POLSKA W BAGNIE – Henryk Pająk (fragment)

Polska w bagnie
Henryk Pająk

Fragmenty książki H.Pająka „Polska w bagnie”
„W Polsce jest sytuacja, jakby rządzili jej najgorsi wrogowie”
Krakowscy naukowcy z klubu „Myśl dla Polski”

Problem Polski rozwiązują „bezczuciowo”
Czas okupacji niemieckiej: profesor Herman Voss – dyrektor poznańskiego Instytutu Trzeciej Rzeszy, w odpowiedzi na zamówienie dr. Josefa Wastla – dyrektora Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu, dostarczył do tego Muzeum kilkanaście czaszek Polaków i Polek. Chodziło o wykazanie podrzędności rasy słowiańskiej, zwłaszcza Polaków. Tenże profesor Voss -jak pisał w swoim pamiętniku – zawarł z Gestapo umowę, zgodnie z którą ciała Polaków traconych na gilotynie, dostarczano do wspomnianego Instytutu Anatomii w Poznaniu, celem „badań” ukierunkowanych na wykazanie rasowej niższości Słowian. W pamiętniku profesora Vossa szczególnie złowieszcze są dwa zapisy. Pod datą 23 czerwca 1935 roku, a więc już cztery lata przed napaścią Niemiec na Polskę, Voss pisał:
Naród polski mnoży się dwukrotnie szybciej aniżeli naród niemiecki i to jest decydujące. Ten bardzo prymitywny słowiański lud, jeżeli temu nie zapobiegniemy, może skutecznie pożreć naród niemiecki.
Pięć lat później, 2 czerwca 1942 roku, kiedy Polska już od prawie trzech lat leżała w gruzach, a Polacy byli ludobójczo wyniszczani w masowych egzekucjach, pacyfikacjach i obozach koncentracyjnych, profesor Voss notował:
Myślę, że problem Polski należy rozwiązać bezczuciowo, czysto biologicznie, w przeciwnym razie oni nas wyniszczą. Dlatego cieszę się z każdego Polaka, który już nie żyje.
W 1946 roku, choć Niemcy przegrały wojnę, ten humanitarny profesor miałby szczególny powód do uciechy, gdyby zapoznał się z wynikami pierwszego powojennego spisu ludności w Polsce. Doliczono się niespełna 24 milionów tych niższych rasowo Polek i Polaków, podczas gdy w tymże 1935 roku, a więc na cztery lata przed wojną było nas już 36 milionów, a w 1939 – prawie 38 milionów. Niemal tyle samo – dokładnie 38 646 200 osób naliczono w 2001 roku. I będzie nas coraz mniej. Rządowa Rada Ludnościowa ustaliła, że w 2030 roku Polska będzie liczyła 38 024 800 obywateli! Będzie wiec Polaków w przybliżeniu tyle samo co w 1939 roku! Sprawi to tzw. dzietność polskich kobiet. W 2000 roku wynosiła ona 1,43, w Irlandii 1,93, Francji 1,75, Anglii l,70. Prof. Voss tryumfuje zza grobu! Tak oto, dwa antyludzkie barbarzyństwa XX wieku – nazizm i komunizm sprawiły, że w ciągu następnych od 1939 roku lat, naród polski zwiększył się o niespełna dwa miliony obywateli, bowiem w 2000 roku liczba Polaków zbliżyła się, lecz nie przekroczyła 39 milionów. Po wojnie, konsekwentnie przez 55 lat, tak właśnie – bezczuciowo, okupujący Polskę żydo-bolszewizm kontynuował politykę bezczuciowej likwidacji narodu polskiego, wskutek czego, w ciągu ponad 60 lat, licząc od 1939 roku, „zamrożono” naszą populację na poziomie przedwojennym.

