Europy Środkowo-Wschodniej.

Warto by wiedzieć, ile kosztuje amerykańskiego podatnika takie dwuletnie „ładowanie akumulatorów” upatrzonych kandydatów na „przywódców” krajów Europy Środkowo-Wschodniej, krajów złaknionych demokracji politycznej, ekonomicznej i kulturowej w stylu brygad Sorosa?

Rocznie – chyba nie mniej niż 60 000 dolarów. Cały cykl – 120 OOO? Ale to się opłaci. Obydwu stronom. Tym co dają i tym co biorą. Najskuteczniej działają jednak fundacje. Ta forma kreowania sprzedajnych elit posiada długą historię i znakomite w tym sukcesy. Do wiadomości i świadomości publi­cznej docierają szczątkowe informacje o tych najgłośniejszych, prestiżowych, ale wspierają je liczne „fundacje” specjalistyczne, nakierowane na „wybieranie” przyszłych euro-folksdojczy z wybranych specjalności, grup społecznych, zawodo­wych, zwłaszcza młodych.

Do takich należy m.in. znana tylko z prospektów reklamo­wych rozwieszanych przed dziekanatami wyższych uczelni Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej7. Kusi ona ludzi młodych, z granicą wieku do 35 lat, wyróżniających się ambi­cjami naukowymi potwierdzonymi już znaczącymi osiągnięciami, publikacjami a na­wet patentami. Fundacja dysponuje znaczącymi funduszami firmowanymi-przez PAN, ale z pewnością pachnącymi pieniędzmi Sorosa i innych zagranicznych fundacji. Jak w każdej takiej fundacji, rekrutacja odbywa się poprzez „zaproszenie”, a nie konkurs osiągnięć czy inne obiektywne walory kandydata. W prospekcie reklamowym rozstrzy­ga o przyjęciu kandydata dość niewinnie brzmiący warunek: przedłożenie listu od in­stytucji zagranicznej wyrażającej zgodę na pobyt naukowy u niej. Jak przeciętny nieprzeciętny może przekonać ową „instytucję” o potrzebie zaproszenie jego, a nie ko­goś innego? Kiedyś na takie studia jechali synale bonzów partyjnych, przesiani przez SB.

Po 1989 roku rozstrzyga pochodzenie nacyjne – czego nie trzeba szerzej rozwijać ani uzasadniać…

Eurofolksdojcze w roli eurolgarzy

Prezydent Włoch Cario Ciampi wystąpił w marcu 2000 r. przed polskojęzycznym „Kne-Sejmem”. Jego przemówienie, zdobne w ordynarne kłamstwa i propagandowe agitki, knesejmici przyjmowali z niebywałym entuzjazmem.

Czym ich wprawił w taką euforię włoski prezydent?

l. Siedziba: Warszawa, ul. Grażyny 11.

55

Na wstępie wyłożył „kawę na ławę” oświadczając, że Europa jest czymś więcej niż przymierzem państw. Stała się zalążkiem państwa federalnego, które jest stopniowo spajane (spawane? – H.P.) przez wspólnotę wyznawanych wartości i zasad.

Nie musiał rozwijać swojego rozumienia owych wspólnie wyznawanych wartości. Mówił do pojętnych uczniów, którzy już od szeregu lat przekuwają w czyn dyrektywy eurokratów, strojne w podobne frazesy. Przypomnijmy jednak te wspólnie wyznawane wartości i zasady:

bezdyskusyjne wykonywanie dyktatu eurofaszystów z Brukseli i Strasburga;

– kasacja chrześcijaństwa Europy w ramach masońskiego „ekumenizmu”;

– kasacja państw narodowych.

Niewielu knesejmitów zwróciło wtedy uwagę na fakt, że przemawiając do nich jako prezydent Włoch, Carlo Ciampi zupełnie marginalnie potraktował stosunki polsko-włoskie. Zaistniała przecież pryncypialna okazja do omówienia dwustronnych sto­sunków państwowych. Ciampi uznał je za nieistotne, chwilowe na etapie przechodzenia Europy do totalitarnego beznarodowego kołchozu państw. Przemawiał jako euro-folksdojcz wiosko języczny do eurofolksdojczy polskojęzycznych, stanowiących w pol­skojęzycznym „Kne-Sejmie” zdecydowaną większość. Całą swój ą werbalną kazuistykę podporządkował wychwalaniu paneuropeizmu – tworzeniu utopijnego potwora w po­staci jednego państwa europejskiego.

Knesejmici nie przestawali bić brawo nawet w chwilach, kiedy Ciampi wybijał im z głów ich ukochany termin rozpadu Polski, obiecany przez prezydenta Francji Jacque-sa Chiraca i kanclerza Niemiec Helmuta Konia – już na 2000 rok. Ten magiczny rok nastał, a Unia jeszcze nic wkroczyła do Polski.

56

W zamian za to usłyszeli, że będzie najlepiej, jeżeli pokornie wyzbędą się suweren­ności. Jaka była reakcja knesejmitów na te słowa? Odpowiedzią była owacja! Sanhe­dryn zdrajców zaklaskał ponure milczenie kilkudziesięciu uczciwych posłów.

Ten nikczemnik postawiony w roli prezydenta Włoch pozwolił sobie na kpinę z fa­któw i ordynarne szyderstwo z zasad logiki. Powiedział:

 

Po raz pierwszy w historii, zaplanowana rezygnacja z aspektów suwerenności państwa jest gwarancją wolności.

Zlikwidować suwerenność aby stać się suwerennym; zabić wolność aby żyć w wol­ności. W zamian za mord na suwerenności państw i wolności jednostek, Ciampi rzucił im ochłap w postaci zbiorowej suwerenności. Te same kłamstwa w innych sytuacjach powtarzaj ą polscy eurofolksdojcze, m.in. J. Buzek: tracąc suwerenność, staniemy się suwerenni.

Otrzymamy w darze od eurofaszystów substytuty suwerenności, jak np. „euro­pejską konstytucję”. Jej podstawą będzie istniejąca Karta Podstawowych Praw. Jej za­sady – prawił Ciampi – dążą do zapewnienie wspólnego wymiaru wartości, które nas łączą. Karta Podstawowych Praw, to zbawienny początek konstytucjonalizacji Europy szydził dalej Ciampi z polskojęzycznych „użytecznych durniów” eurokomunizmu, a ci bili brawo jak niegdyś podczas przemówień Jaruzelskiego. I nikt z sali nie odważył się – wzorem Chruszczowa na posiedzeniu ONZ, kiedy mu przerywano – zdjąć but i waląc nim w pulpit przerwać Ciampiemu ten obelżywy bełkot i przypomnieć Cia-mpiemu i wszystkim knesejmitom, że państwa europejskie posiadają ponad dwu-wtkwwĄ tYady^i^ kftnstytetjftnatomu \ mi ptATT^yn^ ^umtylxkt)OWaTAz’m’n neofaszystowskiego.

Ciampi nazywał to wszystko szlachetnością wizji. Szlachetność w ustach włoskie­go pomywacza brukselskich popłuczyn doskonale wpisywała się w „szlachetność” pol­skojęzycznych knesejmitów. Było hucznie, frenetycznie, entuzjastycznie i miło jak na zjazdach PZPR, KPZR, a jeszcze wcześniej -podczas przemówień Goebbelsa w Sport-Paltz, kiedy proklamował wojnę totalną z narodami uzyskującymi przewagę militarną na frontach.

Jakże przy tym wymowne, że polscy eurofolksdojcze usytuowani na wszystkich polach i skrzydłach tzw. „sceny politycznej” w Polsce, przemawiają jednym głosem, tymi samymi frazesami, jakimi posługują się ich treserzy z Brukseli. Wszyscy są zara­żeni chorobą zwaną „brukselozą”, wszyscy też rozsiewają tę samą infekcję kłamliwego entuzjazmu w sprawie, która uczciwych Polaków napawa przerażeniem.

Oto Maciej Plażyński, marszałek „Kne-Sejmu”, jeden ze współzałożycieli prounijnej agentury pod nazwą Akcji Wyborczej „Solidarność”, obecnie pupil „Gazety Wybor­czej” i „Wprost”, gdzie jego „nauczanie” promuje się z namaszczeniem: Płażyński w „Gazecie Wyborczej” z 18-19 marca 2000 w sążnistym artykule ponaglającym Pola­ków do „integracji” z eurokołchozem, powołał się na te same komunały, jakimi tryskał Ciampi w „Kne-Sejmie”.

 

Niezbędna jest integracja szybka, bez zbędnych opóźnień, a równo­cześnie z otwartymi oczyma — ze świadomością wspólnoty wartości (,„)

„GW” opublikowała to w półmilionowym nakładzie sobotnio-niedzielnego wyda­nia, zaledwie kilka dni po potężnie nagłośnionym w żydoniemieckich mediach, spotkaniu prezydentów w Gnieźnie.

57

Na zakończenie zlotu wydali oni tzw. „Gnieźnieńskie Orędzie Milenijne”. Chodziło o tysiąclecie spotkania cesarza Ottona z Bolesławem Chrobrym. Cesarz (pardon – prezydent) Niemiec Johannes Rau powiedział w Gnieźnie coś, co jest także odwołaniem się do wspólnych wartości Ciampiego, Płażyńskiego i le­gionu im podobnych papug globalizmu:

Dziś, w odróżnieniu od chrześcijańskich wartości, które połączyły Europę przed tysiącem lat, trzeba poszukać nowej, pozareligijnej konce­pcji wspólnoty, uwzględniającej dialog różnych kultur i religii, jaki ma miejsce na naszym kontynencie.

Była to odpowiedź cesarza wielkiego mocarstwa na głośno wyrażone tam wątpli­wości prezydenta maciupeńkiej Litwy. Litwin pozwolił sobie odważnie wyrazić wątpli­wość, czy Unię Europejską łączą te same wartości.

Takich wątpliwości nie miał Al. Kwaśniewski. Johannes Rau mówiąc o koncepcji uwzględniającej dialog różnych kultur i religii, jakie mają miejsce na naszym kontynen­cie, pozwolił sobie na kilka zuchwalstw w tej jednej krótkiej zbitce słownej. Po pier­wsze – zapomniał albo nie wie, że Europa jest kontynentem chrześcijańskim:

katolickim, protestanckim i prawosławnym. W jej geograficznych granicach znajdują się enklawy innych religii, takich jak islam i judaizm, lecz są one geograficznie i wy­znaniowe marginalne na tymże kontynencie.

Po drugie, Johannes Rau okazał cesarską butę i zuchwałość jako gość w kraju ka­tolickim, brutalnie wyrzucając za burtę katolickość goszczącego go narodu pol­skiego.

Po trzecie, te jego pozareligijne koncepcje wspólnoty są koncepcjami ateizmu, gnozy, kabały, satanizmu, magii, całej tej anty cywilizacyjnej ideologii New Agę, słowem – masonerii7. Są to ideały brutalnej, totalnej wojny z chrześcijaństwem, dlate­go Rau wolał obrazić Polaków, niż choćby werbalnie powstrzymać się od osten­tacyjnego odrzucenia chrześcijaństwa, które „Zjednoczona Europa” miażdży niczym walec drogowy.

Zbiegowisku w Gnieźnie od początku do końca patronowała polskojęzyczna i eu­ropejska masoneria. Dowodem tego są dwie pamiątki wybite dla uczczenia tego spędu.

Pierwsza z nich, to medal pamiątkowy. Niewielu Polaków dostrzeże na nim ele­menty z klasyki masońskiej:

– głowy cesarza Ottona i Bolesława Chrobrego przedziela i zwieńcza masoński cyrkiel i kątownica;

– dłonie Ottona i Bolesława są ułożone w typowym geście masońskim – palce wypro­stowane.

Druga pamiątka, to miniatura dzwonu odlanego przez firmę Marinelli. Mamy tam masońskie kolumny zwieńczone trójkątem, w środku trójkąta masońskie wszystko-widzące oko.

W obydwu tych „pamiątkach” nie ma żadnych odniesień do chrześcijaństwa. Żadnego zarysu krzyża, choć byli to władcy chrześcijańscy, a chrześcijaństwo było istotnym spoiwem tego spotkania, przymierza dwóch europejskich mocarzy.

 

l. Obszernie przedstawiłem inwazję tego neopogańskiego antykatolicyzmu w książce: Bestie końca czasu.

58

Nie ma, bo być nie mogło. Zjazd masonów nie mógł wyzbyć się swojej symboliki na dwóch pamiątkowych odlewach.

A jednocześnie ten masoński konwektykl odbywał się niejako pod auspicjami chrześcijańskimi. Posiadał bogatą oprawę ekumeniczno-protestancko-katolicką. „Ce­sarz” Johannes Rau brutalnie i ostentacyjnie odrzucił istotę spotkania sprzed tysiąca lat, które to spotkanie oni sparodiowali, wręcz zbezcześcili. Gdyby Otto i Bolesław wstali wtedy z grobów, niechybnie wysialiby drużynę wojów, aby rozpędzili tych błaznów na cztery wiatry. Ale „podwiązywania się” pod ważkie wydarzenia historyczne, ich cyniczne małpowanie, to ich specjalność. Tak właśnie kompromitował siebie i piasto­wany urząd premier Buzek, małpując słynne zaślubiny z Bałtykiem generała J. Hallera i jego wojska. Poseł Jan Łopuszański w swoim wystąpieniu w „Kne-Sejmie” powiedział z goryczą, że gdyby gen. Haller wstał z grobu, to by postawił pod ścianą tych, którzy niszczą Polskę i naigrawająsię z symboli odrodzenia Polski po rozbiorach.

Przemawiając w „Kne-Sejmie” (29 kwietnia 2000) w związku z projektem uchwały na 1OOO-lecie zjazdu gnieźnieńskiego, poseł J. Łopuszański obnażył cyniczną manipulację eurofałszerzy historii. Przypomniał, że Otton III podczas biesiady ofiaro­wał Bolesławowi własną przepaskę patrycjusza rzymskiego, co oznaczało uznanie równości i partnerstwa obydwu władców wobec siebie. Obaj byli przyjaciółmi z młodości św. Wojciecha, biskupa. Tymczasem „cesarz” Rau ostentacyjnie odrzucał chrześcijańskie źródła tamtego wydarzenia. Następca Ottona III Henryk, powrócił do polityki antypolskiego hegemonizmu, toteż koronacja Bolesława Chrobrego dokona­na 25 lat po Synodzie Gnieźnieńskim, była możliwa tylko dzięki zdecydowanemu oporowi przeciwko germanizacji, wasalizacji Polski. Był to opór stawiany w cięż­kich bojach obronnych. Koronę Polska przyjmowała z rąk papieża, który koronował ta­kże głowy cesarskie. W związku z tymi historycznymi faktami znanymi uczniom szkół podstawowych, poseł Łopuszański pytał:

(…) godzi się postawić pytanie o intencje przywódców współczesnych Niemiec: który polityk chce realizować wobec Polski politykę Ottona czy politykę Henryka? Godzi się postawić to pytanie spokojnie, bardzo zdecy­dowanie, aby jutro nie okazało się, że Wehrmacht został zastąpiony Deutsche Bankiem, armaty marką czy euro, a cele niemieckiej polityki nie uległy zmianie (…) Na użytek tych zamiarów tworzone są doktryny o przeżyciu się państw narodowych oraz o nieuniknionym zaniku naro­dów w przyszłym społeczeństwie globalnym.

Biskupi polscy milczeli w Gnieźnie. Kiedyś odprawili siedmioosobową pielgrzym­kę do masońskiej Brukseli – wrogiego chrześcijaństwu bastionu żydomasonerii i globa-lizmu. Po powrocie rozgłaszali z powagą, że po „wejściu” Polski do Europy, czyli Unii germano-brukselskiej, polski katolicyzm będzie tam miał ważną misję krzewienia war­tości chrześcijańskich. Cesarz Johannes Rau wymierzył im w Gnieźnie siarczysty poli­czek: won z chrześcijańskimi wartościami w „Europie Zjednoczonej”!

Biskupi po chrześcijańsku zmilczeli obelgę i nadstawili drugi policzek – do kolej­nej okazji.

59

Eurofolksdojcze w koloratkach

Mamy kilku polskojęzycznych duchownych „etatowo” odrabiających nakazane im zadania na rzecz europropagandy, a przeciwko polskiemu katolickiemu narodowi, któ­rego powinni bronić choćby z racji swego posłannictwa. Tego nie czynią, są bowiem eurofolksdojczami. Tego nie czynią, są bowiem eurolgarzami obojętnymi na los wyni­szczanego narodu, którego język i katolickie obyczaje przyszło im poznać na studiach. Zatrzymajmy się przy trzech z nich, choć jest ich nieporównanie więcej. Zacznijmy od rektora Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie – biskupa Ta­deusza Pieronka. Był on przez kilka lat sekretarzem Konferencji Episkopatu Polski. Z tej pozycji wypowiadał się niczym książę polskiego duchowieństwa we wszystkich sprawach politycznych i społecznych. W audycji radiowej’ pozwolił sobie na kilka gro­teskowych absurdów podporządkowanych jednemu celowi – dyskredytacji oponentów wyniszczania gospodarki i suwerenności Polski, forsowaniu kłamliwego obrazu skut­ków tego wyniszczania. Absurd pierwszy:

To jest – wielka reforma państwa i za to trzeba być wdzięcznym rządowi (…) dzisiaj, gdy reformy są podjęte, protesty przeciwko tym reformom wypływają z zazdrości, ze są wprowadzane.

Biskup T. Pieronek mówił zwłaszcza o gwałtownych protestach rolników przeciw­ko wyniszczaniu ich gospodarstw, pogrążaniu ich w nędzy i beznadziei. Ten absurd w randze idiotyzmu oznacza bowiem, że rolnicy protestuj ą przeciwko temu, że ich sytu­acja rzekomo się poprawia, chcą więc aby się pogarszała, etc., itd. Ogarnia ich zazdrość, że reformy są wprowadzane i że oni na tych reformach skorzystają, ale rye chcą skorzy­stać, pożera ich bowiem jakaś diaboliczna zazdrość, niszczycielski masochizm, autode-stmkcja, postawa oznaczająca jakieś psychiczne aberracje!

Biskup T. Pieronek oczywiście nie wyjaśnia, dlaczego powinniśmy być wdzięczni rządowi za to, że doprowadził polską gospodarkę do ruiny, a wiele milionów Pola­ków, zwłaszcza rolników, do skrajnej nędzy i desperacji.

Drugi kłamliwy absurd biskupa Pieronka uściśla kierunek ataku i tych faryzejskich przeinaczeń:

Metoda przyjęta przez protestujących rolników jest mniej więcej taka:

jeśli mnie bolą zęby, to wybiję zęby komuś innemu. Jeśli wybieramy w przedstawicielski sposób swoje przedstawicielstwo, to należy dać szansę na przeprowadzenie reform. Tej szansy rolnicy rządowi w ogóle nie dali. Nie wykluczam, że rząd popełnił błąd, ale stawianie państwa pod pistole­tem, paraliżowanie gospodarki i utrudnianie życia wszystkim obywat­lom, to zwykły szantaż2.

 

1. 26 stycznia 1999 roku o godz. 8°°. Zob.: Jan Marszałek: Samoobrona w walce z okupantem Polski. Polska Oficyna Wydawnicza (POW 1999), s. 220.

2. „Gazeta Wyborcza”, 4 lutego 1999. Z. J. Marszałek, op. cit, s. 221. Stalinowscy politrucy tymi samymi słowami gromili „warchołów” poznańskiego Czerwca ’56 i Grudnia ’70. Okazuje się z tej wypowiedzi, że to nie rządy eurofolksdojczy „paraliżują gospodarkę”, tylko zazdrośni rolnicy!

60

Biskup Pieronek powiada, że rolnicy wybrali w przedstawicielski sposób swoje „przedstawicielstwo”. Czy wybierali ich śmiertelnego wroga – Balcerowicza? Czy wy­bierali niszczycieli rolnictwa i przemysłu – Lewandowskiego, Kaczmarka, Wąsacza – kolejnych ministrów wywłaszczania Narodu, w tym zwłaszcza rolników? Nie – ich wybrała sitwa, która dzięki manipulacjom propagandowym, dzięki posiadaniu nieogra­niczonego dostępu do żydo-mediów, doprowadziła do zwycięstwa bloku zdrajców spod znaku tzw. Akcji Wyborczej „Solidarność”, tak zwanej „Unii Wolności” i tak zwanej „demokracji”.

Dzięki pieniądzom, wpływom, posiadanym mediom, całkowicie opanowali scenę polityczną, w tym wyborczą, nie dając Narodowi możliwości wyboru pomiędzy zdraj-;ami a narodowcami. Miliony Polaków poszły głosować na zdrajców: skreślając pol­skojęzycznego zdrajcę o jednym nazwisku, głosowano na polskojęzycznego zdrajcę o innym, często przedtem zmienionym. Nie istniał pozytywny wybór. Wszystko zostało rozstrzygnięte na etapie listy kandydatów i listy partii dopusz­czonych wcześniej do władzy. Biskup Pieronek wie o tym doskonale – to przecież wie­rna powtórka z czasów żydo-komuny. Głosowaliśmy albo na PZPR, albo na ZSL lub SD – wszędzie na ludzi wyznaczonych przez Biuro Polityczne KC PZPR.

Gdyby w czasach Gierków i Jaruzelskich biskup Pieronek był sekretarzem Episkopatu lub re­ktorem Akademii Teologii Katolickiej, i gdyby rolnikom przyszła wtedy samobójcza ;hęć blokowania dróg, to biskup Pieronek zapewne powołałby się na ten sam jego „ar­gument” – wybraliście swoich przedstawicieli, a teraz niszczycie swój wolny wybór!

Tak oto polskojęzyczny duchowny wypowiada się w kwestiach politycznych ; agresywnością sekretarza KC PZPR, tonem nie znoszącym sprzeciwu, głosem głuchym na rzeczywistość faktów.

Kolejny polskojęzyczny manipulant i kłamca w sferze tragicznej polskiej rze-;zywistości, to metropolita lubelski abp Józef Życiński. To ulubieniec „Gazety Wybor­nej”, stały „autorytet polityczny” „Tygodnika Powszechnego” — szyderczo lazywanego przez Polaków dodatkiem tygodniowym do „Gazety Wyborczej”. „GW” :4 lutego 1999 roku zamieściła streszczenie homilii J. Życińskiego: Hochsztapler biedna wieś1. Ręce opadają każdemu katolikowi, kiedy słuchał a potem czytał ten stek obelg i kłamstw.

Z jednej strony biedna wieś, która nie ma gdzie sprzedać produktów, z drugiej pewien typ hochsztaplera (kułaka? – H.P.), który sądzi, że jeśli ma tupet i silę przebicia, to wszystko sobie załatwi. Gdyby tak zachowywała się Matka Boska, to od razu wystawilibyśmy Panu Bogu rachunek. Za to, że po pierwsze – musi rodzić w podróży do Betlejem, po drugie, że nie załatwił porządnego hotelu w luksusowych warunkach, tylko stajnię. Nie­którzy z naszych rodaków potrafią się urządzać. Na każdy etap mają osobną maseczkę, osobne poglądy i zasady2.

Chodziło o Andrzeja Leppera, rolnika zapędzonego w niebotyczne długi przez irzestępcze podniesienie odsetek za kredyty do około 40 procent w skali miesiąca.

Wygłoszoncj w siedzibie świdnickiego starostwa, podczas uroczystego „opłatka”.

Abp Życiński powinien był napomknąć o „maseczkach” swych pupilów:

Geremka, Michnika, Balcerowicza, Kiironia czy Mazowieckiego.

61

Lepper podjął wyzwanie. Przez następne lata aktywnie mobilizował rolników do walki ze zdrajcami i dywersantami usadowionymi na szczytach władzy. Zwarły się przeciwko niemu szeregi sitwy. Nie zabrakło w nich bp. T. Pieronka i abp. J. Życińskiego.

 

Oto zbitka nikczemności zawartych w tej błotnistej pigule rzuconej przez abp. Życińskiego przeciwko nie tyle Lepperowi, co przeciwko wszystkim tym, którzy ośmielają się aktywnie sprzeciwiać ekonomicznemu holokaustowi popełnianemu przez okupantów Polski „posierpniowej”:

– Nie wymieniony z nazwiska A. Lepper to hochsztapler, który sobie wszystko załatwi,

Wieś ma siedzieć cicho i cierpieć w milczeniu;

– Biskup – agitator balcero- rządów nie interesuje się biedą wsi; powodami tego, że nie ma gdzie sprzedać produktów. Dla niego przestępstwem jest sam fakt samoobrony, protestu, sprzeciwu;

– Biskup agitator niemal blużnierczo manipuluje przykładem Matki Boskiej rodzącej w stajni;

– Odwołując się do zgrzebnych warunków połogu Matki Boskiej – nie zważa na blużniercze nadużywanie autorytetu Matki Boskiej: blużniercze bo nie mające żadnego związku ze sprawą społeczno-polityczną, której ów agitator jest agresywnym chwalcą.

Arcybiskup J. Życiński wynalazł dość osobliwe pocieszenie dla znękanych biedą rolników. Tym pocieszeniem jest wymagane przezeń posłuszne akceptowanie wszy­stkiego, co z nimi wyprawiała sitwa balcero-buzków zainstalowanych w Polsce przez niszczycielski globalizm. Arcybiskup popierał program balcero-buzkowej kasacji pań­stwa i burzenia jego ekonomicznych podstaw:

Ten program widać w życiu społecznym i z tego powinniśmy się cie­szyć, usiłując się przeciwstawiać wszystkim bolączkom, które są.

To prawda – Ekscelencjo, prawda widoczna jak na dłoni – ten program aż nadto ja­sno widać w życiu narodu. Widać ten program gołym okiem, jak Polska długa i szeroka. Nie tylko widać. Ten program, Ekscelencjo, nie tylko się widzi lecz i odczuwa:

w żołądku, na talerzu, w portfelu, w zdemolowanej służbie zdrowia, niszczonej oświacie, w piekle chaosu administracyjnego, w promowaniu pornografii, narko­manii, w ochronie przestępców, w totalnym zakłamaniu żydomediów, a nade wszy­stko w przestępczym niszczeniu gospodarki, zwłaszcza rolnictwa; w nachalnym wtłaczaniu Polski w jarzmo eurokracji; w straszliwym deficycie eksportu; w trans­ferze za granicę miliardów złotych7 przez złodziejskie „firmy ubezpieczeniowe” z zachodu.

Jak można, Ekscelencjo Życiński, z podniesionym czołem, z krzyżem na piersi, być tak wybiórczym w faktach, tak tendencyjnym? Czy Matka Boska, na którą Eksce­lencja tak nieadekwatnie się powołał, akceptuje sytuację, w której miliony polskich dzieci są niedożywione, a ich matki coraz częściej podają im talerz kartofli omaszczo­nych słoniną, bo na nic lepszego je nie stać! I jeszcze dodatkowe pytanie:

 

l. Tel-Awizja podała w wydaniu „Wiadomości” z 22 marca 2000, że firmy „ubezpieczeniowe” wypompowały za granicę już cztery miliardy złotych ze składek ubezpieczeniowych!

62

– Gdzie Ekscelencja pobierał nauki tak przewrotnej propagandy sukcesu? Kto księ­dzu biskupowi przydzielił takie zadanie? Kto Go tak uprzednio uformował?

Ks. prof. Józef Tischner, członek Fundacji Batorego finansowanej przez osławio­nego oszusta bankowego G. Sorosa, także nie szczędził połajanek Polsce i Polakom, którym się nie podoba „wchodzenie” do Europy ukołchozowionej. Ten ulubieniec „Ga­zety Wyborczej”, „Wprost” i „Tygodnika Powszechnego”, w związku z masowym wy­kupem ziemi polskiej przez Niemców, pytał gojów czytających „GW”:

Czy ziemia, która leży odłogiem, jest naszym większym dobrem naro­dowym, niż ziemia dobrze uprawiana, której właścicielem jest Niemiec?1 Odpowiedzmy pytaniem: czy po to ginęły dziesiątki milionów Polaków wielu po­koleń i wieków, aby naszą ziemię dobrze uprawiał Niemiec”]

Pobratymiec Tischnerów i Życińskich – biskup B. Dembowski poszerza ten kon­tekst i ustawia Polaków w jednej linii z hitlerowcami. Powód takiego zabiegu? – Bo Po­lacy podobnie jak hitlerowcy, upominają się o prawa .jednego narodu i jednego państwa”.

Antypluralistyczne bylo hasło Hitlera: jedno państwo, jeden naród, jeden filhrer. l antyplliralistyczna jest teza: jeden naród, jedno państwo, jeden Kościół katolicki w Polsce’.

Rzucił więc obelgę Kościołowi katolickiemu i narodowi polskiemu. Polskiemu – boć przecież biskup nie mówił tego z myślą o Eskimosach czy Masajach.

Zbezcześcił pamięć milionów Polaków, którzy polegli w obronie polskości i wiary; wiary, bowiem hitleryzm i bolszewizm to dwa najbardziej antykościelne potwory w dziejach chrześcijaństwa.

 

Komitet Centralny Propagandy Europejskiej

Malejące poparcie, a ściślej – gwałtownie rosnący sprzeciw bezrobotnych, spycha­nych w nędzę Polaków przeciwko wchodzeniu Unii Europejskiej do Polski5, pod ko­niec 1999 roku zatrwożył europejskich federalistów w Brukseli. Nakazali naszym eurofolksdojczom podjęcie agresywnej, nie przebierającej w kłamstwach i przeinacze­niach propagandy, łagodzącej te negatywne dla nic h nastroje i notowania. Powołano w tym celu tzw. Narodową Radę Integracji Europejskiej. Od razu „Narodową”, nie jakąś tam rządową. Firmował tego potworka premier Jerzy Buzek. Kim są członkowie owej „Narodowej” Rady Integracji Europejskiej? Oto ci super-narodowcy: Marek Bel­ka, Lech Kaczyński, Zbigniew Niemczycki4, Andrzej Olechowski, Władysław Sera­fin, Krzysztof Skubiszewski, Andrzej Zoil i abp Józef Życiński.

1. Cytat z polemiki ks. W. Kobalta w „Słowo Dziennik Katolicki”, 20 IX 1997.

2. „Rzeczpospolita” 196/1997.

3. W lutym 2000 roku 27 proc. badanych przez prounijny CBOS godziło się z sugestią, że „sprawy idą dobrze”, a w marcu ten optymizm spadł do 19 proc. ankietowanych.

4. Polskojęzyczny „milioner z niczego„.

63

Określono tych samozwańców jako „grupę polityczną”7. Poza Serafinem, szefem Kółek Rolniczych, który całkiem niedawno przeszedł na stronę eurofołksdojczy, pozo­stali to weterani walki z polskością, z suwerennością narodu; entuzjaści globalizmu, likwidacji państw narodowych, a wśród nich abp Życiński to wytrwały „otwieracz” Ko­ścioła katolickiego na masońskie powiewy libertynizmu i religijnego relatywizmu.

Taki Marek Belka: członek komunistycznej resztówki PZPR pod nazwą SLD, członek polskojęzycznej filii Komisji Trójstronnej o zasięgu globalnym i realizującej globalistyczne cele. Komisję Trój stronną założył D. Rockefeller i Z. Brzeziński. Zgod­nie z nazwą. Komisja Trójstronna buduje trójstronny podział świata na trzy strefy oku­pacji:

Eurazję, USA i Japonię. Polskojęzyczna filia Komisji Trójstronnej powstała oczywiście „samorzutnie”, z prywatnej inicjatywy takich „neutralnych” polityków jak Belka, Olechowski czy redaktor naczelny „Polityki” – Jerzy Baczyński.

Wykonuje również w Polsce swą krecią antypolską robotę już omawiana wcześniej tzw. Rada Polityki Zagranicznej. To także filia, tylko innego ciała globalistów – ame­rykańskiej Rady Polityki Zagranicznej powołanej w 1923 roku na wzór powstałego w Anglii Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Polskojęzyczni eurofol-ksdojcze uwielbiają powoływanie takich duplikatów w Polsce posierpniowej zdrady. Do takich należy również Rada Polityki Pieniężnej, bękart podobnego nowotworu że­rującego na podatnikach amerykańskich.

Dyrektywy na prounijną kampanię prania mózgów niezbyt jeszcze dokładnie wy­pranych mózgów Polaków, płyną wraz z pieniędzmi z tzw. Urzędu Komitetu Integra­cji Europejskiej. Potraktował on zasady przyznawania takich funduszy dla propagandy w Polsce w sposób odrębny i szczególnie wymowny na tle rosnącego oporu Polaków. Podczas gdy w innych krajach poddawanych totalnej propagandzie prounijnej, pie­niądze przyznaje się wszystkim, którzy o nie wystąpią niezależnie od ich stosunku do integracji, włącznie ze stosunkiem negatywnym — to w Polsce otrzymują takie fundusze jedynie takie organizacje, które poprą „jedynie słuszny” stosunek do integracji! Na tym właśnie polega prounijny „dialog”, w istocie dyktatura propagandowa dokładnie po­wielająca coś w rodzaju powojennego „Trzy razy tak” i podobne komunistyczne akcje.

W większości krajów fundusze UKIE są rozdzielane proporcjonalnie na różne ośrodki polityczne. W związku z taką zasadą rząd Szwecji, który niezbyt posłusznie realizował inwazję UE na ten kraj, musiał finansować energiczną kampanię patriotów szwedzkich przeciwko integracji.

Dyrektorem Departamentu Informacji i Kształcenia Urzędu Integracji Europejskiej (!) został Aleksander Szczygle. Powiedział on dla „Naszego Dziennika”

(16 III 2000), że o takie fundusze mogą się ubiegać w Polsce wszystkie organizacje pozarządowe, samorządy i media. Niby wszystkie, ale jednak nie wszystkie bo tylko te, które będą przekazywać rzekomo rzetelną i prawdziwą informację i wiedzę na temat UE. Wa­runek jest jeden – musi to być informacja prawdziwa.

W tej słownej fałszywce kryje się szerokie pole do interpretacji tak uroczyście de­klarowanego obiektywizmu, rzetelności i prawdziwości. Ustalenie kryterium takiej in­terpretacji rzetelności pozostaje wyłącznym przywilejem posiadaczy i rozdawaczy funduszy.

l. „Rzeczpospolita” 4 XI 1999.

64

W komunizmie obywatel miał również możliwość krytykowania przeróż­nych „nieprawidłowości” w „ludowym” raju. Pod warunkiem, że było ono „obiektyw­ne” i „rzetelne”, lecz o tym obiektywizmie decydował Wydział Prasy i Propagandy KC PZPR.

Eurofolksdojcze z brukselskich Komitetów Propagandy są bardziej pryncypialni niż komuniści. Stwierdzają jasno, że forsy nie dadzą tym organizacjom, które mają ugruntowane negatywne stanowisko do integracji z UE. Każda taka organizacja musi przedłożyć program działania oraz program finansowy. Wiemy już, kto rzeczywiście dostanie pieniądze. Duże pieniądze.

Krzepną nastroje wrogości do UE w środowiskach wiejskich i małomiasteczko­wych. Nastroje wyznacza bezrobocie i beznadzieja cywilizacyjno-ekonomiczna, zwłaszcza młodzieży7. Na ten odcinek pro-unijnego frontu pójdzie najwięcej dolaro­wych dywizji.

Tymczasem obiegowa wiedza o Unii, o jej negatywnych i ewentualnych pozyty­wach, przypomina przysłowiowy „czeski film”.

Nie wiedzą więcej od szarych obywate­li nawet posłowie. Jan Łopuszański, uczciwy i narodowo myślący poseł z Porozumienia Polskiego, pisał do premiera J. Buźka:

Reguły demokracji wymagają, aby zwolennicy i przeciwnicy akcesji mieli równą możliwość przekazania informacji i dokonania komentarza. Ostateczna decyzja „za” czy „przeciw” ma być wynikiem wolnego wyboru Polaków, a nie skutkiem braku wiedzy lub presji jednostronnej propa­gandy.

Urzędowe perypetie tej interpelacji posła były jakże charakterystyczne dla rządu żydo-komuny z AWS, SLD i UW. Oto rzecznik prasowy ministra Pawła Sameckiego -Andrzej Harasimowicz twierdził, że odpowiedź na pismo posła Łopuszańskiego zo­stała wysłana do zainteresowanego w ciągu urzędowych dwóch tygodni od otrzymania pisma. Tymczasem Michał Konopka, dyrektor Biura Porozumienia Polskiego oznaj­mił, że poseł nie otrzymał odpowiedzi do 16 marca 2000, co demaskuje kłamstwo wypowiedziane przez Andrzeja Harasimowicza2.

Nic w tym dziwnego, bo trudno eurofolksdojczom spłodzić jasną i jawną odpo­wiedź na jasne i jawne zarzuty posła. Harasimowicz pośrednio usprawiedliwiał swoje kłamstwa i zwłokę w redagowaniu odpowiedzi:

 

Poglądy sceptyczne, mniej entuzjastyczne, mogą być jakoś wyrażane, ale wszystko musi się mieście w określonych normach. I dodaje: Nie może tam być postaw czysto ideologicznych opartych o postawy czysto partyjne. Kiedy więc eurofolksdojcze stają przed koniecznością jawnych i jasnych odpowie­dzi, muszą zdradzać swój skrajnie niedemokratyczny stosunek do tej sprawy, po prostu demaskować swój,Jedynie słuszny”, służalczy kierunek propagandowego natarcia. Ha­rasimowicz odpowiadając na zarzut innego, selektywnego traktowania kryteriów roz­działu funduszy na propagandę informacyjną o integracji z UE w Polsce, usprawiedliwiał polskojęzycznych eurofolksdojczy tym, że model kampanii informacyjnej zależy wyłącznie od decyzji poszczególnych państw, dlatego polskojęzyczni nad­gorliwcy nie muszą stosować demokratycznych reguł zastosowanych wcześniej przez inne państwa.

 

1. W sierpniu 2000 GUS podał, że bezrobocie wśród młodzieży szukającej pracy wyniosło 38,5 proc.!

2. „Nasz Dziennik”, tamże.

65

Komitet Integracji Europejskiej w Polsce wydał już na początku 2000 roku biulety­ny i druki w łącznym nakładzie 5,5 miliona egzemplarzy. Kiedy na posiedzeniu senac­kiej Komisji Spraw Zagranicznych i Integracji Europejskiej w marcu 2000 senator J. Fraczek domagał się równych nakładów finansowych na propagandę w sprawie inte­gracji dla przeciwników jak i dla euroentuzjastów, otrzymał wówczas odpowiedź przed­stawiciela ministerstwa niepolskich spraw zagranicznych, że pieniądze z budżetu niewspółmiernie wzmocniłyby przeciwników ukolchozowienia Europy.

Nachalna prounijna propaganda wywołuje skutek odwrotny – Polacy w swych ocenach nie kie­rują się już wciskaną im selektywną propagandą, tylko katastrofalnie pogarszającą się sytuacją gospodarki państwa oraz własną sytuacją materialną.

Do końca lipca 2000 roku „Kne-Sejm” miał zatwierdzić 49 ustaw przystosowaw­czych do europejskiej wspólnoty kołchozowej. Wszystkich oczekujących ustaw było 200.

Już w pierwszych miesiącach 2000 roku stało się jasne, że ustalony przez urzęda­sów unijnych termin kasacji Polski czyli włączenia jej do UE – l stycznia 2003, jest nie­realny. Oby tak pozostało dalej, a najlepiej – na zawsze, czyli do rozpadu Unii.

Wielka Komisja Bezprawia

Antypolska koalicja, składająca się z eurofolksdojczy z AWS, SLD i UW, w „Kne-Sejmie” dokonała cichego zamachu stanu degradującego parlament, tenże „Kne-Sejm”, do roli „maszynki do głosowania”. Stało się tak w lipcu 2000, kiedy to zdrajcy z tego trójprzymierza, posiadając absolutną większość, powołali tzw. Wielką Komisję Prawa Europejskiego7.

Jak zwykle w propagandowej nowomowie eurofolksdojczy, jej nazwa stanowi dokładne zaprzeczenie, odwrotność praktyki. Jest to Wielka Komisja Bezpra­wia Europejskiego, groteskowy odpowiednik Wielkiej Orkiestry Owsiaka, gdyż w obydwu rządzi zasada: „Róbta co chceta!”

Knesejmici z AWS, UW i SLD powołali tego parlamentarnego potworka celem ekspresowego, bezdyskusyjnego głosowania za projektami „integracyjnymi” z Unią Europejską. Tych „projektów” nagromadziło się tyle, że w normalnym prawnym trybie działania „Kne-Sejmu”, ich zatwierdzanie trwać by mogło do końca jego kadencji. Zdrajcom bardzo się spieszy do Unii Europejskiej, a na przeszkodzie stoi m.in. ta właś­nie wielka ilość dyktatorskich „projektów dostosowawczych”. Postanowili więc doko­nać zamachu na uniwersalne uprawnienia parlamentu i parlamentarzystów, niespotykane w żadnej poza stalinowską, praktyce funkcjonowania parlamentów.

W tym celu, prezydium „Kne-Sejmu” przygotowało projekt zmiany regulaminu se­jmowego. Przewidywał on powołanie 45-osobowej tzw. Wielkiej Komisji Prawa Euro­pejskiego, z zadaniem takiego właśnie – ekspresowego, taśmowego uchwalania ustaw przystosowujących polskie prawo do „prawa” Unii Europejskiej.

l. Ostatecznie nazwano ją: „Komisją Prawa Europejskiego”.

66

Zadaniem „Komisji” będzie rozpatrywanie projektów zgłaszanych tylko przez rząd (!), określane jako „projekty dostosowawcze”. Tu tkwi istota tego cichego zamachu stanu. Polegało to na ubezwłasnowolnieniu jeszcze istniejącego polskojęzycznego parlamentu przez grupę spiskowców usytuowanych w „Kne-Sejmie” i rządzie w ramach trzech wymienionych „partii” i „klubów” parlamentarnych: AWS-SLD-UW. To rząd będzie dyktował „Kne-Sejmowi” ustawy do posłusznego, ekspresowego i bezdyskusyjnego zatwierdzania.

Projekt przewidywał radykalne ograniczenie praw poselskich. Według niego, pier­wsze czytanie projektu może się odbywać już w Komisji (!), a nie na posiedzeniu plena­rnym parlamentu. Może się odbywać już trzeciego dnia od doręczenia członkom Komisji dokumentu projektu. Co więcej -„doręczenie” może się odbywać poprzez po­danie do wiadomości członkom, że projekt znajduje się w Kancelarii „Kne-Sejmu”.

Wicemarszałek „Kne-Sejmu” Jan Król („Król”) wyjaśniał podczas powoływania Komisji, że „doręczanie” może się odbywać także pocztą elektroniczną! Komisja może zażądać opinii o projekcie od innych komisji: wtedy daje się im termin siedmiu dni na zajęcie stanowiska.

Do tego ekspresowego tempa z pominięciem „Kne-Sejmu”, dołączono zestaw wywłaszczeń parlamentarzystów od ich uprawnień. Na posiedzeniu Komisji, poprawki mogło wnieść minimum pięciu postów, a nie – jak to w innych sprawach – jeden. W przypadku zespołu – poprawki może wnieść tylko grupa trzech posłów. Wnioski po­prawkowe mogą zostać wniesione do sprawozdania Komisji wówczas, gdy złożą je – na piśmie – wszyscy wnioskodawcy poprawki. Wniosek o odrzucenie projektu ustawy do­stosowawczej musi być poparty przez bezwzględna większość głosów – rzecz praktycz­nie niemożliwa. Na plenarnym posiedzeniu „Kne-Sejmu”, podczas drugiego czytania wniosku, poprawki mogą być przyjmowane pod warunkiem, że pisemnie wystąpi o to 15 posłów.

Na przekór tak brutalnemu zanegowaniu podstawowych uprawnień posła, marginali­zacji całego parlamentu, „Kne-Sejm” przyjął ten zamach na podstawy parlamentaryzmu olbrzymią większością głosów, a ściślej – odrzucił taką właśnie olbrzymią większością głosów wniosek Koła Porozumienie Polskie o odrzucenie projektu takiej uchwały. Za własnym ubezwłasnowolnieniem poselskim dobrowolnie opowiedziało się aż 344 posłów. Projekt odrzucenia wniosku Porozumienia Polskiego poparło zaledwie 26 posłów, 25 wstrzymało się od głosowania a 65 nie głosowało „z innych powodów.”

I tu nie po raz pierwszy objawiły się tragiczne dla Polski prawidłowości rządzące polskojęzycznym „Kne-Sejmem”:

– Knesejmici w zdecydowanej, wręcz miażdżącej większości popierają każdy akt wrogi suwerenności Polski, a w tym przypadku dodatkowo suwerenności organu ustawodawczego;

– Po raz kolejny ujawniła się cala fikcja rzekomych podziałów partyjnych, fikcja opozycji: rządził blok antypolskiego spisku składający się z SLD, UW i AWS;

– Opozycję rzeczywistą stanowią Polacy kierujący się polską racją stanu: jest to opo­zycja tragicznie bezsilna, nieliczna, składająca się z grupy posłów nie przekra­czającej 50 osób; grupy współczesnych Rejtanów ignorowanych przez zwycięski żydo-unijny obóz zdrady narodowej;

67

– Rzekomy obóz „prawicy” czyli blok posłów AWS, nie po raz pierwszy okazał się obozem zdrajców, wspólników żydokomunistów z Unii Wolności i SLD, kukułczym jajem, które „zagospodarowało” większość miejsc poselskich w parla­mencie.                                                                i

Na dowód tej ostatniej prawidłowości, na dowód zdrady eurofolksdojczy spod zna­ku AWS – zdrady jawnej, ostentacyjnej, butnej, zwycięskiej –140 knesejmitów z AWS odrzuciło projekt odrzucenia spisku obezwładniającego parlament. Tylko dziewięciu spośród wszystkich ponad 200 posłów AWS poparło wniosek Porozumienia Polskie­go7 . „Wstrzymało się” od głosowania, czyli faktycznie poparło żydokomunistów sze­ściu posłów AWS, m.in. Henryk Goryszewski i M. Piłka – polskojęzyczni „prawicow­cy”. Tę listę zdrady uzupełnia 31 innych posłów AWS, którzy nie głosowali powiększając rozmiary klęski pro-polskiej frakcji.

Jak zawsze, chwiejną postawę zajęli posłowie z PSL, jak zawsze gotowi do wy­najęcia za miskę soczewicy: aż 17 z nich „wstrzymało się” od głosu czyli poparło zdraj­ców z AWS’-UW SLD, dwóch głosowało przeciw wnioskowi o odrzucenie nikczemne­go projektu, wreszcie – czterech nie głosowało, a wśród nich były marszałek „Kne-Sejmu” Józef Zych. Za odrzuceniem antypolskiego projektu opowiedziało się ty­lko dwóch posłów PSL: były premier Waldemar Pawlak oraz Stanisław Kalemba2. Były premier W. Pawlak wreszcie, po latach, przypomniał sobie, skąd mu nogi wy­rosły!…

Za wnioskiem o odrzucenie projektu uchwały, głosowały jedynie dwa koła posel­skie. Zapamiętajmy ich, tych Rejtanów:

– Porozumienie Polskie

– Konfederacja Polski Niepodległej – Ojczyzna.

Zapamiętajmy także faryzeuszy z ROP-PC: poparli oni projekt uchwały! Wraz z nimi poparli projekt, co już dziwić nie powinno – „pepesiacy” z PPS-RLP.

Choć zawsze gorliwy zwolennik rozbioru Polski przez Unię Germano-europejską-zdecydowanie skrytykował ten projekt były marszałek „Kne-Sejmu” Józef Zych. Kie­rował się sprzeciwem wobec ubezwłasnowolnienia posłów i całego parlamentu. Przy­pomniał z trybuny „Kne-Sejmu”, że Konstytucja gwarantuje, iż poseł ma prawo zgłaszać poprawki bez ograniczeń, co znalazło wyraz w ustawie o obowiązkach i pra­wach posłów. Dodał, że obowiązujący regulamin parlamentu obejmuje 30-dniowy okres na przygotowanie się posłów do debaty nad kodeksami, tymczasem -jak punkto­wał J. Zych – Komisja Wielka może również zająć się kodeksami, przy czym to czyta­nie może odbyć się po trzech dniach (…) Tak czynić nie wolno!

Marszałek Zych ponadto zdecydowanie sprzeciwił się samozwańczemu przejmo­waniu uprawnień parlamentu przez rząd, który uzurpuje sobie prawo rozstrzygania o tym, czy dany projekt jest „dostosowawczy”, czy też takim nie jest. Według J. Zycha, jest to kompletne pomylenie pojęć na gruncie regulaminu.

M.in. Jan Maria Jackowski, Ryszard Matusiak, Zbigniew Wawak. 2. Zob.: Zbigniew Lipiński: „Myśl Polska” 16-23 lipca 2000.

68

W tym kontekście nie po raz pierwszy ujawnił się faryzeizm posła AWS z ZChN -Ryszarda Czarneckiego. Ten eurofolksdojcz próbował przekonywać, że całe to „dosto­sowanie” będzie dotyczyć tylko sfery gospodarczej. Na to marszałek Zych:

To nieprawda, bo gdyby tak byto, to gdzie Kodeks karny, gdzie Ko­deks rodzinny, gdzie Kodeks cywilny, gdzie Kodeks handlowy i wszystkie inne przepisy?

Jak już wiemy, do eurozdrajców doszlusował też zresztą nie po raz pierwszy ROP-PC. Poseł tej partyjnej „kanapy” – Ludwik Dom nazwał projekt ustawy igno­rujący prerogatywy parlamentu projektem ciekawym i słusznym, choć wstrzymał się od nazwania go po dawnemu: jedynie słusznym. Jednocześnie Dom potopił język, ton, ar­gumentację, porównania do czasów stalinowskich -jakimi rzekomo posłużył się Jan Łopuszański -jak wiemy – poseł polskiego pochodzenia i myślenia. Cóż to za obelgi lub herezje wypowiedział wtedy poseł Łopuszański? Ano, poczytajmy, i to uważnie:

W smutnych czasach, w których na tej sali zasiadała haniebna stali­nowska banda, uruchomiona została haniebna maszynka do głosowa­nia. W Moskwie postanawiano, w jaki sposób Polska ma się dostosować, KC PZPR przekazywał stosowną dyrektywę, a Sejm machał rękami, oby szybciej(…) Dzisiaj proponuje się ponowienie tego systemu… Jak można mówić w tych warunkach o wejściu do Unii Europejskiej na polskich i do­brych warunkach, skoro dyrektywy Unii Europejskiej maja w istocie wymiar dyktatu – albo je przyjmiemy, albo nie zostaniemy przyjęci.

Poseł Łopuszański poinformował posłów, bo z pewnością wielu z nich nic o tym nie wiedziało, że prawodawstwo UE liczy 120 000 stron maszynopisu w językach ob­cych, a Sejm ma się przez to przekopać w ciągu trzech dni! Czyli:

…tak jak w czasach stalinowskich fasada demokracji miała służyć do udawania, że istnieje zgoda narodu na niszczące Polskę dostosowania do oczekiwań Moskwy(…)

Bez wcześniejszego pytania narodu o zdanie, bez wcześniejszego py­tania narodu, czy tych zmian w ogóle sobie życzy, czy życzy sobie w ogóle wejścia do Unii Europejskiej, to z czym mamy do czynienia? Z demokracją czy kneblokracją?

Poseł zaapelował do parlamentarzystów, wiedząc z góry, że jest to wołanie człowieka na pustyni zdrady i obojętności, o obronę niepodległości Polski zagrożonej „integracją” z UE: o obronę statusu narodu jako gospodarza Polski, a niejako cudzego popychadła. Zakończył retorycznym pytaniem:

Czy wy macie sumienia, czy wy macie sumienia polskie?

Tak więc AWS odrzuciła w lipcu 2000 wszelkie pozory demokratycznego sprawo­wania władzy. Udowodniła, że jest popychadłem Unii Wolności i SLD, ci zaś są popy -chadłami Unii Europejskiej. AWS udowodniła, że nie zamierza nawet udawać, iż spełniła swoje kłamliwe hasła wyborcze, na których „wjechała” do „Kne-Sejmu” jako partia o zdecydowanej większości głosów. AWS wykazała wtedy po raz kolejny i tym razem ostateczny, że jest agenturą europejskiej źydokracji sterującej Unią Euro­pejską i jej polskojęzycznymi pachołkami z Unii Wolności i SLD.

69

AWS dowiodła wtedy, że była i pozostaje gotowa spełnić wszystkie, nawet najbardziej niszczycielskie dyrektywy europejskiej żydomasonerii.

Publicysta „MP” Zbigniew Lipiński, w wymienionej publikacji słusznie dostrzegł, że tworząc Wielką Komisje (Orkiestrę) Prawa Europejskiego, blok zdrajców spod szyl­dów AWS, UW i SLD osiągał dwa dodatkowe zamierzenia:

– zapewniał poprzez tę Komisję nadal wyjątkowe, nadal decydujące znaczenie zdymi­sjonowanemu B. Geremkowi, którego formalnie zastąpił W. Bartoszewski;

— poprzez wciągnięcie komunistów z SLD i żydokomunistów z UW do eurokoalicji i taśmowe uchwalanie dyktatu UE, AWS i jej wtedy już mniejszościowy rząd J. Buź­ka chciały zapewnić sobie przetrwanie do następnej kadencji „Kne-Sejmu”.

Zgodnie z przewidywaniami, kilka dni później Wielka Komisja otrzymała równie Wielkiego Komisarza, czyli B. Geremka w roli jej przewodniczącego. Tak oto „bezro­botny” minister Geremek stał się jakby drugim ministrem „niepolskich” spraw zagrani­cznych obok Bartoszewskiego. W tej nieformalnej nobilitacji tkwi jeszcze jedna prawidłowość „polskiej” sceny politycznej i nie tylko politycznej: eurofolksdojcz od­chodzący z jednej funkcji, albo otrzymuje inną, nieformalną lecz równie ważną jak funkcja poprzednia, albo też odchodząc pozostaje nadal niezastąpionym „au­torytetem” w danej dziedzinie. Geremek stał się nieformalnym wiceministrem spraw zagranicznych dlatego, że sprawy kontaktów polsko-unijnych stanowią bodaj 80 proc. wszystkich rządowych relacji politycznych o charakterze międzynarodowym. Innym niezastąpionym eurofolksdojczemjest Balcerowicz.

Kiedy odszedł z funkcji ministra, pozostał głównym oceniaczem posunięć rządu w sprawach finansowych. Podobnie nie­zastąpiony i nieusuwalny jest bp. T. Pieronek w Episkopacie: odszedł z funkcji Sekre­tarza Episkopatu, lecz nadal media niemal tylko jemu podstawiają mikrofon do wyrokowania o ważnych wydarzeniach z życia Kościoła i Narodu.

Komisja Prawa Europejskiego ukonstytuowała się 26 lipca, a już nazajutrz upadła (głosami posłów SLD, PSL i UW) propozycja klubu AWS, by funkcja ta miała chara­kter rotacyjny i w rytmie trzymiesięcznym wymieniać Komisarza. Geremek ma być chyba dożywotnim i na tej funkcji.

Poprzedniego dnia, we wtorkowy ranek 25 lipca, posłowie dowiedzieli się nagle, że za kilkanaście godzin rząd ma zająć się tzw. „wielkimi ustawami europejskimi”. O arogancji tej decyzji, o czynieniu z posłów stada automatów do głosowania, świadczy rozmiar zagadnień, które postawiono przed nimi, nie dając im żadnych szans na choćby pobieżne zapoznanie się z tematami obrad.

Poprzedniego dnia, o godzinie 18, każdy z nich otrzymał dosłownie kilogramy dru­ków z tekstami ustaw, przepisami wykonawczymi, z odpowiednimi dyrektywami unij­nymi!7.

Nazajutrz w „Kne-Sejmie” „hurtowo” wrzucano pod obrady projekty ustaw, które razem wzięte, jak powiedział poseł Adam Wędrychowicz – stanowią drugą w ciągu lat transformację ustrojową. Poseł Wędrychowicz mówiąc o tej wadze proponowanych ustaw, uzmysłowił skandaliczną nieodpowiedzialność formy przełożenia posłom tych materiałów wymagających uważnego przestudiowania w ciągu szeregu dni, jak też formy przedstawienia materiału legislacyjnego podczas obrad parlamentu7.

70

Minister-sprawozdawca nazwał bowiem rzeczą niezwykle istotną, aby Polska mogła wykazać do końca września jak największy postęp zarówno w harmonizacji, jak i w jego implemen­tacji, gdyż na te datę będzie przygotowany raport Komisji Europejskiej o postępie kra­jów ubiegających się o członkostwo.

Ten niewykonalny czasowo dyktat, poseł PSL Waldemar Pawlak nazwał nieod­powiedzialnym również z powodu umieszczenia w jednej ustawie, przepisów z siedmiu różnych ustaw, odbiegających od siebie tematyką.

Porozumienie Polskie zdecydowanie odpowiedziało się za odrzuceniem propono­wanej ustawy, ale stanowiło ono jedynie symboliczną, rejtanowską mniejszość – sie­dem głosów.

Tylko 17 posłów opowiedziało się za odrzuceniem kolejnych ustaw „dostosowaw­czych” do unijnej dyktatury: ustawy o szkolnictwie wyższym, ustawy o szkołach zawo­dowych o transporcie kolejowym, ustawy o usługach turystycznych. Te zbiorcze ustawy radośnie poparły wszystkie kluby! Nie będzie więc najmniejszej przesady w stwierdzeniu, że „polski” parlament jest parlamentem bezwolnych eurofolksdojczy!

Wygrywając jak chcąc kolejne bitwy z parlamentarnymi Rejtanami, eurofolksdojcze prowadzą jednocześnie potężną ofensywę propagandową na rzecz Unii „Jewropej-skiej”.

Wiceminister gospodarki (raczej „gospodraki”) Marcin Święcicki2 unosił się z za­chwytu nad przyszłymi korzyściami, jakie będziemy dyskontować po „integracji” z Unią:

– korzyści z integracji pojawią się natychmiast po przystąpieniu, wszelkie koszta ponosimy i będziemy ponosić do czasu przyjęcia do wspólnoty, a będą one zamortyzowane wielomiliardowym strumieniem dotacji płynących z unijnej kasy.

Ten eurołgarz nie mógł jednak nie wspomnieć – toteż nawet on bąknął o tym – że pomimo dwukrotnego wzrostu eksportu przemysłowego do krajów Unii, import z tych krajów do Polski wzrósł 3,5-krotnie i wcale się nie zmniejsza.

Ani jeden z rządowych czy parlamentarnych eurołgarzy nigdy nie próbuje zmie­rzyć się z polskim bagnem zadłużenia, zwłaszcza w kontekście dramatycznie spa­dających wpływów budżetowych państwa. Wszyscy z tryumfem powołują się na kolejne „pożyczki” z MFW lub Banku Światowego, nigdzie jednak nie znajdziemy od­powiedzi na oczywiste pytania – na jaki procent nam pożyczają, ile z tego pójdzie na „doradztwo” zachodnich dyletantów, kiedy mamy te „pożyczki” spłacić i zwłasz­cza – z czego spłacić?

Sięgnijmy do brutalnej rzeczywistości liczb. Według oficjalnych informacji GUS, polskie zadłużenie w latach 1971-1980 wyniosło 15,7 mld USD. Po upływie 20 lat, sal­do ujemne obrotów handlu zagranicznego już w 1997 roku wyniosło 16,8 mld USD, rok później było już kwotą 18,8 mld (w zaokrągleniu), a w 1981 roku nasze zadłużenie zagraniczne wynosiło – według oficjalnych publikacji 25 mld USD, aby już w 1998 roku, a więc po niespełna siedmiu latach, po potężnie reklamowanych wspaniałomyślnych „umorzeniach” części długów – wzrosło do 42,7 mld USD (!!)7.

1. Takim właśnie „hurtem” dosłownie wrzucił te projekty, w imieniu rządu Krzysztof Ners – podsekretarz stanu w Komitecie Integracji Europejskiej.

2. Prywatnie zięć stalinowca Eugeniusza Szyra, „bohatera” Brygad Międzynarodowych — komunistycznej Piątej Kolumny niszczącej Hiszpanię podczas wojny domowej.

71

 

Liczby o grozie sytuacji pojawiają się wprawdzie w opasłych tomach statystyk ro­cznych GUS, ale nigdy i nigdzie Polak się nie dowie, ile miliardów dolarów spłacili­śmy na konto tego zadłużenia, mimo to rosnącego w tempie kosmicznym.

Ta bezprzykładna w historii grabież posiada jeszcze jedno dno, niedostrzegalne dla przeciętnego Polaka. Chodzi tu o wartość maszyn i urządzeń niegdyś zakupionych za część tych pożyczek: otóż znajdują się one już od wielu lat w posiadaniu tzw. „inwestorów zagranicznych”, którzy wcale nie maja obowiązku spłacać zaciągniętych pol­skich długów! Maszyny i urządzenia były częścią przejętego przez nich majątku. Grozę rabunku mogły by uzmysłowić nam jedynie porównania cen zapłaconych za zakład przejęty – zgodnie z wyliczeniem prof. K. Poznańskiego za 10 proc. wartości2 z wiel­kością długu dewizowego, który nieformalnie lecz faktycznie ciąży na zakładzie jako na majątku narodowym. Krócej: ile te maszyny i urządzenia kosztowały w dewi­zach podczas ich zakupu, a ile za nie zapłacono, nawet odliczając ich amortyzację?

Inny „przekręt” w liczbach, nie docierający do świadomości puszczanego w skar­petkach polskiego narodu: według oficjalnej wyceny ministerstwa skarbu z połowy 1998 roku, wartość majątku narodowego przeznaczonego do sprywatyzowania, wyno­siła wówczas 131,7 mld złotych, z czego do sprzedaży, według ministra E. Wąsacza, nadawał się majątek wart tylko 120 miliardów złotych. To odpowiadało – przy ówczes­nym kursie dolara – kwocie około 35 mld dolarów. Tak więc liczby ziały grozą już w 1998 roku: Nasz majątek narodowy wystawiany pod młotek złodziejskiej prywatyzacji, był mniej wart niż wielkość naszych długów. Byliśmy więc już wtedy puszczeni nawet nie w skarpetkach, tylko nago i boso! Oczywiście, kwoty szacowanego przez ministra Wąsacza majątku narodowego były grabieżcze, dywersyjnie zaniżone5, jak się wkrótce okaże choćby z ustaleń ekonomisty, prof. K. Poznańskiego – zaniżone o 90 proc. rzeczywistej wartości tego majątku.

Przybyli, nakazali, zakazali

Do Warszawy przybyli przedstawiciele słynnej Komisji Trójstronnej – nieformal­nej, samozwańczej organizacji skupiającej światowych gigantów pieniądza, korporacji, mediów i władzy. Cel wizyty pozostał tajemnicą zwykle wszechwiedzących mediów. Wiadomo, że spotkali się z (p-)rezydentem Al. Kwaśniewskim. O czym gadali – nie wiadomo. Po co przyjechali – nie wiadomo. Z czym wyjechali – nie wiadomo. Obrado­wali tajnie. Żadnych komunikatów dla mediów. Spotkanie z Kwaśniewskim było tajne. Żadnych wypowiedzi po zakończeniu spotkania. Pełna konspiracja.

1. „Rocznik Statystyczny” 1999, s. 483.

2. Zob.: Kazimierz Poznański: Wielki przekręt, 2000.

3. Zob.: B. Ułański: Wszystkiemu winien Gierek?. „Myśl Polska” 13 lutego 2000.

72

Wzorce znamy: kiedy przyjeżdżał Breżniew lub Susłow, były przynajmniej okrągłe komunały o przyja­źni. Teraz nawet i tego oszczędzili „Polaczkom”.

Jeżeli potężna organizacja globalistów (global-komunistów) przysyła swych pro­minentnych bossów do pożal się Boże „polskiego” prezydenta, a 40 milionów Polaków do końca nie wie co jest „grane” na salonach władzy, to znaczy, że ten sabat miał wszystkie znamiona konspiracji i spisku przeciwko zniewalanemu narodowi, którego pań­stwo jeszcze istnieje, ale już nikt się z nim poważnie nie liczy.

Pozostaje nam popuścić wodze fantazji co do tematów i ustaleń tego sabatu. Przed­tem jednak trzeba przyjrzeć się owej Komisji Trójstronnej. Program tej sitwy wiele nam podpowie o tym, czego nam nie raczyli powiedzieć wprost.

Ten światowy klub gangsterów pieniądza, korporacji, mediów, władzy, powstał w 1973 roku z inicjatywy D. Rockefellera i „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego oraz Henry’ego Kissingera (niemiecki Żyd Heinrich Alfred Kissinger).

Założyło tę komisję trzech „naszych”, lecz istota jej pełnej nazwy: Komisja Trój­stronna, nie jest emanacją tych trzech filarów żydoglobalizmu. Mówiąc w ogromnym skrócie. Komisję Trój stronną powołano do realizacji trójstronnego podziału świata w zamian dotychczasowego dwuosiowego: USA – ZSRR. Podział świata na te trzy mega–kartele ma się opierać na trzech filarach: USA, Eurazja, Japonia. Tak sobie to wykon-cypowali mesjasze żydomasonerii i tak ma być. Brzeziński wyłożył te karty m.in. w swej książce Wielka szachownica. Tytuł pochodzi od tezy, że świat jest podzielony na figury i zwykłe pionki – państwa i państewka. Polsce nie daje tam nawet statusu pionka. Czeka ją całkowity niebyt państwowości i suwerenności.

Długo by trzeba wyliczać nazwy karteli finansujących ten żydomasoński Rząd Światowy – Komisję Trójstronną. Z najpotężniejszych: Coca Cola, IBM, Mobil Oil, Sony, Volvo, Generał Motors, Generał Electric; banki – Chase Manhattan (Rockefeller), fundacje – Rockefellera, Forda, Levi Straussa.

Celem strategicznym Komisji Trójstronnej jest budowanie jednego państwa i jed­nego rządu światowego. Trzy kontynentalno-gospodarcze filary – USA, Eurazja i Japo­nia, to jakby trzy supermarkety zarządzane przez współczesnych faraonów pieniądza i władzy.

Członem Eurazji ma być Unia Europejska, ostro nacierająca na wschód od Polski i państw nadbałtyckich, poprzez Ukrainę i Bałkany.

Mason Brzeziński powiedział o Komisji, że skupia ona całą potęgę finansową! in­telektualną świata zachodniego i pod tym względem nie ma sobie równej.

Pierre de Villemarest, francuski patriota:

Władza realna będzie ostatecznie należała do tych którzy nie tylko mają dane, ale również kontrolują informację…

Mason Jean Monnet, który wraz z polskim żydomasonem Józefem Retingerem kładli podwalmy pod „Zjednoczoną Europę”, założył w 1955 roku tzw. Komitet Akcji dla Utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. I oto sekcja europejska Komisji Trójstronnej, natychmiast po powstaniu tego monstrualnego nowotworu, zobowiązała wszystkich swych członków do-aktywnego wsparcia dla tej misji. Wśród nich znaleźli się m.in. były minister finansów de Gaule’a – Giscard d’Estaing oraz Helmut Schmidt.

73

Jako ciało masońskiej oligarchii świata. Komisja sama dobiera sobie członków. Prezydentów: Busha, Clintona, Giscard d’Estainga, Schmidta, Bruno Kraysky’ego; do­radców prezydenckich jak Kissinger, Brzeziński, Christopher, Barre, Carrington, Warburg. Stołem. Jest tam śmietanka banków światowych; jest MFW, GATT, ONZ, l UNESCO, a także równoległe rangą w stosunku do Komisji: Bilderberg Group, Rada Stosunków Zagranicznych, Komitet 300, Klub Rzymski, Klub Wysp, Królewski; Instytut Spraw Międzynarodowych,

Jaka jest hierarchia pomiędzy tymi grupami? Która najważniejsza?

Jedni mówią, że Komisja Trójstronna, inni, że CFR (Rada Stosunków Zagranicz- i nych), jeszcze inni, że Komitet 300.                                          ‚

Są to spekulacje bezprzedmiotowe. Wszystkie te nieformalne szajki oligarchów pieniądza i wpływów wzajemnie się przenikają personalnie, zasięgiem wpływów, spe­cjalnościami. Wszystkie tworzą gigantyczną ośmiornicę globalnej władzy. Wszy­stkie stawiają sobie za cel budowanie jednego światowego państwa-kartelu; zniszczenie państw narodowych jako głównych przeszkód na tej drodze; zagładę religii chrześcijańskiej przez rozmycie jej w zmiksowanej papce wszystkich religii poddanych totalitarnemu „ekumenizmowi”; wszystkie chcą ludobójczego ograni­czenia populacji do polowy obecnego zaludnienia.

 

I wszystkie zmierzają do zniewolenia jednostki we wszystkich wymiarach jej wolności: duchowej, moralnej, światopoglądowej, materialnej.

Łatwo wykazać tę równoległość ich ważności. We wszystkich występuje grupa kil­kuset stale tych samych nazwisk. Każda wirówka wyrzuca najpierw i na sam wierzch najgorsze fusy – grupę takich właśnie kilkudziesięciu „oświeconych”, władców świata, programatorów zniewolenia miliardów homo sapiens. Najpopularniejsi w mediach, tacy jak Brzeziński, Kissinger, Rockefeller, Bush, Clinton – nie muszą być najważ­niejszymi, pociągającymi za sznurki. Cugle główne trzyma nie więcej niż dziesięciu. Spekulowanie o ważności i nazwiskach tych najważniejszych jest zajęciem jałowym.

Z członkami Bilderberg Group i trilaterystami, nasi wasale spotykają się częściej niż można przypuszczać. Sąwzywani „na dywanik” przy różnych okazjach, lecz niemal zawsze dotyczących dalszego zniewolenia i rozbioru Polski. Pewnym wyjątkiem było spotkanie z Otto von Lambsdorfem. To kierownik europejskiej sekcji Komisji Trój­stronnej, zarazem członek Bilderberg Group, a „prywatnie” przywódca niemieckiej Pa­rtii Liberalnej i negocjator odszkodowań dla polskich niewolników hitlerowskiej Rzeszy.

Wtedy jednak zjechała do Warszawy nieznana liczba „trójkomisarzy”, co otwarcie sugerowało szczególną ważność i pilność tej misji.

Czego chcieli?

Po pierwsze, z pewnością spotkali się nie tylko z prezydentem Kwaśniewskim. Trudno sobie wyobrazić, aby na salonach „Kwacha” lub w innym miejscu (spotkanie odbyło się w hotelu „Bristol”) nie pojawił się przed nimi Andrzej Olechowski – członek Bilderberg Group i pokój owiec „trójkomisarzy”; nadto Marek Belka z Kan­celarii (p-)rezydenta i Jerzy Baczyński – naczelny „Polityki”, prowincjał zakonu domi­nikanów o. Maciej Zięba i Jerzy S. Sito, literat, wiceprezes PEN Klubu, były ambasador Polski w Danii.

74

Mogli obgadywać, to znaczy ustalać przyszłego „polskiego” (p-)rezydenta. To na­wet pewne w kontekście wówczas bliskich wyborów. I pewne, że wybór dokonał się po­między dwoma: Kwaśniewskim i Olechowskim. Szansę ich równe. Jeden pijak i niedoszły magister, ale ostentacyjnie prosemicki od urodzenia. Drugi tak samo, o czym wie niewielu, a jego trzy główne chwytliwe zalety to nienagannie polskie na­zwisko, nienagannie polskie imię i nienaganne garnitury. I wypowiedzi w rodzaju: Jeśli całkowicie utożsamiać się będziemy z państwem (…) będziemy słabnąć i obumierać wraz z nim.

Ale „Kwacha” i „Olecha” nie różni nic poza wzrostem. Obaj mieli nawet te same hasła wyborcze, genialnie głupkowate. „Kwach”: Wybierzmy przyszłość, „Olech”: Wy­grać przyszłość (tytuł jego książczyny).

Czego jeszcze chcieli? Co nakazali? Co zakazali?

Mieli chyba ważniejsze sprawy niż obsada prezydentury, bo tę można załatwić jed­nym telefonem z Waszyngtonu lub z Brukseli, Integracja – ot problem! Ponad połowa „Polaczków” była wtedy przeciwko ucholchozowieniu, bo katastrofa gospodarcza wyłaziła już z portfeli i garnków, a będzie gorzej po „wejściu” Unii Europejskiej do Polski.

Dalej: Kwaśniewski od samego początku swej prezydentury był „umyślnym” na linii Bruksela – prezydent Kuczma. Oficjalnie był na Ukrainie już kilkanaście razy, nie­oficjalnie – kilkadziesiąt! W niemieckim „Drang nach Ostcn” Ukraina jest wrotami do l Brzezińskiego Eurazji. Podobnie Białoruś, ale Łukaszenkajest niepoprawnie niepokor­ny, widzi ratunek w przytroczeniu jego państwa do Matki-Rosji, więc wkrótce ulegnie politycznej anihilacji. Już teraz przeciwko niemu szczeka z Białegostoku jakaś „Wolna Europa”- bis.                            ;

Gdybym jednak był Brzezińskim lub Kissingerem, jednym z Rady Dziewięciu żydomasońskiego Sanhedrynu, martwiłbym się przede wszystkim katastrofą gospo-darczo-fmansową Polski. Jako państwo, Polska już nic istnieje w sensie suwerennego bytu, ale istnieje kilkadziesiąt milionów coraz bardziej zdesperowanych Polaków, a Polak jest naprawdę Polakiem dopiero wtedy, kiedy nie ma już nic lub niewiele do stra­cenia, a taka sytuacja już zaistniała. Cztery dywersyjne, sabotażowe reformy pogłębiają chaos, deficyt, niszczą sterowność państwa. I ten straszliwy klincz: ministrant eurokra-tów – „Balcerescu”, nic może ustąpić z sabotażowego niszczenia budżetu; nie może spuścić złotówki ze smyczy aprecjacji; nie można zwalić deficytu na regiony; nie moż­na załagodzić furii górników, nauczycieli, rolników…

Jak przebyć przez to bagno na drodze do nowych wyborów, a co gorsze — na drodze do Unii?

O czym gadali, co ustalili – dowiemy się z pewnością. Na własnej skórze. I portfe­lach. A. Olechowski to spotkanie bonzów Komisji Trójstronnej zdefiniował jako: punkt kontaktu z Japończykami. W opowiadaniu Polakom przeróżnych głupot, Olechowski ma dużą wprawę.

75

Finansowy krwotok

Wiosną 2000 „Polityka” zamieściła listę 500 największych „polskich” firm, nato­miast publicysta „Naszej Polski” (10 V) wyłowił z tej pięćsetki firmy przynoszące naj­większe straty. Oto ich nazwy i wielkości strat:

– Centrum Daewoo – 14 000 000 zł strat w 1999;

– Jeronimo Martins Dystrybucja (Poznań) – 253 000 000 zł strat w 1999;

– Era GSM – 95 000 000 zł strat w 1998;

– Geant Polska – 64 000 000 zł strat w 1999;

– Auchan Polska – 4 000 000 zł strat w 1999;

– Opel Polska – 467 000 000 zł strat w 1999;

– Carrefour Polska – 70 000 000 zł strat w 1999;

– Coca Cola Beverages Polska – 157 000 000 zł strat w 1999.

To firmy wyłącznie obce, choć niemal każda z nich posiada w swojej nazwie słowo: „Polska”. Są to również firmy z grupy największych, o miliardowych obrotach, zatrudniające tysiące pracowników, jak np. Opel – 1909 osób, Carrefour – 4652, Geant – 7233, Coca Cola – 3016, Jeromino – 8684, Era GSM – 1898. Wszystkie stanowią zbiorowy fenomen altruizmu, bezinteresownej dobroczynności na rzecz Polski i Polaków – ponoszą straty, a jednak siedzą tu i ani myślą o zwijaniu swych deficy­towych geszeftów!

Na tle tego zdumiewającego altruizmu i dobroczynności, warto zastanowić się nad tym, co piszą stali autorzy „Gazety Polskiej” (24 V 2000) Sławomir Dąbrowski i sena­tor Adam Glapiński^ Piszą o lawinowo narastającym deficycie płatniczym Polski w kontekście oszustw podatkowych dokonywanych przez firmy zagraniczne. Defi­cyt płatniczy Polski w coraz większym stopniu jest wynikiem transferu pieniędzy za granicę. Jest to transfer zysków, możliwy w rezultacie zuchwałych oszustw podatkowo-dochodowych. Bezkarność, skala tych oszustw jest bezpośrednim skutkiem sabo­tażowej „prywatyzacji”, czyli ekspresowej wyprzedaży za bezcen naszego majątku narodowego.

Setki największych polskich firm znajdują się już w rękach zagranicznych właści­cieli – „inwestorów strategicznych”. Niemal wszystkie z nich, w krótkim czasie po przejściu w obce posiadanie, zaczęły notować milionowe straty. Ich właściciele po pro­stu ukrywają swoje zyski. Przesyłająje do swych macierzystych krajów na konta ban­kowe poza granicami Polski.

To jedna z tych właśnie form kolonizacji Polski.

Wykorzystują do tego procederu kilka sposobów. Dwa z nich są używane najczę­ściej i przynoszą największe zafałszowanie zysków.

Pierwszy polega na wykorzystywaniu cen transferowych w handlu zagranicznym. Firma zakupuje poza Polską towary o wielokrotnie zawyżonych cenach w porównaniu z rzeczywistymi. Faktury takie zawyżają koszty. Dodatkowy z tego profit, to możliwość wywiezienia dewiz za granicę pod pretekstem tych wysokich cen na importowane to­wary.

l. Autorzy książki: Ekonomia Niepodległości, wyd. „Antyk” 2000.

76

Dmgi sposób, to zaciąganie kredytów zagranicznych. Firma „córka” zaciąga u swej zagranicznej firmy „matki” wysoko oprocentowany kredyt. Spłata zawyżonych rat i odsetek, to prosta okazja do legalnego transferu dewiz poza Polskę po ukryciu zysków i uniknięciu podatków.

Pojawił się też trzeci sposób. Firma zatrzymuje na zagranicznych kontach część dewiz z tytułu eksportu swych towarów. Skutek: z Polski wypływają towary, ale nie wpływają należności za te towary – od razu pozostają na zagranicznych kontach.

Wspomniani autorzy, dobrze znający kulisy tych matactw choćby z racji pełnio­nych funkcji, oceniają dotychczasowe rezultaty tej grabieży na wiele miliardów złotych ukrytych i „wyeksportowanych” zysków. To dodatkowo rujnuje polski bilans płatniczy.

To wszystko działo się przy całkowitej akceptacji ministra Balcerowicza, a potem jego następcy – Bauca, Rady Polityki Pieniężnej i banku centralnego, czyli niezastąpio­nej jak Balcerowicz „pani Hani” Waltz.

W tym samym czasie Balcerowicz publicznie i stale, z wielkim namaszczeniem de­klarował swoją troskę o każdy publiczny grosz. Ta troska jest po części usprawiedliwio­na. Nikt tak jak on i „pani Hania” nie wie tak dokładnie, że zbliża się nieubłagany kryzys finansowy dogorywającego państwa.

Wiosenne (2000) propozycje budżetu na 2001 r. przedstawione przez Balcerowicza odsłaniały jego cyniczny program niszczenia finansów państwa oraz przerzucanie rosnących niedoborów na cały naród w postaci nowych podatków7. Po podatku ka­tastralnym (raczej katastrofalnym!), przyszła kolej na podatek VAT z tych dziedzin, któ­re zepchną Polaków w jeszcze większą biedę. Oto te żądania Balcerowicza w projekcie nowej ustawy VAT:

– w 2001 objąć VAT-em przydziały mieszkań członków spółdzielni;

– objąć VAT-em przenoszenie na członków spółdzielni prawa własności do nowych domków jednorodzinnych;

– obłożenie stawką 7 proc. VAT materiałów i robót budowlanych, co automatycznie podroży ceny mieszkań, które po raz drugi zostaną obłożone podatkiem;

– artykuły dla dzieci obłożone stawką siedmioprocentową mają stawkę zwiększoną o 12 proc.;

– obłożyć rolników trzyprocentowym VAT-em2;

– do 12 proc. ma wzrosnąć VAT na usługi w remontach, budowie, utrzymaniu ulic, pla­ców, dróg, mostów;

– objęcie gazet i czasopism niespecjalistycznych 7-proc. stawką VAT;

– wzrost VAT z 7 do 22 proc. za ogłoszenia prasowe;

– zniesienie zwolnień celnych od towarów importowanych dla szkół i przedszkoli;

– weryfikacja uprawnień do rent, zaostrzenie kryteriów przydziału zasiłków i świad­czeń przedemerytalnych.

 

1. Jawnie potwierdził to (25 V 2000) wiceminister finansów Borusiewicz w TV „Wiadomościach” w komentarzu do kryzysu finansów w powiatach – że dotacje będą malały, a potrzeby powiatów będą pokrywane z podatków obywateli.

2. „Kne-Sejm” już uchwalił VAT dal produktów rolnych.

77

Niezależni ekonomiści widzą w tych poczynaniach atmosferę „Titanica”: idzie ^1 kryzys, trzeba mocniej zdzierać z narodu. Mówi się o konieczności dewaluacji złotówki o około 25 proc. Obiektywnie błędne było upłynnienie złotówki z 4,1 na około 4,5 za dolar, ale ten manewr był jedynie alibi dla zbliżającego się kryzysu złotówki. Sitwa: Balcerowicz, Waltz, Rada Polityki Pieniężnej wiedzą lepiej niż wszyscy inni, że „Titanic” tonie.

Czy całkiem pójdzie na dno? W to nie wierzę. Pozostanie na powierzchni, zanurzo­ny do połowy kadłuba. Na zatonięcie nie pozwoli światowa oligarchia żydowska. Tu wiją sobie drugą Judeopolonię, wszak centralne miejsce na mapie przyszłej Eurazji. Ich potomkowie już od wieków głosili i realizowali zasadę zakładania karczm na skrzy­żowaniach dróg.

Marne to pocieszenie.

Zniszczyć Polskę i „polactwo”

Na naszych oczach, naszym kosztem dokonuje się zagłada państwa polskiego. Jed­nocześnie trwa proces degradacji materialnej narodu. Kasacja państwa rozpoczęła się od zwycięstwa sługusów żydomasońskiej plutokracji zachodu przy niepolskim Okrągłym Stole. Od tego czasu proces rozpadu państwa nasila się z każdym rokiem. Wyniki dziesięciolecia są przerażające. Jeżeli tempo niszczenia struktur państwa zosta­nie utrzymane, to w pierwszym pięcioleciu nowego tysiąclecia Polska przestanie ist­nieć, pod pretekstem „wejścia” do Unii Germano-Europejskiej.

Procedura bezkrwawego rozbioru Polski jest perfekcyjna i w tej perfekcji totalna. Wszystkie działania zmierzają do tego samego celu. W pierwszej kolejności grabarze Polski zapewnili władzę dla swych polskojęzycznych zdrajców. Działo się to pod znie­walającym chęć sprzeciwu Polaków – hasłem budowania „demokracji”.

We wszystkich edycjach „Kne-Sejmu” i wyłanianych przez nich ekip rządowych z lat 1990-2000, monotonnie obraca się karuzela stale tych samych nazwisk, tych sa­mych kompradorów światowych gangów pieniądza i władzy. Nazwiska Mazowiec­kiego, Geremka, Kuronia, Bujaka, Michnika – rzekomej „opozycji” sprzed okrągłostołowej zdrady, nierozdzielnie wpisują się we wszędobylską ośmiornicę komu­nistów ostentacyjnie wiernych swemu ideowemu sowietyzmowi – Millera, Oleksego, Cimoszewicza, Balcerowicza, Borowskiego, Siwca, StoIzman-Kwaśniewskiego. Stopniowo dołączali do nich kolejni, z obydwu stron pozorowanej barykady: Krzakle-wski, Cz. Bielecki, K. Bielecki, Hali, Rokita, Potocki, Czech, Syryjczyk7, Żak, J. Rybicki, J. Buzek i kilkudziesięciu innych. Większość pozostałych decydentów to albo tło, manekiny do głosowania za cenę awansów, albo ludzie zupełnie przypadkowi, bez identyfikacji narodowej lub politycznie ociemniałych.

l. Na zarzut, że mamy w „Kne-Sejmie” i rządach „samych Żydów”, kawalarze ripostowali: „A Syryjczyk? A Czech?”.

78

Niepodzielnie zdominowali politykę zagraniczną niszczonej Polski. Kolejni mini­strowie spraw bezgranicznych7 – Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Geremek konsekwentnie prowadzili politykę antypolską, uprawiali i uprawiają swoisty nihilizm wobec spraw polskich na arenie międzynarodowej. Równie konsekwentnie zapełniali placówki dyplomatyczne podobnymi sobie, według dwóch kryteriów: po pierwsze Żydami, po drugie komunistami lub synalami wybitnych zbirów stalinizmu.

Opanowali narzędzia propagandy, główne media, zwłaszcza telewizje, czołowe dzienniki. Na start prożydowskiej „Gazety Wyborczej” syjonizm amerykański wyłożył miliony dolarów. Działo się to pod pretekstem budowania prasy „solidarnościowej”. Podstęp i zdrada szybko wyszły na jaw, kiedy „Gazeta Wyborcza” obsadzona przez synali wybitnych stalinowców żydowskiego pochodzenia, rozpoczęła zmasowaną kampa­nię antypolonizmu, atakując i ośmieszając patriotyzm, katolicyzm, pryncypia wiary, kultury, polską historię, współczesny opór przeciwko inwazji syjonizmu szkalującego Polaków pokolenia wojennego o współudział w hitlerowskim („nazistowskim”) ludo­bójstwie na Żydach.

Ze sprawy konkordatu ze Stolicą Apostolską uczyniono kilkuletnie, drwiące targo­wisko. Podobnie z prac nad nową Konstytucją, w której sama preambuła z odwołaniem się do Boga stała się przedmiotem wielomiesięcznego zaciekłego oporu żydowskiech Judaszy. W Konstytucji zawarto natomiast bez oporu klauzule oddające część naszej su­werenności władzy obcej, instancjom i instytucjom nadnarodowym. To wymuszenie stanowiło prawne przygotowanie do formalnego piątego rozbioru.

Jego kamieniem węgielnym stało się podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, przygotowanie do podpisania traktatu rozbiorowego pod auspicjami Unii Europejskiej.

Od pierwszych miesięcy swego zwycięstwa po oficjalnej epoce komunizmu, żydo-komuna prowadzi z niesłychaną konsekwencją i rozmachem prace „przygotowawcze” do kasacji polskiego organizmu państwowego. Dokonuje się to pod werbalnym prete­kstem „prac przygotowawczych do integracji z Unią Europejską”. Dokonano niszczy­cielskich zmian w czterech kluczowych dziedzinach – strukturze administracyjnej, zdrowiu, oświacie i ubezpieczeniach.

Podział administracyjny polegał na utworzeniu kilkunastu wielkich regionów administracyjnych – przyszłych euroregionów na wzór niemieckich landów. Powołano kilkaset powiatów, tworząc piętrowy system administracyjny, mnożący biurokrację, chaos kompetencyjny i pustkę budżetową.

Zdemolowanie wspomnianych czterech struktur społeczno-organizacyjnych zo­stało podporządkowane strategicznemu celowi, jakim jest odebranie państwu wszy­stkich jego podstawowych prerogatyw w kluczowych dziedzinach, jak: wpływ na lokalną administrację, służbę zdrowia, oświatę, ubezpieczenia oraz tradycyjne, niezby­walne dotąd monopole państwa. Niszczycielska strategia zmierzająca do uczynienia z Polski amorficznej papki terytorialnej i narodowej, opiera się na dwóch kierunkach uderzenia:

l. Dokładnie tak: bezgranicznych. Ten neologizm oddaje istotę zdrady interesów Polski. Nie istnieją granice interesów Polski w „polskiej” polityce „zagranicznej”. Jest ona bezgraniczna, globalistyczna.