Sięgnijmy do dokumentu całkowicie nieznanego w Polsce, choć był on jednym z dowodów oskarżenia hitlerowców w procesie norymberskim, ale wkrótce potem całkowicie zniknął z historii drugiej wojny światowej. Jest to kompleksowy zbiór dyrektyw dotyczących traktowania Polaków pod okupacją niemiecką. Sprawcami jego nieobecności w powojennych archiwach polskich i bibliotekach byli Żydzi. A wycofali dlatego, że w tych dyrektywach nakazuje się niemieckim władzom okupacyjnym łagodniejsze traktowanie Żydów niż Polaków. Dokument powstał w listopadzie 1939 roku – dopiero dwa i pół roku później zapadnie decyzja o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Przez ten okres głównym celem ludobójczej eksterminacji byli tylko Polacy. Tytuł instrukcji to: „Problem traktowania ludności z byłych terenów polskich według aspektów rasowo-politycznych”. Berlin, 25 listopada 1939 r. Dokument został opracowany na zlecenie Urzędu ds. Rasy przy NSDAP. Zatrzymajmy się tylko przy fragmentach najbardziej istotnych. Oto fragmenty ostatniego rozdziału tego szatańskiego planu. Rozdział nosi tytuł:
Traktowanie Polaków i Żydów w Polsce
„(…) Ze strony polityki rasowej można zaproponować dwa możliwe kierunki rozwoju dalszej polityki na obszarze Polski. Jeden zawiera plan kulturalnego upokorzenia, w równej mierze, Polaków jak i Żydów, i pozbawienia ich wszelkich praw. W tym wypadku stawiałoby się na równi Żydów, jak i Polaków. Przy drugim kierunku ograniczyłoby się Polakom narodowy i kulturalny rozwój, tak jak przy pierwszej propozycji. Żydom natomiast dałoby się więcej swobód, przede wszystkim pod względem kulturalnym i gospodarczym, tak aby niektóre zarządzenia przebiegały z pomocą żydowskiej ludności. Pod względem polityki wewnętrznej, rozwiązanie takie oznaczałoby jeszcze silniejsze gospodarcze stłumienie inicjatywy Polaków przez Żydów i odebrałoby Żydom niejedną okazję do zasadniczych narzekań i ciągłych problemów. Niezależnie od tego, jaki z tych kierunków będzie wiodący, polityk do spraw rasy musi wielokrotnie i z naciskiem zwrócić uwagę na potężną polityczną realność rozwiniętego przez Kościół, polskiego ideału narodowego o wielkim Królestwie Polskim pod przewodnictwem Królowej Maryi. Wszystkie praktyczne rozporządzenia muszą uwzględniać realność tej ideologii. Z tego powodu należy skrupulatnie kontrolować wszystkie dążenia do kulturalnej, narodowej samodzielności. Należy zamknąć wszystkie uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe i średnie, ponieważ były one zawsze ośrodkiem polskiego szowinistycznego wychowania. Zezwala się jedynie na szkoły ludowe, które mają obowiązek przekazania jedynie najprostszej podstawowej wiedzy, liczenia, czytania i pisania. Wykluczone są lekcje w takich narodowo ważnych przedmiotach jak geografia, historia, historia literatury, jak również gimnastyka. Szkoły muszą podjąć przygotowania do zawodów rolniczych, leśnych, rzemieślniczych i przemysłowych. Jako że polski nauczyciel, a jeszcze bardziej nauczycielka jest potężną wyrazicielką polskiego szowinizmu, nie należy dopuszczać ich do wykonywania zawodu. Wydaje się więc celowe poruczyć ten obowiązek wysłużonym policjantom policji polskiej. Tym sposobem zaoszczędziłoby to zakładania instytutów kształcenia nauczycieli. Należy bezwzględnie i natychmiast wykluczyć polskie nauczycielki z prowadzenia zajęć, ponieważ posiadają one nieporównanie większy wpływ na polityczne wychowanie dzieci niż sam nauczyciel (…) ”

A teraz dyrektywy realizowane tak przez hitlerowców w okresie okupacji, jak również w czasach powojennej żydokomuny i wdrażane obecnie – najzupełniej współcześnie, w tak zwanej „Trzeciej RP”:
„Wszystkie rozporządzenia, które służą ograniczeniu narodzin, należy znosić lub popierać. Usuwanie ciąży na terenie Polski nie podlega karze. Publicznie można oferować wszelkie środki na poronienie czy środki antykoncepcyjne. Zachowania seksualne również nie podlegają karze. Ze strony policji nie zarządza się nic przeciwko instytucjom i osobom, które zarobkowo dokonują aborcji. Powstaje pytanie, czy znaczna część polskiego społeczeństwa, abstrahując od nieuchronnie przebiegającej kontroli narodu, poprzez ciężką sytuację gospodarczą i emigrację, może się zmniejszyć. Traktowanie Żydów w Polsce powinno być pod pewnymi względami inne niż Polaków. Niezależnie od postawionego na samym początku problemu, czy Żydzi powinni być inaczej, a mianowicie łagodniej traktowani czy też nie, będzie musiało pozostać zadaniem dla niemieckiej administracji, aby Polaków i Żydów wzajemnie przeciwko sobie nastawić. Aby umożliwić Żydom emigrację, konieczne będzie danie im specjalnego wykształcenia. Polityczne zrzeszenia żydowskie są tak samo zabronione jak polskie. Jednak łatwiej będzie tolerować żydowskie związki kulturalne. Bardziej Żydowi niż Polakowi można dać swobodę działania, jako że Żydzi nie przedstawiaj ą pod względem politycznym tak realnej siły jak Polacy ze swoją polską ideologią. Naturalnie, należy wziąć pod uwagę powszechnie znaną naturę Żydów i ich skłonność do politycznych interesów i intryg. W obiegu może funkcjonować język żydowski. Niemożliwe jednak jest pismo hebrajskie w publicznej komunikacji. Ze względu na daleko idące ograniczenia, uzasadniona jest kontrola żydowskich druków, w szczególności gazet. Pozostawia się żydowskie getta jako punkty zbiorcze dla większych mas żydowskich. Nie istnieją żadne rasowo-polityczne skrupuły wobec gospodarczego i zarobkowego rozwoju Żydów, w tym Żydów przybyłych do Rzeszy, o ile, w razie potrzeby nie wyda się stosownych zarządzeń o ograniczeniach. (…) Również i Żydów obowiązuje zasada ograniczenia na wszelkie możliwe sposoby ich rozmnażania się. Również i oni nie podlegają karze za aborcję, mogą więc sprzedawać i stosować środki antykoncepcyjne wywołujące poronienia (…) Możemy więc albo postawić ich na równi z Polakami albo dać im relatywnie większą swobodę i podburzyć ich przeciwko Polakom, aby zapobiec ich coraz większemu wtapianiu się w polski naród. Na razie, nasza polityka zmierza ku temu ostatniemu kierunkowi.”