79

— zniszczenie samodzielności gospodarczej Państwa;

– zniszczenie jego budżetu i zepchnięcie na jednostki terytorialne – regiony i po­wiaty, finansowania kluczowych dziedzin życia zbiorowego, jak zdrowie, ubez­pieczenia, nauka i oświata, budownictwo, drogi, kultura.

Po osiągnięciu stanu głębokiej zapaści w tych dziedzinach, istnienie Państwa Pol­skiego staje się zbędne. Co więcej – państwo wydaje się być główną przeszkodą w próbach opanowania totalnego chaosu i wspomnianej zapaści. Jedynym wyj­ściem stanie się wówczas usunięcie tej przeszkody, następnie wchłonięcie tej masy upadłościowej przez Unię Germano-Eropejską.

 

Powtórzymy jeszcze raz – ten program jest realizowany z żelazną konsek­wencją i diabolicznym profesjonalizmem; zuchwale, cynicznie, z pogardą dla 40-milionowego narodu.

Przez dziesięć lat wytrwale niszczono i rabowano narodowy majątek Polaków. Do­konywano tego sabotażu na resztkach majątku metodą zapędzania ówczesnych pań­stwowych przedsiębiorstw i całych dziedzin gospodarki w sztucznie zaprogramowane, wymuszone upadłości. Na te pobojowiska wchodziły korporacje międzynarodowe lub żydokomunistyczne lokalne sitwy, wykupując je za bezcen, przejmując je za same „długi”. Razem z nimi, ogromne połacie majątku narodowego przechwytywały sitwy „nomenklaturowe”, w zgodnej współpracy ze swoimi rzekomymi opozycjonistami z KOR i „Solidarności”. Tak oto nasz majątek narodowy niszczał i przechodził w obce ręce za darmo lub za dziesiątą część wartości, a lista tych przestępczych zawłaszczeń jest szokująca i stale rośnie.

Wspomnijmy o niektórych, najcenniejszych, a więc najbardziej dotkliwych stra­tach. Zniszczono przemysł zbrojeniowy, stanowiący ważny element postępu i dyna­miki w przemyśle, myśli technicznej, zatrudnieniu. Utraciliśmy bezpowrotnie i prawie za darmo: Stocznię Gdańską7, fabryki samochodów, ciągników, telewizorów, papie­ru; cementownie, cukrownie, górnictwo, przemysł tytoniarski, spirytusowy, huty, fabryki wagonów i lokomotyw, przemysł rolny, przetwórczy. Rolnictwo zostało ze­pchnięte w skansen i nieopłacalność przez import artykułów spożywczych z zachodu, z jednoczesnym zakazem Unii Europejskiej na eksport naszych produktów do krajów UE.

Niszczycielska inwazja poszła w kierunku naszego systemu bankowego. Niemal całkowite jego opanowanie przez korporacje międzynarodowe dokonało się z po­gwałceniem fundamentalnej zasady dominacji państwa nad narodowym systemem ban­kowym, bezpieczeństwa w proporcjach kapitału własnego i obcego. Afery miały charakter grabieży lub sabotażu, z wykorzystaniem historycznej szansy, jaką było prze­chodzenie z komunizmu państwowego w komunizm prywatny. Poprzez takie syste­matyczne machinacje kreowane przez kolejne rządy, Polska została ograbiona z miliardów dolarów w ramach afer Banku Handlowego, Banku Inicjatyw Gospodar­czych, Kredyt Banku S.A., Banku Śląskiego, Banku Gospodarki Żywnościowej. Dzie­siątki miliardów dolarów międzynarodowe żydostwo przechwyciło w ramach afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ).

l. Chronologię i dramaturgię grabieży Stoczni i jej terenów omawiam w osobnym rozdziale.

80

Ani jeden z przestępców odpowiedzialnych za tę zbrodnię nie poniósł odpowie­dzialności. W podobny sposób, czyli całkowicie bezkar­nie, dwóch agentów żydowskiego lobby – Bagsik i Gąsiorowski ograbili finanse Polski na miliony dola­rów w ramach afery o nazwie Art-B. Przekazany Polsce przez władze Szwajcarii Bagsik, po pobycie w areszcie stał się idolem polskojęzycznych mediów, wzorem przedsiębiorczości, a pod koniec 1999 roku zamiast po­wrócić do więzienia, stał się prezesem Zarządu Zakładów Futrzarskich w Kurowie.

Niszczono w zarodku wszelkie próby wprowadze­nia ustawowego systemu zapobiegania grabieży majątku narodowego. Testem przegranym przez polską mniejszość w „Kne-Sejmie”, były przetargi i głosowania w sprawie tzw. Prokuratorii Generalnej. Miała ona zo­stać wyposażona w obligatoryjne prawo interwencji w przypadkach niezgodnej z prawem, zasadami prywa­tyzacji, rachunkiem finansowym – sprzedaży obiektów o szacunkowej wartości ponad pięciu milionów złotych. Za takimi uprawnieniami opowiedział się Senat. Prze­ciwko nim zwarły się szeregi zdrajców i agentów po obydwu stronach pozornej barykady – lewicy i pseudo-prawicy. Wystarczy przypomnieć, że przeciwko takim uprawnieniom Prokuratorii Generalnej głosowali m.in. M. Krzaklewski – przewodniczący NSZZ „Solidarność” i szefAWS, rzekomo solidarnościowy premier J. Buzek, a dalej: Maciej Jankowski, marszałek Sejmu Plażyński, Rokita, Hali, Szeremietiew, P. Żak, W. Walendziak, Komotowki, Kropiwnicki, Pałubicki, K. Miodowicz, K. Dzielski, Balazs, K. Ujazdowski, J. Gwiżdż.

Podobnie ułożył się „rozkład jazdy” ku Europie regionów, w głosowaniach nad wyposażeniem powstałych regionów w prawo prowadzenia samodzielnej polityki go­spodarczej z regionami europejskimi, wchodzącymi w skład UE. W tej paradzie euroz-drajców nie zabrakło Krzaklewskiego, Halla, Buźka, Cz. Bieleckiego, M. Jankowskiego, Kropiwnickiego, Miodowicza, Balazsa, Plażyńskiego, Palubickiego, Rokity, Walendziaka, Ujazdowskiego, Żaka. Agentura Unii Europejskiej w szeregach AWS głosowała zgodnie z jawną, licencjonowaną przez samą swoją na­zwę, Unią Wolności oraz komunistami spod szyldu SLD.

Cała polityka gospodarcza Polski „posierpniowej” została podporządkowana roz­kazom mandarynów z Unii Europejskiej. Sprowadza się ona do forsowania kilku stra­tegicznych kierunków, realizowanych z niszczycielską konsekwencją przez polskojęzyczną agenturę Sorosa, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, NATO. Są to:

– niszczenie polskiego budżetu;

81

– duszenie (aprecjacja) złotówki dla ułatwienia inwazji kapitału obcego, zwiększ

nieopłacalności polskiego eksportu;

– systematyczne niszczenie zdolności produkcyjnej i kondycji finansowej resztek pol­skiego przemysłu, ocalałego po niszczycielskiej „prywatyzacji” przez poprzednie ekipy rządowo-sejmowe;

– bezwzględne, a przy tym nadgorliwe wykonywanie rozkazów Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gaulajterów Unii Europejskiej7;

– w agresywnej, kłamliwej propagandzie proeuropejskiej – zuchwałe, przeczące fa­ktom epatowanie urzędowym optymizmem, kłamstwami o rzekomo dobrej kondycji „polskiej” gospodarki, która już dawno przestała być polska;

– pogarda dla polskości, dla narodowych i religijnych pryncypiów, stałe przepraszanie Żydów za… ich zbrodnie na Polakach (!), usunięcie klasztoru Karmelitanek a potem krzyży z oświęcimskiego Żwirowiska, przyjęcie tzw. „Ustawy Oświęcimskiej” i ustawy o miejscach pamięci narodowej. W załączniku do tej ustawy usunięto nawet tradycyjne oznaczanie miejsc pamięci narodowej tzw. krzyżami grunwaldzkimi.

W czasie debat nad tymi aktami zdrady i pogardy dla polskich zrywów wolno­ściowych i męczeństwa milionów Polaków, zjednoczyła się większość posłów z pozo­rnie przeciwstawnych obozów, w tym wielu „prawicowych”.

Jak to się stało?

W ciągu dziesięciu lat wrogowie i zdrajcy okupujący Polskę zdołali doprowadzić do śmiertelnej zapaści substancji materialnej Narodu. Jak w soczewce zbiegły się tragi­czne tego skutki w projekcie budżetu na 2000 rok, opracowanym przez ministra Balce-rowicza, kompradora Unii Europejskiej działającego w poczuciu pełnej bezkarności, gwarantowanej mu przez jego międzynarodowych mocodawców.

Posłowie o postawach patriotycznych, bezlitośnie demaskowali ten niszczycielski spisek. Oto najważniejsze wyróżniki i wskaźniki dokonującej się zapaści.

Około 20 milionów Polaków żyje poniżej minimum socjalnego. Dwa miliony ro­dzin (ok. 8 min osób) żyje w nędzy2. Sześć milionów Polaków tkwi w ubóstwie. Nie są to kategorie ogólnikowe, dowolne. Istni ej ą powszechnie przyjęte na świecie kryteria za­możności, biedy, nędzy. Podstawowym jest wskaźnik średnich płac i dochodów. Według tego kryterium, 20 milionów Polaków – polowa Narodu, żyje poniżej mini­mum socjalnego; sześć milionów w ubóstwie, osiem milionów w nędzy, z czego pół miliona jest bezdomnych. Kilkunastoprocentowe bezrobocie trapiące prawie trzy mi­liony osób, nie jest czymś godnym uwagi dla beznarodowych globalistów, przyjmują oni bowiem przyszłościowy stan światowego zatrudnienia w proporcji 1:4, czyli na 20 pracujących ma być 80 niepracujących, głównie emerytów i rencistów.

Pobojowisko zwane jeszcze Polską, jest rekordzistą w skali Europy pod względem zróżnicowania kondycji materialnej obywateli. 1. Choroba zwana „brukselozą”. Wiadninosti” TV z 11 I 2000.

82

Mamy rozwarstwienie na żyjącą w biedzie lub nędzy ogromną większość i pławiącą się w bogactwie oligarchię finansową czyli ogromną mniejszość. Rodzi to nastroje desperackie, lecz niewykluczone, że „oświeceni” świadomie kreują scenariusz krwawego zrewoltowania Polaków, aby zyskać pretekst do siłowej pacyfikacji, przyjścia reżimowi swych namiestników z socjaldemokratyczną „braterską pomocą” na wzór niedawnej – komunistycznej.

W realizacji nakazu brukselskich niszczycieli Polski, sitwa Balcerowicza wspiera­na przez większość zdrajców i karierowiczów z AWS, obiecywała „zduszenie” deficytu budżetowego na 2000 rok do około 2 procent. Było to nie tylko nierealne, lecz służalczo nadgorliwe, bowiem nakazy Unii Europejskiej dla rządzącej Polską „Żydunii Wolności” zezwalały na trzyprocentowy deficyt. Niezależni ekonomiści zapowiadali deficyt budżetowy kilkakrotnie większy, a Balcerowicz wręcz po szulersku starał się go ukryć, rozparcelować w niedofinansowaniu kluczowych dziedzin, m.in. w zapaści Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Te szulerskie zagrywki ministra zdemaskował wtedy dyre­ktor ZUS Stanisław Alot, za co został natychmiast zdjęty ze stanowiska. Minister finan­sów „rozparcelował” deficyt nie tylko na ZUS, lecz również w Agencji Rynku Rolnego oraz w niedoinwestowaniu samorządów.

Tragiczna w skutkach jest dominacja importu nad eksportem. Dosadnie zobrazo­wał skalę i skutki tego zjawiska prezes PSL Jarosław Kalinowski:

Import preferowany polityką kursową (aprecjacj ą złotówki – H.P.) do­prowadził do głębokiego regresu wytwórczości krajowej. Wiele branż przemysłu chyli się ku upadkowi (…) Około 45 procent podmiotów gospo­darczych ponosi dziś straty (…) całkowicie załamał się eksport. Tak duże­go spadku, o 9 procent nie było od 8 lat (…) Głęboki regres przeżywa budownictwo mieszkaniowe, tak mało mieszkań jak obecnie, nie budowa­no w Polsce od 47 lat. Jeszcze gorsza sytuacja jest w rolnictwie7.

W czasie debaty budżetowej wykazano dowodnie, że Produkt Krajowy Brutto nie wzrośnie o 5,1% lecz tylko o 3,5%; produkcja przemysłowa nie wzrośnie o 8%, bo w ciągu dziewięciu miesięcy roku budżetowego wzrosła tylko o 0,9% (!). Eksport miał wzrosnąć o 14%, tymczasem spadł o 9%, co daje łączną różnicę kłamliwych, bo nie tylko optymistyczno-propagandowych szacunków, wynoszącą 23%! Deficyt bieżącego bilansu płatniczego zamiast wzrosnąć o 13%, jak obiecywano oszukańczo -osiągnął ponad 20 procent poziomu analogicznego okresu roku ubiegłego. Wreszcie -stopa bezrobocia szacowana na 9,4%, już po dziewięciu miesiącach osiągnęła 12%, a rok 1999 zamknął się bezrobociem w granicach 15%.

Na ten regres złożyły się również lata poprzednie, m. in. czas rządów komunistów jawnych, tych spod znaku SLD. Tym bardziej więc szef SLD L. Miller mógł ironizo­wać, że planowany budżet roku 2000 jest „budżetem ewakuacji”, co miało zapewne oz­naczać, że sitwa UW-AWS przekaże ster rządów w ręce „socjaldemokracji”, niejako ewakuując się z tonącego okrętu zwanego Polską. To jednak scenariusz abstrakcyjny –gaulajterzy Polski nie zamierzają się ewakuować ani z Polski, ani z władzy nad nią. Podzielą się nią z socjalkomuną.

„Nasza Polska” 27 X 1999.

83

Deficyt w handlu zagranicznym przekroczył już w 1999 r. 20 miliardów dolarów. O łącznym zadłużeniu wobec banków zagranicznych nikt nie mówi, nikt go dokładnie nie zna, ale znawcy bilansu płatniczego państwa są przekonani, że jesteśmy zadłużeni na ponad 60 miliardów dolarów. Czymś zupełnie abstrakcyjnym jest zakładanie -jak to czynił finansowy kłamca Balcerowicz – wzrost eksportu o 14% -jeżeli planuje się dalsze sztuczne nadwartościowanie złotówki, co oznacza nieubłagalny dalszy spadek eksportu i lawinowy wzrost importu.

Rząd „ubolewał”, że nie ma pieniędzy na realizację ważnych funkcji płatniczych, takich jak dotacje rolne, płace dla pielęgniarek, kredyty mieszkaniowe, dotacje na „re­strukturyzację” czyli na doniszczenie górnictwa, hutnictwa. Były to ubolewania obłudne, oszukańcze. Jest dokładnie przeciwnie. Rząd sterowany przez sługusów globalistycznych budowniczych Jednego Rządu Światowego celowo niszczy wpływy budżetowe, aby pozbawić państwo racji jego istnienia, a więc usprawiedliwić jego likwidację. Dlatego niszczy płatnicze funkcje rządu, jego budżet, zwiększa koszty funkcjonowania struktur administracyjnych oraz służb publicznych przerzuca je na regiony-województwa, koszty pomniejsze na powiaty i gminy. To w sumie odbiera pań­stwu, jego budżetowi, jego tradycyjnym strukturom tradycyjne możliwości i prerogaty­wy. Po ich zniszczeniu nastąpi ostateczna kasacja państwa. Skala i tempo tego demontażu, eskalacji deficytu, kryzysu, niszczycielskiego rozkładu, jest pod­porządkowana terminarzowi wchłonięcia terytorium zniszczonego państwa przez Unię Germano-Europejską. Dziś mówi się, że nastąpi to w 2003 roku. Przy utrzyma­niu dotychczasowego tempa niszczenia gospodarki i budżetu państwa, około 2002 roku Polska stanie się takim gruzowiskiem, że dla uniknięcia totalnego chaosu w tej newral­gicznej części Europy, eurokracja będzie ją ratować przez „wcielenie” tego pobojowi­ska do Unii Germano-Europejskiej. W ciągu dwóch lat nastąpi „wyprzedaż” resztek majątku narodowego. Wtedy nie będzie czym łatać największych dziur w funkcjonowa­niu budżetu, czyli państwa.

 

Do tego zerowego punktu zmierzają eurokraci i nasi lokalni wrogowie i zdrajcy. Są na swój sposób spokojni. Wiedzą, że okręt tonie, ale zbliża się okręt ratowniczy. Przy­cumuje rozbitka do europortu w stosownym momencie,                         a

Poseł Łopuszański, w szeregu sprawach Rejtan obecnej edycji „Kne-Sejmu’ w debacie budżetowej tak zakończył swoje przemówienie:

 

To jest budżet szczególny, charakterystyczny dla całej polityki lat ostatnich (…) polityki niszczącej polską gospodarkę, rabunkowej wo­bec polskiego majątku narodowego, importującej bezrobocie, paupe-ryzującej większość narodu, rodzącej konflikty społeczne, prowadzącej do stopniowej anihilacji Państwa Polskiego’.

Armada najeźdźców czyli Unia Germano-Europejską, ponad 70% swojego do­datniego bilansu handlowego z całym światem – inkasuje w Polsce!

Jest to skończenie oczywisty, niepodważalny dowód na antypolski, nowy, germań­ski rozdział „Drang nach Osten”.

l. Tamże.

84

Zamiast dywizji pancernych, zamiast milionów po­ległych Polaków, zamiast zniszczenia w nalotach bombowych 60% potencjału przemysłowego i majątku narodowego Polaków jak w wyniku II wojny światowej, trwa podbój bezkrwawy. Zamiast dzikiego niszczenia – dzika grabież. Zamiast dzikiego zabijania – dzikie zniewolenie.

Polska jest głównym celem tej inwazji, ale nie jedynym. „Drang nach Osten” doty­czy całej Europy Wschodniej. Wkrótce przyjdzie kolej na Ukrainę i Białoruś. Jest to in­wazyjny imperializm zmierzający konsekwentnie ku trzeciej wojnie światowej. W niej i tylko w niej poszukuje on wyjścia z monstrualnego kryzysu finansowego świata. Eks­perci analizujący sytuację finansową i gospodarczą Globu są jednomyślni w tym, że tyl­ko 5% światowego obiegu pieniądza ma pokrycie w produkcji, usługach, w realnie istniejących dobrach, w tym zwłaszcza w złocie. Ponad 80% tego „pieniądza” istnieje tylko na papierze, w cyfrach i liczbach, jako pieniądz spekulacyjny, suma monstrual­nych odsetek od odsetek, wymuszeń, oszustw, sprowokowanych upadłości finansów całych państw a ostatnio całych kontynentów, jak południowo-amerykański lub azjaty­cki.

Jesteśmy krajem taniej siły roboczej. Krajem skazanym na kasację. Z degradacji Polski uczyniono cel, system, program, niepisaną ideologię, spisek, wyrok, element eurostrategii. Jesteśmy zamieniani w obszar lachmaniarskiej biedy, nędzy, po­wszechnego niedostatku. Zostaliśmy wydziedziczeni z własności narodowej. Rządzą nami wrogowie tutejsi, kierowani przez międzynarodowe gangi pieniądza. Na degra­dację materialną, gospodarczą, bytową nakłada się nihilistyczna degradacja oby­czajowa, moralna, duchowa, kulturowa, religijna, nawet językowa. Szaleje kult seksu wśród młodego pokolenia, szerzony już nawet w programach edukacyjnych. Tak zwane wychowanie seksualne jest w istocie porno-wychowaniem, instruktażem tech­nologii seksu, w której sacrum intymności zostaje wystawione na pośmiewisko, na swoistą sekcję żywych zwłok. Ze zboczeń uczyniono, na wzór zachodni, kryterium nowoczesności, „tolerancji”, ,, wolności”. Wkrótce wzorem niektórych cywilizacyjnie zniszczonych już państw, jak Holandia, w obszarze skasowanej państwowości Polski zostaną zalegalizowane małżeństwa lesbijek i gejów. Otrzymają one prawo do adopcji dzieci, aby zamieniali je w drugie pokolenie zboczeńców. W gazetach roi się od ogłoszeń prostytutek, lesbijek i gejów.

 

Przez ginącą Polskę przeciąga tornado instytucjonalnego kłamstwa, fałszu, nieprawdy, manipulacji, obłudy, afer, korupcji, bezkarności, pijaństwa, narkoma­nii, pornografii, zdziczenia, satanizmu, sekt, bezprawia prawnie zawarowanego, gwałtu, przemocy, bandytyzmu, wymuszeń, grabieży, przestępczości zorganizowa­nej z udziałem organów „ścigania”, tornado oszustw, morderstw, napadów w bro­nią w ręku, a zwyrodniali mordercy wychodzą na wolność po kilku latach.

 

Dogorywająca Polska jest własnością renegatów, zdrajców, prowokatorów, łajdaków moralnych i intelektualnych, nikczemników sprzedających się dla karie­ry, dla doszlusowania do ekstraklasy pieniądza i wpływów.

Na każde z tych kilkudziesięciu negatywnych zjawisk, można bez trudu przywołać tyle faktów, że każde z nich może stać się tematem obszernej książki. Nikt ich jednak nie napisze. Jeżeli ktoś taką napisze, to nie zostanie opublikowana. Jeżeli któraś z ta­kich książek zostanie opublikowana nakładem autora, to zostanie wraz z autorem wdeptana w błoto pomówień, oszczerstw, zmyśleń, szyderstw, przeinaczeń, napa­ści słownych i fizycznych.

85

Autor zostanie okrzyknięty „antysemitą”, „ksenofobem”, intelektualnym dewian­tem, psychopatą; zostanie poddany przesłuchaniom prokuratorskim za „szkalowanie”, za „nawoływanie do waśni”, za obrażanie rządu, parlamentu, prezydenta, licencjonowa­nych „autorytetów moralnych”, światłych Europejczyków – tych współczesnych Moj­żeszów bezinteresownie przeprowadzających Polskę z epoki kamienia łupanego w XXI wiek „Zjednoczonej Europy”.

 

Terror wobec prawdy – tej pierwszej i ostatniej ofiary każdego totalitaryzmu -jest totalny. Prawda: pisana, mówiona – jest niszczona, dławiona w dwojaki sposób:

czynnie, aktywnie, bezpośrednio, instytucjonalnie, ale ten fizyczny terror wobec pra­wdy i ludzi prawdy ma swoje przedłużenie i wsparcie w terrorze najbardziej skutecz­nym – bezgłośnym, niewidzialnym, niesłyszalnym. Jest nim terror przemilczania. Terror zamilczenia na śmierć ludzi, ich programów, rejtanowskich desperacji: wszy­stkiego i wszystkich, którzy jeszcze usiłuj ą walczyć, sprzeciwiać się, demaskować, bro­nić siebie, Polski, przyszłości swoich bliskich.

Tymczasem dziesiątki milionów Polaków, zaciskając bezsilne pięści i usta, za­dają sobie milczące – niestety milczące pytania:

– Jak to się stało, że w wolnej Polsce Polacy są obywatelami drugiej kategorii?

– Jak to się stało, że wszystkie kluczowe gałęzie naszej gospodarki, przemysłu stały się obcą własnością?

– Jak to się stało, że polski system bankowy stał się wasalem przestępczych mafii o nazwach: Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy?

– Jak to się stało, że zostaliśmy ograbieni z dziesiątków miliardów dolarów FOZZ, ART-B, a sprawcy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności i nadal tkwią w elitach pie­niądza i władzy?

– Jak to możliwe, że prawie połowa Narodu żyjąca na wsi i z rolnictwa została ze­pchnięta do statusu podobnego do XIX-wiecznych amerykańskich Indian?

– Jak to możliwe, że jedyną opłacalną działalnością jest likwidacja lub wyprzedaż za bezcen tego, co było najcenniejsze jeszcze kilka lub kilkanaście lat temu?

– Jak to możliwe, że nie opłaci się górnictwo, rolnictwo, hutnictwo, przemysł zbrojeniowy, wyprzedać za bezcen i obcym energetykę, cementownie, cukrownictwo, lukratywne monopole państwa jak alkoholowy, tytoniowy?

– Jak to możliwe, że w supermarketach musimy kupować nawet ziemię donicz­kową z Niemiec?

-Jak to możliwe, że musimy finansować 70% całego światowego eksportu państw Unii Europejskiej?

– Jak to możliwe, że w ciągu kilkunastu lat „gierkowskie” długi zagraniczne w wy­sokości około 25 mld dolarów, urosły do 42,7 mld dolarów w 1998 roku?

– Jak to zrobiono, że miliony Polaków uwierzyły, iż polskie górnictwo, hutnictwo, przemysł zbrojeniowy, cukrowy, alkoholowy, tytoniowy, przetwórczy, kluczowe fabry­ki, stały się „nierentowne” i trzeba je albo zaorać albo „wyprzedać”, czyli „sprywatyzować”?

86

– Jak to zrobiono, że prawie 50% Polaków uwierzyło w „bezinteresowny” chara­kter inwazji Unii Germano-Europejskiej na nasz zrujnowany przez nią kraj?

– Jak to możliwe, aby Polska była „tygrysem” Europy Środkowej, a jednocześnie połowa jej obywateli żyła poniżej minimum socjalnego, sześć milionów w ubóstwie, a dwa miliony rodzin w takiej nędzy, jaką opiewała w swych wierszach Maria Konopnicka?

– Jak to było możliwe, aby zamordowano czterech generałów i nie wykryto spraw­ców: generała-premiera Jaroszewicza, generała Fonkowicza, gen. Dubickiego i gene­rała Papałę, komendanta głównego policji?

– Jak to się dzieje, że w ciągu wieloletniego procesu morderców górników z kopal­ni „Wujek”, nie doszło do ich skazania?

– Jak to możliwe, żeby katolickie Radio Maryja, słuchane przez wiele milionów Polaków, było nikczemnie szkalowane, obrażane, dyskryminowane w przydziałach częstotliwości, na przekór licznym protestom obrońców tego Radia, włącznie z manife­stacją w Częstochowie, która zgromadziła 200 tysięcy wiernych?7

– Jak to możliwe, żeby rzekomi pogromcy komuny nie mogli w ciągu 10 lat do­konać formalnej dekomunizacji, osądzić, odsunąć od władzy byłych oprawców Bez­pieki?

– Jak to możliwe, aby pozwalano na wykup za bezcen dziesiątków tysięcy hektarów polskich ziem zachodnich przez Niemców, co oznacza budowanie inwazyjnych przy­czółków germanizmu?

– Jak to możliwe, abyśmy tolerowali rządy i „Kne-Sejmy” wykonujące z nawiązką wszystkie inwazyjne i rozbiorowe dyrektywy Unii Europejskiej?

– Jak to możliwe, abyśmy tolerowali ciąg ustaw i uchwał o charakterze jawnie antypolskim, jak np.: konstytucyjne zezwolenie na zrzeczenie się „części suwerenno­ści” na rzecz obcych sił?

– Jak to możliwe, że brak funduszów na powrót tysięcy Polaków wywiezionych przez NKWD do Kazachstanu, a jednocześnie Polska była głównym pośrednikiem w emigracji do Izraela około 1,5 min sowieckich Żydów, w tym około 20 tyś. funkcjo­nariuszy KGB i GRU?

– Jak to możliwe, że kłamca, pijak i cham szydzący z Papieża-Polaka, może zo­stać przez Polaków wybrany ponownie prezydentem?

– Jak to możliwe, że wiara ponad 90% Polaków jest dyskryminowana, wyszydza­na, obrażana, lżona lub „poprawiana” według modelu „ekumenizmu” żydomasońskie-go?

– Jak to możliwe, że żydowski degenerat pisze w brukowym „NIE” o „pierdolonej Polsce” i nie spotyka go za to żadna kara?

– Jak to możliwe, że wybraliśmy prezydenta, którego jedynymi „zaletami” było pochodzenie z ojca NKWD-ysty, kłamstwa wyborcze o posiadaniu wyższego wykształcenia, pijackie kompromitowanie urzędu prezydenta podczas uroczystości w K-a-tyniu, szydercze parodiowanie Papieża-Polaka i szkalowanie Polaków „antysemityz­mem”?

1. Do takich naprawiaczy i uzdrowicieli RM dołączył jezuita Wacław Oszajca – red. naczelny „Przeglądu Powszechnego”. W wywiadzie dla skrajnie idcologiczno-libcrtyńskiego pisemka: „Kurier Czytelniczy Mcgaron” z kwietnia 2000 (rozchodzi się w ogromnym nakładzie za darmo!) — W. Oszajca po raz kolejny ujawnił się jako wojujący „reformator” Kościoła.

87

– Jak to możliwe, że „naszymi” ministrami spraw zagranicznych (bezgranicznych) są osobnicy wyłącznie żydowskiego pochodzenia, prowadzący politykę jawnie anty­polską, wysyłający polskich żołnierzy w roli okupantów do Jugosławii na wzór „brat­niej pomocy” dla Czechosłowacji w 1968 roku?

– Jak to możliwe, że polski„Kne-Sejm” podejmuje uchwały o wyrzucaniu katolic­kich krzyży z sąsiedztwa obozu zagłady w Oświęcimiu – największej w historii nekro­polii Polaków?

– Jak to możliwe, że „polski” Sejm podejmuje uchwałę o ochronie miejsc zagłady Żydów, pomijając w niej miejsca zagłady setek tysięcy Polaków pomordowanych przez obydwa totalitaryzmy – hitlerowski i żydosowiecki?

– Jak to możliwe, że szalejące w Polsce żydactwo codziennie pluje nam w twarz obelgami i szyderstwami z ekranów polskojęzycznych gadzinówek, a kilkanaście mi­lionów dorosłych Polek i Polaków uważa, że to deszcz pada?

– Jak to się dzieje, że sens istnienia tysiącletniej Polski jest fundamentalnie kwe­stionowany w imię „bezsensu” istnienia państw narodowych?

– Jak to się dzieje, że kilkudziesięcioosobowa sfora polskojęzycznych, ciągle tych samych dyżurnych gnid, została oddelegowana przez swych mocodawców do perma­nentnej nagonki na polskość, na ideę państwa narodowego; do opluwania pamięci mi­lionów Polaków poległych w walkach o niepodległość, pomordowanych w ludobójczej eksterminacji?

– Jak to możliwe, że wielowiekowy kanon polskich wartości narodowych, religij­nych, moralnych, kulturowych, duchowych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niemal z dnia na dzień stał się symbolem rzekomego wstecznictwa, obskurantyzmu, na­cjonalizmu, nietolerancji, zaściankowości?

– Jak to się stało, że światowe żydo-mcdia, również jak na dane hasło, podjęły bez­przykładną nagonkę na polskość, na Polaków, czyniąc z nich – ofiar hitlerowskiego lu­dobójstwa – rzekomych jego współsprawców na równi z anonimowymi „nazistami”?  

– Jak to możliwe, że ta kampania oszczerstw, kłamstw, obelg, pogardy dla faktów historycznych, ta próba moralnego holocaustu na polskim narodzie – przechodzi bez­karnie przed obliczem „społeczności międzynarodowej”, tak rzekomo rozmiłowanej w prawdzie, tolerancji, równości, „demokracji”?

-Jakiej to bezkarności i zaufania do swoich oligarchów potrzeba, aby rozproszony naród żydowski godził się na przenoszenie odium zbrodni ludobójstwa z jego niemieckich sprawców na ofiary – na Polaków, z których około 120 000 Niemcy za­mordowali za pomoc udzielaną ukrywanym przez siebie Żydom?

 

– Jak to możliwe, że współczesny faszyzm, nazywany obecnie „globalizmem”, równie bezwzględny, cyniczny i podstępny jak hitlerowski, otrzymał legitymizację u drugiego pokolenia powojennych Europejczyków?

 

– Jak olbrzymich starań, pieniędzy, podłości, nienawiści należało uruchomić, aby tak skutecznie skundlić świadomość naszego niepokornego, tragicznego narodu?

88

– Dlaczego pozwoliliśmy i pozwalamy tak zlachmanić naszą godność, naszą dumę narodową, nasze umiłowanie wolności, od trzech stuleci wystawiane na ludobój­cze próby przez europejskie i żydo-amerykańskie łotrostwo?

Na te dziesiątki pytań, na dziesiątki innych tu nie postawionych, jest tylko jedna, nieuchronna, tragicznie prawdziwa, krótka odpowiedź:

– To wszystko było i jest możliwe, ponieważ od dziesięciu lat Polska jest pod nową okupacją ciągle tych samych żydokomunistycznych, „socjaldemokratycz­nych” nieubłaganych wrogów i niszczycieli Polski, Polaków, polskości; ideowych spadkobierców sprawców ludobójstw Oświęcimia, Katynia, Pawiaka, Wronek, Rakowieckiej i dziesiątków innych miejsc kaźni Polaków.

 

Śpimy w tym lachmaniarskim chocholim śnie, znarkotyzowani dosłownie i w przenośni, ukontentowani ochłapami z pańskich stołów.

A jeśli ktoś nagle, tu czy tam wrzaśnie wielkim głosem: „Do broni! Termopile!” -otwieramy jedno oko i pytamy:

– Za ile?

Groźny mit o „upadku” komunizmu

Komunizm nie „upadł”, nie zmienił się, istnieje nadal i wciąż trzyma w ryzach Pol­skę i pozostałe kraje Europy Środkowej.

– Komunizm nie upadł jako ideologia:

Istotą komunizmu było, jest i pozostaje centralizowanie struktur władzy politycz­nej, finansowej i gospodarczej w coraz wyższych, coraz węższych kręgach decyzyjnych obejmujących coraz szersze obszary w sensie terytorialnym i strukturalnym. Odpo­wiednikiem komunizmu w krajach tradycyjnego kapitalizmu jest wszechobecna „socja­ldemokracja” czyli socjal-komunizm spod znaku globalizacji, synonim tej samej drapieżnej centralizacji władzy decyzyjnej oraz struktur gospodarczych. Okrętem fla­gowym tych ostatnich jest potęga korporacji przenikających państwa i kontynenty, nie­zależnych od tradycyjnych form władzy i kontroli, jakimi były władze państw. W ideologii komunizmu chodziło o utrwalenie w świadomości zniewolonych narodów i „mas ludowych” przekonania, że komunizm jest formą wdrażania ideałów, „sprawied­liwości społecznej”, równego dostępu wszystkich do wszystkiego. W tym ideologicz­nym kłamstwie utrzymywano setki milionów ludzi, chociaż twórcy i apologeci komunizmu wiedzieli doskonale, że równość społeczna jest utopią, z którą rozprawili się już starożytni myśliciele.

W istocie ta utopia służyła dwóm celom: pozyskaniu popa­rcia mas i utrzymywaniu ich w posłuszeństwie przez całe dziesięciolecia.

– Komunizm nie upadł jako forma sprawowania władzy:

W państwach posowieckich, głównie w Polsce, komunizm przetrwał personalnie i strukturalnie. Personalnie, bo przy władzy nadal pozostają komunistyczni liderzy spod znaku PZPR-SB, a ich partyjne afiliacje stanowią doskonały sposób na zacierania hory­zontu politycznego i ideologicznego. Z PZPR wyłoniła się SdRP, potem przepoczwa­rzona w SLD.

89

Ich rzekomymi przeciwnikami byli żydo-komuniści z „Okrągłego stołu”potem z Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Obydwie te rzekomo nieprzyjazne sobie frakcje polityczne przeszły tę sama podwójną mimikrę zmiany szyldów, lecz w ciągu dziesięciolecia 1990-2000 zawsze kroczyły w jednym szeregu przeciwko Polsce – prze­ciwko jej żywotnym interesom, jej suwerenności politycznej i gospodarczej. Szły, głosowały wspólnie przeciwko fundamentom państwa katolickiego i państwa jako ta­kiego. Forsowały ustawy niszczące rodzinę, rodzinę rodzin czyli państwo narodowe, a  w ideologicznej „nadbudowie” utrwalały takie formy destrukcji, jak wojna z Kościołem i wiarą katolicką, preferowanie zboczeń, aborcji, narkomanii, odbieranie dzieci rodzi­nie, kryminalizacj a państwa poprzez zapewnianie bezkarności wszelkiej patologii, naj­cięższym zbrodniom, przestępczości zorganizowanej. Obie te pozornie sprzeczne formacje polityczne i ideowe, nacyjnie „jednojajowe”, były i pozostały syjamskimi bę­kartami zachodniego globalizmu, co konsekwentnie potwierdzały wspólnotę działań na rzecz kasacji państwa polskiego, niszczycielskiej „prywatyzacji”, pogrążania narodu w nędzy, a oficjalnych struktur państwa w bezsile i chaosie decyzyjnym.

– Komunizm nie „upadł” jako forma zniewolenia umysłów:

Dokładnie tak samo jak w komunizmie realnym, w komunizmie posowieckim obo­wiązuje totalna dyktatura w sferze postaw, przekonań; możliwości ich głoszenia i obro­ny. Obowiązuje ta sama Jedynie słuszna” ideologia poprawności politycznej. Polega ona na konieczności współuczestnictwa, a przynajmniej na akceptowaniu wyżej wy­mienionych patologii ustrojowych, ideowych, antynarodowych. Obowiązuje „tolerancja”, „wolność słowa i przekonań” – ale tylko tolerancja tego co „jedynie słuszne”. 

Wszelka inność, krytycyzm w ocenie wartości i postaw jest bezwzględnie tępiony, zagłuszany, wyszydzany, etykietowany najgorszymi epitetami, a przede wszystkim blo­kowany w mediach, władzach, instytucjach, szkołach, uczelniach, w sztuce i literaturze.

– Komunizm nie „upadł” jako sposób zawłaszczenia dóbr materialnych narodu;

jako struktura partyjnych glejtów na władzę i bezkarność.

W dziedzinie kryminalnego zawłaszczenia majątku narodowego, obserwujemy nienaruszalną ciągłość grabieży majątku narodowego, zapoczątkowaną w 1945 roku i trwającą do chwili obecnej.

Komuniści jawni, ci spod znaku „SLD” oraz komuniści niejawni, spod znaku „Unii Wolności”, są w dosłownym znaczeniu „posiadaczami Polski”.

Jest to nowa, nowoczes­na forma dyktatury wąskiej oligarchii byłych i obecnych komunistów kierujących się w swym oficjalnym i prywatnym postępowaniu całkowitym brakiem respektu dla norm tradycyjnej etyki i prawa.

– Komunizm nie upadł zwłaszcza dlatego, że jego przestępstwa nie zostały ukara­ne. Zbrodnie komunizmu z najtragiczniejszego okresu jego terroru- 1945-1955, nie zo­stały osądzone ani w aspekcie prawnym ani nawet moralnym. Nie zostały osądzone, potępione w obydwu tych kategoriach z tego oczywistego powodu, że przestępcy pozo­stający u władzy nigdy w historii nie wydawali wyroków na samych siebie.

Prześledźmy bezkarność współczesnych komunistów „polskich” na gruncie ich przekrętów finansowych i bezkarność tych przestępstw.

Chodzi tu zwłaszcza o majątek po PZPR. Zniknął jak kamfora, a dotyczy ta afera stanu majątku PZPR na 29 stycznia 1990 – dzień oficjalnego choć tylko pozornego roz­wiązania PZPR i powstania SdRP.

90

Dotyczy nie tylko realnego majątku, w tym niezliczonych obiektów, nieruchomości, wyposażenia, samochodów itd. Dotyczy także finansów, a to sięga okresu znacznie wcześniejszego. Chodzi o tzw. „pożyczkę mo­skiewską” – manewr przekazania przez KPZR dowodzoną przez obecnego budowni­czego komunistycznego raju w skali globalnej – genseka Michaiła Gorbaczowa. Chodzi także o zagarnięcie przez bossów SdRP, na początku lat 90. 14,5 min współcze­snych złotych (w przeliczeniu ze starych). Zagarnięcia dokonano z kont dewizowych po PZPR. Próby odzyskania tych kwot podejmowane w dziesięcioleciu 1990-2000, stano­wiły ostentacyjną kpinę z prawa. Były niepodważalnym dowodem na to, że żydokomu-na z obydwu jej atrap – SdRP i UD-UW znakomicie ze sobą współpracuje, ma się doskonale i drwi sobie z oszukanego bezwolnego narodu.

SdRP powstała w wyniku pączkowania PZPR na zjeździe w 1990 roku. Przejęła też wszystkie zobowiązania prawne i majątkowe PZPR. Zmieniła się jedynie nazwa zmie­nionej atrapy. Do tej „transformacji” mafiosi PZPR-SdRP przygotowywali się od daw­na.

Jesienią 1989 roku PZPR „pożyczyła” od siebie, czyli od PKO BP, a w istocie od nas wszystkich – 40 miliardów starych złotych. Z tych i innych pieniędzy, w pośpiechu budowano zręby nowego imperium żydokomunizmu w wydaniu „socjaldemokratycznym”. Partia rozdawała pieniądze finansując różne instytucje, czego pouczającym do­wodem były machloje A. Kwaśniewskiego w Komitecie Sportu i Turystyki. Komunistyczny, skompromitowany „związek zawodowy” o nazwie OPZZ, otrzymał jeden miliard, Agencja Gospodarcza utworzona przy KC PZPR – dziewięć miliardów złotych. W Radzie Nadzorczej tej Agencji zasiadali wtedy: późniejszy szefneokomunistów Leszek Miller oraz Ireneusz Sekula. Na kontach po byłej PZPR znajdowało się wtedy 750 000 dolarów i 22 miliony franków szwajcarskich. Mafiosi PZPR ulokowa­li je na rachunkach zagranicznych PKO BP i PKO S.A. Na średnich szczeblach PZPR i Służby Bezpieczeństwa dokonywała się cicha grabież majątku narodowego poprzez zakładanie tzw. spółek nomenklaturowych. Zakładali je w obrębie dużych przedsię­biorstw państwowych na zasadach całkowitego pasożytnictwa i grabieży: nie mając nic oprócz pieczątek, spółki wykorzystywały moce produkcyjne i surowcowe przedsię­biorstw państwowych, a wpływy stawały się prywatną własnością wraz z parkiem ma­szynowym, wyposażeniem. Ten proceder przyspieszył późniejsze „bankructwa” i „nierentowność” przedsiębiorstw państwowych.

Na początku lat 90. trójka mafiosów z SdRP: A. Kwaśniewski, L. Miller i W. Hu-szcza ukryli i „zagospodarowali” kwoty po PZPR w ten sposób, że powierzyli je zaufa­nemu zespołowi adwokackiemu niejakiego Mirosława Brycha, a ten ulokował je na kontach szwajcarskich! Była to jawna grabież narodowej własności przez bossów PZPR, Służby Bezpieczeństwa i struktur wywiadu. Było im jakby jeszcze za mało na przyszłą walkę o rząd i „Kne-Sejm” oraz o prezydenturę, bo w kwietniu 1990 SdRP zwróciła się do bratniej KPZR o pożyczkę w wysokości jednego miliona 233 tysięcy dolarów oraz pól miliarda złotych.

Tę tajną operację rozpoczęto w grudniu 1989 roku negocjacjami M. F. Rakowskie-go, I sekretarza matiuszki PZPR, z Michaiłem Gorbaczowem. Pozory porozumienia międzypartyjnego były w istocie porozumieniem i pożyczką KGB dla powstającej SdRP. Jeden z mafiosów KGB – Janajew, raportował Gorbaczowowi:

91

Wyjście z ciężkiej sytuacji finansowej, kierownictwo SdRP widziało w rozwinięciu aktywnej działalności gospodarczej, w tym z udziałem part­nerów zagranicznych i przerzuceniu części środków za granicę, w celu ich ochrony i pomnażania. Zostały już utworzone wspólne spółki akcyjne w Wiedniu i Nowym Jorku.

Część tych pieniędzy została przeznaczona na pompatyczny zjazd założyciel SdRP i rozruch „Trybuny” na bazie dotychczasowej tuby PZPR – „Trybuny Ludu”. W tym samym niemal czasie żydokomuniści występujący pod szyldem „Solidarności” przechwycili ogromne środki finansowe z dotacji zagranicznych na rozruch „Gazety Wyborczej”, ideowo-nacyjnego odpowiednika „Trybuny”. Tak właśnie utrwalał się zwarty antynarodowy blok propagandowego zniewolenia Polski i umysłów Polaków.

Aż 200 000 dolarów z „moskiewskiej pożyczki” przeznaczono na uruchomienie lu­kratywnych interesów zaufanym bossom SdRP. Odsetki ściągano tak samo po cichu jak udzielano samych pożyczek. Bossowie wpłacali je w formie funduszy wyborczych lub „dobrowolnych” wpłat na fundusze partii. Oto jeden z takich przekrętów. W marcu 1990 SdRP przekazała dwóm swoim spółkom kwoty jednego miliarda złotych dla „Transakcji” oraz 2,5 mld dla „Gravicotu”. Żony dwóch bossów partyjnych – J. Oleksego i A. K-waśniewskiego wykupiły (za co?) wielkie ilości akcji firmy ubezpieczenio­wej „Polisa”. Po kilku latach „Polisa” przestała istnieć, nie przestało jednak istnieć pytanie, skąd obie damy uzyskały pieniądze na tak pokaźne ilości akcji?           j

Od 1996 roku oficjalnie wprowadzono dofinansowywanie neo-PZPR poprzez roz­prowadzanie tzw. cegiełek. Działo się to nielegalnie, lecz pod legalnym pretekstem, jako sposób na spłatę oficjalnych wielomilionowych długów SdRP. Zgodę na handel „cegiełkami” wydał wtedy szef MSW towarzysz Zbigniew Siemiątkowski – minister w koalicji PSL-SLD. Partiozi „bezinteresownie” wspomagali podejrzanych „biznesme­nów z niczego” jak osławiony Ireneusz Sekuła, czy zadziwiająco blisko współpra­cującego z Sekuła szefa mafii tradycyjnej – niejakiego „Pershinga”, zastrzelonego w grudniu 1999 roku w wyniku porachunków mafijnych.

W tym samym czasie w oficjalnych sprawozdaniach SdRP była biedna jak mysz kościelna. Gdzie jednak podział się olbrzymi majątek PZPR w postaci kont i nierucho­mości? W ciągu 10 lat udało się odzyskać znikomą część tego majątku, m.in. 200 nieru­chomości i kilka milionów nowych złotych. Stało się tak w wyniku „ugody” pomiędzy SdRP i skarbem państwa, reprezentowanym wówczas przez działacza SLD. Celem tegc kolejnego przekrętu było „zamknięcie” raz na zawsze sprawy majątku po byłej PZPR podobnie jak nieco wcześniej premier Mazowiecki uroczyście proklamował „grubi kreskę”, czyli amnestię dla zbrodni żydokomuny z lat 1944-1980.

Mocą tej urnowa zmniejszono roszczenia skarbu państwa do 4,5 min złotych, a odsetki zamrożono. Ugo de te podważono dopiero w 1999 roku, gdyż została zawarta „ze znacznym pokrzyw dzeniem” interesu skarbu państwa. Nadto ugodę podpisano wtedy z osobą nii reprezentującą skarbu państwa, bo z ministrem finansów. Pozew przeciwko ugodzie do tyczył także warunku spłaty długu, które poszkodowały skarb państwa na sumę 1,5 mli złotych.

92

Kolejna mimikra komunistów polegała na przepoczwarzeniu PZPR-SdRP w SLD, co było niczym innym jak ucieczką od długów, a także od przeszłości, pod nową maskę.

I tak dochodzimy do stanu permanentnej bezsilności ugrupowań narodowych i pa­triotycznie motywowanych posłów przy ich próbach dochodzenia sprawiedliwości -przynajmniej finansowej – wobec bezkarnych komunistów. Śledztwo w sprawie „moskiewskiej pożyczki” wdrożono już w 1991 roku w warszawskiej prokuraturze, a podle­gało ono wtedy prok. Zbigniewowi Goszczyńskiemu7. Tenże prokurator Goszczyński odmówił wtedy podpisania wniosku o odebranie Leszkowi Millerowi immunitetu pose­lskiego, co równało się umorzeniu sprawy, w którą zaangażował się Urząd Ochrony Pa­ństwa – jeszcze jedna agenda neokomunistów – „socjaldemokratów”. Sprawę „zamknięto” choć posiadano zeznania oficera KGB Witalija Wierszyna, gdzie stwier­dzał, że Leszek Miller zwrócił mu w Warszawie 600 000 USD z owej „moskiewskiej pożyczki”. Zeznania Wierszyna potwierdził także W. Swierdlow – szef sekcji polskiej w KC KPZR.

Kiedy w 1993 roku wybory parlamentarne wygrali komuniści, prokurator Janusz Regulski umorzył dochodzenie. Motywował decyzję „społecznie znikomym niebezpie­czeństwem”! Jego zwierzchnicy dopatrzyli się wprawdzie uchybień proceduralnych w tej decyzji, jednak prokurator Regulski nie stanął przed Komisją Odpowiedzialności Dyscyplinarnej. Śledztwa nadal się nie wznawia.

Powoływano kolejnych „likwidatorów” mienia byłej PZPR, ale każdego z nich nie wyposażono w uprawnienia pozwalające na ustalenie wartości tego majątku i roszczeń, była to więc gra na zwłokę i propagandowe oszustwo. W całym kraju odbywało się kil­kaset postępowań roszczeniowych, kilkadziesiąt zakończyło się wyrokami zasądzającymi od SdRP zwrot sum, lecz likwidatorzy nie mogli ich egzekwować, gdyż komuniści starannie ukrywali i ukrywają partyjny majątek.

Kolejny likwidator majątku po PZPR mcc. Andrzej Herman, szacował te roszcze­nia okradzionego i terroryzowanego od 1945 roku narodu polskiego, na łączną sumę około 120 milionów złotych.

O tym, że majątek komunistów można było ustalić i wyegzekwować, dowodzi przykład niemiecki. Bundestag powołał komisję do ustalenia majątku byłej SED – partii komunistycznej wschodnich Niemiec. Zakończyło się to dokładną inwentaryzacją majątku SED i wszystkich komunistycznych organizacji wschodnich Niemiec, a tym samym odzyskaniem tego majątku. Ale były do tego potrzebne dwa atuty, których próż­no szukać w PRL-bis: wola polityczna i narodowa suwerenność Bundestagu. W Polsce „Kne-Sejm” i jego rządowe emanacje są siedliskami żydokomunistów.

 

Parlament w dogorywającym państwie polskim ani nie jest polskim parlamentem, bo rządzi nim żydowska większość, ani tym samym nie jest parlamentem demokratycznym. Wprawdzie w Niemczech podobnie jak w całej Europie wszechwładnie rządzi „socja­ldemokracja”, czyli komunizm inaczej nazywany, to jednak Bundestag wykazał wystar­czającą dozę siły i zdecydowania choćby dlatego, że zachodnia połowa bogatych Niemiec była zmuszona wkładać setki miliardów marek w gospodarcze pobojowisko o nazwie „NRD”.

1. Zob.: Monika Rotulska, „Nasz Dziennik” 21 lipca 2000.

93

W Polsce nie istniał taki podział na dwa państwa, istniało jedno państwo komunistyczne i jeden zwarty blok komunistów nie dopuszczających wątłej opozycji do głosu w tej spra­wie. Swego czasu „Gazeta Polska” opublikowała przej­rzysty schemat gigantycznej ośmiornicy imperium bankowo-przemysłowo-ubezpieczeniowego imperium SdRP-SLD. Zamieściłem ją w Piątym rozbiorze Polski 1990-2000. Od tego czasu nic się nie zmieniło na tyle, by uszczuplić te wpływy i stan posiadania. Komunizm nie upadł, komuniści nie ponieśli ani konsekwencji pra­wnych ani strat materialnych.

Zwróćmy uwago na kolejne rakowate przerzuty wpływów i materialnego stanu posiadania „byłej” PZPR, przechrzczonej w SdRP-SLD:

– PZPR jako właścicielka Polski była m.in. właści­cielem PKO BP, kont zagranicznych (patrz: „Konta za­graniczne”), Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego i innych agend. SLD przejęła wpływy w „Ruchu”, szesnastu bankach, PZU, Orbisie Intersterze, stworzyła potężną „grupę kapi­tałową” o nazwie BIG, poprzez Rolimpex zawłaszczyła Polską Miedź, a potem szło jak z płatka poprzez tworzenie nowych gniazd kapitałowych, ubezpieczeniowych ban­kowych, przedsiębiorstw i kluczy przedsiębiorstw.

Jednym z tych gniazd był i jest gdański BIG Bank S.A., absolutnie strategiczny bank polskich interesów narodowych. I oto wiosną 2000 tenże BIG Bank S.A. został oddany we władanie niemieckiemu Deutsche Bankowi7. Stało się to możliwe dzięki antypolskiemu działaniu dwóch akcjonariuszy BIG Banku: PZU S.A. pod wodzą preze­sa Władysława Jamrożcgo oraz zarządu PZU Życie pod wodzą prezesa Grzegorza Wieczerzaka. W tym czasie już 65 proc. polskiego sektora bankowego znajdowało się w rękach kapitału obcego2.

Obydwie agendy PZU były firmami państwowymi z udziałem 60 proc. kapitału Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich. Konsekwencją tej przewagi kapitałowej była podległość tych agend ministrowi Skarbu Państwa. Obaj eurofolksdojcze – Jamroży i Wieczerzak wykazali skrajną samowolkę oddając Big Bank Niemcom. Czy była to jednak „samowolka”? Niejasny był w tym przekręcić udział samego ministra Skarbu Państwa E. Wąsacza. Publicysta „Myśli Polskiej” J. M. Jankowski3 ujawnił, że zanim E. Wąsacz został ministrem Skarbu Państwa, pozostawał w ścisłych relacjach z Reiffeizen Bank AG, który aktualnie jest powiązany z Deutsche Bankiem.

Skandal był jednak tak skandaliczny, że akcjonariusze PZU zawiesili go w obo­wiązkach prezesa. Jamrozemu nie stała się jednak żadna krzywda. Niejako w nagrodę za oddanie BIG Banku w ręce niemieckiego kapitału, Jamroży wkrótce potem został prezesem Totalizatora Sportowego, jak wiadomo przedsiębiorstwa przynoszącego ol brzymie zyski7.

 

W hitlerowskiej III Rzeszy Deutsche Bank finansował budowanie obozów koncentracyjnych.

W państwach UE udziały kapitału obcego nic przekraczają 15 proc. „MP” 13 lutego 2000.

94

Aby tam ulokować Jamrożego, E. Wąsacz bez powodu usunął ze stano­wiska dyrektora Totalizatora, Sławomira Sykuckiego.

Komuniści z UW i SLD zareagowali na te przesunięcia z właściwą im hipokryzją -zgodnie skrytykowali decyzje ministra Wąsacza2, a przecież był to ich wspólny ma­newr, m.in. dlatego, że wspólnie, zawsze i od dawna inicjowali i popierali wszelkie kro­ki ku obezwładnieniu polskiego systemu bankowego – najkrótszą drogę do kasacji państwa.

Najazd na polski system bankowy

Globalistyczna mafia finansowa dokonuje typowych „skoków na kasę” już nie po­szczególnych banków, lecz całych państw Europy posowieckiej. W komunizmie jaw­nym wydziedziczały narody lokalne mafie przestępców partyjnych, podległych centrali moskiewskiej. W kryptokomunizmie posowieckim zadanie to jeszcze skuteczniej wy­konują międzynarodowe mafie finansowe.

Jedyną różnicą między kapitalizmem „demokratycznym” a kapitalizmem komunistycznym okazało się to, że w tym pierwszym niewielu miało wiele a wielu niewiele, natomiast w kapitalizmie komunistycznym niewielu miało niewiele, ale wielu nie miało prawie nic.

W Polsce posowieckiej wydanej na okupację kapitalizmu „demokratycznego” (wolnorynkowego), u progu trzeciego tysiąclecia już nic z wielkiego majątku narodo­wego nie jest własnością narodu. Wielki przemysł i tradycyjne dochodowe monopole oddano za bezcen korporacjom międzynarodowym i lokalnym złodziejom i oszustom, spuszczonym ze smyczy przez rząd Mazowieckiego – Balcerowicza. Do braku docho­dów państwa doszedł gigantyczny dług u zagranicznych banków komercyjnych oraz u dwóch największych gangów finansowych, jakimi są Bank Światowy i MFW.

W nowe tysiąclecie weszliśmy z długiem przekraczającym 60 miliardów dolarów i stale on rośnie. Został on podwojony w stosunku do długu pokomunistycznego. Spiralę zadłużenia nakręcają odsetki, odsetki od odsetek i dalsze oszukańcze „pożyczki”.

Nie jest to przypadłość tylko polska. Ten proceder grabieży finansów państw świę­ci tryumfy na całym świecie. Podlegają mu zarówno najbogatsze jak i dopiero rozwi­jające się państwa. Przykładem los Kanady. Spłaciła ona swój dług zagraniczny już dziesięć razy i wciąż jest winna bankom komercyjnym 600 miliardów dolarów kanady­jskich! W tej kwocie aż 93 proc. stanowią odsetki^.

Tym łatwiej jest niszczyć finanse państw słabych. Międzynarodowy Fundusz Wa­lutowy pożyczył krajom Ameryki Południowej 80 miliardów dolarów, a w ciągu kilku­nastu następnych lat wydarł z nich 418 miliardów dolarów samych odsetek, czyli pięciokrotnie więcej niż wynosiła wielkość pożyczek.

1.Totalizator, to jedna z najbardziej dochodowych spółek Skarbu Państwa.

2.Zob.: „Wprost” 30 kwietnia 2000.

3.Zob.: polskie pismo w Kanadzie „Michael”, 1990.

95

Stany Zjednoczone borykają się z długiem około 5,5 biliona dolarów. Każdego dnia rośnie on o dziesiątki milionów z tytułu odsetek. Ostatnim i jedynym prezydentem Stanów Zjednoczonych, którego administracja spłaciła wszystkie długi państwowe, był Andrew Jackson. Stało się to dokładnie 8 stycznia 1835 roku7. Spłacił długi, bo oparł politykę finansową państwa na parytecie złota. Było to możliwe dzięki zlikwidowaniu centralnego banku USA – własności Bestii finansowych.

Dlaczego Jackson zlikwidował bank centralny? Wystarczy przywołać opinię Leni­na, że ustanowienie banku centralnego w danym państwie, to 90 procent komunizacji kraju2.

W Piątym rozbiorze Polski 1990-2000 przedstawiłem metodologię i przykłady grabieży kilku banków polskich, a także kradzież wielu miliardów dolarów w ramach tzw. afery FOZZ. To wszystko było możliwe na skutek przejęcia władzy przez polskoję­zycznych agentów międzynarodowej mafii spod znaku MFW i Banku Światowego -atrap Rządu Światowego. Tymi pierwszymi ich agentami byli T. Mazowiecki i L. Bal-cerowicz. Patronowali oni nieobliczalnemu przestępstwu finansowemu na korzyść globalistycznych szulerów finansowych,                                        •l

Balcerowicz okrzyknięty „ojcem chrzestnym polskiej transformacji ustrojowej”, ulubieniec brukselskich salonów, kolekcjoner prestiżowych nagród, wprowadził mechanizm spekulacyjny o niespotykanej skali i wydajności. Spowodował grabież z pol­skiego systemu bankowego wielu miliardów dolarów w czasie, kiedy Polska tonęła w miliardach długów zagranicznych oraz ich odsetkach.

Mechanizm tego „skoku” na finanse państwa polskiego został oparty na dwóch współzależnych elementach:

– na niebotycznie wysokim, nagle wprowadzonym opodatkowaniu (oprocentowaniu) bankowych lokat złotówkowych (ponad 80 proc. w skali roku!), wielokrotnie prze­wyższającym wysokość oprocentowania kont dewizowych;

– na zamrożeniu na kilka lat kursu wymiany dolarów w polskich bankach i kantorach3.

Zwykli ciułacze nie wiedząc, że złotówka została zamrożona na kilka lat, depono­wali oszczędności w dolarach i markach, natomiast wtajemniczeni w to przestępstwo -masowo wykupowali złotówki za dolary, wpłacali je do banków na blisko 100 proc. w skali roku. Grupa lokalnych i zagranicznych hien działających w zmowie z sitwą Bal-cerowiczów i Mazowieckich, trzymała swoje złotówki przez kilka lat na kontach złotówkowych, osiągając łączny zysk w wysokości około 500 procent.

Polski system finansowy stał się oszałamiającym Eldorado dla kapitału spekulacyj­nego – obcego i lokalnego. Po uruchomieniu tych mechanizmów, natychmiast napłynęły do Polski miliardy spekulacyjnych dolarów. Przemielone przez maszynkę Balcerowicza4 drenowały polskie finanse publiczne na zasadzie pompy ssącej miliardy dolarów z polskiego systemu finansowego na prywatne konta.

1. William T. Stiii: Nowy Porządek Świata, 1990, wyd. poi. 1994, s. 169.

2. Tamże.

3. W relacji: l dolar = około 10.000 zt.

4. Termin użyty przez pro f. J. Praystawę, zob.: „Tygodnik Nowojorski” z 26 XI 1999.

96

To właśnie maszynka Balcerowicza dała podstawy do afery FOZZ7 i afery ART-B (Bagsik – Gąsiorowski) oraz wielu innych, mniej nagłośnionych. Bagsik i Gąsiorowski wchodząc do tej maszynki Balcerowicza byli „gołodupcami”, ale mieli dostęp do kre­dytów poprzez swych pobratymców z „polskiego” rządu i finansów, z tajnym wspar­ciem izraelskiego Mossadu.

Dostęp do kredytów i dostęp do tajnych ustaleń z MFW o zamrożeniu polskiej złotówki na kilka lat, to istota tego oszustwa. Dwu lub trzykrotna rotacja wkładów, przy zysku 500 procentowym, oto skutek tej zaprogramowanej zbrodni stanu.

Serwując to złote danie dla miejscowych i zagranicznych przestępców, jednocześ­nie zastosowano katorżniczy bat na tych polskich biedaków, którzy w poprzednich la­tach zaciągnęli pożyczki.

Z dnia na dzień podwyższono poprzednie stawki procentowe z kilkunastu do kilku­dziesięciu procent, średnio do 70 proc. w skali rocznej. Rolnicy sprzedawali krowy, wy­zbywali się sprzętu, aby wymknąć się z tej pętli3. Zwracane przez nich miliardy złotych były w bankach wykupywane przez mafiosów międzynarodowej i rodzimej mafii pie­niądza, a następnie wpłacane na oprocentowanie sięgające 100 proc.

Dostęp do kredytów i do tajnych ustaleń o zamrożeniu złotówki mieli sami swoi, przeważnie z wiadomej nacji. O niektórych dzisiejszych „miliarderach z niczego” pi­sali m.in. autorzy książek: Piąta władza czyli kto naprawdę rządzi Polską?4 Książka składa się z biogramów najbogatszych „Polaków”. Najbardziej kosmiczni z nich, to słynny Zaraska, słynny Gudzowaty, słynny Niemczycki, słynny Stypulkowski, słynny Solorz, słynny Kulczyk, słynny Zasada, słynny Pacuk i kilkudziesięciu innych.

 

Wspólnym mianownikiem tych niebywałych karier biznesowych były kontakty ze służbami specjalnymi PRL, bardzo często powiązania rodzinne i inne .

Kulczyk: postać wzorcowa dla PRL-bis. Zaczynał podobnie jak inny książę „pol­skiego” biznesu – Aleksander Gudzowaty. Ten ostatni podobno eksportował do Rosji ziemniaki, Kulczyk do Niemiec woził grzyby („NP” 2 VIII 2000). Jego majątek obecnie szacuje się na 1,5 mld dolarów. Posiada 90 proc. udziałów w Kulczyk Holding SA. W skład konsorcjum wchodzi fundacja Kulczyk Private Siftung – firma zarządzająca prywatnym majątkiem Grażyny i Jana Kulczyków. Jest zarejestrowana w Wiedniu. Kul­czyk Holding to właściciel 72 proc. akcji Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta SA. Wspólnie z South African Breweries kontroluje 92 proc. akcji Kompanii Piwowarskiej, która powstała z połączenia Browarów Tyskich, Lecha i Browarów Wielkopolskich.

To Jan Kulczyk był założycielem Polskiej Telefonii Komórkowej sp. z o.o. – operatora sieci komórkowej Era GSM.

l. Jeden z jej głównych „bohaterów” – D. Przywieczerski, wbrew niezbitym faktom, podał do sądu o zniesławienie autorów książki Via Bank i FOZZ. 1. Zwrot użyty przez prof. J. Przystawę.

3. Tak „wyprodukowano” Andrzeja Leppera, szefa „Samoobrony”.

4. P. Gabryel i M. Zielenicwski, dziennikarze z komunistycznego „Wprost”. Wyd. PWN S.A. 1998. Jak przystało na dziennikarzy „Wprost”, autorzy ani słowem nie wspominają o maszynce Balcerowicza, która zapewniła fortuny ich „bohaterom”.

5. J. Prz.ystawą. tamże.

97

W związku z rozpoczęciem budowy Autostrady A-2, Kulczyk miał otrzymać gwarancję skarbu państwa, czyli Emila Wąsacza, na pożyczkę w wysokości 267 min euro. Zamierza eksportować energię elektryczną z Rosji do Nimiec. W tym zamiarze, Kul­czyk Holding, Polskie Sieci Elektroenergetyczne i firma z Hanoveru – Preussen Ele-ktra, utworzyły spółkę pod nazwą Polenergia. O śladzie polskości w tym manewrze przypomina jedynie iluzoryczny przedrostek tej nazwy: „Pol-„. Porozumienie przyklepały rządy obu państw. Ze strony Polski minister gospodarki J. Steinhoff, za strony j Niemiec minister gospodarki Wemer Mueller. Przyznajmy, że duet Steinhoff – Muel-ner brzmi bardzo swojsko, niemal słowiańsko…

Jednak życiowym dziełem w biznesie Kulczyka było wykupienie Telekomunika­cji Polskiej S.A. latem 2000. Akcje TP S.A. nabyło konsorcjum France Telecom (FT) i firma Kulczyk SA. Konsorcjum francuskie jest firmą państwową, natomiast Kulczyk Holding – prywatną. Oczywisty to dowód, że „polski” kapitalizm znacznie już wy­przedza Francję, bo tam jeszcze są w posiadaniu państwa przedsiębiorstwa o strategicz­nym znaczeniu. W Polsce już takich praktycznie nie ma. Tym samym Polska jest własnością prywatną.

Obydwa konsorcja nabyły 35 proc. udziałów TP S.A. za 18,6 mld złotych, czyli za 4,3 mld dolarów. Umowę podpisał w końcu lipca minister Emil Wąsacz. Firma francu­ska przejęła 25 proc. kapitału akcyjnego TP S.A., a Kulczyk Holding – 10 proc. tego ka­pitału. Zgodnie z umową, mega-konsorcjum tych dwóch konsorcjów ma prawo nabyć jeszcze 16 proc. akcji z 14-procentowej puli akcji, jakie znajdą się na giełdzie w ramach tzw. oferty publicznej do września 2001.

Oznacza to, że ten nasz obok PZU najcenniejszy kawałek majątku narodowego, stał się własnością państwa francuskiego i prywatnego „państwa” państwa Kulczy-ków w państwie polskim (oficjalnie kupiła akcje żona Kulczyka – Grażyna).

Poświęćmy kilka akapitów uroczystości podpisania umowy, opisanej przez Wiesławę Mazur w „Naszej Polsce”:

„Już po wszystkim”, za stołem zasiedli ministrowie skarbu i łączności Emil Wąsacz i Tadeusz Szyszko, ubrana na biało sekretarz stanu w Mini­sterstwie Skarbu Państwa Alicja Kornasiewicz, prezes Zarządu France Te­lecom – Michel Bon, dyrektor France Telecom ds. Europy Środkowej i Centralnej – Michel Bertinetto, przewodniczący Rady Nadzorczej Kul­czyk Holding SA Jan Kulczyk ze swoją „prawą ręką” prezesem Zarządu Firmy Janem Wagą, który za niego mówił oraz prezes zarządu TP S.A. -Paweł Rzepka. Pod ścianą stanęła Henryka Bochniarz ze złotymi branso­letami na obu rękach, kiedyś minister przemysłu, dzisiaj osoba współpra­cująca blisko z Kulczykiem w Polskiej (raczej „Polskiej” -H.P.) Radzie Biznesu, właścicielka firmy Nicom Consulting. Firma Bochniarzowej przygotowała transakcję sprzedaży TP S.A.

Rzepka, któremu Michel Bon wobec wszystkich obiecał, że zostanie na zajmowanym stanowisku, dziękował inwestorom w imieniu pracowni­ków. W spółce pracuje ponad 70 000 ludzi, Francuzi i Kulczykowie udzie­lili gwarancji zatrudnienia przez 40 miesięcy (…) W przyszłości redukcje są nieuniknione, szacuje się, że pracę straci około 1/3 załogi.

98

Wąsacza zapytano, na co zostaną przeznaczone pieniądze z prywatyzacji TP S.A. odparł z godnością, że minister skarbu jest po to, żeby pieniędzy do państwowej kasy przysparzać, a nie je dzielić. Ciekawy to sposób „przysparzania”. Swego czasu, poseł Jan Łopuszański, wypowiadając się nad sejmowym wnioskiem o odwołanie Wąsacza (22 stycznia 2000), porównał ministra skarbu E. Wąsacza do:

(…) ojca alkoholika, który wynosi sprzęty z domu, żeby mieć za co pić, nie myśląc o tym, za co będą żyły jego dzieci w momencie, kiedy sprzętów zabraknie, a dom zostanie sprzedany.

Dodajmy smętnie, że w „Kne-Sejmie”, w paromiesięcznych odstępach trzykrotnie stawiano wniosek o odwołanie ministra Wąsacza i trzykrotnie wniosek upadał. Odwołanie Wąsacza niewiele by zmieniło. Odszedł Balcerowicz, a jego miejsce zajął jego zastępca Bauc – wszystko zostało po staremu. Odszedł wreszcie Wąsacz – wszy­stko zostało po dawnemu.

Ten spisek przeciwko finansom państwa polskiego był zorganizowany na polecenie i przy współpracy z mafiosami Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

 

Posiadamy też dokumenty, które stanowią zobowiązanie ministra fi­nansów Rzeczypospolitej wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowe­go, że elementy owego mechanizmu spekulacyjnego będą funkcjonować co najmniej 3 lata, do roku 1992. Wiemy, że tego zobowiązania Leszek Balce­rowicz, i podpisujący je razem z nim prezes NBP Grzegorz Wójtowict, skru­pulatnie i akuratnie dotrzymali’.

Ówcześnie obowiązujący polski Kodeks Karny w artykule 130 stanowił, że kto będąc upoważniony do występowania w imieniu polskiej instytucji państwowej wyrządza szkodę interesom politycznym lub gospodarczym Polskiej Rzeczpospolitej Lu­dowej, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 3 lat albo karze 25 lat pozbawienia wolności.

Rzeczpospolita kolesiów Balcerowicza – Mazowieckiego szybko zadbała o złago­dzenie oczekującej ich w przyszłości tak ustalonej „nagrody” od okradzionego narodu. W nowym Kodeksie Karnym, w jego artykule 129, za to samo przestępstwo ustalono karę od roku do 10 lat więzienia. To automatycznie zmieniło kwalifikacje przestęp­stwa: zamiast zbrodni (stanu), maszynka Balcerowicza stała się jedynie występkiem. W konsekwencji zbrodnia stanu ulegająca przedawnieniu dopiero po 20 latach, przekwalifikowana na występek – ulega przedawnieniu już po 10 latach.

Zamiast powędrować do wiezienia, „Balcerescu” w rządzie J. Buźka i spółki awan­sował nie tylko na stanowisko ministra finansów, lecz również na stanowisko wicepre­miera, a faktycznie wraz z Gcremkiem rządził Polską. Był nieusuwalny, niezastąpiony, bo w duecie z H. Gronkiewicz-Waltz, prezesem NBP, był „gwarantem” stabilności złotówki, polskiej gospodarki2, strażnikiem poprawnego „wizerunku Polski na scenie międzynarodowej”.

1. Idem.

2. Raczej „gospodraki”!

99

Świat wstrzymał oddech, kiedy w grudniu 1999 Balcerowicz zagroził, że jeżeli pełniący obowiązki prezydenta A. Kwaśniewski nie podpisze jego projektu ustaw poda­tkowych, to on „odejdzie” z rządu.

Nie odszedł. Nie mógł odejść. Nie myślał o swym odejściu nawet przez chwilę. Agent powraca do swojej bazy dopiero po wypełnieniu zadania lub po zdemaskowaniu. Balcerowicz ani nie dokończył w 1999 roku powierzonego mu zadania zniszczenia gospodarki i finansów Polski, ani nie został całkowicie zdefmowany w tej roli. Przeciwnie

– stał się żywym kombajnem do zbierania międzynarodowych nagród.

Szajka niszczycieli polskich finansów była i jest tak zuchwała, tak nafaszerowana poczuciem bezkarności, że kiedy jako rząd zajęła stanowisko w sprawie dalszej „pry­watyzacji” banków7 to okazał się ten pomysł zbitką cynicznych kłamstw i przeinaczeń, bez reszty zdemaskowanych, wręcz ośmieszonych przez Sekcję Krajową Bankowców NSZZ „Solidarność”2. Oto główne tezy tego demaskatorskiego dokumentu:

– Rząd stawia kłamliwą tezę, że prywatyzacja banków jest spełnieniem wymogów i warunków „wejścia” Polski do UE. Tymczasem UE nie stawia Polsce warunków, aby banki państwowe musiały zostać sprywatyzowane;

– Jest nieprawdziwe twierdzenie rządu (czyli Balcerowicza), że rząd będzie miał wpływ na sprywatyzowane banki państwowe, wiadomo bowiem, że płynność i bez­pieczeństwo tych banków będą zależały wyłącznie od bezpieczeństwa i płynności banków-matek (…) W tej sytuacji nieprawdą jest twierdzenie, że banki będą podle­gały polskim władzom: będą działały w interesie akcjonariuszy zagranicznych (…);

 

Nieprawdziwa jest teza, iż nie jest istotna wielkość udziału kapitału zagranicznego w aktywach banku. Należy do elementarza bankowości fakt, iż rozstrzygać będzie udział kapitału zagranicznego w sprawie składu kierownictwa banku;

 

– Przewrotna jest teza rządu, że elementem stabilnych podstaw rozwoju gospodarcze­go kraju jest mechanizm konkurencji: kto z kim ma konkurować w Polsce? Banki -córki będą posłusznie realizować politykę banków-matek, czego przykładem m.in. sytuacja Banku Śląskiego SA. i WBK S.A.;

– Twierdzenie rządu, że w polskich firmach jest konieczny tzw. inwestor zagraniczny, jest z gruntu nieprawdziwe, bowiem nie znajduje ono potwierdzenia ani w teorii bankowości, ani tym bardziej w jego praktyce;

I wniosek końcowy Sekcji Krajowej Bankowości „S”:

 

Istnieje zawsze niebezpieczeństwo, że oszczędności nagromadzone w Polsce, mogą być wytr ans ferowane przez banki o kapitale zagranicznym do innego kraju, o ile bank ten uzna, że rentowność i bezpieczeństwo tych środków będzie większe w innym kraju.

Przywołaliśmy przykład Kanady zapędzonej w koszmarne długi przez światową i rodzimą lichwę.

Oto co o lichwie powiedział już w 1939 roku premier Kanady William Mackenzie King, w czasach, kiedy nikt nie przewidywał takiego koszmaru zadłużenia.

 

Lichwa, gdy raz dostanie się do władzy, każdy naród zrujnuje i do­prowadzi do upadku. Nie warto mówić o suwerenności Parlamentu i demokracji, dopóki nad nie odzyska władzy emisji pieniądza i kredytu i dopóki nie uzna się, ze jest to jego podstawowa i nienaruszalna powinność’.

1. Z 23 IX 1999.

2. W jej oświadczeniu złożonym 8 grudnia 1999 r.

100

Kolejnym przykładem „skoku na bank”, sabotażu finansowego, jest afera z Big-Bankiem z Gdańska. W końcu stycznia okazało się, że Deutsche Bank przechwycił bez­prawnie, ale za zgodą (zdradą) szefów PZU, większościowy pakiet akcji tego banku. Stało się to z naruszeniem podstawowych interesów Skarbu Państwa, lecz niezniszczal­ny L. Balcerowicz w roli ministra finansów oświadczył na konferencji prasowej (l II 2000), że „nie ma sprawy”, bo większościowy pakiet tego banku jest już w rękach obcych banków, między innymi portugalskiego .

Zdrajcy forsują EBI

Kolejnym aktem zdrady narodowej było przyjęcie skrajnie niekorzystnego proje­ktu umowy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym (EBI). Poparła go zdecydowana większość krypto-komunistycznej parlamentarnej sitwy AWS-UW, a także komuniści jawni, czyli SLD.

Tam bowiem, kiedy decyduje się w parlamencie o jakimś akcie sabotażu przeciwko żywotnym interesom państwa, podziały partyjne przestają istnieć. Większość każdej z głównych partii głosuje przeciwko Polsce!

„Kne-Sejm” skierował ten projekt do „przerobienia”. Była to metamorfoza zaska­kująca, bowiem jeszcze w poprzednich dniach, poseł AWS Zbigniew Rynasiewicz -w imieniu Klubu Parlamentarnego AWS – bez zastrzeżeń poparł ten projekt, postulując jego ratyfikację przez „Kne-Sejm”. Ale już nazajutrz (21 lipca 1999 r.) jego klubowa koleżanka Ewa Tomaszewska przyznała w „Kne-Sejmie”, iż projekt powinien wrócić do komisji. Taką samą metamorfozę stosunku do projektu przeszły kluby SLD i UW. W rezultacie głosowania, aż 367 posłów opowiedziało się za „przerobieniem” tej skraj­nie niekorzystnej dla Polski umowy z EBI3.

Natychmiast ruszyła z połajankami wiceminister finansów H. Wasilewska-Tren-ker. Zagroziła, że skierowanie umowy do ponownego rozważenia w komisji będzie oz­naczać konieczność renegocjacji umowy, a tym samym utratę szansy na kredyty. Był to brutalny szantaż, jakby na zlecenie EBI.

Kontrakt przygotował minister finansów poprzedniej koalicji SLD-PSL – Marek Belka. Podpisał go minister finansów L. Balcerowicz. Sitwa sowiec i arzy jawnych i „ci­chych” była więc konsekwentna i zgodna. Działała przeciwko interesom Polski ponad formalnymi podziałami, szyldami partyjnymi.

Oto w skrócie przegląd szulerstw zaplanowanych w klauzuli tej umowy.

1. Leopold Soucy: Fałszerze pieniędzy. Wyd. Wers 1999.

2. O „przekręcić” z Big Bankiem – w innym rozdziale.

3. „Nasz Dziennik” przypisywał tę zmianę stanowiska, swojej publikacji z poprzedniego dnia, kiedy to wycinki z artykułem w „NDz.”, omawiającym negatywy umowy, wyłożono posłom na pulpitach w sali sejmowej. Jeżeli tak, to dowód, iż posłowie przygotowując się do zatwierdzenia skrajnie niekorzystnej umowy nic znali jej wad — dywcrsyjnic antypolskich klauzul!

 

107

Według posła Dariusza Grabowskiego, umowa w zakwestionowanym kształcie pozwala szefom EBI dosłownie na wszystko w stosunku do Polski jako „partnera”. Może na przykład wywieźć za granicę kapitał z polskiego rynku poprzez sprzedaż obli­gacji bez żadnej kontroli oraz konsekwencji za taki drenaż polskich finansów. EBI mógłby wówczas Polsce udzielać „kredytów” za nasze własne pieniądze.

Umowa z EBI wykazuje, że została ona sklecona pod dyktando mafiosów z EBI, a ściślej – państw Unii Europejskiej, będących udziałowcami tego banku. EBI zagroził Polsce, że jeżeli umowa w tym kształcie nie zostanie podpisana, to odmówi nam kredy­tów przewidzianych w tzw. Traktacie Stowarzyszeniowym. Groźba dotyczyła 400 min ecu, czyli około 480 min USD zaplanowanych na budowę m.in. obwodnicy poznańskiej oraz autostrady na odcinku Opole-Wrocław – strategicznie ważnej dla inwazji gospo­darczej Unii na Polskę.

Polska pożycza dolary od EBI od 1990 roku, ale narzucana w lipcu 1999 r. umowa przechodziła w formalny dyktat. Wedle tego projektu, EBI uzyskuje prawo emisji obli­gacji złotówkowych na polskim rynku finansowym. Oznacza to ni mniej ni więcej, po­życzanie przez Polskę od EBI naszych polskich pieniędzy!

Co więcej – na wypadek sporów prawno-finansowych z EBI – Polska pozbawia się w umowie możliwości odwołania do własnej jurysdykcji. Ponadto – zobowiązuje się do uznawania i wykonywania orzeczeń zagranicznych sądów, w tym Trybunału Sprawiedliwości. EBI jako unijny bank uzyskiwał – w ramach tej wersji umowy za­twierdzonej przez Balcerowicza, Belkę i innych komuchów – immunitety dla siebie, dla swoich funkcjonariuszy, m.in. immunitet podatkowy oraz immunitet wobec egzekucji administracyjnej, a także klauzulę najwyższego uprzywilejowania. „Nasz Dziennik”7 trafnie stwierdzał:

Ratyfikacja tej umowy w takim kształcie oznacza w praktyce, przyłożenie do naszego rynku finansowego i kapitałowego, gigantycznej pompy ssąco-tłoczącej i oddanie jej obsługi w ręce strony zainteresowanej wyłącznie procesem zasysania.

Podczas lipcowej debaty sejmowej, gdzie zdołano skierować tę dywersyjną umowę do ponownego rozpatrzenia w komisji, posłanka Janina Kraus (z KPN – Ojczyzna) zgłosiła wniosek, aby nad tą ustawą ratyfikacyjną głosować zgodnie z trybem artykułu 90 Konstytucji, to jest większością 2/3 głosów, ponieważ dotyczy ona utraty części suwerenności Polski. Wspomniany art. 90 mówi o przypadku, kiedy Sejm zamierza oddać organizacji międzynarodowej fragment suwerenności Polski.

Decyzja w takich właśnie sprawach na miarę wyzbywania się frag­mentu suwerenności Państwa, zgodnie z Konstytucją, musi być przegłoso­wana większością 2/3 głosów w Sejmie.

Do decydującej rozgrywki doszło 24 lipca 1999 roku. W pierwszej kolejności od­rzucono wniosek posłanki J. Kraus o głosowanie większością 2/3 głosów nad ratyfi­kacją umowy, stanowiącej zrzeczenie się części suwerenności państwa polskiego. W dyskusji wystąpił m.in. Andrzej Wielowieyski, który zastąpił Henryka Goryszewskiego w roli przewodniczącego Komisji Finansów Publicznych. Wielowieyski – nie reformowalny podwójny unita – entuzjasta Unii Wolności i Unii Europejskiej dowodził, że wszelkie za­grożenia zostały zażegnane w listach intencyjnych wice­premiera Balcerowicza oraz wiceprezesa EBI -Wolfganga Rota.

1. Z 23 lipca 1999 r.: EBI dyktuje warunki.

102

Dowodził, że owe listy są składową częścią umowy (!), co – jeśli jest prawdą oznacza, iż o kształcie umowy decydowali dwaj eurokraci – Balce-rowicz i Rot.

Podczas głosowania wyszły przysłowiowe szydła z worka. Pierwszym była nagła zmiana stanowiska ko­munistów z SLD. Jeszcze w poprzednich dniach zgłaszali zasadnicze zastrzeżenia do tej formuły umowy, jaką „wrzucił” do głosowania rząd UW-AWS. Tymcza­sem komuniści w głosowaniu nagle poparli umowę i głosowali wspólnie z komunistami przefarbowanymi na demokratów, czyli UW.

Drugim szydłem okazała się – nie po raz pierwszy, postawa posłów Klubu AWS. Aż 99 z nich głosowało za przyjęciem umowy, 28 wstrzy­mało się od głosu (co praktycznie oznaczało jej poparcie) i tylko 33 wypowiedziało się przeciwko jej przyjęciu w proponowanym kształcie.

Przeciwko głosowali posłowie PSL, ROP i Naszego Koła.

Ze znanych postów AWS głosujących wtedy za ubezwłasnowolnieniem polskich finansów przez EBI, wymieńmy:

Marian Krzaklewski (przewodniczący AWS), Artur Balazs, Czesław Bielecki, A. Anusz, Jerzy Buzek, F. Cegielska, Zbigniew Chrzanowski, K. Dzielski, Jerzy Gwiżdż, A. Hali, J. Janiszewski, M. Jankowski, Mariusz Kamiński, L. Komołowski, B. Komorowski, J. Kropiwnicki, M. Markiewicz, K. Miodowicz, J. Palubicki, L. Piotrowski, M. Plażyński, J.M. Rokita, J. Rybicki, J. Steinhoff, Mieczysław Szczy­gieł, A. Szkaradek, K. Ujazdowski, W. Walendziak, G. Walendziak, A. Zakrzewski.

Gdyby ci ludzie nie byli posłami AWS, dopiero wówczas dałoby się mówić o AWS jako o narodowym, propolskim bloku sejmowym. Są to w istocie „czasowo delegowa­ni” do AWS byli członkowie UW, jej ideowi lub nacyjni współbracia.

W TV wystąpili w tej sprawie (27 lipca 1999) dwaj profesorowie: Władysław Ja-worski ze Szkoły Głównej Handlowej oraz młody prof. Witold Ortowski – doradca rządu J. Buźka. Ta jego funkcja a priori zapowiadała w nim zaciekłego zwolennika rozkładu polskiego systemu bankowego. Potwierdził to w owej dyskusji.

Na pytanie prowadzącego dziennikarza – dlaczego pozwala się na utratę kontroli nad polskimi bankami, prof. W. Orłowski dał odpowiedź w stylu swego szefa – wice­premiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza.

Bo państwo nie jest dobrym właścicielem.

Dokładnie pokrywa się to z kłamliwą i zuchwałą retoryką wszystkich innych sługu­sów Brukseli rządzących Polską: zlikwidować wszystkie atrybuty państwa, bo pań­stwo nie jest dobrym właścicielem. Idealne są tylko międzynarodowe korporacje.

 

103

Na to odpowiada starszy od W. Orłowskiego o kilka dziesięcioleci, profeson Władysław Jaworski:

– Każdy bank na zachodzie służy jego akcjonariuszom, czyli promuje interesy banku i jego akcjonariuszy. Nie będzie troszczył się o polskich kredytobiorców. Problem podstawowy sprowadza się do pytania, na co mam zużyć kredyt jako jego biorca w obcym już banku z siedzibą w Pol­sce.

Z pewnością nie otrzymam kredytu, jeżeli nie będzie on zgodny z inte3 resem banku i jego zachodnich akcjonariuszy. Interes obcy będzie zawsze priorytetem w polityce kredytowej takiego banku.

Rozmowa nieuchronnie zeszła na aktualny temat – sprzedaż większościowego pa­kietu Banku PKO S.A.