Zostawiam te hitlerowskie dyrektywy bez komentarza…
Od zakończenia wojny Niemców przybyło ponad 20 milionów – i to pomimo kilkunastu milionów Niemców poległych na frontach, zamęczonych w obozach sowieckich, na zsyłkach i „zaginionych”. Tak więc potomków naszych śmiertelnych wrogów, naszych oprawców, przybyło 20 milionów, a nas – zaledwie dwa miliony. Tak oto zostały rozwiane lęki i obsesje profesora Vossa, zatrwożonego podwójnie szybszym rozmnażaniem się tego bardzo prymitywnego słowiańskiego ludu. W ostatnich dziesięcioleciach XX wieku tę krwawą eksterminację zastąpiło ludobójstwo bezkrwawe, ciche. W 1999 roku odnotowano w Polsce, po raz pierwszy od czasu powstania Polski Odrodzonej czyli od 1918 roku – nie licząc skutków ludobójstwa lat 1939-1945, zerowy przyrost naturalny. W następnych roku – ujemny. Co najgorsze – nie widać ludobójców. Nie istnieją obozy koncentracyjne. Nie odbywają się masowe egzekucje publiczne. Nie ma deportacji na Sybir. Po wojnie ginęły dziesiątki tysięcy osób mordowanych przez bolszewickie żydolewactwo spod znaku UB-NKWD, a jednak nawet w tamtym dziesięcioleciu szczególnie sadystycznej nienawiści i eksterminacji, czyli w latach 1946-1955, w Polsce notowano jednak dodatni przyrost naturalny. Teraz, kiedy nie ma już obozów koncentracyjnych, łapanek, wywózek na Sybir, nie rozstrzeliwuje się z wyroków UB, zrealizowano wreszcie postulat „bezczuciowej” eksterminacji biologicznej „tego prymitywnego ludu słowiańskiego”, sprowadzając go do zerowego przyrostu naturalnego, czyli praktycznie skazując go na regres biologiczny. Oto tzw. Klub Rzymski już w latach 70. zadecydował, że ludność Polski ma zostać zredukowana do około 15 milionów. Polskojęzycznym członkiem tego Klubu był wówczas stalinowski dyktator w zakresie indoktrynacji „myślą marksistowską” – Adam Schaff. Czy można się było spodziewać łagodniejszego wyroku ze strony tego ideowego Żyda i jego wspólników? Oni po prostu wiernie wykonują testament polityczny i ideowy hitleryzmu i leninizmu. Klub Rzymski podjął te decyzje przed kilkudziesięciu laty, lecz podstawowe zręby socjalno-bytowe, gospodarcze, polityczne a zwłaszcza – eutanazyjne (m.in. aborcyjne), zostały położone pod ten plan w ostatniej dekadzie XX wieku, kiedy polskojęzyczne żydolewactwo sterowane w tej robocie i misji przez światową oligarchę pieniężną, zabrało się profesjonalnie do „bezczuciowej” realizacji testamentu hitlero-bolszewizmu. Powojenne pokolenie żydowskich mega-morderców, takich jak Berman, Różański, Fejgin, Humer, Romkowski, Światło i setki innych, zostało niepostrzeżenie a skutecznie zastąpione przez pokolenie ich synali, ich nacyjnych spadkobierców, takich jak Geremek, Michnik, Urban, Mazowiecki, Kuroń, Stolzman-Kwaśniewski, Balcerowicz i mniej znanych, usadowionych w decyzyjnych ogniwach wszechwładzy sprawowanej nad Polską. Ze swojej nienawiści do Polski i Polaków zdali egzamin celująco. Niemiecki socjalizm „narodowy” (nazizm), jak też żydobolszewicki komunizm, to dwa bratnie bękarty, rzucające świat gojów do krwawych wojen. Nasz los tkwił w epicentrum tych rzezi. Wspólnie na nas najechali, wspólnie wymordowali sześć milionów polskich obywateli, w tym ponad połowę przedwojennej inteligencji z wyższym wykształceniem: ziemiaństwo, nauczycieli, księży, przedsiębiorców, najbardziej świadomą swej polskości młodzież:
– 120 tysięcy Polaków poległo podczas bezpośrednich działań wojennych w 1939 roku;
– w wyniku bombardowań, ostrzału, bezprzykładnych rzezi i innych form terroru, z 5,3 mln zabitych 4 miliony to dzieło Niemców, a około 1,3 mln ich sprzymierzeńców -Sowietów;
– około 200 tys. Polaków, kobiet, dzieci i starców zginęło podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku;
– 750 tys. Polaków wymordowała sowiecka żydo-komuna w terrorze na ziemiach wschodnich;
– w samej Bydgoszczy Niemcy zamordowali 20 tys. Polaków w ciągu pierwszych dni wojny; – zajmując we wrześniu 1939 roku ziemie wschodnie, a potem z nich uchodząc w 1941 roku, żydo-komuna bolszewicka wymordowała ponad 50 tysięcy Polaków w więzieniach i egzekucjach;
– podczas pośpiesznej ewakuacji po napadzie Niemców na ich niedawnych sprzymierzeńców, sowiecka żydokomuna wymordowała około 30 tys. polskich więźniów;
– prawie pół miliona Polaków, kobiet, dzieci, starców i mężczyzn wymordowali na polskich kresach ukraińscy zwyrodnialcy spod znaku UPA i innych formacji;
– tylko na Wołyniu ukraińscy barbarzyńcy wymordowali około 100 tys. Polaków, a liczba ta byłaby o wiele większa, gdyby nie spontanicznie organizowana polska samoobrona;
– ponad 20 tysięcy osób z przedwojennej elity zostało wymordowanych przez żydo-bolszewię w Katyniu i innych miejscach kaźni;
– 110 tysięcy Polaków wypędzili Niemcy z 297 wsi Zamojszczyzny, w tym ponad 30 tys. dzieci, z czego wiele tysięcy dzieci zniemczonych nigdy nie powróciło do swoich rodziców;
– do Generalnej Guberni Niemcy wypędzili ponad 2 mln Polaków, z czego na roboty przymusowe – 1,3 mln osób;
– pół miliona mieszkańców Warszawy zostało wysiedlonych przez Niemców po upadku Powstania Warszawskiego;
– w żydo-bolszewii represjami objęto 1,6 mln Polaków kresowych, z czego ponad milion deportowano, 250 tys. uwięziono, a 140 tys. wywieziono na Syberię;
– około 120 tys. Polaków Niemcy rozstrzelali za ukrywanie Żydów;
– w ramach żydowskiej „wdzięczności”, po wojnie żydo-bolszewickie formacje terrorystyczne NKWD i UB, wymordowały około 200 tys. polskich patriotów. Były to bezlitosne pogromy: przeciętnie każdego dnia, przez 10 lat, mordowali ponad 50 Polaków !
– od 1990 roku ten krwawy holokaust zamienili na cichy, bezkrwawy. Jest to „bezczuciowy” holokaust profesora Vossa.
Jakie są skutki dziesięciu lat przestępczej „transformacji” Polski w masę upadłościową?
Już w 1996 roku:
– poniżej minimum socjalnego żyło 46,7 proc. ludności – czyli 18 mln;
– w warunkach tzw. minimum egzystencji żyło 4,3 proc. ludności Polski, co daje 1,7 mln osób;
– na granicy ubóstwa żyło 14 proc. ludności, co stanowi 5,4 mln osób.
Nie znamy skali tego holokaustu na dystansie całego dziesięciolecia 1990-2000. Z całą pewnością pogłębił się on, czego pośrednim dowodem jest dalszy wzrost bezrobocia, straszliwe zubożenie wsi. W niezależnej prasie można było znaleźć łączne liczby tej „bezczuciowej” eksterminacji u progu nowego wieku:
– 6,5 mln Polaków żyło w niedostatku;
– 5,5 mln Polaków żyło w ubóstwie;
– ponad 4 mln osób było bezrobotnych;
– 88 procent Polaków w rodzinach trzyosobowych i 92 proc. w rodzinach pięcioosobowych żyje poniżej minimum socjalnego ustalonego na 610 złotych. I właśnie w sierpniu 2001 r. pełniący funkcję „bezczuciowego” prezydenta Polaków Stolzman-Kwaśniewski zawetował projekt ustawy o wypłacaniu po 115 zł na każde trzecie i następne dziecko! Natomiast Senat głosami komunistów nic przyjął (23 VIII 2001) poprawki tegoż Senatu zapewniającej dzieciom rodzin ubogich dożywianie w szkołach;
– na około 6 mln dzieci w wieku 7-16 lat, co trzecie idzie do szkoły bez drugiego śniadania, co piąte rano nie dostaje nic do jedzenia, a w ciągu dnia musi się obyć bez gorącego posiłku, bo likwidacja szkół podstawowych wydłużyła dojazdy do szkół i czas przebywania dziecka poza domem. Co w zakresie bezrobocia „zawdzięczamy” Unii Germano-Europejskiej? Oto wiarygodne źródło, raport Biura Studiów i Ekspertyz, oficjalnego organu Sejmu z zimy 2001. Według niego, Polska straciła miejsc pracy na rzecz Unii:
1997 – 350 500
1998 – 402 700
1999 – 357 400
Tak więc tylko niszczycielskim, przestępczym akcjom Unii zawdzięczamy w ciągu
tych trzech lat jeden milion, sto piętnaście tysięcy bezrobotnych. Dane z początku 2001 mówią iż w styczniu 2001 było już 2 800 000 (dwa miliony osiemset tysięcy) bezrobotnych a kiedy niniejsza książka ukaże się w druku, ta liczba będzie tragicznie nieaktualna bo znacznie większa. Rozrost bezrobocia wykazuje tu ponuro imponującą równię pochyłą: rocznie stale po około 300-400 tysięcy bezrobotnych więcej. Dywersyjne sitwy zwane „Sejmem” i kolejnymi „rządami”, wpadły w prawdziwy popłoch na początku 2001 roku, kiedy czas definitywnego, formalnego piątego rozbioru Polski – czas jej „wejścia” do Unii Euro-germańskiej, pierwotnie obiecywany im przez gaulajterów UE na 2003 rok, został przesunięty przez tychże brukselskich euro-faszystów na lata 2005-2007. Lawinowo rosnące bezrobocie stało się cykającą bombą społeczną, a kryzys finansów państwa – zapowiedzią krachu na miarę Malezji czy Meksyku. Na koniec pierwszego kwartału 2001 roku, bez pracy było już – oficjalnie – 3,16 milionów dorosłych Polek i Polaków, co oznaczało 18,2 proc. bezrobocia. Główny Urząd Statystyczny przyznał wtedy, po raz pierwszy w swej pokrętnej retoryce, ze poza tymi oficjalnymi liczbami pozostają też bezrobotni niezarejestrowani, choć ich liczbę zaniżył wręcz groteskowo do zaledwie 200 tysięcy ludzi. Po wakacjach 2001 roku bezrobocie gwałtownie wzrosło za sprawą absolwentów szkół średnich i wyższych, bowiem w tej grupie wiekowej bezrobocie już w 2000 roku wynosiło 41 procent. A jest to zapowiedź wielkiej apokalipsy lat 2002-2005, kiedy to na rynek bezrobocia trafi łącznie 890 000 młodych z wyżu demograficznego. Rządowi oszuści spod znaku MEN znaleźli tani sposób na likwidację bezrobocia wśród setek tysięcy absolwentów szkół zawodowych. W TV „Polsat” (18 VIII 2001) dowiedzieliśmy się z wywiadów z „kompetentnymi” przedstawicielami oświaty zawodowej, że tym sposobem będzie likwidacja czterech z każdych pięciu szkół zawodowych. Nie będzie szkół, więc nie będzie bezrobocia wśród ich niedoszłych absolwentów. I mówili to patrząc spokojnie w oko kamery telewizyjnej!
– A co z ich nauczycielami? – padło pytanie.
– Ci z wyższym wykształceniem, myślę (!) gdzieś znajdą zatrudnienie. Pozostali będą musieli odejść. Koniec wywiadu, koniec problemu.