Prof. W. Orłowski widzi tę transakcję w barwach tęczy:

– Sprzedając PKO S.A. uzyskujemy nowe miejsca pracy (! – H.P.). Świat idzie ku koncentracji systemów bankowych. Wielkie kupują małe. Nasze słabe banki nie mają szans na przetrwanie. Opierając się skazują się na marginalizację! Prof. Jaworski:

– To argument bezzasadny. Nikt obcy naszych banków nie dekapitali­zuje, toteż wykupywanie polskich banków nie jest działalnością chary­tatywną. Ponadto na całym świecie są banki duże i małe, jak np. w Niemczech. Każdy działa w swoim zakresie i świetnie się mają. Na za­chodzie są tysiące banków dużych i małych. Prowadzący audycję – do profesora Jaworskiego:

– Dlaczego państwa zachodnie chronią pakiety większościowe rodzi­mych banków? Co będzie z naszymi bankami za 3-5-10 lat? Odpowiada prof. Jaworski:

– Po pierwsze, państwo zostanie całkowicie pozbawione możliwo­ści prowadzenia własnej polityki finansowej. Po drugie, nie będzie miało możliwości inwestowania. Po trzecie, zostaną wyrugowani pra­cownicy polscy z tych banków. Na to prof. Orłowski z werwą i lekkim szyderstwem:

– Nie widzę potrzeby, aby banki wymieniały polską kadrę. W Banku Śląskim nadal pracują Polacy! Prof. Jaworski spokojnie, z pewnym już znudzeniem i rezygnacją:

– To nie jest prawdą. W Banku Śląskim już teraz przeważaj ą praco­wnicy innych narodowości. Pan profesor chyba nie wie, co to jest polity­ka pieniężna. Kraje Unii Europejskiej administracyjnie ograniczają udział obcego kapitału w swych systemach bankowych. My postępujemy na odwrót: sprzedać jak najwięcej. Telefon od słuchacza:

– Kto będzie dbał o interesy polskie, mając 60 proc. udziału własnego, czyli obcego dla interesu Polski?

Dyskusję kończy migawka z wypowiedzi posła Dariusza Grabowskiego -jednego z nielicznych parlamentarzystów posłujących Polsce, a nic obcym interesom:

– Wyzbycie się na rzecz obcych banków większościowego kapitału polskich banków, jest aktem zdrady narodowej.

104

I aż dziw bierze, że wypowiedzią takiego „nacjonalisty” zakończono tę miłą konwersację.

Profesor Jaworski wręcz ośmieszył swojego młodego, a już utytułowanego roz­mówcę, a mnie nawiedziła smętna refleksja: w czasach komuny jawnej, tytuły profesor­skie „robiło się” na ekspresowej zasadzie „mierny ale wierny”. Na salonach byłego towarzysza L. Balcerowicza, przestawionego z doktrynalnego komunisty na doktrynal­nego euro-socjaldemokratę, ten klucz awansów nadal święci tryumfy…

Jak to znieść spokojnie?

Globalistyczni grabarze narodów posiadają w Polsce swoich sługusów: jawnych i niejawnych zdrajców, agentów wpływu, „zatroskanych” obłudników. Niepodzielnie władając mediami, bezkarnie niszczą materialne i duchowe fundamenty polskości.

Ze szczególną zaciekłością, konsekwencją i przyjemnością zohydzają milionom Polaków pojęcie patriotyzmu i jego podstawowe treści. Słowo „patriotyzm” zostało całkowicie wytrzebione z kanonu pojęć identyfikujących polskość, Polaków, ich naro­dowość. Nie występuje nigdy w mediach w tej funkcji. Nie pojawia się nawet podczas oficjalnych uroczystości narodowych. Poprawny, namaszczony przez żydomasoński „liberalizm” historyk polskojęzyczny nie posłuży się pojęciem patriotyzmu jako czyn­nikiem sprawczym naszych zrywów wolnościowych, jako motywacji walki, konspira­cji, warunków przetrwania Narodu eksterminowanego i okupowanego od dwóch stuleci.

Podręczniki szkolne są równie starannie wysterylizowane z pozytywnej treści tego słowa i z niego samego.

W zamian za to trwa histeryczna wojna z tak zwanym nacjonalizmem. W związku z tym, że jawne zohydzenie patriotyzmu w podręcznikach byłoby prostac­kim błędem o skutkach odwrotnych do zamierzonych, w to miejsce wprowadzono dys­kredytowane na wszystkie sposoby słowo „nacjonalizm”.

W przyjętym kanonie oszczerstw i obelg oznacza ono tępą, zaślepioną wrogość wobec innych narodów, nacji, mniejszości, pychę bliską rasizmowi lub jawnie rasi­stowską, tym samym – „faszystowską”; nieodłączny zwłaszcza „antysemityzm”- szo­winizm wykluczający zgodne współżycie z narodami ościennymi i mniejszościami we własnym kraju. W wymiarze osobowym, moralnym, a zwłaszcza intelektualnym, słowo „nacjonalizm” oznacza ciasnotę horyzontów kulturowych, intelektualnych, wreszcie ig­norowanie naturalnej prawidłowości współczesnego życia, jaką jest rzekomo nie­uchronne zacieranie się granic i różnic między narodami i kulturami.

Ten przebogaty repertuar oszczerstw i obelg pod adresem polskiego patriotyzmu, został w ostatniej dekadzie XX wieku podniesiony na najwyższy stopień negacji. Jest

l. Ten neologizm stworzył niemiecki Żyd, dziennikarz Wilhelm Marr w 1879 roku. Jest antropologicznie i semantycznie całkowicie fałszywy, bo Marr objął nim wszystkie ludy semickic — w tym około 100 milionów Arabów.

105

nim faszyzm. Nacjonalizm bowiem w przewrotnej sofistyce naszych wrogów – nie­uchronnie znajduje swoje ujście w odrażającej kloace, jaką jest faszyzm.

Prawda jest inna i najzupełniej odwrotna. To faszystowski globalizm atakuje i niszczy narody, między innymi tym zmasowanym ostrzałem propagandowym7.

Tak oto polski patriotyzm – wierność któremu podczas zniewolenia przez dwa fa-szyzmy – hitlerowski i żydo-komunistyczny kosztowała życie i cierpienia około sześciu milionów Polaków i Polek, teraz, pod pręgierzem „nacjonalizmu”, został postawiony w jednym szeregu z ludobójczym faszyzmem hitlerowskim.                     J

W Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN, tom. IV, s. 365, jak wiadomo całkowi­cie opanowanej przez „naszych”, czytamy:

(…) w niektórych językach termin n. ma charakter gł. opisowy, w in­nych (np. w poi.) ma wyraźnie zabarwienie wartościujące, co wiąże się z reguły z zawężeniem pojęcia n. do tych postaw i ideologii, w których po­zytywna ocena własnego narodu łączy się z niechęcią lub wrogością do innych narodów i pociąga za sobą wezwanie do walki z nimi (…)

Tak więc nie identyfikujący się z polskością właściciele PWN zadekretowali, że nacjonalista (czyli aktywny patriota) jest nieuchronnie wrogiem innych narodów. Po drugie, ta wrogość równie nieuchronnie determinuje go do otwartej walki z innymi na­rodami.

W tymże haśle: „nacjonalizm”, w dalszej jego części, przywołuje się słowo „patrio­tyzm” jako przeciwieństwo nacjonalizmu. I to jest kolejnym kłamliwym nadużyciem. Niemożliwe jest bowiem przeciwstawienie treści tych dwóch słów – ich wspólnemu mianownikowi, jakim jest imperatyw preferencji dla swojego narodu, symbolu wspólnego domu – państwa, wspólnej kultury, historii i wspólnoty interesów mate­rialnych.

Wystarczy sięgnąć do słowników innych języków (narodów), aby przeczytać w nich, że słowo „narodowiec” to „nacjonalist”, „nacjonalistę”, a w polskim – „nacjonalista”.

Zatem narodowiec i nacjonalista to werbalne i duchowe iunctim. Obydwa ozna­czają świadomą identyfikację ze swoim narodem – nacją, z jej dorobkiem historycz­nym i materialnym, z jej fundamentalnymi potrzebami i perspektywami2.

Zmasowana wojna z patriotyzmem spowodowała, że dziś tylko odważny Polak lub Polka zdobywa się na publiczne deklarowanie swojego patriotyzmu, natomiast nigdy lub prawie nigdy nie nazwie siebie polskim nacjonalistą. Oznacza to samobójczą dys­kredytację własnej osobowości, własnych postaw ideowych, politycznych, etc. Na­cjonalista to groźny prymityw, zamaskowany lub jawny faszysta z odrażającą, hitlerowską konotacją tego słowa.

Zawsze tam, gdzie neguje się prawa narodów do samodzielnego istnienia we włas­nych domach, czyli suwerennych państwach – tam natychmiast mamy do czynienia z agresywną, pełną pogardy, oszczerstw i kłamstw negacją patriotyzmu, zastąpionego tym obelżywym surogatem – „nacjonalizmem”. Tak czynią czołowi gaulajterzy globa-

1. Zob.: H. Pająk: Bestie końca czasu. Wyd. Retro 2000.

2. Zob.: O. Józef M. Bocheński: Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim.

106

lizmu, eurofolksdojcze usadowieni na decyzyjnych stanowiskach w państwach narodo­wych. Ci zdrajcy, kolaboranci, kompradorzy wroga rozpisują te dyrektywy na tysiące decyzji wykonawczych, na jadowicie antynarodowy język zawłaszczonej przez nich propagandy medialnej. Na decyzje w programach nauczania wszystkich szczebli. Na film, prasę, książki, muzykę popularną.

Są bezkarni, bo są okupantami Polski. Nawet podczas wojny Polacy nie byli tak bezsilni jak obecnie. Wtedy na najbardziej polskożerczych okupantów organizowano skuteczne zamachy. Teraz ta metoda nie zda egzaminu, ponieważ okupacja przebiega na innych płaszczyznach, ma inną postać. Prawo siły fizycznej, celnego oka i kuli, ustąpiło okupacji bezkrwawej – strukturalnej, duchowej, z zachowaniem pozorów wolności.

Przejdźmy do przykładów wybranych z tysięcy tej zmasowanej ofensywy przeciw­ko kanonom polskości, patriotyzmu. Znamienne, że niemal wszystkie dotyczą ostat­niego dziesięciolecia tego antyludzkiego wieku.

I prawidłowość druga – wszystkie lub niemal wszystkie wyszly spod pióra ludzi pochodzenia żydowskiego.

To w pewnym sensie nawet pocieszające -jak pocieszający jest fakt, że księdza Jerzego Popieluszkę zamordował osobnik tylko polskojęzyczny…

I jak pocieszające jest to, że w latach 1944-1955, około 120.000 polskich patriotów zostało zamordowanych – bezpośrednio lub pośrednio przez Żydów – władców UB, Informacji Wojskowej, ubeckich „sądów”.

Precz z patriotyzmem i reakcją! Niech żyje intemacjonał i rewolucja socjalna.

Polscy Żydzi S. Mendelsohn i Diksztejn, współpracownicy „Ruchu”, organu komunistów, tak krzyczeli w Genewie 29 XI 1880 podczas obchodów rocznicy Powstania Listopadowego. (W. S. Didier: Rola neofitów w dziejach Polski, s. 114).

* * *

Jesteśmy naprawdę wrogami (…) musi się tu rozegrać walka pro­wadząca do wyniszczenia, uczynienia bezsilnym któregoś z przeciwni­ków. Bo narodowi katolicy nie spoczną, póki nie zorganizują Polski po swojemu.

Jerzy Sosnowski: Wizyta w obcym kraju – „Gazeta Wyborcza” nr 73/1993′.

Wiele różnych ugrupowań odwołuje się do tych najgorszych pokładów podświadomości, które w nas drzemią. Właśnie odwołują się do naszego przywiązania do polskiej tradycji, które przeradza się w narodo­wy szowinizm. Zbigniew Bujaka „Konfrontacje”, 10 VIII 1990 r.

1. Zob.: Jerzy Robert Nowak: Zagrożenia dla Polski, t. I, s. 260.

2. Były „solidarnościowiec” z nadania Geremków, jeden z przywódców skrajnie lewackiego ROAD, obecnie (1999) szef GUC.

107

Ciemnogród (…) endecja (…) podchodząca faszyzmem i agresją zawi­stnych frustratów (…) latrynizm polityczny, choroby psychiczne, faszyzo­wanie. Stefan Bratkowski, „Po prostu”, 5 VI 1990 r.

Polska, ta śniona legendarna macierz, okazała się zwykłą maciorą.

I teraz wielu Polaków marzy, aby teraz dorwać się do jednego z jej cyc­ków7. Piotr Gadzinowski: „NIE”, 11 IX 1993 r.

* * *

(…) niejaki książę Józef Poniatowski, który prawdopodobnie po pija­nemu utopił się w Elsterze, wydając przy tym kabotyńskie okrzyki. Wiesław Górnicki2, „Polityka”, l VII 1995 r.

* * *

Nad polskością, otwartą na różnorodność, wzięło górę Polactwo, pa­triotyzm znerwicowany, ksenofobiczny, autorytarny. Jerzy Sosnowski, tamże.

* * *

Niesłychanie dużo zależy od nas: czy otworzymy się na świat, czy też zamkniemy się w mateczniku najgorszego katolicyzmu (…) Jest pewien typ polskiej ciemnoty głęboko zakorzeniony w tradycji endeckiej (…) Pol­ska szansa istnieje, ale nie wiadomo, jak długo będzie trwała3. Na razie tra­cimy czas, który dała nam historia. Krzysztof Pomian, „Gazeta Wyborcza”, 10 X 1992.

Nareszcie zdechł mit o naszej wyjątkowości, o tym polskim cierpieniu (…) Święta Polska, cierpiąca i mężna, Polskość święta, zapita, skurwiona, sprzedajna, z gębą wypchaną frazesem, antysemicką, antyludzką. Pod ob­razkiem Najświętszej Panienki (…). Tępe pyski granatowych policjantów. Andrzej Szczypiorski: Początek, s. 67-684.

* * *

(…) społeczeństwo zacofane, zdemoralizowane, źle wykształcone, gnuśne, zawistne, obskuranckie (…). A. Szczypiorski, zob.: „Myśl Polska”, 16 V 1993 x.5

* * *

Nigdzie nie ma takiego zagrożenia nacjonalistyczno-klerykalnego jak u nas. A. Szczypiorski: „Prawo i Życie”, 6 VI 1992 r.

1. To marzenie spełnili głównie „nasi” z Unii Wolności. Dorwali się do „cycków” „Kne-Sejmu”, banków, korporacji.

2. Propagandowy janczar stanu wojennego w Polsce.

3. Raczej wiadomo — dopóki nic zaleje nas Unia Europejsata!

4. Wydanie niemieckie pod tytułem: Pięhw pani Seidenman.

5. Krytycznie cytuje tego „koszemego” karierowicza P. Kolanowski.

108

* * *

A jak my (Żydzi? – H.P.) mówimy, że musimy się szybko zintegrować z Europą, to jest to nasza kontra na polskość. A. Szczypiorski: „Gazeta Wyborcza”, 20 XII 1992 r.

Tradycje narodowe to rezerwat mitów, co więcej, polskie mity naro­dowe są to w większości mity martwe. Marcin Król: „Życie Warszawy”, 11 III 1994 r.

Zużyte, skompromitowane słowa „patriotyzm”, „polskość”, „Ojczyz­na”, nie odrodziły się w III Rzeczypospolitej. Aleksandra Jakubowska: „Wprost”, 3 IV 1992 r.

* * *

Dla Polaków nie ma miejsca na ziemi. Czesław Miłosz’: Rok myśliwego.

Polska nie jest nikomu potrzebna. Polski może nie być. Polski nie było przez 123 lata. Adam (Aaron) Szechter vel Adam Michnik.

* * *

Największym zagrożeniem dla Kościoła w Polsce jest nacjonalizm. Tymczasem Kościół w świecie staje się coraz bardziej uniwersalistyczny. Jeżeli nie pozbędziemy się nacjonalistycznych ciągot, to grozi nam zmar-ginalizowanie i oderwanie od głównego nurtu Kościoła Powszechnego na świecie. Jezuita Stanisław Musiał.

* * *

Śmieszna polska nędza, polska ksenofobia, prowincjonalizm, nasz mentalny lamus i zaścianek. S. Tym, „Wprost”, 8 III 1992 r.

* * *

Polska jutra może się podzielić na Mazowsze, Wielkopolskę, Górny Śląsk i Dolny Śląsk. Krzysztof Bielecki, były premier.5

* * *

(…) palanty patriotyczne, palanty martyrologiczne, patriotyczno-naro-dowe gnioty. Tomasz Jastrun, syn stalinowskiego poety Mieczysława Jastruna”.

1. Miłosz już w Wilnie kolaborował z bolszewikami, a po wojnie został za to nagrodzony kilkuletnią pracą

w dyplomacji. Otrzymał Nagrodę Nobla, podobnie jak Wisława Szymborska, autorka panegiryków socrealizmu.

2. Zob. J. Jasiński: Michnikowi Polsku niepotrzebna. „Nasza Polska”, 16 X 1996 r.

3. Tak oświadczył w deklaracji złożonej w imieniu Polski w Brukseli 3 marca 1993 r. (Zob. Stanisław Wysocki: Żydzi w Trzeciej Rzeczypospolitej, 1997, s. 51).

4. Zob. Stanisław Wysocki: Żydzi przeproście. Wyd. Ojczyzna 1998, s. 56.

109

 

Wszystko niemal, co przedstawia się w polityce jako NARODOWE, jest ponure i syczące nienawiścią. Andrzej Osęka, „Gazeta Wyborcza”, 21 X 1991 r.

(…) apele o tworzenie państw narodowych, dające się słyszeć również w naszym kraju (chyba jeszcze nie całkiem waszym! – H.P.), oznaczają w praktyce wezwanie do nowej dyskryminacji mniejszości narodowej. Historyk Jerzy Tomaszewski, „Polityka” 5 V 1990.

Zgadzam się z gombrowiczowskim obrazem naszego społeczeństwa, w którym panoszy się polactwo, kościółek i nasz prowincjonalizm. Przed tym się bronię. Jerzy Stuhr, aktor’.

* * *

Istotne jest jednak nie zagrożenie nacjonalistyczne, ale zagrożenie, ja­kie niesie ze sobą tak zwany Polak-katolik, czyli cichy nacjonalizm. Marcin Król, „Res Publica”.

* * *

Trzymanie się tradycyjnego rozumienia racji stanu, czy też głoszenie haseł narodowych (…) oddala nas od Europy. Marek Wąsowicz, „Rcs Publica”, 4/1991.

* * *

Polska była biednym, głupim krajem, zidiociałym na skutek swo­ich nieszczęść. Kazimierz Kutz, „Gazeta Wyborcza”2.

* * *

Treść słów „ojczyzna”, „patriotyzm” zaczęła przypominać dawno nie­uporządkowany składzik, w którym rzeczy cenne leżą obok bezwartościo­wych rupieci. Jerzy Sosnowski, „Gazeta Wyborcza” 12 VIII 1994 r.

* * *

Przestańmy uważać, że literatura polska musi istnieć. Nawet jeśli zni­knie, i tak będzie istniała jakaś literatura. Każdy będzie mógł sobie coś wy­brać z ogromnej światowej oferty. Kinga Uuniii, „Ex Libris” (dodatek „Życia Warszawy”), 48/1994.

Krzewi się fanatyzm religijny w Polsce i nacjonalizm wraz ze źle ma­skowanym antysemityzmem. Maria Szyszkowska-, „Wprost”, 13 VI 1993 r.

1. „Tygodnik Solidarność”, 14 V 1993 r.

2. Zob. „Lad”, 22 VIII 1993 r.

3. Zob. P. Bączek: „Gazeta Polska”, 16 XI 1995 r.

111

Bitwa rozgrywa się między liberałami spoglądającymi na zewnątrz, a rzecznikami obskurantyzmu, zapatrzonymi we własny kraj, którzy za bar­dzo koncentrują się za odrodzeniem narodowym. Adam Michnik: „Thc Guardian”‚.

Na świecie pochlebia mi bardzo, jeśli ktoś nazwie mnie kosmopolitą (…) Sądzę, że patriotyzm jest możliwy dopiero wtedy, gdy człowiek jest kosmopolitą, bo w przeciwnym wypadku jest on zawsze podszyty ksenofo­bią, nienawiścią (…). Krzysztof Zanussi, „Panorama”, 18 XI .1998 r.

Uczelnie polskie już widziały wybryki endecko-faszystowskich bojó­wek. Szaleństwo nie wyparowało z umysłów polskich! Aleksander Malachowski, „Nasza Polska”, 9 X 1996 r.

Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę patrio­tyzmu (…) Mason Jan Józef Lipski, w latach 1986-88 Wielki Mistrz, w: Powiedzieć o sobie wszystko…, 1996.

Dla mnie bardzo ważnym argumentem na rzecz tej koalicji była oba­wa przed podziałem Polski wedle kryterium czysto kulturowego. Byłoby bardzo groźne, gdyby powstał z jednej strony obóz narodowo-ludo-wo-katolicki, a z drugiej strony liberalno-lewicowo-proeuropejski. Taki podział mógłby dramatycznie blokować modernizację Polski, proces jej in­tegracji z Europą. Aleksander Smolar – prezes Fundacji im. S. Batorego2.

* * *

Nadgorliwi apologeci narodu każą się rodakom apologetycznie od­nosić nawet do ciemnoty (…) roztaczając nad nią ochronę, bronią tym sa­mym narodowej tradycji i tożsamości. Janusz Majcherek, „Rzeczypospolita”, 25.III.1997 r.

* * *

Od dwóch stuleci cała lepsza albo prawdziwsza literatura polska po­wstała z dala od Polski, od Mickiewicza do Gombrowicza. Rodziła się tam, gdzie nie było polskiego kołtuna, rodzimego idioty, natrętnego dewota na­rodowego. Tadeusz Konwicki, stalinowski „pisatiel” w książce: Nowy świat i okolice, 1985, s. 31.

1. Tak grzmiał z oburzenia po tym, jak studenci Uniwersytetu Warszawskiego krzyczeli do Aleksandra Stoizman-Kwaśnicwskicgo: „Pokaż dyplom! Bez dyplomu nie wpuścimy!”.

2. „Gazeta Wyb.”, 25-26 IX 1999 r.

117

Istotą nacjonalizmu jest egoizm narodowy, dla którego najwyższą wartościąjest interes własnego narodu (…) walka z nacjonalizmem jest moralnym obowiązkiem każdego uczciwego człowieka (…).

Otóż właśnie w tej dziedzinie, na polu gruntownego i cierpliwego wy­jaśniania czym jest nacjonalizm i jak się od niego uwolnić, szczególnie wielkie zasługi mają wolnomularze. Mistrz „polskich” masonów, prof. Andrzej Nowicki’.

* * *                                                                 •

(…) państwo jednego tylko narodu zubaża ten naród duchowo, prymi-tywizując moralnie (!!! – H.P.) i prowadzi do ekscesów. Andrzej Olechowski: członek Bilderberg Group, w propagandowej książce Wygrać przyszlośc, 1999 r.

Jeśli całkowicie utożsamiać się będziemy z państwem, jeśli traktować je będziemy jako jedyną swoją instytucję i my będziemy słabnąć i obumie­rać wraz z nim. A. OlechowskiWygrać przyszłość

Większość Polaków weszła na drogę ku strukturom NATO, demokra­tyzacji i liberalizacji, podczas gdy mniejszość poszła w przeciwnym kie­runku nacjonalizmu, fundamentalistycznego katolicyzmu, obawy przed zachodem i liberalizmem, a szczególnie, co najbardziej godne ubolewania, na drogę otwartego antysemityzmu.

Z zaproszenia na konferencję: Kościół katolicki w Polsce i antysemityzm, odbytą 20 stycznia 1999 w Loyola Marymount Univcrsity w Los Angeles.

(…) chodzi o roztropne niedopuszczenie do tego, aby nurt fundamentalistyczny stał się prawie nurtem głównym. Chodzi o utrzymanie go na obrzeżach (…). Nawiasem mówiąc, głównym zagrożeniem jest referen­dum europejskie, które uważam za pomysł szatański. Jan Maria Rokita, prounijny „Europejczyk” („GW”, 27 XI 1999 r.)

Szczególnie podłe miejsce wśród tychjanczarów dzikiego antypolonizmu zajmuje noblista Czesław Miłosz, za swój antypolonizm obsypywany strumieniem nagród i wyróżnień2. Od lat pluje na Polskę i polskość, dekretuje się Litwinem, lecz wydaje się, że najchętniej ogłosiłby się stuprocentowym a nie ćwierć – Żydem! W niemal każdej książce wypluwa z siebie jad pogardy i nienawiści do polskości, katolicyzmu. To inter-nacjonalista pełną gębą. Oto niektóre próbki jego szarż na polskość’3. Na początek wa­runek człowieczeństwa.

1. W książce: Filozofia masonerii u progu siódmego tysiąclecia, Gdynia 5997, s. 282-3. Masoni do chrześcijańskiego kalendarza dodają 4000 lat, stąd dziwolągi w rodzaju „siódmego tysiąclecia” i daty wydania tej książki: 5997.

2. Ostatnie to: „Małopolanin Roku 1999″.

3. Zebrał J. Wąsowicz, „Nasza Polska” 28 VI 2000.

112

 

* * *

żeby być pełnym człowiekiem, trzeba się wynarodowić.

Prywatne obowiązki.

* * *

Przyznaję, że na „polskość” jestem alergiczny (…) „Nie” wobec „pol­skości”, „nie” dla nacjonalistycznego upiora.

Pływalne obowiązki.

* * *

system narodowej paranoi i nacjonalistycznego bełkotu.

* * * Czy Polacy nie są podobni do homoseksualistów?

Tamże.

* * * Polak musi być świnią.

Tamże.

W czasie okupacji żałował, że w 1940 r. sowieci zajęli Wilno, ale:

Nie doznawałem niczego podobnego podczas podboju Polski przez Hitlera.

Rodzinna Europa’

Zakończmy ten potok antypolskich, antynarodowych plwocin wyborem cytatów dokonanym przez Wojciecha Załęskiego z okresu tylko sierpień-listopad 1996.

– „Język godnościowy, czyli patriotyczne chrząkanie o Ojczyźnie”

– „Brzmi to jak kretyński paradoks bycia Polakiem”

– „Po co ta cała Polska Europie?”

– „Całe to nasze narodowe szmaciarstwo”

– „Ja mam ambiwalentny stosunek do Polski, coś między miłością a obrzydzeniem”

– „Jest taka końska, zaściankowa, polska głupota”

– „Oczywiście, u nas głupio i po polsku”

– „Typowa polska nietolerancja, chorobliwy polski antysemityzm”

– „Dlaczego znowu polski, przecież żyjemy w Europie!”

– „My Polacy nie rozumiemy, co to jest Europa”

– „kołtun polski”

– „byle polski zasraniec”

– „Polacy są na szczycie nielubianych narodów Europy”2.

1. A więc Miłosza cieszył dramat Polski, za co obecnie jest „klasykiem polskiej” poezji w polskich podręcznikach szkolnych.

2. „Gazeta Warszawska”, numer okolicznościowy z 23 IV 1997. Zob.: J. R. Nowak: Zagrożenie dla Polski, 1.1, s. 259.

113

 

Czesław Miłosz (pierwszy z prawej) jako attache ambasady PRL w Paryżu w pierwszych latach powojennych. W kraju trwał terror i rzeź patriotów, a on spijał koniaki – „napój klasy robotniczej” w towarzystwie Jerzego Pu-tramenta (drugi od lewej) i komunizujących poetów francuskich Eluarda i Supervielle’a.

Z tej lawiny obelg, oszczerstw, werbalnych plugastw, wyłania się przejrzysta, stale powtarzalna prawidłowość. Polega ona na tym, że Polska i Polacy niemal z dnia na dzień staliby się światłymi obywatelami światłej Europy, gdyby zaorali swoje granice w ramach eurounijnego kołchozu budowanego właśnie przez socjal-demokratów na gruzach państw narodowych. Państwa narodowe są dla nich odrażającym anachroniz­mem. „Dokładają” im przy każdej okazji.

W byłym Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbył się w 1998 roku pompatycz-ny benefis prof. A. Kłoczowskiego, szefa Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej, czyli Biura Propagandy wschodniej enklawy przyszłego eurokołchozu. Uczestniczyli w tym sabacie czołowi polskojęzyczni entuzjaści nowego ukołchozowienia Polski, budowniczowie owej „Europy Środkowo-Wschodniej”, wśród nich – byli premierzy T. Mazowiecki i H. Suchocka, min. spraw zagranicznych B. Geremek, były i później­szy minister spraw zagranicznych Wł. Bartoszewski7, bp B. Dembowski, były min. edukacji narodowej prof. Henryk Samsonowicz.

Ten ostatni, w swojej laudacji z niesmakiem zauważył, że istniejąjeszcze, niestety, społeczeństwa państwowe!

Można zrozumieć zniecierpliwienie prof. H. Samsonowiczaijego żydomasońskich towarzyszy, że na ich globie istniejąjeszcze „społeczeństwa państwowe”. To istnienie „społeczeństw państwowych” przedłuża się wręcz nieprzyzwoicie. Ich likwidację zade­kretowano w głębi poprzedniego wieku. Już „Jewish Worid” z 9 lutego 1883 roku jasno wyłożył program globalizacji tego, co prof. H. Samsonowicz z odrazą nazywa „społeczeństwami państowymi”.

l. Nie posiadający ani tytułu profesora, ani nawet stopnia magistra (!), lecz stale tytułowany „profesorem”

 

114

 

Centralnym motywem wojny z narodami w kontekście światowym, jak i na gruncie polskim, jest niszczenie patriotyzmu. Dokładnie rozpoznał to zjawisko w swojej alarmi­stycznej książce brytyjski pisarz A.K. Chesterton. Wykazuje tam, że spiskowcy zmie­rzają do unicestwienia tradycyjnego zachodniego świata. W tym celu przypuścili oni „dziki szturm na patriotyzm”.

Patriotyzm, identyfikacja narodowa – powtórzmy to – stanowi kod genetyczny członka rodziny własnej i rodziny etnicznej, uosobionej w państwie narodowym. W tym więc kierunku idzie „dziki szturm” globalnego komunizmu.

W konkluzji swej pracy Chesterton ostrzega:

Istnieje spisek o światowym zasięgu (…) jeżeli nie pokonamy spiskowców, bez wsiedli na przeciwności, nie będziemy mieli nic do przekazania następnym pokole­niom poza perspektywą niewolnictwa.

Dlaczego jest możliwy ten jawny, zuchwały „dziki szturm” na patriotyzm? Wyjaś­nimy to w następnych rozdziałach.

W Polsce neokomunistycznej ten dziki szturm na patriotyzm przybrał formy admi­nistracyjne, a jutro przejdzie w policyjne. Po próbach zakazu rozpowszechniania pism patriotyczno narodowych przez „Ruch”, o których piszę w innym rozdziale, przyszło wyrzucanie narodowych wydawnictw z targów książki. Ostatnim przykładem tej wojny z polskością było wyrzucenie z Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie, książek wydawnictwa NORTOM oraz tego samego wydawnictwa z Targów Książki w Krakowie.

We Frankfurcie – szef polskiej ekspozycji Andrzej Nowakowski i zara­zem pełnomocnik ministra kultury, wrzeszcząc, kazał się wynosić temu wydawcy. Jego wściekłość wywołały książki Romana Dmowskiego oraz książki Jędrzeja Giertycha:

Polska i Niemcy. Granica polsko-niemiecka w świetle norm międzynarodowych’, książka syna Jędrzeja Giertycha – prof. Macieja Giertycha: / tak nie przemogą oraz przedwojenna książka Stanisława Bełzy. A. Nowakowski nazwał je antysemickimi i antyniemieckimi! Od tego momentu na tych prestiżowych Międzynarodowych Targach Książki, „polską” literaturę i piśmiennictwo reprezentowali tacy „Polacy”, jak Andrzej Szczypiorski, Hanna Krall, Wisława Szymborska, Ryszard Kapuściński, Stanisław Lem i Henryk Grynberg. Szef polskiej ekspozycji uznał, że książka Jędrzeja Gierty­cha, wybitnego Polaka-patrioty, nie jest godna tego towarzystwa. W związku z tym ni­kczemnym popisem przedstawiciela ministra kultury, „Myśl Polska” (29 X 2000) pytała:

Co na to minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski? Odpowiadam:

– Milczał, bo jest z tej samej „paki”. Taki sobie Ujazdowski z Ujazdowa? To samo kiedyś czeka moje książki i moje wydawnictwo RETRO. Solidarnie poda­ję adres wydawnictwa NORTOM, aby Czytelnik sam, zamawiając tam wyrzucone

książki, ocenił nikczemność tego terroru:

NORTOM, ul. Sanocka 15/17, 53-304 Wrocław, tel./fax: (0-71) 367-76-88

115

 

STOCZNIOWCÓW WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA

W sierpniu oficjalne marks-media obchodziły dwudziestolecie powstania „Solidar­ności”. W Stoczni pojawili się wtedy jej „doradcy” i „założyciele”. Składano kwiaty pod pomnikiem poległych stoczniowców.

Ale prawdziwi twórcy, prawdziwi bojownicy antykomunistycznej walki: bici, wię­zieni, wyrzucani z pracy, których potem wyrugowano z ruchu i wpływu na losy Polski posierpniowej – pozostali w cieniu. Z tego cienia docierały do Polaków ich słabe głosy prawdy. O zdradzie. O sprzeniewierzeniu ideałów i programu „Solidarności”. Anna Walentynowicz7 oraz Andrzej Gwiazda – organizatorzy strajków i współtwórcy „S”, z okazji rocznicy strajków sierpniowych, mogli zdobyć się jedynie na przesłanie wspól­nego oświadczenia do prasy. Opublikował je „Nasz Dziennik” 23 maja 2000, a więc na kilka miesięcy przed spodziewanym tryumfalizmem rządzących Polska uzurpatorów. Czytamy w tym oświadczeniu:

Używanie nazwy „Solidarność” dla obecnej organizacji związkowej uznajemy za nadużycie, bo nie ma to nic wspólnego z pierwszą „Solidarno­ścią”. W 20. rocznicę powstania „Solidarności” oświadczamy, że organiza­cja, która obecnie używa tej samej nazwy, nie jest kontynuacją „Solidarności”, spadkobierczynią i kontynuatorką j ej tradycji. Przeciwnie, jej działalność jest sprzeczna z ideałami i praktyką „Solidarności” z lat 1980/1981. Istotą „S” była solidarność ludzka w dokładnym tego słowa znaczeniu. „Neo-Solidamość” poprzez atirmację nieuczciwości w polity­ce, bezrobocia i przyzwolenia, by zakłady wyrzucały kolegów z pracy, zni­szczyła poczucie międzyludzkiej solidarności.

W kłamliwej, zbanalizowanej propagandzie z okazji XX-lecia, całkowicie pomi­nięto dwa czasowe filary etosu „Solidarności”:

— jej rzeczywisty początek datujący się rzezią stoczniowców i mieszkańców Wybrzeża w grudniu 1970 roku;

– nieprzerwany do dziś bój stoczniowców o godność człowieka pracy, o ratowanie Sto­czni przed zagładą i grabieżą przez żydowskich spadkobierców tamtych zdrajców, którzy na krwi i grzbietach milionów członków „Solidarności”, objęli władzę nad Polską.

l. To o przywrócenie jej do pracy w Stoczni wybuchły pierwsze zamieszki i przestoje w pracy. „Doradcy” przyjechali do Stoczni przez nikogo nie zaproszeni. Domagano się ich usunięcia. Zapewniali, że oni nic będą się wtrącać. Chci tylko posłuchać. Wałęsa zadecydował: „niech zostaną”. Powinni ich byli wywieźć na taczkach: Geremka Mazowieckiego, Michnika…

116

 

Tak więc bój o Stocznię trwa już trzydzieści lat. W tym boju nadal stroną zwy-cięskąjest przefarbowana z krwisto-czerwonej na różową, niezniszczalna żydokomu-na.

Wykonując ideologiczny, polityczny a zwłaszcza nacyjny testament zwycięskiej od 1944 roku żydokomuny, ostatni gensek PZPR M. RakowskiJuż w roli premiera, 29 października 1988 roku postawił Stocznię Gdańską w stan upadłości w ramach wyłącz­nie politycznej zemsty. Jako polityczną zemstę nazywały ten zamach na Stocznię, opo­zycyjne pisma i sami stoczniowcy. Potem jednak nastąpił drugi etap zemsty tych samych sił – niszczenie Stoczni pod pretekstami ekonomicznymi i w ramach uwłasz­czania miejscowego oraz międzynarodowego żydostwa, narodowym majątkiem Pola­ków. Rakowski i jego pobratymiec wicepremier J. Sekuła, ogłosili likwidację Stoczni kilka miesięcy po tym, jak drugiego maja 1998 roku stoczniowcy upomnieli się o legali­zację związku „Solidarność”.

Chodziło głównie o zniszczenie kolebki „Solidarności” i Grudnia 70., lecz po latach okaże się również, że o dalekosiężny plan zagłady polskie­go przemysłu okrętowego. Tego celu zemsty nikt jeszcze nie rozpoznał, bowiem dopie­ro dojrzewały plany międzynarodowej żydowskiej finansjery i korporacjonizmu w sprawie zamiany majątku narodowego Polaków w masę upadłościową. Po „okrągłej zdradzie” ta metodologia i strategia ujawniły się w konsekwentnej odmowie kredyto­wania stoczni. Pod rządami wówczas jeszcze Demo-Wolności, a potem Unii Wolności, Eysmont i Olechowski, w konsekwentnej zmowie z prezesami banków – Pomorskiego i Gdańskiego, podobnie jak przedtem Rakowski i Sekuła starali się postawić stocznię w stan likwidacji. Jednym z manewrów było powołanie tzw. Grupy Przemysłowej. Była to nieliczna lecz wpływowa grupa dyrektorów stoczni i przedstawicieli innych dużych przedsiębiorstw. Razem dysponowali zaledwie pięcioma procentami akcji Stoczni. Okazało się, że akcje stoczni już nie należą ani do PLO czy PŻM, tylko do kilku usto­sunkowanych prywaciarzy. Zawłaszczyli oni 40 procent akcji^ W ówczesnej edycji „Kne-Sejmu” wybuchło pewne poruszenie, pozorny skandal. Sitwa zdrajców miała jed­nak w „Kne-Sejmie” miażdżącą przewagę. Patriotyczni posłowie stanowili znikomą mniejszość i tak jest do dziś.

Kolejne podejście „zza węgła”, to próba sprzedaży stoczni niejakiej pani Piase-ckiej-Johnson. Prasa polskojęzyczne okrzyknęła j ą niemal matką opatrznościową Sto­czni i stoczniowców.

Następne ataki polegały na konspiracyjnej próbie sprzedaży Stoczni norweskiemu koncernowi Kvaernera. Dyrektor tego koncernu, na krótko przed sprzedażą udzielił wywiadu gazecie norweskiej chwaląc się, że byłby durniem, gdyby zrezygnował z tak wspaniałego prezentu, jakim jest ta polska stocznia. Ktoś z Polaków szybko przekazał tekst wywiadu do Polski i transakcja została zablokowana w ostatniej chwili.

Na tym etapie niszczenia Stoczni jako „okrętu flagowego” polskiego przemysłu okrętowego, pojawili się na scenie Niemcy. Ich apetyty miały zasięg międzynarodowy. Wojna o zniszczenie polskiego konkurenta w budowie statków wpisywała się w strate­giczne plany Unii Germano-Europejskiej. Na światowym, bo już nie tylko europejskim rynku budowy okrętów, trwała wtedy zaciekła wojna o rynki zbytu — o zamówienia na statki. Niemieckie uderzenie poszło wtedy w kierunku Gdańskiej Stoczni Remontowej.

l. „Nasza Polska” 12 III 1997.

117

 

Próbę sprzedania jej za bezcen podjął ówczesny minister „Zniekształceń Własnościo­wych” – był 1993 rok7. Do tematu wróciła po kilku latach „Rzeczpospolita” w publika­cjach z 14 i 17 marca 1997 roku. Pisała o wzroście mocy produkcyjnych przemysłu stoczniowego Unii, o związanymi z tym dotacjami unijnymi zapowiadanymi przez do­brze poinformowane niemieckie pismo „Forbes”. Pisano wyraźnie o zaostrzającej się konkurencji:

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju spodziewa się za­ostrzenia problemów w przemyśle okrętowym. Światowe moce produ­kcyjne branży wzrosną do 2000 o 16-24 proc. CECD przypomniała o konieczności szybkiej ratyfikacji umowy z 1994 roku o dotacjach pań­stwowych dla przemysłu stoczniowego.

„Forbes” pisał o dotacjach państwowych dla niemieckiego przemysłu okrętowego, który Niemcy postanowili wspierać dotacjami w związku z rosnącą międzynarodową konkurencją:

Komisja Europejska gotowa jest udzielić dwóm niemieckim stocz­niom pomocy finansowej w wysokości l mld DEM (588 min USD)… Na najbliższym posiedzeniu Rady Ministrów Unii Europejskiej 24 marca, koimisja przedstawi propozycję przyznania 450 min DEM stoczni w Weimarżę i 590 DEM wsparcia stoczni w Stralsundzie.

Te deklaracje finansowe były pośrednią odpowiedzią na zaciekłą wojnę polskich eurofolksdojczy wydanej przemysłowi stoczniowemu w Polsce, konkurentowi niemie­ckiego przemysłu okrętowego.

Przygotowując plany kasacji polskiego przemysłu okrętowego, tzw. Grupa Polskiej Żeglugi Morskiej podpisała wtedy z japońskim koncernem Mitusi Co Ltd kontrakt na budowę (dla Polski!) pięciu statków2. W tym samym czasie Stocznia już zaczynała tonąć w długach z powodu odmowy kredytowania. Do przetargu na to zamówienie sta­nęło kilka stoczni z całego świata — tak przechwalał się K. Gogol, rzecznik prasowy tej samozwańczej Grupy Polskiej Żeglugi Morskiej. Niczym szejkowie Kuwejtu, wybrali wtedy ofertę japońską. Wartość kontraktu wynosiła – na razie – 100 min dolarów. To nie wszystko – ówczesny premier Cimoszewicz swoją dywersyjną antypolskość zademon­strował udzieleniem pożyczki kilkudziesięciu milionów dolarów armatorom koreań­skim – czego konsekwentnie odmawiał polskiej stoczni. W swojej bezczelności i propagandowej hucpie, Cimoszewicz mówił: Decyzja o udzieleniu wietnamskiej stocz­ni kredytu, to jedno z posunięć promujących nasze towary eksportowe. To oświadczenie synala kata polskich powojennych patriotów, sekretarz Prezydium gdańskiej „Solidar­ności” – E. Szwajkiewicz, nazwał skandalem.

W następnej kolejności, rząd Cimoszewicza nie mogąc zniszczyć Stoczni Gdań­skiej w całości, przeszedł do sprzedawania jej kawałkami, komu popadnie. Rysował się już wtedy plan zmiany „inwestora strategicznego” – z niemieckiego na amerykański, czyli na żydowski kapitał banku Chasc Manhattan.

Niemcy jednak nie rezygnowali z podboju Stoczni.

1. Zob.: „Myśl Polska” l XII 1996.

2. „Życie” 15 X 1997.

118

W kwietniu 1994 roku odbyło się spotkanie przedstawicieli Polskiego Forum Okrętowego z dyrektorem biura stowarzyszenia zachodnio-europejskich pro­ducentów statków – AWES. Stanęła tam sprawa przyjęcia (podporządkowania) Polskiego Forum Okrętowego do AWES. Dyrektor AWES, Niemiec, zarazem dyrektor naczelny Bremen Vulkan Verbund AG – zgodę na łaskawe przyjęcie PFO do AWES uzależnił od ograniczenia produkcji polskich stoczni o 30 proc. ich ówczesnej mocy produkcyjnej!

Dramat Stoczni pogłębiał się. Ówczesne stopy oprocentowania kredytów dla pod­miotów państwowych wynosiły 30 proc. w skali rocznej – to oznaczało ekspresowe ich upadłości. Niezbędnym krokiem wstępnym w ratowaniu Stoczni byłoby zawieszenie lub likwidacja istniejącego zadłużenia wobec Skarbu Państwa – bo przecież to Skarb Państwa był właścicielem tego państwowego przedsiębiorstwa. W zamówieniach na statki drzemały dwa miliardy dolarów: aby kontynuować realizację zamówienia, Stocznia pilnie potrzebowała kredytu w wysokości około 700 min dolarów.

Niestety: w tym samym okresie kilku lat, kiedy NBP udzielił 4,5 mld USD kredytu upadającym bankom komercyjnym – których to kredytów i tak potem w większości nie odzyskano -NBP odmawiał kredytu w wysokości 700 min dolarów dla Stoczni. Byłaby to pożyczka pewna, bowiem światowe prognozy wzrostu floty towarowej od 1991 do 2005 mówiły o 12 proc. tego wzrostu, a „portfel” zamówień opiewał na 2 mld USD. Ponadto kasacje starych okrętów miały objąć – w skali światowej – 31,1 min DWT. Oznaczało to syste­matyczny i długoletni wzrost zapotrzebowania na budowę statków towarowych.

Kolejnym trikiem była próba „kupienia” Stoczni przez niejakiego Roberta Pollana z USA. Podawał się za Polaka („Pollan”) lecz publicysta „Naszej Polski” pisał o Pollanie: taki on Polak, jak A. Michnik albo Lewandowski‚. Podobnie odnosił się do Polla­na publicysta kanadyjskiego „Przewodnika Polskiego”. Przypomniał, że Pollana w jego nagłej miłości do Stoczni gorąco popierał jego pobratymiec w roli ministra „Zniekształceń Własnościowych” – J. Lewandowski. I wyjaśniał:

Jeffrey Sachs i Janusz Lewandowski spędzili jakiś czas na uniwersy­tecie Harvarda. Pan Pollan uczestniczył w tworzeniu Polsko-Amerykań-skiego Funduszu Przedsiębiorczości (PAEF), był również jego wiceprezesem (1990-1991). Fundusz ten otrzymał od Kongresu amerykań­skiego sumę 240 min dolarów na swoje wydatki. Jego powstanie było ele­mentem programu pod nazwą: „Poparcie dla Wschodnio-Europejskiej Demokracji” (SEED), powołanej w Kongresie w listopadzie 1989 r. po wi­zycie prezydenta Busiia w Polsce.

Duet Pollan-Lcwandowski ukartował następujący szwindel: założona ad hoc przez Pollana spółka „Porta” z kapitałem zaledwie 10 milionów starych złotych (ów­czesne około 300 dolarów!) – miała przejąć 15 proc. uprzywilejowanych akcji Stoczni! Każda z tych akcji dawała posiadaczom pięć głosów, czyli posiadanie 15 proc., takich uprzywilejowanych akcji dawało oszustom z „Porty” całkowitą kontrolę nad Stocznią według prostego przelicznika: 15×5= 75.

1. Wywiad kpt Żeglugi Wielkiej Z. Sulatyckiego dla „Myśli Polskiej” z l XII 1997.

2. „Nasza Polska” 11 czerwca 1997.’

119

 

Ten „przekręt” nie udał się dzięki protestom zdesperowanej załogi Stoczni. Zaprawiona w bojach lat 1980-1988, coraz bardziej zdecydowanie broniła swojej stoczni, swojego bytu. Podczas wiecu w marcu 1997 roku, stary brygadzista Jan Trzaska krzy­czał do mikrofonu:

W 1970 roku na moich oczach ginęli stoczniowcy, łudziłem się, że III RP będzie państwem dialogu i cywilizacji (…) Towarzysze z Komitetów zamienili książeczki partyjne na czekowe. Wypędźmy w końcu za Ural tych czerwonych sk—synów!

Etap drugi: ratujmy Stocznię!

Tuż po „Okrągłej Zdradzie”, „okrągła” sitwa z obydwu stron tej pozorowanej bary­kady, wydając wyrok na „Kolebkę” wiedziała, że wcześniej czy później trzeba j ą przed­tem „odpaństwowić”, sprywatyzować, zamienić na Spółkę Akcyjną, czyli zostawić Stocznię samą, a wtedy miejscowi i zachodni oszuści wykonają resztę likwidatorskiej roboty.

W tym właśnie celu, 17 grudnia 1990 roku Rada Ministrów podjęła uchwałę o zbyciu 40 proc. stoczniowych akcji Skarbu Państwa dla 7605 pracowników Stoczni. Na skutek tego manewru. Skarb Państwa przestał być jedynym właścicielem Stoczni, choć w Spółce pozostał jeszcze większościowym akcjonariuszem. Uwłaszczając stocz­niowców, rządowi eurofolksdojcze nie przejmowali się tym faktem. Dalsze manewry miały uczynić ich akcje bezwartościowymi papierami. Ośmiotysięczna załoga Stoczni przekonywała się coraz bardziej o tym, że tylko ona może uratować zakład od rozszar­pania przez hochsztaplerów wspieranych przez kolejne ekipy rządowe i sejmowe. Bój o Stocznię z każdym rokiem nabierał dramaturgii w miarę jak kolejni oszuści po­czynali sobie coraz zuchwałej, wspierani przez władze administracyjne i kolejne rządy.

W czerwcu 1966 roku Zarząd Stoczni Gdańskiej Spółka Akcyjna, na polecenie ministra skarbu działającego poprzez wojewodę gdańskiego, dokonuje jawnego prze­stępstwa – zgłasza wniosek o upadłość Stoczni. Czyni to wbrew zasadom ekonomicz­nym i wymogom prawnym. Zaniżył wartość majątku stoczni z 3 miliardów 328 milionów złotych do 227 min złotych, natomiast zadłużenie Stoczni zawyżał z 60 min złotych do 337 min złotych. Uchwała Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, podjęta na polecenie Ministra Skarbu – stawiająca Stocznię w stan upadłości, została zaskarżo­na i następnie uchylona prawomocnym wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w dniu 23 lute­go 1998 r.

Pomimo takiej decyzji Sądu, wbrew prawu nadal kontynuowano procedury upadłościowe! Już w sierpniu 1996 roku rozpoczęto te sądowe, bezprawne procedury likwidacyjne: 8 sierpnia 1996 Sąd Rejonowy w Gdańsku ogłasza upadłość stoczni, nie zadając sobie trudu, aby merytorycznie sprawdzić przesłany przez Zarząd Stoczni wniosek upadłościowy.

Po ogłoszeniu upadłości, majątek Stoczni staje się „masą upadłościową”. Zarząd nad tą masą obejmuje Syndyk pod nadzorem Sędziego Komisarza. Syndykiem zostaje mec. Andrzej Wierciński z poznańskiej kancelarii adwokackiej. Syndyk działa z takim rozmachem na szkodę owej „masy” i załogi Stoczni, że w styczniu 1999 roku spontani­cznie zawiązuje się Stowarzyszenie Akcjonariuszy i Obrońców Stoczni Gdańskiej

120

 

„ARKA”. W czerwcu 1999 roku „ARKA” zostaje oficjalnie zarejestrowana jako pod­miot prawny. Prezesem został Jan Koziatek, członkiem Komisji Rewizyjnej kpt. Żeglugi Wielkiej Bolesław Hutyra. W krótkim czasie stowarzyszeniu udało się:

– zjednoczyć 2 426 akcjonariuszy spośród załogi i uzyskać od nich pełnomocnictwa do obrony ich praw;

– zjednoczyć 4 000 emerytów i rencistów Stoczni Gdańskiej – jedynych w Polsce emerytów nie posiadających żadnych rekompensat za sprywatyzowanie przedsiębio­rstwa;

– powołano ugrupowanie „Zjednoczeni w Obronie Stoczni Gdańskiej”;

– wystąpiono do Zarządu Stoczni Gdańskiej S.A. o zwołanie Nadzwyczajnego Warne­go Zebrania Akcjonariuszy;

– wysłano 112 alarmistycznych, protestacyjno-informacyjnych pism do przedstawicie­li rządu, organizacji społecznych i politycznych, do Sądu i Prokuratury;

– zorganizowano kilka konferencji prasowych demaskujących kłamstwa i niszczyciel­skie działania Syndyka i Sędziego Komisarza;

– zorganizowano trzy demonstracje informujące o sabotażu w stosunku do „masy upadłościowej” czyli majątku Stoczni.

Na Walne Zebranie akcjonariuszy musiała zapaść zgoda sądu. Bój o uzyskanie ta­kiej zgody, to osobny rozdział walki o Stocznię.

W grudniu 1999 roku „Arka” kieruje do Ireneusza Tomaszewskłego prokuratora Okręgowego w Gdańsku, zawiadomienie o przestępstwie wraz z wnioskiem o wszczę­cie postępowania sądowego, przeciwko mec. Andrzejowi Wiercińskiemu – Syndyko­wi masy upadłościowej Stoczni Gdańskiej S.A. W zawiadomieniu czytamy m.in.:

1. Syndyk wyprzedaje majątek trwały i ruchomy Stoczni Gdań­skiej, demontuje urządzenia. Niszczy bazę produkcyjną Stoczni, przez co naraża na straty akcjonariuszy i Skarb Państwa. Tereny stoczniowe w centrum Gdańska przygotowuje się do sprzedaży mimo, że nie mógł być jeszcze podpisany akt notarialny przenoszący własność, bo nie spełniono warunków przedwstępnej umowy kupna-sprzedaży.

Wstępna i warunkowa umowa sprzedaży potwierdzona Aktem Nota­rialnym (Repertorium A nr 7642/1998 z dnia 08.09.1998 r.) jest zaskarżona i toczy się postępowanie sądowe (wygrana Apelacja dnia 24.09.1999 r. sygn. Art. AC 616/99).

2. Dnia 23.03.1997 r. Syndyk ogłasza w „Rzeczpospolitej” Ofertę sprzedaży Stoczni nie mając na to zgody Sędziego Komisarza. Otrzy­mał ją dopiero w czerwcu 1997 r. Syndyk ukrywa ważne fakty przed Zarządem Stoczni Gdańskiej S.A., nie przekazuje mu wszystkich do­kumentów postępowania upadłościowego, aby oszukać właścicieli Sto­czni.

3. Syndyk nie wycenił wartości Stoczni i przekazał ją bez inwenta­ryzacji za darmo.

Eksperci w 1995 r., ocenili wartość Stoczni na 3 mld PLN według wa­rtości księgowych z amortyzacją i starych niskich cen wyjściowych. Ponadto cena ziemi l m kw. w Gdańsku wynosi 1000 PLN. Stocznia posiada tereny wielkości l 750 000 m. kw. Wartość samych terenów Stoczni to    ju’ l mld 750 min PLN.

 

121

 

4. w dniu 22.07.1998 r. Syndyk wnioskuje do Sędziego Komisarza „sprzedaż Stoczni Gdańskiej na rzecz Stoczni Gdynia i EVIP-Progress z W-wy, na co uzyskał zgodę Sędziego Komisarza. Sprzedał natomiast    ‚f Stocznię innemu podmiotowi – Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej ” S.A., która w dniu wydania zgody jeszcze nie istniała, a po krótkim czasie została wykreślona z rejestru handlowego. W jej miejsce powołano S-kę z.o.o. „Synergia’99” i Stocznię Gdańską Grupa Stoczni Gdynia S.A.

5. Faktycznie, Syndyk nie sprzedał a przekazał Stocznię za bezwa-    ,, runkową gwarancję bankową w wysokości 72,93 min PLN oraz wydal darmo kupującemu z kasy stoczniowej 42,77 min PLN narażając akcjonariuszy i Skarb Państwa na stratę 3 mld PLN. Żądamy wyjaś­nienia, kto zagarnął zagraniczne wierzytelności Stoczni w wysokości 181,3 min PLN.

Akt Notarialny z dnia 08.09.1998 r. Repertorium A nr 7642/1998.

6. Syndyk nie rozpatrzył dokumentów Zarządu Stoczni Gdań­skiej S.A.: „Wstępne założenia do programu uruchomienia produkcji w Stoczni Gdańskiej po zawarciu układu z wierzycielami” z kwietnia 1998 r. oraz „Uzasadnienie celowości przeprowadzenia układu z wie­rzycielami Stoczni Gdańskiej S.A. w upadłości” z sierpnia 1998 r.

Dokumenty te były pozytywnie ocenione przez specjalistów okręto­wych.

7. Syndyk dopuścił się przestępstwa odrzucając ofertę finansową Zarządu Stoczni Gdańskiej S.A. z dnia 31.07.1998 r. w wysokości 640 min PLN w porównaniu z darmowym przekazaniem Stoczni. Działał na szkodę akcjonariuszy. Skarbu Państwa i wierzycieli Stoczni.

Oferta Zarządu opierała się na Porozumieniu i Liście Intencyjnym z dnia 28.07.1998 r. opisujących kredyt zorganizowany przez Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego oraz Sto­warzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską wraz z grupą banków G-12. Dokumenty te były zaakceptowane pod względem merytorycznym i pra­wnym przez Wiceministra Finansów oraz Ministra Pracy i Polityki Socjal­nej. Doprowadził do zagarnięcia trzymiliardowego majątku akcjonariuszy, w tym Skarbu Państwa oraz naraził wierzycieli uprzywilejowanych na stra­tę 101,1 min PLN i nieuprzywilejowanych na stratę około 20 min PLN.

Nadużycia Syndyka, rażące zaniżenie wartości Stoczni, nieprzyjęcie oferty 640 min PLN, a wydanie darmo Stoczni i jej pieniędzy świadczą o aferze gospodarczej: dokonano przestępstwa. Akcjonariu­sze, Skarb Państwa i wierzyciele ponieśli wymierne straty.

Żądamy, aby Pan podjął zdecydowane działania w celu przywró­cenia niezależnego od układów finansowych funkcjonowania prawa. Naszym zdaniem, kroki w tym celu winny być podjęte natychmiast, aby nie narazić nas na jeszcze większe straty. Ostatniego dnia grudnia 1999 roku Stowarzyszenie „ARKA” skierowało stosowi pozew do Sądu Okręgowego w Gdańsku przeciwko Zarządowi Stoczni Gdynia s.j

122

Pozew dotyczył uznania za bezprawną czynność prawną Syndyka, polegającą na sprze­daży aktywów Stoczni Gdańskiej S.A., w wyniku czego uzyskała korzyść majątkową Stocznia Gdynia S.A. We wniosku postuluje się uznanie za nieprawnie zawarte nastę­pujące akty notarialne:

– akt notariusza Marka Kolasy z kancelarii notarialnej w Poznaniu, zawarty 8 września 1998 roku;

– tegoż notariusza Marka Kolasy – akt z dnia 23 listopada 1998 – na podstawie których nastąpiła sprzedaż upadłej Stoczni Gdańskiej S.A.

W pozwie mówi się o dwóch najważniejszych, przestępczych naruszeniach prawa i dobrych obyczajów kupieckich:

1. Ustalona, rażąco niska cena sprzedaży Stoczni za 115 min złotych jest w rzeczy­wistości mniejsza o 42,7 min złotych, które znajdowały się w kasie upadłej Stoczni Gdynia S.A. – i po tym przywłaszczeniu – użycie tej kwoty przez Trójmiejską Korpora­cję Stoczniowa S.A. w Gdyni – na zakup tejże Stoczni od Syndyka. Akty te zostały sporządzone na krzywdę akcjonariuszy Stoczni.

2. Wniosek o zabezpieczenie powództwa do kwoty trzech miliardów 328 milio­nów złotych (wraz z ustawowymi odsetkami) – tyle bowiem wynosi rzeczywista war­tość Stoczni wraz z gruntami. Wniosek dotyczy wydania sądowego zarządzenia o ustanowieniu hipoteki przymusowej do wysokości tychże 3,3 mld złotych.

W uzasadnieniu pozwu wyjaśniono, że sprzedaż Stoczni była ukartowana na zasa­dzie zmowy: tylko dla tego celu powołano tzw. „Trójmiejską Korporację Stoczniową S.A.” w Gdyni – kontrolowaną przez Stocznię Gdynia S.A. Spółka ta została następnie rozwiązana, a przechwycony majątek przeszedł do innych spółek powołanych w podo­bnym celu przez Stocznię Gdynia S.A. i osoby prywatne. Analiza transakcji wskazy­wała wyraźnie, że jej celem od samego początku było wyprowadzenie majątku stoczni na rzecz osób trzecich. Zmiana struktury właścicielskiej w praktyce wydziedziczyła akcjonariuszy Stoczni.

Przedstawmy głównych harcowników tej afery, wymienionych w pozwach do pro­kuratury i sądu.

– Jacek Skarbek: jako przewodniczący Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Stoczni Gdańskiej S.A. był wnioskodawcą uchwały unieważnionej przez Sąd Wojewó­dzki w Gdańsku, która stała się podstawą uzasadnienia upadłości Stoczni Gdańskiej S.A.;

– Zarząd Stoczni Gdańskiej w osobach: Ryszard Goluch, Sławomir Łubiński, Wi­told Żylicz i główna księgowa – Bożena Łusiak. Działając w zmowie posłużyli się od­rzuconą przez stoczniowców wspomnianą Uchwałą nr 6, zawnioskowaną przez J. Skarbka, uzupełnioną nieprawdziwymi danymi o majątku trwałym Stoczni. Dwa tygodnie przedtem, Zarząd wnioskował uchwałę nr 5, mówiącą o kontynuacji działal­ności spółki, był też autorem sprawozdania, w którym określano aktualną stratę Stoczni na 62 min złotych. Te działania doprowadziły do ogłoszenia upadłości Stoczni Gdań­skiej S.A. Tym działaniem Zarząd doprowadził do przedłużenia swej przestępczej działalności czytamy we wniosku – zawiadomieniu „ARKI” do prokuratury.

Sąd Rejonowy (Wydział Gospodarczy) pod przewodnictwem E. Wojtynowicz, wprowadzony w błąd fałszywymi wielkościami podanymi przez Zarząd, wydał postanowienie o upadłości w sierpniu 1966 roku.

123

Dane te nie były potwierdzone przer Radę Nadzorczą i nie zatwierdzone przez Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy, odbyte w czerwce 1996 roku. Zarząd podał tam nieprawdziwą, zaniżoną wartość kontraktów na budowę 19 statków. Stwierdzał tam, że ceny są rzekomo niższe od kosztów budowi tych statków. Ponadto, Zarząd podał zaniżoną wartość majątku trwałego Stoczni (zaled­wie 227,4 min złotych), zawyżył kwotę zobowiązań stoczni do 337,3 min złotych, j. dług innych wobec Stoczni nazwał roszczeniami spornymi.                     •

Późniejszym „nabywcom” Stoczni, w istocie oddano ją za darmo, bowiem rażąco zaniżoną cenę „zakupu” (115 min zł) zmniejszoną dodatkowo poprzez zajęcie kwoty 40 mln zł z konta Stoczni!

Ponadto spółce, poprzez kancelarię adwokacką w Londynie, mocą prawnych już wtedy wyroków, zasądzono odszkodowanie za zerwane umowy za­mówieniowe na budowę statków – w kwocie 55,5 min złotych (około 11 min dolarów). Nadto, za inne odszkodowania z tytułu zerwanych umów. Stocznia miała prawo ubiegać się o 125,8 min. Dawało to aktywa na sumę ponad 250 min złotych -już uwzględniając karykaturalnie czy raczej przestępczo zaniżoną wartość stoczni, owe 115 min złotych^|

Posługując się takimi fałszami Zarządu, Sąd Rejonowy wydał orzeczenie o upadłości, lecz na skutek wniosków „ARKI” Sąd Wojewódzki w Gdańsku (sygn. 1122/98) unieważnił podstawę zgłoszenia upadłości, czyli wspomnianą Uchwałę nr 6 wysmażoną przez Zarząd.

Kolejny, raczej główny sprawca oszustw, to Syndyk Andrzej Wierciński. Poprzez dobrane przez siebie osoby, działając wspólnie z nimi czytamy we wniosku „ARKI” do Prokuratury – doprowadził do ogromnych strat Skarbu Państwa, akcjonariuszy i zwolnionych pracowników Stoczni, a takie do strat w firmach kooperujących ze Sto­cznią Gdańską. Sami czerpią z tego procederu znaczne korzyści materialne poprzez przedłużanie swojej działalności do dnia dzisiejszego.

Wierciński, co szczególnie na­ganne w przypadku prawnika, działał szkodliwie i świadomie, w oparciu o nieupra-womocnione postanowienia o upadłości (bo nie zatwierdzone przez wyższe instancje sądownictwa); i potem poprzez skrywanie faktu prawnego o uprawomocnieniu się wy­roku sądowego korzystnego dla akcjonariuszy.                                i||

– Joanna Labana, to Wojewódzki Konserwator Zabytków: zaniedbała obowiązek zabezpieczenia zabytków techniki okrętowej znajdujących się na terenie Stoczni Gdań­skiej. Chodziło o zabytkową, unikatową budowlę z czerwonej cegły, tzw. nieckę dokową do budowy i remontów statków. Pochodzi ona z 1880 roku i jest jedynym teg( typu obiektem europejskim7. Nieckę nowi „właściciele” Stoczni pośpiesznie zamienił na wysypisko śmieci. Był to skutek decyzji Syndyka, mec. dr Andrzeja Wiercińskiego.

— Bogdan Oleszek, Bogumił Banach, Janusz Szlanta: posługując się bezprawni! nazwą Stoczni, używali nazwy „Stocznia Gdańska” w zarejestrowanej przez siebif „Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej”2. Uchwałą swoich władz wewnętrznych, za mieniają nazwę tejże „Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej” na: Stocznia Gdański Grupa Stocznia Gdynia. Grupa ta bez zgody akcjonariuszy weszła na teren Stoczn

2. Tenże znak Stoczni, opatentowany, to synonim 975 statków tam zbudowanych. Daje się to porównać, n| z przywłaszczeniem słynnego logo firmy Mercedes lub innych renomowanych znaków.

Gdańskiej i wraz z powołaną przez siebie spółką „SYNERGIA’99” czerpie korzyści z prywatnego majątku akcjonariuszy Stoczni Gdańskiej S.A. Grupa ta nawet nie po­zwoliła na wejście przedstawicieli „ARKI” na teren Stoczni. Sitwa pod nazwą „Synergia’99” zademonstruje potem swoje wpływy blokując w sierpniu 2000 dostęp do sali Stoczni, w której miało się odbyć Walne Nadzwyczajne Zgromadzenie Akcjonariu­szy.

Do pozwu dołączono liczne dowody w sprawie. Jest ich tyle, że nie sposób ich cy­tować. Najwięcej miejsca zajmują tabele omawiające straty finansowe za anulowanie 19 kontraktów na budowy statków w latach 1996-98. Osobny dział stanowią dokumen­ty wykazujące świadome powiększenie rzeczywistych kosztów i strat Stoczni.

Sam majątek trwały Stoczni jest wyceniany przez fachowców (łącznie z gruntami) na trzy miliardy złotych! Sama wartość rynkowa Jachtklubu Stoczni Gdańskiej -wyceniona przez rzeczoznawcę, to kwota S 274 tyś. złotych i jest wyższa od tzw. kwoty księgowej o 148,8 proc., czyli o 3 590 tyś. złotych.

Jak przywłaszczyć Stocznię?

Poniżej podaję szkoleniową recepturę na uwłaszczenie się majątkiem do niedawna państwowym, czyli naszym wspólnym, o wartości około 3,5 mld złotych, samemu po­siadając w kieszeni „kapitał założycielski” składający się z 4 000 złotych!

Oto etapy tego „przekrętu stulecia”.

Przed p. Małgorzatą Kuźmicką, notariuszem w Gdyni, trzech dżentelmenów i jed­na dama zawarli akt notarialny, mocą którego powołali Spółkę Akcyjną pod nazwą:

„Trójmiejska Korporacja Stoczniowa Spółka Akcyjna”. Byli to:

– Janusz Szlanta, lat 40, z wykształcenia fizyk, mieszkaniec Radomia;

– Andrzej Buczkowski, mieszkaniec Gdyni;

– Wiesława Plucińska, mieszkanka Warszawy;

– Bogumił Banach, mieszkaniec Gdańska.

W skład Zarządu powołanej spółki weszli: B. Banach (prezes), A. Nadworny (wi­ceprezes), T. Sowiński – członek.

Rada Nadzorcza: M. Roman, S. Twarowski, Z. Zwierzyński, A. Herman, U. Wrzesień.

Założycielami „Trójmiejskiej Korporacji” były dwa podmioty prawne reprezen­towane przez wymienionych dżentelmenów:

– Stocznia Gdynia S.A.;

– EVIP Progress Spółka Akcyjna z siedzibą w Warszawie.

Pierwsza wniosła 37 990 akcji o wartości 10 zł każda, czyli 379 990 złotych, „EVIP Progress” wszedł w ten biznes z akcjami wartości 20 000 złotych. Był także trze­ci „podmiot”. To Bogumił Banach, który wszedł do gry z jedną akcją, czyli 10 złotymi. To nie żart – tak stwierdza Akt Notarialny.

W sumie, kapitał akcyjny spółki wyniósł 400 000 zł – nie mylić z późniejszymi czterema tysiącami złotych „kapitału” „Synergii 99″.

125

Trzy miesiące później, 23 listopada 1998 roku, te same co wyżej „podmioty”, spi­sały kolejny akt notarialny przed notariuszem Markiem Kolasą w Poznaniu. Mocą tego aktu, obok wymienionych w poprzednim Akcie Notarialnym założycieli „Trójmiejskiej Korporacji”, pojawia się nowy członek i podmiot – Arkadiusz Krężel, mieszkaniec Sosnowca, reprezentujący spółkę pod nazwą: „Agencja Rozwoju Przemysłu Spółka Akcy­jna” z siedziba w Warszawie.

Dziesięć dni później – 2 grudnia 1998 roku, przed notariuszem Ewą Jeziorską w Gdyni, zawarto kolejny akt notarialny, w którym przedstawiciele trzech podmiotów: i

– Stoczni Gdynia Spółka Akcyjna;

– EVIP Progress Spółka Akcyjna;

– Banku Handlowego powołali bękarta pod nazwą „SYNERGIA 99″ – spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (raczej nieodpowiedzialnością). Siedzibą Spółki stało się miasto Radom, a to dlatego, że bossem „SYNERGII 99” stał się Janusz Szlanta, na stałe zamieszkały w Radomiu, były wojewoda radomski.

W dziale „Przedmiot i zakres działalności” „Synergii”, wymienia się aż 48 takich zakresów, poczynając od produkcji wód mineralnych i gazowanych napojów alkoholo­wych (!), po budowę i naprawę statków. Interesujący jest Rozdział III aktu, gdzie w par. 10 napisano:

Kapitał zakładowy Spółki wynosi 4 000 (cztery tysiące) złotych i dzieli się na 40 (czterdzieści) równych i niepodzielnych udziałów po 100 (sto) złotych.

W dniu 10 maja 1999 roku, przed notariuszem Marią Dambek w Gdańsku, zawarto kolejny Akt Notarialny, w którym Stocznia Gdańska Grupa Stoczni Gdynia przez swo­ich przedstawicieli oświadcza, że Zgromadzenie Wspólników Spółki „SYNERGIA 99″ powzięło uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego tej spółki z 4 000 złotych (cztery tysiące złotych) do kwoty 53 304 000 zł. Słownie, by nie było wątpliwości: pięć­dziesiąt trzy miliony trzysta cztery tysiące złotych.

Biblijne rozmnożenie ryb na tle rozmnożenia 4 tyś. w 53 min złotych, jawi się jako coś zupełnie banalnego. Ale ten cud XX wieku ma bardzo prozaiczne fundamen­ty. Oto uwłaszczona spółka „Synergia” wnosi aport w postaci przeniesienia na nią -przez Stocznię Gdańską — Grupa Stoczni Gdynia prawa użytkowania wieczystego gruntu i prawa własności, stanowiących odrębną nieruchomość budynków, budowli i urządzeń. Z tego przeniesienia łaskawie wyłączono urządzenia związane z produkcją statków.

Jakim prawem? – ktoś zapyta i będzie to pytanie niestety naiwne w praktyce PRL-bis. Przeniesienia dokonano z powołaniem się na decyzję Stoczni Gdańskiej -Grupa Stoczni Gdynia oraz na uchwałę Zgromadzenia Wspólników posiadających wspólnie kapitał założycielski w wysokości aż 4 000 złotych!

Od tego dnia, „Synergia 99″ staje się potentatem!

Teraz J. Szlanta i spółka uwłaszczają się już sami. W Radomiu, 7 lipca 1999, już nie trudząc się wyjazdami do Gdańska lub Poznania, zawierają kolejny Akt Notarialny.

Jest to notarialne potwierdzenie protokołu Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspól­ników Spółki „Synergia”, gdzie podjęto uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowe go z 53,3 min złotych do 94,3 min złotych.

126

Skąd te 41 mln złotych? Z wniesienia w postaci kapitału, kilkunastu działek gruntu położonych w Gdańsku oraz prawa włas­ności budynków, budowli i urządzeń!! W protokole posiedzenia potwierdza się zmianę Statutu „Synergii” m. in. w punkcie dotyczącym możliwości emitowania obligacji.

Uściślijmy realia i etapy dziejącego się „przekrętu”:

W lutym 1999 roku Trójmiejska Korporacja Stoczniowa podzieliła się na dwie spółki:

– Stocznia Gdańska Grupa Stoczni Gdynia S.A.;

– „SYNERGIA 99″.

Podział ról był następujący: produkcją stoczniową „zajęła się” Stocznia Gdańska -Grupa Stoczni Gdynia S.A., przygotowywaniem do sprzedaży „zbędnych” terenów Stoczni „zajęła się” „Synergia 99″

 

Kpt ż.w. Bolesław Hutyra – „dusza” oporu i obrony Stoczni przed grabieżą, sporządził przejrzysty grafik metodologii zawłaszczania gigantycznego majątku narodowego przez sprzężone grupy cwaniaków, działających z cichym iinrlmatur władz Gdańska, rządu i „Kne-Sejmu”.

Zaczęło się od decyzji Rakowskiego (zob. str. następna, koło nr l) – właścicielem Stoczni był Skarb Państwa.

W kole nr 2 (poniżej nr l) pojawia się Zarząd Stoczni Gdańskiej. W kole nr 3 mamy szacunek materialny tej bitwy: trzy miliardy 328 milionów złotych – to tylko wa­rtość księgowa.

Na lewo od koła nr 3 mamy paradę piranii rozszarpujących majątek Stoczni. Cztery ostatnie (dolne) etapy – koła, to stan na sierpień 2000: Trójmiejska Korporacja pączkuje w dwa samozwańcze człony: Stocznię Gdańską – Grupa Stoczni Gdynia S.A. i „Synergia 99″, którą dowodzi J. Szlanta. Z punktu widzenia prawa bardzo isto­tny jest punkt wykresu (3), gdzie napisano: Przestępczy wniosek o upadłości. Jest on przestępczy dlatego, że ogłoszenie upadłości, wbrew ekonomicznej logice, zostało za­twierdzone przez Sąd Rejonowy w Gdańsku.

 

Rubryka na lewo (nr 9) przedstawia hierarchię postępowania sądowego, przez którą musi przejść taki wniosek, aby uzy­skać ostateczne sądowe zatwierdzenie. Widzimy, poczynając od góry, że decyzja o upadłości została ogłoszona przez Sąd Rejonowy z pominięciem sądowych ogniw nadrzędnych: Sądu Okręgowego, Sądu Apelacyjnego, Sądu Najwyższego, Ministra Sprawiedliwości!

Aby nabrać mocy ostatecznej, zaskarżona decyzja musiała by przejść przez cztery wymienione a zlekceważone instancje nadrzędne. To wymowny przyczynek do „siły przebicia” spiskowców!

Wydarzenia jednak biegną po myśli piranii. Minister Skarbu swoim zezwoleniem sygnowanym przez podsekretarza Stanu Aldonę Kamelę Sowińską 12 maja 2000, a wydanym już w styczniu 2000, zezwala:

— na nabycie przez podmioty zagraniczne, tj. EEF Investment I, L.P. i The Emerging Europę Fund II, L.P. z siedzibą w USA, odpowiednio 57 200 i 6 770 udziałów (słownie: pięćdziesiąt siedem tysięcy dwieście i sześć tysięcy siedemset siedemdziesiąt) w spółce „Synergia 99″ Spółka z ograni­czoną odpowiedzialnością z siedzibą w Radomiu, która korzysta z mienia państwowej osoby prawnej na podstawie umów o używanie tego mienia przez okres ponad 6 miesięcy, powołanych we wniosku.

127

Kolejny akt notarialny: w Radomiu, dziwnym trafem na dzień przed zezwoleniem Ministra Skarbu na wejście do spółki „Synergia” czyli do Stoczni Gdańskiej „podmio­tów zagranicznych”, Walne Zgromadzenie Wspólników Spółki „Synergia” zmienia Umowę Spółki zawartą w grudniu 1999 roku. Istota zmiany jest zawarta w par. 13 p.2:

EEF Investment I, L.P. spółka komandytowa prawa Stanu Delaware z siedzibą rejestrową w Stanie Delaware, The Corporation Trust Compa-ny, Corporation Trust Cen ter, 1209 Orange Street, Wilmington, Delawa­re 19801 („EEF I”) może – bez zgody pozostałych wspólników (! – H.P.) — przenosić, zastawiać lub w inny sposób rozporządzać udziałami w Spółce na rzecz Overseas Private Investment Corporation spółki prawa Was-hington D.C. oraz na rzecz wspólników TDA Capital Partners Inc. Spółki prawa Stanu Delaware.

Co więcej: w składzie pięcioosobowego Zarządu znalazło się trzech przedstawicie­li tamtych spółek, czyli uzyskali bezwzględną większość głosów. Ponadto ustalono, że ci trzej mogą głosować telefonicznie z miejsca ich pobytu lub zamieszkania!! Tak więc „Synergia„, wnosząc 4 000 zł „kapitału” własnego, sprzedała majątek wartości wielu milionów złotych.

Tak oto, obce piranie uzyskują prawo wyprowadzania polskiego narodowego majątku ze Stoczni, poza Polskę.

Tydzień później – 17 maja 2000 „Synergia 99″ zawiadamia Sąd Rejonowy w Rado­miu:

Zawiadomienie o zastawie na udziałach

Zarząd „SYNERGIA 99″ Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Radomiu informuje, że zgodnie z zawiadomieniem dokonanym przez pana Constantina Yulpescu z Chase Manhattan Bank w Nowym Jorku, reprezentującego firmę Overseas Private Inwestment Corporation, na 57 udziałach należących do EEF Investment I, L.P. został ustanowiony zastaw na rzecz Overseas Private Investment Corporation.

W załączeniu przysyłamy wyciąg z księgi udziałów z wpisanym za­stawem na udziałach.

Andrzej Kwiatkowki prezes Zarządu

Co na to „etosiacy”?

Dotychczasowe drogi krzyżowe obrońców Stoczni sprawiały wrażenie, jakby jej dramat rozgrywał się gdzieś na księżycu, a odległość pomiędzy Warszawą i Gdańskiem była wręcz kosmiczna. W istocie taką była: to wszystko działo się z cichą zgodą i popar­ciem władz centralnych.

129

Trzy tygodnie po cytowanym wyżej piśmie Ministra Skarbu zezwalającym na prze­kazanie majątku większościowego Stoczni obcym „podmiotom”, 10 czerwca 2000 Stowarzyszenie „ARKA” wystosowało do premiera J. Buźka i nowego Ministra Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego, dwa niemal jednobrzmiące „SOS”. Zawiada­miano obydwu dygnitarzy, że prokuratura Okręgowa w Gdańsku:

udowodniła, że Stocznia została sprzedana za cenę niewspółmiernie niższą od jej wartości i postawiła zarzut popełnienia przestępstwa na szkodę Stoczni i Skarbu Państwa przez Notariusza i Syndyka. Końcowy akapit tego dramatycznego „SOS” stwierdzał:

Spółka z o.o. „Synergia 99″, której kapitał założycielski wynosił tylko 4 tyś. złotych, bezprawnie nabyła i zarządzała naszymi strategicznymi terenami stoczniowymi, a w dniu 17 maja 2000 sprzedała część swoich udziałów w taki sposób, że zagraniczne firmy już czerpią z nich korzy­ści w 60 proc.

Dwa miesiące później, w sierpniu 2000 odbywać się miały uroczyste obchody powstania „S” i strajków na Wybrzeżu. Sygnatariusze tego „SOS”: B. Hutyra, J. Kozia-tek (prezes „Arki”) i M. Moćko (członek Zarządu) dodali aluzyjnie:

Mamy nadzieję, ze nasza wspólna droga do wolności i sprawiedliwo­ści będzie dalej kontynuowana Był to oczywiście zwrot grzecznościowy. Droga J. Buzka i pozostałych beneficjentów władających Polską, była i jest droga zmierzającą, mówiąc delikatnie, w nieco innym kierunku niż droga milionów oszukanych milionów członków „S”.

Tamci jeżdżą służbowymi landami, stoczniowcy drepczą w tym samym miejscu walczą o chleb.

Cały ich „dorobek” to „Trzy Krzyże”, pod którymi eurofolksdojcze składają wień­ce obłudy.

W piśmie do J. Buźka sygnatariusze proszą „Pana Premiera” o wydanie stosowne­go polecenia „Panu Ministrowi Sprawiedliwości”, aby wystąpił do Sądu z żądaniem unieważnienia Aktu Notarialnego Sprzedaży Stoczni Gdańskiej z dnia 8 września 1998.

Jak było do przewidzenia, „Pan Premier” umył ręce. W piśmie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z 20 czerwca 2000, skierowanym do Lecha Kaczyńskiego, z-ca dyre­ktora Sekretariatu Prezesa RM Krzysztof Gołaszewski przekazał „według kompeten­cji”, pismo „ARKI” z uprzejmą prośbą o zajęcie stanowiska w podniesionych sprawach.

Zanim minister „zajmie stanowisko” z pewnością nie zdążymy zamieścić go w tek­ście niniejszej książki. Normalne: o Stoczni pisałem w dwóch kolejnych książkach:

Piąty rozbiór Polski 1990-2000 i Dwa wieki polskiej Golgoty. A Naród śpi, to trzeci tom tego cyklu o zagładzie Polski. Następnych nie będzie. Bo i po co? Nęć Herkules contra plures…

Pod koniec 1998 roku kpt ż.w. Bolesław Hutyra, wówczas pełniący funkcję dorad­cy Ministra Gospodarki w Gabinecie Politycznym, drogą służbową skierował do pre­miera J. Buźka – przez Ministra Gospodarki – służbowe pismo do „Szanownego Pana Premiera”. Jego kopie przesłał do:

– przewodniczącego Parlamentarnego Klubu AWS – Mariana Krzaklewskiego;

l. To grzecznościowy frazes – nigdy nie była „kontynuowana” bo wspólnej „drogi do wolności i sprawiedliwości” nigdy nie było.

130

– Najwyższej Izby Kontroli;

– Przewodniczącego Sejmowej Komisji Skarbu Państwa – Tomasza Wójcika.

Pismo było tak brzemienne w treści, tak demaskatorskie, że trzeba je zacytować w całości:

 

Z ubolewaniem informuję, że zgoda na przejęcie terenów Stoczni Gdańskiej S.A. przez Trójmiejską Korporację Stoczniową S.A. wyrażona w dniu 01.12.1998 r. przez Mi­nistra SP Pana E. Wąsacza i Wiceministra TiGM Pana M. Tchórzewskiego, była de­cyzją polityczną równoznaczną z likwidacją Stoczni Gdańskiej S.A. jako przedsiębiorstwa stoczniowego, podobnie jak zrobił to rząd Pana Rakowskiego.

Żadne bowiem organa Rządu Pana Premiera, ani niezależni eksperci branży okrę­towej, nie przeprowadzili ekonomicznej analizy uzasadnienia sprzedaży Stoczni, ani nie zbadano dokumentów uzasadniających celowość przeprowadzenia układu z wierzycie­lami Stoczni. Tym samym nie porównano gospodarczych walorów obu projektów, aby wybrać tylko decyzję polityczną. Decydenci zapoznali się jedynie z opinią Syndyka zain­teresowanego wyłącznie sprzedażą Stoczni. Syndyk, przez swoją działalność, przedłużył proces upadłości Stoczni i zadłużył ją o dalsze 200 mln zł, a sprzedał za 117 mln zł. Sprawa ta wymaga analizy przez organa do tego powołane.

Minister SP podjął decyzję mimo posiadania prawnej ekspertyzy przedłożonej przez Sekretarza Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Pana Leszka Piotrowskiego, w której obszernie uzasadniono tezę, iż umowa notarialna sprzedaży Stoczni Gdańskiej S.A. Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej S.A. z dnia 07.09.1998 r. -jest nieważna. Zarząd stoczni Gdańskiej S.A. złożył w Sądzie Wojewódzkim w Gdańsku pozew o stwier­dzenie nieważności w/w umowy. Sprawa ta ma szansę powodzenia i może powodować nawet unieważnienie umowy przenoszącej własność. W takiej sytuacji podjęta decyzja przez Ministra SP jest co najmniej pochopna.

W dniu 01.12.1998 r. na posiedzeniu Sejmowej Komisji Skarbu Państwa Uwłasz­czenia i Prywatyzacji, przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa wyraźnie stwier­dzili, że Ministerstwo nie interesowało się wcale działalnością gospodarczą Stoczni Gdańskiej S.A. w upadłości, gdyż władztwo nad masa upadłości przejął Syndyk. Beztro-skosć urzędników MSP, które jest większościowym właścicielem upadłej spółki jest wy­soce naganna. MSP nie spełnia funkcji właścicielskiej nad ogromnym majątkiem państwowym przechodzącym obecnie przekształcenia własnościowe. MSP nie podjęło żadnych kroków, jako podmiot w toczącym się procesie upadłości Stoczni Gdańskiej S.A. Po debacie posłowie Sejmowej Komisji SP, UiP uchwalili dezyderat do Rady Ministrów, który nie powinien być zlekceważony.

Przykład upadłości Stoczni Gdańskiej i jej sprzedaż odsłonił wyraźnie patologię działania ministerstw: SP, PiPS oraz TiGM, które nie wywiązały się ze swoich podsta­wowych obowiązków, nie zwróciły się nawet o opinię ekspertów Ministerstwa Gospo­darki w tej sprawie. Minister TiGM podjął decyzję nie zapoznając się z całą obszerną problematyką upadłości Stoczni Gdańskiej S.A. i nie analizując społeczno-ekonomicznych przesłanek w sprawie Stoczni Gdańskiej S.A.

Panie Premierze, spełniam obowiązek urzędnika państwowego informując o tych ważnych sprawach, gdyż czuję się jako członek „Solidarności” od 1980 r. również odpowiedzialny za prawidłowe decyzje MOJEGO RZĄDU.

131

Ten apel do szefa rządowych szefów, kpt Hutyra skierował w desperacji spowodo­wanej obojętnością na jego wcześniejsze dwa pisma skierowane do Ministra Gospodar­ki Janusza Steinhoffa, jedno do Dariusza Klimka – podsekretarza Stanu w Ministerstwie Gospodarki. W pismach do J. Steinhoffa przypomniał, że mimo upływu „drogocennego czasu”, proces upadłości Stoczni nie jest zakończony, ponadto Syndyk sprzedał Stocznię podmiotowi nie posiadającemu zgody Sądu. Przypominał, że powstało konsorcjum kapitałowe, które posiada możliwość „zorganizowania” 160 mln USD. Do konsorcjum przystąpiły: Stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską, Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okręto­wego oraz Wielkopolski Bank Rolniczy.

Wstępną obietnicę przystąpienia do konsor­cjum złożył też PKO BP. Polska posiada ogromne atuty gospodarki morskiej: argumentowano stoczniowy potencjał produkcyjny, dobrze wyszkoloną kadrę inży­nierską, przedsiębiorstwa, dużą rzeszę marynarzy zarabiających jak dotąd dla obcych armatorów. Do uruchomienia Stoczni są jednak niezbędne zamówienia na budowę stat­ków, lecz zamawiającym, w sytuacji nieustalonego właścicielstwa Stoczni, może być na razie tylko armator polski…

Kpt B. Hutyra deklarował w ramach pełnionej funkcji doradcy Ministra Gospodar­ki w Gabinecie Politycznym, skompletowanie interdyscyplinarnego zespołu specjali­stów do realizacji tych zadań. W drugim piśmie do swego ówczesnego szefa – Ministra Steinhoffa, kpt B. Hutyra poruszony prawie miesięcznym milczeniem ministra, pisał już „otwartym tekstem”:                                                ,

(…) Rząd nie reaguje na ogromną krzywdę wyrządzoną 7605 akcjonariuszom Stoczni oraz na problemy obecnie pracującej załogi, co w opinii społecznej nie da się usprawiedliwić, postrzega się bowiem brak woli poli­tycznej „Solidarnościowych” decydentów uratowania swojej „Kolebki”. Pan Premier nie odpowiedział na apel 200 parlamentarzystów w tej sprawie. Liczne dotychczasowe decyzje były decyzjami cząstkowymi..)