Rządowi szulerzy dowiedziawszy się, że w pierwszym kwartale 2001 roku przybyło 416 000 bezrobotnych, rozpoczęli „walkę z bezrobociem”. Żydo-masońska Unia Wolności i tzw. Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe (SKL) wniosły do Sejmu projekty cięć w prawach pracowniczych. Ot – tacy sobie nowocześni „konserwatyści”, cofający prawa pracownicze do czasów drugiej połowy XIX wieku. Unia Wolności zaproponowała zwiększenie ilości umów pracowniczych na czas określony, podczas gdy obecnie 70 proc. umów nie określa czasu ich obowiązywania. Miało to dawać pracodawcom możliwość zatrudniania i wyrzucania ludzi z pracy w określonym czasie. Drugi pomysł Unii Wolności, to karanie chorych pracowników za to, że odważają się chorować! Miało to polegać na skróceniu czasu wypłacania wynagrodzenia z dotychczasowych 35 dni „chorobowych” do 30 dni. To nie wszystko – ci światli obrońcy praw człowieka, praw pracowniczych, proponowali redukcję „chorobowego” z 80 proc. dotychczasowej stawki do 75 procent. Ponadto, zgodnie z propozycjami tych faryzeuszy, pracodawca miałby też prawo niepłacenia za pierwszy dzień choroby, a także prawo zwolnienia pracownika w czasie usprawiedliwionej nieobecności, m.in. spowodowanej chorobą! Co więcej, ci zwolennicy „bezczuciowych” form eksterminacji Polaków żądali obniżenia stawek za nadgodziny, zwolnienia pracodawcy z obowiązku płacenia za czas wypowiedzenia umowy o pracę (w praktyce natychmiastowego wyrzucenia z pracy) – jeżeli to pracownik wypowiada umowę. Oznaczało to bezczelny powrót do dziewiętnastowiecznego, klasycznego „wyzysku klasowego”, tak przecież oburzającego pradziadków Unii Wolności, których symbolem był Marks, Róża Luksemburg, Lenin, Kautsky, a później w Polsce powojennej Berman, Róźański, Cyrankiewicz, Minc, Szyr, Zambrowski, Ochab i legion innych Żydów. W ramach tejże „bezczuciowej” eksterminacji Polaków rodem z rasistowskich obsesji hitlerowskiego profesora Vossa, Unia Wolności proponowała oczywiście już nie gilotynę, tylko zniesienie badań lekarskich przed przyjęciem do pracy, poszerzenie stosowania tzw. umowy-zlecenia (wykonaj określoną robotę i won za bramę), zwiększenia limitu nadgodzin do 250, przy jednoczesnym zmniejszeniu wynagrodzenia za te nadgodziny ze 100 do 50 procent. Cynizm, bezczelność, buta owej „Żydunii Wolności” oraz jej agentury pod nazwą SKL (partia J.M. Rokity), jak nigdy przedtem zwarła zwykle zantagonizowane szeregi pozostałych sejmitów. Sejm 23 marca 2001 odrzucił te pomysły UW głosami SLD, AWS, PSL i prawicy patriotycznej. Prowokacje Unii Wolności odrzucono 308 głosami przy 93 głosach „za”, natomiast pomysły „rokiciarzy-konserwatystów” oddalono 311 głosami przy 88 „za”. Za przyjęciem tych zmian byli – oczywiście – premier Jerzy Buzek i obaj „solidarnościowi” wicepremierzy – Longin Komolowski i Janusz Steinhoff. Te antypracownicze, w gruncie rzeczy antypolskie pomysły rządu „solidarnościowych związkowców” (!) wkrótce potem przełożyły się na katastrofalny spadek przedwyborczej giełdy Unii Wolności poniżej pięciu procent, czyli poniżej progu wyborczego – i „Aj-Waj-S” do 8-10 procent, przy jednoczesnym „turbodoładowaniu” praktycznie jednoosobowej partyjki „Prawo i Sprawiedliwość” wydobytej z kapelusza zawodowego rozbijacza prawicy narodowej czyli Lecha Kaczyńskiego, który za nieznaczne zaostrzenie karalności przestępców, otrzymał od sterroryzowanego narodu aż 70 procent poparcia osobistego, a jego „partia” – 10 procent poparcia – o połowę więcej niż cały ten „Aj-Waj-S”. Ale o tym już w innym rozdziale. Tylko głodujący, tylko rozpaczliwie a bezskutecznie poszukujący pracy żywiciele rodzin, potrafią ogarnąć grozę przedstawionych tu liczb i faktów. Dla pozostałych Polaków, a jest ich na razie większość, jest to jedynie temat to jałowego, obłudnego współczucia, niekiedy oburzenia, a dla milionów ociemniałych politycznie – powód do utyskiwania na czasy komuny, która rzekomo zostawiła nam ten opłakany bagaż nędzy i chaosu. Zajrzyjmy więc na chwilę tam, gdzie nie dociera nawałnica propagandowej inwazji kłamstwa. Właśnie tam, gdzie żydomedia nie dają ani złotówki. Oto lubelskie Bractwo Miłosierdzia św. Brata Alberta. Żydomedia nie dostrzegają ogromnych, poniżających godność i prawa człowieka kolejek po ciepłą strawę w siedzibie Bractwa przy ulicy Zielonej w Lublinie. Oddajmy głos księdzu Janowi Mazurowi, który nie musi czytać kolejnych komunikatów z frontu „bezczuciowej” wojny z Polakami metodą nędzy, bezrobocia, i pogardy dla rasowo podrzędnych Polaków – aby wiedzieć. On po prostu widzi:
– Co ja widzę? Że coraz więcej osób przychodzi do mnie po pomoc. l to nie są kloszardzi, bezdomni, ale osoby, całe rodziny, które zostały bez pracy i nie potrafią związać koniec z końcem. Po fali zwolnień z lubelskiej odlewni, mówił jeden ze zwolnionych:
– Straciłem pracę w odlewni. Odprawę wydałem na przeżycie, pracy nie znalazłem. Wali mi się świat na głowę i nie wiem, co mam robić..