A oto * przykłady:

– brak końcowego raportu Zespołu Ekspertów powołanych przez Mi­nistra Skarbu Państwa;

– brak realizacji decyzji zakończenia procesu upadłości Stoczni Gda­ńskiej drogą postępowania ugodowego, podjętą w dniu 24 kwietnia przez panów ministrów: Longina Komolowskiego, Jarosława Bauca, Stanisława Alota, Emila Wąsacza;

– nie dotrzymano słowa honoru Premiera RP, danego w dniu 18 li­pca br., że wszyscy wierzyciele uprzywilejowani wyrażą zgodę na oddłużenie i ugodę z Zarządem Stoczni;

– brak reakcji na moje pismo do Pana Ministra z dnia 26 października br. (zał.).

Panie Ministrze, w dniu 5 listopada otrzymałem obietnicę, że program Zarządu Stoczni będzie przeanalizowany przez zespół niezależnych ekspertów, niestety; do dnia dzisiejszego nie mam możliwości rozmowy ani z Panem Ministrem, ani z Panem Ministrem Komołowskim na temat orga­nizacji tego zespołu.

132

Uprzejmie proszę o rozważenie faktu, że do dania dzi­siejszego nie było żadnej oceny ekspertów rządowych i specjalistów — praktyków zarządzających przemysłem okrętowym — programu zakończe­nia upadłości Stoczni drogą układu z wierzycielami. Program ten powinien być również zbadany przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Milczenie…

Już wtedy Społeczny Komitet Ratowania Stoczni, dzięki ogromnemu zaangażowa­niu Radia Maryja, rozpisał coś w rodzaju społecznej subskrypcji – wpłat radiosłucha­czy na ratowanie Stoczni. Na specjalnym koncie zgromadzono wkrótce wiele milionów przysłowiowego „wdowiego grosza”!

Daremnie. Wygrał „podmiot” (pomiot?) posia­dający na początku tej afery 4 000 złotych „kapitału założycielskiego”. W kolejnym pi­śmie „ARKI” do premiera J. Buźka już z 10 czerwca 2000, a więc tuż przed obchodami XX rocznicy powstania „Solidarności”, przypomniano premierowi dane przezeń publi­czne Słowo Honoru – że pomoże uratować Stocznię. Przypomniano premierowi po raz kolejny, że:

– Eksperci badający bilans Stoczni na koniec 1995 r. określili jej wartość na 3,328 miliarda złotych – według wartości księgowych z amortyzacją! według starych, niskich cen wyjściowych. Ponadto, cena jednego metra kwadratowego ziemi w Gdańsku wynosi obecnie l 000 złotych, a Stocznia posiada tereny o pow. l 750 000 metrów kwadrato­wych, czyli o wartości jednego miliarda 750 milionów złotych;

– Sędzia Komisarz dopuścił się przestępstwa odrzucając ofertę finansową Zarządu Stoczni Gdańskiej S.A. z dnia 31 lipca 1998 roku w wysokości 640 min złotych! Działał więc na szkodę akcjonariuszy, Skarbu Państwa i wierzycieli Stoczni;

– Oferta Zarządu opierała się na porozumieniu i Liście Intencyjnym z 28 lipca 1998 -przedstawiono tam kredyt zorganizowany przez Społeczny Komitet Ratowania Stocz­ni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego oraz przez Stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską wraz z grupą banków G-12. Dokumenty te zostały merytorycznie i prawnie zaakceptowane przez wiceministra finansów oraz ministra Pracy i Polityki Socjalnej;

 

Przestępstwem było dalsze prowadzenie upadłości Stoczni w sytuacji, gdy przesłanka upadłości została unieważniona prawomocnym wyrokiem Sądu Wojewódz­kiego w Gdańsku – Sygn. Akt IX GC 1128/98 z dnia 23 lutego 1998 roku. Przedstawiciele „ARKI” stwierdzają w piśmie do premiera:

Niedopełnienie obowiązków Sędziego Komisarza, brak nadzoru Sę­dziego nad Syndykiem, podjęcie decyzji bez zapoznania się z dokumenta­mi, na które powołuje się w swoim postępowaniu, nie przyjęcie oferty 640 min PLN, wyrażenie zgody na wydanie za darmo Stoczni i jej pieniędzy, świadczą o aferze gospodarczej, co jest przestępstwem. I co? Nic. Cisza.

W konkluzji podobnego pisma „ARKI” skierowanego tego samego dnia do Maria­na Krzaklewskiego – przewodniczącego parlamentarnego Klubu AWS – wtedy już ofi­cjalnego kandydata na stanowisko prezydenta RP, czytamy:

 

Mamy nadzieję, że Pańskie zaangażowanie się w sprawę stoczni w (w istocie zero­we – H.P.), przyczyni się do zwycięstwa: dobra nad złem, prawdy nad kłamstwem, pra­wicy nad lewicą. Losami Stoczni interesują się wyborcy całego Narodu. I co? I nic. Cisza.

133

Prasa jednak podnosi temat nielegalności sprzedaży Stoczni. „Gazeta Wyborcza” z 20-21 maja 2000 w artykule: Stocznia nie ta cena? informuje, że Syndyk upadłej Sto­czni był przesłuchiwany w piątek 19 maja przez prokuratora. Grozi mu do dziesięciu lat wiezienia.

Jednym z zarzutów było sprzedanie Stoczni faktycznie nie za nędzne 117 min złotych, tylko za jeszcze nędzniejsze 72 min złotych, gdyż „nabywca” zagarnął z konta Stoczni 42 min złotych. Prokurator Tomaszewski stwierdzał że nie wie, gdzie podziały się te 42 min złotych, natomiast – co dziwne – wiedziała „Rzeczpospolita” z tego samego dnia w artykule: Zarzuty na Stocznią. Czytelnicy „GW” dowiedzieli się również, że prokurator postawił Zarzuty notariuszowi obecnemu przy podpisywaniu aktu sprzedaży Stoczni. Nie dopełnił on obowiązku sprawdzenia, czy akt notarialny nie narusza prawa. Grozi mu trzy lata więzienia – informowała „GW”.

Nadto, prokuratura prowadzi również postępowanie na podstawie ustaleń NIK, która w pokontrolnym ra­porcie ujawniła, że np. grunty Stoczni zostały sprzedane po cenie kilkakrotnie niższej od ich wartości.

Syndyk nagabywany przez dziennikarzy powiedział po wyjściu z prokuratury (opuścił ją tylnym wyjściem!), że nie zgadza się z zarzutami – to było wszystko, co miał do powiedzenia dla prasy.

Maciej Plażyński – główny hamulcowy

Późniejszy Marszałek „Kne-Sejmu” Maciej Płażyński, był wcześniej wojewodą gdańskim. We wrześniu 1993 roku pomiędzy nim a J. Lewandowskim, ówczesnym mi­nistrem „Zniekształceń Własnościowych”, została zawarta pisemna umowa w sprawie Stoczni. Składała się z dziesięciu paragrafów. Najważniejsze mówiły o przekazaniu Płażyński emu przez Lewandowskiego wszystkich decyzji i działań w zakresie prywaty­zacji Stoczni Gdańskiej S.A. Jak z poprzednich wydarzeń wiemy, „współpraca” obu panów była dla Stoczni i stoczniowców fatalna w skutkach.

Potem Płażyński poszedł ostro „w górę”. Może nawet za ostro, bo jego wpływy w „Kne-Sejmie” zdają się sięgać znacznie wyżej niż nominalna funkcja Marszałka, lecz powodów tego nadwartościowania Marszałka – ponoć należy szukać w annałach pew­nej loży niemieckiej…

W 1998 roku Stowarzyszenie „Arka”, reprezentowane na salonach rządowych przez jeszcze nie usuniętego z funkcji kpt Bolesława Hutyrę, wówczas doradcę ministra Gospodarki w Gabinecie Politycznym, rozpoczęło starania o zawarcie układu upadłościowego ze Stocznią. Nie zatwierdził go L. Balcerowicz – minister finansów, co spowodowało stratę Skarbu Państwa w wysokości lOl ,4 mln złotych – tyle bowiem de­klarowały społeczne komitety ratowania stoczni.

Pojęcie układu upadłościowego wymaga wyjaśnień. Nad procedurą upadłościową podmiotu gospodarczego ma czuwać Sąd. Syndyka masy upadłościowej nadzoruje Ko­misarz; Komisarza Sąd Rejonowy, a przy apelacjach – wyższe szczeble sądownictwa. Głównym zadaniem Sądu jest czuwanie nad tym, aby upadły spłacił wierzycieli upadłego. Jeżeli długi są większe od masy upadłości – wtedy wszczyna się procedurę upadłościową.

134

Prawo upadłościowe wyraźnie określa, jacy wie­rzyciele i ile otrzymają. Są oni podzieleni na dwie podstawowe grupy wierzycieli: uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych. Uprzywilejowani to wszyscy wierzyciele państwowi. Najpierw oni, czyli Skarb Państwa mają zostać zaspokojeni w swych roszczeniach. Po nich – z tego co jeszcze zostanie – odzyskują swoje należności wierzyciele nieuprzywilejowani, czyli akcjonariusze i podmioty prywatne. Syndyk sporządza stosowną listę wierzycieli, a zatwierdzają Zarząd upadłego przedsiębiorstwa.

„ARKA” zaproponowała wierzycielom nieuprzywilejowanym taki właśnie układ przed-upadłościowy. Istota takiego układu polega na dwóch przesłankach:

– jeżeli Stocznia upadnie to nie dostaniecie nic, bo­wiem nie otrzymają wszystkich swoich należności nawet wierzyciele uprzywilejo­wani;

– jeżeli zgodzicie się na układ, macie w przyszłości szansę otrzymać swoje należności lub ich część, kiedy zakład stanie na nogach.

Pieniądze zebrane poprzez apele w Radio Maryja, subskrypcję „cegiełek” oraz przez deklaracje poważnych podmiotów w sprawie powołania konsorcjum, rokowały zebranie 160 mln dolarów czyli około 640 mln złotych.

List Intencyjny w tej sprawie otrzymał Syndyk – takie właśnie potrzeby finansowe warunkowały uruchomienie produkcji w Stoczni. Po naciskach licznych posłów, w tym także Krzaklewskiego, min. E. Wąsacz zaakceptował wniosek o przekazanie dla Komi­tetu Ratowania Stoczni 60 proc. akcji Stoczni.

B. Hutyra udał się do Krzaklewskiego po udzielenie mu pełnomocnictwa na rea­lizację programu ratowania Stoczni. Na to Krzaklewski:

– Dobrze pan to opracował, ale to nie pan będzie realizował, tylko ja.

– Proszę bardzo! – zgodził się kpt. Hutyra7.

O programie dowiedzieli się posłowie z sejmowej Komisji Uwłaszczenia i Prywa­tyzacji. Poprosili kpt. Hutyrę na dyskusje w tej sprawie w obecności wiceministra Mi-chalskiego, reprezentującego ministra Skarbu. Plonem debaty był tzw. dezyderat nr 4:

wstrzymanie procesu uwłaszczenia gruntu Stoczni! Niestety, skończyło się na dezy­deracie. Na tym posiedzeniu byli obecni ludzie z NIK: to oni namówili kpt. Hutyrę na zredagowanie i wysłanie pism do premiera, Krzaklewskiego, NIK…

Kpt. B. Hutyra pisma takie złożył 8 grudnia, a 2 stycznia 1999 otrzymał wypo­wiedzenie z funkcji doradcy ministra gospodarki!

Zwierały się szeregi „hamulco­wych”. Hamulcowym głównym choć zdalnym okazał się Marszałek Maciej Plażyński. Nie chciał dopuścić do upadłości stoczni, choć premier dał „słowo honoru” w obecności ministra Komołowskiego7, że wierzyciele uprzywilejowani dadzą zgodę na układ, czyli na upadłość Stoczni.

 

l. Magnetofonowy zapis relacji kpt B. Hutyry — w zbiorach autora.

135

Wszyscy dali taką zgodę – poza ministrem Balcerowiczem! Na skutek tego, Balcerowicz naraził Skarb Państwa na stratę 101,4 min złotych.

Pewnego dnia kpt. Hutyra otrzymał informację, że Marszałek Płażyński był w gda­ńskim Sądzie i … na pewno nie będzie układu! Tę informację otrzymał kpt. Hutyra do przewodniczącego „Solidarności” Stoczni – Gałęzewskiego. Dalej wydarzenia poto­czyły się następująco2:

– Dzwonię do Komołowskiego – relacjonuje kpt. Hutyra – że dał słowo honoru, ale nie ma zebrania Rady Nadzorczej – tego miał dopilnować dyrektor departamentu S. Jakubowski. Nie zrobił tego, choć zostało to ustalone w ramach opracowanego harmono­gramu postępowania upadłościowego.

Komolowski do mnie:

– Niech się pan nie denerwuje, ale ja muszę to uzgodnić z Płażyńskim…

– A co ma Płażyński do pańskiej decyzji? Pan jest przedstawicielem premiera!

– On zna realia. Ja musze się go poradzić…

– Gdańsk: spotykam się z całą Komisją „Solidarności” Stoczni, kilkadziesiąt osób. Zegar cyka: jeżeli nie będzie zgody na układ, to jutro Syndyk podejmie decyzję. Mówię do Borowczaka:

– Niechże pan wpłynie na Sąd, żeby przedłużyli o jeden dzień, bo my dostajemy zgodę wierzycieli uprzywilejowanych, mam to przyrzeczone przez Premiera i innych!, Na to Borowczak:

– Ja nie będę występował przeciwko Płażyńskiemu!

– A co do tego ma Płażyński?

– Ja nie będę…

Przez prawie tydzień zbierałem podpisy posłów po tym, jak Sąd Wojewódzki orzekł o unieważnieniu upadłości. Podpisało 198 posłów.

Idę w tej sprawie do Liberadzkiego z SLD – ministra transportu:

– Podpisz pan…

– A Płażyński panu podpisał?

– Nie podpisał.

– Jak on podpisze, to i ja. Bo ja przeciwko Maćkowi nie będę występował! Spotykam Płażyńskiego:

– Panie Marszałku, pan wie i pamięta, jak pana popierałem, gdy był pan wojewodą. Dlaczego i po co pan poszedł do Sądu w sprawie upadłości? Poczerwieniał:

– To nieprawda!

– To dlaczego Borowczak mówił, że nie będzie występował przeciwko panu?

– Panie kapitanie, oni wszyscy się mną zasłaniają!

– To dlaczego Komołowski powiedział tak samo?

 

1. Wszystkie okoliczności tej batalii mam utrwalone na taśmie magnetofonowej podczas mojej kilkugodzinnej rozmowy z kpt. B. Hutyra na kilka tygodni przed jego śmiercią.

2. Bezpośrednia relacja kpt. B. Hutyry —jak wyżej.

136

– Nie wiem. Oni ani w rządzie ani w „Solidarności” nic beze mnie w tej sprawie nie chcą ruszać…

– To dlaczego Liberadzki? Jakie są wasze powiązania, że poseł opozycji warunkuje swój podpis od pana zgody?

Na to Płażyński nie powiedział już ani słowa. Wtedy uprzedziłem go:

– Panie Marszałku: uprzedzam, że opublikuję treść naszych rozmów!

Na odchodnym jeszcze go poprosiłem, aby odezwał się do „S” w Stoczni, ale i tego nie zrobił. Dlatego z czystym sumieniem wyrażam zgodę na opublikowanie tamtej roz­mowy…

Przed obchodami 18 rocznicy strajków na Wybrzeżu i powstania „S”, jak zwykle odbywały się zwycięskie fety. Były to w rzeczy samej tryumfalistyczne szyderstwa żydo-komuny z tego historycznego kolejnego oszustwa.

Barbara Jakubczak nakręciła dokumentalny film o tym „historycznym” oszu­stwie, o „Kolebce”. W filmie występująjuż nowi „właściciele” Stoczni – Szlanta i Wierciński: właśnie cieszą się z okazji podpisania aktu przejęcia stoczni. Obaj: ciemne okulary, kapelusze o nisko opuszczonych rondach, ironiczne uśmiechy.

Z okazji 18 „rocznicy” – msza Św. w kościele Św. Brygidy. Siedzą m.in. Płażyński, Krzaklewski. Na innej sekwencji filmu – mały zgrzyt. Feliks Pieczka z Komitetu Obro­ny Stoczni wali „otwartym tekstem”, w oczy etosiakom: spotkaliśmy się z negatywnym stosunkiem władz państwowych i stoczniowych.

Potem pochód, orkiestra, podniosły nastrój. I jakoś tak strasznie mało prawdziwych bohaterów – oszukanych stoczniowców7!

Inna sekwencja: tłum zdesperowanych kobiet – żon wyrzuconych stoczniowców, właścicieli bezwartościowych akcji – wrzeszcząc idzie za Krzaklewskim: głowę ma opuszczoną, zmyka jak niepyszny, zniknął ten jego maślany uśmieszek zadowolenia; szybciej, jeszcze szybciej, bo może oberwać pięścią lub czymś twardszym…

Inna sekwencja: mówi Barbara Pietrzak – o tym jak spontanicznie przynoszono składki na ratowanie Stoczni, niekiedy wzruszająco niewielkie, symboliczne gesty ser­ca wdów, staruszek.

Dwuznaczni w tej grze, m.in. wspomniany Borowczak:

-Nas nie interesuje kto rządzi, tylko kto statki produkuje! Kazimierz Janiak:

Sprawa „Solidarności” leży nam na sercu… Tak bardzo mu „leży”, że aż cytuje Ewangelię na poparcie tego „leżenia”… Kamera pokazuje dwóch uczestników „Rozmów niedokończonych” w Radio Ma­ryja. Za mikrofonami dwaj – jak się okaże nie tylko tu i wtedy – rzekomi obrońcy Stocz­ni i oszukanej załogi. Właśnie słyszymy słuchacza – jako właściciel trzech sklepów deklaruje jeden pod zastaw dla Stoczni!

Szybka wymiana spojrzeń tych dwóch: jeden daje przeczący znak dłonią. Drugi mówi do mikrofonu, do kilku milionów stałych słuchaczy, w tym do niechcianego darczyńcy sklepu:

– Nie, dziękujemy panu, takich ofert mieliśmy więcej!…

 

l. Na główną uroczystość XX-lecia w ogóle nie wpuszczono stoczniowców! Tak się wjeżdża do historii na grzbietach „roboli”, potem zostawia ich za drzwiami.

137

Kolejna sekwencja: kpt. Hutyra na spotkamy z całym Komitetem Zakładowej „Solidarności”:

– Będziecie tylko niewolnikami! Nie rozumiem niektórych naszych kolegów, któ­rzy raz mówią inaczej, innym razem inaczej…

Znów scena tryumfu eurofolksdojczy: Gdańsk, 23 lipca 1998. Sędzia Jacek Chylą ogłasza decyzję Sądu – zgodę na sprzedaż Stoczni! Zadowolone miny Szlanty i Wiercińskiego. Wrogie komentarze z tłumu. Mówi Karol Guzikowski:

– Krzaklewski kłamał! Mówi Lehrman:

– Krzaklewski to wysoki gracz! Głos z głębi:

– Wierciński to Balceronia!

Znów sekwencja, jedna z wielu które sprawią, że tego filmu nie ujrzą miliony Pola- j ków, pozostanie jednym z wielu nowych „półkowników”, jak nieprawomyślne filmy z« czasów pierwszej komuny: rzecz dzieje się 31 sierpnia 1998 roku, mamy osiemnastą ro­cznicę zrywu „Kolebki”.

Oficjele zbliżają się do trybuny. W pewnym momencie Krza­klewski odwraca się do księdza H. Jankowskiego. Mówi półgłosem:

– Ostrożnie z tym mikrofonem!…

Słusznie. Jakże słusznie i przytomnie! Przecież mógłby się dorwać do mikrofon jakiś zdesperowany stoczniowiec miętoszący w kieszeni swoje bezwartościowe akcje,  pokazać je zgromadzonym i powiedzieć, co o tym myśli!

W zamian za to, już z trybuny, Krzaklewski grzmi uroczyście:

Będziemy czuwać!

Ot, harcerzyk. Czuwaj! Czuwaj! Czuwaj!…

Jakże trafnie zdemaskowało tych eurofolksdojczy z wszystkich ekip rządowych i „Kne-Sejmowych”, oświadczenie Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność Stoczni Gdańskiej, wydane z okazji XX-lecia nie tyle zwycięstwa stoczniowców i soli darnościowców całej Polski, lecz XX-lecia konsekwentnej realizacji „testament Rakowskiego”7:

Gdańsk, 31.08.2000 r.

Drodzy Stoczniowcy, członkowie i przyjaciele „Solidarności” Podpisanie Porozumień Sierpniowych to zarówno dla nas, jak i dla całej Polski wielkie wydarzenie, które zapoczątkowało obalenie totalitarnego systemu w Europie wschodniej i centralnej.

Walka pracowników Stoczni Gdańskiej została doceniona na całym świecie.

 

Choć obaliliśmy ustrój, walka o sprawy pracownicze, utrzymanie rodziny, życie w godności, jest trudniejsza niż w 1980 r. To jest wyzwa­nie dla nas wszystkich, by zostały spełnione wszystkie postulaty z sierpnia (nie tylko te polityczne).                                                     •

Efektem rządów liberalno-lewicowych jest grabież majątku narodo­wego wypracowanego przez społeczeństwo. Kosztem ludzi bankrutowano firmy, by przejmować je za bezcen, niszczono rolnictwo, by osiągnąć kolosalne zyski z dotowanego importu. Polska stała się krajem, gdzie korupcja jest na porządku dziennym, a wymiar sprawiedliwości jest farsą. –

 

1. Opublikowane w „Naszej Polsce” 2-3 września 2000.

 

138

Pracowni­cy stoczni zawdzięczają społeczeństwu, a nie rządom i politykom, że mają zręby przedsiębiorstwa na części terenu Stoczni Gdańskiej.

Niestety, Stocznia Gdańska za to, że zawsze upominała się o wszy­stkich, znienawidzona została przez rządzących i miała przestać istnieć. Wydany wyrok przez władze komunistyczne na Stocznię Gdańską, za krzywdy jakie wyrządzono pracownikom, nie zostały naprawione do dziś.

W 1989 r. rząd premiera T. Mazowieckiego w ramach rekompensaty za utracone zarobki i nie wypłacone odprawy wydal bezwartościowe dziś akcje, które miano kiedyś odkupić, gdy państwo będzie bogatsze. Kole­jne rządy nie udzielały pomocy zakładowi, który miał zerwane kontrakty, więzi kooperacyjne, zachwianą wiarygodność i na rynku duże zadłużenie, dlatego musiał zwiększać stratę i upaść. Mimo iż takiej pomocy skutecznie udzielono podobnym tego typu zakładom, Skarb Państwa, który był głów­nym właścicielem, nie dbał o swój majątek. Dlaczego?

Dziś wiadomo. Trendy stoczni to żyła złota, która przyniesie ogromne zyski osobom pry­watnym za kilkanaście lat. Wcześniej w Stoczni Gdańskiej nie wolno było sprzedawać zbędnego gruntu i samemu się ratować. Przykładem tego była inicjatywa powstania Nowej Stoczni Gdańskiej zablokowana przez mar­szałka M. Plażyńskiego. Nie uzyskał też akceptacji rządu pomysł połącze­nia się ze Stocznią Remontową. Syndyk Stoczni Gdańskiej, by zbić fortunę z prowizji, do ostatniego dnia oszukiwał wszystkich pracowni­ków i podwyższył cenę stoczni o posiadane aktywa, nie spłacając długów oraz zaległego funduszu socjalnego w wysokości 3 min zł. Sąd Rejonowy w Gdańsku wyznaczył Agencję Rozwoju Przemysłu do nadzoru umowy sprzedaży, lecz dziwne interesy powstrzymują ją do dziś od kontroli. Pracownicy stoczni pracują tylko dlatego, iż w obronie miejsc pracy wyszli na ulicę.

Mówi się dziś o uratowanej stoczni, prowadzi medialną propagandę, sytuacja jestjednak inna i bardzo trudna, mimo dużej ilości pracy. Opłacal­ność zawartych kontraktów nie jest jasna.

Szykowane są kolejne zwolnienia z przyczyn zakładu pracy. Od wielu miesięcy nie było podwyżek pensji, mimo dwucyfrowej in­flacji. Manipuluje się średnimi zarobkami zwiększonymi przez ogromną ilość przepracowanych godzin nadliczbowych. Ta manipulacja danymi oraz ciągłe podwyższanie norm bez zmian technologicznych powodują, że zarobki uzyskiwane są kosztem utraty zdrowia oraz przemęczenia i wypo­czynku pracowników.

 

Dlatego w XX rocznicę Sierpnia’80 przypominamy wszystkim, iż nie zaprzestaniemy bronić naszych praw bez względu na to, kto będzie u władzy. Powinniśmy kolejny raz zaprotestować i zadać pytanie władzy „Kiedy naprawione zostaną wszystkie krzywdy, a winni takiej sytuacji i wykonawcy testamentu M. Rakowskiego zostaną rozliczeni?”

Chcemy pracować i żyć godnie!!! (-) Komisja Międzyzakładowa NSZZ

139

Mąż opatrznościowy Stoczni: Janusz Szlanta

W propagandowym terroryzmie polskojęzycznych marks-mediów obowiązuje za­sada: im któryś z eurofolksdojczy więcej naszkodził Polsce, to jest kreowany w me­diach na tym większego biznesmena, geniusza ekonomii. Przykłady są liczne.

Na ich czele kroczył Balcerowicz obsypany manną międzynarodowych nagród, tuż za nim ge­niusz bankowości – Hanna Gronkiewicz-Waltz.

W 2000 roku doszedł kolejny geniusz – Janusz Szlanta, kuglarz żonglujący gigan­tycznym majątkiem Stoczni. Mówi kpt. B. Hutyra:

Kiedy powołano trzyosobowa spółkę: Szlanta, Kierkowski, Buczkowski ze Szlantą na czele, zaczęło się blokowanie Stoczni w banku. Szlanta blokował pieniądze na bieżącą produkcję. Jeden z przykładów i skutków tej dywersji: na początku 1998 roku gotowy statek stal w doku i nie mógł zostać oddany, bo Stocznia nie miała pieniędzy na zapłacenie fa­bryce Cegielskiego za silnik. Oznaczało to ogromne koszty utrzymania takiego statku, po prostu marnotrawstwo! Ponadto wyłączano prąd pomię­dzy godzinami 11 a 14, kiedy się najwięcej produkuje. Jak w takich warun­kach miały nie narastać, lawinowo, ogromne straty? I oto, kiedy Szlanta stał się praktycznie właścicielem Stoczni, nagle została przywrócona fi­nansowa płynność Stoczni, ruszyła produkcja! W prasie Szlanta stał się Balcerowiczem Stoczni7.

Pean na cześć Szlanty we „Wprost” (25 VII 2000) zaczyna się tak: „Zmienił gdańską stocznię z państwowego dinozaura (! – H.P.) w przynoszącą zyski maszynę”.

Ale to nie jest laurka autorstwa „Wprost”. Cytują tygodnik „Business Week”. Tak właśnie o Szlancie pisał ten wpływowy tygodnik globalistów. „Business Week” usta­wił Szlantę na czwartej pozycji w stałym rankingu pięćdziesięciu „liderów prze­mian w Europie”.

Na tej liście nowych geniuszy biznesu europejskiego znaleźli się tacy giganci, jak niejaki John De Mol; francuski „przywódca chłopski” Jose Bove; liderka niemieckiej chadecji Angela Merkel; komisarz Unii Europejskiej Mario Monti oraz – uwaga! -„nasza” Hanna Gronkiewicz-Walz, dyrektor NBP. Czerwono-różowe „Wprost” pisze z namaszczeniem o Waltzowej:

Wyróżnienie prezes NBP kolejny raz potwierdza, ze ma ona opinię jednego z naj­bardziej cenionych zarządców banków centralnych.

Z Europy Środkowo-Wschodniej w tej super-lidze budowniczych „Nowej Europy” wymieniono jeszcze Gabora Demszky’go – burmistrza Budapesztu, o którym Węgrzy mogą powiedzieć to samo co Polacy o Szlancie i Waltzowej: „nasz”.

W Ameryce multimiliarderzy zaczynali jako czyścibuty, „nasz” Szlanta od rozno­szenia mleka. W drodze do tytułu „lidera przemian w Europie” założył bowiem firmę trudniącą się roznoszeniem mleka do domów. Nie byłby z „naszych”, gdyby nadal zaj­mował się roznoszeniem mleka do domów. Wiedział, że roznoszenie mleka to nie jego przeznaczenie. Przytomnie więc przeniósł się z mleka do sztabu wyborczego Tadeusza Mazowieckiego.

 

l. Zapis relacji magnetofonowej w zbiorach autora.

140

Wybór na zasadzie „przyszedł nasz do naszego”. Szlanta został sze­fem radomskiej Unii Demokratycznej. Potem szło już gładko jak po maśle: prezes Agencji Rozwoju Regionalnego, wojewoda radomski, dyrektor Polskiego (?) Banku

Rozwoju. W 1996 roku Szlanta wszedł do Rady Nadzorczej Stoczni Gdynia.

Nie jest wykluczone, że dopiero wtedy Szlanta po raz pierwszy ujrzał Bałtyk i stat­ki.

Pomimo wprost atomowego „doładowania” ze strony Unii Demokratycznej, mu­siał się nieco formalnie potrudzić przy stoliku, gdzie rozgrywano tę partię pokera, zwaną prywatyzacją Stoczni.

Rok później-(l997), Szlanta został prezesem Rady Nadzorczej, a w 1998 roku do­prowadził do przejęcia upadłej Stoczni Gdańskiej, czyli stał się jej – praktycznie -właścicielem wspólnie z już amerykańskimi jego sponsorami.

Nie wszyscy jednak Polacy godzą się czcić Szlantę jako zbawcę Stoczni. Wystar­czy pamiętać niektóre liczby cytowane na falach Radia Maryja podczas konferencji pra­sowej, jaka odbyła się 2 października 1998 roku w kuluarach „Kne-Sejmu”.

W RM mówili o tym przedstawiciele Zarządu Stoczni Gdańskiej w Upadłości – prezes Trzepietowski i S. Jaskulski. Kilka milionów słuchaczy dowiedziało się wówczas, że Sto­cznię „sprzedano” za 115 min złotych, ale w rzeczywistości oddano ją za darmo i z nawiązką, bowiem -jak już pisaliśmy wyżej, w tym typowym „skoku na bank” prze­chwycono 42 min zł aktywów Stoczni na jej koncie, a wierzytelności Stoczni wobec podmiotów zagranicznych stanowiły wtedy prawie 200 min złotych, zaś realna wartość Stoczni i nieruchomości, to grubo ponad trzy miliardy złotych. Wystąpienia przedsta­wicieli Stoczni dotyczyły nie tylko tych kwot, lecz także prezentacji nieprzerwanego pasma naruszeń prawa w zakresie procedur prywatyzacyjnych, upadłościowych i in­nych, przez Syndyka, Komisarza i Notariusza.

Zimą 2000 roku okazało się, że konszachty z firmą norweską Kvaernera wcale nie ustały, trwają nadal i właśnie weszły w nową fazę. „Polityka” z 12 lutego 2000 ujawnia nowe „negocjacje” Szlanty z tą firmą, która wiosną 1999 roku ogłosiła zamiar wycofa­nia się z produkcji statków i wystawiła na sprzedaż swoje stocznie. Szlanta czyli „Sto­cznia Gdynia” skupił się na dwóch stoczniach Masa-Yard położonych w Finlandii, będących własnością Kwaernera. Po kilku miesiącach wspólnie uzgodnili, że sprzedaż Masa-Yards nastąpi poprzez podwyższenie kapitału akcyjnego – metoda już wypróbo­wana z takim powodzeniem przez Szlantę przy przechwytywaniu majątku Stoczni Gdy­nia.

Już utuczeni na nowych akcjach, nowi inwestorzy mieli przejąć 73 proc. całego podwyższonego kapitału – z tego rzekomo najwięcej miało przypaść Stoczni Gdynia. Szlanta nie ma przecież realnych pieniędzy, jest tylko graczem na tej ruletce. Kiedy w grudniu 1999 huragan przewrócił wielką suwnicę bramową w Stoczni Gdynia, Szlan­ta wpadł w popłoch.

 

 „Polityka” obrazowo napisała, że koszt nowej można porównać z ceną kupowanej wcześniej Stoczni Gdynia7! Stocznia zorganizowała przetarg na nową suwnicę…

Pozostałe z tych 73 proc. podwyższonych akcji mieli wykupić kontrahenci dotych­czasowego kierownictwa fińskiej stoczni, a tam główną role odgrywają dwaj armatorzy amerykańscy – Carnival i Royal Caribbean.

Suwnica miała udźwig 1200 ton.

141

Fińska stocznia dla nich budowała luksu­sowe wycieczkowce. Szlanta zamierzał grać w niej pierwsze skrzypce jako inwestor branżowy. W wywiadach przechwalał się, że Stocznia Gdynia stanie się bardziej rozpo­znawalna (!) wzrosła nasza pozycja na rynku.

Na pytanie, skąd weźmie miliony dolarów na niezbędne inwestycje na rzecz tej „większej rozpoznawalności”, nie był w stanie podać żadnych konkretów. Po tych re­welacjach „Polityka” napisała coś, co już wtedy zapowiadało nominację Szlanty na „biznesmena Europy”:

Nie brak opinii, ze „projekt fiński” plasuje prezesa Szlantę w pierwszej lidze tęgich glów biznesu.

Nie minęło pół roku, kiedy tęga głowa biznesu czyli prezes Szlanta, zaczął snuć „ambitne” plany urbanistyczne dla Gdańska kosztem terenów Stoczni. W lipcu 2000 już nawet nie taił, jaka jest rzeczywista wartość tych terenów – dwa miliardy złotych -przyznał w rozmowie z przedstawicielem gdańskiej mutacji „Gazety Wyborczej (13 li­pca 2000). Chodziło o 700 000 metrów kwadratowych, czyli o siedemdziesiąt hekta­rów położonych w pobliżu historycznej Bramy nr 2, przy której miesiąc później władze miasta i spółki Szlanty nie pozwolą zgromadzić się oszukanym akcjonariuszom Stocz­ni. Porównajmy to z cenami, za jakie sprzedano im owe metry – 50 groszy za metr kwadratowy7. Tereny te są położone zaledwie kilkaset metrów od gdańskiej Starówki.

Kiedy Syndyk „sprzedawał” majątek Stoczni, produkcja stoczniowa przeniosła się na tzw. „wyspę”, a właścicielem 70 hektarów stała się „Synergia 99″. W styczniu 2000 na łamach związkowego dwutygodnika „Rozwaga i Solidarność” wiceprzewodniczący „S” w Stoczni Gdańskiej Karol Guzikiewicz alarmował, że pochylnie na których budu­je się statki, są także terenem „Synergii” czyli Szlanty.

Nie ma jeszcze rozpoczętej bu­dowy doku i nie wiadomo kiedy się rozpocznie, toteż za pochylnię Stocznia płaci słony haracz spółce „Synergia”. Można to porównać do sytuacji właściciela domu, do które­go bocznym wejściem wprowadza się ustosunkowany obieżyświat, a wkrótce prawowi­ty właściciel domu musi mu płacić komorne za to, że intruz łaskawie pozwala mu mieszkać we własnym domu.

Trzeba przyznać, że Szlancie nie brak pomysłowości. To co w lipcu 2000 naplótł „Gazecie Wyborczej” było tak „ambitne”, że dziennikarz trafnie zatytułował swoją pu­blikację: City czy mity? I tak za długo, bo powinno być: Mity.

Ala – jak już się otrzymało od eurofolksdojczy z tej samej nacji, 70 hektarów w centrum morskiego miasta, to można fantazjować. Jeżeli Szlanta wraz z jego sitwą zrealizują choć 20 proc. tych fantazji, to i tak Gdański ma szansę stać się Petersburgiem Bałtyku.

Na zawłaszczonych terenach „Synergia” zamierza rzekomo zbudować nowe cen­trum Gdańska. I to jakie centrum!

„Ponadregionalne”, „nadbałtycki” -jak je nazywa oficjalny prezes „Synergii” Janusz Lipiński. Jak ocenia, całość tego kompleksu budow­li wraz z infrastrukturą może się zamknąć kwotą dwóch miliardów dolarów.

W tych rojeniach wspierał go Marcin Halicki z TDA Capital Partners – firmy zarządzającej funduszami stanowiącymi 25 proc. udziałów w „Synergii”. Jasne więc, że głos Halickiego jest tu najważniejszy, bo przecież Szlanta realnie nic nie posiada tylko same „przydziały”.

l. „Gazeta Trójmiasto”, 12-14 czerwca 2000.

142

Mają powstać w owym „City” hotele, biurowce, mieszkania i oczywiście Centrum Kongresowe na 2 500 osób, bo przecież geniusze biznesu europejskiego uwielbiają na­rady w randze międzynarodowych kongresów. Do tego – przystań promowa.

Lipiński uściślał: należy zacząć od placu, na którym stoi pomnik Poległych Stocz­niowców.

Tak więc kontynuując zemstę żydokomuny Rakowskich, Sekulów i Wilczków, te­ren wokół Pomnika zamieni się na siedzibę marszałka województwa. Sądu Rejonowego – jak wyliczał prezes Lipiński – bo przecież trzeba się rewanżować Płażyńskiemu i Sądowi Rejonowemu za to, co dla nich dotychczas uczynili.

Te rojenia popiera swym autorytetem architekta pro f. Mieczysław Kochanowski -dziekan Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej:

-Naszemu miastu brakuje city, gdzie zlokalizowane są urzędy, banki i inne instytu­cje zawiadujące gospodarką.

Oczywiście, wydział architektury Politechniki Gdańskiej jest za mało kompetentny na to, aby jego architekci przenieśli na deski projektowe te ambitne zamierzenia. Zada­nia już podjęła się firma urbanistyczno-planistyczna Sasaki Associates: – pomiędzy 31 lipca a 8 sierpnia organizujemy z udziałem ich planistów warsztaty projektowe – zapowiadał Lipiński w „GW”. Tych trzech darmozjadów przyjechało przecież nie na własny koszt z USA, ale to już normalne w nienormalnej PRL-bis. Czymś nienormalnym sta­je się jednak istnienie Wydziału Architektury w Politechnice Gdańskiej, który to wydział nie potrafi zaprojektować owego „city”!, mając u siebie bodaj pół kopy ludzi z tytułami „prof.”, „dr hab.”

Owszem, architektom Politechniki przydzielono zadania, ale są to role trzeciorzęd­ne -przekażą Amerykanom informacje o Gdańsku, czym jest w regionie Morza Bałtyc­kiego, czym jest w systemie polskich metropolii — szczycił się prof. M. Kochanowski.

Po tych wyczerpujących kieszeń podatników ustaleniach, Amerykanie przygotują plan zagospodarowania przestrzennego – jakby nie mógł tego zrobić pierwszy z brzegu architekt z tytułem „mgr”.

Opracowanie pokaże, gdzie i co może się znaleźć na terenach postoczniowych. To „gdzie i co” uzyskało uczoną nazwę: jest to plan developerski. Już samo to słowo zwala z nóg polskiego prostaczka!

Skąd pieniądze? Ma się tym przyziemnym problemem zająć TDA Capital Part-ners. Kilkanaście milionów (dolarów?) już zainwestowali, ale musi się pojawić w „Synergii” inwestor profesjonalny. Będzie to, rzecz jasna inwestor giełdowy, spekulujący cenami zawłaszczonych 70 hektarów. Halicki nie ukrywał w tym wywiadzie, że war­tość terenów postoczniowych może wzrosnąć w ciągu kilku lat o 100 procent.

I tylko w to trzeba spokojnie uwierzyć, a nawet podnieść stawkę do 200-300 pro­cent. Teren jest unikalny: Starówka, Stocznia, morze.

Sporą część kosztów będzie musiało pokryć miasto: drogi, kanalizacje, linie ener­getyczne i telekomunikacyjne dla tego nadregionalnego city. „Synergia” deklaruje „po­moc”. I znów emisję obligacji. W to także należy uwierzyć – to przecież spece od obligacji.

143

Są jednak urbanistyczni przeciwnicy tej demolki okolic Starówki. A są nimi pol­scy architekci i urbaniści, najwidoczniej nie całkiem zależni od prof. M. Kochano­wskiego. Już zaprezentowali oni wizję zagospodarowania tej części miasta z poszanowaniem fortyfikacji z XVIII wieku, okalających Gdańsk. Plany i ogrody miałyby oddzielić Starówkę od tych niszczycielskich planów „developerskich”.

Hali­cki natychmiast i gruntownie zdyskredytował te plany: To wątpliwa idea. Którego z in­westorów publicznych będzie stać na to, żeby odkupić te tereny, zrekultywować je i założyć tam park, a potem go utrzymywać?

Mocne wejście eurofolksdojczy w XX-lecie „S”

Tryumfalizm okrąglostołowych zdrajców „Solidarności” święcił tryumfy w trakcie trzydniowych obchodów XX-lecia strajków Wybrzeża i powstania „S”. Na tydzień przed dniem rocznicy eurofolksdojcze pokazali solidarnościowym naiwniakom i wszy­stkim Polakom, kto tu rządzi.

Najdotkliwsze uderzenie poszło oczywiście w „Kolebkę” i jej ludzi — w stoczniow­ców.

Po sądowym unieważnieniu upadłości Stoczni, Stowarzyszenie Akcjonariuszy i Obrońców Stoczni Gdańskiej „ARKA”, wszczęło starania o zwołanie Nadzwyczajne­go Zgromadzenia Akcjonariuszy.

Starania wymagały sądowej zgody na takie zgromadzenie. Wreszcie 28 czerwca 2000 Sąd Rejonowy w Gdańsku – Wydział XII Gospodarczy rejestrowy, postanowił:

Upoważnić Zarząd Stowarzyszenia Akcjonariuszy i Obrońców Stocz­ni Gdańskiej „ARKA” w Gdańsku, do zwołania Nadzwyczajnego Zgroma­dzenia Akcjonariuszy Stoczni Gdańskiej S.A. w Gdańsku, z przedstawionym we wniosku porządkiem obrad w terminie 30 dni od dnia otrzymania niniejszego postanowienia na podstawie art. 228 par. l kodeksu handlowego.

Na przewodniczącego Zgromadzenia wyznaczyć Kancelarię Pra­wniczą „COGNITOR” w Gdyni.

Ruszyły przygotowania do zjazdu. Była to praca ogromna. Poza formalnym prze­biegiem obrad i wieloma innymi problemami logistycznym związanymi z tak wielkim zgromadzeniem, przed Obrońcami Stoczni stanęły trzy główne zadania:

– uzyskać odpowiednią salę

– zawiadomić listownie ponad 8 000 akcjonariuszy

– ustalić program i zapewnić sprawny przebieg obrad i głosowania. W sprawie sali skierowano prośbę do Zarządu Miejskiego w Gdańsku. W odpowie­dzi, Obrońcy Stoczni uzyskali stamtąd pismo zawiadamiające o zgodzie na udostępnie­nie sali przy ul. Doki I1 na dzień 26 sierpnia od godz. 10 do godz. 12 dnia 27 sierpnia:

Upoważnionym do odbioru kluczy od lokali i ich zdania jest pan Bo­lesław Hutyra, sekretarz Stowarzyszenia.

l. Starano się o halę sportową, słynną salę BHP, ale miasto odmówiło. Byłoby to zbyt symboliczna powtórka.

 

144

Dodajmy, że owa sala to historyczna stołówka, w której podpisano Porozumienia Sierpniowe. „Zemsta Rakowskiego” oraz późniejszych eurofolksdojczy sprawiła, że sala ta została z premedytacją skazana na powolną dewastację i rzeczywiście, przed Walnym Zgromadzeniem przedstawiała widok opłakany, ale całkowicie adekwatny do tego, co zrobili zdrajcy z samą „Solidarnością”, z jej twórcami, z jej programem i całym tym narodowym zrywem.

Kiedy 8 000 tysięcy zawiadomień o Zgromadzeniu zostało wypisanych i rozesłanych na koszt „ARKI”; kiedy program Zjazdu został dopięty we wszystkich szczegółach, ten sam Zarząd Miejski w Gdańsku, działając wypróbowaną metodą „zza węgła”, przysłał do prezesa „ARKI” Jana Koziatka pismo tyleż szokujące co bezczel­ne. Zawiadamiano w nim, że wiceprezydent Gdańska Ewa Sienkiewicz anulowała wcześniej wydaną zgodę na przeprowadzenie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadze­nia!

Musieli podać jakieś preteksty do odmowy. I wymyślili! Uzasadniono odmowę brakiem spełnienia przez wyż. wym. obiekt wymagań ochrony przeciwpożarowej jako obiektu użyteczności publicznej oraz na dewastację i konieczność przeprowadzenia remontu i modernizacji (…)

Wieść o odmowie rozeszła się po Gdańsku. Oburzenie stoczniowców nie miało granic. Odwrotu jednak nie było. Zgromadzenie musiało się odbyć. Ale gdzie? Odpo­wiedź narzucała się sama: na placu przed stołówką, przy słynnej Bramie nr 2, w każdym razie „pod chmurką”: zebranie tysięcy ludzi, wymagające zapisów komputerowej orga­nizacji głosowania itp. czynności7. Przedtem próbowano jednak walczyć o salę. W tym celu odwołano się do prezydenta miasta Pawła Adamowicza. Popierające pismo w tej sprawie wysłał do prezydenta Adamowicza marszałek województwa pomorskiego, z postulatem zrewidowania odmowy. Daremnie. Adamowicz milczał, nawet nie raczył odpisać!

„ARKA” skierowała zawiadomienie do prokuratury. Powoływano się w tym odwołaniu, że odmowa udostępnienia wcześniej już przyrzeczonej sali jest skutkiem działań korupcyjnych bądź politycznych (…) Być może wstydzą się pokazać zrujnowaną salę, która jest symbolem rujnowania Polski i stoczni – mówił do prasy sekretarz „ARKI” Bolesław Hutyra. Chyba się jednak trochę mylił. Wstyd za rujnowanie Polski i Stoczni, to uczucie obce zdrajcom i eurofolksojczom, sprzysiężonym przeciwko „Ko­lebce”. Gdyby chodziło tylko o wstyd, mogliby wypożyczyć słynną salę BHP, albo inne pomieszczenia.

Warto zwrócić uwagę na radykalną zmianę stosunku Rady Miasta do oszukanych tysięcy stoczniowców i losów samej Stoczni. Jeszcze 20 czerwca 1996 roku ta sama Rada Miasta Gdańska przekazała rządowi RP dramatyczny apel, w którym rządowi eurofolksdojcze mogli przeczytać:

Stocznia Gdańska S.A. to nie tylko problem polityczny w postaci ży­wego pomnika walki Polaków, gdańszczan o wolną i demokratyczną Pol­skę. To nie tylko „kolebka” dziesięciomilionowego ruchu „Solidarność”, to także a może przede wszystkim, niemal 7 000 pracowników, to tysiące zagrożonych miejsc pracy w zakładach kooperujących ze stocznią. –

 

Samo opłacenie komputerowych informatyków kosztowało „Arkę” 12 000 złotych.

145

Razem z rodzinami, to dotknięta problemem zagrożenia bytu grupa kilkudziesięciu tysięcy Gdańszczan. Rada Miasta Gdańska, w takiej sytuacji, obojętna być nie może!(…) Apelujemy do Rządu RP o podjęcie rzeczowych rozmów i skutecznych działań(…) Stocznia Gdańska jest przykładem rażącej bez­troski i braku zainteresowania majątkiem narodowym ze strony właścicie­la, jakim jest Minister Przekształceń Własnościowych.

Tak powinien był bronić polski Zarząd Miasta bytu swego głównego nakładu pracy zawsze i nadal, lecz postawa władz miasta, jak widać z dalszych posunięć, uległa rady­kalnej erozji. Rada stała się administracyjnym wspólnikiem krętaczy7.

Tak oto, w atmosferze ogromnego wzburzenia do złudzenia przypominającego at­mosferę pierwszych strajków w Stoczni dokładnie 20 lat temu, Walne rozpoczęło się. Miejsce – parking obok stołówki! Zgromadziło się ponad 3 000 akcjonariuszy repre­zentujących 39 proc. prywatnych udziałowców Stoczni. Akcjonariusze nie mieli złudzeń, kto i jakie siły stoją za odmową udostępnienia im sali. Dziennikarz „Naszego i Dziennika” (28 sierpnia 2000) zanotował taką oto, jedną z wielu wypowiedzi, z których każda wymieniała niemal tych samych sprawców:

To wszystko przez Sławomira Łubinskiego, kierownika wydziału K-3, który jest prawa ręką Janusza Szlanty. On nawet nie pozwolił, byśmy podłączyli komputery i nagłośnienie do stoczniowej sieci.

Pomimo tych przeszkód. Zgromadzenie jednak by się odbyło, gdyby go formalnie nie rozbiło Ministerstwo Skarbu Państwa. Posiada ono – formalne – 60 proc. akcji Sto­czni, a tym samym większość głosów. Ministerstwu wystarczyło więc wysłać na Zgro­madzenie swoją przedstawicielkę Barbarę Dąbrowską, a ta oświadczyła:

– Są pewne wątpliwości co do strony formalno-prawnej (! – H.P.) miejsca naszego zgromadzenia, dlatego ministerstwo proponuje jego przerwanie do 16 września i prze­niesienie do hali sportowej przy ulicy Kołobrzeskiej.

To oświadczenie wywołało burzę protestów na miarę tych, jakie towarzyszyły pier­wszym strajkom zdesperowanych stoczniowców przed 20 laty. Jednak formalności mu­siało się stać zadość: decyduje akcjonariusz większościowy, a jest nim nadal Ministerstwo Skarbu Państwa.

Kiedy to piszę, jest 31 sierpnia 2000. Czekam na wieczorne „Wiadomości”, a w nich na sprawozdania z festiwalu obłudy, jakim będą „obchody” 20 rocznicy początku, a jednocześnie natychmiastowej klęski „Solidarność”. Zdrajcy nie pozostawiali już od wielu dni złudzeń, że tamta „S” i jej oszukańcze skutki są dziełem doskonale zorganizo­wanej międzynarodówki masońsko-socjalistycznej.

Dali temu wyraz w swym oficjal­nym logo rocznicowym. Wykorzystali do tego liczbę XX. Została ona tak spreparowana graficznie, że zamieniła się w klasyczny znak rozpoznawczy masonerii wszystkich ry­tów w kombinację cyrkla i kątownicy.

Co więcej – kompozycja została tak pomyślana, że ustawiona „do góry nogami” posiada taki sam kształt. Jedynym wyróżnikiem, punktem odniesienia do pierwszej wersji usytuowania, jest ciemne kółko po lewej u góry.

1. „Gazeta Trójmiasto”, 12-13 czerwca 2000.

146

Grafik dał popis zręcznej przewrotności swojego pomysłu również tym, że pary równoległych ramion posiadają wyraźnie zróżnicowane grubości. I wreszcie trzeci, świadomy zamysł: całość jest tylko zamarkowaniem liczby „XX”. W sumie otrzymaliśmy nonszalancki gryzmol, ale o treści starannie zakodowanego masońskiego przesłania: „Solidarność”, to nasza ro­bota!

 

Aby jednak to oficjalne logo nie było zbyt ostentacyjnie wiernym powtórzeniem masońskiego znaku, grafik dorysował kilka cienkich przypadkowych kresek tu i tam, a rozwarcie klasycznej kątownicy masońskiej zmniejszył. Znak pozostał. Jest to mię­dzynarodowy sygnał dla europejskiej i krajowej żydomasonerii, że „Solidarność” była od początku do dziś dziełem masońskim, włącznie z jej nazwą „Solidarność” – słowem-kluczem w wewnętrznym slangu masonerii.

Tym przetworzonym znakiem-sygnałem została zbombardowana świadomość milionów oglądaczy telewizji oraz czytaczy pol­skojęzycznej prasy. Pozostał on nieczytelny w swym tajnym przesłaniu nawet kierow­nictwom Związku, nawet redakcjom pism narodowych.

Tę XX rocznicę wolnościowego zrywu milionów Polaków, rządzący Polską apar­theid żydokomuny wybrał do demonstrowania swojego tryumfalizmu nad oszukanymi milionami. Pokazowym wyzwaniem była m.in. ta odmowa odbycia Walnego Zgroma­dzenia załogi „Kolebki”.

Tragicznie zbilansował tę zdradę ideałów zrywu ks. bp J. Zawitkowski w homilii Mszy z okazji XX-lecia powstania „Solidarności” Regionu Mazowsze:

-1 coście zrobili z jej ideałami? Ile ja się wtedy nachrzcilem sztan­darów! (…) dlaczegoście je podarli? W imię czego — stanowisk? Pienię­dzy? Co się stało z naszą Ojczyzną, z naszym Narodem? Kto odpowie na te dramatyczne pytania polskiego biskupa, który się „tyle nachrzcił” sztandarów „Solidarności”?

Wtórował Biskupowi w innym miejscu Dariusz Grabowski, kandydat na prezy­denta, nieliczny z polskich posłów – patriotów:

– Miast wolności i pracy – miliony Polaków żyją w biedzie i niepewności, miast być właścicielami fabryk, banków, ziemi.

Przy tej okazji poseł Grabowski wymienił „więźniów sumienia”, więzionych przez apartheid oszukańczej żydokomuny ówczesnych „doradców” – dzisiaj ministrów, premierów, „kne-sejmitów”, bossów bankowych, przemysłowych i politycznych ekonomistów.

Wspomniał o rolnikach, którzy próbowali bronić siebie i innych przed zale­wem importowanego zboża. Wysłano za nimi listy gończe, osadzono w więzieniach, setki skazano na grzywny.

Takim więźniem sumienia stał się Andrzej Lepper, wówczas kandydat na prezydenta, którego zamknięto w więzieniu na kilka tygodni przed wybo­rami. Inny z obrońców rolników – Marian Zagórny został skazany na 15 miesięcy wię­zienia, a Roman Wierzbicki uniknął więzienia z powodu choroby.

Dariusz Grabówki w krótkim zdaniu podsumował „dorobek” tych dwóch dekad zdrady i zaprzaństwa, na przykładzie losów tych ludzi:

– Ubolewam, że ci którzy są sprawcami biedy, są na wolności, a ci co się upominają o pokrzywdzonych, siedzą w więzieniach.

147

 

Stocznia w protokołach NIK

Najwyższa Izba Kontroli dokonała dwóch inspekcji pod kątem działalności Mini­stra Przemysłu oraz Ministra Przemysłu i Handlu w zakresie spełniania przez nich usta­wowych obowiązków wobec przemysłu okrętowego w okresie od 1988 do sierpnia 1996, ze szczególnym uwzględnieniem Stoczni Gdańskiej. Wystąpienie pokontrolne wystosowano 29 grudnia 1996 roku do Ministra Przemysłu i Handlu – Klemensa Ścier-skiego.

Druga kontrola objęła działania podejmowane przez Ministra Przekształceń Włas­nościowych wobec Stoczni Gdańskiej już jako Spółki Akcyjnej. Protokół pokontrolny skierowano 13 stycznia 1997 roku do Ministra Skarbu Państwa Mirosława Pietrewicza. Ta druga kontrola objęła okres od 14 grudnia 1990 do 30 września 1996 r.

Obydwie analizy są miażdżące dla obowiązków obydwu ministerstw i mini­strów. W protokole z 1996 roku stwierdzano na wstępie, iż do października 1995 roku nie została określona szczegółowa polityka, głównie finansowa wobec całego prze­mysłu stoczniowego. Wprawdzie Rada Ministrów we wrześniu 1993 roku przyjęła dokumemt o „polityce przemysłowej” na lata 1993-1995, lecz w odniesieniu do przemysłu stoczniowego poprzestano na ogólnikach.

Zignorowano podstawowy fakt, iż polski przemyśl stoczniowy funkcjonował w warunkach całkowicie odmiennych niż takie przemysły w krajach o rozwiniętej, utrwalonej gospodarce rynkowej. Istotą tam­tych jest wspieranie przez państwo własnych stoczni systemem ulg i dopłat. Na tym tle tak oto wyglądała realizacja obowiązków kolejnych ministrów:

Kolejni Ministrowie Przemysłu: Józef Bilip, Mieczysław Wilczek i Tadeusz Syryjczyk wypełniali swoje obowiązki (…) jedynie poprzez dora­źne decyzje i działania podejmowane wobec poszczególnych podmiotów tego sektora. Nie określili natomiast systemowo zasad funkcjonowania i mechanizmów ekonomicznych wspierających zwłaszcza eksportową pro­dukcję stoczni.

Nie określili takiej polityki, ponieważ ci „nasi” ministrowie, zwłaszcza Syryjczyk i Wilczek, konsekwentnie kreowali warunki do zniszczenia polskiego przemysłu stocz­niowego. W czerwcu 1988 roku, wprawdzie na polecenie Prezesa Rady Ministrów opracowano tzw. „Ocenę ekonomiczną…” i perspektywy rozwoju oraz przekształceń strukturalnych stoczni produkcyjnych, lecz było to opracowanie, jak stwierdza NIK – niskiej jakości i tendencyjne i tak samo została ona tendencyjnie zinterpretowana przez Komitet Rady Ministrów ds. Realizacji Reformy Gospodarczej w lipcu 1988 roku. Ten­że Komitet opowiedział się bowiem za ograniczeniem produkcji oraz potencjału produkcyjnego przemysłu stoczniowego.

Zdecydował, że prace nad propozycjami powinny być prowadzone tak, aby w końcu września 1988 roku mogły stanowić podstawę podję­cia ostatecznych decyzji.

Była to jawna zapowiedź „ostatecznego rozwiązania” problemu, czyli zagłady przemysłu stoczniowego, realizowanej w ramach Rakowskiego „zemsty politycznej” oraz niszczenia konkurencji dla stoczni europejskich. Nic innego nie mogło w tej sprawie zadecydować znamienne trio „naszych”: Rakowski-Sekula-Wilczek.

148

W czerwcu 1991 r. powstał urząd Ministra Przemysłu i Handlu. Pod jego kierun­kiem powstało około 20 opracowań i raportów problemowych, składających się na ob­raz stanu i perspektyw przemysłu okrętowego w kraju i na świecie. Były one ukierunkowane na uległość wobec dyktatu światowego przemysłu okrętowego, uwz­ględniały bowiem „strategiczny” plan przystąpienia Polski do tzw. „Porozumienia OECD”. Setki tysięcy dolarów zaczęły przepływać do kieszeni i kont zachodnich firm doradczych. Dotyczyło to głównie firmy Business Management and Finance S.A.

Wszystkie te działania i pozoracje działań negatywnie oceniła Najwyższa Izba Kontroli. W listopadzie 1992 r. opracowano papierowe „Studium restrukturyzacji…”, korę NIK tak oceniła:

Przez cały okres objęty kontrolą utrzymywały się praktycznie te same czynniki ograniczające możliwości rozwiązywania problemów przemysłu stoczniowego. Jedną z przyczyn długotrwałego rozstrzygania tych proble­mów był brak akceptacji ze strony Ministerstwa Finansów, Centralnego Urzędu Planowania i Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, proponowanych w „Studium restrukturyzacji…” form pomocy państwa dla stoczni, co motywowano stanem finansów państwa oraz brakiem stosow­nych przepisów umożliwiających takie zaangażowanie.

Przełóżmy te krytyczne, aczkolwiek powściągliwe oceny, na słowa bliższe prawdy brutalnej. W tym samym czasie udzielano milionowych pożyczek w dolarach dla korea­ńskiego przemysłu okrętowego. W tym czasie odmawiano kredytowania wszystkim największym fabrykom, aby doprowadzić je do stanu upadłości a następnie „prywaty­zacji” za dziesiątą część ich realnej wartości. W tym czasie płynęły dyskretne dyrektywy dla polskojęzycznych eurofolksdojczy z wymienionych a także pozostałych atrap rządu, nakazujące powolną zagładę mocy produkcyjnych przemysłu okrętowego.

Kiedy natomiast rząd wreszcie podjął jakąś cząstkową korzystną decyzję, na jej za­stosowanie było zwykle za późno, jak np. na skorzystanie ze środków pomocowych EFSAL. Celowo blokowano przyjmowanie elastycznych, pro-stoczniowych przepisów wykonawczych.

Wręcz bezcenną mogłaby stać się decyzja o ustanowieniu zastawu hipotecznego na statki będące w budowie. Agonię starannie pilotowano długo­trwałymi procedurami oraz wysokimi kosztami poręczeń Skarbu Państwa do­tyczących kredytów. Skarb Państwa zachowywał się tak, jak Skarb wrogiego państwa.

Protokół NIK stwierdzał, że trudna sytuacja finansowa stoczni, zwłaszcza buntowniczej Stoczni Gdańskiej im. Lenina, wcale nie uzasadniała podjęcia decyzji ojej upadłości przez ówczesnego wiceprezesa Rady Ministrów Ireneusza Sekulę – tego z komunistycznego duetu „naszych górali”: Rakowski-Sekuła, w odwodzie Wilczek.

Z zarządzenia Rady Ministrów nr 42 o likwidacji Stoczni im. Lenina wynikało, że powołano się tam na stosowny artykuł ustawy z 11 maja 1988 roku o nadzwyczajnych uprawnieniach i upoważnieniach Rady Ministrów, lecz tak określone uprawnienia Rady Ministrów obejmowały przypadki likwidacji państwowych przedsiębiorstw tylko l w celu poprawy efektywności gospodarki. Z ustaleń NIK wynika, że nie podjęto działań na rzecz osiągnięcia tego celu, czyli poprawy efektywności gospodarki. Uprze-i dnio, 3 czerwca prezes Rady Ministrów Zbigniew Messner, swoisty „czwarty do brydża” w tym antypolskim trio Wilczka-Sekuły-Rakowskiego, powołał Międzyresortowy Zespół do oceny ekonomicznej czterech polskich stoczni, kierowany przez Zdzisława Miedziarka, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Przemysłu.

149

Tenże Zespół Z. Miedziarka wprawdzie opowiedział się za likwidacją Stoczni Gdańskiej, łecz zdaniem Zespołu, podjęcie takiej decyzji powinno zostać poprzedzone pracami „ratowniczymi”, m.in. opracowaniem szczegółowych materiałów programowych na rzecz restrukturyzacji, podjęciem w trybie pilnym konsultacji z partnerami zagranicznymi w sprawie re­negocjacji kontraktów na lata 1991-1995 – oraz innymi działaniami.

Znamiona zemsty politycznej na stoczni i stoczniowcach tak biły w oczy, solidar­nościowy bunt był tak jeszcze żywy, że grabarze stoczni na jakiś czas odłożyli łopaty:

Minister Przemysłu T. Syryjczyk wstrzymał wykonanie wyroku na Stoczni Gdańskiej.

Tak oto, 13 kwietnia 1990 roku, Minister Przemysłu T. Syryjczyk zawiązał spółkę o nazwie: „Stocznia Gdańska – Spółka Akcyjna”. Nikt wtedy jeszcze nie podejrzewał, że jest to zdalne przygotowanie do tego samego celu, jaki ordynarnie próbowali zreali­zować Rakowski, Sekula, Wilczek, Messner.

Jaki był skutek tych miażdżących ocen NIK z jej pierwszej kontroli? Jak łatwo przewidzieć – był żaden. Poza jednym, symbolicznym: NIK skierował „odpowiednie pisma” do Rakowskiego, Sekuły i Wilczka. W pismach tych zapoznawała trójkę „naszych” grabarzy stoczni z ustaleniami kontroli. W jakim celu? Podobno dla możliwości złożenia oświadczeń przez tych dżentelmenów. Rakowski i Wilczek już byli w odstaw­ce, lecz Sekuła był „na fali”, miał jeszcze dużo do zniszczenia.

W kontroli drugiej, obejmującej czas od l września 1993 do końca 1995, NIK zbi­lansował niszczycielskie działania Ministra Przekształceń Własnościowych. General­nie:

Minister nie podejmował żadnych czynności wobec Spółki, a wszel­kie dotyczące jej sprawy pozostawił do rozstrzygnięcia Wojewodzie Gdań­skiemu. Wyniki kontroli pozwalają na stwierdzenie, że w powyższym okresie Minister PW zaniechał wykonywania obowiązków nałożonych na niego ustawą (…)

Dalej NIK wymienia zaniechanie działań, które by mogły zapobiec upadłości Sto­czni. Prześledźmy te „zaniechania”.

Czytelnika postronnego zapewne znudzi ta wyli­czanka, lecz z pewnością z zapartym tchem prześledzi je wiele tysięcy stoczniowców, ich rodzin. Prześledzą także Czytelnicy zainteresowani mechanizmami niszczenia pol­skiej gospodarki przez „naszych” eurofolksdojczy:

I. Powiększające się straty, Walne Zgromadzenie Spółki postanowiło pokryć przy­chodami z lat 1995-1997. Miały być osiągnięte przez realizację programu naprawczego. Minister Zniekształceń Własnościowych oficjalnie -jak stwierdza NIK – nie intereso­wał się losem Stoczni, ale – w rzeczywistości – zdalnie patronował jej zagładzie. NIK stwierdza fakt jakże wymowny: minister zwrócił się o nadesłanie protokołu z Walnego Zebrania Spółki do Wojewody Gdańskiego dopiero po ośmiu miesiącach od odbycia tego zebrania!

II. W Radzie Nadzorczej Spółki byli jeszcze niektórzy szczerze zatroskani losem stoczni członkowie. W latach 1991-1993, wobec stawianych i utrudnień i braku postę­pów w restrukturyzacji, składali rezygnacje z członkostwa. Minister oraz Walne Zgro­madzenie zmieniało członków, powoływało nowych i powiększało liczebność Rady

150

Nadzorczej. Minister Lewandowski w oświadczeniu złożonym kontrolerom NIK, że konfrontacja z Zarządem Spółki blokującym zmiany statutowe i realne działania restru­kturyzacyjne oraz nie wykazującym woli współpracy z Radą Nadzorczą — a cieszącym się poparciem ze strony Prezydenta RP oraz NSZZ „ Solidarność”, prowadziłaby do osłabienia lub nawet upadku rządu. Istne kuriozum: gdyby ratować Stocznię, to rząd mógłby upaść!!

 

III. Firmy doradcze wzięły za swoje ekspertyzy 502 000 dolarów i 20 000 funtów, a ich zalecenia pozostawiono na papierze. Ekspertyzy opłacano z „pożyczki” Banku Światowego7. Firma Credit Suisse First Boston Ltd. w 1991 roku wzięła 450 000 dolarów: diagnozę wydano oczywiście w języku angielskim. NIK stwierdzała: Brak pol­skiego tłumaczenia w/w opracowania przekazanego MPW, Ministerstwu Finansów oraz Radzie Nadzorczej i Zarządowi Stoczni, co najmniej utrudniał jej wykorzystanie.

 

IV. Podobnie jak później w sprawie zagospodarowania przestrzennego centrum Gdańska, owego „City” Szlanty, tak i w sprawie potwierdzenia nierentowności Stoczni, niezbędni okazali się „eksperci” dolarowo-funtowi. Dla NIK nie była to niepra­widłowość czy nadużycie, ale nam trzeba uwypuklić to właśnie legalne marnotraw­stwo w postaci usługi firmy Norton Rosę z grudnia 1991 roku. Jej ekspertyza kosztowała 20 000 funtów, a polegała na odkrywczym stwierdzeniu, że Stocznia jest nierentowna i brak jest możliwości renegocjowania większości kontraktów. Eksperci szaleli nadal na koszt Skarbu Państwa: w czerwcu 1993 Minister PW zawarł kolejną umowę, tym razem na wykonanie „studium rynkowego” dla Stoczni Gdańskiej S.A. Ten trud przypadł firmie Lloyd’s Maritime Information Services Ltd.

Wzięli niedużo, bo tylko 52 815 dolarów, rzecz jasna dzięki skwapliwej pożyczce z Banku Światowego. Było to zresztą wymuszone, zarówno pożyczka jak i ekspertyza, bowiem B S dokonaniem takiej ekspertyzy warunkował rozważenie możliwości udzie­lenia Stoczni pożyczki na modernizację, w wysokości 25 min dolarów – prawie tyle, ile rząd Cimoszewicza wyłożył dla stoczni koreańskich. Ta kolejna ekspertyza dokonała kolejnego „odkrycia”. Uznano, że wyniki Stoczni zależą od przyszłego rynku Stoczni, a to wymaga inwestycji, zwiększenia efektywności zarządzania. I tu pojawia się kolejny dowód na rolę Ministerstwa „Zniekształceń” Własnościowych jako głównego „hamul­cowego” w próbach reanimacji Stoczni. Ministerstwo otrzymało ekspertyzę we wrześ­niu 1993, lecz jej komisyjnego odbioru dokonano dopiero po roku, w grudniu 1994! NIK nie miała złudzeń:

 

Ponad roczna zwłoka nie była uzasadniona koniecznością dokonania jakichkolwiek korekt w opracowaniu, spowodowała natomiast jego dez­aktualizację i w rezultacie niewykorzystanie praktyczne.

V. Sprawa akcji Stoczni: zmniejszenie wartości akcji Stoczni będących własnością Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich, było konsekwencją opóźnienia wydania akcji pracownikom. To zaś opóźnienie było wynikiem opieszałości MPW. Od momentu pod­jęcia uchwały o akcjach dla pracowników (wartości 6,2 min złotych – 13 proc. kapitału akcyjnego Spółki), do ostatecznego terminu odebrania akcji, upłynęły trzy lata. Walo­ryzacja spowodowała w tym czasie wzrost udziału pakietu pracowniczego w kapitale akcyjnym Spółki z 13 do prawie 40 procent!

l. Nikt z szarych obywateli nie wie, jaką jest łączna kwota tych przeróżnych pożyczek Banku Światowego!

151

NIK stwierdza lakonicznie, że ten trzyletni okres waloryzacji doprowadził do znacznego zmniejszenia udziału Skarbu Państwa w kapitale akcyjnym Spółki. To stwierdzenie trzeba rozwinąć o następujący komentarz:

rugowania Skarbu Państwa ze Spółki było świadomym i konsekwentnym przygotowy­waniem Stoczni do przechwycenia jej majątku przez takich jak Szlanta.

NIK nazywa natomiast nielegalnym czyli bezprawnym to właśnie niedotrzymanie ustawowego terminu udostępnienia wszystkich akcji spółki w ciągu dwóch lat od mo­mentu objęcia ich ustawą o powszechnej prywatyzacji.

Podobnie, jako nielegalne, NIK nazwała usunięcie ze Statutu Spółki, przez Walne Zgromadzenie (17 listopada 1993), w którym to Walnym Zgromadzeniu Skarb Państwa był reprezentowany przez wojewodę gdańskiego (M. Plażyńskiego) – postanowienia par. 12 określającego uprawnienia pracowników do zakupu akcji Spółki na warunkach preferencyjnych. Minister „Zniekształceń” nie wniósł sprzeciwu wobec tego nielegal­nego działania.

Tę ocenę potwierdził Sąd Najwyższy uchwałą z 17 października 1995 r.

 

VI. Dochodzimy do umowy dwóch dżentelmenów, już cytowanej poprzednio: mi­nistra Lewandowskiego i wojewody Plażyńskiego, mocą której wszystkich działania w sprawie Stoczni, minister Lewandowski scedował na Płażyńskiego. NIK nazywa nie­celowym (dość łagodnie) utrzymywanie tej umowy w mocy w sytuacji, kiedy nie wy­stępowały efekty zakładane w umowie. Lewandowski czyli MPW przez dwa lata nie zdecydował się na pozbawienie Płażyńskiego władzy nad Stocznią pomimo, że woje­woda Płażyński nie wywiązywał się wobec MPW z tak elementarnego obowiązku, jak składanie okresowych sprawozdań!

Lewandowski zwrócił się do Płażyńskiego o informacje o sytuacji Spółki dopiero w lutym 1996 roku, a w następnym miesiącu zlecił firmie doradczej Business Manage-ment and Finance (BMF) dokonanie oceny kondycji Spółki i możliwości jej poprawy:

W ocenie Izby, były to działania spóźnione i jedynym skutkiem w tym momencie, mogło być tylko podjęcie decyzji o upadłości stoczni.

 

VII. W końcowym okresie ważności umowy Lewandowski-Płażyński, pełnomoc­nictwa do reprezentowania Skarbu Państwa na Walnych Zgromadzeniach Spółki, wy­stawiał Płażyńskiemu Podsekretarz Stanu w MPW – Piotr Czyżewski. NIK stwierdza, że:

Wystawianie przez p. P. Czyżewskiego nieograniczonych pełnomoc­nictw reprezentowania Skarbu Państwa na Walnych Zgromadzeniach Sto­czni Gdańskiej p. Maciejowi Płażyńskiemu, było więc działaniem nielegalnym.

Co więcej – nie chcąc trudzić się osobiście problemami Stoczni, wojewoda Płażyń­ski scedował – te już nielegalnie na niego scedowane uprawnienia – pracownikowi Urzędu Wojewódzkiemu w Gdańsku – Jackowi Skarbkowi. Powstała więc sytuacja –jak stwierdza NIK — w której może być kwestionowana na drodze sądowej legalność uchwał Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Stoczni Gdańskiej S.A. podjętych w dniu 8 czerwca 1996 r.

W marcu 1996 Minister PW znów podjął owocną współpracę ze wspomniana firmą doradcza BMP.

152

Gdańsk, ja»P?ff999 r.

Pan Ireneusz Tomaszewski  Prokurator Okręgowy

Wały Jagielońskie 36    80-853 Gdańsk

ZAWIADOMIENIE O PRZESTĘPSTWIE WRAZ Z WNIOSKIEM O WSZCZĘCIE POSTĘPOWANIA SĄDOWEGO

przeciwko Dariuszowi Kardasiowi Sędziemu Komisarzowi masy upadłości Stoczni Gdańskiej S.A.

Stowarzyszenie Akcjonariuszy i Obrońców Stoczni Gdańskiej f^SU^ występując w imieniu i na rzecz 2 426 akcjonariuszy Stoczni Gdańskiej S.A., reprezentujących 6 198 615 akcji zwraca się do Pana Prokuratora o pilne przerwanie faktów dokonanych szkodzących akcjonariuszom w tym Skarbowi Państwa, na skutek drastycznego złamania prawa przez Sędziego Dariusza Kardasia.

l. Przez cały czas postępowania upadłościowego Stoczni Gdańskiej S.A. Sędzia Komisarz ukrywa ważne fakty przed Zarządem Stoczni Gdańskiej SA, nie przekazuje mu wszystkich dokumentów postępowania upadłościowego, aby oszukać właścicieli Stoczni. Przez dwa lata Sędzia Komisarz nie powołuje rady wierzycieli, a gdy ją zorganizował, nie przyjął do niej największych wierzycieli nieuprzywilejowanych i uprzywilejowanych, z wyjątkiem ZUS, który i tak nie wyraził zgody na sprzedaż.                                    –

Sędzia nie powołał żadnych ekspertów w tej ogromnej sprawie, a sam nie był wstanie uczciwie jej ocenić.

Sędzia nie dopilnowali aby wszystkie dokumenty sprawy były numerowane i zszywane, stwarza to możliwość oszustwa przez wymianę kompromitujących dowodów.

Sędzia opiera się tylko na tendencyjnych radach Syndyka, co doprowadziło do zagarnięcia przeszło trzymiliardowego majątku akcjonariuszy w tym Skarbu Państwa oraz naraziło wierzycieli uprzywilejowanych na stratę 101,1 min. PLN i nieuprzywilejowanych na stratę około 20 min. PLN.

2. Sędzia Komisarz akceptował wszystkie wnioski Syndyka nie analizując wcale ich treści. Oto przykłady:

• w dniu 22.07.1998 r. Syndyk wnioskuje o sprzedaż Stoczni Gdańskiej na rzecz Stoczni Gdynia i EYIP-Progress z W-wy, a Sędzia Komisarz natychmiast (23.07.1998 r.) wniosek akceptuje, nie badając wcale bilansu finansowego, ani sytuacji ekonomicznej Stoczni Gdynia (dłużnik ZUS W wysokości 59,067 min. PLN). Nie mógł również zbadać dokumentów EVIP Progress, były bowiem w Warszawie. Sędzia Komisarz nie przekazał Sądowi protokółu wyboru najkorzystniejszej oferty sprzedaży zasłaniając się tajemnicą handlową. Po zażaleniu Zarządu Stoczni protokół dołączono do akt, a Sędzia, wyjaśniając pisemnie swoje nadużycie prawa, „tajemnicę handlową” nazwał „błędem pisarskim”.

• Sędzia Komisarz nie reaguje, gdy Syndyk sprzedał Stocznię innemu podmiotowi -Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej SA, która w dniu wydania zgody jeszcze nie istniała, a w krótkim czasie została wykreślona z rejestru handlowego. W jej miejsce powołano S-kę z.o.o. Synergia ’99 i Stocznię Gdańską Grupa Stoczni Gdynia S.A.

 

• Sędzia akceptuje poczynania Syndyka, gdy ten przekazał Stocznię za bezwarunkową gwarancję bankową w wysokości 72,93 min.PLN oraz wydal kupującemu z kasy stoczniowej 42,77 mIn.PLN. narażając akcjonariuszy i Skarb Państwa na stratę 3,328 mld.PLN.

 

Stowarzyszenie Akcjonariuszy i Obrońców Stoczni Gdańskiej „ARKA” SIEDZIBA, 80-260 Gdańsk, ul. Leśny Stok 4/4 tel.347-70-94, 303-98-84 kom.0603 641 929 BIURO, Gdańsk, ul. Ogania 11/12, tel./fax. 305-78-54, poniedziałek – piątek 1000 -1400

Nasze konto: Bank Pocztowy S.A. w Bydgoszczy, 0/0 w Gdańsku, m-WOl 120-4239-27006-100

Strona intemetowa: http://www.stoczniagdanska.prv.pl

Gdańsk, 10.06.00 r. L.dz. /ARKA/00

Pan Prof. Jerzy Buzek Prezes Rady Ministrów Warszawa

W przededniu XX rocznicy powstania Solidarności i zważywszy na Pańskie zaangażowanie, aż do dania Słowa Honoru Premiera Rzeczypospolitej, że pomoże Pan uratować Kolebkę Solidarności, zwracamy się ponownie do Pana o zainteresowanie się pokrzywdzonymi akcjonariuszami, emerytami i rencistami Stoczni Gdańskiej.

W ostatnim okresie Prokuratura Okręgowa w Gdańsku udowodniła, że Stocznia została sprzedana za cenę niewspółmiernie niższą od jej wartości i postawiła zarzut popeł­nienia przestępstwa na szkodę Stoczni i Skarbu Państwa przez Notariusza i Syndyka.

 

W dniu 26 kwietnia 2000 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku jako kolejna instancja nie rozpatrywał sprawy merytorycznie lecz tylko formalnie. Ujawnił natomiast, że ani Sędzia Komisarz ani Sąd Rejonowy w Gdańsku nie dokonali nadzoru poczynań Syndyka przy podejmowaniu decyzji sprzedaży Stoczni.

Spółka z o.o. „Synergia ’99”, której kapitał założycielski wynosił tylko 4 tyś. zł. bezprawnie nabyła i zarządzała naszymi strategicznymi terenami stoczniowymi, a w dniu 17 maja 2000 r. sprzedała część swoich udziałów w taki sposób, że zagraniczne firmy już czerpią z nich korzyści w 60%.

 

W związku z powyższym prosimy Pana Premiera o wydanie stosownego polecenia Panu Ministrowi Sprawiedliwości, aby wystąpił do Sądu z żądaniem unieważnienia Aktu Notarialnego Sprzedaży Stoczni Gdańskiej z dnia 8 września 1998 r.

Za Stowarzyszenie ‚ARKA”

Komisja Rewizyjna    Członek Zarządu      Prezes

Bolesław Hutyra    Marian Moćko   Jan Piotr Koziatek

Chodziło o ustalenie strategii „postępowania” wobec Stoczni ze 129 500 dolarów, oczywiście znów pochodzących z „pożyczki” Banku Światowego, BMP orzekło, że jest bardzo późno na restrukturyzację Stoczni, którą firma nazwała: bankrutem tuż przed ogłoszeniem banicructwa. Można ją było ratować natychmiastowym uruchomieniem rezerw w zakresie organizacji produkcji, redukcją około 2 500 pracowników, pozbyciem się zbędnego majątku, inwestycjami rzędu 71 min złotych, renegocjacją kontraktów.

Te zalecenia posłużyły Ministrowi PW do zobowiązania Wojewody Gdańskiego, do głosowania na Walnym Zgromadzeniu w dniu 8 czerwca 1996 roku – przeciwko dal­szemu istnieniu Spółki Stocznia Gdańska S.A. Minister wyraził sprzeciw wobec koncepcji wniesienia aportu w postaci nieruchomości stanowiących własność Spółki (już pojawił się Szlanta!) – do utworzonej Nowej Stoczni Gdańskiej S.A., a zgodził się jedynie na ich roczną dzierżawę.

Roczne opóźnienie decyzji o upadłości spowodowało pogorszenie sytuacji Stoczni, zmniejszyło szansę opracowania i wdrożenia skutecznego programu restrukturyzacji.

 

VIII. Wszystkie Walne Zgromadzenia w sprawie zatwierdzania bilansu, oceny działania władz Spółki, odbywały się po terminach określonych przez kodeks handlowy – co świadczy o nierzetelności wykonywania nadzoru przez Ministra PW.

 

Mord na zlecenie?

Do dramatu stoczniowców, życie dopisało kolejny tragiczny rozdział: 15 wrze­śnia 2000 w „wypadku samochodowym” zginęli dwaj członkowie Zarządu „ARKI”: kpt ż.w. Bolesław Hutyra i Marian Moćko. Trzecią ofiarą był pro­wadzący samochód opel Andrzej Bugajski.

Jechali na umówione spotkanie z Ministrem Skarbu. Koło Nidzicy „uderzyli” w poruszającą się w tym samym kierunku maszynę drogową. Jezdnia była sucha, widoczność doskonała.

Kpt. Hutyra nie zginął natychmiast. Po „wypadku” zdążył połączyć się przez telefon komórkowy z członkiem Zarządu Polskiego Ruchu Uwłaszczeniowego. W pewnej chwili rozmowa urwała się w pół słowa. W związku z tym, mgr inż. Jan Grudniewski z Polskiego Ruchu Uwłaszczeniowego, w imieniu tej partii skierował doniesienie do Prokuratora Generalnego o domniemane przestępstwo morderstwa na zlecenie, wskazując na następujące okoliczności:

1. Na sekcji zwłok kpt. B. Hutyry okazało się, że ma zmiażdżoną głowę, a nie uszkodzony tułów – więc jak mógł wybrać numer telefonu i mówić?

2. Przy ofiarach służba zdrowia nie znalazła dowodów osobistych, pieniędzy i dokumentów Stoczni Gdańskiej, mimo oczywistego ich posiadania, co w sumie spowodowało zaliczenie trzech ofiar do osób nieznanych.

3. Brak jest postronnych świadków wypadku, mimo że jest to bardzo ruchliwa trasa.

 

Po analizie mamy prawo przypuszczać, że było to morderstwo poli­tyczne na zlecenie (…) można domniemywać, że stojąca na poboczu ma­szyna drogowa w bliskiej odległości wtargnęła na jezdnię z tylu, pod jadący ponad 100 km/h Opel colibra. Po oczyszczeniu ofiar wypadku z dokumentów identyfikacyjnych i pieniędzy, a może dobiciu ofiary, ciężka maszyna cofając się dalej, domiażdżyla samochód wraz z pasażerami…

153

POLAKOM – TORBA I KIJ

Ku kasacji polskiego rolnictwa

Przemysł, telekomunikacja, banki, ubezpieczenia, hutnictwo, górnictwo podstawowe nośniki bytu każdego państwa zostały już prawie całkowicie i zawsze złodziejska „wykupione” przez obce korporacje. Ich dalszy los był następujący: z prze- , mysłu pozostały przy życiu tylko segmenty niekonkurencyjne dla przemysłów państwa Unii, inne zdewastowano lub całkowicie „zredukowano”, jak górnictwo, bo były groźnym konkurentem dla nadprodukcji w Unii.

Zupełnie odmienna od tego szablonu jest sytuacja polskiego rolnictwa. Zostało ono skazane na totalna zagładę. Unijni niszczyciele, brutalnie dyktujący polskojęzy­cznym eurofolksdojczom warunki tego niszczycielstwa, pozostawiają rolnictwu tylko nieliczące się „nisze” produkcyjne, co do których łaskawie (na razie) nie zgłaszają żądań likwidatorskich, choć już teraz duszą je zakazami eksportowymi. Do takich nie­wiele liczących się w ekonomice rolnictwa należą: konina i polska gęsina cenna na za­chodzie z racji naturalnego karmienia gęsi m.in. owsem. Łaskawie choć z konieczności będą przyjmować maliny – bo ta wyjątkowo „miękka” uprawa nie poddaje się me­chanicznemu zbiorowi.

Rzeczywistość w zakresie strategii rolnej całkowicie przeczy oficjalnym rzeko­mym tendencjom likwidacji gospodarstw parohektarowych i przechodzeniu na farmer­skie formy gospodarowania.

Rządzi bezlitosna prawidłowość: im większe gospodarstwo, im bardziej specja­listyczne, im bardziej nasycone inwestycjami i techniką – tym większe są jego stra­ty. I odwrotnie – gospodarstwa dwu lub trzyhektarowe jeszcze jakoś wegetują, to znaczy wegetują ich właściciele. Wyhodująw ciągu roku dwa tuczniki, zjedząje; wyho­duj ą kilkanaście kur, gęsi, krowę – i jakoś żyją. Wielu wegetuje jednak tylko z emerytu­ry rolnej.

Rządowi blagierzy – urzędowi entuzjaści rzekomej „farmeryzacji”, mówią szyder­czo: to skansen! To było nieuniknione. Przyszłość przed wielkim rolnictwem!

Ale blagierom trzeba wskazać czynnik czasu: zanim miliony tych emerytów rol­nych wymrą, upłynie około 20 lat. Eutanazji na razie się dla nich nie przewiduje. Rezul­tat jest i będzie taki, że ten pasywny skansen rolny zostanie zmumifikowany na dziesięciolecia. Będzie się liczebnie nawet rozrastał w miarę pauperyzacji gospodarstw znacznie od nich większych. Gleby czeka programowe zalesianie.

Systemowo więc utrwalamy wielomilionową armię bezrobotnych na wsi, do której dochodzi równie wielka armia bezrobotnych w miastach.

154

Skutki będą nieobliczalne w miarę narastania biedy, nędzy, beznadziei, desperacji. Jest kolejnym kłamstwem, że obecnie (2000) mamy w Polsce „ponad” 2 500 000 bezrobotnych. Czy tylko tylu?

Rolnicy wegetujący bez szans na pracę pozarolną, bez szans na dochód z własnego pola – to także bezrobotni, tyle tylko że nie zarejestrowani. Jest ich około pięć milio­nów. Dodając te oficjalne „ponad” 2,5 min, otrzymujemy prawie osiem milionów rzeczywiście bezrobotnych Polaków, w tym prawie 40 proc. poszukującej pracy młodzieży.

Eurofaszyści brukselsko-berlińscy „nie popuszczą”. Nie mają u siebie żadnych re­zerw na przyjęcie produkcji polskiego rolnictwa. Obecnie ich produkcja rolna przekra­cza o 30 proc. potrzeby konsumenckie Unii Europejskiej!

Już pomiędzy krajami Unii dochodzi do ostrej walki o wewnętrzne rynki. Angielskich rolników położono na łopat­ki epidemią „wściekłych krów”. Francuscy rolnicy wyrzucaj ą na jezdnie transporty hi­szpańskich truskawek, Hiszpanie robią to samo z francuskimi pomidorami. Unia jako całość wszczyna ciche wojny celne z Ameryką, Kanadą, Argentyną, Australią.

W tej drastycznej sytuacji 30-procentowej nadprodukcji rolnej w Unii – naszym obowiązkiem jest traktować jako ordynarnych łgarzy wszystkich naszych „negocjato­rów” rolnych z Unią, którzy obiecują jakiekolwiek ustępstwa unijnych dyktatorów na rzecz naszego eksportu rolnego! Tak samo należy traktować wszystkie obietnice owych unijnych dyktatorów – oni cynicznie kłamią, a czynią to zwłaszcza Niemcy – główny donator funduszu unijnego.

Ci ostatni zaciekle wymuszają na nas stosowanie doktryny otwartego rynku. To „otwarcie” jest jednak ulicą jednokierunkową- do Polski można wwozić ile się da, do Unii – wara! Omówimy to na konkretach za chwilę, bo przedtem należy wykazać, że unici są przyparci do muru poprzez swoją nadprodukcję. To ona, ich nadprodukcja rol­na, wyklucza jakiekolwiek ustępstwa na rzecz polskiego eksportu. Żadnych szans. Żad­nego pola manewru. To ich Stalingrad!

O rzeczywistym sukcesie rolnictwa w Unii zadecydowała wspólna polityka rolna. Jej strategiczne cele nie są nowością, bo wytyczono je prawie 40 lat temu w tzw. Trakta­cie Rzymskim. Działo się to na fali głodu i ubóstwa powojennego, kiedy to w samych Niemczech z głodu umierały tysiące ludzi w warunkach zniszczeń i okupacji obydwu stref, ale niewiele lepiej było w innych państwach zachodnich. Postanowiono więc za­pewnić stały wzrost poziomu życia ludności rolniczej, a poprzez to stabilizację rynków rolnych i cen konsumpcyjnych.

Polityka rolna stała się najważniejszą, najbardziej zwartą i konsekwentną polityką gospodarczą w Unii Europejskiej. Miała ona zawsze charakter protekcjonistyczny. Pod­stawowym składnikiem tego protekcjonizmu w skali Unii, a tym samym w państwach członkowskich, były różnorodne subwencje bezpośrednie oraz obligatoryjne dopłaty do każdej tony produktu, do każdej sztuki zwierząt hodowlanych. Do dopłat bezpośred­nich z czasem dołączano dopłaty wyrównawcze: gdy tylko jakaś uprawa, hodowla ja­kiegoś gatunku zwierząt zaczynała opłacalnością odstawać od innych, natychmiast otrzymywała dopłaty wyrównawcze. W ten sposób wszystkie dziedziny produkcji rol­nej posiadały gwarancję opłacalności i rozwijały się w sposób kontrolowany.

Dodatkowym parasolem ochronnym stawały się coraz wyższe cła zaporowe na produkty importowane spoza Wspólnoty.

155

To prowadziło do ostrych konfliktów z krajami specjalizującymi się w wybranych dziedzinach produkcji — np. wołowina z Argenty­ny, soja z USA, baranina i wełna z Australii.

Nieuchronnym skutkiem tego protekcjonizmu był stały wzrost unijnych kosztów w rolnictwie. Drugim – również stały wzrost nadwyżek rolnych.

W rezultacie, ceny produktów rolnych stały się we Wspólnocie znacznie wyższe niż ceny światowe. Płacili za to konsumenci unijni, ale miało to konsekwencje również w ogólnych wydatkach Unii. Wydatki na wspólną politykę rolną rosły wtedy wielo­krotnie szybciej niż dochody budżetowe Unii.

W dwudziestoleciu 1975-1995, wydat­ki tylko samego Europejskiego Funduszu Orientacji i Gwarancji Rolnych (EAGGF) skoczyły siedmiokrotnie. Ujawniła się nieuchronna spirala wzrostu produkcji, a nastę­pnie nadprodukcji, bo system dopłat i cen gwarantowanych sprzyjał rozwojowi nad­produkcji. Jej skutkiem ubocznym był kryzys budżetowy Wspólnoty w latach 80. Wtedy to rządy państw unijnych zaczęły się domagać zmniejszenia wydatków na rolni­ctwo – by rosły one wolniej niż dochody Unii7.

Wyłoniła się konieczność takiej zmiany mechanizmów kontrolnych produkcji rolnej, aby nie pobudzać rozwoju nadprodukcji. Jeszcze innym konfliktowym problemem stała się konieczność zmniejszenia cen produ­któw rolnych Unii do poziomu cen światowych. Napierały na takie zrównoważenie cen państwa innych kontynentów, głównie USA. Państwa te oskarżały Unię o nieuczciwą konkurencję. Najgorsze skutki tej nadopiekuńczości wobec unijnego rolnictwa odczu­wały państwa rozwijające się – nie miały one żadnych szans konkurować z cenami unij­nymi. Naturalnym skutkiem było ubożenie tych państw.

Dokładnie taką właśnie ofiarą wewnętrznego protekcjonizmu Unii stało się rolnic­two polskie. Towary rolne z Unii wypierały nasze produkty, te bowiem nie były i nie są dotowane przez państwo, choć relatywny koszt ich produkcji jest w Polsce niższy od kosztów produkcji rolnej Wspólnoty. Dlatego towary unijne bez trudu wyparły nasz tra­dycyjny eksport do Rosji, dawniej ZSRR. Oto kilka liczb: w marcu 2000 Unia obniżyła dotacje dla swych eksporterów wieprzowiny o 12,5 proc. i zrównała swe dopłaty do eksportu wędlin do Rosji2 z dopłatami do eksportu do innych krajów, ale to niewiele znaczyło, bowiem dopłaty do tony żywności unijnej eksportowanej do Rosji wyniosły wtedy 400 euro! Zmniejszono tę dopłatę do 350 euro. Podobnie zmniejszono, ze 150 do 130 euro, unijne dopłaty do tony eksportowanej do Polski i innych krajów kandy­dujących do Unii3. I chociaż euro ostatnio traci w stosunku do dolara, to jakby nie li­czyć – Unia niszczy nasz eksport do Rosji dotacją około 300 dolarów za tonę!

 

Trzeba być szaleńcem, żeby kupować żywność droższą o 300 dolarów za tonę, mając do wyboru tę samą tonę o 300 dolarów tańszą! Ten rolniczy ekspansjonizm posiada dodat­kowo inną cenę – darmowe dopłaty pokrywa konsument unijny ze swoich podatków, wysokich tam cen żywności. To jednak nie jest polskim zmartwieniem – a to, że cenowy bandytyzm oznacza katastrofę polskiego rolnictwa, jego kasację.

Przypomnijmy znaną już proporcję: 60 proc. zysku z całego eksportu państw Unii, pochodzi z eks­portu do Polski! Stąd przerażający nasz deficyt w handlu zagranicznym – około 25 mld dolarów.

1. Zob.: Artur Rójek: Zamki na piasku, „Glos” 21 827.

2. Np. Unia zalała Piotrogród 70 procentami zapotrzebowania tego miasta na żywność!

3. Zob.: „Nasz Dziennik”, 16 marca 2000.

156

Stąd też bankructwa polskich rolników – zwłaszcza spełniających już wszystkie wymogi osławionej farmeryzacji. Są farmerami w pełnym zachodnim tego słowa znaczeniu, a bankrutują lub wegetują na granicy strat i zysków.

Lata pookrągłostołowych wyrzeczeń były usprawiedliwiane w typowy komunisty­czny sposób – będzie lepiej! Kiedy? -jak przyjdzie czas wejścia Polski do Unii. Wtedy Polska zostanie objęta całością unijnej polityki rolnej. Kiedy jednak doszło do konkret­nych rozmów o dacie przyjęcia – unijni mafiosi zaczęli kręcić. Wcale to nie byłoby naj­gorsze, oby nie spełniło się nigdy, ale dramat tkwi w czymś innym. Brukselscy krętacze oznajmili, że nawet po przyjęciu nas do eurokołchozu, rolnictwo polskie zostanie objęte wieloletnim karencyjnym „okresem dostosowawczym”.

W języku faktów oznacza to:

przez wiele lat my będziemy wwalać do was naszą nadprodukcje rolną, a waszej wara od naszych rynków!

Polskie rolnictwo jest dla unijnych producentów groźnym konkurentem. Polski chłop pomimo prostoty środków produkcji, jest nadal zdolny do produkowania znacz­nie taniej niż w Unii, w dodatku produktów znacznie zdrowszych niż unijne.

Jest dla unitów tylko jedno rozwiązanie – trwała marginalizacja polskiego rolnictwa. Jasno wyłożył tę strategię pewien niemiecki specjalista od uprawy malin. Podczas wykładu dla lubelskich producentów wiosną 2000, Niemiec powiedział szczerze, że Unia, w tym główny jej kasjer jakim są Niemcy – nie zamierza dotować polskiego rolnictwa, czyli podcinać unijnej gałęzi, która już od dawna ugina się od to­warów.

Całkiem otwarcie ujawniło się to podczas wiosennych (2000) „negocjacji” polsko–unijnych w tych sprawach.

Jak należało oczekiwać, Komisja Europejska „niezwykle krytycznie” oceniła sta­nowisko negocjacyjne krajów kandydujących w obszarze rolnictwa. Był ten krytycyzm tak twardy, że unijny komisarz do spraw „rozszerzenia” Gunter Verheugen oznajmił, iż odpowiedź UE na stanowiska tych krajów może być gotowa dopiero na początku przyszłego, czyli 2001 roku!

Takie hiobowe wieści przywieźli z Brukseli nasi „negocjatorzy”, na czele z szefem polskiej delegacji, wiceministrem rolnictwa Jerzym (nomen omen) Plewą. Ten jednak, zgodnie z wyuczonym slangiem eurolgarzy, zapewniał po powrocie z dwudniowych „negocjacji”, że jest „dobra wola rozmów” i propozycje przedstawione wcześniej przez Komisję Europejską „stwarzają szansę na duży postęp” w uzyskaniu wzrostu eksportu na rynek Unii.

Co to ple-ple oznaczało? Po pierwsze, że eurokraci brukselscy łaskawie przejawili „dobrą wolę rozmów”, czyli sukcesem jest, że naszych wasali w ogóle przy­jęli na salonach brukselskich.

Po drugie – eurokraci „stwarzają szansę”.

Oznacza to, że stwarzanie szans przez unitów już jest wielkim sukcesem polskich negocjatorów, choć to stwarzanie szans trwa dokładnie już dziesięć lat i ani drgnęło. Przeciwnie -jest coraz gorzej.

Zaledwie nasi blagierzy powrócili z Brukseli, kiedy niemiecki „Frankfurter Allge-meine Zeitung” napisał w obszernej publikacji z 28 marca 2000, że Komisja Europejska prezentuje twarde stanowisko w pertraktacjach dotyczących rolnictwa wobec szóstki pretendentów do euro-kolchozu.

157

Gazeta powołała się na utajnione zalecenia Ko­misji dla ministrów spraw zagranicznych Piętnastki. Dokument nakazywał im, aby odmawiali przyszłym członkom zgody na daleko idące żądania i postulaty7. I właśnie najbardziej krytycznie odnieśli się do Polski, co zresztą całkiem już zrozumiałe. Ze zde­cydowanym sprzeciwem spotkał się polski postulat wprowadzenia klauzuli ochronnej na polskie produkty rolne w przypadku, gdyby nasze rolnictwo nie zostało objęte Wspólną Polityką Rolną. Klauzula miałaby pozwalać Polsce na stosowanie ceł zaporowych na towary unijne w przypadku zachwiania polskiej równowagi rynkowej na te towary.

 

To jeszcze nie wszystko – ingerencja i dyktat unitów idzie tak daleko, że nie godzą się oni na obniżenie przez Polskę oprocentowania kredytów rolnych, na sub­wencje do nawozów, na ulgi podatkowe i na inne krajowe, czyli wewnętrznie pol­skie dotacje dla rolników. Zwróćmy uwagę na bezczelność tego dyktatu – oni dotują 40 procent kosztów produkcji rolników unijnych, a Polakom nie pozwalają na zaledwie pośrednią pomoc dla polskich rolników.                        

Tak więc: Żadnych mrzonek, panowie2.

Unici różnicują twardość swego stanowiska w stosunku do różnych grup płodów rolnych. Układają się one w trzy grupy towarów. Pierwsza, najmniej sporna, to grupa towarów, na które Unia stosuje u siebie zaledwie pięcioprocentowe cła zaporowe. Ko­misja godzi się na pełne otwarcie swego rynku na te towary. Jakież to towary? Ano, bę­dziemy mogli eksportować do krajów Unii materiał zarodowy, rośliny oleiste, buraki cukrowe, produkty śródziemnomorskie, jak cytrusy, oliwki^.

Jeżeli tę listę towarów można i należy po prostu wyśmiać, to pozornie obiecująco wygląda zgoda na buraki cukrowe. To jednak kolejne oszustwo: już prawie cały prze­mysł cukrowniczy jest w rękach obcych, zwłaszcza niemieckich i to oni dyktują areał zasiewów buraka; to oni przerabiają go w Polsce – już we własnych cukrowniach; to oni zgarniają „szmal” za cukier, to oni dyktują rolnikom ceny za tonę buraków. Teraz Unia łaskawie godzi się na „eksport buraków”. Owszem – będzie to eksport marek zaro­bionych na polskim cukrze, a nie buraków jako surowca. O inwazji na polskie cu­krownictwo aż huczy w polskojęzycznych mediach – nie mogą przecież przemilczeć strajków okupacyjnych, przeróżnych form protestów i petycji producentów i załóg jesz­cze nie „sprywatyzowanych” cukrowni.

 

Trzeba natychmiast skończyć z tą grą w ciuciubabkę! – krzyczał na konferencji pra­sowej przewodniczący rolniczej „S” Roman Wierzbicki – Rząd od miesięcy prowadzi z nami rozmowy na temat powołania koncernu „Polski Cukier„, a tymczasem wciąż postępuje wyprzedaż przemysłu cukrowniczego. Nie możemy pozwalać, aby dalej wodzono nas za nos! Właśnie przed kilkoma dniami podpisana została wstępna umowa o sprzedaży Niemcom cukrowni w Szamotułach, Opalenicy, Kluczewie i Gryficach z Poznańsko-Po-morskiego holdingu. Będące własnością koncernu Pheifer undLange cukrownie leszczy­ńskie już zapowiedziały tamtejszym plantatorom, iż w tym roku buraki będą skupowane po cenie 75 złotych za tonę. To jest prawdziwe oblicze obcego kapitału. Kiedyś śpiewano:

„Przepijemy naszej babci domek cały”. Dziś tak robi minister Wąsacz.

1. „Nasz Dziennik”, 30 marca 2000.

2. Słynna groźba cara w Wilnie tuż przed powstaniem listopadowym.

3. Jakby tam brakowało cytrusów, oliwek!

158

Drugą grupę towarów, już „wrażliwych” dla rynku unijnego, stanowi wieprzowi­na i jej przetwory oraz drób, sery i twarogi, jaja, świeże i przetworzone pomidory, świe­że jabłka.

Dla tej grupy unijni gracze obiecują stopniowe wzajemne otwarcie i równoczesną redukcję unijnych dopłat do eksportu. To już znamy. Skasują swoje dopłaty, kiedy już dawno przestanie istnieć wszelka eksportowa nadwyżka tych polskich produktów. Sku­tecznie zadbają o to, aby nadwyżki znikły jak najszybciej.

Trzecia grupa jest najbardziej „wrażliwa”. Są to: mleko, wołowina i zboże. Ich produkcja w Unii jest wysoko dotowana, dlatego w ogóle nie chcą gadać o ich imporcie do krajów Unii. Teraz tępią polski eksport mleka poprzez dwie zapory: cłowe i sanitar­ne. Raz po raz zjeżdżają do polskich mleczami „komisje” i drakońsko dyskwalifikują kolejne mleczarnie za byle sanitarne uchybienia. Już są skutki: zakaz skupu mleka „trzeciej” klasy czystości. To prosty nokaut dla setek tysięcy polskich producentów, którzy nie sprostają tym wymogom.

Co się z nimi stanie – to unitów i naszych

eurofol-ksdojczy nic nie obchodzi. Ot—jak w tytule tego rozdziału – torba i kij!

W tej grupie nie ustąpią. W Unii jest wyjątkowo wysoka nadprodukcja mleka, wołowiny i zboża. Sami nakazowo obniżają swą własną produkcję. Nic więc dziwne­go, że nasze propozycje co do wielkości importu polskiej wołowiny, mleka, zboża, „ko­misarze ludowi” Unii uznali za wysoce przesadzone.

To jednak nie przeszkadzało wiceministrowi J. Plewie oświadczyć po powrocie z „negocjacji”, że traktuje on twarde stanowisko Unii jako normalną grę negocjacyjną. I tu wysnuł wniosek wręcz schizofreniczny: ta „twardość”, ta „gra negocjacyjna” może świadczyć jedynie o szybkim rozpoczęciu rokowań na trudne tematy.

Szczególnie pouczającym przykładem kasacyjnej inwazji jest sytuacja polskiego cukrownictwa. Polska zajmuje szóste miejsce w produkcji cukru: 2,2 min ton z około 27 w świecie. Na rynku światowym istnieje ogromna nadprodukcja cukru, zwłaszcza gorszego choć tańszego z trzciny cukrowej; z buraka produkuje się około 30 proc. wszystkiego cukru – z trzciny 70 proc. I właśnie Brazylia zwiększyła w ostatnich latach uprawy trzciny cukrowej o 100 proc. Produkuje aż 19 min ton takiego cukru.

Przenieśmy to na sytuację polskiego cukrownictwa. Jesteśmy systematycznie wy­pierani z eksportu, ale to oczywiste. Znacznie mniej oczywiste jest pozornie irracjonal­ne zachowanie niemieckiego przemysłu cukrowniczego, który szerokim frontem wykupuje polskie cukrownie. Dlaczego? Altruizm?

Dobroczynność? Niemcy już w 1997 roku opublikowali mapę polskich cukrowni, które mieli wykupić i program zreali­zowali z żelazną konsekwencją. To samo robili z węgierskim cukrownictwem, które jest już w ich rękach. Uprawę buraka jednak drastycznie tam zmniejszyli – sprowadzają z Niemiec swoje półprodukty cukrowe w cysternach.

Oznacza to eksport niemieckiej nadprodukcji cukru i eksport własnego bezrobocia na Węgry. W Polsce będzie tak samo. To tłumaczy, dlaczego tak wytrwale wykupują polskie cukrownie, sami mając nadprodukcję cukru!

W 1999 roku wykupili cukrownię Garbów na Lubelszczyźnie z rąk już angielskiego właściciela, bo cukrownia ta już dość dawno przstała być cukrownią polską. A kiedy dojdzie do gwałtownej światowej dekoninktury na cukier, ani przez chwilę nie zawahają się przed zamknięciem ich cukrowni w Polsce, aby ra­tować niemieckich plantatorów i niemieckie cukrownie w Niemczech.

159

Ta sytuacja w cukrownictwie posiada swoje strategiczne duplikaty w innych dzie­dzinach. Niemcy, i nie tylko Niemcy albo wykupują polskie, konkurencyjne dla nich zakłady i całe branże przemysłowe, albo poprzez unijny dyktat zmuszają polskich euro-folksdojczy w rządzie i „Kne-Sejmie” do drastycznej redukcji polskiego potencjału w konkurencyjnych dziedzinach. Najbardziej drastycznymi i szkoleniowymi przykładami takich działań jest sytuacja polskiego górnictwa i polskiego hutnictwa.

Ciekawe, że unijni geszefciarze nie stawiają tamy polskiemu tytoniowi, polskiemu chmielowi. Dlaczego? A dlatego, że cały przemysł tytoniarski, cały przemysł chmielarski wraz z ich bazą surowcową, jest już całkowicie w rękach obcych, w większości nie­mieckich „inwestorów strategicznych”, a uprawy tych roślin katastrofalnie się w Polsce redukuje. W chmielarstwie sprowadza się koncentrat z państw Unii. Skutek – załamał się skup polskiego chmielu. Z okien siedziby wydawnictwa „Retro” mam tego brutalne potwierdzenie: sześciohektarowa plantacja chmielu braci Brodziaków – ugoruje. ;

W 1999 roku widziałem, jak rozsypywali na swojej plantacji dziesiątki olbrzymich wór- ‚ ków chmielowych szyszek ze zbiorów 1998 roku, bo ich nie mogli sprzedać. Byt to wi­dok przerażający! Aby wpaść w takie przerażenie, nie trzeba dużej wyobraźni – trzeba tylko zobaczyć tych kilkudziesięciu najemnych pracowników, którzy wiosną i latem wykonywali kolejne prace przy obróbce plantacji, potem zrywali łęty, zwozili je do zaimportowanej 20 lat temu belgijskiej zrywarki szyszek; jak ten chmiel suszono, wre­szcie ładowano do worków. Jak płacono im za pracę, za paliwo, podatki rolne.

Taka to jest praktyczna realizacja unijnych nakazów „farmeryzacji” polskiego rol­nictwa!

U nich także w znacznym stopniu „sfarmeryzowano” rolnictwo. W ciągu 30 lat li­czba gospodarstw w państwach Unii zmalała o 42 proc. Likwidacji uległy małe gospo­darstwa. U nas będzie raczej odwrotnie – duże i prężne, jak je dawniej nazywano -towarowe – zemrą najwcześniej.

Przemysł tytoniarski, produkcja tytoniu przez rolników, była przez dziesięciolecia przysłowiową kurą znoszącą złote jaja. Byłoby czymś zdumiewającym, gdyby obce hieny nie rozszarpały tego przemysłu w pierwszej kolejności, a kęsy podzieliły między sobą. Polskie fabryki przetwórstwa tytoniu i produkcji papierosów przejęli za bezcen, a teraz niszczą bazę hodowlaną, bo przecież wolą wspierać plantatorów unijnych, doto­wanych subwencjami. Skutek jeden z wielu: Spółka Uniwersał ograniczyła (marzec 2000) kontraktację tytoniu. O ile? O 90 procent! Tłum zdesperowanych plantatorów tytoniu przez dwa dni oblegał władze województwa domagając się rozmów z zarządem Uniwersału7. To właśnie Uniwersał przed czterema laty wykupił wszystkie firmy tyto­niowe!

W chwili zakupu, koncern kusił rolników dogodnymi warunkami umów kontra­ktacyjnych. Zachęcał do inwestowania w kosztowne suszarnie. Dziś plantatorzy tytoniu nie mogą spłacić zaciągniętych kredytów – bo za co mają spłacić?

Niestety, do spotkania z zarządem Uniwersału nie doszło. Pan prezes przebywał za granicą2. Nikt z pozostałych pracowników nie był upoważniony do rozmów z plantato­rami. Koniec opowieści.

1. W innym rozdziale „przekręt” Uniwersału w sprawie kluczkowickich zakładów przetwórczych.

2. Zob.: Piotr Korycki: Plantator wyprowadzony w pole, „Nasz Dziennik”, 30 III 2000.

160

I rychły koniec polskiego rolnictwa. Torba i kij…

Poseł Antoni Macierewicz, prezes Ruchu Katolicko-Narodowego, w związku z .projektem AWS o wprowadzenie 3 proc. VAT na produkty rolne, wystosował do kie­rownictwa AWS, na ręce Mariana Krzaklewskiego, list otwarty. Przedstawił w nim kil­ka oczywistych faktów z tym związanych:

– VAT dla rolników będzie błędem gospodarczym, pociągnie wzrost cen produktów ro­lnych;

– wzrost ten nie zwiększy dochodów rolników, gdyż ceny minimalne na zboże zostały już wyznaczone przez Agencję Rynku Rolnego bez uwzględnienia tego podatku;

– rolnicy będą więc musieli sprzedać swoje produkty praktycznie 3 proc. taniej, a wszystkie zyski osiągną pośrednicy;

– odliczenia od podatku mogą objąć zaledwie 300 tyś. rolników, bo tylko tylu osiąga dochody powyżej 20 tyś. złotych;

– nawet jednak i ci rolnicy będą mogli odliczyć sobie VAT dopiero po trzech mie­siącach prowadzenia wymaganej rachunkowości, a to oznacza, że w 2000 roku i oni zapłacą dodatkowy haracz, bowiem ustawa wchodzi w życie we wrześniu;

W Polsce jest jednak 2,1 min gospodarstw, czyli 1,7 min będzie rozliczanych ry­czałtowo i zależnych od woli pośredników, którzy z pewnością nie zapłacą dobrowolnie 3 proc. drożej, aby wyrównać VAT dla tych gospodarstw. Poseł Macierewicz pytał:

Kto na tym zyska? Naród czy jego wrogowie? Zyska z pewnością Unia Europejska i jej krajowa ekspozytura, jaką jest Unia Wolności. Przybliży się realizacja planów likwidacji większości polskich gospo­darstw rolnych. Z punktu widzenia Unii Europejskiej jest to korzyść, bo­wiem osłabia konkurencję, którą są polscy rolnicy: z punktu widzenia ideologów liberalizmu, jest to wielki sukces zapowiadający zniszczenie znienawidzonej przez lewicę warstwy chłopskiej, katolickiej i stojącej od lat na przeszkodzie budowy społeczeństwa niewolników.

We wcześniej skierowanym liście do posłów, A. Macierewicz pisał, że opieranie rozwoju polskiego rolnictwa na obietnicach pomocy ze strony naszego największego rywala w produkcji rolnej, jakim jest Unia Europejska, dowodzi naiwności i głupoty.

Kradną ziemię z przyzwoleniem „polskich” władz

W mediach lat 1997-1999 raz po raz ukazywały się kłamliwe informacje o skali wykupu polskiej ziemi przez cudzoziemców. Z uporem utrzymywali i utrzymują, że obcy wykupili zaledwie setki hektarów, w tym głównie rolniczo pasywne kawałki na te­renach wypoczynkowych z ziem północnych i zachodnich.

Ordynarnie kłamali. Wiedzieli bowiem, że oficjalnie wykupuje się tysiące hekta­rów. Musieli także wiedzieć -jako decydenci – że nieoficjalnie czyli nielegalnie, Nie­mcy przechwytują dziesiątki tysięcy hektarów.

W marcu 2000 przed Sądem Rejonowym w Szczecinie trwał proces w sprawie nie­legalnego nabycia przez cudzoziemców 20 000 hektarów w województwach zachod nio-pomorskich.

161

Mechanizm był w aspekcie kryminalnym dość prosty, a jego stosowa­nie łatwe do wykrycia i zastopowania, lecz przestępstwa te były przez kilka lat tuszowane przez „polski” wymiar (nie-)sprawiedliwości. Akt oskarżenia wpłynął już, w 1996 roku! Niestety, Ministerstwo (nie-)Sprawiedliwości, w ramach „kontroli”, zabrało te dokumenty i długo je przetrzymywało. Kiedy przetrzymywanie stawało się oczywistą grą na zwłokę, ponownie uruchomiono procedurę sądową, lecz przedtem i dwukrotnie odraczano początek rozprawy.

Powód – niestawianie się oskarżonych Nie­mców. Tym razem włączył się do sprawy niemiecki wymiar sprawiedliwości, jeszcze normalny w tamtym normalnym kraju, więc niemieccy oszuści musieli jak niepyszni wreszcie stawić się przed sądem w Szczecinie.

Oskarżono osiem osób, w tym „właściciela” pałacu w Wirówku pod Gryfinem – Heinza P.7, emerytowanego kupca z Lubeki, posiadającego prawo stałego pobytu w Polsce. Oskarżoną była także jego żona, Polka. To ta dwójka była „mózgiem” przekrętów.

Znając tamtejsze realia, najpierw wyszukiwali atrakcyjne tereny nadające się do sprzedaży. W następnej kolejności dawali ogłoszenia – oferty w prasie zagranicznej, głównie niemieckiej. Obowiązująca w Polsce ustawa zabrania jednak sprzedaży ziemi cudzoziemcom2, ale i na to znalazł się sposób, zresztą powszechnie przedtem i potem już stosowany przez innych amatorów niemal darmowych zakupów. Heinz P. i Małgo­rzata P. pomagali zainteresowanym obcokrajowcom zakładać fikcyjne spółki z udziałem obywatela polskiego. Spółka w chwili rejestracji wykazywała przewagę ka­pitału polskiego, lecz niemal w chwili rejestracji polski „udziałowiec” zrzekał się wszelkich praw do swoich udziałów. Ta faktyczna darowizna od ludzi z reguły niezamożnych – wcale nie wzbudzała podejrzeń stosownych władz.

Ten polski „udziałowiec” w rzeczywistości nie tylko nie wnosił do spółki żadnego udziału, lecz odwrotnie – otrzymywał od oszustów łapówkę. Wynosiła ona od 1000 do 2000 marek niemieckich.

Tak powstała spółka już „legalnie” nabywała nieruchomość – nie było już potrzebne do tego zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wynik zbio­rczy: około 20 000 hektarów zostało nielegalnie „sprzedanych” fikcyjnym spółkom w rejonie Pyrzyc i Gryfina. Ziemię nabywano od właścicieli prywatnych oraz od Agen­cji Własności Rolnej Skarbu Państwa.                                      

Potrzebni byli inni wspólnicy tych oszustw. Ważną figurą był w procederze pewien adwokat: to w jego kancelarii sporządzano oświadczenia o zrzeczeniu się praw do udziałów w spółce.

Oskarżeni prowodyrzy, jak przystało na nobliwych oszustów, zaklinali się na roz­prawie, że nie wiedzieli, iż kupowanie ziemi poprzez fikcyjne spółki jest w Polsce nie­legalne!

Ustawa o zakazie pomniejszania obszarów państwa, czyli wykupu ziemi przez cudzoziemców, pochodzi z 1920 roku. Znowelizowano ją w 1996 roku.

 

1. „Nasz Dziennik”, 29 marca 2000.

2. Wymagane jest zezwolenie MSWiA.

162

Nowelizacja pozwala na zakup ziemi przez cudzoziemców, ale tylko w szczególnych przypadkach. Rozciągliwość interpretacyjna tego zapisu jest praktycznie ogromna. Może nabywać:

– cudzoziemiec z kartą stałego pobytu w Polsce;

– małżonek obywatela polskiego7;

– jego ustawowy spadkobierca;

– nie wymaga zezwolenia nabycie mieszkania przez trzy wymienione grupy nabyw­ców.

To nie wszystko: nowelizacja umożliwiła nabywanie przez zagraniczne spółki działek do 0,4 ha w całym kraju „na cele ustawowe”. Nadto – bez zezwolenia przejmu­je nieruchomość bank zagraniczny w drodze egzekucji wierzytelności hipotecznej. To samo uprawnienie posiada spółka dopuszczona do publicznego obrotu.

Inna furtka: jeżeli spółka „polska” staje się na skutek zmian w proporcji udziałów -spółką kontrolowaną przez zagranicznego właściciela, to i tak uchodzi ona za spółkę „polską” i może nadal nabywać nieruchomości!

Formalnie tylko zagraniczny współudziałowiec musi starać się o pozwolenie – wtedy z reguły je otrzymuje.

Nobliwy niemiecki emeryt i jego polska małżonka, tworząc zgrany duet oszustów, nabili w butelkę nie tylko Państwo Polskie, zmniejszając jego powierzchnię o 20 000 hektarów, ale oszukali także swych niemieckich kontrahentów, ci bowiem – w świetle oficjalnych przepisów MSWiA -nie zostali właścicielami terenów, choć za nie „legal­nie” zapłacili.

„Polskie” władze administracyjne na tych terenach, MSWiA – nic o tych przekrę-tach nie wiedziały przez szereg lat!…

Najgorsze jednak przed nami. Zacznie się od 2001 roku. Polskojęzyczni eurofol-ksdojcze przygotowali nowelizację niedawnej nowelizacji, która ma zacząć obo­wiązywać od 2001 roku. Niemcy z utęsknieniem czekają na tę datę. Ich markowe dywizje stojąjuż u polskiej granicy. Omawiane tu 20 000 hektarów zagrabionych niele­galnie, stanie się wręcz igraszką w stosunku do tego, co spowoduje ta „poprawka”.

Sięgam do internetowego tekstu2. Jego tytuł: Kapitał stoi na granicy. Data: 29 kwietnia 2000 18:30. Materiał był opublikowany w „Die Wek”. Jego autorami są dwaj berlińscy adwokaci: Wolfram Gartner i Holger Sieversen5.

Przytaczam go w całości. Posiada bowiem wyjątkowo groźną wymowę. Przeczytajmy uważnie:

Niemieccy inwestorzy z miliardami marek czekają na zmianę przepi­sów prawnych w Polsce.

DOTYCHCZAS założyciele funduszy, jak również indywidualni in­westorzy, którzy w Niemczech zorganizowani są w spółki osobowe, przy inwestowaniu w nieruchomości w Polsce napotykają przeszkody natury prawnej i podatkowej, które uniemożliwiają zaangażowanie w tym zakre­sie na większą skalę. Przeszkody te mają źródło zwłaszcza w ist­niejącym nadal zakazie zakładania spółek osobowych przez obcokrajowców w Polsce.

1. Takich mieszanych małżeństw jest bardzo dużo na ziemiach zachodnich, zwłaszcza na Śląsku. Do tego dołączyć należy małżeństwa fikcyjne, zawierane m.in. w tym celu.

2. http://home.t-online.dc/homc/boukun/.

3. Sądząc z nazwisk, są raczej „niemieckojęzyczni” niż rzeczywistymi Niemcami…

163

W tej dziedzinie zapowiada się jednak zasadni­cza poprawa w ramach obecnej reformy polskiego prawa gospodarczego.

W ustawie o pozyskiwaniu nieruchomości przez obcokrajowców z 1920 r. zakłada się, że obcokrajowiec powinien uzyskać zgodę polskiego ministra spraw wewnętrznych na zakup nieruchomości. Obecnie nie jest to już poważna przeszkoda. Wymagane w tym zakresie zezwolenia -a z reguły już przed zawarciem kontraktu można uzyskać tak zwaną pro­mesę, czyli obietnicę wydania zgody – można bez większych trudności otrzymać w ciągu miesiąca. Dotyczy to w każdym razie sytuacji, gdy nie­ruchomość ma zostać nabyta przez polską spółkę, w której udział ma in­westor zagraniczny.

Właściwy problem, nie rozwiązany do dzisiaj przez doradców podat­kowych i adwokatów, polega na unikaniu podwójnego opodatkowania, o ile w grę wchodzi polska spółka kapitałowa. Dotychczas polskie prawo dopuszcza, jeżeli chodzi o inwestycje zagraniczne, tylko formy prawa han­dlowego – spółki z ograniczoną odpowiedzialnością albo spółki akcyjne. Nie zezwala natomiast na założenie spółki osobowej. Polska spółka kapi­tałowa z udziałem niemieckim ma opodatkowane nie tylko dochody – na przykład z wynajęcia nieruchomości – łecz podlega również indywidualne­mu opodatkowaniu niemieckiego wkładu inwestycyjnego. Prowadzi to w rezultacie do restrykcyjnego opodatkowania rzędu około 70 proc., co taki „model fiskalny” nawet przy wysokich zyskach czyni zupełnie nieatra­kcyjnym.

 

Aby uniknąć podwójnego opodatkowania, wielu doradców zachę­cało do nietypowego cichego udziału w polskich spółkach kapi­tałowych. Ale ten model również nie gwarantuje pewnego sukcesu. Po pierwsze, instytucja cichego udziałowca jest nieznana w polskim prawie cywilnym i podatkowym, jakkolwiek taki cichy udział nie jest wykluczony w ramach swobody zawierania umów. Rezygnowanie z ujawnienia ciche­go udziału w Polsce – jak się to częściowo zaleca – jest zarazem bardzo ryzykowne. Dotyczy to spółek giełdowych, już choćby dlatego, że sytua­cja prawna musi być przedstawiona w opublikowanym prospekcie.

Dalszą przeszkodę stanowi restrykcyjna interpretacja porozumienia w sprawie podwójnego opodatkowania, jaką stosuje obecnie federalne mi­nisterstwo finansów. Według niej, jeżeli cichy udziałowiec w polskiej spółce kapitałowej założy zakład produkcyjny, to zwolnienie od opodatko­wania w Niemczech może nastąpić tylko wówczas, gdy dochody z cichego udziału przeznaczone zostaną na dalszy rozwój działalności.

 

Z reguły nie ma to miejsca przy inwestycjach w nieruchomości. Zastosowana może być – według takiej interpretacji – tylko tak zwana me­toda naliczania, która dla inwestującego jest mało atrakcyjna. Federalne ministerstwo finansów pogłębia w ten sposób obciążenia zawarte w zasa­dzie podwójnego opodatkowania przewidzianej w układzie. Zasada ta mówi, że dochody z majątku nieruchomego mogą być opodatkowane tylko tam, gdzie nieruchomość jest położona. Można wątpić, czy argument for­malny, że zasada lokalizacji nie wpływa na unikanie podwójnego opodat­kowania, jest interpretacją uzasadnioną.

164

Sygnałem nadzwyczaj zachęcającym jest natomiast to, że polski Sejm 23 września przyjął ustawę „Prawo o działalności gospodarczej”, która m.in. przewiduje – w rok po wejściu w życie tej nowej regulacji — uchylenie ustawy o inwestycjach zagranicznych. Wówczas otwo­rzyłaby się, również dla obcokrajowców, możliwość zakładania spółek osobowych, i tym samym zlikwidowany zostałby opisany wyżej pro­blem podwójnego opodatkowania.

 

Dopóki nie nastąpi ostateczne zatwierdzenie tej ustawy, nie można z całą pewnością zakładać, że w przyszłości wszystkie formy spółek dopu­szczalne w Polsce dostępne będą również dla obcokrajowców.

Jeżeli jednak tak się stanie, to w 2001 r. będzie możliwe zakładanie spółek komandytowych i jawnych spółek prawa handlowego w Polsce. Rzeczpospolita Polska zrealizuje tym samym istotny wymóg artykułu 44 Układu Europejskiego z Unią Europejską, wiążący się ze swobodą osiedlania.

 

Dla niemieckich inwestorów nieruchomości będzie to prawdopodob­nie możliwość dokonywania w Polsce średnioterminowych inwestycji fun­duszy kapitałowych. Teza, że obecnie miliardowy kapitał zagraniczny „stoi na granicy” i nie został zainwestowany ze względu na problem podwójnego opodatkowania, może się okazać prawdziwa. Wiele ist­niejących już funduszy inwestycyjnych czeka tylko na poprawę wa­runków opodatkowania w Polsce. Oznacza to jednak, iż po wejściu w życie nowych przepisów, na niektórych terenach nastąpić może wy­raźny wzrost ceny nieruchomości.

 

W pewnych przypadkach można doradzać, by już obecnie nabywać nieruchomości na zapas, aby później mocje wykorzystać dla danego mo­delu inwestycyjnego. Konkretne kroki w tym zakresie powinny być jednak dobrze przemyślane. Inwestorzy powinni bezzwłocznie wykorzystać zapo­wiedziane postępy procesu ujednolicenia prawa.

Kupili i zamknęli „Animex”

Dramatyczna sytuacja Zakładów Mięsnych w Rawie Mazowieckiej, to kolejny przykład dywersji żydowskiego kapitału na polskim rynku produktów rolnych, w tym przypadku na hodowli i przetwórstwie mięsa.

Dzieje zakładu sięgają lat 70., kiedy to za amerykańską pożyczkę wybudowano najnowocześniejszy z tego typu zakładów przetwórstwa mięsnego w Europie. Pożyczkę spłacono słynnymi na cały świat szynkami marki „Krakus”. Polskie szynki, a także kiełbasy i inne przetwory nie mają sobie równych na świecie, zwłaszcza w USA, gdzie produkuje się coraz gorsze mięso, a dzieje się tak z powodu nieustających manipulacji genetycznych i dodawania hormonów do pasz.

Polskie bydło i trzoda, rosnące wolniej od tamtych, „szprycowanych”, smakowo wyprzedza amerykańskie. Preferencje ame­rykańskich konsumentów, świadomych manipulacji genetycznych i hormonalnych sprawiły, że żydowski kapitał tamtego kraju postanowi zadać niszczący cios pol­skiemu konkurentowi i przechwycić jego markę.

Zaczęło się niewinnie, szumnie.

165

Rawskie zakłady zostały w 1998 roku „odkupione” od Narodowych Funduszów Inwes­tycyjnych przez firmę „Animex” za 527 tysięcy złotych. Była to cena oburzająco niska, lecz do tego doszło jedenaście milionów złotych długu, który „Animex” musiał pokryć. W ten dług zapędzono zakłady powszechnie znaną metodą świadomego marnotraw­stwa i braku płynności kredytowej.

Celowe doprowadzenie zakładu do upadłości finansowej sprawiło, że w następ­nych latach „Animex” musiał pokryć straty wynoszące już 19 mln złotych. Na ten dług składały się głównie należności nie ściągnięte od odbiorców. Popatrzmy, jak lawinowo rosły:

1997 – 2.600 tys. zł

1998 – 7.600 tyś. zł

1999 – 10.900 tyś. zł

?

W połowie 2000 roku „wypracowany” dług od odbiorców wynosił już 6,3 mln zł. Sam „Animex” miał stratę wynoszącą 126 min zł. Utracił więc zdolność kredytową, stając się faktycznym bankrutem. Pomimo tej sytuacji „Animex” ani myśli o restru­kturyzacji swej firmy poprzez sprzedaż majątku.

Jego kierownictwo posłusznie wyko­nuje polecenia Żydów z Sinithfieid Inc. A są to podmioty chętne do kupienia tego majątku i dalszego prowadzenia działalności. Ta sytuacja jest oczywistym dowodem niszczycielskiej strategii amerykańskich Żydów, właścicieli „Animexu”, którzy za 55 min dolarów „kupili” czwartą część polskiego rynku mięsnego.

Kupili za ułamek-jak stwierdził w swym oświadczeniu Zarząd Powiatu Rawskiego i Zarząd Miasta Rawy Mazowieckiej. Z dochodowego zakładu o dużym eksporcie, zakłady zamieniły się w bankruta – metoda zastosowana w setkach podobnych dochodowych przedsiębiorstw i fabryk.

„Animex”-Smithfield nie ukrywał, że zabiega o przejęcie 20 procent krajowego rynku, zwłaszcza eksportu do Unii Europejskiej i Rosji – rynku szczególnie chłonnego na tle katastrofy rolnictwa tego posowieckiego kolosa. Wkrótce po „upadku” ZSRR, eksport żywności zachodniej do wielkich miast Rosji stanowił już około 80 proc. spoży­cia w tych aglomeracjach. Niestety, temu zalewowi towarzyszyło brutalne wypieranie wyrobów polskich. Jednym ze sposobów stało się „wykupowanie” konkurencyjnych zakładów.

Temu celowi służyło wykupienie Rawskich Zakładów Mięsnych.

Kryzys rosyjski oraz nadprodukcja w krajach Unii sprawiły, że rynek zbytu zaczął się kurczyć. Dziesięć zakładów mięsnych wchodzących w skład „Animexu” zaczęło konkurować ze sobą zamiast zwierać szyki w ramach tej firmy. Ujawniło się to brakiem spójnej polityki handlowej i produkcyjnej.

Kolejny etap, to wykupienie całego „Animexu” przez amerykańskiego, międzyna­rodowego giganta na rynku przetwórstwa mięsnego, jakim jest od dziesięcioleci Smith-fieid Food’s Incorporation. Wkrótce „Animex” stał się w 75 procentach kapitału, własnością tej firmy. Jej właścicielami jest dynastia żydowskiej rodziny Luterów. Obe­cnie kieruje nią Joseph W. Luter III – prezes Smithfieid Food’s Inc.(na zdjęciu obok).

Metodologia niszczenia polskiego konkurencyjnego rynku mięsa i przetwórstwa mięsnego, eliminacji eksportu przetworów o poszukiwanej marce, zaowocowała ostatecznie decyzją o szybkiej, nagłej likwidacji rawskich zakładów. –

166

Decyzję ogłoszono na­gle, „zza węgła”. Jeszcze w gmdniu 1999 roku, w trzecim numerze zakładowego pisma „Animexu”, wydanym z okazji Świąt Bożego Narodzenia, oszuści – J. Luter i wicepre­zydent Smithfielda, Żyd Richard J. M. Poulson (na zdjęciu obok) już zdecydowani co do zagłady „Animexu”, składali wzruszające życzenia załodze i kierownictwu „Anime­xu”:

Luter:

Pragnąłbym skorzystać z tej okazji i życzyć wszystkim pracownikom „Animexu”, a także wszystkim Polakom, wesołych, spokojnych, przyje­mnych Świąt. Poulson:

Nasze cele odnośnie „Animexu” pozostają niezmienne:

– uczynić zeń największą i najlepszą firmę przemysłu mięsnego w całej Europie (!! – H.P.)

– sprawić, by nasi pracownicy byli najlepiej opłacanymi pracowni­kami przemysłu mięsnego oraz –

– zapewnić bezpieczne i zdrowe miejsce pracy wszystkim naszym pracownikom.

Zapewne mając w pamięci te grudniowe łgarstwa o wysokich płacach i świetlanej Iprzyszłości „Animexu”, w ulotce strajkowej wydanej przez „Solidarność” rawskiego tu, posłużono się cytatem z Listu św. Pawła Apostoła do Koryntian:

I ujrzał Pan pracę naszą i był zadowolony , a potem zapytawszy o zarobki nasze usiadł i zapłakał…

Jednym ze sposobów niszczenia „Animexu” był nakaz Żydów ze Smithfielda, aby RAnimex” rozprowadzał swoje wyroby wyłącznie poprzez supermarkety. Cios był s niszczący z dwóch powodów:

– pogarszał płynność płatniczą, gdyż supermarkety płacą dostawcom z wymuszonym na nich półrocznym opóźnieniem!

– ograniczał sprzedaż wyrobów, eliminując duży rynek nabywców ze sklepów mięs­nych, spożywczych i hurtowni w kraju.

Warto prześledzić argumenty, którymi oszuści próbowali usprawiedliwiać decyzję o zamknięciu koncernu „Animex”.

Luter i Poulsen nakazali „Animexowi” wydać oświadczenie, w którym całą winę zwalają na „nieuczciwą konkurencję”. Kimże jest ta mityczna, nieuczciwa konkuren­cja? Są nią małe zakłady mięsne;

Główną przyczyną narastających strat w likwidowanych zakładach jest nieuczciwa konkurencja ze strony małych ubojni i zakładów mięs­nych, działają niezgodnie z polskim prawem i normami sanitarnymi. Zakłady te nie stosują wymogów prawa w dziedzinie kontroli sanitar-no-weterynaryjnej i zdrowotnej, taniej sprzedają swoje wyroby, stwa­rzając ryzyko zdrowotne dla klientów, wypierają z rynku zdrowe ściśle kontrolowane produkty rzetelnych wytwórców.

167

W tym krótkim tekście aż roi się od piętrowych kłamstw i przeinaczeń oraz gróźb. Małe zakłady istniały od lat i nie wytruły swych odbiorców, bo kontrole sanitarne były i są surowe, a każdą sztukę ubitego zwierzęcia sprawdza lekarz we­terynarii. Do sklepów i na targowiska, w tym również z uboju prywatnego rolni­ków, nie ma prawa trafić tusza nie spraw­dzona weterynaryjnie. Wykazując wręcz histeryczną troskę o zdrowie polskich konsumentów, oszuści jednak musieli zająknąć się o rzeczywistej przyczynie:

o konkurencyjności małych rywali. Trze­ba więc ich zniszczyć. Innym kłam­stwem Lutrów i Poulsonów był zarzut nie płacenia podatków przez małe, od nich niezależne zakłady. Tymczasem one płacą jak wszystkie inne zakłady i firmy, choć część zwierząt dostarczanych bez­pośrednio przez rolników do tych ubojni rzeczywiście może omijać oficjalne wy­kazy przerobu. Sługusi z „Animexu” łgali dalej:

Wskutek tolerowania działania nielegalnych zakładów (? – H.P.) oraz braku dokumentów stwierdzających nie występowanie choroby po­moru świń w Polsce (?! – H.P.), „Animex” nie może eksportować świeżego i mrożonego mięsa na lukratywne rynki Europy Zachodniej i światowe. Odpowiedzmy kłamcom: nie może, bo polski eksport jest blokowany przez kraje Unii Europejskiej, a z rynku rosyjskiego zostaliśmy przez Unię wyparci przez tanią, wysoko dotowaną przez te państwa żywnością unijną. I dalej:

Tolerowanie tego stanu szkodzi polskiemu przemysłowi mięsnemu, polskiemu rolnictwu i Polsce. Zagraża trudnym negocjacjom Polski z Unią Europejską w dziedzinie rolnictwa. Szybka poprawa sytuacji leży więc w interesie wszystkich i powinna być ważnym zadaniem państwo­wym.

Wyznaczywszy pilne zadania dla polskiego rządu, Poulson obiecuje ustami swych najmitów z „Animexu”:

Richard Poulson podkreślił, że czasowa likwidacja produkcji w zakładach Rawa i Przylep nie oznacza, że dostawy żywca poniosą ja­kiekolwiek straty (…). Istnieją realne możliwości wznowienia produkcji w likwidowanych zakładach po unormowaniu się sytuacji na rynku mięs­nym…

168

A że sytuacja „unormuje się” w postaci coraz większej nadprodukcji w USA i UE, i tym samym coraz brutalniej szej konkurencji, o czym łgarze ze Smithfielda wiedzą do­skonale – mamy więc gwarancję nieodwracalnej zagłady polskich przetwórni, na których położyli swoje niszczycielskie łapy.

W innym miejscu obiecują, że hodowcy nie poniosą uszczerbku, bo ich trzodę i bydło będą odbierać zakłady „Animexu” w Ełku. W odpowiedzi na to, zakładowy NSZZ „Solidarność” przy Zakładach Mięsnych „Mazury” w Ełku, 3 sierpnia 2000 na­desłał do Komitetu Obrony Zakładu przy Rawskich Zakładach Mięsnych pismo, w którym daje do zrozumienia, że co dziś spotkało Rawę, jutro spotka Ełk:

Komisja Zakładowa NSZZ „S” przy Zakładach Mięsnych „Mazury” w Ełku S.A., z równym niepokojem obserwuje poczynania dotyczące Waszego Zakładu. W pełni popieramy i solidaryzujemy się z Komitetem Ob­rony Zakładu.

 

Przewodniczący -Tadeusz Przybyszewski

Rawa Mazowiecka to miasteczko liczące 20 tyś. mieszkańców. Zamknięcie zakładu oznacza wyrzucenie na bruk 1200 osób. Przeliczając jednego pracownika na jego czteroosobową rodzinę oznacza to, że bez środków do życia pozostanie co trzeci mieszkaniec Rawy Mazowieckiej. Oznacza to również dotkliwy cios w budżet okolicz­nych hodowców trzody i bydła.

Zawiadomienie o zamiarze grupowego zwolnienia, załoga otrzymała 12 lipca 2000. Dotyczy ono 946 osób, ale prawie trzysta innych jest zatrudnionych w strukturach obsługowych zakładu.

Powiało grozą. Zakładowy Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Mięsne­go i Spożywczego oraz NSZZ „S”, opublikowały 8 sierpnia wspólne oświadczenie, przesłane również do Radia Maryja, zwołujące załogę na dzień następny na pikietę przed zakładem. W piśmie nie wykluczano przemarszu na trasę szybkiego ruchu War­szawa – Katowice i przechodzenia po pasach w celu jej blokady.

W pełni uświadomiły sobie grozę sytuacji władze miasta. Zrobiły wszystko co mogły. Zmniejszyły o połowę obciążenia zakładu z tytułu dzierżawy gruntów o połowę, opłaty za ścieki. Poprzez inne ulgi, miasto gotowe jest okroić swój budżet na rzecz zakładu o 900 000 złotych rocznie. W programie restrukturyzacji zakładu mówiło się też o innych działaniach oszczędnościowych i wspomagających, m.in. o gotowości sprzedaży 11 ha terenów wokół zakładów, wydzierżawieniu trzech pięter biurowca.

Stanowisko Smithfielda pozostało niezmienne. Warunek: „likwidacja nielicencjonowanych zakładów”, czyli likwidacja nie dających się jeszcze zniszczyć małych polskich ubojni i przetwórni. W chwili, gdy to nastąpi, gotowi jesteśmy ponownie uruchomić nasze zakłady.

Tak pisał Poulson 10 sierpnia 2000 do Krajowej Sekcji NSZZ „S” Pracowników Przemysłu Mięsnego, powołując się niezmiennie na „nieuczciwość konkurencji” oraz trudności w zbycie. Ale w doniesieniu do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez „Animex”, zredagowanym przez Komitet Obrony Zakładu, czyta­my coś innego.

169

Przestępstwa popełnione na szkodę Rawskich Zakładów Mięsnych polegały na:

1. Niegospodarności – w zakładzie występowały liczne „sterowane” straty;

2. Nadużycie zaufania – zarządzanie spółką było umyślnie nieudolne i niezgodne z dobrymi obyczajami kupieckimi, umożliwiające niektórym osobom bezprawne korzyści majątkowe, ukrywające ten fakt i w efekcie osłabiające spółkę;

3. Zwlekanie z ogłoszeniem niewypłacalności spółki i upadłości -bilanse spółki od lat wykazywały poważne straty, mimo tego władze spółki nie ogłaszały upadłości, co w sposób oczywisty powoduje pokrzywdzenie wierzycieli spółki;

4. Przywłaszczenie znaku towarowego „Rawa S.A.” przez spółkę „Constar S.A.” w Starachowicach na polecenie „Animexu”;

5. Sztuczne zawyżenie kosztów działalności firmy, by tworzyć rezer­wy bilansowe na pokrycie strat nadzwyczajnych, co doprowadziło spółkę do załamania finansowego.

W świetle powyższego prosimy o wszczęcie postępowania karnego i ścigania wymienionych czynów z oskarżenia publicznego.

Smithfiełd konsekwentnie kłamiąc o rzekomej promocji polskich wyrobów w USA, jednocześnie wyrejestrował spółkę Polfoods zajmującą się sprzedażą prestiżo­wego polskiego „Krakusa”.

W odpowiedzi na ten zarzut, Poulson łgał:

Polfoods nikomu się nie kojarzyła ani z Polską

(! – H.P.) ani z „Kraku­sem” (! – H.P.) i szynką o tej nazwie. Spółka Polfoods wynajmowała lokal w jednym z najdroższych biurowców w Nowym Jorku, chociaż w 1999 roku zarobiła zaledwie 300 tyś. dolarów przy 600 tyś. kosztów stałych. Wymówiliśmy lokal i sprzedaliśmy mieszkanie jej prezesa. Zarejestro­waliśmy spółkę Krakus International, która ma bezpłatny lokal w naszej siedzibie i drugi w Nowym Jorku.                                        }

Otóż to: zlikwidować Polfoods, przywłaszczyć sobie znak firmowy „Krakus”, opa­trzyć nim nowy własny twór, tym razem pod nazwą Krakus International! Poulson dodał, że pod nazwą „Krakus” będą sprzedawać inne wyroby „Animexu”. Wprowadzą je do supermarketów w USA, Kanadzie, Japonii, Korei i Tajwanie!

 

Tak więc ukradli to co najcenniejsze – markę poszukiwanych polskich szynek „Krakus”. Zrobili to bezczelnie, cynicznie. Drugim etapem tego frontu zagłady pol­skiego przetwórstwa i hodowli, jest likwidacja konkurencyjnego dla nich „Animexu”.

W amerykańskich fermach Smithfieda hoduje się przemysłowo – „obozowe” -trzodę zdegenerowaną genetycznie, karmioną przyspieszaczami hormonalnymi. W prospekcie Smithfielda firmowanym przez „Ammex” z grudnia 1999, zamieścili fo­tografię tuczników pochodzących z ich genetycznych manipulacji. Spójrzmy – czyż nie są to potworki? (s. następna)

W grudniu 1999, choć już podjęli decyzję o zagładzie „Animexu”, w periodyku Animexu zapewniali, nie ukrywając swych manipulacji w genetyce:

(…) pomożemy swoim partnerom obniżyć koszty produkcji, ułatwimy dostęp do nowej genetyki…

170

Dramatowi rawskich zakładów i całego „Animexu” poświęcił duży ma­teriał publicystyczny „Nasz Dziennik” z 7 sierpnia 2000. Autor publikacji – Marek Garbacz, tak kończył artykuł:

Gdy pisałem niniejsze słowa, zadzwonił mój kuzyn z Wiednia. Zapytał, o czym piszę. Powie­działem. A on po chwili milczenia powiedział tak: Właściciel niewielkiego sklepu mięsnego w mojej dzielnicy, gdy tylko przywiozą polską szynkę, odkładają dla stałych klientów, także dla mnie. Powiada, ze pol­ska szynka nie śmierdzi rybami i czymś innym, nieprzyjemnym. Ale teraz polskie szynki już nie będą się kojarzyć z Polską, z „Krakusem”. Będą:

„Intemational”.

Hortex: złodziejstwo do potęgi

Przestępczy skandal z okradaniem Skarbu Państwa przez mafiosów firmy Hortex Holding S.A., eksplodował oficjalnie dopiero 22 maja 2000 roku. Opisała go prasa, omówiono w głównym wydaniu telewizyjnych „Wiadomości”. Nie podano jednak najbardziej smakowitych liczb i faktów. Słuchacze i telewidzowie poznali tylko zawrotne sumy, na jakie nabili Skarb Państwa mafiosi Holdingu. Liczby są rezultatem kontroli NIK. Jak zawsze w takich przypadkach, NIK skupiał się na „nieprawidłowościach”. Dodajmy do owych „nieprawidłowości” fakty zza kulis, o których media milczą. Media są bowiem w rękach tej samej formacji nacyjno-finansowej, której przedstawiciele zawłaszczyli Hortex, a następnie okradli państwo z setek milionów złotych.

Owe szczegóły znałem już jesienią 1999 roku. Pochodzą z wiarygodnego źródła. Przedstawił je były członek dyrekcji Hortexu, usunięty ze stanowiska po zawłaszcze­niu Hortexu przez żydowski kapitał zachodni. Zastrzegł sobie anonimowość. Nie do końca – powiedział bowiem, już wtedy, jesienią 1999, że ten „przekręt” zasługuje od razu na dochodzenie prokuratorskie. Wszystkie szwindle leżą w zasięgu ręki, są czy­telne, były robione bezczelnie, w poczucie bezkarności…

Zacznijmy od oficjalnie podanych faktów. Hortex Sp. z o.o. przeobraził się w Ho­rtex Holding S.A. Wartość Hortexu podczas tej „transakcji” została zaniżona o 240 mln złotych. To w końcu żadna rewelacja – tak „prywatyzowano” i nadal „prywatyzu­je” się wszystkie państwowe i spółdzielcze przedsiębiorstwa.

Skarb Państwa na tym zaniżeniu stracił ponadto 12 min złotych z tytułu samych opłat.

To przestępcze zaniżenie wartości zakładów Hortexu było bardzo niekorzystne dla nego krajowych akcjonariuszy, lecz o to właśnie chodziło – oszukać, okraść krajowych (tubylców – gojów…)

Zagraniczni „inwestorzy” oficjalnie wnieśli 41 proc. udziału w Hortex Holding l., ale zaangażowali w to około 70 proc. niższy kapitał własny.

171

Afera sięga lat 1994-1995. Wtedy właśnie, wzorem tysięcy innych zakładów pań­stwowych, zapędzono Hortex w ogromne niedobory finansowe. W 1995 roku przepro­wadzono wielkie „postępowanie ugodowe”. W jego wyniku umorzono Hortexowi dług w wysokości 450 mln nowych a 4,5 biliona starych złotych. I tu pojawiają się na scenie banki: Handlowy i Gospodarki Żywnościowej czyli słynny BGŻ. Państwowa kiesa zo­stała wydrenowana w ten sposób, że Bank Handlowy był wtedy bankiem państwo­wym, a BGŻ w 70 proc. państwowym i tylko w około 30 proc. spółdzielczym. Tak wi^c Hortex oddhiżono za pieniądze państwowe, czyli za pieniądze wszystkich podatni­ków.

Po takiej transfuzji, firma zanotowała rozwój, ale tu zaczynają się kulisy matactw. Kto „kupił” Hortex?

Kupiły: Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju – słynny EBOR, w którym ważne miejsce zajmował „nasz” były premier J. K. Bielecki. EBOR wyłożył 20,92 proc. kapi­tału. Drugim nabywcą był Bank of America – ten wniósł tyle samo czyli 20,92 proc. kapitału. Mamy więc na razie 41-42 proc. kapitału, czyli formalnie obcy jeszcze niby nie mają przewagi w kapitale zakładowym, a tym samym w rządzeniu Holdingiem. Tu jednak pojawia się Bank Handlowy z około 10 proc. kapitału akcyjnego. Jest „języcz­kiem u wagi” – to jego wpływy decydują, kto będzie miał głos decydujący w rozstrzy­gających sprawach. Przed „sprzedażą” Hortexu, jego udziałowcami były trzy banki -tenże Bank Handlowy, BGŻ oraz Wielkopolski Bank Kredytowy, ale ten wycofał się z Hortexu po wspomnianym postępowaniu ugodowym z bankami.

Przypomnijmy, że Bank Handlowy był okrętem flagowym PRL w międzynarodo­wych obrotach walutowych. To za jego pośrednictwem „wyciekło” z FOZZ wiele mi­liardów dolarów. Szefowie BH nie ponieśli za to żadnych konsekwencji. Nietrudno więc zgadnąć, na czyją korzyść gardłują przedstawiciele BH w zarządzie Holdingu… Rezultat jest taki, że obcy mają ponad 60 proc. głosów w zarządzie.

Hortex był gigantem przetwórstwa owocowo-warzywnego. Skupiał następujące fa­bryki: Ryki, Siemiatycze, Leżajsk, Góra Kalwaria, Lipsko, Skierniewice, Przysucha, Płońsk, Środa Wielkopolska, Płudy. Obecnie zakład w Płudachjuż sprzedany, nie prze­twarza się tam owoców i warzyw, tylko produkuje kartony firmowe do koncentratów. Lipsko także sprzedane „za marne grosze” -jak zapewniał mój informator. Podjęto roz­mowy o sprzedaży zakładu w Środzie Wielkopolskiej, ale bez linii produkcyjnej! Jak pamiętamy – wybuchły tam strajki załogi, stymulował je Andrzej Lepper – człowiek znienawidzony przez wszystkie mafie rozkradające i niszczące polskie rolnictwo, jego infrastrukturę przetwórczą i handlową. Lipsko było terenem tradycyjnej uprawy fasol­ki, kukurydzy, marchwi, cebuli i produkcji soków.

Produkcja Hortex-Holdingujuż się psuje w zakresie jakości. Istniej ą uzasadnione poszlaki, że strategicznie Hortex ma przestawiać się na przetwórstwo soków cytruso­wych. Importuje je Żyd holenderski Cargil. Powróćmy jednak do suchych liczb i kwot.

Hortex-Holding został dekapitalizowany. Wkłady akcyjne zdeponowano w Holan­dii. I zaczęli doić Hortex.

Kadra „starego” Hortexu poszła za bramę. Usunięto prezesa Andrzeja Szable-wskiego – został odwołany we wrześniu 1998 roku. To samo stało się z dyrektorem Zenonem Lałem.

172

Prezesem został Wojciech Mondalski7 Jak zapewniał mój informator -posiadacz paszportów: polskiego, amerykańskiego i kanadyjskiego. Przedtem pełnił ważną funkcję w Pepsico – był wiceprezesem do spraw sprzedaży na Europę. Wcześ­niej zarządzał słynnym Wedlem – słynnym już tylko z powodu skandalicznej jego „prywatyzacji” przez ówczesnego ministra J. Lewandowskiego. Jak wiadomo -o czym szerzej pisałem w Piątym rozbiorze Polski 1999-2000, Skarb Państwa jeszcze dopłacił kilka milionów dolarów do tego przekrętu.

Pan prezes Mondalski to człowiek światowy nie tylko za sprawą kilku paszportów. Pan prezes przylatuje do Polski w poniedziałki zwykle z Paryża, na stałe mieszka w kra­ju Basków. Zatrzymuje się w ekskluzywnym hotelu Sheraton. Przebywa do czwartku. Po południu odlatuje do Paryża. Zarabiał -jak informował mój rozmówca – ponad 80 000 złotych miesięcznie już w końcu 1998 roku. Jakie to zabawne: jego poprzednik, prezes Andrzej Szablewski, dyrektor naczelny Lal, zarabiali po niecałe 9 000 złotych, a zastępca dyrektora Stefan Kwiecień – 6 000 złotych. Do „Paryżewa” nie latali, w eks­kluzywnych hotelach nie mieszkali.

Doradca pana Mondalskiego, niejaki Gregory Vaught, to obywatel USA. Jest do­radcą Zarządu i Rady Nadzorczej Holdingu. Za swoje fachowe trudy pobierał miesięcz­nie około 15 000 złotych, ale to kwota z 1998 roku. Jak obecnie – nie wiadomo.

Dyrektorem Hortex Holding S.A. został Anglik Peter Kollick – to on zastąpił na tym stanowisku dyrektora Kwietnia. Jakie były skutki tych kominów płacowych, luksu­sowych hoteli, samolotowych cotygodniowych przelotów prezesa Mondalskiego via Paryż – Warszawa? Zacytujmy wyniki pokontrolne podane przez „Nasz Dziennik” z 22 maja 2000:

 

Ubiegłoroczne straty spółki (ponad 42 min złotych), były spowodowane w znacznym stopniu wysokimi kosztami Zarządu Spółki, w tym także wynagrodzeniami dla jego członków i dyrektorów Biura Zarządu. Według nieoficjalnych danych, wydatki ogólne zarządu w ciągu trzech lat niemal przekraczają wartość majątku całej firmy. Znaczne wydatki przestają dziwić, gdy zdamy sobie sprawę, że zatrudnienie w biurze Spółki Hortex Holding S.A. wzrosło ze 133 osób do 261, a rzesza doradców z Zachodu otrzymuje wynagrodzenie właściwe dla swoich krajów. W prasie ukazały się nawet informacje, że zachodni doradca potrafi zarabiać do 300 000 dolarów rocznie. Powróćmy do „sprzedaży” dawnego Hortexu. Miał on siedzibę w Warszawie, a Hortex Holding S.A. – w Płońsku.

 

Kontrola NIK potwierdziła wcześniej podane przez mojego informatora proporcje wkładów kapitałowych: EBOR – 20,92 proc.. Bank of America – 20,92 proc., BGŻ – 29,48 proc., Bank Handlowy i tzw. podmioty zależne -16,73 proc., pozostali – 8,33 udziału w akcjach.

Niestety – „pomoc” państwa, czyli wszystkich podatników na gaże dla dyrektora Mondalskiego i samoloty Paryż – Warszawa i Warszawa – Paryż, wcale po 1997 roku nie ustała. W postępowaniu bankowym umorzono Holdingowi zadłużenie na 338 min złotych oraz sumę tzw. dopłat skupowych w kwocie 219 mln złotych. Umorzono tzw.

Lub Mądalski.

173

– dopłatę skarbową- 18,3 mln złotych i ulgi podatkowe na sumę 26,1 min złotych. Dodajmy: 338 + 219 + 18,3 + 26,1 = 601,4 min nowych złotych.

Kto umarzał? Naiwne pytanie. Umarzał Skarb Państwa. Umarzał ten sam bezlitos­ny „fiskus”, który zedrze skórę z każdego, kto nie ujawni choćby jednej złotówki zarob­ku!

Zawrotne 601,6 min złotych umorzeń, to jeszcze nie wszystkie straty szarych Ko­walskich i Nowaków. Dochodzi do tej sumy około 66 mln złotych „wygospodarowa­nych” przez banki — Gospodarki Żywnościowej i Bank Handlowy w Warszawie S.A. Wyciągnięto je we wspólnej zmowie poprzez pozorowane działania dla ominięcia przepisów podatkowych, a także poprzez oszustwa w ustalaniu podatku dochodowe­go od osób prawnych, a wreszcie – ustalanie podatku VAT. Holding spowodował też straty w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych poprzez stosowanie innych oszukańczych trików.

Jaka jest obecna strategia Holdingu wobec kilkunastu zakładów tego gigantyczne­go klucza fabryk?                                                           Oddajmy głos mojemu anonimowemu rozmówcy:

Obowiązuje zasada: zgnoić cala infrastrukturę! Druga: maksimum eksploata­cji, minimum inwestycji. Potem „sprzedać” kawałkami!                      ,

Przywłaszczyć, zniszczyć                     -^

Pouczającym przykładem przywłaszczeniowego przestępstwa, jest los zakładu przetwórstwa owocowego w Kluczkowicach koło Opola Lubelskiego – Fructopolu. Metodologia zawłaszczenia, następnie niszczenia kondycji finansowej zakładu aż po jego upadłość i wyrzucenie załogi na bruk, mieści się w zbanalizowanych już trikach, w wyniku których do niedawna ekonomicznie mocne zakłady państwowe stawały się i wciąż stają łupem przestępczych machlojek.

Niszczenie kluczkowickiego Fructopolu zaczęło się od momentu jego sprzedania przez wojewodę lubelskiego osławionemu Universalowi. Sama nazwa tej ciemnej fir­my zmusza do przypomnienia, że miała ona ważny udział w roztrwonieniu przez pozo­stających u władzy bonzów PRL, kilkudziesięciu miliardów dolarów tzw. Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego – FOZZ. Odważny komisarz Izby Skarbowej w Warszawie — zmarły wkrótce potem „na atak serca” Michał Falzman, po kontroli w Universalu w październiku 1989 roku, pisał w protokole pokontrolnym:

„Universal” udzielił i przekazał do Societe Generale de Banque Suis-se (…) kwoty 750 000 i l 750 000 USD do organizacji pod nazwą Altex International Ltd., Trident Co. Ltd. z siedzibą w Lilie jako pożyczkę, którą załatwił ze strony polskiej Krzysztof P. (Przywieczerski – H.P). Poręczenie dla Altexu udzielił Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego pomimo, że ze statusu Altexu wynika kapitał założycielski w wysokości zaledwie 50 000 USD uzyskany w wyniku emisji akcji (…) Wskazuje to na istnienie dwóch pośredników pomiędzy PKZ „Uniwersał”, a Chemitex – Wiscor…

174

W kręgu tej gigantycznej ośmiornicy funkcjonowali m.in.: D. Przywieczerski, były wicepremier w rządzie Rakowskiego Ireneusz Sekula, Grzegorz Wójtowicz i inni. Sekuła po latach rzekomo zastrzelił się, stając się cudownym fenomenem wśród „samo­bójców”7 : strzelił do siebie trzy razy, następnie zadzwonił po żonę i córkę, poczekał aż przyjadą, otworzył im drzwi – co przypomina tragifarsę, w której aktor, z nożem w piersi, śpiewa piętnastominutową arię i dopiero potem pada na deski sceny. Szereg lat przedtem Sekuła, oczywiście wciąż nietykalny w swych licznych przekrętach, został szefem Głównego Urzędu Ceł, a wkrótce potem Wydział do Spraw Przestępczości Zor­ganizowanej przy Prokuraturze Wojewódzkiej we Wrocławiu, wszczął śledztwo w sprawie „niegospodarności” przy zakupie przez GUC nieruchomości od Uniwersału:

GUC Sekuły zawarł umowę kupna narażając Skarb Państwa na miliardowe straty.

Powróćmy jednak do Kluczkowic, do zakładu Fructopolu, usytuowanego pośród opolskich lasów…

Po zakupie zakładu, Universal spłodził spółkę pod nazwą: Agro-Universal: był 1995 rok. W skład spółki weszły dwa zakłady – zamrażalnia w Klikawie koło Puław oraz kluczkowicki Fructopol. Zarząd nowej spółki rezydował oczywiście w Warszawie. Przez dwa następne lata Fructopol dobrze prosperował, aż pewnego razu Zarząd Agro–Universalu (dalej: A-U), wpadł na pomysł, aby kupić upadający zakład w Przemyślu -dawną Pomonę. Zakład ten był rozlewnią win importowanych, ale jego los został przesądzony z dwóch powodów – był nękany za sprawy sanitarno-utylizacyjne, znajdo­wał się bowiem w środku miasta, ponadto nie posiadał on żadnej bazy przetwórczej, aby mieć szansę na przeprofilowanie produkcji ku przetwórstwu.

Ale skąd wziąć pieniądze na zakup Pomony? W prosty sposób – nakazano zaciągnąć Kluczkowicom pożyczkę w opolskim Banku PKO na zakup surowca dla sie­bie (głównie na skup jabłek), Kluczkowice miały dużą produkcję koncentratów, ale sprzedawano je już za pośrednictwem A-U. Pożyczkę wzięto w sezonie 1996-1997 i wyniosła ona 20 mld starych złotych. Fructopol jak zwykle kupił surowiec, zapłacił rolnikom, a następnie „sprzedał” za pośrednictwem A-U wyprodukowany z jabłek kon­centrat. Niestety, pieniądze ze sprzedaży koncentratu pozostały w łapach Zarządu A-U. Upływały miesiące, a Zarząd ani myślał o spłacie kredytu Fructopolu. Pieniądze Fructopolu szły na inwestycje w Przemyślu. Wtedy dopiero ujawniła się tajemnica dzi­wnego mariażu z upadającym zakładem w dalekim Przemyślu: jeden z członków Zarządu A-U pochodził z Przemyśla…

W 1998 roku ówczesny dyrektor Fructopolu – Jerzy Braciszewski, pracujący tam od 40 lat na różnych stanowiskach, od najniższego aż po najwyższe, zwrócił się do Zarządu A-U o zwrot pożyczki, bowiem gwałtownie rosły odsetki. Zarząd A-U zarea­gował na te monity w sposób dla siebie właściwy: wyrzucił z pracy i zakładu dyrekto­ra Braciszewskiego. Odbyło się to „zza węgła” – przedstawiciele Zarządu przyjechali do zakładu o godz. 14 i od jutra zakazali mu wstępu na teren fabryki. Otrzymał wypo­wiedzenie natychmiastowe, bezdyskusyjne, bez rekompensat. Ot, człowiek, który całe swoje zawodowe życie spędził w tym zakładzie, u progu emerytury został bez niczego.

 

l. W lipcu 2000 nowy minister sprawiedliwości Lech Kaczyński zlecił powrót do okoliczności tego „samobójstwa”.

175

Szajka powołała nowego dyrektora. Był nim pracownik zakładu, były zastępca Braciszewskiego do spraw techniczno-transportowych. Było powszechnie wiadomo, że człowiek ten nie ma tzw. zielonego pojęcia o kierowaniu zakładem, często mylił PZU ‚ z ZUS-em!                                                                 ‚

Następnym pociągnięciem sitwy było zawarcie umowy z prywatną firmą – oczywi­ście znów z siedzibą w Przemyślu. Była to firma handlowo-budowlana. Jej właścicie­lem okazał się niejaki pan Sudoł (Sudół?). Miał dawać Fructopolowi pieniądze na zakup surowca, a w zamian przejął sprzedaż koncentratu Fructopolu. Ustalono cenę l zł za kilogram koncentratu. I znów, dopiero po pewnym czasie, załoga Fructopolu dowie­działa się szeptaną pocztą, że p. Sudoł jest kolegą prezesa – Ryszarda Matkowskiego -byłego pracownika (podobno) zakładu w Swarzędzu. Wkrótce po zawarciu umowy z Sudołem, bez żadnych uzgodnień z zakładem, Matkowski wniósł aneks do tej umowy. Zmniejszył w nim o połowę cenę surowca – ze złotówki na 50 groszy, czyli 20 mld (sta­rych zł) schudło do 10 mld.

W 1999 roku prezes Matkowski wynalazł firmę – spółkę akcyjną Agrico z Łęczycy i rejentalnie przekazał jej w dzierżawę zakład w Kluczkowicach. Agrico miał tym sa­mym realizować wszystkie obowiązki wobec 80-osobowej załogi Kluczkowic, płacić świadczenia z tytułu pracy i ubezpieczeń, wynagrodzenia, odprawy emerytalne, itp. Agrico chciał całkiem wykupić zakład, ale kredyty były nadal nie spłacone, odsetki puchły, więc bank PKO w Opolu Lubelskim ogłosił przez komornika licytację kluczko-wickiego zakładu. Agrico wykupił od komornika zakład kluczkowicki za siedem min złotych. Z tą chwilą, A-U natychmiast dal wypowiedzenie całej załodze Kluczkowic! Zobowiązał się też wypłacić jej należności za zaległe urlopy i wszystkie inne świadcze­nia finansowe wynikające z warunków zwolnienia grupowego. A przecież ten obo­wiązek spoczywał już na nowym właścicielu zakładu, czyli na Agrico w Łęczycy. Wkrótce potem została ogłoszona upadłość Agro-Uniwersalu i w tym kontekście pra­wie zrozumiała staje się nadopiekuńczość A-U wobec Agrico w Łęczycy: wiedząc o swoim planowanym (?) bankructwie, A-U zobowiązał się do świadczeń na rzecz załogi zakładu, który już nie był jego własnością! Co się za tym kryło? – pytali ludzie dopominający się swoich świadczeń a to w Agrico, a to w Uniwersału.

Znów, dziwnym trafem, tropy wiodły do Przemyśla: syndykiem upadłościowym został człowiek z Rzeszowa, ale z siedzibą jego biura w Przemyślu. Syndyk stwierdził, że umowa Agrico z A-U jest nieprawna w zakresie zobowiązań wobec zwolnionej załogi zakładu kluczkowickiego. Zapowiedział, że żadnych odszkodowań wyrzuco­nej załodze nie wypłaci, bo jest to obowiązek Agrico!

I o to właśnie chodziło w tej koronkowej „przewalance”, w tym bezczelnym prze­kręcić: rozmyć współodpowiedzialność za załogę!

To wszystko działo się w lutym 2000. Kwota sporna – około 500 000 nowych złotych, czyli około pięć miliardów starych.

Agrico z chwilą kupienia Kluczkowic, z dnia na dzień nie wpuściło do zakładu ni­kogo z załogi ani nawet dyrekcji, wszak posłusznej poprzedniemu właścicielowi. Posta­wili własnych ochroniarzy, a dotychczasowych strażników zakładu zatrzymali rano w bramie i kazano im wracać do domu.

176

W marcu i kwietniu załoga nie pracowała, nie otrzymywała poborów. Kiedy to pi­szę, jest koniec maja 2000: ludzie są nadal bez środków do życia – chodzi o ponad 50 osób, ponieważ Agrico wybiórczo zatrudniło ponownie około 30 pracowników, ale na nowych warunkach – na czas nieokreślony i z niższymi płacami.

Zdesperowani pracownicy złożyli 4 kwietnia 2000 r. pozwy do Sądu Pracy w Puławach, o ustalenie pracodawcy i wydanie im świadectw pracy. Nie mając tych świadectw, nie mogą pobierać nawet zasiłków dla bezrobotnych (!). Niektórzy pracow­nicy chcą przejść na emeryturę, ale nie mogą, ponieważ… nie posiadają świadectw pra­cy.

Sąd Pracy wyznaczył rozprawę na połowę czerwca 2000, lecz dalszego ciągu afery już nie śledziłem.

Jak się to skończy?

Pewnie tak, że część swych należności zwolnieni otrzymaj ą z Funduszu Świadczeń Gwarancyjnych, czyli od nas wszystkich, bo każdy zatrudniony obligatoryjnie musi płacić na ten Fundusz.

To załoga. A co z zakładem? Istnieje, ale 20 mld starych złotych stanowi stratę Banku PKO w Opolu, Kluczkowice maj ą nowych właścicieli, nie ma winnych tego za­wirowania, ludzie zostali bez pracy.

Dokładnie o to chodzi w setkach podobnych przekrętów w PRL-bis, bananowej re­publice kolesiów.

 

Kracik za kratki?

Kto trzyma z eurofolksdoj czarni, kto jest jednym z nich, kto programowo niszczy Polskę, ten jest w PRL-bis bezkarny, nietykalny i zawsze „pełni” kryminogenne fun­kcje.

Przykładem jest poseł Stanisław Kracik, od dwóch kadencji poseł Unii Wolności. Omówimy tu dokładniej jego niszczycielskie sukcesy nie jako oderwany przykład na­dużyć i malwersacji dokonanych w ramach pełnionych funkcji. Chodzi o to, że Kracik jest ponurym przykładem skali, jawności tych nadużyć, a zarazem nadużyć szokująco bezkarnych. Pod tym względem jest do pewnego stopnia fenomenem. Zamiast za kratki – pełnił i pełni (2000) ważne funkcje administracyjne i państwowe.

Działalność Kracika dwukrotnie zbilansował tygodnik „Nasza Polska”. Po raz pie­rwszy w nr 13/183/1999, po raz drugi w nr 17/238/2000, pod wymownym tytułem Kracikgate1.

Obie publikacje były „niszczące”, wręcz kasujące karierę Kracika, ale niestety, kasujące go na papierze gazetowym. W „Kne-Sejmie” rządzą inne kryteria ocen. W „Kne-Sejmie”, w jego rządzie pod wodzą J. Buzka, za takie m.in. publikacje oskarża się nieliczne pisma narodowe mianem „antysemickich”, „siejących nienawiść”.

Jako poseł-burmistrz Niepołomic koło Krakowa, Kracik naciągnął finanse gminy na straty w wysokości 78,2 tyś. złotych.

 

l. Autorzy: Zbigniew Lipiński, współpraca Teresa Wójcik.

177

Założył on wraz ze spółką „Delta – L” z Katowic spółkę „Robinson”. Zajęła się ona produkcją i sprzedażą soków. Koncentraty owocowe sprowadzano – no właśnie – aż z Tel Awiwu!, jakby nie było w Polsce soków własnych. Musiało się to zakończyć i rzeczywiście zakończyło sprawą sądową. Pozwanym oczywiście nie był obywatel – bur-mistrz-poseł Kracik, tylko gmina Niepołomice. Sąd nakazał gminie zapłacić na rzecz Banku PKO:

– 449,7 tyś. złotych należności głównej;                                          i – 311,6 tyś. złotych odsetek (na dzień 18 sierpnia 1998);                            ]

– 30,8 tyś. złotych kosztów egzekucji;                                             – 10 tyś. złotych kosztów adwokackich;

– 406,5 tyś. złotych dalszych odsetek za czas od dnia płatności.

Wszystkie te obciążenia spadły na gminę Niepołomice.

Czy poseł-burmistrz Kracik spadł za to z foteli burmistrzowskich i sejmowych? l Naiwne pytanie! W zamian za to, stał się gwiazdą telewizyjną jako spec od finansów, co wyniosło go do funkcji szefa Sejmowej Komisji Finansów! Jednocześnie Unia Wol­ności przesunęła go do czołówki jej polityków.

Od samego początku tych awansów Kracika, inne o nim zdanie miała Najwyższa Izba Kontroli. W sprawozdaniu pokontrolnym NIK w gminie Niepołomice odsłania się skandaliczny, wręcz kryminalny obraz gospodarki finansami gminy. Oto wyniki tej kontroli, do których udało się dotrzeć wspomnianym publicystom „NP”. Kontrola objęła lata 1998-1999. Dotyczyła głównie „współpracy” z podmiotami gospodarczymi, zbywania majątku trwałego gminy oraz reakcji władz gminy na wcześniejsze ustalenia Regionalnej Izby Obrachunkowej w Krakowie.

Raport NIK ujawniał czasowo znacznie wcześniejsze zamiłowania Kracika do wchodzenia w spółki ze spółkami. Już w 1993 roku gmina decyzją burmistrza Kracika przystąpiła do spółki o nazwie – nomen omen „Pralnia”. Tak, to była „pralnia”:

(…) do czasu wpisania tej spółki do rejestru handlowego nie został wniesiony kapitał zakładowy w pełnej wysokości i formie przewidzianej  w umowie tej spółki. (…) Nieprawdziwe oświadczenie o dokonaniu wpłat na pokrycie kapitału zakładowego w pełnej wysokości, złożone zostało przez prezesa i członków zarządu spółki „Pralnia”.

Gmina wniosła udział do spółki w wysokości 49 000 zł. Kiedy wpłaciła? To istot­ne: rejestracja spółki nastąpiła w grudniu 1993 roku, a gmina wpłaciła swój udział do­piero pod koniec lutego 1995. Było to koło ratunkowe rzucone „Pralni”, albo dokładniej

– pieniądze świadomie wyrzucone w błoto „Pralni”. Ale to dopiero początek przekrętów.

Gmina zakupiła używane maszyny pralnicze za

30 000 złotych. Protokół stwierdza na podstawie wyceny rzeczoznawcy, że przepłacono o ponad 15 000 złotych więcej niż wynosiła ich wycena dokonana przez biegłego sądowego. Maszyny te gmina wydzierżawiła „Pralni” w 1994 roku na czas nieograniczony. Jak wyliczyli biegli NIK, suma tzw. aportu rzeczowego Gminy Niepołomice do spółki, w tym maszyn pralniczych, przekroczyła 49,7 tyś. złotych.

Następnie spółka uległa (planowej?) likwidacji we wrześniu 1996 roku, a maszyny sprzedano nowym właścicielom za 6,5 tyś. złotych, czyli za cen,ę o 17 tyś. złotych niższą od ceny zakupu!

178

Kolejna „nieprawidłowość” dotyczyła wyceny wartości spółki w momencie jej likwidacji. Posiadała ona majątek trwały wartości 49 tyś. złotych i ob­rotowy wartości 25 tyś. złotych, przy zobowiązaniach nie przekraczających 24,5 tyś. złotych.

Przekręt z „Pralnią” zachęcił Kracika do następnego. W 1994 roku tworzy wspo­mnianą spółkę „Robinson„. Samo powołanie spółki stanowiło rażące złamanie ówczes­nej ustawy o samorządzie terytorialnym, gdyż gminie nie wolno było podejmować działalności gospodarczej wykraczającej poza zadania o charakterze publicznym.

Kolejnym złamaniem prawa było udzielenie zabezpieczenia kredytowego, hipo­tecznego dla „Robinsona”, co stanowiło naruszenie kompetencji Rady Miasta i Gminy w ustawie o samorządzie terytorialnym (art. 18 ust. 2, p. 9). Co więcej, gmina nie wniosła określonego w umowie spółki aportu rzeczowego w postaci dwóch samocho­dów ciężarowych volvo, co stanowiło kolejne naruszenie prawa, tym razem art. 160 ko­deksu handlowego/. Wprawdzie gmina zawarła ze spółką nową umowę, według której za samochody miała dostarczać energię, wodę i odbierać ścieki (łączna wartość tych świadczeń wyniosła 73,5 tyś. zł), to jednak wartość tych dostaw nie wyniosła więcej jak 37,8 tyś. zł, czyli 51,4 proc. ustalonego aportu rzeczowego.

Udzielając poręczenia wekslowego „Robinsonowi”, burmistrz – poseł naruszył ko­lejne przepisy: wymogi art. 46, ust. l i 3 ustawy z 8 marca 1990 roku. Burmistrz udzielił gwarancji wekslowej sam, podczas gdy wspomniany zapis ustawy wymaga wiedzy i zgody Zarządu, składania oświadczeń woli w imieniu gminy przez dwóch członków zarządu lub jednego członka zarządu i osoby upoważnionej przez zarząd, oraz kontrasy­gnaty skarbnika lub osoby przez niego upoważnionej.

To poręczenie wekslowe, nawet przy spełnieniu wymienionych warunków, i tak byłoby nielegalne, gdyż przekraczało to upoważnienia Zarządu przyznane mu przez Radę Miejską w 1995 roku, mocą której Zarząd miał przyzwolenie do podejmowania zobowiązań na kwotę nie przekraczającą 100 tyś. złotych, gdy to właśnie poręczenie burmistrza Kracika opiewało na sumę 200 tyś. złotych.

Spółka „Robinson” nie wywiązała się z zadań finansowych, zatem do UMiG we wrześniu 1996 roku wpłynęło wezwanie do zapłaty 449,8 tyś. złotych. Doszła kwota odsetek – 308 tyś. złotych i 52 tyś. złotych kosztów sądowych. Nie koniec na tym. Jak czytamy w protokole NIK, tę sumę:

 

(…) należy powiększyć o konsekwencje finansowe wynikające z zajęcia kont, w tym pogłębienie się zaległości w odprowadzaniu zali­czek podatku dochodowego od osób fizycznych i składek na ubezpie­czenia społeczne.