Katastrofalne bezrobocie przeszło w fazę kryzysu państwa. Zagroziło nieobliczalnymi wybuchami społecznymi na skalę rewolucji, więc zatrzęsły się portki rządowych i sejmowych pętaków, którzy z premedytacją, bezlitośnie, przez trzy lata z okładem (1997-2000) robili dosłownie wszystko co w ich mocy na rzecz takiej katastrofy, licząc na to, że od 2003 roku Polskę połknie Unia Europejska. Nawet „Tel-Awizja” była zmuszona wystękać w głównym wydaniu swych „Wiadomości” rodem z epoki Gierka (13 III 2001), że poziom bezrobocia osiągnął rozmiary „katastrofy narodowej”. Użyli przy tym słowa przez nich wręcz wyklętego: słowa naród! Okazuje się, że jak katastrofa to narodowa, ale jak sukcesy to sukcesy „społeczeństwa”. Tego dnia obradował Episkopat Polski. „Włączył się” do tego werbalnego larum, opowiadając się za tym samym co klika Buźka: za „walką z bezrobociem”. Ani najcieńszą aluzją Episkopat nie dotknął mechanizmów tego dramatu, nie nazwał sprawców tej zapaści. W komunikacie Episkopatu przybysz z Marsa mógłby stwierdzić, że bezrobocie spadło na Polskę niczym nieoczekiwany meteoryt z kosmosu. Powiedziano, że należy „stwarzać nowe miejsca pracy”. Ale jak, gdzie – jeżeli miliony dotychczasowych „miejsc pracy” zostało zlikwidowanych, głównie poprzez zaprogramowane zniszczenie fabryk i całych kluczowych segmentów polskiej gospodarki? Z kolei nieoclonym importem z UE sfinansowaliśmy Unii l 500 000 nowych miejsc pracy, tyle samo i tym samym likwidując w Polsce. Były to i są działania obliczone na „bezczuciową” eksterminację Narodu Polskiego. W reakcji przeciwko tym zbrodniczym działaniom, zrodził się poniższy „Akt Oskarżenia” autorstwa Stowarzyszenia Ofiar Wojny.
AKT OSKARŻENIA PRZECIWKO:
Sprawcom, wykonawcom i kolaborantom oraz następcom prawnym (spadkobiercom) sprawców, wykonawców i kolaborantów zbrodni przeciwko ludzkości, popełnianych na słowiańskim Narodzie Polskim, w okresie czasu od stycznia 1944 roku do chwili obecnej w sposób systematyczny prowadzący do unicestwienia: fizycznego, moralnego, narodowego i gospodarczo-politycznego, osobom fizycznym pracującym w jednostkach organizacyjnych poprzedzających Polską Rzeczpospolitą Ludową, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i obecnej Rzeczpospolitej Polskiej, oraz osobom prawnym państwowości poprzedzających Polską Rzeczpospolitą Ludową:
– PREZYDENTOM RP;
– DYREKTOROM I WICEDYREKTOROM KANCELARII PREZYDENTÓW RP;
– PREMIEROM I WICEPREMIEROM RZĄDU RP;
– WŁAŚCIWYM MINISTROM I WICEMINISTROM RZĄDU RP;
– CZŁONKOM RADY MINISTRÓW RP;
– MARSZAŁKOM I WICEMARSZAŁKOM SEJMU RP;
– MARSZAŁKOM I WICEMARSZAŁKOM SENATU RP; PRZEWODNICZĄCYM I WICEPRZEWODNICZĄCYM WŁAŚCIWYCH KOMISJI SEJMU RP;
– POSŁOM NA SEJM RP, A W SZCZEGÓLNOŚCI CZŁONKOM WŁAŚCIWYCH KOMISJI SEJMU RP;
– PRZEWODNICZĄCYM I WICEPRZEWODNICZĄCYM WŁAŚCIWYCH KOMISJI SENATU RP;
– SENATOROM RP, A W SZCZEGÓLNOŚCI CZŁONKOM WŁAŚCIWYCH KOMISJI SENATU RP;
– DYREKTOROM I WICEDYREKTOROM WŁAŚCIWYCH DEPARTAMENTÓW RZĄDU RP;
– NAJWYŻSZEJ IZBIE KONTROLI RP;