NIK skontrolował 17 zamówień publicznych UMiG Niepołomice na sumę l 339 tyś. złotych. Ustalono, że 16 tych zamówień (na sumę l 321 tyś. złotych) dokonano bądź z całkowitym pominięciem ustawy o zamówieniach publicznych na kwotę 695,8 tyś. złotych, bądź z naruszeniem przepisów w zakresie postępowania przewidzianego ustawą.

l. Do powstania spółki wymagane jest wniesienie całego kapitału zakładowego.

179

Przykłady:

— Zamówienie na utrzymanie zieleni i czystości, zostało podpisane ze spółką w nie­dzielę 10 maja 1998 – na dzień przed zgłoszeniem spółki do ewidencji gospodar­czej UMiG!

— Jednego dnia gmina złożyła cztery zamówienia tej samej firmie na wykonanie tyn-ków w szkołach z całkowitym pominięciem zasad ustawy o zamówieniach publicz­nych. Firma była takim pewniakiem, że rozpoczęła pracę już przed jej zgłoszeniem do ewidencji gospodarczej UMiG Niepołomice. W tych czterech zamówieniach brak jest wyszczególnienia wartości zleconych prac, nadto zabezpieczeń interesu gminy.

Kumplowskie zlecenia z naruszeniem wszelkich zasad przetargów na usługi, ko­sztowały gminę 2,2 tyś. złotych: protest wniósł jeden z uczestników przetargu i w postę­powaniu odwoławczym przyznano mu rację, co kosztowało gminę owe 2,2 tyś. złotych i nakaz powtórzenia postępowania przetargowego.

A jak reagował Kracik na wnioski pokontrolne Regionalnej Izby Obrachunkowej w Krakowie? Z 12 wniosków, gmina spełniła cztery, a dwóch nie zrealizowała do czasu zakończenia kontroli NIK.

W związku z zajęciem kont gminy i przekraczaniem terminów odprowadzania zali­czek podatku dochodowego od osób fizycznych, gmina została narażona na dodatkowe koszty w wysokości 69,4 tyś. złotych.

Gmina nie przestrzegała zasad przetargów na zbywanie nieruchomości będących własnością skarbu państwa lub gminy. Ignorowano m.in. wymóg ogłaszania w prasie takich przetargów. Rezultat był taki, że na „przetarg” czterech nieruchomości o znacz­nej wartości, w trzech przypadkach zgłosiło się tylko po jednym oferencie.

I wreszcie, jak poseł-burmistrz Kracik, smakosz soków z Tel Awiwu, zareagował na ustalenia pokontrolne NIK? Zareagował stosownie do wizji swego posłannictwa z ramienia Unii Wolności „na odcinku” pod nazwą Niepołomice. Zwrócił się otóż, w li­ście otwartym, do Marszałka „Kne-Sejmu” o… dokonanie kontroli w krakowskiej Delegaturze NIK! W piśmie – liście zarzuca Delegaturze nierzetelność i kłamliwość podniesionych w nim zarzutów.

Co posła-burmistrza Kracika skłoniło do takiego protestu, zwłaszcza protestu pub­licznego, bo mającego charakter „listu otwartego”? Tym czymś była troska o dobre imię NIK:

 

Uznałem, że jako poseł na Sejm RP mam szczególne zobowiązania do ochrony dobrego imienia NIK jako kontrolnego organu Sejmu. Ten fragment Kracikowego protestu wyszczególniam grubym drukiem, lecz nie aż tak grubym, jak grube były kwoty obracające się w ruletce Kracikowego sobiepaństwa…

– Kracik rozdawał ciosy na lewo i prawo, ale nie należy tych kierunków mylić z tra­dycyjną konotacją politycznej lewicy czy prawicy. „Dołożył” dwóm sądom i to aż dwa razy: Sądowi Okręgowemu i Apelacyjnemu:

Do czasu rozpatrzenia przez Sad Najwyższy kasacji gminy, pozostanie tajemnicą krakowskiego Sądu Okręgowego i Sadu Apelacyjnego, dlaczego mój jeden podpis na wekslu, złożony na podstawie upoważnienia zarządu miasta, uznano za wystarczający do zajmowania konta gminy z tytułu porę­czenia kredytu.

180

Autorzy „Kracik-gate” pytaj ą rezolutnie:

Więc po co podpisywał sam?

A jednak były też ciosy w tradycyjną prawicę. Ciosy miały być nokautujące. W „liście otwartym” Kracik oskarża NIK, że kłamał na zlecenie. Na czyje zlecenie? To jasne -na zlecenie KPN – Ojczyzna! Jest ofiarą podłego spisku o charakterze politycz­nym:

Ponieważ jednak w ulotkach kolportowanych przez KPN – O straty miały wynosić 800 tyś. zł, to NIK- się do tej kwoty przychylił, powiększając ją o dalsze 10 tyś. złotych.

Na tym nie koniec spisku na linii NIK – KPN-0. Poseł-burmistrz Kracik demasku­je NIK, że zataił przed opinią publiczną, iż do windykacji należności wierzycieli doszło dlatego, że ktoś z konta spółki „Robinson” skradł pieniądze!! Poseł Kracik stwierdza otwarcie charakter tego spisku:

Zarzuty wobec działania NIK w Krakowie powinny zostać wyjaśnio­ne, w przeciwnym bowiem razie NIK (…) wykonujący wobec posłów za­mówienia polityczne dla jednych „na tak”, dla drugich „na nie”, naraża także Sejm na utratę dobrego imienia.

Przedstawiciel krakowskiej Delegatury NIK tak oto zbija ten agresywny kontratak oparty na zasadzie „Łapaj złodzieja!”:

Pan poseł-burmistrz kwestionował głównie, że nie uwzględniono in­nych wyliczeń finansowych, ale ani w toku kontroli, ani w odwołaniu nie przedstawił żadnych dokumentów. Gdybyśmy takowe posiadali, to odnotowalibyśmy w informacji.

I wreszcie – co na to „Kne-Sejm”, jego „Feld-Marszałek” Plażyński!? Nic. Mar­szałek cierpiał na chwilowy zanik słuchu, gdy poseł A. Słomka z

KPN-O zagrzmiał o niewiarygodności posła Kracika w roli szefa Sejmowej Komisji Finansów Publicz­nych. Zamiast posła Kracika publicznie wytargać za pejsy, Marszałek udał głuche­go. Ale gdyby nawet odważył się wytargać, to nie mógł tego uczynić z tej prostej przyczyny, że poseł Kracik przezornie nie hoduje takowych…

Od czasu pozornego upadku prosowieckiego komunizmu w Polsce, uwłaszczeni komuniści z SLD i UW prowadzą masową wyprzedaż obcym podmiotom i samym so­bie tego, co wypracowały dziesiątki pokoleń Polaków. Walka o powszechną prywaty­zację majątku narodowego w imieniu 30 milionów dorosłych Polaków, tkwi w tym samym miejscu niemożności, z jakiego wyszła w 1990 roku. Żydokomuna blokuje wszelkie działania w tym kierunku. To zrozumiałe: gdyby uwłaszczyć Naród, zostałby przerwany dywersyjno-sabotażowy proceder wyprzedaży obcym i kradzieży przez nich samych. Na naszych oczach powstały niebotyczne fortuny milionerów i miliarde-rów, którzy jeszcze kilkanaście lat temu pętali się pod kantorami lub trwożnie drżeli o swój byt niedouków partyjno-esbeckich.

Dziś zapełniaj ą kolorowe kolumny „Wprost” w uroczych rankingach najbogatszych „Polaków”. Tak jak Al. Capone w Chi­cago, jak najwięksi oszuści bankowi świata typu Rockefellerowie i Rothschildowie, mydlą oczy okradanego narodu „balami charytatywnymi”, wykupywaniem „serduszek” „Owsiakowizny”, aukcjami dzieł sztuki na cele „charytatywne”.

181

Działają od lat Obywatelskie Stowarzyszenia Uwłaszczeniowe. Wspomaga je w tym Ruch Katolicko-Narodowy. Obydwa stowarzyszenia zorganizowały w marcu ( 2000 zbiorowy protest przed budynkiem „Kne-Sejmu”.

Domagano się rozpoczęcia prac

nad projektem grupy posłów zakładającym przekazanie na własność lokali mieszkal­nych — spółdzielczych i komunalnych, ogródków działkowych oraz gospodarstw rol­nych na ziemiach zachodnich i północnych. Bony uwłaszczeniowe powinny zostać rozdane wszystkim dorosłym Polakom, a nie tylko pracownikom aktualnie zatrudnio­nym w prywatyzowanych zakładach. Zakład jest bowiem własnością całego narodu a nie nowych uzurpatorów, ani też współwłasnością aktualnie zatrudnionych pracowni­ków.

 

Powszechne uwłaszczenie Narodu było podstawowym punktem wyborczego programu sitwy uzurpatorów z AWS i UW. Zdradzili, nie dotrzymali obietnic i w tej sprawie. Lider ruchu Katolicko-Narodowego Antoni Macierewicz powiedział wów­czas, że nie chce wierzyć, iż AWS złamie swoje najważniejsze zobowiązanie.

Poseł A. Macierewicz podczas głosowania nad wotum nieufności wobec ministra skarbu Emila Wąsacza, handlarza majątkiem Narodu, głosował przeciwko jego odwołaniu. Mówiło się, że poseł Macierewicz uwierzył wtedy w zapewnienia ministra, że zostanie przeprowadzone powszechne uwłaszczenie. Nie posądzajmy posła Macierewicza o taką dozę naiwności. Poseł chyba obawiał się, że wyrzucenie Wąsacza urucho­mi zjawisko domina, upadnie rząd, rozpadnie się koalicja knesejmitów, a do władzy „powrócą” komuniści.

Powrócą? Skąd? Oni byli i są u władzy! Oni ją mają, tę władzę nad ubezwłasnowo­lnionym i ograbianym narodem. Tworzą zwarty blok okupantów wraz z Żydami ulo­kowanymi w innych partiach i partyjkach.

E.Wąsacz miesiąc później stwierdził publicznie, że trzeba „opracować” nową usta­wę uwłaszczeniową. Kolejne dziesięć lat? Nie, o wiele już mniej. Za kilka lat wszystko zostanie rozdane, „wyprzedane”, rozgrabione. Wtedy i owszem — niech się Polacy uwłaszczają!

Polski ma nie być!

Tak właśnie – Polski ma nie być. Ma zostać skasowana, unicestwiona, a jej teryto­rium ma powiększyć obszar Eurokołchozu. Taki jest strategiczny program Unii Wolno­ści – polskojęzycznej ekspozytury Unii Europejskiej.

Tak właśnie tę kasacyjną antypolską działalność ocenili autorzy raportu po nazwą:

Dokąd zmierzasz Polsko? Dziesięcioletni bilans rozbiorowych szaleństw polskojęzycz­nej agentury w Polsce z międzynarodowego nadania, jest przerażający. Wiele jego ele­mentów składowych wskazuje na to, że jest to bilans zniszczeń już nieodwracalnych. Każdy kolejny raport, każde patriotyczne wołanie o ratunek dla ginącej Polski, już po jego opublikowaniu staje się niemal nieaktualne – każdy bowiem dzień i tydzień dorzu­ca do tej inwazyjnej dywersji coraz to nowe fakty.

182

Od czasu opublikowania wspomnianego raportu: Dokąd zmierzasz Polsko?, galo­pujące wzrosła inflacja, bezrobocie, pogorszeniu uległa sytuacja rolników, zadłużenie eksportowo-importowe, deficyt budżetowy. Działo się to w czasie, kiedy gaulajterzy Polski na swoim, czyli na Unii Wolności zjeździe w dniu 9 kwietnia 2000, z niewiary­godnym cynizmem zapewniali ustami swego genseka – wicepremiera i ministra fi­nansów Leszka Balcerowicza, że celem tej „partii” jest stały wzrost dobrobytu, dynamiczny dalszy rozwój „polskiej” gospodarki, likwidacja bezrobocia i stabilizacja w rolnictwie/

Ten spadkobierca swych stalinowskich pobratymców wiernie powielał stalinowsko-gierkowsko-jaruzelskie „propagandy sukcesu”. Rzucał te obelgi w oczy dzie­siątków milionów polskich oglądaczy telewizji udręczonych biedą jednych, nędzą drugich. Szydził w ten sposób z 2,5 min bezrobotnych, z rolników pozbawionych moż­liwości produkcji i sprzedaży ich produktów; ze zniszczonej służby zdrowia i milionów jej pacjentów; rzucał te obelgi zdemolowanemu programowo i strukturalnie szkolnic­twu; wyniszczonej, wyprzedanej za bezcen gospodarce, zwłaszcza pracownikom nieist­niejącego już wielkiego przemysłu; pracownikom wyprzedanego przemysłu cukrowniczego i plantatorom buraka cukrowego; przemysłowi chmielarskiemu, prze­mysłowi rolno-spożywczemu już będącemu własnością obcego kapitału.

Mówił to mi­lionom Polaków poddawanych terrorowi zorganizowanej i pospolitej przestępczości;

setkom tysięcy ludzie z wyższym wykształceniem poszukującym pracy i chleba; milio­nom młodzieży po szkołach średnich skazanej na wegetację bez pracy, spychanej w przestępczość, beznadzieję perspektyw.

Wprowadzenie tzw. „wielkich czterech reform” było strategicznie podporządko­wane temu samemu wspólnemu celowi – pozbawieniu państwa władzy i odpowie­dzialności za jego podstawowe funkcje. Odebranie mu tych prerogatyw poprzez wprowadzenie owych „reform”, wspierane niszczeniem budżetu to nic innego, jak pra­ktyczna realizacja hasła: „Polski ma nie być!” Pozbawione swych podstawowych fun­kcji i obowiązków państwo, traci rację dalszego istnienia. Takie państwo staje się niepotrzebne, anachroniczne. Oczywistym i jedynym wyjściem z takiego państwa – skansenu jest jego anihilacja, włączenie jego już bezpaństwowego terytorium do euro-kołchozu. To jedyny środek zaradczy przeciwko dalszemu chaosowi.

 

Tak zwane „wdrażanie” reformy służby zdrowia, po roku wykazało niezbicie, że jedynym celem tej „reformy” było pozbawienie państwa jego podstawowego konsty­tucyjnego obowiązku, jakim jest zapewnienie opieki nad zdrowiem obywateli. Szpitalnictwo w ciągu pierwszego półrocza wyczerpało swoje roczne fundusze. Kasy Chorych są kasami zachłannych biurokratów bezkarnie grabiącymi dwudziestokrotności śred­nich dochodów na swoje bizantyjskie pensje. Ludzie umierają przed szpitalami lub w domach, bo brak pieniędzy na benzynę dla karetek pogotowia, na podstawowe oprzyrządowanie szpitali w narzędzia, środki pomocnicze, w leki.

Młodzi lekarze błąkają się w poszukiwaniu pracy, a ci, którym udaje się „załapać” na etat, zarabiają po kilkaset złotych.

l. Telewizyjne „Wiadomości”, 9 kwietnia 2000.

183

Tak zwana „reforma szkolnictwa”, to gigantyczne oszustwo o świadomie założonym strategicznym celu, jakim jest udręczenie dzieci i rodziców, oddalenie ich od szkoły, a także prymitywizacja programu nauczania. Likwiduje się szkoły zbudo­wane często zbiorowym wysiłkiem lokalnych społeczności, wygodne, funkcjonalne. W telewizji i prasie raz po raz śledziliśmy dramatyczne obrony zamykanych szkół przez rodziców i nauczycieli, choć przecież tylko znikoma część tych konfliktów dostawała się na łamy prasy i telewizji. Były to doskonałe sposoby na antagonizowanie lokal­nych społeczności, na pozbawianie ich utrwalonych przez dziesięciolecia integracyj­nych ról szkoły. Chodzi o uczynienie .z większości małych osad i wsi cywilizacyjnych pustyń.

 

„Reforma administracji”, czyli podział Polski na przyszłe euroregiony, po roku wykazała ten sam strategiczny dywersyjny cel. Wyłonione powiatowe potworki są pozbawione możliwości finansowych. Starostwa stały się pasożytami pożerającymi re­sztki możliwości finansowych – zatrudnienie w administracji wzrosło ponad dwu­krotnie. Uzupełnia tę beznadzieję chaos kompetencyjny: powiat patrzy w górę do województwa i centrali, a jednocześnie ma pretensje do wójtów, bo ci z trudem lecz je­szcze jakoś sobie radzą. Cała administracyjna krzątanina powiatów idzie już tylko na łatanie dziur w jezdniach i szosach. Od lat nie remontowane, rozjeżdżone przez między­narodowy ruch kołowy wschód-zachód, drogi i szosy stają się pułapkami. Powiaty stać jedynie na zakup tablic ostrzegawczych: „Uwaga wyboje!”.

 

Administracja czeka na po­datek katastralny – to bandyckie wtórne opodatkowanie wszystkiego co obywatel posiada: domu, wyposażenia, całego dobytku jego życia. Kiedy go mozolnie gromadził, był wielekroć opodatkowywany w jego częściach składowych. Teraz znów musi płacić podatek od podatku.

Tak właśnie realizuje się niereformowalny, niezniszczalny atawizm żydo-socjalu niedawnych dygnitarzy PZPR, takich jak Kwaśniewski, Balcerowicz, Geremek i re­szty tej nacyjnej kamaryli: opodatkować wszystko i wszystkich, następnie to samo opodatkować ponownie pod innymi pretekstami, czyli odebrać milionom Polaków chęć posiadania czegoś więcej niż M-3 i „fiata” z przydziału – wzorzec czterdzie­stolecia rzekomo minionego komunizmu.

Muszą opodatkowywać naród pod coraz to nowymi pretekstami, grabić już raz zagrabione7, aby niszczone państwo pogrążyło się w całkowitym chaosie i bezmocy. Do kiedy? Do czasu aż przestanie istnieć, aż wszystkie obowiązki nieistniejącego już państwa przejmą euroregiony. Jest to więc działanie doraźne na przetrwanie do czasu ostatecznego formalnego rozbioru Polski.

Muszą grabić zagrabione, aby mieć i dla siebie, prywatnie i pod pretekstem fun­kcjonowania w trybach okupacyjnej władzy: w „Kne-Sejmie”, w rządzie, minister­stwach, placówkach „dyplomatycznych”. Muszą zdzierać z narodu na luksusowe samochody służbowe i prywatne, na komfortowe gabinety, na niebotyczne apanaże, diety, dodatki. Muszą grabić już raz zagrabione na kształcenie ich pomiotu w Harwardzie, Sorbonie, Oxfordzie.

l. Słynna maksyma Żyda Lenina.

184

Tacy cynicy jak Balcerowicz mają czelność publicznie mówić o dobrej sytuacji w gospodarce, kiedy polska gospodarka praktycznie już nie istnieje, jest własno­ścią ich pobratymców z międzynarodowych korporacji lub własnością kumpli par­tyjnych. Zagraniczne hieny zostały zwolnione w połowie lat 90. z podatków na dwa, trzy i więcej lat. Kiedy zaczął dobiegać końca ten czas ich „wakacji podatkowych”, kli­ka okupantów obniżyła im stawki od dochodów.

Finanse, banki, tym samym możliwości sterowania budżetem państwa, wymknęły się w obce ręce. Banki już w 70 procentach są własnością obcych. Nazywa się ich „podmiotami strategicznymi” przy każdej kolejnej licytacji resztek majątku narodowe­go.

Komunistyczny tryumfalizm źydo-socjału święci swoje sukcesy z jawną butą, bezczelnością, poczuciem całkowitej bezkarności. Kpi z wołań o lustrację zbirów żydo-stalinowskiego terroru, kpi z niekończących się „wyborów” prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, co uniemożliwiało podjęcie pracy tego Instytutu. Zaczął tę ochronę zbirów stalinizmu Lech Wałęsa, kontynuowały ją troskliwie wszystkie kolejne edycje „Kne-Sejmu” i spiskowców Okrągłego Stołu. Kiedy któryś z troglodytów stalinizmu umie­ra, media piszą: „Odszedł człowiek prawy, wielkiego serca i zasług”!

Przypomnijmy raz jeszcze najważniejszych tuzów żydo-komuny z UD, potem UW oraz ich polskich sługusów głosujących zgodnie przeciwko kolejnym próbom uczynie­nia „krzywdy” byłym oprawcom: J. Kuroń, A. Potocki, J. Taylor, A. Wielowieyski, H. Wujec, M. Balicki, A. Bober, J. Ciemniewski, J. Braun, M. Dąbrowski, W. Frasyniuk, B. Komorowski, W. Liwak, J. Meisel, P. Piskorski, T. Pokrywka, T. Szczepuła, K. Szczygielski, A. Urbanowicz, G. Wójcik, J. Zdrada.

Dlaczego od dziesięciu lat nie może zakończyć się proces morderców dziewięciu górników kopalni „Wujek”? Kpią sobie z oskarżeń, z sądu, grożą odwetem wobec świa­dków, nie stawiają się na rozprawy, kolejne składy sędziowskie kompromitują siebie i wymiar tej (nie)-sprawiedliwości.

Wstrząsająca jest lektura książki Mariana Szcześniaka: Idź i zabij. To chronologia tej tragicznej kpiny z ofiar „Wujka”, buty oskarżonych, tryumfalizmu wspólnoty esbeckich terrorystów z ich rządowo-sądowymi wspólnikami i opiekunami.

 

Dopóki nie rozpędzi się pogrobowców stalinowskiej żydo-komuny skupionej w UW, SLD, rozstawionych sztafetowe w AWS i innych kanapowych partyjkach -dopóty kaci będą drwić z ofiar, pobierać wysokie emerytury i renty za swoje zbrod­nie na narodzie polskim, a ich opiekunowie i duchowi wspólnicy będą prawić o de­mokracji, wolności, oskarżać Polaków o „ksenofobię”, „antysemityzm”, nazywać ich „palantami narodowymi”.

Obraz moralno-etyczny tzw. „elit” jest adekwatny do skutków ich działań na rzecz kasacji Państwa Polskiego. „Kne-Sejm” był zmuszony oficjalnie przyznać, że w Polsce szaleje, poza korupcją gospodarczą, tradycyjną, korupcja polityczna: w rządzie i „Kne-Sejmie” załatwia się sprawy, które potem przekładają się na konkretne decyzje, a te z kolei, na materialne. Jeden z urzędników Unii Europejskiej, oczywiście „anoni­mowy” oświadczył, że w „Kne-Sejmie” można za trzy miliony dolarów „załatwić” każdą sprawę polityczną, przeforsować ustawę preferującą interesy euroglobalizmu, Unii Europejskiej czy konkretnej korporacji. Cena: trzy miliony dolarów, ale chyba i za mniejsze sumki daje się podnieść do góry rączki większości głosujących sejmitów.

185

Za­ufanie obywateli do ludzi służb państwowych spadło do zera. Zdradzie narodowej to­warzyszą nieuchronne afery. Podczas dyskusji nad poprawkami budżetowymi, lider KPN Ojczyzna Adam Słomka oskarżył posła UW (Unii Wolnomularskiej?) S. Kracika | – sprawozdawcę Komisji Finansów (!) o malwersacje finansowe. Koalicja rządowa zdecydowała, by budżet referował nam dziś człowiek, który stoi pod znacznie większym zarzutem (…) transferu pieniędzy publicznych zagranicę, do Izraela.

Marszałek „Kne-Sejmu” Płażyński na to dictum powiedział w kuluarach, że nie dosłyszał kwestii posła Słomki. Wobec tak rażącej głuchoty Marszałka, Koło Poselskie KPN skierowało do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o rozpatrzenie sprawy posła Kra­cika (…): bezprawnych działań skutkujących utratąprzez gminę Niepołomice, blisko mi­liona złotych na rzecz banku w Izraelu.

I co? I nic. Jak zawsze w PRL-bis. Dodajmy, że Kracik, kiedy to piszę (maj 2000), jest nadal burmistrzem Niepołomic, posłem, radnym Unii Wolności, sprawozdawcą i przewodniczącym Sejmowej Komisji Finansów. Cztery ważne synekury jednocześnie, ale Kracik i tak nie jest pod tym względem rekordzistą. Kilkakrotnie więcej lukratyw­nych, przeważnie „około-bankowych” funkcji pełnił swego czasu Andrzej Olechowski.

Po dziesięciu latach nieprzerwanie ponawianych postulatów, „Kne-Sejm”. wreszcie zatwierdził ustawę uwłaszczeniową. Jakże znamienna była reakcja zwartego frontu właścicieli większości już rozgrabionego majątku narodowego, czyli żydokomuny z SLD i UW, części PSL, AWS, Unii Pracy. Odpowiedzią były histeryczne kłamstwa, przeinaczenia, oszczerstwa. Zgodnie przelały się przez prasę, radio i telewizję w ko­mentarzach, w programach informacyjnych.

Dlaczego ten wrzask? Generalnie – bo odbiera złodziejom możliwość przywłasz­czenia tego, czego Jeszcze nie zdołali ukraść, przywłaszczyć.

Ich „argumenty”:

To jest niesprawiedliwe, bo niektórzy przedtem wykupili mieszkania, a teraz inni dostają takie za darmo!

Odpowiedzmy: to będzie sprawiedliwiej, jeżeli milionom innych każe się także wykupić?

Jedni dostają za darmo mieszkania większe, inni mniejsze!

Odpowiedzmy: to dajmy wszystkim jednakowe jak w komunizmie, albo wszy­stkim sprzedajmy!7

-Biedni dostaną mieszkania, których nie będą w stanie ani utrzymać, ani remonto­wać!

Odpowiedzmy: biedni muszą płacić niezależnie od uwłaszczenia za czynsz i re­monty. Czy sprawiedliwiej będzie, jeżeli nadal będą płacić na biurokratyczne ADM-y?

A WS popiera, byłą nomenklaturę, bo właśnie oni mają największe mieszkania przydziałowe, teraz dane za darmo!

Odpowiedzmy: nomenklatura SLD – UW już dawno pobudowała sobie lu­ksusowe wille, albo wykupiła luksusowe mieszkania za grosze, jak np. J. Oleksy, I. Sekuła, Kwaśniewski i wielu,wielu innych.

l. Te kłamliwe „argumenty” demaskuje M. Sokołowski w „Głosie” z 5 VIII 2000.                            ,

186

Jak można zmuszać ludzi do wzięcia na włas­ność mieszkania w domu przeznaczonym do rozbiór­ki?

Odpowiedzmy: każdy może zrezygnować, zgodnie z ustawą, z uwłaszczenia bezpośredniego i może wybrać pośrednie a mieszkać nadal jako naje­mca. Przy okazji tow. Marek Borowski z SLD, syn Żyda Bermana, stalinowca (choć nie Jakuba!), stra­szył słuchaczy TV przyszłym podatkiem katastral­nym według logiki komunistycznej, że najlepiej nie mieć nic, jak w komunizmie, a luksusowe wille niech mają przedstawiciele klasy robotniczej!

Jedni dostaną, drudzy nie.

Odpowiedzmy: znów kłamstwo! Ustawa uwłaszcza wszystkich, bezpośrednio lub pośrednio. Nie skorzystają tylko ci, którzy już się uwłaszczyli sami – akcjami czy pieniędzmi „prywatyzowanych” (czytaj – rozkradanych) przedsiębiorstw.

Bony uwłaszczeniowe będą miały znikomą wa­rtość.

Odpowiedzmy: wartość bonu będzie wiadoma dopiero po dokładnym obliczeniu, ile osób zrezygnu­je z uwłaszczenia bezpośredniego. Co najważniejsze wartość, gdyby towarzysze z SLD i UW przedtem nie rozgrabili, nie uwłaszczyli się, nie rozkradli wspólnego majątku Narodu drogą przestępczej „prywatyzacji”. O tyle ile rozkradli, mniejszą będą mieć wartość bony uwłaszczeniowe. Według logiki złodziei i właścicieli tych resztek majątku narodowego byłoby najlepiej, gdyby im zo­stawić wolną rękę w grabieży tego co jeszcze pozostało.

Charakterystyczne, że wszystkie „argumenty” i „zarzuty” przeciwko uwłaszczeniu obracały się wokół mieszkań, tymczasem ustawa uwłaszcza ziemią byłych pracowni­ków PGR, przyznaje prawo własności rolnikom w ramach dotychczasowego tzw. wie­czystego użytkowania.

W telewizyjnym „Forum”, były minister zniekształceń własnościowych Kaczma-rek z SLD, na pytanie czy uczciwe było dotychczasowe uwłaszczenie tylko niektórych wybąkał, że „było zgodne z prawem”. Dziwne to prawo komunistów: gigantyczne for­tuny nielicznych, bieda i nędza milionów.

Jeszcze bardziej pokrętny był -jak zwykle, szef SLD Leszek Miller. Powiedział, że w referendum na temat uwłaszczenia połowa obywateli nie głosowała, czyli większość była przeciwko uwłaszczeniu. Cytowany publicysta „Głosu” przypomniał tow. Millerowi, że Kwaśniewski w głosowaniu na jego pierwszą prezydenturę uzyskał połowę licz­by głosów, ale ponad połowa w ogóle nie uczestniczyła w głosowaniu, czyli 75 proc. obywateli było przeciwko wyborowi Kwaśniewskiego, a jednak został prezydentem. Dlaczego uzyskawszy około 25 proc. głosów, mieni się „prezydentem” wszystkich Po­laków?

187

 

 

Krzepnie opór

Opór przeciwko unifikacji świata w jeden mega-kołchoz materii i ducha, napotyka coraz większy opór. Biją na alarm zwykli obywatel, na zimno analizują grozę sytuacji intelektualiści i znawcy różnych dziedzin.                                       •

Niezłomnie przestrzega przed nabrzmiałym do granic „balonem giełdowym” znany już II R – Intelligence Institute Review i biuletyn Instytutu Schillera, niemieckoję­zyczny, lecz dysponujący światowym spektrum sytuacji w tej dziedzinie. W numerze z 8 marca 2000 biuletyn publikuje pełne grozy ostrzeżenia fachowców niemieckich, , w tym ludzi tkwiących w epicentrum Unii Europejskiej i bankowości.

„Der Spiegel” na początku marca 2000 swoją publikację opatrzył zgoła dramatycznym tytułem: Hossa na giełdach: Bundesbank ostrzega przed krachem. Publikacja rekapitulowała miesięczny raport niemieckiego banku centralnego.

W lutym 2000 w podobnym duchu wypowiedział się prezes Narodowego Banku Szwajcarskiego Hans Meyer na spotkaniu Niemiecko-Szwaj carskiego Stowarzyszenia Biznesu. Oznajmił wówczas, że oczekuje poważnego spadku na giełdach światowych. Jego zdaniem, ceny na amerykańskich giełdach, akcje wielkich korporacji wzrosły do poziomu przekraczającego wszelki rozsądek. Nie posiadaj ą żadnego styku z oczeki­waniami dochodów gospodarczych tych korporacji. Jest to żonglowanie nieist­niejącymi bilionami dolarów. Kosmiczne science fiction w dziedzinie rachunku ekonomicznego i prostej matematyki. Meyer ostrzegł ponuro: poważna korekta nastąpi wkrótce, pytanie tylko – kiedy?7

Niemiecki tygodnik „Stern” w numerze z marca 2000 stawia konkretne pytania pod wymownym tytułem: Kiedy balon giełdowy pęknie? Raport posiada kilku autorów. Cy­tują ostrzeżenia prezydenta Bundesbanku Ernsta Weitke, ekonomistów z Deutsche Bank, firmy konsultingowej HSBC Trinkaus & Burkhardt, a także znanego ekonomisty Leonarda Knolla. To chyba wystarczająca lista fachowców, aby dać wiarę ich „czarno­widztwu”2.

Kholl powiedział o inwestorach i maklerach jako dyletantach, którzy po­winni być uznani za całkowicie pozbawionych kompetencji, by zajmować się takimi sprawami.

Z kolei dziennik „Berliner Morgenpost” prezentuje wywiad z przewodniczącą Sto­warzyszenia Ochrony Małych Akcjonariuszy – Anneliese Hieke. W ostrych słowach krytykowała media za publikowanie apologetycznych opowiastek o osobnikach, którzy w szybkim tempie stali się milionerami3. Media wychwalając takich hochsztaplerów starannie przy tym pomijają fakt, że w końcu 1999 roku wartość akcji 40 procent no­wych firm, spadła na giełdzie poniżej ich początkowego poziomu. To tendencja global­na – wielkie molochy działają jak walec drogowy na nowe małe i średnie firmy.

1. Omówienie biuletynu Instytutu Schillera w: „Myśl Polska”, 26 III 2000.

2. Na świecie istnieje tylko jeden „specjalista”, który jest w stanie w kilku zdaniach zdyskredytować wszelkie takie czarnowidztwo. Jest nim były „polski” minister finansów i supcr-wiccpremier Leszek Balcerowicz.

3.  Jaka szkoda, że nic zna ona niekończących się rankingów na „najbogatszych” dorobkiewiczów w Polsce, prowadzonych przez żydo-komunistyczne „Wprost”.

188                                                                  |

W świecie anglosaskim także już nie milczą obiektywnie ekonomiści. W „The Guardian”, ekonomista Lany Elliot powiedział w rozmowie z publicystą IIR coś, w co po­winniśmy się wsłuchać wyjątkowo uważnie:

(…) im dłużej giełda przeżywa bez krachu, tym gorszy będzie ten krach, kiedy w końcu nastąpi (…) trzeba doprowadzić do upadku syste­mu, nie ma innej alternatywy. Wystarczy przyjrzeć się gospodarce ame­rykańskiej, jest zupełnie pozbawiona balansu. Po pierwsze, mamy do czynienia z klasyczną bańką spekulacyjną; po drugie, obserwuje się spa­dek oszczędności społeczeństwa; po trzecie, rośnie deficyt handlowy. Tego rodzaju kombinacja nie utrzyma się długo. Pod koniec 1998 roku Gre-enspan7 posłużył się inflacją, ale jedynie przedłużył w ten sposób agonię.

Larry Elliot dodał, że Bank Rezerw Federalnych odpowiedzialny za amerykań­ski, a tym samym w dużej mierze za światowy system finansowy , będzie się starał utrzymać ten balon spekulacyjny do wyborów prezydenckich, ale nie wie, czy im się to uda.

Kiedy piszę te uwagi, jest początek kwietnia 2000: z pewnością uda im się utrzy­mać tego trupa w szafie do czasu wyborów prezydenckich. Żydomasoneria ameryka­ńska nie dopuści, aby zachwiała się kandydatura wyznaczonego przez nich George’a Busha – Juniora, syna masona George’a Busha.

Opór przeciwko idei globalizacji świata rośnie we wszystkich państwach i na wszystkich kontynentach. Niszczycielskość tej utopii wykazał już Anglik Rodney Arkinson w opublikowanej przez wyd. Retro książce: Eurofaszyzm w natarciu. W presti­żowym „The Spectator” – najstarszym brytyjskim tygodniku, John Laughand odniósł się do niedawnej frontalnej nagonki eurokratów z państw Unii Europejskiej na partię Jórga Heidera w Austrii, kiedy ta w wyniku całkowicie demokratycznych wyborów doszła do władzy.

Laughland stwierdza tam, że państwom „demokratycznym” uszedł uwadze fakt, iż Heider doszedł do władzy nie w wyniku jakiegoś zamachu stanu czy krętactw wyborczych, lecz to nie przeszkadzało euro-gaulajterom w próbach obalenia tego rządu: demokracja w ich opcji jest demokracją tylko tam i wtedy, kiedy nie kolidu­je z ich celami. Laughland uderza w istotę tego totalitaryzmu pisząc:

(…) różne związki międzynarodowych struktur, jak UE i cały melanż alfabetycznych skrótów i anonimów organizacji międzynarodowych po świecie, znajdują zastosowanie w obronie przed wszelkim wybuchem nacjonalizmu, który mógłby utrudnić biurokratom zarządzanie pla­netą.

J. Laughland wymienia „Nową Lewicę” jako stałą przyczynę zła, tego samego zła, które zapoczątkował Lenin, prekursor ludobójczego „jednoczenia narodów”, gdy mówił: Stany Zjednoczone Świata, nie tylko Europy, są związkiem państw, w których wolność narodów utożsamiamy z socjalizmem. Dopiero pełne zwycięstwo komunizmu przyniesie prawie wpełny zanik państwa, włączając również państwa demokratyczne2.

1. Żyd Allen Greenspan, główny sternik kursów dolara, przewodniczący Federal Reserye Board – Biura Rezerw Federalnych, prywatnej sitwy żydowskich bankierów i maklerów giełdowych okupujących finanse USA.

2. Tłumaczenie artykułu Johna Laughlanda w „Naszym Dzienniku” z 6 III 2000.

189

Nawiązując do tamtej, leninowskiej ludobójczej koncepcji „jednoczenia” Europy1 i świata, Laughland stwierdza:

Nowa Lewica uznała (…) iż znikanie państw narodowych będzie skuteczniej realizowane przez merkantylizm’ wielkich korporacji niż przez socjalizm państwowy2.                                               —

Laughland staje w obronie suwerenności narodów, ostrzega przed neo-komunizmem w postaci nowoczesnego agresywnego merkantylizmu, polegającego na poko­jowym (ekonomicznym) podboju państw i kontynentów.

 

Francja: Philipe Bourcier de Carbon pisze we „France Debout” ze stycznia 2000 o utopii globalizmu w kontekście francuskim3. Zaczyna od początku XX wieku, kiedy to wyrosły nieformalne pozarządowe sitwy bankierskie, które dokonały podboju poko­jowego Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Wymienia Biuro Rezerwy Federalnej. Radę Stosunków Międzynarodowych (CFR), w Anglii Królewski Instytut f Spraw Międzynarodowych (RIIA), Klub Bilderberg powstały w 1954 r., Komisję Trój­stronną 1974, od 1978 Forum Ekonomiczne w Davos. Carbon w ogromnym skrócie wy­mienia strategiczne cele tych samozwańczych ekspozytur neo-komunizmu: budowanie rządu światowego istniejącego już faktycznie choć nieformalnie, ustanowienie świato­wej waluty, światowej policji, światowej nauki i oświaty, światowej religii, a na tym tle – radykalne ograniczanie ludzkiej populacji.

W kontekście Francji de Carbon stwierdza, że jego kraj znajduje się w permanent­nej wojnie ekonomicznej z USA. Wojna jest bezpardonowa, choć nie padają trupy. Ostrzega, że Amerykanie4 chcą zdominować Europę, wykorzystać jej zasoby ludzkie w sferze nauki, kultury i wynalazczości po to, aby opanować zasoby naturalne Syberii i Afryki. Temu strategicznemu celowi służyła tzw. „dekolonizacja” Afryki. Plemiona po­zostawione tam same sobie stały się łatwym łupem korporacjonizmu, po uprzednim pogrążeniu ich w niekończących się krwawych wojnach plemiennych. W tym samym celu USA współpracuje ze światem islamskim w podburzaniu ekstremizmu islamskie­go przeciwko Słowianom. Carbon uważa, opierając się na pracy Aleksandra de Valle5, że temu celowi służyła agresja na Serbię, planowana uprzednio przez Waszyngton. Ce­lem jest wykopanie przepaści pomiędzy prawosławnymi Słowianami a Europą Zachod­nią; reislamizacja Bałkanów; wymuszenie na Unii Europejskiej przyjęcia Turcji, dzięki czemu Rosja zostanie od południa otoczona krajami muzułmańskimi. W Europie ten sam cel realizuje się przez niepohamowany napływ muzułmanów do Francji, Niemiec, Włoch6.

Australia: Jeremy Lee w książce O milenium: co powiemy dzieciom, kreśli ponury obraz upadku gospodarki australijskiej jako rezultat globalizacji.

1. Doktryna ekonomiczna z XVII i XVIII wieku uznająca, iż głównym sposobem wzbogacania kraju jest handel zamorski połączony z podbojem i rabunkiem kolonii. Zob. Słownik Wyrazów Obcych PWN, s. 467.

2. Zob.: „Opoka” pod red. prof. M. Giertycha, marzec 2000.

3. „Opoka”, op. cit.

4. Słowo: „Amerykanie” krzywdzi w tym kontekście prawie 300 milionów szarych Amerykanów. Ameryka jest pod okupacją bankicrsko-gicłdowo-korporacyjncj mafii, w olbrzymiej większości składającej się z Żydów.

5. Jego artykuł w „Apropos” z 23 V 1999, szerzej omawiany przez M. Gicrtycha w „Opoce” nr 32,

6. Tych gcostratcgicznych celów nie ukrywa Z. Brzeziński w swej książce Wielka szachownica. Niedwuznacznie opowiada się za najpierw marginalizacją, następnie za rozpadem Rosji na prowincje.

190

Poniższy cytat można z powodzeniem odnieść do współczesnej Polski: – gdyby nie australijskie realia, można go uczynić wizytówką współczesnej Polski!

Ciężko pracujący Australijczycy stoją zagubieni na polach nie-sprzedażnych owoców i warzyw, podczas gdy zagraniczne produkty są wwożone, aby zapełnić półki sklepowe kiedyś oferujące dobra australi­jskie: sok pomarańczowy z Ameryki Łacińskiej, podczas gdy australijskie cytrusy gniją na drzewach; świeże i mrożone warzywa z Azji poludniowo-wschodniej, podczas gdy Australijczycy przeorywują swoje plony z po­wrotem do ziemi; wieprzowinę z Kanady (…), ryby z Chin i Skandynawii (…). Import produktów metalowych, tekstyliów, sprzętu elektrycznego – li­sta niekończąca się (…). A równocześnie jest 56 różnych podatków na bochenku chleba, nim dotrze on do konsumenta.

Ta Australia, jak stwierdza Lee, niegdyś samowystarczalna, dziś jest dłużnikiem, własnością obcych, pionkiem na szachownicy Nowego Nieładu. Spadają pensje, rośnie bezrobocie, samobójstwa, bezdomność, choroby psychiczne, katastrofy środowiskowe. Za te plagi Jeremy Lee oskarża międzynarodówkę finansowo-korporacyjną, takie agendy jak NAFTA, GATT, WTO, Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Autor cytuje totalitarną dyrektywę z tzw. Memorandum Inicjatywy Sztokhoimskiej z 1991 roku:

Świat potrzebuje – mówi się w Memorandum – systemu sankcji, by uporać się z takimi sytuacjami, gdy kraj z jakiegokolwiek powodu nie chce się podporządkować. Oczywi­ście będzie to wymagać nowej koncepcji suwerenności.

To oczywiste: mamy tę nową koncepcję suwerenności w specjalnym artykule nie­polskiej Konstytucji A. Kwaśniewskiego i spółki; mamy praktyczną realizację tej dyre­ktywy w Serbii 1999, kiedy nie chciała dobrowolnie przystać na okupacja sił NATO -dostała bomby i rakiety.

Desperacja narodów i jednostek będzie narastać w miarę postępów nędzy i ducho­wego zniewolenia. To nieuchronne zjawisko samoobrony przed skutkami wojny wyda­nej narodom na płaszczyźnie ekonomicznej i cywilizacy|nej. Mieszanka cywilizacyjna, jak pisał gigant historiozofii i filozofii cywilizacji – prof. Feliks Koneczny w swych licznych pracach i jak to potwierdzają współcześni intelektualiści, zawsze prowadzi do antycywilizacji, do regresu, do zwycięstwa cywilizacji pogańskiej.

Sama Unia Europejska staje się wzorem socjalistycznego, marnotrawnego molo­cha z niedawnych kołchozów sowieckich. W każdej dziedzinie pogłębia się regres eko­nomiczny i socjalny w superpaństwie unijnym:

– Przebywa a nie ubywa bezrobotnych. Jest ich około dwa razy więcej niż w USA, trzy razy więcej niż w Japonii;

– Udział unijnego kołchozu państw piętnastki w handlu zagranicznym zmniejsza się, zamiast zwiększać;

– Zmniejsza się ich udział w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych;

– Średni deficyt budżetowy w państwach UE wynosi około 3 proc. PBK, gdy w USA około l proc.;

– Unia Europejska nie stosuje zasad równej konkurencji w otwarciu na transport, łączność i energetykę, co konfliktujeją głównie ze Stanami Zjednoczonymi;

191

191

 

– Protekcjonistycznie blokuje wolny handel – stałe zarzewie konfliktów z państwami spoza Unii;

– Spada udział w finansowaniu badań naukowych i ogólnego rozwoju w stosunku do takich nakładów w Japonii i USA;

– Systematycznie maleją inwestycje produkcyjne;

– Stale wzrastają koszty zatrudnienia pracowników – znów znacznie wyższe niż w USA i Japonii;

– Radośnie natomiast wzrasta armia urzędników administracji i instytucji państw Unii;

– Nadmiernie rozbudowuje się system opieki socjalnej, głównie w Niemczech i Francji — dwukrotnie kosztowniejszy niż w USA, co rzutuje na system podatkowy7.

 

Dotacje do produkcji rolnej w państwach Unii sięgają 40 proc. kosztów, a nadmiar produkcji powoduje brutalny ekspansjonizm eksportowy na wschód – kosztem głównie Polski. Ratując się przed galopującym bezrobociem, UE skraca czas pracy, ale i tak eu­ropejski sektor prywatny stracił w 25 ostatnich latach 3,5 min miejsc pracy, podczas gdy w USA i Japonii wzrosła liczba miejsc pracy, w USA o około 30 min!

 

Jakie są perspektywy tych kontrastów? Nieuchronnym skutkiem będzie krach go­spodarczy państw Unii – albo coraz brutalniejsze, gospodarcze, finansowe i polityczne „Drang nach Osten” – znów z Polską jako państwem „przyfrontowym” tego ekspansjo­nizmu. Ekonomiczna okupacja państw Europy Wschodniej jawi się jako jedyna deska ratunku, dlatego w latach 2000-2002 należy oczekiwać gwałtownych „przy­spieszeń” w inkorporacji i tak już okupowanej Polski.

 

Polskim gaulajterem tego neofaszyzmu był L. Balcerowicz i kolejne ekipy rządowo-sejmowe. Co „osiągnęły”?

– Katastrofalny wzrost zadłużenia zagranicznego;

– Utrzymujące się przez całe 10 lat dwucyfrowe bezrobocie;

– Nieprzerwany spadek wzrostu wartości polskiej waluty – tzw. aprecjacja (nadwarto-ściowanie), co dało katastrofę eksportu na tle masowego importu i tym samym gigan­tyczny deficyt w handlu zagranicznym. To wszystko – na rozkaz UE;

„Wyprodukowano” straszliwy obszar nędzy i bezrobocia oraz zacofania, co faktycznie oddaliło Polskę od Europy o całe dziesięciolecia;

– Polska ma wpłacać do europejskiego worka bez dna stały haracz wielkości 100 mi­lionów złotych dziennie!, co ustalono w tzw. umowie stowarzyszeniowej. Takiego haraczu nie płaciliśmy nawet dla faktycznego okupanta Polski, czyli dla ZSRR;

– Zlikwidowano (rozkradziono) Stocznię Gdańską, Zakłady Cegielskiego, całą polską elektronikę, przemysł węglowy, hutniczy, tekstylny, cukrowniczy, samochodowy, ce­mentowy, papierniczy, bankowość, ubezpieczenia;

– To spowodowało konieczność importu lub zakupu u obcych właścicieli do niedawna polskich zakładów – niemal wszystkiego co potrzebne do życia i funkcjonowania obywateli i państwa, nawet produktów rolnych: zbóż, ziemniaków, mleka, serów, drobiu, chmielu, węgla, bielizny, odzieży, stali, itd. Jednocześnie wzniesiono niewi­dzialny „berliński mur” dla tych samych produktów wytwarzanych jeszcze w Polsce.

l. D. Kasztelewicz: „Glos”, 25/2000.

192

 

Żydokomuna pod wodzą Millerów i Balcerowiczów wytworzyła typowo komu­nistyczny układ – nie opłaca się pracować: lekarzowi i rolnikowi, hutnikowi i górniko­wi, murarzowi i naukowcowi. Z premedytacją wykreowano warunki do rozwoju przestępczości, pijaństwa, prostytucji, narkomanii i wszechobecnej nędzy. Najstra­szliwszą ukrytą bombą z opóźnionym zapłonem jest beznadzieja młodych ludzi wchodzących w wiek dojrzały – bez pracy, bez perspektywy na mieszkanie.

 

Refleksję nad tym polskim dramatem powinniśmy poprzedzać systemowym roz­poznaniem tej wszechobecnej niszczycielskiej fali.

 

Jest to wynik świadomej, zorganizowanej inwazji neo-komunizmu pod nazwa­mi demokracji i socjaldemokracji, niepodzielnie władającej Europą zachodnią i bu­dującej te same warunki panowania komunizmu bezprzymiotnikowego. Istota tej wszechwładzy nie tkwi w tym, że główni polskojęzyczni sprawcy – Millerowie, Gere-mkowie, Kwaśniewscy, Balcerowiczowie, cała sitwa dawnego żydo-KOR, to niedaw­ne „pieszczochy komunizmu”, często synale ubeckich oprawców. Ich bezkarność, łatwość z jaką ponownie zniewolili Polskę i Polaków, bierze siłę z potężnego centrum dowodzenia zachodu, zawsze socjalistycznego, zawsze „socjaldemokratycznego”, czyli zawsze żydokomunistycznego.

 

To nie komunizm jest „wiecznie żywy”. To wiecznie żywy jest syjonistyczny eks­pansjonizm budujący Rząd Światowy.

Pisze do mnie zaprzyjaźniony Polak z pierwszej emigracji powojennej:

– Pewien mój znajomy, o szerokich kontaktach handlowych, często podróżujący po Europie, uparcie kpił z tych, którzy są przekonani o tym, że elita władzy jest opanowana przez „żydomasonerię”. Jego przyjaciel nakłonił go, aby przy następnej okazji załatwiania swych interesów wpadł do Brukseli, do władz Unii Europejskiej, zwłaszcza do tzw. Komisji Euro­pejskiej. Dał się namówić. Pobiegał po różnych urzędach i wydziałach i… zatkało go!

 

Naczelnicy i kierownicy, delegowani przez rządy wszystkich państw członkowskich, w decydującej większości są przedstawicielami jednego narodu: narodu wybranego! Jednak nie posługują się językiem he­brajskim… Odpisałem temuż znajomemu:

 

– Proszę zainspirować Pańskiego znajomego, aby przyjrzał się „pol­skim” biznesmenom, większości „polskiego” „Kne-Sejmu”, „polskiego” rządu.

 

UE — ratunek przed stryczkiem dla zdrajców

Kolejne rządy zdrady narodowej starannie synchronizuj ą wyprzedaż Polski ze spo­dziewanym terminem jej kasacji pod pretekstem „wejścia” do Unii Europejskiej. Dla nich ostatecznym terminem „wejścia” do UE jest początek 2003 roku. Każda wypo­wiedź jakiegoś brukselsko-berlińskiego mocodawcy wywołuje u nich płaczliwe wyrzu­ty w rodzaju: My się tak staramy, (tak niszczymy Polskę), a wy odsuwacie termin przyjęcia! Dowodem takiego panikarstwa było kilka wypowiedzi brukselskich eurofa-szystów nasyconych sceptycyzmem w stosunku do magicznej daty 2003 roku.

193

 

Skąd ten pośpiech? Dlaczego granica 2003 roku jest tak ważna dla polskojęzycz­nych zdrajców?

Otóż dlatego, że od końca 2002 roku wpływy z wyprzedaży majątku narodowego będą drastycznie malały, aż osiągną wielkość nie mającą praktycznego znaczenia dla równoważenia pogłębiającej się katastrofy gospodarczej i finansowej, czyli budżetowe likwidowanej Polski. Dotychczas wpływy z tzw. „prywatyzacji”, czyli wyprzedaży za bezcen naszego majątku narodowego, są przeznaczane na łatanie deficytu budżetowe­go, ale i tak nie wystarczają na pogłębiające się niedobory w finansowaniu kluczowych dziedzin. Jest to polityka grabieżcza, sabotażowa. Eurofolksdojcze zachowują się w tym procederze dokładnie tak, jak zdegenerowany rolnik wyprzedający na wódkę ko­lejne hektary, kolejne maszyny rolnicze, wreszcie – inwentarz żywy.

 

To działanie sabo­tażowe, dywersyjne, ale zuchwałość okupantów jest tak wielka, że z tych przestępstw przeciwko majątkowi narodowemu, minister E. Wąsacz uczynił cnot^ mówiąc, że wśród negatywów swojej prywatyzacji widzi i negatywy – że w 1999 roku udało mu się sprywatyzować mniej niż zamierzał! Na taką bezczelność rzuconą w twarz milionów Polaków mógł sobie pozwolić bezkarnie. Władza i pieniądze są w ich rękach. Następcy Emila Wąsacza powetują sobie to niewykonanie planu wyprzedaży w 2001 roku. „Pod młotek” pójdą najcenniejsze kęsy grabionego majątku narodowego:

już w pierwszej połowie 2000 zamierzano „sprzedawać” i sprzedano Telekomunikację Polską S.A., Powszechny Bank Kredytowy, PZU S.A. W drugiej połowie 2000 zagrani­czne hieny zawłaszczą Bank PeKaO S.A. oraz Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Tu uwaga do owych Wydawnictw – ich ranga na tle wartości poprzednio wymienionych wygląda drugorzędnie, ale to pozór – Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne wydają miliony, dziesiątki milionów egzemplarzy podręczników!

 

Dalej – handlarze kupczący nie swoim majątkiem wystawiają na sprzedaż cztery wielkie huty, Polski Koncern Naftowy i „Orbis”. Tym razem eurofolksdojcze wezmą się energiczniej za wyprzedaż energetyki, bo z tym szło im w latach poprzednich dość ospale. Elektryczność, ten krwiobieg gospodarki każdego państwa, stanie się włas­nością obcych.

 

Większość majątku narodowego ma zostać sprzedana do końca kadencji obecnego „Kne-Sejmu”, jeżeli przedwcześnie się nie rozpadnie.

 

Niezależnie od tych obiektów oficjalnie deklarowanych do „sprzedaży”, cichcem przygotowuje się grabież dziesiątków innych, o ich „sprzedaży” będą się dowiadywać tylko ich pracownicy, niekiedy naród dowie się o którymś nieco więcej, kiedy zaprote­stują załogi.

Profesor Piotr Jaroszyński zaprezentował czytelnikom „Naszego Dziennika” (22 IV 2000) zawartość pewnego rządowego dokumentu zatytułowanego: Transfer list. Co-mpanies to be privatizet throught trade sale (invitation to negotiations) and initial pub-lic offering (IPO)’. Jest to tzw. Lista transferowa zakładów przeznaczonych do prywatyzacji. Dokument nosi datę: January (styczeń) 2000. Został opracowany przez ministerstwo skarbu.

 

l. Ministry of the Treasury Department of European Integration and Foreign Relations, Warsaw.

194

 

Cala Usta oferowanych tam do wyprzedaży zakładów liczy 50 stron. Są tam wspomniane Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, fabryki mebli, zakłady przemysłu odzieżowego, budownictwo, przemysł zbrojeniowy, zakłady sprzętu komunikacyjnego, zakłady spirytusowe, uzdrowiska. Dosłownie – wszystko co najcenniejsze a jeszcze nie „sprzedane”. Profesor Jaroszyński rekapituluje tę „ofertę” jednoznacznie: Sprzedam całą Polskę wraz z ludnością! Podpisano – minister skarbu.

 

Oto lista tych „ofert”. Większość z nich miała być „sprzedana” w 80-100 procen­tach udziałów. Będą to obce przyczółki na ziemi polskiej, bez żadnego wpływu państwa na ich działalność.

– Zakłady Mechaniczne „Gorzów”,

– Lubuskie Zakłady Aparatów Elektrycznych LUMEL,

– ZREMB w Warszawie,

– Zakłady Cegielskiego w Poznaniu,

– Pomorskie Zakłady Urządzeń Okrętowych WARMIA w Grudziądzu,

– FSM w Bielsku-Białej,

– Zakłady Wyrobów Kamionkowych MARYWIL w Suchedniowie,

– Kieleckie Zakłady Przemysłu Wapienniczego Miedzianka w Piekoszowie,

– Zakłady Przemysłu Wapienniczego TRZUSKAWICA w Sitkówce koło Kielc,

– Kopalnia Węgla Kamiennego BOGDANKA koło Lublina,

– Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów,

– Kopalnia Węgla Kamiennego BUDRYK w Ormontowicach,

– Zespół Zakładów Płytek Ceramicznych w Opocznie,

– Zakłady Ceramiczne BOLESŁAWIEC,

– Zakłady Chemiczne RUDNIKI,

– Bydgoskie Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil,

– Superfosfat nad Odrą,

– Zakłady Azotowe w Tamowie-Mościcach,

– Zakłady Azotowe Puławy,

– Zakłady Azotowe Police,

– Zespól Elektrociepłowni Wrocław,

– Elektrownia im. Tadeusza Kościuszki w Połańcu,

– Elektrownia Rybnik,

– Elektrociepłownia Białystok,

– Elektrociepłownia Zielona Góra,

– Zespól Elektrociepłowni Wybrzeże,

– Elektrociepłownia Toruń,

– Górnośląski Zakład Elektroenergetyczny w Gliwicach,

– ADEXTRA w Piasecznie,

– Elektrociepłownia Tychy,

– Zakład Energetyczny Koszalin,

– Zakład Energetyczny Słupsk,

– Zakład Energetyczny Gdańsk

– Zakład Energetyczny Olsztyn,

– Elbląskie Zakłady Energetyczne,

195

 

– Zakład Energetyczny Płock,

– Zakład Energetyczny Toruń,

– Energetyka Kaliska,

– Zespól Elektrociepłowni Poznańskich,

– Elektrownia Skawina,

– Huta im. Tadeusza Sendzimira w Krakowie,

– Huta Florian w Świętochłowicach,

– Huta Cedler w Sosnowcu,

– KGHM Polska Miedź Lubin,

– Zakłady Mięsne w Dębicy,

– Zakłady Mięsne Płock,

– Zakłady Mięsne Łuków,

– Warszawskie Zakłady Mięsne Służewiec,

– Śląska Spółka Cukrowa Łosiów,

– Przedsiębiorstwo Spedycji Międzynarodowej „Hartwig” Katowice,

– Przedsiębiorstwo Zaopatrzenia Farmaceutycznego CEFARM – Warszawa,

– PHCH Chemia, Wrocław,

– Rolimpex Warszawa,

– Metalexport – Warszawa,

– TEXTILIMPEX, Łódź,

– Lubelskie Zakłady Farmaceutyczne POLFA,

– Telekomunikacja Polska,

– Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne,

– Olsztyńskie Zakłady Graficzne.

 

Jest nie do pomyślenia, aby suwerenne państwo wyzbywało się fundamentów swojej suwerenności. A troska o zabezpieczenie takiej suwerenności – w imię praw narodów – obowiązuje każdy rząd każdego państwa.

Tajemnica szczególnie zaciekłej inwazji unijnego kapitału na niektóre dziedziny przemysłowe, tkwi w nadprodukcji tych towarów w krajach Unii Europejskiej. Cały mechanizm „prywatyzacyjny” sprowadza się do dwóch etapów: po doprowadzeniu zakładu lub całej branży do bankructwa, zostaje on „sprzedany” tzw. „inwestorowi stra­tegicznemu” czyli obcemu. Etap drugi i końcowy, to drastyczne obniżenie produkcji „wykupionych” fabryk, włącznie z likwidacją niektórych. W to miejsce szerokim strumieniem wlewają się do Polski wyroby takich samych zakładów produ­kujących w krajach zachodnich. Gwałtownie rośnie więc przewaga importu nad eks­portem w skali państwa, czyli katastrofa gospodarcza na własne, samobójcze życzenie, a inaczej mówiąc – eksport zachodniego bezrobocia do Polski. Oto przykłady.

 

Hutnictwo, o którym mówi cytowana oferta polskojęzycznych sprzedawczyków, to konsekwentny ciąg dyktatu likwidacyjnego, połączonego z wyprzedażą. To wszy­stko dzieje się w ramach prac przygotowawczych („akcesyjnych”) do Unii Europej­skiej.

W pierwszych dniach stycznia 1999 roku podpisano tzw. pakiet osłon socjalnych dla wyrzucanych na bruk pracowników hut. Program był „ambitny”: 80 000 hutników na bruk!

196

 

 

Nadto, czyli w konsekwencji – zmniejszenie produkcji o siedem milionów ton. Ten niszczycielski program został przygotowany ściśle według dyrektyw bossów Unii Europejsatej i zatwierdzony przez Komisję „Europejsatą”7.

 

Trzy tygodnie później wybucha strajk okupacyjny pracowników Cementowni „Nowa Huta” w Krakowie: właściciel – turecka firma Rumeli Cimento, zwolniła 150 pracowników, a docelowo ma zwolnić 320-360. Cementownia została konsekwentnie zadłużona przez właściciela na 23 min złotych – nie płaci za energię elektryczną, więc elektrownia wyłączyła im prąd. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł działania właściciela na szkodę Skarbu Państwa, ale nie winił za to Wąsacza i jego poprzedników (zakład został „sprywatyzowany” w 1997 roku).

 

W końcu lutego Ministerstwo Gospodarki tryumfalnie doniosło, że udało mu się zredukować moce produkcyjne przemysłu stalowego o 30 proc. Ta kasacyjna akcja była reakcją na pomruki Parlamentu Europejskiego pod adresem polskojęzycznych sługusów, nakazującego im drastyczne cięcia w produkcji polskiej stali.

Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało w lipcu 1999, że pracę straci w tymże 1999 roku 10 000 osób, a w połowie sierpnia 6 000 pracowników Huty „Warszawa” złożyło do Sądu Rejonowego pozwy o wydanie im należnych akcji sprywatyzowanej Huty Lucchini. Wartość tych roszczeń wynosiła 10,3 min złotych – 15 proc. kapitału akcyjnego. Przypomnijmy: Huta „Warszawa”, jedyny producent stali szlachetnej dla przemysłu zbrojeniowego, stała się łupem obcych. Włoska grupa Lucchini przejęła 51 proc. Huty „Warszawa” za około 35 mln USD, podczas gdy znany ekonomista prof. J. Balcerek oceniał wartość Huty na 2-3 mld USD. Oprócz Huty, jej infrastruktura so­cjalna to: 400 hektarów gruntów i budynki z 1857 mieszkaniami. Wybudowanie samej Huty kosztowałoby 2-3 mld dolarów.

 

Cały tzw. aport Huty wniesiony do spółki z firmą Lucchini wyniósł 27 min dolarów; dla porównania – remont hotelu „Bristol” koszto­wał 50 mln dolarów!2

Prof. Balcerek precyzyjnie demaskował przestępczy, sabotażowy charakter tej „prywatyzacji”. Firma Lucchini zapłaciła tylko 6,1 min dolarów. Została zwolniona z podatków na siedem lat! Metr kwadratowy tych l 857 mieszkań „sprzedano” za rów­nowartość kilku biletów tramwajowych!

Roczna wartość produkcji Huty „Warszawa” wynosiła przed „prywatyzacją” około 400 milionów dolarów!

 

Przedtem doprowadzono Hutę do upadłości poprzez odmowę kredytowania. Ten sam sposób zastosowano w przypadku fabryki ciągników „Ursus” w Warszawie3.

Jak uzyskano „zgodę” załogi na prywatyzację Huty? Poprzez szantaż: jeżeli nie podpiszesz – won za bramę! Podpisało 90 proc. załogi. W skargach do ówczesnego „Kne-Sejmu” pisali m.in. o wielkim szwindlu i zbrodni stanu, o gospodarczym rozbio­rze Polski.

 

1. Zbigniew Lipiński, „Nasza Polska”, 5 I 2000. Passim.

2. Ten przestępczy „przckrct” ówczesnego ministra zniekształceń własnościowych — J. Lewandowskiego, szerzej opisałem w książce Piąty rozbiór Polski 1990-2000, wyd. Retro 1998.

3. Zob.: H. Pająk: Piąty rozbiór Polski 1990-2000.

197

 

Umowę z Lucchini podpisali min. J. Lewandowski i ówczesny min. przemysłu •i i handlu W. Niewiarowski – jak widać, polskojęzyczni, z nazwiskami dobrze dobranymi na „ski”.

Powróćmy na obecny etap zagłady polskiego hutnictwa.

Z początkiem września 1999 Unia Europejski zażądała dalszej redukcji produkcji że­laza w Polsce: do 11,6 min ton stali surowej i 9 min ton wyrobów gotowych. Kilka lat wcześniej produkcja polskiej stali wynosiła 17 min ton. Z chwilą dojścia do głosu sługu­sów Unii Europejsatej, zaczęła gwałtownie maleć, aż do akceptacji tego ostatniego dykta­tu brukselskich eurofaszystów. To oznacza dalsze zwolnienia dziesiątków tysięcy hutników, a koszty tych zwolnień szacuje się na 232 min złotych. Do 2001 roku, a więc za rok od czasu kiedy to piszę, polskie kolejne edycje nie-rządu i „Kne-Sejmu” doprowadzą do całkowitej „prywatyzacji” polskiego hutnictwa, co potwierdza wyszczególniona wy­żej lista w utajnionych przed narodem zakładów przeznaczonych do „prywatyzacji”.

 

Niszczenie przemysłu zbrojeniowego wyczerpuje wszystkie znamiona oficjalnej

— militarnej dywersji i sabotażu przeciwko bezpieczeństwu państwa polskiego. Za­częło się niemal po wyjściu spiskowców z narad Okrągłego Stołu – permanentne roz­brajanie Polski. Najpierw wpuszczano do zakładów zbrojeniowych całe kohorty zachodnich „ekspertów”, co skłoniło pewnego anonimowego pracownika jeszcze wów­czas polskiego a nie NATO-wskiego wywiadu, do sarkastycznego stwierdzenia:

 

Zachód nie musi dziś mieć ani jednego rezydenta wywiadu gospodar­czego. Sami dostarczamy im dane, które powinny należeć do najściślej strzeżonych tajemnic7.

Amerykański generał Colin Powell2 wizytujący nasze zakłady zbrojeniowe powie­dział butnie i cynicznie:

Należy porzucić wszelką nadzieję na uratowanie polskiego prze­mysłu zbrojeniowego. Warn nie jest on potrzebny, od nas dostaniecie wszystko3.

Inwazja zachodniego i amerykańskiego lobby zbrój eniowo-gospodarczego doty­czyła:

— Około 3 400 przedsiębiorstw około zbrojeniowych, kooperujących z przemysłem ob­ronnym;

– Około 700 zakładów cywilnych przygotowanych do przestawienia ich produkcji z cywilnej na zbrojeniowa w przypadku wojny;

– 82 przedsiębiorstw o statusie zakładu zbrojeniowego, objętych ścisłą tajemnicą wo­jskową;

— około 600 zakładów kooperujących z nimi w profilu zbrojeniowym;

– 10 ośrodków badawczo-rozwojowych, stojących na wysokim poziomie naukowym i wdrożeniowym, bo stanowiących integralną część byłego sowieckiego, potężnego przemysłu zbrojeniowego.

 

1. „Nasza Polska”, 2 XI 1995.

2. Tamże. Gen. Colin Powells (ciemnoskóry) – były szef łączności połączonych sztabów i głównodowodzący wojskami inwazyjnymi w Zatoce Perskiej. Wojnę proklamował G. Bush-Scnior, więc Powells mocno gardłował na konwencji republikanów (sierpień 2000) za nominacją synala G. Buska-Juniora.

3. Zob.: „Nasz Dziennik” 7 VIII 2000.

198

 

 

Polscy zdrajcy przekazali NATO i Amerykanom pełny spis naszych zakładów, ich profile i zdolności produkcyjne. Nadano temu dokumentowi zdrady stanu tytuł umowy jako „Raport zespołu Totta”. Potem następowały kolejne akty zdrady polskiej racji stanu przez prezydenta Wałęsę, który podczas wizyty w USA, na skutek nacisków żydowskiego lobby, doprowadził do zerwania kontraktu na sprzedaż do Pakistanu 100 czołgów T-72M – w czasie, kiedy ich setki stały na placu fabrycznym w Łabędach. Ten­że Wałęsa, ciągle w roli prezydenta, podczas wizyty w Izraelu spowodował zerwanie kontraktu na sprzedaż 300 tych czołgów do Syrii.

199

 

Skala służalczej nadgorliwości prze­kraczała wszelkie granice sabotażu. K-iedy ONZ-owska lista państw objętych embar­giem na dostawy broni wymieniała tylko cztery państwa, to ówczesny minister spraw zagranicznych (antypolskich) – K.. Skubiszewski, nadgorliwie rozszerzył tę listę do 12 państw.

Trwał permanentny demontaż przemysłu zbrojeniowego, zapędzanie zakładów w zaprogramowane zadłużenia, zdrada tajemnic wojskowych.

Zakłady w Mielcu stały się symbolem tej dywersji, ale i także desperackiego oporu załogi zagrożonej bezrobociem. Do nich dołączały następne „zbrojeniówki”. Radykalizacja postaw i strajków postępowała wraz z dalszą pauperyzacją rodzin pracowników zakładów zbrojeniowych. To było widmo głodu, nędzy, beznadziei.

W styczniu 1999 roku pracownicy radomskiego „Łucznika” nie otrzymali nawet poborów za grudzień 1998. Dwa tygodnie później dwaj „nasi” polskojęzyczni ministro­wie „obrony” – L. Komołowski i R. Szeremietiew zjawili się u protestującej załogi „Mielca”. Obiecywali 7,5 mln złotych na badania kwalifikacyjne samolotu „Iryda” –nadziei zakładu na przetrwanie czasów dywersji i sabotażu.

W lutym 1999 w rozmowach rządu z przedstawicielami przemysłu zbrojeniowego ustalono „restrukturyzację” przemysłu obronnego. Na 34 spółki tej branży, 22 wyzna­czono do „sprzedaży”. Do zwolnień ma się przygotowywać około 17 000 pracowników. Cztery dni później wybucha jednogodzinny strajk załogi „Mielca”. Zarzucają dyrekcji bierność, rządowi niedotrzymanie obietnicy badań nad „Irydą” oraz leasingu samolo­tów „Bryza” dla Marynarki Wojennej.

 

Przechodzi w obce ręce fabryka czołgów „Bumar-Łabędy”. Wkracza tam firma MAK-System GmbH – filia słynnego Rheinmetalla.

Trzy dni później – 5 marca „Mie­lec” zostaje postawiony w stan upadłości. Komitet strajkowy musiał wyrazić na to zgo­dę pod szantażem: jeżeli nie będzie zgody, zwalniani nie otrzymają świadczeń! Dwa tygodnie później oficjalnie ogłasza się „upadłość” zakładu mieleckiego. W ostatnim dniu marca 1999 minister E. Wąsacz odwołał dyrektora WSK „PZL-Gorczyce”. Powód — rzekome spowolnienie tempa „prywatyzacji”.

Dalsze etapy wojny o przemysł wojenny,1

6.04. Strajk ostrzegawczy Zakładów Metalowych „Łucznik”. Pracow­nicy żądają zamówień rządowych na sumę 15-20 min zł oraz wypłatę za­ległych poborów (26.03. otrzymali po 150 zł zaliczki na poczet wypłaty lutowej!).

7.04. Pierwszy z serii publicznych protestów w Warszawie pracowni­ków przemysłu zbrojeniowego. W „Łuczniku” wstrzymano produkcję polskiego pistoletu MAG, z zamiarem produkcji niemieckiego „Walthera”.

8.04. Ciąg dalszy protestów „Łucznika”. Załoga domaga się zrealizo­wania obietnic rządowych – zamówienia 15 tyś. szt. karabinku „Beryl” i

1000 szt. pistoletu maszynowego „Glauberyt”.

13.04. Ministerstwo Skarbu Państwa zapowiedziało sprzedaż pakie­tów większościowych akcji 6 zakładów zbrojeniowych.

 

l. „NP”l.cit.

200

 

19.04. Pogotowie strajkowe w 30 zakładach przemysłu zbrojeniowe­go. Załogi żądają: ogłoszenia przetargu na zakup samolotu wielozadanio­wego, transportera opancerzonego, śmigłowca bojowego oraz oddłużenia fabryk. Sekcja Krajowa Przemysłu Zbrojeniowego i Lotniczego NSZZ „Solidarność” wycofuje swoje poparcie dla „restrukturyzacji” i „pry­watyzacji” sektora obronnego, ponieważ brak gwarancji na zachowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego.

5.05. Strajk i demonstracje pracowników „zbrójeniówki” przed MON w Warszawie. Początek serii protestów ulicznych.

16.05. Pracownicy „Łucznika” przeprowadzają kilkudniowy protest w Warszawie.

24.06. Policja rozpędza demonstrację, strzelając z kuł gumowych. W czasie strzelaniny traci oko fotoreporter „Naszego Dziennika”.

8.07. Minister ON Janusz Onyszkiewicz zadeklarował zakup 5 tyś. szt. karabinku „Beryl”. NSZZ „S” „Łucznika” uważa tę ofertę za niewysta­rczającą. Domaga się przekazania starych pistoletów maszynowych AK-47, które po modernizacji można korzystnie sprzedać za granicę.

4.08. Według prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu Arkadiusza Krę­żla, „restrukturyzacja” 6 zakładów zbrojeniowych wymaga l mld zł. Re­sztę powinni dostarczyć zagraniczni inwestorzy oraz budżet państwa -twierdzi Krężel.

Obelżywe kłamstwo żydo-komunistycznego „Wprost”: pod tym zdjęciem strajkujących robotników dało pod­pis: Związkowcy „Solidarności” walczą o polityczne konfitury (fot: T.Gzell/PAP). Redaktor naczelny „Wprost” jadł polityczne konfitury w stołówce KC PZPR, teraz jada z ręki bossów żydokomuny z SLD-UW. Ci na zdjęciu walczą o chleb i biologiczne przetrwanie.

201

 

Dywersja w górnictwie prowadzona przez eurofolksdojczy trwa już od ponad pię­ciu lat, a nasila się z każdym następnym. W wydanej w 1998 roku książce Piąty rozbiór Polski 1990-2000 (pisanej w 1997 r.) informowałem Czytelników, że w 1986 roku, a więc na trzy lata przed oszukańczym Okrągłym Stołem, Bank Światowy zalecił jeszcze jawnie komunistycznej dyktaturze w Polsce – całkowitą likwidację eksportu polskie­go węgla, choć nie istniały wtedy jeszcze żadne przesłanki jego rzekomej nieopłacalno­ści, a był przecież głównym filarem polskiego eksportu.

 

Po Okrągłym Stole, będącym spiskiem żydokomuny spod znaku KOR, sterowane­go przez zachodnią oligarchię pieniądza i polityki, rozpoczęła się metodyczna inwazja kłamstw i dezinformacji w sprawie polskiego górnictwa. Jej „strategicznym” celem l było przekonanie zdezorientowanego narodu, iż wydobycie węgla kamiennego w Polsce jest nieopłacalne, a przeciętny podatnik wręcz dopłaca do tego molocha. Należy zatem drastycznie ograniczyć wydobycie, zamknąć dziesiątki kopalni, zwo­lnić około 100 000 górników. Głosy prawdy, argumenty uczciwych propolskich ekono­mistów były dyskredytowane w zmasowanym ogniu propagandy polskojęzycznych mediów.

 

Mechanizm niszczenia górnictwa był ten sam, jaki stosowano przy niszczeniu in­nych branż polskiego przemysłu – odmowa kredytowania a jednocześnie ściąganie wy­sokiego haraczu z każdej tony eksportowanej. Na skutki nie czekano długo. Już w 1998 roku dług resortu górnictwa zamykał się kwotą około 13 mld złotych. Nad powodami tego gwałtownego regresu finansowego żydo-media rozciągnęły szczelną zasłonę milczenia i kłamstwa.

 

I znów – głównym niszczycielem okazał się L. Balcerowicz. W jego „programie restrukturyzacji”, górnictwu powierzono zadanie tzw. „kotwicy inflacji”. Wykonanie tej dyrektywy było sabotażowe: l stycznia 1990 roku rząd zamroził i zarządził utrzy­manie stałych cen węgla, przy jednoczesnym uwolnieniu cen w innych dziedzinach gospodarki7. Była to pętla powolnej agonii. To właśnie od tego momentu wydoby­cie węgla stało się „nieopłacalne”, ze stale przyśpieszającą nieopłacalnością i’takim też tempem wzrostu zadłużenia górnictwa.

 

Tylko lektura specjalistycznych, wówczas jeszcze niezależnych publikacji pozwalała nielicznym Polakom dowiedzieć się, że w 1990 roku koszt wydobycia tony polskiego węgla wynosił 20 dolarów, to za tonę wyeksportowaną otrzymywano 50 dolarów. Co z różnicą pomiędzy 20 a 50? W związki z tym, że eksport był bardzo opłacalny, a tym samym mord na górnictwie przedłużali);

się w nieskończoność, Balcerowicz wprowadził nigdzie na świecie nie spotykany po datek eksportowy w wysokości 80 proc. wartości eksportowej ceny węgla. W rezulta cię, Ministerstwo Finansów zabierało 40 dolarów, a kopalni zostawało 10 dolarów.

 

W ten oto dywersyjny, sabotażowy sposób uruchomiono proces lawinoweg „zadłużania” kopalń i całego górnictwa. Kopalnie zostały więc zmuszone do zaciągani kredytów. Tu jednak czekała je kolejna gilotyna – 400 procent w skali roku! To szablo — tak samo gwałtownie, z miesiąca na miesiąc uczyniono bankrutami wiele kluczowyc zakładów innych branż. Były państwowe, kredytowane przez państwo: nagle procent od kredytów podniesiono do 300-400!

l. Zob. m.in.: mgr inż. Jan Olszowski: Polityka fiskalna wobec górnictwa węgla kamiennego (Górnicza Iz Przemysiowo-Handlowa, 1998).

202

 

W tym samym czasie zagraniczne hieny, owe „podmioty strategiczne” otrzymywały zakłady niemal za darmo, za już narosłe zadłuże­nia, a po łaskawym ich przejęciu za bezcen, były zwalniane na 3-5 lat z podatków.

W 1992 roku „zadłużenie” górnictwa wyniosło 22 biliony starych złotych i lawino­wo nadal rosło.

Ale tego było mało sabotażystom. Narzucono energetyce niskie ceny węgla, za­wsze według zasady: ceny dla odbiorców energetyki niższe od kosztów wydobycia. W 1997 roku tona węgla dla energetyki kosztowała 32 dolary, a importowanego – tylko 27 dolarów. Wniosek prosty: zlikwidować „nieopłacalne” wydobycie, przejść na bar­dziej „opłacalny” import. Dzięki temu sabotaźyści rzadowo-sejmowi osiągnęli dwa skutki: przyśpieszyli bankructwo górnictwa, a jednocześnie „wypracowali” ogromne zyski w energetyce, która stała się łakomym kęsem dla zagranicznych korporacji.

 

Górnictwo ratowało się systematycznym zwiększaniem cen węgła dla odbiorców prywatnych. Dziś wiadomo – za tonę węgla pierwszego gatunku trzeba prywatnie zapłacić około 100 dolarów. Ale nie są to dolary kopalni. Większość z tej setki zabie­rają pośrednicy — spółki nomenklaturowe, pasożyty toczące jak rak chory organizm gór­nictwa.

 

Nie próżnowała nasza „złota Hania”, czyli Hanna Gronkiewicz-Waltz, eurofolks-dojczka usadowiona przez eurokratów brukselskich na fotelu prezesa NBP. Na ich pole­cenie przez szereg lat obniżała wartość dolara w stosunku do złotówki. Na dystansie 1990-1997 złotówka została nadwartościowana w stosunku do dolara o 180 proc. Ktoś powie, że Walz nie odpowiadała za lata 1990-1993. Tak – ale odpowiadała ta sama żydokomunistyczna sitwa kolejnych edycji „rządu” i „Kne-Sejmu”, z Balcerowiczem zawsze niewymienialnym, zawsze nietykalnym. Dwoje tych polskojęzycznych „komi­sarzy ludowych” narzuconych Polsce przez neo-euro-faszyzm, czyli Balcerowicz i „pani Hania”, słusznie więc zostali laureatami prestiżowych nagród pism „Euro-money” i „Global Finance” w kategorii „najlepszych” ministrów finansów i „najlepszych” prezesów banków narodowych7.

 

W uzasadnieniu nagród posłużono się szyderczym kłamstwem, które odtąd wbija się do głów Polaków niemal codziennie: „Polska gospodarka jest zaliczana do najszyb­ciej rozwijających się gospodarek świata” – tak to formułował wiceprezes Banku Światowego – Johannes Link.

 

Eksperci Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej ustalili: w latach 1990-1997 na arbitralnej, niszczycielskiej polityce cenowej wobec polskiego górnictwa, polskojęzy­czni niszczyciele z Ministerstwa Finansów, pod wodzą głównie L. Balcerowicza, wy­dusili z górnictwa haracz w wysokości 26,8 miliardów nowych złotych!

 

W tym samym czasie budżet państwa przekazał dla górnictwa zaledwie 6,7 mld złotych. Niszczycielski zysk, to 20,3 mld złotych. Przy sprzyjającej polityce cenowej wobec tej złotej dożynanej kury, zysk górnictwa powinien był zamknąć się kwotą około 7 miliardów, a w rzeczywistości zamknął się deficytem 13 miliardów.

 

W nakazach Banku Światowego z 1991 roku, rozpoczęto likwidację około 60 ko­palni. Do wykonania dyrektywy polskojęzyczni sabotaźyści zabrali się z godną podziwu gorliwością i konsekwencją.

 

1: fryumtalńie o tym poinformowały otępiałych Polaków „TelAwizyjne” „Wiadomości” z 5 pażdziermka 1998 roku.

203

Oczywiście, to generowało coraz większe protesty pauperyzowanych załóg górniczych, wzmagało desperację. Od 1998 roku na Śląsku wrze od protestów, strajków okupacyjnych, głodówek w kopalniach. Bez skutku. Oku­pant jest bezlitosny.

Oto chronologia tej nowej klęski wrześniowej, tym razem z 1999 roku, ustalona przez cytowanego publicystę „Naszej Polski”7:

 

4.01. Związek Zawodowy „Kontra” kieruje do NIK wniosek o zbada­nie rządowego programu reformy górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 1998-2002. Związek zarzuca programowi, że brak w nim rzetelnej analizy opłacalności eksportu węgla kamiennego, założono wypieranie węgla z bilansu paliwowo-energetycznego oraz nieuzasadnione ekonomi­cznie i społecznie zamykanie kopalń. Według „Kontry”, program ten jest również sprzeczny z kodeksem handlowym, który zabrania działań na szkodę własnego przedsiębiorstwa.

5.01. Rozpoczyna się długotrwały protest górników przeciw „restru­kturyzacji” przemysłu węglowego.

12.01. ZZ „Kontra” informuje, że „restrukturyzacja” górnictwa zakłada do 2003 r. likwidację 105 tyś. miejsc pracy i zamknięcie 28 ko­palń. Do 2012 roku ma być zwolnionych z górnictwa dalszych 204 tyś. pracowników.

14.01. Demonstracja 2000 górników przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach przeciw antyspołecznej polityce rządu. Wojewoda Marek Kempski (z AWS) nie wyszedł do górników.

17.01. Wiceminister gospodarki Janusz Szlązak informuje, że doty­chczas w górnictwie zatrudnienie zostało zmniejszone o 37 tyś. osób.

31.03. Wzmocnienie protestów górniczych z powodu braku rozmów z rządem.

18.04. 25 kopalń przewidziano do likwidacji. 26.05. Po zablokowaniu przez górników torów kolejowych na Śląsku dochodzi do porozumienia z rządem. Władze przeznaczają na pakiet socja­lny dla górników 400 min zł.

30.07. Protest przeciw likwidacji KWK „Siersza” w Trzebini (1637 zatrudnionych).

8.08. Rada Nadzorcza Nadwiślańskiej Spółki Węglowej w Tychach zadecydowała o likwidacji KWK „Siersza”.

17.08. Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów pod przewodnictwem wicepremiera Leszka Balcerowicza domaga się przyspieszenia likwidacji kopalń i zwolnienia dodatkowo 10 tyś. górników.

 

 

„Nasze banki, wasze ulice” – tak należy uaktualnić przedwojenne żydowskie po­rzekadło; „Wasze ulice, nasze kamienice”. Ta zamiana przedwojennych kamienic na banki trwa od czasu Okrągłego Stołu. Dokładnie opisałem ten „skok stulecia” na naro­dowe finanse Polaków w Piątym rozbiorze Polski… Przedstawiłem tam przekręty w Banku Inicjatyw Gospodarczych, Kredyt Banku S.A., w Banku Handlowym, Banku Śląskim, Banku Gospodarki Żywnościowej, Agro-Banku, a także słynny rabunek narodowych finansów w ramach tzw. Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.

1. Zbigniew Lipiński, 5 I 2000, op. cit. 204

Trzy następne lata przyniosły dalsze zawłaszczanie polskiej bankowości przez „podmioty” zagraniczne, upadłość Banku Staropolskiego i sabotażowe wyzbywanie się strategicz­nego wpływu państwa na jego finansowy krwiobieg.

 

Winni tych afer przebywają nie tylko na wolności, lecz nadal zajmują eksponowa­ne stanowiska w bankowości, występują w mediach w roli ekspertów, autorytetów fi­nansowych. Słynny oszust Bogusław Bagsik, winny okradzenia finansów Polski na wiele milionów dolarów, po pobycie w areszcie został wypuszczony na wolność, udzie­la wywiadów, doradza, wykupił większościowy pakiet Kurowskich Zakładów Futrzar­skich i natychmiast stał się obiektem kontroli NIK., która stwierdziła, że zamówienie kurtek dla polskich lotników zostało wycenione prawie trzykrotnie wyżej niż wynosiły koszty7.

 

Zagraniczni akcjonariusze przejmują polskie banki dla krociowych zysków, bo­wiem ich polskojęzyczni pobratymcy sterujący tym procederem, stwarzają im maksy­malnie korzystne warunki. Ze sprzedaży sektora bankowego rządowa sitwa uzyskuje kolejne setki milionów dolarów na łatanie coraz większych dziur budżetowych. O przyszłość się nie martwią- aby tylko dotrwać do 2003 roku – do piątego rozbioru Polski pod nazwą „wejścia” do Unii Europejskiej.

 

Na tę inwazję, złotousta „pani Hania” ma poetycką odpowiedź:

Rwącej rzeki nie możemy zatrzymać, możemy się skupić jedynie na umacnianiu brzegów, aby nas nie zalała tak odpowiadała na pytanie o jej stosunek do nasilającej się ekspansji kapitału obcego na polski system bankowy.

 

Pod naciskiem zachodnich „doradców”, z polskiego prawa bankowego został usu­nięty zapis uzależniający otwarcie na zagraniczny kapitał od potrzeb gospodarki narodowej. Istniejąca tzw. Komisja Nadzoru Bankowego może odtąd badać tylko wia­rygodność akcjonariusza i gwarancję dla bezpieczeństwa depozytów – interes gospo­darki narodowej nie jest już brany pod uwagę.

 

Komisja idzie jeszcze dalej – z reguły zgadza się na każdy dyktat, zatwierdza każde warunki. Na zarzuty odpowiada się językiem „pani Hani” i geniusza Balcerowicza: rze­ka płynie, na nic zdadzą się grymasy, wszystko idzie ku unifikacji unijnej.

 

Dziwna to unifikacja, skoro w krajach Unii obowiązują odmienne reguły. Kraje te przez dziesięciolecia chroniły swój ą bankowość przed kapitałem zagranicznym, nie do pomyślenia jest u nich, aby obcy kapitał zdominował strategię finansową państwa. Z reguły udział kapitału zagranicznego w bankach tych krajów nie przekracza kilkuna­stu procent. Nawet obecnie państwa te dostosowuj ą wspólnotowe przepisy do własnych interesów. Przykładem bankowość niemiecka. Niemiecki nadzór bankowy odrzuca możliwość większościowego udziału kapitału zagranicznego w bankach niemiec­kich. „Nasi” eurofolksdojcze zalecają coś całkiem odwrotnego. W Niemczech szcze­gółowo analizuje się takie operacje bankowe, które grożą przekazaniem do „banku-matki” najcenniejszych operacji finansowych. Są to wewnętrzne, niemieckie regulacje. Nie stoją one w sprzeczności z prawem unijnym, nie są więc kwestiono­wane przez bossów UE. Ale na taką samodzielność mogą sobie pozwolić tylko wielcy członkowie tej euro-sitwy.

l. Szerzej – w innym rozdziale.

205

 

Krajom ekonomicznie podbijanym przez UE, nie pozwala się na obronę własnej bankowości. Na zachodzie zachowały się liczne banki lokalne działające w pewnych strefach sektorowych, regionalnych, zawodowych – obsługująje i nie kolidują z głównym nurtem narodowej bankowości. Nie są narażone na przejęcie przez globalizujące się giganty bankowe. Mają klientelę i nie grozi im totalna „globalizacja”, w tym również zniewolenie przez internetowy system operacji bankowych.

 

Kolejna sabotażowa sprzeczność polskiej bankowości na tle zachodniej, to sprawa tzw. akcjonariatu rozproszonego. Minister E. Wąsacz określił go jako „kosztowną uto­pię”7 , rzekomo bowiem prowadzi do niekontrolowanego przejęcia. Tę troskę – zauważ­my, wyraził człowiek ubolewający nad tym, że w 1999 roku nie udało mu się „sprywatyzować” tyle ile zamierzał!

Tymczasem, w bankach zachodnich akcjonariat rozproszony jest powszechnie praktykowany i wręcz przeciwnie – jego rozprosze­nie utrudnia jednemu inwestorowi przejęcie kontroli nad bankiem. Banki niemiec­kie zwierają szeregi w swoim gronie, a nie łączą się z obcymi. Tak połączyły się Deutsche Bank i Dresdner Bank. Będą dysponować kapitałem łącznym wielkości około biliona dolarów.

 

I tu warto powrócić do owej przenośni o rwącej rzece, czyli o rzekomej nieuchron­ności zalania polskiej bankowości przez kapitał obcy. Gdy połączyły się wspomniane dwa niemieckie giganty, to ich łączny kapitał wyniósł tylko jeden bilion dolarów: tym­czasem kapitał pozostający w jeszcze nie przehandlowanych polskich bankach, szacuje się na osiem bilionów dolarów! Gdyby nasi eurofolksdojcze myśleli kategoriami inte­resu narodowego, to by dążyli do takiego właśnie zwarcia szyku. Wówczas polska ujed­nolicona bankowość byłaby gigantem nawet wobec połączonych zasobów dwóch niemieckich gigantów!

 

Przewodniczącą wspomnianej Komisji Nadzoru Bankowego jest… no właśnie -pani Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wcale nie niepokoi jej fakt, że kapitał zagraniczny posiada już w „polskich” bankach 70 proc. udziału.2

 

„Pani Hania” wyjaśnia: Kapitał podąża z kraju do kraju za zyskiem, to on decyduje, a nie element narodowy. Dlatego właśnie pieniądze depozytariuszy mogą zostać w każ­dej chwili przeniesione w dowolny zakątek globu i tam zainwestowane.

 

Jest to pouczający przykład zakłamania i nieprawdy. Inne państwa, w tym potę­gi gospodarczo-finansowe, dbają o własny „element narodowy” w bankowości, sta­wiając tamy inwazji na ich bankowość na określonych szczeblach – o tym Gronkiewicz-Waltz „zapomina”. Można więc – jej zdaniem, wydrenować (wydrelować) jak wiśnię cały system bankowy, wywieźć finanse za granicę i jest to jej zda­niem normalne, bo pieniądzem rządzi niekontrolowany przepływ. Nie wyjaśnia, dlaczego to polskimi bankami tak namiętnie interesują się banki obce, tak zaciekle je wykupują. Czy to bezinteresowny altruizm?

 

Waltz podobnie wyjaśnia powody, dla których polskie banki nie mogą obsługiwać polskiej gospodarki, zwłaszcza jej zadłużonych segmentów, takich zwłaszcza jak górnictwo.

 

1. Małgorzata Gross: „Nasz Dziennik”, 14 marca 2000.

2. Wyprzedzają nas pod tym względem tylko Węgrzy

okupanci tego kraju przehandlowali już 85 proc. Kapitału

węgierskiego.

206

 

Powód: nadzór bankowy me może banków do tego skłaniać, ponieważ taki bank mógłby zbankrutować, a klienci by stracili depozyty. Tymczasem Bank Staropolski ani myślał wspierać górnictwa a jednak zbankrutował – tu już nie doczekaliśmy się wyjaśnień – dlaczego zbankrutował.

 

Pojawia się więc rezolutne pytanie: jeżeli banki zachodnie nie będą finansować polskiego, dogorywającego górnictwa, wyniszczonego hutnictwa, domierającego rolni­ctwa, sparaliżowanego przemysłu obronnego – to w takim razie po co się do nas tak pchają drzwiami i oknami?

Pani prezes ciągnie swą frywolną poetykę: pytanie, co robić aby zatrzymać męia1. I odpowiada – zatrzymaniu męża, czyli kapitału, służyć ma obniżanie podatków, ko­sztów pracy i dobra infrastruktura.

 

Obniżanie podatków jest możliwe tylko przy dynamicznie rozwijającej się gospo­darce, a polska gospodarka właśnie była przez lata „zwijana” przez sitwę Balcero-Walt-zową. Miliony ludzi jest głodnych, bezrobocie sięga 15 proc., brakuje pieniędzy dosłownie na wszystko, od górnictwa po hutnictwo, na wymiar (nie-) sprawiedliwości pod wodzą „Hani-bis” czyli Suchockiej; na wojsko, policję, szkolnictwo, lecznictwo, na pomoc społeczną, a naród jest pozbawiany własności narodowej i jest najemnikiem obcych w jego własnym kraju.

 

Globalizacja wymusza obniżenie kosztów pracy, jest to bowiem kapitalizm do po­tęgi, kapitalizm dziki, drapieżny, bezlitosny, ten z polowy XIX wieku, tylko dosko­nale zorganizowany w jeden światowy system wyzysku. Ofiarą stałego obniżenia kosztów pracy jest zbiorowisko ludzkich robotów, którym odmawia się dostępu do kształcenia, wypoczynku, kultury, godziwego mieszkania, wyżywienia.

 

Znów pójdziemy po naukę do banków niemieckich, tych samych, które tak zajadle wykupują nasze banki. Banki niemieckie udzielają preferencji kredytowych dla tych inwestorów, którzy usługi lub inwestycje zamawiają u innych klientów tego banku. W ten sposób rozwija się bank i cała narodowa niemiecka gospodarka. Ta sama zasada będzie przez nie stosowana w polskich bankach przez Niemców wykupio­nych – korzystać będą tylko niemieccy inwestorzy, niemieccy klienci tego już nie­mieckiego banku z siedzibą w byłej Polsce!

 

I znów pytanie – dlaczego się do nas tak pchają? Proste: mają nie tylko udział w zyskach banków, ale przede wszystkim przechwytują -za psie pieniądze, nasz rynek finansowy. I dlatego, że tzw. międzynarodowe podmioty gospodarcze, w ramach globalizacji świata przejmują kontrolę nad polską gospodarką, a przejąwszy ją – zrobią z nią wszystko co zechcą, czyli potraktuj ą ją jak teren nowej kolonii.

 

Co zyskujemy z wyprzedaży banków? Tylko przedłużanie agonii – pieniądze na łatanie coraz większych dziur w kadłubie tonącej Polski.

 

Jest też szerszy kontekst tego globalnego procederu: uczynienie z globalnej konku­rencji i zysku fetysza, jedynego wyznacznika sukcesu, staje się zagrożeniem dla bytu wielu narodów, dla ich wolności, dla wolności jednostek, słowem – totalitaryzmem na skalę, przy której hitlerowski socjalizm narodowy i lenino-stalinowski bolszewizm, były jedynie lokalnymi incydentami.

l. „Nasz Dziennik”, op. cit.

 

207

Próby oporu polskich patriotów nie zdają się na nic w warunkach pełnej okupacji kraju przez eurofolksdojczy. Oto niektóre z takich prób podejmowane w 1999 roku:

 

– W lutym 1999 Patriotyczny Ruch Ojczyzna zażądał od ministra W. Wąsacza i wice­premiera Balcerowicza – informacji o przejęciu przez Deutsche Bank udziałów w polskich bankach i firmach ubezpieczeniowych. Dodatkowo informowali ich, że Deutsche Bank pół wieku temu finansował budowę mordowni Auschwitz.

– W marcu Bank Własności Pracowniczej S.A. w Gdańsku został przejęty przez duński Unibank AS. Kupił akcje za 17,3 min złotych: kolejny „sukces” Wąsacza i sitwy.

– Połowa marca: lider ZChN Marian Piłka, w petycji do ministra Wąsacza protestuje przeciwko wyprzedaży banków, które już w 48 procentach są w rękach kapitału ob­cego.

– Czerwiec: włoskie konsorcjum Unicredito Italiano S.P.A. oraz niemiecki Allianz AG, wykupiły 52,09 proc. kapitału akcyjnego Banku Polska Kasa Opieki S.A.

– Czerwiec: irlandzki Allied Irish Banks połknął 80 proc. akcji Banku Zachodniego za 582 min USD: „sukces” Wąsacza i zmniejszenie o kilka milimetrów wyrwy w kadłubie tonącej Polski.

 

– Lipiec: „Kne-Sejm” akceptuje umowę między Europejskim Bankiem Inwestycyj­nym a Polską, czyli między polskimi eurofolksdoj czarni a ich brukselskimi panami. EBI zyskał prawo do:

– emisji obligacji złotówkowych;

– możliwości gromadzenia polskiego kapitału;                               – wyłączenia go spod nadzoru NBP;

– ich pracownicy korzystają z immunitetu dyplomatycznego;7

– nie płaci cła przy transferze kapitału za granicę;

– może nabywać bez ograniczeń nieruchomości na terenie Polski;

– nie podlega polskiej jurysdykcji;

– praktycznie posiada przywileje eksterytorialne;

– Sierpień: Bayerische Hypo und Yereinbank „kupił” 5,5 proc. akcji Banku Prze-mysłowo-Handlowego S.A. Przedtem kontrolował już nieco ponad 50 proc. udziałów tego banku, teraz jest to już 55,6 proc.

– Trzecia dekada sierpnia: Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów – mumia takiego samego Komitetu z czasów PRL, zatwierdził stanowisko rządu w sprawie polityki wobec prywatyzacji resztek polskich banków. Ponad 60 proc. kapitału tych resztek polskich banków przejął kapitał zagraniczny.

Mąż odchodzi, ale „Pani Hania” żegna go z uśmiechem: spotkamy się w Brukseli, w Deutsche Bank lub na Rivierze…

 

Pierwsza dekada maja 2000: „Kne-Sejm” na swym 78 posiedzeniu odrzucił infor­mację rządu o aktualnym stanie i przyszłości sektorów – bankowego i ubezpiecze­niowego. Projekt rządowy był tak jawnie antypolski, że odrzuciło go aż 206 posłów! Spójrzmy na mozaikę partyjną głosujących, a zrozumiemy spontaniczność tego sprzeciwu bez względu na podziały polityczne.

l. Mogą więc wwozić i wywozić w walizkach wszystko co się w nich zmieści – są poza kontrolą celną!

208

Za odrzuceniem byli posłowie SLD, PSL i kół: Porozumienia Polskiego, KPN-Ojczyzna, Polska Racja Stanu, ROP-PC, PPS oraz 16 posłów AWS7.

Przeciwko odrzuceniu tego projektu głosowała w całości Unia Wolności oraz wię­kszość posłów AWS. Tak więc mamy wyraźną dywersyjną, antypolską granicę demarkacyjną w „polskim” „Kne-Sejmie”. Ku przepaści ciągną Polskę dwaj koalicjanci -„Żydunia Wolności” oraz jej bękart AWS, cynicznie wykorzystujący w swej nazwie historyczne słowo „Solidarność”.

 

Jednocześnie „Kne-Sejm” przyjął poselski projekt uchwały w sprawie kierunków prywatyzacji PKO BP, BGŻ SA. oraz PZU S.A. Uchwała zobowiązuje rząd do przed­stawienia w ciągu trzech miesięcy zasad prywatyzacji tych dwóch wielkich banków oraz PZU S.A.

 

Za przyjęciem tej uchwały głosowało 210 posłów SLD (!), PSL, wymienionych Kół Poselskich oraz tylko 17 z 200 posłów AWS, a wśród nich Jan Maria Jackowski, Ryszard Matusiak, Henryk Goryszewski.

 

Uchwala nie posiadała mocy ustawy, lecz jest widomym sygnałem grozy sytuacji i trzeźwienia kilkuset postów i senatorów. Poseł Bogdan Pęk powiedział, że ten propol-ski odruch samoobrony przed zmasowanym antypolskim nihilizmem jest oznaką nara­stania świadomości, że sprzedaż resztek polskiego systemu bankowego i ubezpieczeniowego-graniczy2 ze zdradą interesów narodowych. Sprywatyzowanie tych podmiotów, czyli oddanie ich w obce ręce, oznaczałoby bowiem całkowitą likwi­dację polskiego systemu kapitałowego.

 

W paragrafie pierwszym uchwały Senatu, p. 1-2, czytamy:

Interes gospodarczy i społeczny Polski wymaga, aby dalsza prywaty­zacja banków, w tym PKO BP i BGŻ, przebiegała w sposób zgodny z in­tencją społeczeństwa i Sejmu PRL oraz w sposób zabezpieczający polską rację stanu. W związku z powyższym. Sejm zwraca się do rządu RP, aby w terminie 3 miesięcy, licząc od daty przyjęcia uchwały, przedstawił Sej­mowi zasady, jakie będą obowiązywały przy prywatyzacji banków, w tym PKO BP i BGŻ.

 

Z poprzednich fragmentów tej książki już wiemy, ile zakładów zamierzali oddać w pacht obcym geszefciarzom w 2000 roku. Spójrzmy wstecz na to, co oddali w 1999 roku. Do końca listopada 1999 wyzbyto się udziałów (akcji) 80 proc. zakładów. Brak miejsca na ich wyliczanie. Były to: cementownie, huty, kopalnie, Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego, banki, zakłady mięsne w tym słynne ze strajków, blokad, interwe­ncji neo-ZOMO zakłady „Tormięs”. Roztrwonili przedsiębiorstwa budowlane. Rozpo­częli wyprzedaż nielicznych już gigantów, takich jak PZU S.A. – 30 proc. akcji przejął kapitał portugalski, co dla Wąsacza oznaczało ogromny sukces, Z PRL „Lot” 10 proc. akcji przejął Swaissair. Antypolska sitwa podjęła decyzję o „prywatyzacji” PKP. Polski handel w miastach dogorywa, wypierany przez supermarkety zachodnie: mają w swych łapach już 15 proc. handlu detalicznego, co przy skali tej inwazji jest dopiero początkiem potopu. „Kne-Sejm” skreślił zapis, według którego 51 proc; udziałów w polskiej łączności powinno pozostawać w rękach państwa7.

1. Tylko 16 z 200!

2. Dlaczego tylko „graniczy” ze zdradą, a nie jest jawną zdradą?

209

Media zostały prawie w całości przejęte przez kapitał zagraniczny, między innymi dlatego trwa w nich nie­przerwany festiwal propagandy pro-unijnej. Na 90 wydawnictw o zasięgu krajowym, w 41 uczestniczy kapitał zachodni, a 15 wydawnictw przejął w całości. Prasa lokalna -w 50 proc. już niepolska. Pisma młodzieżowe i kobiece – niemal w 100 proc. obce;

sieją nihilizm, propagandę wszelkich form wyuzdania, „wolności”, umysłowej pustki, pseudoproblemów, pseudo-wartości. Zorganizowano Polski Koncern Naftowy, jeden z największych w Europie – ale tylko po to, aby za jednym pociągnięciem oddać tę złotą kurę w obce łapy.

 

I wreszcie – KERM zgodził się na sprzedaż akcji Skarbu Państwa znajdujących się w 13 spółkach należących do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Odstąpił także od publicznego trybu sprzedaży oferowanych papierów wartościowych.

 

Mafia robiła i robi co chce. Szulerskie karty wymienia pod stołem. Kpi, szydzi, gra­bi i niszczy z uśmiechem na polskojęzycznych gębach.

 

Głównym „bohaterem” tych przekrętów był stale minister

E. Wąsacz, oczywiście wiemy posługiwacz Balcerowicza i niemieckich wpływów. W grudniu 1999 i styczniu 2000 grupa po polsku myślących i czujących posłów rozpoczęła kampanię na rzecz „obalenia” Wąsacza. Oto chronologia tej całomiesięcznej, niestety daremnej batalii2. Streszczam ją po to by wykazać, jak bezradni są propolscy posłowie i politycy, jak wielka jest skala zniewolenia Polski. Uderzenie poszło w kierunku Wąsacza, lecz poseł Jan Łopuszański z trybuny „Kne-Sejmu” powiedział jakże słusznie:

Dziwi mnie, że to uderzenie dotknęło akurat pana Wąsacza, który rze­czywiście jest reprezentantem i wykonawcą tej polityki, ale nie głównym sprawcą. Przecież są sprawcy wyżej umocowani politycznie. Jest pan wice-premier Balcerowicz, jest pan premier Jerzy Buzek — osoby, które tę polity­kę autoryzują…

22 grudnia na ręce marszałka Sejmu złożony zostaje wniosek o odwołanie ministra skarbu, podpisany przez 74 posłów AWS reprezen­tujących wszystkie nurty tego ugrupowania. Pomysłodawcą wniosku był poseł Adam Bielą, współautor projektu powszechnego uwłaszczenia. Posłowie zarzucili ministrowi „błędy” w prywatyzacji, szczególnie sektora bankowego i przemysłu cukrowniczego, brak spójnej polityki prywaty­zacyjnej, zły nadzór właścicielski nad przedsiębiorstwami skarbu państwa. Tuż po świętach w sprawie tej wypowiedzieli się:

 

Rzecznik Akcji Piotr Żak- uznając wotum nieufności dla własnego ministra za pomysł niefortunny i sekretarz klubu Kazimierz Janiak wy­rażający ubolewanie z powodu nie poddania wniosku pod dyskusję na forum klubu. Żak zapowiedział również, że najbliższe posiedzenie klubu poświęcone zostanie tej sprawie. Liderzy akcji próbują jednocześnie na­mówić niektórych posłów do wycofania podpisów, pytając jednocześnie  a marszałka, czy będzie można wówczas wycofać wniosek w związku z brakiem wystarczającej ilości podpisów. Marszałek Płażyński odpowie niebawem kierownictwu AWS, że nie ma takiej możliwości i wniosek musi być głosowany.

 

1. Już ten zapis złamano prywatyzując telekomunikację.

2. Przedruk z: „Głos”, 4/810.

210

 

4 stycznia dochodzi do posiedzenia klubu. Przeciwnicy wniosku pró­buj ą metodą kij a i marchewki zmusić przeciwników Wąsacza do uległości. Część posłów podpisanych pod wnioskiem stwierdziła, że wprowadzono ich w błąd, gdyż sądzili, że podpisują wniosek skierowany do władz klubu, a nie [do] parlamentu. Twierdzenia takie padły głównie ze strony posłów SKL, a premier na tej podstawie zagroził skierowaniem do prokuratury oskarżenia o fałszerstwo wymierzone w inicjatorów i liderów „rebelii” -posłów Tomasza Wójcika, Adama Bielę i Gabriela Janowskiego.

Politycy z SKL proponuj ą ponadto na posiedzeniu klubu:

— wprowadzenie dyscypliny przy głosowaniu;

– cofnięcie przez klub rekomendacji dla przewodniczących komisji sejmowych, którzy podpisali się pod wnioskiem (dotyczy to posłów Toma­sza Wójcika, Gabriela Janowskiego i Jana Marii Jackowskiego).

Posłowie ZChN proponują zaś, aby na posiedzeniu klubu przegłoso­wać wotum wobec Wąsacza i od jego wyników uzależnić dymisję ministra. Posłowie Rybicki i Janiak uwijają się jak w ukropie, aby do głosowania nie dopuścić. Aby udobruchać wnioskodawców padają enigmatyczne pro­pozycje „dyskusji merytorycznej” z premierem nad polityką Wąsacza oraz uwzględnienie postulatów uwłaszczeniowych w programie rządowym. Ostatecznie klub zobowiązuje Janowskiego do wycofania wniosku. Gdyby do tego nie doszło, klub ma ustanowić dyscyplinę w głosowaniu.

 

5 stycznia – Janowski stanowczo odmawia wycofania wniosku. Jak twierdzi, nie może podejmować decyzji za innych… W odpowiedzi na to grozi się usunięciem Janowskiego z klubu za nagminne łamanie dyscypli­ny. Wkrótce nadzorujący klubową dyscyplinę poseł Andrzej Szkaradek ogłasza listę najczęściej łamiących dyscyplinę posłów Akcji, która staje się ulubionym tematem „analiz” prasowych i telewizyjnych. Zaczyna się wyli­czanka „brzydkich kaczątek”.

 

6 stycznia pojawiają się pogłoski o dymisji Wąsacza, dementowane przez jego ministerstwo. W obronie Wąsacza staje Leszek Balcerowicz. Premier J. Buzek spotyka się z sygnatariuszami wniosku. Także inne ze­społy „negocjacyjne” próbują zmiękczyć przeciwników ministra. Jedno­cześnie władze klubu decydują, że o postępowaniu klubu względem „rebeliantów” zdecyduje Rada Krajowa AWS na specjalnym posiedzeniu.

7 stycznia na łamach „Wyborczej” poseł Aleksander Hall z SKL oskarża swoich klubowych kolegów o warcholstwo i anarchię wracając do sprawdzonej retoryki Urbana z czasów stanu wojennego. Marian Krzaklewski grozi, że osoby głosujące za odwołaniem Wąsacza nie otrzymają miejsca na listach wyborczych AWS’. Szybko orientuje się, że zbyt ostre postawienie sprawy pozbawi koalicję większości, dlatego za odebraniem miejsc na listach wyborczych nie pójdzie jego zdaniem usu-nięcie’z AWS-u.

l. To jedna z licznych „tajemnic” późniejszej wyborczej klęski Krzaklewskiego – przyp. H.P.

211

Premier prowadzi negocjacje tłumacząc wnioskodawcom niemożność spełnienie niektórych z ich postulatów. SKL i RS AWS najostrzej wypo­wiadają się za ukaraniem „rebeliantów”.

10 stycznia lider AWS-SKL Mirosław Styczeń rzuca propozycje re­formy funkcjonowania klubu, czyli zmniejszenia liczby członków prezy­dium klubu z 20 do 10. Liderzy gdańskiej „Solidarności” „spontanicznie” apelują o przykładne karanie posłów AWS łamiących dyscyplinę; w tym niedopuszczanie ich do stanowisk rządowych i na listy wyborcze.

 

11 stycznia Rada Krajowa „Solidarności” uznaje, że powinno się usu­wać z władz klubu i list wyborczych Akcji posłów łamiących dyscyplinę. Jednocześnie członkowie Rady wyrażali zaniepokojenie i niezadowolenie z konfliktowej sytuacji w klubie. W tych dniach ulubionym obiektem pra­sowych przycinek i nagonki ze strony liderów RS AWS oraz AWS-SKL staje się poseł Janowski. Premier poprzez media krytykuje przeciwników Wąsacza, jednocześnie prowadząc z nimi w Sejmie rozmowy.

 

12 stycznia Marian Krzaklewski podczas pobytu w rodzinnej Kolbu­szowej wyraża przekonanie, że wystarczy zdyscyplinować Akcję, aby jej notowania w sondażach podskoczyły o 10%.

 

13 stycznia w pałacu w Jabłonnie przez 9 godzin obraduje Rada Krajowa AWS. Ustala między innymi, że posłowie łamiący dyscyplinę nie będą umieszczani na listach AWS i nie będą wysuwani na stanowi­ska w organach władzy – jednocześnie nie ma mowy o usunięciu ich z klubu. Zwolennicy restrykcji nie byli jednak przekonani, czy okażą się one skuteczne (znalazło to wkrótce potwierdzenie w toczących się nadal negocjacjach premiera z wnioskodawcami). Przeciwnicy Wąsacza komen­tują złośliwie, że podejmujący tę decyzję członkowie władz wejdą do par­lamentu nawet przy nikłym poparciu dla Akcji. Ponadto pytają, czemu nie reagowali tak ostro, gdy poseł Aleksander Hali z SKL łamał dyscyplinę klubową?

 

Posłowie ZChN ponownie apelują o wewnątrzklubowe głosowanie nad Wąsaczem prosząc, aby władze Akcji nie ignorowały zdania 74 posłów AWS. Jednocześnie część ZChN z prezesem Piłką na czele propo­nuje zmianę premiera. Zostać miałby nim Marian Krzaklewski. Tymcza­sem nabierają wigoru żądania AWS-SKL domagające się odwołania premiera Buźka. Wśród kandydatów na nowego premiera najczęściej wy­mienia się osobę marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego.

 

14 stycznia – sąd koleżeński RS AWS decyduje o wykluczeniu z Ru­chu Społecznego Gabriela Janowskiego – to szczytowy moment nagonki na posła ruchu ludowego. Janowski twierdzi, że nie był członkiem RS AWS, jednocześnie zapowiada, iż nie wycofa wniosku o odwołanie Wąsa­cza. Liderzy akcji wylewają przed dziennikarzami swoje dylematy: niezrę­cznie będzie usunąć z klubu 40 posłów przeciwnych Wąsaczowi, gdyż wówczas koalicja utraci większość parlamentarną a wówczas…

 

Podrzuca się także „rebeliantom” wyjście „honorowe” – czyli nieobe­cność podczas głosowania. Powraca w Akcji dyskusja o zmianach w rządzie.

212

 

16 stycznia na posiedzeniu działaczy ludowych związanych z Akcją wyrażono pełne poparcie dla dążeń Gabriela Janowskiego i innych posłów chcących odwołania Wąsacza. Przez wiele godzin rolnicy oczekiwali posła Janowskiego. Późnym popołudniem jego najbliżsi współpracownicy (Marek Czwarno i doktor Zygmunt Hortmanowicz) prowadzą go wy­raźnie niedysponowanego wprost przed obiektywy licznie zgromadzo­nych dziennikarzy.

 

19 stycznia w środę rozpoczyna się decydujące posiedzenie Sejmu. Obrady odbywają się na uboczu konfliktu o Wąsacza. Premier nadal per­traktuje z liderami przeciwników ministra – Adamem Bielą i Tomaszem Wójcikiem, szukając porozumienia. Liderzy Akcji do czwartku w południe zdradzają duże zdenerwowanie. Z obu stron widać wyczekiwanie na roz­wój wypadków.

 

20 stycznia w południe tuż przed odlotem do Lizbony premier opusz­cza spięty i wyraźnie wycieńczony pokój, w którym prowadzone były roz­mowy z liderami wnioskodawców. W wygłoszonym mediom krótkim oświadczeniu sygnalizuje, że wszystko jest na dobrej drodze: „będziemy musieli zająć się poważnymi problemami”, jak holding cukrowy, uwłasz­czenie i prowadzące do niego przemiany w procesie prywatyzacji… Poseł Wójcik stwierdza, że pojawiła się realna szansa porozumienia. Zapewnia jednocześnie, że tym razem będzie ono realizowane i obejmie zarówno utworzenie z części cukrowni holdingu Polski Cukier jak i program po­wszechnego uwłaszczenia.

 

21 stycznia nieoficjalnie dowiadujemy się, że poseł Wójcik jest w po­siadaniu pisemnego zobowiązania się premiera do realizowania podjętych w czwartek ustaleń. Jednak wieczorem widać wyraźne rozdrażnienie i załamanie przeciwników Wąsacza. Liczni posłowie dementują istnienie pi­semnego porozumienia.

 

22 stycznia głosowanie w Sejmie nad wotum nieufności dla ministra Wąsacza. Kierownictwo AWS i premier wykazują wyjątkowy spokój. Do odwołania potrzeba 231 głosów. Za usunięciem ze stanowiska ministra głosuje 229 postów, wstrzymuje się 2, przeciwko odwołaniu jest 176, a 53 nie uczestniczyło w głosowaniu’.

Czym skorupka za młodu…

To stare porzekadło odnieśmy do premiera Jerzego Buźka, jak wiadomo bezwolnej kukły zachodnich eurokratów, eurofolksdojcza w randze premiera z nadania AWS-o-wskich niszczycieli Polski sterowanych przez Unię Wolności.

Tatuś Jerzego Buźka, to przedwojenny senator. Tenże senator – Józef Buzek, był przed wojną współzałożycielem Komitetu Organizacyjnego Unii Paneuropejskiej. Tu nieco kontekstu historycznego. Twórcą zglajszlachtowania państw europejskich w tzw. Unię Paneuropejska był słynny mason Richard Coudenchove-Kalergi, mieszaniec niemiecko-żydowsko-japoński. –

1. W 30 dni dookoła Wysącza. „Głos” 4/810.

213

 

Twórca Pan-Europejskiego pomysłu, groźnej uto­pii realizowanej praktycznie dopiero pół wieku później, wyłożył swoje racje w książce Pan-Europa (Wiedeń 1923). Potrzebę zmiksowania narodowych państw Europy uza­sadniał tym samym, czym uzasadniająjego pogrobowcy: rzekomo lepszymi możliwo­ściami utrzymania pokoju europejskiego, obroną przed komunistyczną Rosją, a także powrotem Europy do jej przywódczej roli w świecie. W innych swoich pracach, mniej dostępnych, Richard Coudenhove-Kalergi mówił wyraźnie, że te procesy uni­fikacyjne, polegające na zagładzie państw narodowych mają na celu dokończenie dzieła emancypacji Żydów, odzyskiwania przez nich przywódczej roli w świecie jako przedstawicieli narodu „wybranego”. Jerzy Chodorowski, autor książki: Qy zmierzch państwa narodowego?1 przytacza kilka „złotych myśli” tego prekursora ukołchozowienia Europy.

 

Tysiącletnia niewola pozbawiła Żydów, z rzadkimi wyjątkami, ge­stów pańskości (…). Tak to żydowski, duchowy naród panów (das geisti-ge Heer einvolk der Juden) musi cierpieć pod brzemieniem cech niewolnika, które wyciął na nim jego rozwój historyczny.

 

Jeżeli już wiemy, że Europę należy oddać we władanie narodu panów, Coudenho­ve-Kalergi uzasadnia zbawienne skutki takiego dobrowolnego ujarzmienia świata go­jów przez żydowski naród panów:

 

Od tysiąca lat Europa usiłuje wytępić naród żydowski. Tymczasem zamiast zniszczenia Żydów, dokonała wbrew swej woli, drogą kunsztow­nej selekcji ich uszlachetnienia i wychowania do roli, którą mogą spełnić w przyszłości jako naród – przywódca. Nie dziwi więc, że naród ten wy­rwawszy się z więzienia getta, rozwija się w duchową szlachtę Europy. Jak już wiemy – prawdziwej selekcji, radykalnego, ludobójczego oddzielenia wielomilionowego motlochu żydowskiego od żydowskiej „szlachty”, dokonał do­piero hitleryzm, uzbrojony militarnie i gospodarczo do tej roli przez światowe ży-dostwo, zwłaszcza amerykańskie. Coudenhovc mówi dalej niemal proroczo to, co ponad pół wieku później wiernie podejmują Z. Brzeziński i Rockefeller, forsując po­mysł budowy trzech centrów świata, trzech mega-supermarketów: Eurazji, Amery­ki i Japonii. Właśnie Coudenhove zapowiadał powstanie eurazjatyckiej rasy panów:

Eurazjatycka rasa przyszłości, zewnętrznie podobna do staro-egipskiej, zastąpi różnorodność narodów przez różnorodność osobo­wości.

 

Polski publicysta Stanisław Sopicki już wtedy2 łatwo rozszyfrował te globalistycz-ne plany ówczesnego źydoniemieckiego faszysty i rasisty pisząc:

 

Jest rzeczą jasną, że idea „Pan-Europy” najsympatyczniejszą wydać się musi tym narodom, które (jak Żydzi) nie mają w Europie swojej ojczyz­ny i tym, które (jak Niemcy) mogą ufać, że dzięki swojej sile liczebnej i go­spodarczej, zajmą w nowym organizmie politycznym stanowiska pierwszorzędne. Istotnie, stosunkowo najwięcej wyznawców znalazły idee Coudenhovego między Żydami i Niemcami.

1. Wyd. Wers, Poznań 1996, s. 108.

2. „Prąd”, 1926,s. 89-95.

214

 

Istotnie – dodajmy mądrzejsi o prawie 80 lat – idea Unii Europejskiej najwięcej zwolenników posiada w tychże dwóch agresywnych i rasistowskich nacjach.

 

Powróćmy do mąci, naci i klanu Buzków. Kasacyjny program Europy zmiksowa­nej pod wodzą Żydów i Niemców, w Polsce a wkrótce potem i w Europie zachodniej zaczął napotykać na coraz większy opór w miarę wzrastania potęgi hitlerowskiej III Rzeszy. Sprawa stanęła na dosłownym ostrzu hitlerowskiego noża od czasu, kiedy Hit­ler zaczął coraz brutalniej domagać się tzw. „korytarza”, który by połączył III Rzeszę z Prusami Wschodnimi. Niemiecki „korytarz” oznaczałby praktycznie odcięcie Polski od Bałtyku. Jak wiadomo, polski rząd powiedział twarde „nie!” ustami ministra Becka. Skutek – druga wojna światowa.

 

I właśnie dla przełamania oporów Polaków, polskiego rządu w sprawie „koryta­rza”, przedwojenni eurofolksdojcze powołali tzw. Komitet Organizacyjny Unii Pan­europejskiej – bliźniaczego prekursora dzisiejszej „Narodowej” Rady Integracji Europejskiej pod wodzą Buźka – Juniora. Obydwie te antypolskie agentury miały i mają ten sam cel – propagandę kasacji Polski.

 

Oto skład tego przedwojennego komitetu zdrady narodowej:

– Aleksander Lednicki – przewodniczący;

– senator Józef Buzek – ojciec premiera Jerzego Buźka;

– emerytowany minister Hipolit Gliwic;

– były poseł Witold Kamieniecki;

– senator Stanisław Posner;

– hrabia W. Rostworowski;

– płk Walery Sławek;

– dr Mieczysław Szawlewski;

– minister Józef Targowski7.

Istnieje pewna ponura prawidłowość łącząca tych intemacjonatów – poza Józefem Buzkiem oraz hr. W. Rostworowskim – wszyscy wymienieni byli masonami. Ich przy­należność masońską stwierdzono na podstawie ustaleń policyjnych w Archiwum Akt Nowych. Wszystkich wymienia, z podaniem wolnomularskich afiliacji i biogramów, Ludwik Hass w książce: Wolnomularze polscy w kraju i na świecie 1921-1999. Słownik biograficzny. Uzupełnia on wcześniejsze ustalenia Leona Chajna w: Wolnomularstwo -w II Rzeczypospolitej.

 

Zatrzymajmy się, nie bez powodu, przy Hipolicie Janie Gliwicu (1878-1943). Po­śród niezliczonych funkcji pełnionych przed drugą wojną światową, ten socjalista był w latach 1927-1930 delegatem rządu na VIII i IX Zgromadzenie masońskiej Ligi Naro­dów. Był wieloletnim członkiem Unii Międzyparlamentarnej, prekursorki Parlamen­tu Europejskiego oraz Związku Paneuropejskiego. Jego zasługi masońskie, to m.in. członkostwo w loży „Kopernik”. W latach 1933-1936 piastował godność Wielkiego Sekretarza Wielkiej Loży Narodowej Polski, a w latach 1937-19382 Pierwszym

1. Jerzy Chodorowski: Richard Coudenhove-Kalergi i jego doktryna zjednoczenia Europy. „Wolna Polska” nr 154, s. 23.

2. Do czasu rządowego zakazu istnienia i działania masonerii w Polsce.

215

 

Wielkim Namiestnikiem tej loży7. W 1922 roku nadano mu stopień kawalera Różane­go Krzyża. Był masonem międzynarodowej rangi, m.in. przedstawicielem Rady Naj­wyższej na obszar Polski przy Radzie Najwyższej USA Jurysdykcji Południowej oraz Radzie Najwyższej USA Jurysdykcji Północnej.

Synem Hipolita Gliwica był Tadeusz Gliwic (1907-1994). Przed woj na piastowa? szereg godności masońskich w loży „Kopernik” i loży „Staszic”, a w 1961 roku był członkiem założycielem (reanimatorem) loży „Kopernik” – od 1991 roku nazywanej Wielką Lożą Narodową Polski. Zyskał przedostatni 32 stopień masońskiego wtaje­mniczenia, nadany mu 20 października 1991 roku przez „American Military Scottish Rite Bodies” (ryt szkocki) w Mannheim w Niemczech. Wolnomularską karierę uwień­czył najwyższym, 33 stopniem masońskiego wtajemniczenia uzyskanym w 1993 roku, z nadania Rady Najwyższej USA Jurysdykcji Południowej w Waszyngtonie. Na­stępnego dnia po tym awansie – 19 października 1993 roku został wybrany Wielkim Komandorem Polskiej Rady Najwyższej.

 

Generał Józef Haller dokonał uroczystych zaślubin Polski Odrodzonej z Bałty­kiem. Zbezcześcił tamten historyczny akt Buzek-Junior, syn tamtego Józefa Buźka, współzałożyciela Komitetu Organizacyjnego Unii Paneuropejskiej. Robiąc dosłownie wszystko co w jego mocy na rzecz kasacji suwerenności Polski, Jerzy Buzek „zaślubił” Bałtyk – dla kogo? Dla Niemców, dla europejskiej żydomasonerii. Robił przecież wszy­stko jako premier, aby Niemcy powrócili nad Bałtyk w roli panów.

 

Poseł Jan Łopuszczański z Porozumienia Polskiego, podczas sejmowej debaty do­tyczącej „przystąpienia” Polski do Unii Europejskiej2 wywalił Buzkowi i jego euro-folksdojczom prosto w oczy:

– Panie Premierze! Czy nie boi się Pan, że w takiej sytuacji rzucanie pierścienia do Bałtyku może być odczytane jako karykatura tamtego pa­triotycznego gestu? Czy Pan nie sądzi, że gdyby gen. Haller ożył i wziął w swe ręce rządy w Polsce, to tych, którzy uczestniczą w wyprzedaży dobra Narodu, po prostu postawiłby pod ścianą?

 

Wysoki Sejmie! Czy ci, którzy dziś uczestniczą w dobijaniu Polski nie zastanawiają się, że może przyjść czas, w którym Naród Polski otworzy listę imion zdrajców, którzy otrzymawszy z rąk Narodu prawo pełnienia służby publicznej, nie wykorzystali jej dla dobra Narodu, ale do jego niszczenia i że oskarżenie przeciw nim zostanie postawione w imię prawa Narodu do niepodległości i suwerenności w swoim własnym państwie i w imię zasady karania zdrajców. Czy ci, którzy uczestniczą w dobijaniu Polski nie przypuszczają, że Ojczyzna nasza, dziś; ubezwłasnowolniona, ograbiana, upokarzana, wróci do swej siły i dopełni sądu nad zdradą?

Te pytania, wprawdzie przerywane oklaskami posłów polskiego pochodzenia, po­zostały bez odpowiedzi. Niektórzy zdrajcy i jawni wrogowie jedynie spuścili łby i ślepia… I dalej robią swoje.

1. Ludwik Hass, tamże, s. 140.

2. Debata odbyła się 16 lutego 2000.

216

Premier Jerzy Buzek był skrajnie szkodliwym dla Polski człowiekiem o mentalno­ści lokaja: bezkrytyczny potakiwacz, tak w tej roli wytrwały i konsekwentny, że gdyby przewidzieć jego postawę na progu jego kariery jako premiera, można by było nagrać na magnetofon jego przyszłe przemówienia w konkretnych kwestiach i potem przez kil­ka lat odtwarzać na posiedzeniach „Kne-Sejmu” i rządu.

 

Nie sprzeciwił się nigdy swym politycznym i ideowym wspólnikom – żydoko-munistom z Unii Wolności i SLD. Uczynił to tylko raz i natychmiast skutkowała ta jego niesubordynacja rozpadem „koalicji” rządowej.

Poszło o stajnię Augiasza, której nazwa brzmi: Warszawska Gmina Centrum, lukratywne gniazdo korupcji i marnotrawstwa, nepotyzmu politycznego i per­sonalnego o niewyobrażalnej skali7. Mocodawcy J. Buźka postanowili poskromić żydokomunistyczną Radę Gminy, postawić tam komisarza do czasu wyborów nowej rady. Zakotłowało się: Balcerowicz okrzyknął to zamachem na demokrację, łama­niem prawa, „zrywaniem” umowy koalicyjnej. Unia Wolności postanowiła „wystąpić” z koalicji, w której w rzeczy samej praktycznie nigdy nie była, pozostawała bowiem w stałym ideowym i programowym sojuszu z żydokomuną spod znaku SLD.

 

Co działo się w Gminie Centrum? Przede wszystkim korupcja, kupczenie terenami centrum Warszawy, gdzie cena jednego metra gruntów jest zawrotnie wysoka. Sied­miuset radnych, lukratywne pensje, siedmiu zastępców burmistrza Gminy Cen­trum. Jednym z radnych był i jest (lipiec 2000) niejaki Bogdan Tyszkiewicz. Jeździł najnowszym modelem Mercedesa za 60 000 dolarów. Był bezkarny. „Rzeczpospolita”, za nią „Gazeta Polska” (31 V 2000) opisywały wydarzenie, kiedy to pan radny Tyszkie­wicz – pijany, wymachiwał pistoletem, na który nie miał pozwolenia, krzycząc, że wszystkich wystrzela. Lokal, w którym wtedy balował, jest określany jako „znany z gangsterskich spotkań”. Ochroniarze Tyszkiewicza, u których znaleziono kolejną nie­legalną sztukę broni pana radnego, są dobrze znani policji ze związków z tzw. mafią pruszkowską („Rzeczpospolita”). Inny radny tej gminy, naprawdę inny bo prawdomów­ny zapewniał: Jako lekarz uważam, że działał on (Tyszkiewicz – H.P.) nie tylko pod wpływem alkoholu, lecz również narkotyków. „Rzeczpospolita” i „Życie” informowały, że radny Tyszkiewicz pełnił jednocześnie: funkcje państwowe, był doradcą ministrów Janusza Tomaszewskiego (zdjętego za udowodnioną współpracę z Bezpieką) i min. Ja­cka Dębskiego. Tyszkiewicz nie ma wyższego wykształcenia, ponadto był jednym z najmniej aktywnych samorządowców.

 

Bagno zwane władzami Gminy Centrum kisło od pierwszych lat „posierpniowego” Okrągłego Stołu. Od 1992 roku tworzono księgi wieczyste dla nieruchomości o nieure­gulowanej sytuacji własnościowej! Była to prosta kontynuacja bezprawia zapoczątko­wanego przez reżim stalinowski za czasów Bieruta. Przykłady: na ulicy Sosnowej wybudowano biurowiec na tyłach Holiday Inn – ulicy tej już praktycznie nie ma, budo­wa jest zwarta, numery są inne. Nagminnie narusza się stany własności przedwojennej. „Wyprodukowano” wiele nowych ksiąg wieczystych, a prawdziwym właścicielom poszukującym starych ksiąg utrudniano dostęp do nich. Tak reżyserowany bałagan i naruszanie praw własnościowo-notarialnych otworzyło drogę do fali nowych uwłaszczeń.

 

„Pracowała” tam Ludmiła Wujec, żona Henryka Wujca z UW, córka byłej wysokiej rangą funkcjonariuszki UB –Reginy Okręt (lub Okrent).

217

 

Dokonano „zwrotu” działek różnym dziwnym pretendentom, niekoniecznie słusznym’. Byli to jacyś funkcjonariusze SB, jacyś wysocy funkcjonariusze partii, którzy wykupowali roszczenia od przedwojennych właścicieli na dziesiątki sposobów. Oto trzy „pię­tra” takich peerelowsko-SLD-owsko-Unijnych zagrywek na przykładzie pewnej kamienicy. Przykład wręcz szkoleniowy, szczególnie ponury, bo dowodzący nienaru­szalnej ciągłości systemu powojennego terroru z systemem krypto-terroru po-okrąglostolowego: –

 

W latach 70. atrakcyjną kamienicę otrzymała urzędniczka KC PZPR, odbyło się to na zasadzie „odkupienia” roszczeń własnościowych. W latach 90. – a więc już za „de­mokracji”, kamienicę „odzyskała” córka tamtej partyjniaczki, następnie obiekt ten sprzedano firmie zagranicznej!

 

Podobnie – przy ulicy Brackiej, a więc w centrum War­szawy, nieruchomość zawłaszczył jakiś ubek w czasach stalinowskich a teraz „odzyskali” ją jego zapewne już różowi „spadkobiercy”. Takimi sposobami zawłaszczono wiele gruntów i domów, choć ich właściciele lub prawowici spadkobiercy żyją, ale w warunkach działania władz Gminy są bezsilni. Kiedy uroczyście dokonywano otwarcia tzw. „Złota Center”, skrzyknęła się dość liczna rodzina prawowitych właścicieli nieru­chomości: przyszli z transparentem informującym o tym bezprawiu. W atmosfera B skandalu, konsternacji i tego desperackiego „nagłośnienia”, właścicielom coś tam wypłacono za tę grabież w biały dzień, dokonaną „w państwie prawa”.

 

Jeszcze inny przykład: dr Ceremużyński (!) ze Szpitala Kardiologicznego imj| Piłsudskiego zwrócił się do Gminy Mokotów o przydział działki w czasie, kiedy przydziały były zamrożone. Teren był w całości prywatny, zamieszkały przez starszych lu­dzi, właśnie starających się o zwrot terenu zabranego im przez Bieruta. Sporządzono j jednak akt notarialny – nieważny według radnej Pitery. Powstała wkrótce sporna zaległość z tytułu niepłacenia opłaty dzierżawnej, zatem okrojono z tego terenu l 400 metrów kwadratowych i „zwrócono” gminie. Tak przy okazji „rozwiązano” sprawę domu’| znajdującego się na tym terenie – a można go było zwrócić właścicielom i choć w części zaspokoić ich krzywdę. Działo się to w 1996 roku. Następnie rozpoczęto przygotowania do budowy „apartamentowców”. Na interwencję radnej Piterowej, prezydent War­szawy M. Święcicki (zięć stalinowca Szyra – „bohatera” z wojny domowej w Hiszpanii)zaprzeczył, by rzekomo zamierzano tam budować apartamentowce.

 

Tym­czasem wiadomość o apartamentowcach wyszła od samego dr. Ceremużyńskiego. Po­wiedział to podczas konferencji prasowej w szpitalu przy ulicy Grenadierów. Jeżeli miał to być obiekt szpitalny publiczny, to chyba prywatny, bo budowy szpitali już się nie rozpoczyna w związku z katastrofą finansową państwowej służby zdrowia. Jeżeli zaś miałaby to być prywatna klinika – to dlaczego angażuje się w to gmina, depcząc prawo? Inwestycja jednak nie powstała, bo zbankrutowała firma budowlana, która miała ją wznosić, ale przedtem jeszcze „zdążyła” kupić teren przy ulicy Kruczej i Pięk­nej (absolutne centrum stolicy!) oraz przy ulicy ks. Skorupki – teren następnie „przeka­zała” niemieckiemu bankowi.

l. „Nasza Polska” 24 V 2000. Wywiad z uczciwą, spoza układów radną Gminy — Julią Piterą.

218

 

Było to kolejne naruszenie prawa: kiedy notarialny zamiar budowy upada – gmina ma prawo pierwokupu danego terenu – Gmina Cen­trum nigdy nie skorzystała z tego prawa! Radna Pitera:

…Bo przecież ja wiem o trzech urzędniczych domach w budowie, któ­re mają się nijak do zarobków ich właścicieli, znam wielu urzędników (gminy Centrum – H.R), którzy jeżdżą bardzo drogimi samochodami i wy-mieniająJe na jeszcze droższe, co też ma się nijak do ich zarobków (…). Je­den z moich kolegów powiedział, jeszcze w pierwszej kadencji, że tak naprawdę Warszawa jest biurem pośrednictwa w obrocie nieruchomo­ściami.

 

I takiego to przestępczego Eldorado o stażu równym wiekowi „III RP”, wiedząc o tym bagnie doskonale – bronili szlachetni obrońcy prawa i praworządności – Balcerowicz z jego pretorianami – czyli „demokratyczną” Unią Wolności. Bronili wspólnie ze swymi wspólnikami z SLD. To przecież gensek SLD L. Miller powiedział, że za za­mach na Gminę Centrum premier J. Buzek powinien kiedyś stanąć przed Trybunałem Konstytucyjnym! Byłoby dobrze, gdyby Miller sam przedtem stanął przed Trybunałem Konstytucyjnym za setki tysięcy dolarów „pożyczonych” od KPZR!

 

Szary mieszkaniec czekał na załatwienie prostej sprawy miesiącami. Inni – z „nie­wiadomych” powodów cieszyli się ekspresowym przyspieszaniem swych spraw – jak stwierdzał komisarz Andrzej Herman. Ustawowe terminy postępowania administra­cyjnego, w tym obsługi spraw mieszkańców, były fikcją.

Mec. Herman mówił w wywiadzie dla „Naszej Polski” (31 V 2000):

Akta wędrują od wydziału do wydziału, a człowiek jest bezsilny wo­bec tej biurokracji. Jest np. takie małżeństwo, w którym mąż jest ciężko chory na serce, po zawałach, i chcą zamienić mieszkanie na czwartym piętrze na mieszkanie na parterze. Byli gotowi wziąć mieszkanie nawet do remontu. Zwrócili się do gminy, a tu bezduszni urzędnicy odpowia­dają, że nie ma mieszkań. Tymczasem to nieprawda! Bo są różne możliwo­ści.

 

Na pytanie dziennikarzy „NP”, dlaczego nie załatwiono tej prostej sprawy, mec. Herman podaje powód:

 

– Po prostu urzędnicy sugerowali temu małżeństwu konieczność za­stosowania różnego typu „przyspieszaczy”. Oni jednak na to nie poszli. Komisarz Herman oświadczył, że przyszedł tu z decyzji premiera Buźka, aby ukrócić korupcję. Ale okazało się, że po dwóch latach swego urzędowania premier pa­ństwa jest figurantem – urzędnicy dzielnic Wola i Ochota nie chcieli ustąpić, oddać klu­czy do biur, a wójt Gminy Wieteska w obecności kamer telewizyjnych, na oczach milionów telewidzów zerwał plomby założone na gabinecie przez nową ekipę władzy Centrum. Inne wydarzenia przebiegały jak na gangsterskim filmie, m.in. wy­miana ekip ochroniarzy starej władzy na ekipę nowej…

 

Całe zawirowanie poszło o wielkie pieniądze, o stołki, o samochody, o decyzje w sprawach gruntów. Było w gminie Centrum 18 służbowych samochodów o poje­mności 2 000 cm marki opel. W ostatniej chwili wystawiono na licytację osiem luksu­sowych opli vectra. Najbardziej lukratywne „przyspieszacze” to grunty gminy Centrum. Było tam wiele działek o nieustalonych własnościach, w tym pożydowskich.

219

 

Tereny tej gminy, to tereny niemal całej przedwojennej Warszawy, a słynna zasada:

„Wasze ulice, nasze kamienice”, posiadała w przedwojennej Warszawie szczególnie „zagęszczoną” praktykę.

 

Rozbicie tej mafii dosłownej i przenośnej przez premiera J. Buźka stało się prete­kstem „Żydunii Wolności” do zerwania „koalicji” z AWS. Upór Balcerowicza co do bezwarunkowej dymisji J. Buźka był tu znamienny: Buzek ma odejść w każdym wa­riancie ewentualnych rozmów nad ponownym kleceniem koalicji! Ze strony Unii do dymisji podali się: Balcerowicz, Geremek, Onyszkiewicz, Suchocka. W prasie opo­zycyjnej (nie mylić z „opozycją” w rodzaju SLD – „Trybuna”) pojawiły się uzasadnio­ne spekulacje nad tym trzaśnięciem drzwiami przez Unię: szczury opuszczają tonący okręt, „Titanic” (polska gospodarka i finanse) idzie na dno, odpowiedzialność za sabo­taż zdrajców spadnie tym samym na AWS, która pozostanie przy władzy w roli rządo­wej mniejszości.

 

Potem nastąpiły kolejne etapy tej ponurej komedii:

– „nieprzyjęcie” przez Buzka rezygnacji wymienionych tuzów;

– głosy zagranicy: Balcerowicz i Geremek powinni pozostać „dla dobra” przemian ustrojowych i poprawnej „wizji” Polski na arenie międzynarodowej;

– głosy żydomediów: Geremek musi pozostać, aby nie nastąpiło

przerwanie „procesu przyjmowania Polski do UE”.

 

Wielce pouczające okazały się dwie pierwsze przymiarki do chwilowo opuszczo­nego premierostwa. Pojawił się najpierw pierwszy kandydat – Bogusław Grabowski, Przy bliższym przyjrzeniu się temu członkowi Klubu AWS, okazało się, że jest to „wtyka” „Żydunii” w AWS.                                                    

 

Grabowski jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej – nieformalnego „Komitetu Centralnego” zarządzającego polskimi finansami – niszczonymi przez sitwę Balcerowi­cza. Ukończył Uniwersytet Łódzki i… University of Windsor w Kanadzie. Od 1985 roku był wykładowcą ekonomii na Uniwersytecie w Łodzi. W latach 1988-1998 pracował w NBP, w dep. Analiz i Prognoz Ekonomicznych7. Wykładał także na Sussex University w Anglii. W 1993 roku był zastępcą wojewody łódzkiego. W 1997 roku – przewod­niczącym Petrobanku S.A. Po roku powołano go do Rady Polityki Pieniężnej.

 

Dobre zdanie mieli więc o Grabowskim: L. Balcerowicz, rzecznik UW „Potocki”, rzecznik NSZZ „Solidarność” w Łodzi Kajus Augustyniak, unicki lizus w AWS -Wiesław Walendziak – wiceprezes Stronnictwa Konserwatywno-„Ludowego”. Na­zwał on Grabowskiego „bardzo dobrym kandydatem AWS”. Nieco inaczej widzieli go niektórzy liderzy ZChN. Artur Zawisza powiedział otwarcie, że byłby to premier bliski UW2.

 

Aliści – Grabowski nieoczekiwanie „zrezygnował”. Powołał się na swoje niewiel­kie doświadczenie polityczne. Przedtem przez dwa dni tajemniczo uśmiechał się do ka­mer, niczego nie odmawiał.

 

Drugi kandydat na sługusa UW w fotelu premiera, to marszałek „Kne-Sejmu” Ma­ciej Plażyński.

1. „Gazeta Polska” 31 V 2000.

2. Tamże.

220

 

Główni politrucy AWS przyznawali, że Płażyński nadaje się na premiera, bo jest „strawny” dla UW. Tu mijali się z prawdą: Płaźyński to komprador UW i UE w AWS. Podczas apogeum konfliktu i wówczas jeszcze nieoficjalnych „przymia­rek” do fotele premiera, Płaźyński udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej” i przede wszystkim odniósł się do sprawy „winy” za konflikt. Oświadczył, że nie ma tu winy UW: decyzje podejmowali politycy AWS. Nie wyjaśniał, czy to politycy AWS zadecy­dowali o zerwaniu koalicji z UW, czy też miał na myśli decyzję Buźka i AWS o rozbi­ciu lokalnej sitwy UW-SLD w Gminie Centrum. W wywiadzie frontalnie zaatakował politykę J. Buźka i M. Krzaklewskiego co dowodziło, że ten komprador UW już wte­dy palił za sobą mosty pozorów. „Gazeta Polska”7 zestawiła dossier Płażyńskiego:

 

– W październiku 1999 podczas głosowania nad ustawą o dekomunizacji złamał dys­cyplinę klubową AWS i wstrzymał się od głosowania, czyli w praktyce głosował przeciwko dekomunizacji;

 

– Opowiadał się przeciw lustracji kandydatów do urzędu prezydenta. Wiązało się to z planowanym przez Płażyńskiego objęciem stanowiska premiera, a następnie kandydowania na stanowisko prezydenta.

 

– W czasie rządów T. Mazowieckiego w 1990 roku Płaźyński w wieku 32 lat został wojewodą gdańskim. Jego kandydaturę wysunął Aleksander Hall, wtedy jeden z bossów Unii Demokratycznej, potem „oddelegowany” z Unii Wolności do AWS.

 

– W kwietniu 1998 roku Marszałek Płaźyński skierował do Trybunału Stanu podpisany głównie przez posłów AWS wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności konsty­tucyjnej byłego wiceministra Marka Belkę, byłego premiera W. Cimoszewicza, byłych ministrów Z. Siemiątkowskiego i L. Kubickiego (związani z SLD). Okazało się, że służby Marszałka nie sprawdziły list z podpisami – widniały tam podpisy i na­zwiska niektórych posłów głosujących dwukrotnie. „Pomyłkę” (!) nagłośnili komu­niści nazywając listę skandalem.

 

– Płaźyński miał pełne zaufanie L. Wałęsy jako przedstawiciel Skarbu Państwa w Sto­czni Gdańskiej. Towarzyszył Danucie Wałęsowej w wielu uroczystościach pod nie­obecność samego Wałęsy. Po cichu nazywano go w Gdańsku „zarządcą folwarku Wałęsy”.

 

– Płażyńskiemu sprzyjała grupa „Polsat” – politycy z orbity (kasy?) Zygmunta Solorza i pozostałości tzw. „spółdzielni” związanej z Januszem Tomaszewskim. W AWS sta­nowią grupę około 30 posłów.

 

Do tego dossier dodajmy od siebie, że Płaźyński ponosi znaczną odpowiedzial­ność, jako były wojewoda gdański i potem marszałek „Kne-Sejmu” – za zawłaszczenie Stoczni Gdańskiej przez kilku koszemych szulerów, którzy mieli ciche poparcie u waż­nych tuzów UW i AWS, m.in. M. Krzaklewskiego.

 

Ciekawe było otoczenie Płażyńskiego w Kancelarii Sejmu.

– Szefem Kancelarii był Maciej Graniecki – desygnowany tam przez komunistów;

– Bliskim współpracownikiem Płażyńskiego (choć temu zaprzecza), był (j^t?) g™-Henryk Jasik – wysoki rangą były oficer Bezpieki, w czasach szefowania UOP-em przez A. Milczanowskiego – szef wywiadu;

– W otoczeniu Płażyńskiego .pojawił się Gromosław Czempiński – były szefUOP;

l. Piotr Lisiewicz: Kandydat Unii Wolności, 31 V 2000.

221

 

— Doradcą prasowym Płażyńskiego była Irena Popoff – za rządów Milczanowskiego w UOP pełniła funkcję rzecznika tej zacnej instytucji, potem pracowała w UOP na innym stanowisku. Należała do SKL, jest (była?) radną gminy Warszawa – Włochy;

— Drugim jego doradcą do spraw mediów jest (był?) znany „brunet” Grzegorz Miecugow, dziennikarz TVN.

— Z Płażyńskimjest związany były szef „Gromu” gen. S. Petelicki – do czasu dymisji wicepremiera J. Tomaszewskiego uważany za człowieka wicepremiera.

Gęsto tu więc od esbeków i uopowców. Czy ma to jakiś związek z „niechęcią” J Marszałka do lustracji?                                                        .

I wszystko zostało po staremu! Buzek pozostał premierem, Geremka zastąpił ste-tryczały mason7 W. Bartoszewski, zaciekły opluwacz polskości2; „paserski” minister Wąsacz długo jeszcze wyprzedawał resztki majątku narodowego; kurs na rozbiór re­sztek Polski przez Unię Germano-Żydowską nawet nabrał przyspieszenia.           ,

Wasze ulice, nasze kamienice

Jednym z przykładów powrotu do realizacji przedwojennego porzekadła: „Wasze ulice, nasze kamienice”, są losy reprezentacyjnej kamienicy w centrum Poznania. Jej los jest o tyle odstępstwem od owego porzekadła, że „odzyskali” ją spadkobiercy przed­wojennego jej właściciela, a ten był hitlerowskim kolaborantem. Kamienica o wartości około dwóch min złotych powinna była pozostać własnością Skarbu Państwa. Przed­wojenny jej właściciel Wincenty Jankowski podpisał w czasie wojny listę rodowitych Niemców. „Nasz Dziennik” (23 sierpnia 2000) zdobył oryginał pisma skierowanego przez Wincentego Jankowskiego z 12 czerwca 1942 roku, adresowanego do Reichsfuhrera III Rzeszy – H. Himmlera, gdzie pisał m.in. (…) Mieszkamy od wielu lat w Poznaniu3, ale od zawsze czujemy się Niemcami. Nigdy nie zarejestrowaliśmy się jako Polacy (…) Heil Hitler!

 

Mieszkańcy kamienicy wspominają, że reichsdojcz Jankowski nie pozwalał im na rozmowy w języku polskim. Stanowisko Polski podziemnej było wobec folksdojczy i reichsdojczy jednoznaczne: kula w łeb! Pismo „Szaniec” ostrzegało w 1942 roku, że Polak nie może być ani folksdojczem ani komunistą, bo wtedy automatycznie przestaje być Polakiem.

 

Powojenne prawo dawało większe prawa folksdojczom i reichsdojczom, niż lu­dziom antyhitlerowskiego ruchu oporu. Folksdojcze mieli prawo do rehabilitacji. Takiej jednak nie otrzymał Jankowski. Pomimo tego, jego krewny Robert Jankowski, dla któ­rego kolaborant Wincenty był stryjecznym dziadkiem, w Polsce „posierpniowej” praw­nie odzyskał kamienicę i rozpoczął wyrzucanie jej lokatorów, m.in. córki powstańca wielkopolskiego, co dodatkowo było czymś w rodzaju hitlerowskiej zemsty zza grobu.

 

1. Zob. tzw. „Lista Piecucha” – w książce tego autora: Imperium Sluib Specjalnych, Warszawa 1997.

2. Zob. H. Pająk: Piąty Rozbiór Polski…

3. Jego żoną była Niemka.

222

 

Jednak na skutek interwencji lokatorów, sprawą zajął się poznański sąd okręgowy, któ­ry w Archiwum Państwowym „dokopał się” do cytowanego dokumentu z „Deutsche Volksliste”, nigdzie jednak sąd nie mógł odnaleźć dokumentu o rehabilitacji Wincente­go Jankowskiego. Sprawa utknęła w sądzie, a lokatorzy kamienicy zaczęli „spać na wa­lizkach”. Nowi „właściciele” starają się jak najszybciej wyprzedać mieszkania w tej kamienicy – nie czują się pewnie co do ostatecznego wyniku sprawy. Rezultat: oszuka­ni lokatorzy, „oskubany” Skarb Państwa.

 

Powróćmy jednak do Warszawy, do innej jej enklawy – gminy Śródmieście. Tam dopiero dzieją się „przewalanki” godne kryminalnego filmu.

 

Zacząć trzeba ten wątek od niejakiego Marka Machtyngera, obywatela austriac­kiego, zrodzonego z matki Antoniny Chłopczyk – obywatelki wprawdzie jeszcze Polski, lecz już na stałe zamieszkałej w Wiedniu. Zwróćmy uwagę, jak lawinowo bę­dzie promieniować wpływ chłopczyka pani Chłopczyk, czyli Marka Machtyngera, na kilka „przewalanek” własnościowych w gminie Śródmieście7.

 

Zacznijmy odjedenastopiętrowego wieżowca zbudowanego w latach 70. przy rogu ulicy Madalińskiego i Alei Niepodległości. Dom miał podwyższony standard, za co otrzymał tytuł „Mister Warszawy”. Czternastu głównych lokatorów wykupiło zamiesz­kałe przez siebie mieszkania. Znajdowały się pod zarządem Warszawskich Zakładów Maszyn Elektronicznych – „Warmelu”.

 

„Warmel” upadł, lecz na krótko przedtem otrzymał tenże budynek na własność. Akt uwłaszczenia „Warmelu” jako „osoby prawnej” pochodzi z 1994 roku. Za ten i tysiące podobnych „przekształceń własnościowych” był odpowiedzialny ówczesny minister J. Lewandowski. Dlaczego właścicielem tak cennego wieżowca został zakład, o którym było wiadomo, że wkrótce zniknie, że przecież musi upaść śladem tysięcy in­nych, „prywatyzowanych” przez Lewandowskiego, potem Kaczmarka? Odpowiedź tkwi w dalszych losach wieżowca.

 

Zanim „Warmel” ostatecznie wyzionął ducha, pośpiesznie sprzedał wieżowiec na pokrycie części swych długów. Kupiła go spółka akcyjna o nazwie „Motozbyt”, po­wstała z Polmozbytu. Spółka zapłaciła miliard 600 tysięcy złotych, czyli obecne 160 tyś. złotych. I oto prześledźmy, jak gwałtownie zaczęła maleć wartość kamienicy. Za­ledwie rok po sprzedaży – w 1997 roku, Motozbyt sprzedał budynek razem z jego mie­szkaniami własnościowymi, z 616 metrami kwadratowymi gruntu i trzema garażami na sześć samochodów — tejże pani Antoninie Chłopczyk. Transakcji dokonał jej pełnomo­cnik i rodzony synal – Marek Machtynger. Zapłacili szesnastą część tego co zapłacił Motozbyt, czyli 10 tysięcy złotych! Dlaczego Motozbyt zdecydował się, zaledwie po roku, stracić na tej transakcji 150 tysięcy złotych? Brak odpowiedzi. Jedna z lokatorek, założycielka komitetu protestacyjnego mieszkańców wieżowca, tak skomentowała ten przekręt:

– Za te pieniądze (10 tyś. złotych – H.P.), sama chętnie kupiłabym taki wieżowiec.

 

Dodajmy: 10 tysięcy złotych, to cena używanego samochodu marki Fiat 126 p.

Marek Machtynger, chłopczyk pani Chłopczyk, nieco wcześniej dokonał podobne­go cudu.

l. Zob.: K. Bogomilska, „Nasza Polska” 23 sierpnia 2000.

223

Reprezentował w 1994 roku spółkę o nazwie Bella Flora, która otrzymała w wieczyste użytkowanie teren po Miejskim Przedsiębiorstwie Ogrodniczym, położonym w Parku Traugutta przy ulicy Wenedów. Zapłacił – 415 tyś. złotych, czyli po 10 dola­rów za metr kwadratowy7. Tu niezbędny komentarz: Park Traugutta podobnie jak inne parki stolicy, jest obiektem stanowiącym tzw. podstawowy system obszarów zieleni miejskiej. Nie wolno tam stawiać żadnych budowli poza służącymi konserwacji zieleni.

 

I oto zaledwie kilka miesięcy po transakcji, Marek Machtynger – pełnomocnik Bel-la Flory – otrzymał od kierowniczki śródmiejskiego Wydziału Architektury – Marii Za­mojskiej zezwolenie na budowę dwóch czterokondygnacyjnych apartamentowców z garażami i basenami w podziemiach, o łącznej powierzchni 9 600 metrów kwadrato­wych!!

 

Dyrektor gminy Śródmieście Anna Wysocka jednak anulowała tę decyzję. Wtedy Bella Flora zmieniła taktykę. Z planów zniknęło bulwersujące słowo: „apartamentowce”. Zostało zastąpione zwrotem: „pokoje gościnne bazy”. Powierzchnię obiektu zmniejszono oficjalnie do l 600 metrów, lecz reszta to tzw. „zaplecze”. Dziwne to za­plecze: system połączonych pomieszczeń, z których każde wyposażono w łazienkę. Jakil łatwo przerobić takie zaplecza w mieszkania…

 

A cóż to za wszechmocna spółka, ta Bella Flora? Odpowiedzi udziela skład spółki:

Antonina Chłopczyk, Leszek Mitura, Stanisław Fiodorow. Mitura wycofuje się ze spółki, sprzedając swoje udziały obywatelowi austriackiemu Grzegorzowi Czajko-wskiemu. Dlaczego tak łatwo kupiono grunty Parku Traugutta, pozornie niedostępne dla budownictwa? Odpowiedź znów w nazwiskach. Kupiono je od zarządu Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych: decyzję o sprzedaży poparła Rada Nadzorcza MPRO, a w jej skład wchodził Jacek Zdrojewski. Dziś (2000) J. Zdrojewski – z ramie­nia SLD -jest wiceprezydentem Warszawy…

 

Marek Machtynger konsekwentnie specjalizował się w budowie apartamentow­ców, dlatego wspólnie z niejakim Wiesławem Wiśniewskim – prezesem polskiej filii „Liberty GSM” z Bytomia-jest inwestorem budowy kolejnego apartamentowca przy ulicy Mokotowskiej 15 A. Pozwolenie na budowę uzyskali w 1998 roku od Państwowe­go Nadzoru Budowlanego Urzędu Śródmieście. Pozwolenie uzyskał w listopadzie 1998, a w lutym 1999 w „Gazecie Wyborczej” zamieścił ogłoszenie o sprzedaży aparta­mentów o pow. od 90 do 240 metrów kwadratowych, w cenie po 2 000 USD za metr kwadratowy. Porównajmy – za niecałe półtora metra (10 tyś. zł.) sprzedano potężny wieżowiec!

 

Nie na tym koniec. Występując tym razem jako pełnomocnik swej prężnej mamusi, Chłopczyk – Machtynger nabył działkę przy ulicy Bednarskiej 25 A: budowę – oczy­wiście apartamentowca – podjął tam inny inwestor – Teodora Brzozowska z Górnego Śląska. Jakoś to wszystko obraca się w sferze niemieckojęzycznej, austriacko-śląskiej, ale nie bądźmy drobiazgowi – liczą się pieniądze. Pełnomocnikiem pani Brzozowskiej był niejaki Filip Wyganowski, ale tu już cieplej: to syn byłego prezydenta Warszawy Stanisława Wyganowskiego z UW! W 1994 roku budowę wstrzymano wyrokiem sądu, lecz tylko dlatego, że naruszono konstrukcję sąsiedniego budynku.

l. „Nasza Polska” pisała o tym w numerze 24/2000.

224

Kim wreszcie jest pan Machtynger, poza tym, że jest rodzonym chłopczykiem pani Chłopczyk? Ma 42 lata, absolwent lice­um. Do Austrii wyjechał z mamusią 20 lat temu. Działalność „gospodarczą” w Polsce podjął w 1992 roku od założenia firmy „Prymusgaz S.A.” W tym czasie ten gigant biznesu powołał inną spółkę o nazwie „Top-gaz” z siedzibą w Sosnowcu – tu był preze­sem jednoosobowego zarządu. W zamian za to, zarząd „Prymusgazu” składał się z dżen­telmenów o swojsko brzmiących nazwi­skach: Yladimir loudin (Judin? Juda?) z Omska – prezes Rady Nadzorczej: człon­kowie zarządu – Leonid Jernakow z Tobolska, Peter Peterchourkine i Paweł Elentsow – obaj z Warszawy. Machtynger jest prezesem, a obie spółki „obracają” paliwami. Raczej „obracały” -jak pisze dziennikar­ka „NP” – bo obie są (2000) ścigane przez wierzycieli, co jest zajęciem skarbowo-policyjnie dość trudnym, bo np. „Prymusgaz” nie ma ani adresu, ani konta!

 

Po tych gazowych przekrętach, Machtynger przekwalifikował się na handlarza nieruchomościami ze skutkami opisanymi wyżej. W tym celu założył firmę Invest Par­tner. Jej siedziba mieści się przy ulicy Wenedów w Warszawie, czyli przy Parku Trau­gutta. Nikt i tam nie odbiera telefonów, nikogo nie można zastać w siedzibie. I dopiero po tym uzupełnieniu mamy pewną jasność w mrokach warszawskiego bagna.

 

O realizacji żydowskiego celu: „Wasze ulice, nasze kamienice” można pisać długo i monotonnie, a tę monotonię narzuca niemal zawsze ten sam schemat zawłaszczania polskiej nieruchomości. Zakończę ten wątek czymś jednak nietypowym, ponuro orygi­nalnym. Oto na rogu Starego Rynku we Wrocławiu stoi dom, niegdyś „Dom Altarzystów” przy kościele Św. Elżbiety. Rządzący obecnie Polską żydowski aparheid „sprzedał” czy oddał ten dom „artyście” – miedziorytnikowi Eugeniuszowi Get-Stankiewiczowi. Jest on Żydem, zatem endemicznie nienawidzi Jezusa Chrystusa. Chyba długo dumał, jakby tu „dołożyć” obiektowi swej nienawiści i pogardy czyli Chrystuso­wi. I wreszcie znalazł! Na frontonie kamienicy umieścił płaskorzeźbę, którą tu reprodu­kuję z książki Konstantego Z. Hanffa i Zbigniewa Rutkowskiego7.

 

Płaskorzeźba przedstawia Chrystusa zdjętego z Krzyża i umieszczonego pod jednym jego ramieniem, a pod drugim ramieniem Get-Stankiewicz wyrzeżbił młotek i trzy gwoździe. Ponieważ nienawistne „przesłanie” tej rzeźby nie każdy mógłby pojąć, Get-Stankiewicz umieścił pod spodem wyjaśniający napis, który brzmi: „Zrób to sam”. Czyli sam ukrzyżuj Chrystusa!

 

Bywają żydowskie łajdactwa, których komentować po prostu nie wypada.

l. Zbigniew Rutkowski jest założycielem i dyrektorem poznańskiego wydawnictwa WERS.

225

 

Mały przekręt w dużym

Za sprawą Towarzystwa Wydawniczego i Literackiego, czytelnicy otrzymali w czerwcu 2000 zaskakującą lekturę. Jest nią książka profesora Kazimierza Poznań­skiego: Wielki przekręt. Liczy zaledwie 100 stronic, czyli właściwie – broszura.

 

Wielkim przekrętem nazywa autor tak zwaną „prywatyzację” w Polsce lat 1990-2000. Bardzo słusznie. Okres ten przyniósł Polakom nie prywatyzację, lecz total­ne narodowe wywłaszczenie Polski i Polaków.

 

Słusznych tez jest w tej pracy znacznie więcej. Można sobie podarować te frag­menty, w których Poznański wylicza zbieżności i różnice pomiędzy praktyką gospo­darczą komunizmu, zwłaszcza gierkowskiego, a praktyką niepełnego kapitalizmu ostatniej dekady. Na miarę sensacji należy uznać w książce dwie fundamentalne, starannie udokumentowane prawdy:

— tak zwane „reformy” autoryzowane niemal wyłącznie nazwiskiem Leszka Balcero-wieża — to ten właśnie „Wielki przekręt”;

– tak zwana „prywatyzacja” jest niczym innym, jak monstrualną wyprzedażą – za bezcen olbrzymiego majątku narodowego Polaków.

 

Obie te prawidłowości znajdują ujście we wspólnej kloace. Jest nią, zdanieq K. Poznańskiego, straszliwa, na miarę historycznego „przekrętu” gospodarczego, koru­pcja. To właśnie korupcję czyni prof. Poznański jedyną prawidłowością odpowie­dzialną za monstrualne marnotrawstwo majątku narodowego pod nazwą prywatyzacji, czyli wyprzedaży tego majątku obcym inwestorom.

 

Sensacyjność tych odważnych syntez polega na ich merytorycznej prawdziwości, jak też na pozycji naukowej autora.

 

O tym, że w Polsce ostatniej dekady dokonywała się grabież majątku narodowego pod pretekstem „prywatyzacji”, wie już niemal każdy Polak. Jeden – z lektur prasy i ko­munikatów innych mediów o nieprzerwanym potoku afer „prywatyzacyjnych”. Drugi-wie to z własnego ubożenia.

 

Najlepiej i najdotkliwiej wiedzą o tym bezrobotni -już ponad 2 500 000 osób, a ta­kże górnicy, rolnicy, niedawna wielkoprzemysłowa „klasa robotnicza”. Zostali zepch­nięci na skraj nędzy jedni, w dosłowną nędzę drudzy. Im nie są już potrzebne dywagacje profesorów, nawet tak profesjonalnych ekonomistów jak prof. K-. Poznański. Wiedzą to samo co wie on sam, tyle tylko, że nie potrafią tej wiedzy ubrać w fachowe formułki.

 

Sensacyjność analizy Poznańskiego tkwi głównie w jego pozycji na „rynku nauko­wym”. Po pierwsze, jest to człowiek nacyjnie tożsamy z ludźmi, którzy doprowadzili Polskę do przepaści ekonomicznej. Po drugie, zgodnie z tym właśnie, prof. Poznański jest liberałem – ekonomistą, czyli zwolennikiem drapieżnego kapitalizmu pod nazwą „wolnego rynku”. W tym punkcie i miejscu niczym nie różni się od strategii takich zbawców, jak właśnie Balcerowicz czy Sachs lub Soros.                          

 

A jednak ostro „dołożył” wolnemu rynkowi, czyli bandyckiej „prywatyzacji”, poli­tycznie i ekonomicznie ubezwłasnowolnionej Polski. Tak – całej Polski, bo już nie tylko jej majątku.

 

K. Poznański jako ekonomista przeszedł błyskotliwy szlak awansów i osiągnięć naukowych, zawodowych i życiowych.

226

Tajemnica tych awansów – mówiąc oględnie, mogła tkwić w samej specyfice jego nazwiska – Poznański. Nie rozwijając tego wątku, zauważmy:

 

– Publikował w prasie krajowej, zwłaszcza w prestiżowym „Życiu Gospodarczym”. Doktoryzował się z pracy: Innowacje w kapitalizmie, wydanej przez Państwowe Wy­dawnictwo Naukowe. Rok po przybyciu do USA już wykładał ekonomię na uniwer­sytecie Comell, Nowy Jork. Idzie w górę niczym rakieta: jako pierwszy „polski” ekonomista znalazł się w gronie autorów zbiorowej publikacji Kongresu USA. Po­tem wykładał na kilku amerykańskich uczelniach, m.in. na uniwersytetach Evanston, Northwestem, Illinois. Korzystał ze stypendiów na uniwersytecie Stanford i innych. Teraz jest profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattie.

 

Pi­sze, publikuje. Jego prestiżową pracę: Technologia i konkurencja: blok sowiecki w gospodarce światowej, wydał renomowany Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley. Kilka lat później uczestniczył wraz z filozofem Leszkiem Kołakowskim, wtedy już „nawróconym” z wojującego stalinisty na kapitalizm, w przygotowaniu publikacji Konstruowanie kapitalizmu. Była to jedna z pierwszych prac poświęconych „transfo­rmacji” pokomunistycznej. W 1997 roku nakładem Cambridge University Press wy­dano jego pracę: Przewlekła transformacja: zmiany instytucjonalne a wzrost gospodarczy w Polsce 1970-1994.

 

Wkrótce ukaże się jego praca: Śladami Poppera… K. Poznański zorganizował kilka dorocznych dyskusji z udziałem „polskich” i ame­rykańskich ekonomistów na temat transformacji. Ich plon ukazał się w dwóch książkach, a jeden z rozdziałów opracował znany niszczyciel polskiej gospodarki K. Sachs. Od kilku lat prof. Poznański współredaguje prestiżowy amerykański periodyk: poświęcony „transformacjom” państw Europy Wscho„East European Politics and Societes”, dniej.

 

I taki to „ekonomiczny” geniusz, żyjący za pan brat z innymi wybitnymi tytanami nauki, takimi jak Kolakowski czy Sachs – węgierski ekonomista J. Kornai czy McKinnow, nagle dokopał „transformacji” w Polsce, nazywając ją „wielkim przekrętem”. Słowo „przekręt” nie posiada zbyt eleganckiej konotacji. Pochodzi ze slangu cinkciarzy – dzisiejszych kantorowców, a oznacza po prostu oszustwo. Zręczny oszust handlujący walutami, błyskawicznie podmieniał zwitek banknotów dobrych na owinię­ty kilkoma banknotami zwitek makulatury – klient dopiero po niewczasie dowiadywał się o „przekręcie”.

 

Dokładnie tak samo po niewczasie dowiedziały się o tym transformacyjnym prze­kręcić miliony Polaków oszukanych przez polskojęzycznych eurofolksdojczy.

 

Dokonana przez Poznańskiego analiza tego przekrętu jest logiczna i nienaganna. Wykazuje, na podstawie powszechnie stosowanych w ekonomii kryteriów ustalania Produktu Narodowego Brutto i ogólnej wartości majątku narodowego – że polski kapi­tał sprzedaje się za granicę „za około 9-12 proc. jego faktycznej wartości”. I dodaje:

 

„Innymi słowy, jest upłynniany za ułamek oszczędności, które byłyby niezbędne dla stworzenia tego majątku” (s. 41). W innym miejscu Poznański wylicza przeko­nująco, że nasz kapitał jest sprzedawany za jeszcze mniej – za około 5 proc. jego war­tości.’ Zagraniczni bankierzy przejęli za zaledwie 2-3 mld dolarów około połowę prywatnych depozytów, czyli prawie 25 miliardów dolarów, oraz drugie tyle dola­rów zachowanych w depozytach prywatnych od tzw. osób fizycznych.

227

 

Jeżeli „prywatyzacja” będzie do końca odbywać się z zachowaniem tych samych przekrętowych dysproporcji pomiędzy rzeczywistą wartością „sprzedawanych” dóbr a cenami za nie otrzymywanymi, to według wyliczeń prof. Poznańskiego, majątek narodowy o war­tości 300 mld dolarów zostanie sprzedany za około 30 miliardów.

 

I tu dochodzimy do korupcji, czyli tytułowego przekrętu dokonanego na meryto­rycznie słusznych analizach ekonomicznych. Poznański wszystko zło widzi wyłącznie w korupcji. To korupcja jest sprawcą tego wielkiego przekrętu pod nazwą prywatyza­cji. Gdyby nie było korupcji, gdybyśmy sprzedawali za realną wartość zbywany majątek, to po pierwsze, nasze zagrożenia ekonomiczne nie miałyby miejsca, a po dru­gie, napływ kapitału obcego nie posiadałby tak negatywnego skutku. Polska korupcja jest tak powszechna, że wręcz narodowa! Ci sprzedajni Polacy, na czele z ekipą Balcerowicza, za nędzne ochłapy łapówkarskie, wyzbywają się całego majątku narodowego!

 

To przypisywanie wszystkiego zła banalnej korupcji, jest tym właśnie małym przekrętem K. Poznańskiego w wielkim przekręcić.

 

Ten mały przekręt Poznańskiego posiada jeszcze drugą warstwę. Jest nią- zdaniem autora – stosowanie przez Balcerowicza rzekomo błędnej polityki gospodarczej. Na korupcję nakłada się więc – lub odwrotnie – błędna strategia duszenia inflacji, fetysz rynku, wolnej gry rynku, schładzanie gospodarki,                                 f

 

Tylko intelektualną nierzetelnością można usprawiedliwiać szermowanie takimi argumentami przez wytrawnego ekonomistę. Polityka sitwy Balcerowicza nigdy nie była błędną. Była to świadoma polityka skarbowa, ekonomiczna, budżetowa, „pry­watyzacyjna”, zmierzająca konsekwentnie do wyniszczenia ekonomicznego, do zapaści budżetowej, wreszcie – do grabieży majątku narodowego przez obcych. Był to i pozostanie, niezależnie od zmian w rządzie i „Kne-Sejmie”, naczelny strategiczny cel, podporządkowany wchłonięciu polskiej resztówki przez Unię Germano-Euro-pejską. Poznański pisze, że …Balcerowicz zdał się na zagraniczne wzory oraz zagrani­cznych inwestorów… Jakie wzory? Narzucone przez Sachsa i Sorosa? Sachs zniszczył Boliwię, zniszczył Meksyk, niszczy wiele innych gospodarek. Czy ktoś taki jak Balce­rowicz nie zdawał sobie sprawy z tych niszczycielskich praktyk? Pisze:

Fakty są jednak takie, że w Polsce nie brak publicznych oskarżeń o korupcję, ale nie roi się od procesów osób odpowiedzialnych za prywaty­zację majątku państwa.

Dlaczego?

Poznański odpowiada:

Wymiar sprawiedliwości jest bowiem absolutnie niesprawny.

I znów zdumienie: jak ktoś taki może przypisywać bezkarność systemowego nisz­czenia kraju, niesprawności „wymiaru sprawiedliwości?” Przecież tenże system (nie-) sprawiedliwości jest nierozdzielną częścią systemu niszczenia całości.

Tak został ustawiony, tak ubezwłasnowolniony, aby nikomu za przekręty włos z głowy nie spadł. Poznański ma na myśli sprawców konkretnych korupcji, łapówkarzy, itp. Dlaczego nie postuluje postawienia przed sądem rzeczywistych sprawców tragedii, takich jak Balce­rowicz z sitwą, czyli z Lewandowskim, H. Gronkiewicz-Waltz, Kolodką, Kieżmarkiem, Wąsaczem, całą polityczną otoczką tej sitwy; Geremkiem, Mazowieckim, całą Unią Wolności?

228

Dlaczego ten wytrawny ekonomista oburza się na bezkarność miecza, gdy powinien postulować odrąbanie łapy ten miecz dzierżącej?

Prof. K. Poznański przeprowadził staranną sekcję zwłok polskiej gospodarki, lecz postawił mylną diagnozę zgonu. Uczynił to świadomie. Kiedyś trzeba będzie do­konać ekshumacji zwłok i postawić trafną diagnozę. Nie uczyni tego ani „Poznański”, ani inny „Warszawski” czy „Krakowski”.

 

W prasie ukazało się kilka obszernych omówień pracy prof. Poznańskiego. Wszy­stkie entuzjastyczne, w prasie narodowej – wręcz tryumfalistyczne, bo „dokopujące” znienawidzonemu Balcerowiczowi. W „Trybunie” (7 czerwca) ukazało się obszerne omówienie książki z równie tryumfalistycznym podtytułem: Klęska polskich reform – i znów ani słowa o zdumiewającej połowiczności analizy, przypisywaniu wszystkiego banalnej korupcji. Wszystkich zadowoliła trafna i niszczycielska analiza „wielkiego przekrętu”, dokonanego na ciele Polski w ostatnim dziesięcioleciu.

Nikt nie zwrócił uwagi na to, że prof. Poznański czyni nas samych, Polaków a nie Balcerowiczów, winnymi naszych nieszczęść. Jesteśmy bowiem narodem łapówkarzy, sprzedawczyków za nędzne grosze.

 

Książka K. Poznańskiego pt. Wielki przekręt starannie przemilcza gigantyczne afery o charakterze systemowym, dokonywane z inicjatywy a potem za przyzwoleniem jego pobratymców będących wówczas i obecnie przy władzy. Nic nie wspomina o aferach:

rublowej, alkoholowej, o bezkarnej zbrodni stanu pod nazwą FOZZ, o olbrzymiej grabieży polskich funduszy przez dwóch Żydów Bagsika i Gąsiorowskiego. Tej gra­bieży by nie było, gdyby nie tak właśnie skonstruowany system prawny; gdyby nie po­moc ich pobratymców z UOP, rządu, wreszcie współpraca z izraelskim wywiadem.

 

Wszystkie plagi PRL-bis, to – zdaniem prof. Poznańskiego – ta właśnie total­na, endemiczna, narodowa korupcja Polaków. Media zarówno narodowe, „prawi­cowe”, jak i lewackie nie dostrzegły tej połowiczności analizy Poznańskiego. Tego wypuszczenia na boczny ślepy tor owego pojazdu – widma, jakim jest PRL-bis okupowana przez zwycięskich Żydów i ich zagranicznych pobratymców.

 

Grabieży polskiego majątku narodowego nadano charakter systemowy, między­narodowy. Jest to inwazja wyczerpująca wszystkie znamiona tego słowa poza jednym -inwazją militarną. Jest to zorganizowana grabież, w której polskojęzyczni dywersanci osadzeni w decyzyjnych strukturach władzy wykonują zlecone im sabotażo­we zadania. Są skorumpowani systemowo, a lapówkarstwo jest lapówkarstwem politycznym, nacyjnym, a nie finansowym.

 

Czy Balcerowicz, Lewandowski, Kaczmarek, Wąsacz oddając obcym gigantycznej wartości obiekty za 10 proc. ich wartości, brali lub biorą łapówki? Możliwe, lecz nie niszczą Polski dla tradycyjnych łapówek. Oni są skorumpowani politycznie, nacyjnie, ideowo, programowo, a to są najstra­szliwsze formy „lapówkarstwa”.

 

K. Poznański zyskałby więcej wiarygodności, gdyby przytoczył przykłady koru­pcji z kraju jego przodków na dowód, że Izrael jako państwo to wielka sadzawka reki­nów i piranii, że korupcja jest tam codziennością ludzi z kręgów władzy. Oto kilka przykładów7.

l. Zob.: „Życie Warszawy”, 29 V 2000.

229

Prezydent państwa Ezer Weizman, były minister, poseł Knesetu, dowódca izrael­skiego lotnictwa wojskowego, musiał podać się do dymisji przed upływem drugiej ka­dencji po ogłoszeniu raportu prokuratury generalnej, oskarżającej Weizmana o łapówkarstwo na sumę ponad miliona dolarów. Musiał odejść, choć prokurator Elia-kim Rubinstein zrezygnował z podjęcia postępowania sądowego wobec Weizmana za nie tylko łapówkarstwo, lecz również za oszustwa podatkowe.

 

Były minister sprawiedliwości Cachi Hanegbi, został oskarżony o łapówkarstwo i wyłudzenia.

Były minister spraw wewnętrznych Arie Den został skazany na cztery lata więzie­nia za łapówkarstwo.

Wiceminister i szef resortu komunikacji Icchak Mordechaj podał się do dymisji po oskarżeniach policji o seksualne molestowanie urzędniczek i za próbę gwałtu.

 

Skąd oni wynieśli takie skłonności? Czyż nie z Polski, skoro 60 proc. obywateli Izraela, to polscy Żydzi?

Słowem — znów winni Polacy?

Ostatnie oszustwo Balcerowicza

Wspólnym wysiłkiem mózgowców Ministerstwa Pracy i samego Balcerowicza -wicepremiera i ministra finansów, zrodził się rządowy dokument pod nazwą: Narodo­wa strategia wzrostu zatrudnienia i rozwoju zasobów ludzkich’. Sam tytuł jest zu­chwałym szyderstwem z rzeczywistości ekonomicznej i gospodarczej.

 

Sam tytuł tego elaboratu zawiera kilka pięter takich szyderstw i fałszów. Przede wszystkim – „narodowa”. Tym słowem, bezlitośnie wyszydzanym przez żydomedia w innych kontekstach, autorzy tej fałszywki w randze dokumentu rządowego staraj ą się sprawić wrażenie, że dokument dotyczy całego polskiego Narodu i jego jeszcze ist­niejącego państwa.

 

Drugie słowo fałszywie nadwartościujące nędzną treść dokumentu, to „strategia”. Wiadomo: jeżeli „strategia”, to coś skończenie precyzyjnego, rzetelnego, przemyślane­go, perspektywistycznego.

 

Trzecie oszustwo, uprawiane zresztą masowo, to rzekomy „wzrost zatrudnienia”, który nastąpił w rezultacie stosowania owej „narodowej strategii”.

 

Czwarty bełkotliwy wątek samego tytułu, to wymienianie jednym tchem owego „wzrostu zatrudnienia” oraz wzrostu „zasobów ludzkich”. W komunizmie ludzie byli nazywani „siłą roboczą”. „Zasoby ludzkie” to dokładnie to samo co „siła robocza”, ro­bole, bezosobowa masa, którą należy ugniatać, formować i eksploatować dowolnie.

 

Ale nie w semantyce tytułu tkwi nikczemność tego dokumentu, tylko w jego treści.

 

Owszem, dokument posiada „strategię”, lecz jest to strategia Unii Germano-Eu-ropejskiej, nakazana do realizacji polskim eurofolksdojczom.

 

l. Zatwierdzony przez rząd 4 stycznia 2000. To oszustwo jest kontynuowane przez jego następcę-niszczenie państwa jest zadaniem każdego eurofolksdojcza niezależnie od partyjnego szyldu.

230

 

Autorzy dokumentu wcale tego nie ukrywają pisząc, że idee zawarte w Narodowej strategii… są zgodne z aktualnymi rezolucjami (czytaj – poleceniami) wytycznymi OECD i Unii Europejskiej w dziedzinie polityki zatrudnienia1.

 

Już to stwierdzenie zadaje kłam słowu „narodowa” strategia rozwoju. Nie jest to strategia narodowa tylko eurounijna, globalistyczna, inwazyjna, niszczycielska, kasacyjna wobec narodu polskiego.

 

Polskojęzyczni eurofolksdojcze – autorzy dokumentu wyjaśniają dalej, że przyjęte przez nich pseudo-rozwiązania tej pseudo-strategii uwzględniają zalecany w krajach Unii Europejskiej sposób wyróżniania węzłowych kategorii problemowych – tzw. fila­rów, na których powinny się wspierać narodowe polityki zatrudnienia.

 

Zwróćmy uwagę na słowo: zalecany przez Unię Europejską. Wynika z tego słowa, że nie są to jeszcze dyrektywy, tylko zaledwie zalecenia. „Nasi” nadgorliwi eurofol­ksdojcze czynią z tych zaleceń obowiązujące dyrektywy i przyjmują je do realizacji rządowej. Nazywają je „wytycznymi”, a nie zaleceniami.

 

Dalej okazuje się, że nie jest to „strategia” czasowo aż tak odległa, aby usprawiedli­wiała użycie słowa „strategia”. Wyjaśniają, że plan obejmuje okres 2000-2006. Dlacze­go taki okres? Bo taki zakres czasowy przewiduje się na realizację procesu „przedakcesyjnego”. Każdego Polaka nawet nie .przesadnie uwrażliwionego na czy­stość i normalność języka polskiego może przyprawić o ból zęba samo słowo „przed-al-caryjTry-„, a-A? w cibA-ciYi-ftaiTYW- i Tram-^’ •NKafc- iws’fvk J\a?asa? pwAyih-r^K-A- f^TawAywia1?. Nie wymagajmy jednak zbyt wiele w zakresie języka polskiego odludzi, którzy są zale­dwie polskojęzyczni.

 

Autorzy dokumentu, jak przystało na nadgorliwych eurofolksdojczy, powołują się na inspirujący ich program szczytu państw G-8 z 1988 roku. Przyjęto tam rzeczywiście strategiczną zasadę odchodzenia od modelu państwa opiekuńczego. Należy rozumieć pod tą maskującą formułką – strategię likwidacji niezawisłych i suwerennych państw poprzez programowy rozkład ich samodzielności gospodarczej, budżetowo-fmansowej, co z żelazną konsekwencją zasługującą na pluton egzekucyjny, realizowała już od wielu lat banda polskojęzycznych eurofolksdojczy na czele z Balcerowiczem.

 

Powróćmy do owej strategii zatrudnienia, przyjętej przez eurofolksdojczy. Opierają ją na czterech zapowiedzianych „filarach”. Pierwszy z nich to poprawa zatrudnie­nia, którą definiują jako zatrudnialność

 

Drugi filar to – uwaga: rozwój jakości zasobów ludzkich. Tak jak daje się zwię­kszać jakość np. masła, samochodu czy jakość odbioru telewizyjnego ekranu, tak oni będą zwiększać jakość zasobów ludzkich – tej bezosobowej masy roboli.

 

Trzeci filar, to poprawa zdolności adaptacji przedsiębiorstw i ich pracowników do warunków zmieniającego się rynku, wzmocnienie równości szans na rynku pracy.

 

Czwarty filar, to oklepany rozwój przedsiębiorczości.

 

Wszystkie cztery filary dosłownie wiszą w powietrzu, bujają w obłokach: ani słowa o podstawowym warunku likwidacji bezrobocia, jakim jest rozwój gospoda­rczy, inwestycje, czyli powstawanie nowych miejsc pracy.

 

l. Z. Lipiński: Nowy etap Balcerowicza, „Nasza Polska”, 17 V 2000.

231

 

Zamienianiem milionów pracowników, a także już bezrobotnych w bezwolną masę roboli, polskojęzyczni eurofolksdojcze cofają się w głąb wieku XIX, do prymitywnego drapieżnego kapitalizmu, z jego bezlitosnym wyzyskiem pracownika pozbawionego praw, włącznie z prawem do strajku, do demonstrowania sprzeciwu i głoszenia postula­tów7. Na rzekomej obronie tych praw wyrósł przerażający polip komunizmu, jego kłamliwa retoryka o „prawodawstwie pracy”, „opiece socjalnej”, „prawach związko­wych”.

 

Tu powrót do połowy XIX wieku polega na zanegowaniu, odrzuceniu nawet tych werbalnych uprawnień, na przekształcaniu pracowników w masę roboli o „upraw­nieniach” bydła roboczego.

 

„Narodowa strategia” nie proponuje żadnych proinwestycyjnych działań rządu. Polega ona na żonglerce słownej o charakterze edukacyjnym, prawnym, jak też gospo-darczo-fiskalnym.

 

Rząd Balcerowicza – Buźka – Geremka uznawał za niewystarczające w zakresie zwalczania bezrobocia, regulacje prawne swych poprzedników rządowych, czyli koali­cji SLD – PSL, podejmowane pod kątem biznesu partyjno-nomenklaturowego, z prze­wagą zagranicznego. Chodzi im o takie regulacje prawne, które wprowadzają dyktat pracodawcy w zakresie wydajności, kosztów produkcji. Wydajność ma być zwiększa­na, koszty zmniejszane. Ich wysoki poziom powoduje zwiększenie popytu na pracę re­jestrowaną i zmusza do pracy „na czarno”.

 

Rząd proponuje zlikwidowanie w obecnym Kodeksie Pracy obowiązku informo­wania właściwego inspektora pracy i właściwego państwowego inspektora sanitarnego o rozpoczęciu, zmianie i zaprzestaniu działalności przedsiębiorstwa.

 

To jest ten właśnie „dziki kapitalizm”. Innymi słowy – zlikwidować nadzór służb państwowych nad warunkami zatrudnienia i warunkami pracy. Wyjaśniają ten powrót do dzikiego czyli bezlitosnego, bezkarnego kapitalizmu tak oto:

 

Obecnie regulowanie bezpieczeństwa zatrudnienia nastawione jest na maksymalne gwarancje prawne i socjalne pracowników. Co w sposób niedoskonały gwarantował re­alny komunizm, ma być zlikwidowane w ramach powracającego realnego kapitalizmu;

 

Istniejące regulacje sprawiają, że przedsiębiorstwa nie są zdolne elastycznie rea­gować na wciąż postępujący rozwój technologii. Nadmierna regulacja generuje wyso­kie koszty (…) Dlatego konieczne jest podjecie działań deregulacyjnych – czytaj -likwidacja regulacji biorących w obronę pracownika przed niekontrolowanym wyzy­skiem.

 

„elastyczność pracy”, rządowy dokument rozwija w pięciu punktach. Pierwszy jest dość obojętny dla pracownika, bo mówi o możliwości stosowania różnych form organizowania się firm, np. przekształcania wydziałów w samodzielne jednostki orga­nizacyjne. Drugi punkt to jawny cios w pracownika, w jego uprawnienia chronione dotąd przez rząd. Dopuszcza bowiem stosowanie różnych form umowy o pracę, takich jak praca dorywcza, nietypowe formy zatrudnienia, praca w niepełnym wymiarze godzin. Oznacza to w praktyce stałą niepewność zatrudnienia przez zmniejszanie moż­liwości osiągania przyzwoitych i coraz większych zarobków, wynikających choćby ze stażu pracy.

 

l. Na demonstrację trzeba w PRL-bis („Trzeciej RP”) mieć pozwolenie!

232

 

Trzeci punkt dopuszcza stosowanie różnych harmonogramów pracy i norm czaso­wych, czyli nieprzestrzeganie tygodniowego pułapu godzin zatrudnienia, wiosną 2000 roku wynoszącego 42 godziny.

 

Czwarty punkt zapowiadał dopuszczanie zmian w zakresie zadań pracownika w miarę zmian w zadaniach firmy. To kolejna zapowiedź niewolniczego podporządko­wania pracownika interesom firmy.

 

Piąty punkt jest już całkowicie pozbawiony skrupułów, nawet werbalnych. Zapo­wiada dopuszczalność obniżania stałej części płacy i wzrostu części płacy warunko­wanej wydajnością i efektami pracy. Załoga zakładu staje się stadem roboli poddanych dyktatowi właściciela. Będzie miał prawo obniżania nawet stałych płac pod prete­kstem zmniejszonej wydajności zakładu, wydziału albo pracownika.

 

Eurofolksdojcze – rządowi nadzorcy polskiego stada idą jeszcze dalej. Likwidują płacę minimalną! Zapowiadaj ą ponowne zdefiniowanie społecznej funkcji płacy mini­malnej, potrzebę jej ustalania, jak i obszary regulacji: przestrzenne, kwalifikacyjne i związane z wiekiem pracowników. Uważają, że obecny poziom płacy minimalnej jest za wysoki i ma skutki negatywne w stosunku do ludzi młodych bez kwalifikacji. Wyjaśnijmy bez osłonek – chodzi o zatrudnianie tej najliczniejszej obecnie grupy młodych bezrobotnych – na warunkach płacowych poniżej gwarantowanego mini­mum. Jest więc potrzebne zróżnicowanie przestrzenne: w regionach o wielkim bezro­bociu chcą płacić grosze, ale statystycznie będzie to oznaczać likwidację bezrobocia.

 

Obłuda eurojudaszy ujawnia się w ich rzekomej trosce o rozwój małych i średnich przedsiębiorstw: te wszystkie wyżej wymienione kagańce i samowolki tym właśnie usprawiedliwiają. Temu również służy – rzekomo skrócenie ustawowego okresu wypowiedzenia do 2 tygodni.

 

W tym zapisie święci tryumfy cyniczna praktyka wyrafinowanego kłamstwa, merytorycznego terroryzmu jako narzędzi strategii antynarodowej, a nie „naro­dowej”.

Bo przecież:

– zamiast zaprzestania dyskryminacji polskiego drobnego kapitału, drobnej przedsię­biorczości;

– zamiast zaprzestania przeróżnych form preferencji, faworyzowania, zwłaszcza po­datkowego – wielkich molochów zagranicznych;

– zamiast poluzowania śruby podatkowej wobec małych firm;

– zamiast wprowadzenia zasady odliczania wydatków inwestycyjnych od podatku;

– zamiast powiększania lawiny utrudnień formalno-biurokratycznych przy zakładaniu firmy;

– zamiast coraz ostrzejszych utrudnień fiskalnych;

– zamiast tego wmawia się milionom polskich roboli, że to ich nadopiekuńcze pra­wa pracownicze utrudniają rozwój drobnej wytwórczości! Trzeba więc te prawa zlikwidować albo zmodyfikować, aby w ten sposób doszlusować do Europy, wypełnić dyktat brukselskich eurofolksdojczy.

 

233

 

TERROR „DEMOKRACJI”

Rzeź generałów

Terroryzm żydokomuny rządzącej Polską w latach 1990-2000 najłatwiej weryfiku­je pasmo „niewykrytych” i nieukaranych zbrodni i morderstw politycznych. Ta bezkar­ność w mordowaniu ludzi niewygodnych rozpada się na dwie grupy ofiar. Jedną stanowią ludzie niegdyś stanowiący trzon władzy komunistycznej w czasach PRL, drugą- zabójstwa osób czynnie stawiających opór w PRL i PRL-bis.

 

Wniosek z tego zróżnicowania może być tylko jeden: prominentów PRL mordują w czasach „Trzeciej RP” służby obcych państw i wywiadów. Działaczy opozycji naro­dowej mordują „szwadrony śmierci” rodzimej Bezpieki.

 

Serial głośnych morderstw na prominentach komunistycznych stanowią zabójstwa generałów: Piotra Jaroszewicza z małżonką, Fonkowicza, Dubickiego i Papały. Wszyscy czterej mieli tytuły generałów, co posłużyło publicyście Krzysztofowi Kąko-lewskiemujako tytuł do cyklu ponad 100 publikacji w „Naszej Polsce”: Generałowie giną w czasie pokoju.

 

Piotr Jaroszewicz był premierem PRL, generałem LWP. Posiadał nieprzebraną wie­dzę o kulisach PRL-ZSRR. Był po wojnie zaangażowany w poszukiwania skarbów III Rzeszy na Dolnym Śląsku7. Istnieje pogłoska, że posiadał tajne konto w Szwajcarii: czy jednak zawartość tego konta stała się powodem morderstwa, skoro w jego willi po zabó­jstwie nie zginęły precjoza o ogromnej wartości? Na polecenie jakich służb został zamordowany? Sowieckich? Niemieckich? Mossadu? CIA?

Generałowie Dubicki i Fonkowicz, z pochodzenia Żydzi, byli wysokiej rangi fun­kcjonariuszami wywiadu i kontrwywiadu. Czy wiedzieli zbyt dużo o tajemnicach na| styku PRL-ZSRR, PRL-CIA-Mossad, że musieli zginąć?

Generał Papała był Komendantem Głównym Policji – został zamordowany przed swoim domem przez jak zwykle „nieznanych sprawców”.

 

To wręcz nieprawdopodobne: czterech generałów ginie w czasie pokoju i w żadnym z tych przypadków mordercy nie zostają wykryci, osądzeni! Pomijając motywacje tych morderstw, zapominając o politycznej i służbowej przeszłości tych lu­dzi, trzeba się zgodzić z ponurym faktem, że w PRL-bis nie istnieją suwerenne służby śledcze, suwerenna policja, nie istnieją suwerenni sternicy państwa zdolni wspólnie wykryć sprawców morderstw na świecznikowych postaciach dawnej i aktualnej władzy! Z tych faktów wieje groza. Żyjemy bowiem w państwie nieobliczalnego bezprawia.

 

1. Zob.: Henryk Piecuch: Skarby III Rzeszy, Warszawa 1999.

 

234

W zakresie przestrzegania prawa, ścigania zbrodniarzy, państwo to nie jest już państwem, jest bezpaństwowym terytorium, w którym obce służby robią co chcą, włącznie z mordowaniem najważniejszych postaci wymiaru „sprawiedliwo­ści”, władzy, wywiadu, kontrwywiadu.

Listę „nieznanych sprawców” śmierci znanych ludzi można wydłużyć o szereg in­nych postaci, jak np. Andrzej Jarecki i Kazimierz Dziewanowski. Obaj jednocześnie przebywali na placówkach dyplomatycznych w USA. Zginęli w „wypadku” samocho­dowym. Możliwe, że celem zamachu był tylko Dziewanowski. To ważna postać. Członek Okrągłego Stołu, członek „Klubu Europa”, członek Rady Polityki Pieniężnej, członek Rady Polityki Zagranicznej, a także lokator listy masonów zgromadzonej przez SB (zob.: H. Piecuch, Imperium Służb Specjalnych). Jako publicysta pisywał o „naro­dowym smrodku” i polskim ciemnogrodzie, ale nie za to przecież zginął… Krzysztof Kąkolewski pisał enigmatycznie o innej okoliczności: Dziewanowski niebezpiecznie zbliżył się do spraw kredytów zaciągniętych przez PRL, a zatem i do kwestii FOZZ1.

 

Podobnie nagle, w kwiecie wieku, bez wyraźnych powodów (np. zawału?) zmarł korespondent w USA Jacek Kalabiński, bo naruszył milczenie wokół handlu bronią.

Inne, również zagadkowe nagłe śmierci ludzi w sile wieku, to śmierć prof. Jana Strzeleckiego, poety Witolda Dąbrowskiego. Na zagadkowy udar serca zmarł dyrektor Archiwum Akt Nowych, historyk prof. Skowronek – czy za to, że uparcie walczył o powrót do Polski akt wywiezionych przez sowietów, dokumentów „niewygodnych” dla powojennych okupantów Polski z nadania sowieckiej żydokomuny?

 

W tym kontekście nie powinniśmy się dziwić niewykrywalności sprawców licz­nych zbrodni na ludziach opozycji. Jeżeli bezkarnie giną generałowie aparatu ter­roru, to w dziesięcioleciu 1990-2000 w zasadzie bezsensowne było wszczynanie procesów w sprawie zabójstw ludzi opozycji. Nikt ze sprawców nie został ustalony, ukarany, tak jak nie zostali wykryci i ukarani mordercy generałów – ludzi z drugiej stro­ny barykady.

Pozornie zostali wykryci mordercy księdza Jerzego Popieluszki. Nie zostali. G. Piotrowski został uznany za mordercę księdza, ale to połowa prawdy: ukarano miecz a nie rękę, wykonawcę a nie zleceniodawcę lub zleceniodawców.

Nie ukarano morderców górników kopalni „Wujek”. Parodia procesu toczy się od 17 lat – winnych nie ma. Wiadomo tylko tyle, że strzelał ustalony pluton ZOMO. Kto dał rozkaz? – nie wiadomo. W „Gazecie Polskiej” z 4 maja 2000 ukazał się obszerny ar­tykuł: Strzelali w łeb i na komorę. Jest to omówienie tzw. raportu taterników – trzech byłych taterników, którzy w 1982 r. urządzali szkolenia dla funkcjonariuszy plutonu specjalnego, uczestniczącego w pacyfikacjach śląskich kopalni. Z relacji tych „taterni­ków” – Jacka Jaworskiego, Janusza Kierzyka i Ryszarda Szafirskiego wynika, że ma­sakra górników „Wujka” była samowolą dowódcy plutonu – Romualda Cieślaka ps. „Walerek”. Dziwni to relanci ci taternicy: Jaworski wcale nie ukrywa, że po 13 grud­nia 1981 roku uczestniczył w pacyfikacjach strajkujących zakładów Małopolski, za co został odznaczony przez płk. Kazimierza Wilczyńskiego medalem przyznanym z oka­zji X rocznicy powołania plutonu specjalnego w Krakowie!

 

l. „NP” 5 V 2000.

235

 

Teraz Jaworski utrzymuje, że w latach 80. stale współpracował z opozycją. Coś z tamtego ich raportu przypomina sobie jej ówczesny członek opozycji Zbigniew Romaszewski. Otrzymał ten raport dopie­ro wiele lat później, w 1999 (!) roku i skierował go do Leszka Piotrowskiego, byłego pełnomocnika oskar­życieli posiłkowych w procesie „Wujka”. Raport rze­komo dostarczyli „taternicy” zakonnikowi cystersów – o. Hugo. Zakonnik przestraszył się Jacka i spalił raport.

 

Teraz (2000) sąd ma powołać „taterników” na świadków oskarżenia. Ostrożnie! – chciałoby się doradzić sądowi. Ostatecznie można uwierzyć zasłużonym „taternikom”, z których jeden został odznaczony za wyczyny w ZOMO – ale tylko co do drugorzęd­nych szczegółów. Z pewnością nie w główną tezę i cel rewelacji „taterników” – że mord na górnikach był wyłącznie inicjatywą i samo­wolną decyzją dowódcy plutonu. Lokalizowanie sprawstwa i sprawców zbrodni po­litycznych dogorywającej PRL i jej służb na niskich szczeblach, to stalą dziś metoda. Tak było z Piotrowskim – nigdy nie ujawnił swych zleceniodawców7!

Teraz odpowiedzialność za masakrę górników „Wujka” ma zostać ostatecznie „zaklepana” na wysokości dowództwa plutonu ZOMO.

Kto rozumie elementarną konieczność istnienia żelaznej struktury dowodzenia na poszczególnych szczeblach terrorystycznej władzy spod znaku ZOMO-SB-MO, ten nie może ani przez chwilę dopuścić myśli, że rozstrzelanie górników „Wujka” mogło być aktem niesubordynacji dowódcy plutonu ZOMO. Taką samowolkę wyklucza precyzyjna struktura dowodzenia służb specjalnych nie tylko w PRL, lecz wszystkich innych państw, wszystkich wywiadów, kontrwywiadów, policji, etę.

 

Zarówno w regularnej armii jak też w policji i służbach specjalnych, w każdych warunkach bojowych, wojennych czy w stanie wojennym, niższy rangą dowódca bez­względnie wykonuje rozkazy swego najbliższego przełożonego, w przeciwnym razie grozi mu sąd polowy. Jeżeli w warunkach bojowych, podczas wojny, ginie jego bezpo­średni dowódca, niższy rangą stara się nawiązać kontakt z wyższym kręgiem dowodzę- i nią. Jeżeli i to zawodzi, dowódca jednostki przejmuje dowodzenie nad podległą mu jednostką i odtąd dowodzi samodzielnie, tak jakby nie istniała armia, łączność radiowa, szczeble dowodzenia; jakby jego oddział był samodzielną armią a on sam -jej najwyższym dowódcą.

 

Nic takiego nie miało zastosowania w przypadku decyzji o strzelaniu do górni­ków „Wujka”. Struktura dowodzenia oddziałami ZOMO na szczeblu wojewódzkim i centralnym funkcjonowała bez zakłóceń. Władza polityczna i jej zbrodnicze formacje siłowe panowały niepodzielnie nad sytuacją w kraju, w regionach, województwach, miastach, a tym samym nad otoczoną przez wojsko, ZOMO, czołgi – kopalnią „Wujek” i jej bezbronną załogą.

l. Ali Agca – podobnie!    ‚                                                                       

 

236

 

Zomowcy Cieślakabyli bezpieczni. Strzelali z oddalenia. Gdyby ich strach obleciał – mogli się łatwo wycofać, choć i na to musieli by otrzymać rozkaz swych bandyckich przełożonych.

 

Kolejna kpina ze sprawiedliwości odgrywana przez władze PRL – bis, to zbrodnia na Grzegorzu Przemyku, niewinnym maturzyście, ale synu opozycjonistki Barbary Sadowskiej.

 

Głównym podejrzanym i oskarżonym jest – po kilkunastu latach, po obowiązującej przez 10 lat wersji winy sanitariuszy – milicjant Ireneusz Kościuk, funkcjonariusz z po­sterunku, gdzie zmasakrowano Przemyka7.

Pełnił wtedy funkcję zastępcy komendanta posterunku w randze porucznika. Dziś zasłania się niepamięcią, wszystkiemu zaprzecza. Podobnie Jan Wit-Jabłoński, dowód­ca plutonu ZOMO, który zatrzymał Grzegorza Przemyka i jego kolegę.

 

Świadkowie – koledzy Przemyka mówią tyle i aż tyle, że Kościuka można by było skazać na podstawie ich zeznań, albo za nakazanie śmiertelnego pobicia chłopca, albo za sprawstwo z tytułu samego dowodzenia posterunkiem w trakcie bicia, jeżeli już nie za osobiste bicie.

Jeden z nich stwierdzał: Jedyne, co mi wtedy wieczorem powiedział Grzegorz Prze-myk (już w domu – H.P.), że bili go w brzuch…

Jakub Kotański:

– Stojąc przed komisariatem słyszałem krzyk bitej osoby i miałem wrażenie, że był to krzyk Grzegorza.

 

Kościuk był już w składzie plutonu ZOMO, który zatrzymał i odwiózł Grzegorza na posterunek. Kościuk jako milicjant w składzie patrolu ZOMO, formalnie podlegał w tym momencie Witowi Jabłońskiemu. Ten zaś przyznaje, że Kościuk już wtedy bił Przemyka pałką po rękach!

 

Kiedy to piszę – koniec czerwca 2000 – taki stan „śledztwa” i procesu przekazują dzienniki i tygodniki. Niektóre z nich, za zgodą sądu, pokazują twarz i sylwetkę Ko­ściuka: typowy osiłek, butna twarz, zimne oczy, krótkie włosy. Przed nim, w ławie ob­rońców dwóch adwokatów, ale za nimi, w symbolicznym tle, w roli obrońców, stoi cała ta obecna PRL-bis, zwana szyderczo „Trzecią RP”!

 

Jak było nieuchronnie do przewidzenia, Kościuk został uniewinniony z zarzutu śmiertelnego pobicia Przemyka. Winnych nadal brak.

Kościuk jako domniemany współmorderca Grzegorza Przemyka, pracuje w Ko­mendzie Powiatowej Policji w Biłgoraju i władze samorządowe tego miasta jak i województwa lubelskiego akceptuj ą tę kontynuację „misji” Kościuka. Pro f. Ryszard Bender -członek Sejmiku Województwa Lubelskiego, podczas sesji Sejmiku (14 VII 2000) za­proponował poszerzenie porządku obrad o rozpatrzenie sprawy Ireneusza Kościuka.

Niestety – za wnioskiem prof. R. Bendera głosowało zaledwie trzech radnych AWS – czwartym był głos wnioskodawcy. Klub AWS w Sejmiku Lubelskim liczy 19 członków i ogromna większość z nich była obecna2!

 

1. Jest teraz policjantem. Mieszka w Biłgoraju. Zob.: „Nasz Dziennik”, 20 VI 2000.

2. Zob.: „Głos” 22 VII 2000.

 

237

 

Nie ma i nie będzie ukarania morderców księży z lat 1990-1994: Niedzielaka, Su-chowolca, Zycha, Kusa, Zaręby, Fidury, Durczyńskiego, Gąbki, Kościuczyka, Pawlowskiego, Kiliana, Kotlarza, Stokowskiego, Kowalczyka, Kocińskiego, choć

„śledztwa” w tej sprawie były prowadzone i wznawiane, bo przecież księży można mordować bezkarnie od 1945 roku do dziś. To grupa społeczna o charakterze ducho­wych przywódców, z formacji katolickiej, dlatego jest poddawana prześladowaniom i skrytobójstwom niezależnie od aktualnie rządzących frakcji, formacji ustrojowych, ekip sejmowych i rządowych, niezależnie od geopolitycznej zależności Polski, czy to sowieckiej czy żydomasońskiej.

Nie dowiemy się najpewniej nigdy, kto zlecił zamordowanie Andrzeja Krzepkowskiego, bezkompromisowego demaskatora posierpniowej żydokomuny, działacza „Solidarności” Ursusa.

 

Nigdy się nie dowiemy, jaki to „zawał serca” śmiertelnie powalił Michała Faizma-na, trzydziestoparoletniego inspektora NIK, który bezkompromisowo zdemaskował sprawców grabieży funduszu FOZZ i około 20 mld dolarów „wyprowadzonych” z Ban­ku Handlowego.

Nigdy się nie dowiemy, kto i jak „zmajstrował” wypadek drogowy, w którym zginął minister prof. Walerian Pańko, szef NIK, interesujący się aferą FOZZ.

Nigdy się nie dowiemy, kto zamordował – zwłaszcza na czyje polecenie, działacza „Solidarności” chłopskiej – Piotra Bartoszcze7.

Nie dowiemy się, kto zamordował i na czyje zlecenie krakowskiego studenta Sta­nisława Pyjasa.

I nigdy się nie dowiemy, kto zamordował i na czyje zlecenie, około 90 innych „niewygodnych” ludzi opozycji w czasach stanu wojennego i długo po odwołaniu tej wojny Jaruzelsko-polskiej.

Nigdy nie staną przed sądem ZOMO-milicjanci, mordercy Piotra Majchrzaka, za­mordowanego w Poznaniu w 1982 roku – do dziś nazwiska członków oddziału ZOMO-morderców są utajnione2.

 

Nigdy się nie dowiemy, czy obrońcy Stoczni Gdańskiej – kpt ż.w. Bolesław Huty-ra i Marian Moćko zginęli (15 IX 2000) w normalnym czy nienormalnym „wypadku samochodowym” (Zob. rozdział: Stoczniowców wojna trzydziestoletnia).

A. nie dowiemy się dlatego, że:

– żyjemy w państwie bezprawia;

– w państwie systemowo programującym kryminalizację wszystkich służb (nie-) ładu, (nie-) bezpieczeństwa, (nie-) sprawiedliwości;

 

Obydwa te kierunki programowanej destrukcji służą celowi strategicznemu, jakim jest rozkład państwa polskiego w całości, jego likwidacja jako państwa.

 

1. Jego zwłoki znaleziono 8 lutego 1984 r. w betonowej studzience niepodal domu. „Śledztwo” wtedy umorzono, a „wznowione” w 1990, zostało umorzone ponownie, tym razem decyzją ministra „sprawiedliwości” W. Cimoszewicza.

2. Zob. „Gazeta Polska” 17X 1997. Matka Piotra Majchrzaka-Teresa Majchrzak już od 17 lat walczy samotnico ustalenie nazwisk tych morderców. W czasie mszy św. odprawianej przez Ojca Świętego 3 czerwca 1997 w Poznaniu, szła w procesji z darami, potem Papież przez dłuższą chwilę z nią rozmawiał.

238

 

Terror w pełnej bezkarności

Tak więc „rządy prawa” w Polsce posierpniowej są w istocie rządami terrorystycz­nego bezprawia: skrytobójstw, pobić, włamań przez nieznanych sprawców, podsłuchu, szarż na strajkujących rolników, górników, hutników, na patriotyczną młodzież pokojo­wo demonstrującą swój sprzeciw.

W telewizyjnych „Wiadomościach” widziało się szarże policjantów bijących ucze­stników antykomunistycznych manifestacji i rzucających pogróżki w stylu: Szkoda, że was nie wykończyliśmy w stanie wojennym!

 

Zacznijmy ten spacer po państwie bezprawia od akcji stosunkowo „niewinnych” -od kontroli korespondencji i podsłuchu telefonicznego. W 1997 roku nagłośnił to „Dziennik Poznański”, a te praktyki dotyczyły nie tylko Poznania, lecz z całą pewno­ścią były i są stałą praktyką w całej Polsce. Dziennikarz tej gazety Krzysztof Owczarek ustalił, że w Poznaniu pod nadzorem UOP znajduje się około 2000 nazwisk ludzi „podejrzanych”, niewygodnych dla reżimu żydokomuny posierpniowej.

 

W pokoju UOP na poczcie przy ulicy Głogowskiej znajdowała się mapa 5×2 metry, na której widniały adresy i nazwiska osób pozostających „na celowniku” UOP. Korespondencja do tych osób była wstępnie opraco­wywana (po otwarciu), kserowana i odkładana do specjalnych teczek. Spece od otwierania korespondencji szkoleni tak samo jak za cza­sów SB – w Legionowie, gdzie poznają techniki otwierania, opracowywa­nia, zamykania korespondencji, zacierania śladów, zabezpieczania przed planowaną obróbką chemiczną, która odbywa się w specjalnych laborato­riach.

Podział w UOP jest prosty: Warszawie podlega cala koresponden­cja zagraniczna, natomiast takie oddziały jak poznański, zajmują się korespondencją krajową. Oto zwykły dzień „pracy” bezkarnych pajęczarzy na poczcie poznańskiej:

 

Po weryfikacji wstępnej, która ma na celu sprawdzenie, czy przesyłki nie mają specjalnych zabezpieczeń, zabierają się za odklejanie kopert. Są trzy podstawowe metody. Najszybsza polega na otwieraniu kopert zaklejo­nych zwykłym klejem („na ślinę”) za pomocą urządzenia nazywanego „ga­rnkiem”. Są w nim otwory, przez które paruje woda, podgrzana przez grzałkę. Inną metodą jest umieszczenie listów w specjalnej „wannie”, gdzie z czasem koperty odklejają się same. W wypadku, kiedy klej jest mo­cniejszy, bądź koperty są zaklejone taśmą, używa się zwykłej benzyny i specjalnego pędzelka.

Szczególnym zainteresowaniem policji cieszyły się manifestacje i aktywiści młod­zieżowej Ligi Republikańskiej. W 1997 roku Zbigniew Sobótka, ówczesny wicemini­ster spraw wewnętrznych i poseł SLD z województwa piotrkowskiego, zapowiadał traktowanie takich akcji Ligi jako „folkloru politycznego”, a jeśli nie osłabną, będą ka­rać przed kolegami, a jeśli i to nie pomoże, podejmiemy inne, bardziej zdecydowane działania’.

 

„Gazeta Polska” 17 X 1996.

239

 

Nie wszystkie młodzieżowe akcje uliczne były traktowane jednakowo. Oto przykład z Zamościa, listopad 1996 r. W ramach obchodów Święta Niepodległości, za­mojska młodzież miała przejść z rozwiniętymi sztandarami pod Ratusz. W trakdB zbiórki zauważyli grupujących się wokół nich skinów i anarchistów, zachowujących się wobec nich prowokacyjnie. Kiedy młodzież narodowa ruszyła w kierunku rynku, nad­jechały wozy policyjne. Kazano się rozejść, lecz młodzi narodowcy nie posłuchali wez­wania. Kiedy jeden z nich – Krzysztof Leśniak coś mruknął przeciwko temu poleceniu, natychmiast oberwał pałką7. Prawdziwe pałowanie rozpoczęło się wtedy, gdy tyły i początek spokojnej kolumny młodych zablokowały policyjne samochody. Atakowano i bito nawet tych, którzy schronili się w kościele redemptorystów. Oberwały nawet dzie­wczęta. A co z „punkami”?

– W tym czasie uzbrojone w drewniane pały punki szły dużą grupą i rozglądały się w poszukiwaniu ofiar. Za nimi wolno podążała policyjna nysa pilnująca, aby punkom nic się nie stalo2. W 1996 roku Urząd Rady Ministrów zażądał od służb operacyjnych w wojew? dziwach, donoszenia o wszystkich protestach w Polsce i szczegółowych informacji o organizatorach takich protestów. Co ciekawe -jak zapewnił Romuald Siepsiak, wice­dyrektor Biura Analiz i Prognoz URM – informacje te nie były przeznaczone dla UOP. Zatem URM -jak zapewnił dyr. Siepsiak, były przeznaczone dla szefa URM – Leszka Millera. Dostęp do tych informacji miała również Rada Ministrów. Dyr. Siepsiak zape­wniał, że UOP nie otrzyma żadnych z tak zgromadzonych informacji. Czyż więc mamy jakby dwa UOP: ten oficjalny, wnuk UB a syn SB, oraz UOP-URM?

 

Pragnący zachować anonimowość pracownik Urzędu Wojewódzkiego w Wars wie powiedział:

– Aby odpowiedzieć na wszystkie pytania zadane w ankiecie, musieli­byśmy mieć nie tylko specjalny sztab ludzi tropiących manifestantów, ale jeszcze do tego tajnych współpracowników w zakładach pracy. Było to łatwiejsze w latach sześćdziesiątych, kiedy urzędy wojewódzkie miały powiązania z SQ3.

W listopadzie 1996 roku Narodowe Odrodzenie Polski i Stronnictwo Polityki Reat-nej zawiadomiły prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez grupy młodzieży związane z Unią Pracy, Unią Wolności i Polską Partią Socjalistyczną.

 

Młodzi miłośnicy „demokracji i tolerancji” spod znaku Unii Wolności, uzbro­jeni w kamienie, pałki, łomy i siekiery (!) zaatakowali.idącą legalnie i spokojnie mani­festację zorganizowaną w dniu 11 listopada, a więc w dniu Święta Narodowego. Żydolewackie bojówki zaatakowały również jadące trasą W-Z samochody i pojazdy komunikacji miejskiej. Z autobusu wyciągnęli 15-letniego Marka Kamińskiego i cięż­ko go pobili, miał uszkodzenie czaszki.

Liderzy Unii Pracy, Unii Wolności i PPS, 8 listopada 1996 r. spotkali się na Uni­wersytecie Warszawskim, a następnie wspólnie z grupami „antyfaszystów” zorganizo walimarsz „przeciw nietolerancji i faszyzmowi”.

1.Tamże, 21 XI 1996.

2.Tamże.

3.„GP”, 17 X 1996.

240

 

 

W trakcie marszu rozdawano ulotkę pod tytułem:

Róż… -ać faszystów’.

Ciekawe były reakcje prasy komunistycznej na te i inne wydarzenia związane z obchodami 11 Listopada. W „Przeglądzie Tygodniowym” z 27 li­stopada 1996 niejaka Zuzanna Dąbrowska w arty­kule Faszyzm ogólnodostępny nawiązuje do tego oto fragmentu publikacji w piśmie „Ojczyzna”:

Nie ma chyba żadnego innego kraju w Europie, gdzie byłoby aż tyle semickich twarzy w naczelnych or­ganach państwowych, wyższych urzędach, wyższych uczelniach, telewizji, filmie, teatrze i oczywiście dziennikarstwie. O co więc chodzi w bredniach o polskim antysemityzmie, może o to, by wyprzeć z warstwy rządzącej państwa polskiego ostatnich już Polaków?

To stwierdzenie oczywistej realności o dominacji „wybranej” mniejszości nad dru­giej kategorii większością, posłużyło Z. Dąbrowskiej do bicia w dzwony alarmowe o narodzinach „faszyzmu” w Polsce, w której toleruje się takie wypowiedzi i takie pis­ma! Artykuł zdobią jakże znamienne dwie fotografie, ilustrujące ten pochód „faszyz­mu”. Jedna z nich przedstawia kilku młodych uśmiechniętych uczestników jakiegoś pochodu, najpewniej podczas obchodów tegoż nienawistnego dla obrońców „demokra­cji” Święta Niepodległości: nieśli wysoko uniesioną flagę biało-czerwoną. Na drugim zdjęciu widnieje hasło: „Władza i własność w ręce Polaków”2.

 

Tak, to jest przestępstwo! Nie wolno upominać się o Polskę dla Polaków! Gdy­by ktoś wzniósł transparent z napisem: „Cala Polska dla Żydów!” – to by go nie do­strzegł ani jeden obiektyw reporterów!

Rok 1996 obfitował w szczególnie brutalne interwencje policji i tajniaków podczas okazjonalnych uroczystości anty-pierwszomajowych. Manifestacje antykomunistyczne odbyły się wtedy w Krakowie, Warszawie, Lublinie, Katowicach, Radomiu. Większość z nich miała formę humorystycznych happeningów (np. protest przeciwko pogodzie). Demonstracja krakowska była od początku jawnie antykomunistyczna, dlatego młodzi oberwali tam szczególnie mocno. Doszło do brutalnych interwencji policji w stylu z epoki tow. Kiszczaka. W Warszawie zatrzymano siedmiu demonstrantów. W czasie przewożenia na komisariat byli bici pięściami i pałkami3. W Krakowie zatrzymano 16 osób. Prasę obiegł opis uderzenia pięścią w twarz działacza Ligi Republikańskiej. Przez kogo? Przez posła SLD Zaborowskiego.

 

Z wizytą do Wieliczki przybył 21 lutego 1997 roku Aleksander Kwaśniewski. Na „powitanie” udała się tam 15-osobowa grupa członków Ligi Republikańskiej. Jeden z uczestników – Paweł Sabuda został zatrzymany i przewieziony na posterunek przy ul. Zamojskiego w Krakowie7.

1.„GP”, 18X1 1996.

2.„Ojczyzna” 2/97.

3.„Nasza Polska” 2 V 1996.

241

 

Zarzucono mu lżenie prezydenta przy użyciu plakatu. W jego domu dokonano rewizji, potem oddano Sabudę pod dozór prokuratora. Podob­nie postąpiono z dwoma innymi członkami Ligi za to, że podczas happeningu w dniu 3 marca, pod pomnikiem Mickiewicza ustawili klatkę na nutrie z napisem: Pusta cela dla Millera. Bicie manifestujących robotników i rolników stało się normalną praktyką neo–ZOMO i policji. Podczas manifestacji Stowarzyszenia Represjonowanych Huty Kato­wice w Warszawie (4 VI 93) – brutalnie wyrwano sztandar Stowarzyszenia, a jednego z członków stowarzyszenia bezpodstawnie zatrzymano. Równie brutalnie neo-ZOMO potraktowało innych manifestantów.

Szefem resortu był wtedy A. Milczanowski, pre­zydentem L. Wałęsa. Cztery lata później okaże się, że MSW kierowane wtedy przez A. Milczanowskiego prowadziło nielegalną inwigilację działaczy prawicowych pa­rtii i stowarzyszeń. Inwigilacja objęła wtedy Porozumienie Centrum, Ruch dla Rze­czypospolitej kierowany przez Jana Olszewskiego i Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej Jana Parysa.

 

Inwigilacja trwała w latach 1992-1993. Ujawnił to w październiku 1997 roku, najwyraźniej w odwecie na rzekomo „prawicowym” szefie MSW czyli Andrzeju Milczanowskim – koordynator służb specjalnych, komuch Zbigniew Siemiątkowski. Harmonogram wyczynów Bezpieki z tego okresu czyta się jak kryminał!:

Oto przykłady działania „nieznanych sprawców” przeciwko prawicowej opozycji, w czasie kiedy MSW kierował Andrzej Milczanowski2.

6.12.1992. Były minister obrony (w rządzie Olszewskiego) Jan Parysuległ wypadkowi samochodowemu. W jego aucie niespodziewanie pękły przewody hamulcowe, i 6.01.1993. W peugeocie byłego ministra współpracy gospodarczej, z zagranicą Adama Glapińskiego (był ministrem za rządów Jana Olszewskiego) nieznani sprawcy przecięli przewody hamulcowe. W autoryzo­wanym serwisie peugeota potwierdzono, że przewody zostały przecięte celowo.

 

Styczeń 1993. W samochodzie Jarosława Kaczyńskiego nieznani sprawcy nakłuli opony w taki sposób, że pękły by dopiero w czasie jazdy.

8.01.1993. Nieznani sprawcy włamali się do lokalu Ruchu Trzeciej Rzeczypospolitej. Skradziono dokumentację RTR.

3.06.1993. W przeddzień pierwszej rocznicy obalenia rządu Jana 0lszewskigo funkcjonariusze UOP zdzierali plakaty informujące o manife­stacji, w której mieli wziąć udział sympatycy byłego premiera.

4.06.1993. Oddziały prewencyjne policji brutalnie spacyfikowały ma­nifestację zwolenników Jana Olszewskiego.

 

Czerwiec 1993. Po opublikowaniu listy konfidentów, prokuratura na­kazała rewizję w redakcji „Gazety Polskiej”. Kierownictwu „Gazety” i jej redaktorom wytoczono sprawę karną. Członków redakcji „GP” wielokrot­nie przesłuchiwano w prokuraturze, usiłując zmusić ich do ujawnienia, skąd pochodzą informacje o konfidentach.

Lipiec 1993. Włamanie do siedziby redakcji „Gazety Polskiej”. Lokal zdemolowano, skradziono sprzęt biurowy.

1. „Myśl Polska” 16 III 1997.

2. „Gazeta Polska” 31 X 1997.

242

 

Wrzesień 1993. Kilku mężczyzn próbowało nakłonić Adama Glapińskiego, by wsiadł do ich samochodu. Glapiński nie zgodził się i odjechał własnym autem. Chwilę później dwa samochody mercedes i BMW zajechały Glapińskiemu drogę. Były minister z trudem uciekł z tej pułapki. W następnych latach nie zelżało. Napady na lokale Ruchu Trzeciej Rzeczypospoli­tej, podcinanie hamulców, zastraszanie działaczy a nawet ich dzieci, powtarzały się za rządów kolejnej polskojęzycznej miłośniczki demokracji, wolności i tolerancji, czyli Hanny Suchockiej. To jej bierność ponosi pośrednią odpowiedzialność za kilkadziesiąt napadów na ludzi i lokale prawicy. Jak wiemy, Z. Siemiątkowski ujawnił to dopiero pod koniec 1997 roku, czyli wtedy, kiedy silna grupa wałęsowców (nie mylić z własowca-mi) zajmowała ważne stanowiska w AWS. Byli to Jasik, Fonfara, Miodowicz Jr., Mil-czanowski.

 

K-omentując te bandyckie działania w tradycyjnym stylu SB i ZOMO, mec. Jan 01-szewski dodał inny smaczek personalny: po czerwcu 1992 roku ówczesny minister Jan Maria Rokita w publicznych wypowiedziach wskazywał na „środowisko byłego pre­miera Olszewskiego”7. Poza takimi figlami jak podcinanie hamulców, podsiuchy, były włamania do lokali i grabież materiałów komputerowych.

W 1997 roku, już z neutralnego dystansu czasu i funkcji, Piotr Woyciechowski -były szef Wydziału Studiów MSW wyznał:

– Metody przyjęte przez UOP w ciągu ostatnich lat niech zobrazują następujące przykłady.

 

W 1992 roku Zarząd Wywiadu UOP pod kierownictwem gen. Henry­ka Jasika i gen. Gromosława Czempińskiego podjął próbę werbunku se­natora mniejszości niemieckiej Gerharda Bartodzieja. Szantażowano go ujawnieniem faktu, że był tajnym współpracownikiem wywiadu PRL. Ten werbunek nie udał się ze względu na powiadomienie o sprawie ówczesne­go szefa UOP Piotra Naimskiego, który zatrzymał ten proceder.

 

W 1993 roku wyszła na jaw instrukcja 0015, która dawała wy­działom analitycznym UOP możliwość działań operacyjnych skierowa­nych przeciwko partiom politycznym. Śledztwo wszczęte przez UOP po to, by ujawniło źródło przecieku tej instrukcji, spowodowało wielką akcję represyjną przeciwko ludziom, którzy przyszli do pracy w cywilnych służ­bach specjalnych po 1990 roku. Śledztwo ukierunkowane było sztucznie przeciwko ludziom z nowego naboru. Poddano ich wielogodzinnym dra­stycznym przesłuchaniom, na wariografach2 także, poddano inwigilacji, proponowano werbunek nęcąc szybką karierą i pieniędzmi, albo strasząc utrudnieniami. Parę osób z tzw. rozdania solidarnościowego musiało opuścić UOP. W ten sposób Urząd marginalizował element obcy (nie es-becki – H.P), jakim byli ludzie związani z ekipą solidarnościową.

 

Chciałbym też przypomnieć noc z 3 na 4 czerwca 1993 roku”, kiedy to funkcjonariusze kontrwywiadu zostali zdegradowani do roli czyścicieli słupów ogłoszeniowych, na których Liga Republikańska rozklejała plakaty nawołujące do demonstracji prolustracyjnej w rocznicę obalenia rządu 01-szewskiego.

 

1. Jak wiemy, w czerwcu 1992 roku rząd premiera Olszewskiego został odwołany po zapowiedzi ujawnienia agentury Bezpieki (słynna „Lista Maciercwicza”).

2. Wariograf – wykrywacz kłamstw.

3. Pierwsza rocznica obalenia rządu J. Olszewskiego.

243

 

Taka kompromitacja UOP w normalnym demokratycznym kraju spowodowałaby dymisję przynajmniej kierownictwa kontrwywiadu. W Polsce funkcjonariusze, którzy realizowali tę akcję, byli sowicie wyna­gradzani – premiami przewyższającymi wielokrotnie premie kwartalne w UOP7.

Ubeckie i esbeckie szwadrony śmierci zostały zastąpione tylko trochę mniej krwa­wymi „nieznanymi sprawcami”. Repertuar prawie taki sam, lecz udoskonalony o nowo­czesne techniki. Włamania do plebanii, bicie i nękanie księży2, włamania do redakcji pism prawicowych takich jak „Nasza Polska” (dwukrotnie), „Głos”, to tylko niektóre wizytówki terrorystycznej działalności „nieznanych sprawców”.

W ciągu jednej nocy z 20 na 21 września 1996 roku, „nieznani sprawcy” obrabowali redakcję pisma „Głos” oraz usiłowali włamać się do samochodu wydawcy tego pi­sma, byłego szefa MSW (!) Antoniego Macierewicza. Kilkanaście godzin później, w niejasnych okolicznościach został zastrzelony Andrzej Stankiewicz, szef Biura In­terwencji Regionu Mazowsze.

 

Z redakcji „Głosu” zginęły wtedy cztery wysokiej klasy komputery, skaner, faxy, telefon bezprzewodowy i profesjonalna drukarka – wszystko co warunkuje istnienie i druk współczesnego pisma. Ukradziono tylko to, co było potrzebne do wydawania, „Głosu”,                                                                   

A. Stankiewicz został śmiertelnie postrzelony, zmarł w szpitalu, ale sługus żydo-komunistycznych oligarchów – Maciej Jankowski – szef regionu Mazowsze (!) oświa­dczył, że zabójstwo Stankiewicza „jest raczej kwestią środowiska dzielnicy”‚5. Nazajutrz niemal wszystkie polskojęzyczne dzienniki podawały, że Stankiewicz „naj­prawdopodobniej” sam się postrzelił. „Express Wieczorny” twierdził nawet, że Stankie­wicz był pijany. Stankiewicz był wtedy drugim w 1996 roku zamordowanym działaczem „Solidarności”. Pierwszym był Andrzej Krzepkowski – rzecznik prasowy „Solidarności” w Ursusie.                                                   

 

„Nieznani sprawcy” dawali i wciąż dają znać o sobie Zygmuntowi Wrzodakowi-szefowi „Solidarności” zakładowej w „Ursusie”. Akcje nękania, zastraszania przybie­rały charakter stałej presji psychicznej. Jednym ze sposobów było filmowanie zabudo­wań gospodarczych i domu Wrzodaka, jak np. w nocy 14/15 lipca 1993, zatem filmować musieli specjalną kamerą z noktowizorem4. Polityczną zmasowaną akcję wy­zwisk i oszczerstw pod adresem Z. Wrzodaka przez „autorytety moralne” opisałem m.in. w książce: Piąty rozbiór Polski 1990-2000. Tu dorzucę jeszcze jeden wątek, zna­ny mi bezpośrednio. Zygmunt Wrzodak wysłał życzenia wielkanocne (kwiecień 2000) do swego przyjaciela Romana Kafla, zamieszkałego w Dallas, gdzie ten osiadł po wy­rzuceniu go z Polski za działalność w rzeszowskim Regionie „Solidarności”. Pozdro­wienia dotarły do odbiorcy w połowie lipca! „Szły” (pieszo?) przez trzy miesiące.

1. „Gazeta Polska” z 3 września 1997.

2. Szczególnie upodobali sobie nękanie o. T. Rydzyka – dyr. Radia Maryja i ks. H. Jankowskiego z Gdańska.

3. „Gazeta Polska” 3 października 1996.

4. „Gazeta Polaka”, sierpień 1993.

244

 

Przesyłka nosiła ślady otwierania. Pan R. Kafel zwierzył mi się z tego rekordu szybko­ści po tym, jak się okazało, że pewna książka, wysłana przeze mnie do niego przed dwo­ma miesiącami jako przesylka polecona – jeszcze do niego nie dotarła, a wreszcie otrzymał ją razem z pozdrowieniami od Z. Wrzodaka7.

W ciągu kilku lat 1992-1996 i później, „nieznani sprawcy” wielokroć atakowali poli­tyków, duchownych, włamywali się do redakcji pism niezależnych, siedzib partii polity­cznych. Oto lista takich akcji, sporządzona przez redakcję „Gazety Polskiej” (3 X 1996):

8.01.1993. Nieznani sprawcy włamali się do lokalu Ruchu Trzeciej Rzeczpospolitej. Skradziono dokumentację RTR.

 

Lipiec 1993. Włamanie do siedziby redakcji „Gazety Polskiej”. Lokal zdemolowano, skradziono sprzęt biurowy. Włamanie nastąpiło bezpośred­nio po opublikowaniu przez nas listy konfidentów SB.

K-wiecień 1995. Pięciu bandytów napadło na ks. Zdzisława Prusa, proboszcza parafii w Korabiewicach. Ks. Prus był torturowany. W przeszłości ks. Prus dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik komu­nizmu.

 

4.09.1995. Napad na ks. Adama Nowaka. Uzbrojony w pistolet napa­stnik sterroryzował księdza, związał go, a następnie ukradł zebrane tego dnia ofiary pieniężne.

Wrzesień – Październik 1995. Nieznani sprawcy dwukrotnie napadli na plebanię parafii w Sobótce. Bandyci nie ukrywali, że przyszli po ks. Marka Bieniasza. Księdza nie zastali (za pierwszym razem czekali na księ­dza ponad trzy godziny).

 

Październik 1995. Dwóch bandytów napadło na ks. Franciszka La-chowskiego z parafii w Bidzinach. Ks. Lachowski był torturowany. Napa­stnicy próbowali zmusić go, by powiedział, gdzie trzyma pieniądze. Bezskutecznie.

27.06.1996. Kilku uzbrojonych bandytów obezwładniło Waldemara Grudzińskiego – członka Rady Naczelnej ROP. Bandyci ukradli mu sa­mochód. Trzy dni po napadzie nieznany osobnik powiadomił telefonicznie Grudzińskiego, że jeżeli złoży okup, to odzyska swój samochód. Masz pie­niądze na działalność ROP-u, to możesz zapłacie – usłyszał.

Noc z 18 na 19.07.1996. Nieznani sprawcy włamali się do siedziby Zarządu Głównego ROP. Skradziono komputery, w których przechowywa­no bazy danych z informacjami o działalności partii.

Włamania „nieznanych sprawców” do lokali narodowych posłów czy partii są stałą praktyką w PRL-bis, rzekomym „państwie prawa i demokracji”. Kiedy to piszę, początek sierpnia 2000, prasa narodowa znów przynosi kolejny kwiatek z tej terrory­stycznej łączki. Oto w nocy z 23 na 24 sierpnia 2000 „nieznani” włamali się do war­szawskiego biura poselskiego posła Michała Janiszewskiego – przewodniczącego KPN-Ojczyzna. Zabrali komputerowe bazy danych oraz faksy, lecz głównym celem włamania zdawały się być listy podpisów pod kandydaturą prezydencką posła Da­riusza Grabowskiego. Zniknęła część teczek dotyczących wyborów prezydenckich. Nie tknięto natomiast pieniędzy i innych wartościowych przedmiotów.

 

l. Wystana 5 maja 2000, wreszcie dotarła do adresata 11 lipca 2000..

245

 

Włamanie nastąpiło po konferencji działaczy KPN-0 z 23 lipca, na której dostarczyli oni kilka­dziesiąt tysięcy podpisów pod kandydaturą posła D. Grabowskiego. Na szczęście tyl­ko kilka tysięcy podpisów przechowywano w lokalu KPN-0. Poseł Tomasz Karwowski włamanie wiązał z wcześniejszym opublikowaniem w periodyku: „Na­sza Niepodległość”, fotokopii notatki służbowej UOP o inwigilacji prawicy, w tym KPN. Być może włamywacze spodziewali się znaleźć większą ilość tego rodzaju za­sobów archiwalnych. Było to już dziewiąte włamanie do lokalu Konfederacji. Nasi­liły się one gwałtownie po wniosku KPN-0 o lustrację premiera J. Buźka. Działacze KPN-0 nie mogą uściślić, której to orientacji w UOP – „prawicowej” czy „lewico­wej” zawdzięczają takie zagęszczenie nocnych wizyt. Sprawcy tych włamań nigdy nie zostali wykryci, pod względem technicznym były to włamania skomplikowane i profesjonalne7.

 

Wyjątkowo podejrzany był „wypadek” samochodu, w którym jechał kandydat na prezydenta Jan Olszewski. O północy 16 sierpnia 2000 samochód skarbnika ROP Wal­demara Grudzińskiego uderzył w przyczepę samochodu ciężarowego marki TIR, który nagle „wtargnął” na szosę z drogi podporządkowanej. Zginął Grudziński, J. Olszewski wylądował w szpitalu.

 

Pojawiło się wiele „fachowych” interpretacji zdarzenia, lecz w żadnej z nich nie postawiono elementarnego pytania, które stawiam sam sobie jako kierowca z 25-letnim, stale czynnym stażem:

Jak mógłbym wjechać z drogi podporządkowanej, w nocy, na główną, widząc zbliżający się z lewej strony snop świateł samochodu na szosie głównej?

W dzień jest to możliwe przy nieuwadze kierowcy, ale w nocy?

Wyjątkowo brutalne, okrutne było pobicie księdza Zdzisława Prusa. Był to oczywi­sty odwet polityczny, bo ksiądz Prus od lat był znany z ostrych, bezkompromisowych, a co gorsze – patriotycznych homilii.                                            |

– Gdy zobaczyłem księdza, to zrobiło mi się ciepło. Był cały zbroczony krwią, mial związane ręce2 – relacjonował mieszkaniec domu sąsiadującego z parafią w Korabie-wicach koło Żyrardowa. Gospodarz prosił, aby nie podawać jego nazwiska. Nigdy nie wiadomo, czy nie przyjdą się zemścić – wyjaśnił swój lęk.

Do mieszkania księdza wdarło się pięciu zbirów. Pytali o pieniądze. Bili księdza ta­kże obuchem siekiery. Potem kluczem znalezionym w plebani! otworzyli kościół, taber­nakulum, podeptali hostie. Czy w tabernakulum szukali pieniędzy? Ksiądz ocalał tylko dlatego, że przy pomocy żyletki znalezionej w łazience, w której go zamknęli, przeciął sznury na nogach. Wydostał się przez okno i uciekł.

 

Policja pojawiła się po trzech godzinach. Komentarz zbyteczny…

Dodajmy, że w posierpniowym „państwie prawa” dokonano i wciąż dokonuje się włamań do kościołów. Mają one charakter satanistyczny, ale i rabunkowy. Wykrywal­ność sprawców – niemal zerowa. Oto dwa przykłady. W jednym z najstarszych ko­ściołów w Siedlcach, w sierpniu 1997 r., skradziono złote i srebrne wota. W nocy z 7 na 8 sierpnia tegoż roku ciągle „nieznani sprawcy” zniszczyli w Lublinie obraz Matki Bożej na frontonie Bramy Krakowskiej.

1. „Nasza Polska” 2 VII 2000.

2. „Gazeta Polska” 11 V 1995.

246

Obraz powrócił na swoje miejsce dopiero po 1988 roku po tym, jak w 1954 roku został usunięty przez ówczesną żydokomunę.

Stałą praktyką jest wypuszczanie groźnych przestępców, w tym morderców na wolność po symbolicznym okresie odsiadki wieloletnich wyroków. Niedoścignionym wzorem jest tu morderca księdza Popiełuszki G. Piotrowski, wielokrotnie zwalniany „na przepustkę”. Wiosną 2000 po takiej przepustce udzielił wywiadu telewizji łódzkiej, gdzie grzmiał, że jest „niewinny”. Ten skandal nagłośniony przez media zakończył się dymisją kierownictwa telewizji łódzkiej. „Zapomniano” tylko zapytać, kto i dlaczego zwalnia takiego mordercę? Kto za tym stoi?

 

Ireneusz M. – morderca księdza w Zagłobie w pow. opolskim na Lubelszczyźnie, skazany na 15 lat więzienia, po czterech latach wyszedł na wolność. Zamordował w październiku 1993, wyszedł w lipcu 1997. Morderca został zwolniony czasowo, na poprawienie stanu zdrowia psychicznego (!), ale w następnym roku już mógł ubiegać się o całkowite zwolnienie. Nawet polskojęzyczna „Tel-Awizja” podaje przykłady ta­kich skandalicznych zwolnień i kpin z wyroków. Oto jeden z przykładów z wiosny 2000: sprawca śmiertelnego pobicia wyszedł na wolność po dwóch latach „na przepu­stkę”, po czym natychmiast zgwałcił i zamordował pięcioletnią dziewczynkę! Niestety, nie była to córka któregoś z sądowych współmorderców dziecka, którzy zwolnili tego bydlaka z więzienia.

 

Powróćmy na chwilę do bicza „antysemityzmu” -jednego z podstawowych narzę­dzi moralnego i fizycznego terroryzowania Polaków mówiących prawdę. Oto w dniu 11 czerwca 1995 roku ksiądz prałat Henryk Jankowski z Gdańska, został wezwany do prokuratury na przesłuchanie z oskarżenia o wyszydzanie i obrażanie Żydów. Ksiądz stawił się, lecz odmówił składania zeznań. Dziennikarzowi „Myśli Polskiej” wyjaśnił, że we wszystkich encyklopediach świata, obok hasła: „Antysemityzm”, powinno znaj­dować się hasło: „Antypolonizm”. Dodał, że w „polskich” powojennych encyklope­diach nie ma hasła: „Honor”.

 

– Moim obowiązkiem jest dostrzegać zło w każde/formie i mówić o tym głośno. Zwierzył się, że czuje się jako polski obywatel prześladowany przez mniejszość żydowską.

— Orla Białego codziennie się opluwa i nikt z tego powodu nie wszczyna postępo­wania karnego – mówił po wyjściu z prokuratury gdańskiej’.

 

Doniesienie o popełnieniu przez księdza „przestępstwa” złożyła żydowska organi­zacja młodzieżowa z Wrocławia. Usiłująca przesłuchać księdza Jankowskiego prok. Maria Kamirska-Jeżowska powołała się na art. 274 par. l w zbiegu z art. 193 par. l:

lżenie mniejszości z powodu jej przynależności etnicznej, narodowościowej i wyzna­niowej. Zagrożenie – do trzech lat więzienia. Ksiądz Jankowski skomentował:

— Nastąpił powrót totalitaryzmu komunistycznego i dyktatu obcej niepolskiej polityki w stosunku do Kościoła katolickiego i narodu pol­skiego.

A oto mój komentarz do komentarza księdza prałata: nie „powrót” tylko niezmienna kontynuacja od 1945 roku!

„Nasza Polska” 2 lutego 1997.

247

 

Nie wolno występować publicznie w obronie polskości, Polski i Polaków. Nie­stety, ten stale stosowany w praktyce choć niepisany artykuł bezprawia wprawdzie nie istnieje w kodeksie, ale istnieje w praktyce. Są jednak chwalebne „amnestie”. Oto przykład:

– Łódzki sąd uniewinnił działacza Federacji Młodzieży Walczącej, oskarżonego o zorganizowanie nielegalnej manifestacji w obronie Polaków na Wschodzie. Sąd za­chował się przyzwoicie: uniewinnił młodego człowieka orzekając, że nielegalnie za­chował się wojewoda łódzki Andrzej Pęczak (potem sekretarz stanu w ministerstwie Gospodarki, odpowiedzialny za „prywatyzację” Polski, następca ministra Wiesława Kaczmarka). To wojewoda kazał bić demonstrantów. Podczas akcji policji pobito również dziennikarza „Gazety Polskiej”. Zatem nie wolno demonstrować przeciwko dyskryminacji Polaków na Litwie, Białorusi, Ukrainie; o powrót przynajmniej części z 200 000 Polaków z Kazachstanu, deportowanych tam po aneksji Kresów Wschodnich przez żydokomunę stalinowską.

 

Jeżeli ktoś jest w kartotekach Bezpieki, musi trzymać się z dala od policji w każdej sytuacji. Witold Newelicz, działacz krakowskiej Ligi Republikańskiej został zatrzyma­ny i pobity nawet w dalekiej Łebie, gdzie pojechał na wakacje. Naiwnie podszedł do ra­diowozu zapytać o drogę. Został zrewidowany, potem powalony ciosem przez policjanta, następnie wrzucony do radiowozu. Na posterunku policyjny zbir który go pobił, wygłosił następującą orację:

– Orzeł ma dziób zwrócony w prawą stronę, ale zawsze patrzę na lewo i będę tłuki takich gnojów jak wy. Znam cię dobrze, ty zadymiarzu, przed każdą akcją oglądamy filmy z twoją mordą i mordami twoich kolesiów.

 

Następnie zadzwonił do Warszawy z meldunkiem, że mają właśnie takiego zady-miarza i oczekują rozkazu. Wymienił swoje nazwisko: podkomisarz Piotrowski z IV kompanii prewencji z Warszawy. Wszędzie sami swoi, czy to w Krakowie, Łebie czy Warszawie. Dawniej mówiono: „Śpij spokojnie, ORMO czuwa!” Aktualne, więc Na­ród śpi!

 

W sierpniu 1997 roku przed kolegium do spraw wykroczeń stanęło w Lublinie pię­ciu członków Ligi Republikańskiej. Zarzut: 14 kwietnia 1997 roku przed Domem Na­uczyciela przy ulicy Radziszewskiego głośnym krzykiem, słowami obelżywymi pod adresem Józefa Oleksego i policjantów zakłócili porządek publiczny. Rzeczywistość była nieco inna. Kilku członków Ligi usiłowało uzyskać autograf Józefa Oleksego na właśnie wydanej Białej Księdze’. Zostali brutalnie zaatakowani i poturbowani przez cywilnych policjantów, tym razem z Wydziału Przestępstw Gospodarczych2!

 

Skrytobójczo strzela się do politycznych ofiar z ostrej amunicji, ale podczas straj­ków i demonstracji – na razie z gumowej, ale jakże groźnej. Doświadczył tego dzienni­karz „Naszego Dziennika”. Stracił oko. Strzelano do manifestantów jak do kaczek, czyli „w łeb i na komorę” jak do górników „Wujka”. Doświadczył siły gumowej kuli znany lider Samoobrony Rolników – Andrzej Lepper. W sierpniu 1999 roku został postrzelony w ramię (zob. foto) podczas okupacji olsztyńskiego urzędu wojewódzkiego

 

1. Zawiera dokumenty obciążające Oleksego współpracą z towarzyszami z mocnych służb radzieckich…

2. „Nasza Polska” 9 lipca 1997.

248

 

Szef „Samoobrony” Andrzej Lepper pokazuje pocisk gumowy i krwiak – po zajęciu przez rolników Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie, (Z: „GW”, 14-15.08.2000)

Szyld księgami narodowo-katolickiej przy ul. 3-Maja w Lublinie – oblany farbą przez obrońców demokracji i tolerancji wraz z grupą zdesperowanych nędzą rolników. Policja zapewniała potem, że nie miała i nie używała broni.

249

 

 

Dzień później przyznała, że miała7.

Protestujący przygotowali z wieszaków i ław barykadę i próbowali wyważyć drzwi do gabinetu kryjącego w środku bezcenną osobę wojewody Zbigniewa Babalskiego. Do urzędu wdarło się 250 policjantów. Rozgorzała bitwa. W ruch poszły wieszaki, drągi, hydranty.                                                             ^ Sanitariusz, świadek bitwy relacjonował:                                 H

– Policjanci nie patrzyli kogo biją. Zachowywali się jak w amoku.

Nic nie było w stanie ich zatrzymać. Uderzona została także nasza koleżanka. Wiele osób zostało skopanych. W pogotowiu ratunkowym znalazło się kilkudziesięciu poturbowanych rolników. Dziesięć osób trafiło do szpitala.

Kula gumowa trafiła nie tylko Leppera. Oberwał także Adam Olakowski, członek „Samoobrony”. Kula zatrzymała się na kości przedramienia. Strzelano do niego z kilku metrów. Bliżej niż w „Wujku”, ale tak samo: „w łeb i na komorę”.

Na lidera „Samoobrony” było już kilka zamachów grożących utratą życia. Ten z wiosny 2000 tylko dzięki przypadkowi nie zakończył się jego śmiercią. Podpalono („nieznani sprawcy”) budynek rolnika, u którego na nocleg się zatrzymał. Jego samo­chód spłonął. Lepper uratował się dzięki ucieczce przez okno.

Niedawni esbecy, zomowcy, milicjanci, cała ta armia licząca ponad 160 000 nie­uków i nierobów- z marszu, niemal czwórkami przeszła z SB, MO i ZOMO do agencji ochroniarskich. Gdy zechcą, w ciągu kilku godzin są w stanie obezwładnić cale państwo: administrację, policję, obecny UOP, „Kne-Sejm”, rząd. Przejąć władzę i dokonać samosądu na kimkolwiek zechcą.

Korumpują urzędników. Wymuszają haracze. Inwigilują, podsłuchują. Uprowa­dzają dzieci dla okupu. Kolportują fałszywe pieniądze. Raz po raz donosi o tym prasa, bo sama chwilami trzęsie portkami niezależnie od swych politycznych afiliacji.

Agencje ochrony służą każdemu bogatemu przestępcy, każdemu nowobogackie­mu, byłemu partyjniakowi, byłemu esbekowi. Dokonują zuchwałych napadów na pie-1 niądze przewożone przez nich samych z banku do banku2.

Spółki detektywistyczne stały się monopolem i matecznikiem wyższej hierarchii) Kiszczakowego MSW. Przykładem spółka detektywistyczna WART-SERWIS. Mie-1 ściła się (1994) w budynku Komendy Stołecznej Policji przy ulicy Wiśniowej w War­szawie. Powstała niemal natychmiast po okrąglostołowej zmowie Jaruzelskich i Kiszczaków z Żydami KOR i spółki. Firma zatrudniała już wtedy około 1000 osiłków, ma ekspozytury i oddziały w niemal wszystkich dawnych województwach i obecnych regionach. Ich pełnomocnikami są tam z reguły byli komendanci wojewódz-, cy MO lub ich pierwsi zastępcy ds. Służby Bezpieczeństwa3.

1. „Gazeta Wyborcza”, 14-15 sierpnia 1999.

2. Słynne uśpienie kilku konwojentów przez dwóch ich kumpli. Plon: milion dolarów. Wpadli w Niemczeck,| deportowani do Polski.

3. Zob.: Niedaleko pada esbek od ochrony. Maria Argus (pseudonim na wszelki wypadek!), „Gazeta Polska” 6J października 1994.

 

250

Główne „asy” są po moskiewskich szkołach KGB. W zarządzie spółki odnalazł się wieloletni dyrektor Biura „C” SB (archiwum i ewidencja) -płk Piotrowski. W tej „fir­mie” jest niemal cała dyrekcja Departamentu Techniki SB. Zadbali o kamuflaż: głów­nym udziałowcem tej potężnej spółki bezpieczniaków jest nikomu przedtem nieznany były ormowiec i taksówkarz.

Inną spółką byłej SB, ZOMO i milicji jest spółka DAKOTA. Jej założycielem i właścicielem był skazany na 9 lat więzienia Marek Zieliński – przewodniczący Krajo­wego Związku Pracodawców Agencji Ochrony7. Po aresztowaniu ojca, firmę prowa­dziła córka Zielińskiego.

Skrzyknęli się nasi bezpieczniacy z kumplami z enerdowskiej STASI. Przykładem agencja ALWAS w Poznaniu. Specjalizuje się w dozorze przewozów mię­dzynarodowych. Z trzech głównych udziałowców tej firmy, dwaj są funkcjonariuszami Woj. Urzędu Spraw Wewnętrznych – P. Jeske i Marek Szulc. Trzeci to obywatel Nie­miec KnutYoight-funkcjonariusz i rezydent STASI w Warszawie w latach 1986-1989. Ta rezydentura rozpracowała m. in. poznańskie struktury „Solidarności” oraz kanał przerzutowy „Solidarności” Berlin-Poznań. Voight był jednocześnie prezesem NRD-o-wskiej spółki „Ogólnego Nadzoru i Bezpieczeństwa” o nazwie „ALWAS”. Spółka po rozpadzie NRD obracała w RFN fortuną STASI.

 

Nikogo w posierpniowej Polsce, włącznie z wywiadem i kontrwywiadem, nie zaniepokoiły te koneksje. Teraz nie ma to już żadnego znaczenia, bo i tak „nasz” UOP jest filią Mossadu, CIA i wywiadu niemieckiego, rywalizujących tu z wywiadem rosyjskim. Tak było i w czasach PRL. Wszak szef STASI – Żyd Markus Wolf wyjechał do Izraela po rozpadzie NRD, a co przekazywał Mossadowijako wieloletni szef STASI – wie tylko on i Mossad.

Inną prawidłowością było i jest zatrudnianie w agencjach „ochrony” byłych esbe-ków, milicjantów i zomowców przez ludzi wielkiego a nagłego biznesu, pokroju Gawronika i Leksztonia. Gawronik został nawet senatorem, a to przecież jeden z głównych filarów afery ART-B i nr 6 na liście 100 najbogatszych („Wprost”).

W kwietniu 1993 roku aresztowano w Gdańsku trzech byłych funkcjonariuszy SB, w tym szefa agencji detektywistycznej, w związku ze śledztwem o przemyt materiałów rozszczepialnych. Jednym z nich był major SB Jerzy Frączkowiak. Podczas rewizji w siedzibie agencji znaleziono pół kilograma sproszkowanego tlenku uranu, a także mikrofilmy akt operacyjnych działalności m.in. Lecha Kaczyńskiego, L. Wałęsy, Bog­dana Lisa.

Gawronik posiadał Agencję Ochrony Mienia i Osób pod nazwą „SEZAM”, w połowie lat 90., stworzył oddział komandosów pod nazwą „System Ochrony SEZAM Alarm Control A. G.”, a faktycznie osobistą ochronę pana prezesa i jego rodziny.

Kontekst Gawronika i ART-B. uruchamia niedawne wspomnienia o aferze dwóch Żydów bez grosza, wkrótce potem polskich miliarderów – Bagsika i Gąsiorowskiego.

 

Powróćmy raz jeszcze do świetlanej a nietykalnej postaci Bagsika. Nowość z czer­wca 2000, to śledztwo prokuratury puławskiej wszczęte przeciwko Bagsikowi, tym razem jako prezesowi zarządu Zakładów Futrzarskich w Kurowie. Zarzut: nie zgłosił upadłości spółki, choć zobowiązania firmy na 31 marca 2000 przewyższały jej wartość7.

 

l. Tamże.

251

 

Bagsik miał także przedłożyć Radzie Nadzorczej nieprawdziwe dane do­tyczące stanu finansów firmy, nadto zaniżył kwotę zo­bowiązań krótkoterminowych. Doniesienie do prokuratury o tych przestępstwach Bagsika złożył Sławomir Grela, członek Rady Nadzorczej firmy repre­zentujący Skarb Państwa. W czerwcu w kurowskich zakładach prowadziła kontrolę NIK.

Przewalanki z Zakładami Futrzarskimi w Kurowie mają dłuższy życiorys. Zaczęły się od nabycia pakietu większościowego tej firmy przez niejakiego Wiesława Peciaka – bardziej znanego jako Wiesław P., skazanego (wyrok jeszcze nieprawomocny) za uprowadzenie, prze­trzymywanie i torturowanie członków tzw. gangu kara­teków. Peciak to technik mechanik, były prezes sekcji żużlowej lubelskiego Motoru. Posiada duży majątek niewiadomego pochodzenia.

Żyd Markus Wolf, szef STASI – bez­pieki NRD.

Jego bardzo dobrymi znajomymi byli – uwaga! – słynny gangster „Pershing” za­strzelony w grudniu 1999 roku w Zakopanem oraz Ireneusz Sekula – zmarły w szpitalu w maju 2000 po trzech „samobójczych strzałach”.                             

 

Wkrótce po przejęciu firmy kurowskiej okazało się, że firma zawarła kontrakt z Dowództwem Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej na dostawę 2000 kurtek lotni­czych. Kurtki wyceniono na 1700 złotych za sztukę. Tak kosztownych kurtek nie noszą lotnicy chyba najbogatszych państw! – cenę kurtki zawyżono o połowę. NIK kontroluje głównie ten kontrakt (lato 2000) na kurtki, ale zamówienie jest nadal realizowane.

 

Skandalik wybuchnął w listopadzie 1999, kiedy Peciak zatrudnił w charakterze prezesa zarządu spółki właśnie niezniszczalnego, niezawodnego i wszechstronnego pia­nistę z zawodu – Bogusława Bagsika. Prasa pisała, że kiedy Bagsik był szefem ART-B, ponoć Peciak ściągał dla niego długi od wierzycieli. Z tego okresu i z tych zacnych usług pochodzi ich przyjaźń i obecny rewanż Peciaka. Bagsik jest w trakcie – przypo­mnijmy i to – procesu z oskarżenia publicznego o zagarnięcie z polskiego systemu ban­kowego czterech bilionów starych złotych2! Po aresztowaniu w Szwajcarii i ekstradycji do Polski, Bagsik wyszedł na wolność stając się pupilem, mediów. Kaucję wpłacił za niego (2 min nowych zł) Klub Kapitału Polskiego.

 

Wpuszczenie recydywisty do kurowskiego kurnika z państwową forsą, to norma­lka w PRL-bis. Tylko naiwni mogli wpadać w osłupienie na wiadomość, że Peciak zo­stanie właścicielem pakietu większościowego kurowskich futer, a Bagsik prezesem jednoosobowego zarządu tej firmy. Tu jak w soczewce o dwóch ogniskowych, skupiła się prawda o kryminalnym charakterze struktury wladzy w Polsce i nad Polską.

 

Zakłady futrzarskie w Kurowie były do niedawna państwową, dochodową firmą o zatrudnieniu l 500 osób. Obecnie pracuje tam tylko 300 osób.

1. „Nasz Dziennik”, 28 czerwca 2000.

2. Wyjaśnijmy słabszym w arytmetyce, że jeden bilion składa się z tysiąca miliardów!

 

252

 

„Prywatyzacja” zakładu to także klasyka w klasycznie kryminalnej strukturze posiadania i zarządzania majątkiem publicznym. Najpierw państwowa firma (dyrekcja) zaciągnęła kredyty i za­miast je spłacać, zawarła z bankiem „ugodę”. Dług przemianowano na akcje – to etap drugi przekrętu. Bank stał się zatem udziałowcem spółki akcyjnej wraz ze Skarbem Państwa. Trzeci etap, to szybkie uwłaszczenie się państwowego zarządcy: już jako współwłaściciel fabryki, zarządca objął stanowisko prezesa. Czwarty i ostatni etap, to sprzedaż udziałów państwa – temuż Peciakowi.

 

Wygląda na to, że duet Peciak – Bagsik nie oczekiwał zysków z firmy. Kożuchy od lat wychodzą z mody, a za 1999 rok zakład odnotował 300 000 zł strat. Do czego więc zakład był im potrzebny – wyjaśnia pewien ekonomista warszawskiej firmy konsultin­gowej – anonimowy rozmówca dziennikarki „Naszego Dziennika”:

 

-No, chyba ie chodzi o zwykłą przepiórkę. Przepuszczą przez fabrykę brudne pie­niądze i w bilansie już im wyjdą czyste.

Z taką interpretacją tego manewru wystąpiono do Peciaka. Nazwał to bzdurą:

on wszystko robi legalnie! Tak się jednak jakoś składa, że -jak pisała wścibska pra­sa już po złożeniu doniesienia przez Grelę, kapitał spółki powiększył się o 5 000 000 złotych od inwestora zagranicznego. Chyba nikt jednak nie wie, kim jest ten „inwes­tor”.

 

Peciak jesienią ubiegłego roku doszukiwał się, rzecz jasna-politycznych „prześla­dowań” swej nieskazitelnej osoby i działalności.

I wtedy właśnie wyznał, że przyjaźni się z Ireneuszem Sekulą, teraz już „samo­bójcą”, byłym szefem Głównego Urzędu Ceł. Kiedy Peciakowi zginął mercedes 600, Sekuła natychmiast zarządził „rutynową” blokadę wszystkich przejść granicznych. Do­brze jest mieć takiego kumpla, ale szkoda, że już tylko nieboszczyka. Takim samym zamienionym w nieboszczyka przyjacielem Peciaka był „Pershing”,,.

Bagsik – Sekulą, Gawronik – Peciak – „Pershing”: wszystko w biały dzień, w pełnej akceptacji czyli współpracy z głównymi atrapami władzy „wolnej” Polski… Jedni kradną jakiś zakład, drudzy strzelają, a złodzieje którzy ukradli całą Polskę -ochraniają ich zdalnie, w majestacie prawa do bezprawia.

 

Terror (nie-)wybranej mniejszości

W programowej wojnie z polskością, jej grabarze posuwają się do niebywałego zu­chwalstwa, jakim jest odgrzebywanie demonów faszyzmu, potrząsanie nimi jako stra­szakiem zagrożonej „wolności”. W związku z tym, że faszyzm jest bliźniakiem „antysemityzmu”, rzekomo także świetnie się mającego w „faszyzującej” Polsce, nasi okupanci powołują pisma i organizacje programowo „zwalczające” zarówno rzekomy faszyzm, jak i „polski antysemityzm”.

 

Latem 1999 roku powstała organizacja o wymownej nazwie: Otwarta Rzeczpo­spolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii.

 

253

 

Wśród członków założycieli znaleźli się wypróbowani tropiciele „antysemityzmu”, na czele z takim wrogami polskości, czyli nacjonalizmu i ksenofobii, jak publicysta Jerzy Diatłowicki7, Michał Nawrocki – prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, Marek Nowicki2 -były prezes „polskiej” delegatury Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, prof. Antoni Sutek- socjolog, Paweł Śpiewak, Hanna Świda-Ziemba – socjolog, Jerzy Jedlicki-„historyk idei” (!), Halina Borntowska, prof. Janusz Grzelak.

 

Do członków komitetu założycielskiego „Otwartej Rzeczpospolitej” naleli ponadto:

— filmowiec Feliks Pastusiak, Irena Wóycicka, Władysław Bartoszewski, socjolog Małgorzata Melchior, Jerzy Ficowski – poeta i „cyganolog”, dawny członek KOR, Konstanty Gebert vel „Dawid Warszawski”, którego tu prezentować już nie trzeba, historyk literatury Michał Glowiński, który kiedyś sam przyznał, że jako dzieck® ocalał z holokaustu tylko dzięki polskim zakonnicom; ks. Stanisław Musiał, czołowy obrońca „praw człowieka” i naprawiacz Kościoła katolickiego.

 

Spójrzmy dokładniej na podstawy i dorobek kilku z tych postaci. Przekonamy się, że łączy ich nacyjna antypolskość, patologiczne tropienie „polskiego antysemityz­mu” i serwillizm wobec ich zachodnich popleczników.

Oto Sergiusz Kowalski. Dawny współpracownik KOR. Jeden z liderów Studeric” kich Komitetów Solidarności z lat 1997-1980. Jego wspólnikami w tychże „Komite­tach” byli wówczas Ludwik Dom, jawny dziś mason Bronisław Wildstein, Jan Ajzner. Posiada tytuł doktora socjologii, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Wydał książki: Krytyka solidarnościowego rozumu i Narodziny III Rzeczypospolitej. Publikuje rzadko i niemal wyłącznie w „Gazecie Wyborczej”. W grudniu 1999 roku za­mieścił w „GW” list potępiający dr. Dariusza Ratajczaka, sądzonego za rzekome „kłamstwo oświęcimskie”. Sergiusz Kowalski stwierdzał w tym „liście”: istnieją grani­ce wolności słowa, nawet w kraju, który przez pól wieku cierpiał cenzuralne ogranicze­nia. W tym stwierdzeniu był bardziej nadgorliwy niż super-gorliwa w antypolonizmie „Gazeta Wyborcza”, która w innej publikacji łaskawie przyznawała dr. Ratajczakowi prawo do głoszenia „kontrowersyjnych” poglądów.

 

Sergiusz Kowalski wypocił także tekst o Marianie Krzaklewskim, liderze AWS:

 

Ja, Krzaklewski („Gazeta Wyborcza”, 5 IX 1999) . Tekst był napisany w duchu niedaw­nej komunistycznej, obecnie udeckiej nagonki propagandowej. Kowalski („Kowal­ski?”) stara się gromić Krzaklewskiego za jego i tak przecież ostrożne, kunktatorskie identyfikacje z polskością, z polską racją stanu, którą zresztą podkopuje jako entuzjasta wchodzenia Polski do UE. Dowiedzmy się co wytyka, przed czym przestrzega Kowal­ski Krzaklewskiego:

Powiem wyraźnie: nie spotkałem się z antysemickimi czy ksenofo­bicznymi opiniami Krzaklewskiego, ale niepokoją mnie coraz częstsze jego wypowiedzi na temat tego, kto „czuje się Polakiem” i kto „akcep­tuje podstawowe zasady narodowej tożsamości”, a także to, że nie prze­szkadzają mu skądinąd poglądy jego związkowego kolegi (Zob.: „Nasza Polska”, 19 IV 2000).

 

1. Nic wiemy, czy i w jakim stopniu spokrewniony z Tadeuszem Diatlowickim, funkcjonariuszem UB żydowskiego pochodzenia, naczelnikiem Wydziałów (kolejno): VII, VIII, IX Departamentów l i II MBP, zwolnionym z MBP w 1958 r. w stopniu podporucznika. Zob.: Mirosław Piotrowski: Ludzie Bezpieki, wyd. KIK. Lublin 1999, s. 538.

2. Swego czasu kandydat UW na rzecznika „praw obywatelskich”.                                          ,