– PARTIOM I UGRUPOWANIOM POLITYCZNYM: KOMUNISTYCZNEJ PARTII POLSKI (KPP), POLSKIEJ PARTII ROBOTNICZEJ (PPR), POLSKIEJ PARTII SOCJALISTYCZNEJ (PPS), POLSKIEJ ZJEDNOCZONEJ PARTII ROBOTNICZEJ (PZPR), STRONNICTWU LUDOWEMU (SL), STRONNICTWU DEMOKRATYCZNEMU (SD), SOJUSZOWI LEWICY DEMOKRATYCZNE J (SLD), POLSKIEMU STRONNICTWU LUDOWEMU (PSL), STRONNICTWU KONSERWATYWNO-LUDOWEMU (SKL), UNII DEMOKRATYCZNEJ/UNII WOLNOŚCI (UD/UW), UNII PRACY (UP), AKCJI SOLIDARNOŚĆ (AWS), POROZUMIENIU CENTRUM (PC), RUCHOWI STU (RS), BEZPARTYJNEMU BLOKOWI WSPIERANIA RZĄDU (BBWR), RUCHOWI OBRONY POLSKI (ROP),
– INNYM OSOBOM FIZYCZNYM I PRAWNYM NIE WYMIENIONYM Z NAZWISKA LUB NAZWY, MAJĄCYM WPŁYW NA DECYZJE W PRZEDMIOTOWEJ SPRAWIE, KTÓRYCH WŁĄCZENIE DO NINIEJSZEGO „AKTU OSKARŻENIA” MOŻE NASTĄPIĆ W NASTĘPSTWIE POSTĘPOWANIA ŚLEDCZEGO I SĄDOWEGO;
ze szczególnym uwzględnieniem następujących osób:
B
Balazs Artur, Balcerowicz Leszek, Banach Jolanta, Bańkowska Anna, Bartoszewski Władysław, Belka Marek, Bentkowski Aleksander, Bielecki Czesław, Bielecki Jan Krzysztof, Boni Michał, Borowski Marek, Bratkowski Stefan, Braun Juliusz, Bugaj Ryszard, Bujak Zbigniew, Buzek Jerzy
C
Chełkowski August, Chronowski Andrzej, Chrzanowski Wiesław, Ciemniewski Jerzy, Cimoszewicz Włodzimierz, Czech Mirosław
D
Drzycimski Andrzej, Dziewulski Jerzy
F
Falandysz Lech, Frasyniuk Władysław
G
Gadzinowski Piotr, Geremek Bronisław, Glapiński Adam, Goryszewski Henryk, Góralska Helena, Grabowski Dariusz, Gronkiewicz-Waltz Hanna, Grześkowiak Alicja, Gwiżdż Jerzy
H
Hall Aleksander
I
Ikonowicz Piotr, lwiński Tadeusz
J
Jagieliński Roman, Jakubowska Aleksandra, Janas Zbigniew, Janik Krzysztof, Janiszewski Jacek, Jaruga-Nowacka Izabela, Jaruzelski Wojciech, Jaskiernia Jerzy
K
Kaczyński Jarosław, Kaczyński Lech, Kaczmarek Wiesław, Kalinowski Jarosław, Kalisz Ryszard, Kieres Leon, Kiszczak Czesław, Kobielusz Antoni, Kolodko Grzegorz, Kołodziejczyk Piotr, Komołowski Longin, Komorowski Bronisław, Kracik Stanisław, Król Jan, Król Krzysztof, Krzaklewski Marian, Krzyżanowska Olga, Kuroń Jacek, Kutz Kazimierz, Kwaśniewski Aleksander
L
Lewandowski Janusz, Liberadzki Bogusław, Lipiński Jan, Lityński Jan
Ł
Łączkowski Paweł, Łuczak Aleksander, Łybacka Krystyna
M
Małachowski Aleksander, Mamiński Tomasz, Mazowiecki Tadeusz, Merkel Jacek, Michnik Adam, Milczanowski Andrzej, Miller Leszek, Milewski Mirosław, Moczulski Leszek, Modzelewski Karol
N
Nowina-Konopka Piotr
O
Okrzesik Janusz, Olechowski Andrzej, Oleksy Józef, Olszewski Jan, Onyszkiewicz Janusz, Osiatyński Jerzy
P
Palubicki Janusz, Parys Jan, Pastusiak Longin, Paszczyk Stanisław, Pawlak Waldemar, Piskorski Paweł, Plażyński Maciej, Podkański Lesław, Pol Marek, Potocki Andrzej
R
Rakowski Mieczysław F., Rokita Jan Maria, Romaszewski Zbigniew, Rulewski Jan, Rybicki Jacek, Rzemykowski Tadeusz
S
Sawicki Marek, Siemiątkowski Zbigniew, Sierakowska Izabela, Skubiszewski Krzysztof, Spychalska Ewa, Staniszewska Grażyna, Steinhoff Janusz, Styczeń Mirosław, Suchocka Hanna, Syryjczyk Tadeusz, Szamałek Krzysztof, Szeremietiew Romuald, Szmajdziński Jerzy
T
Tusk Donald, Tyrna Marcin
U
Ujazdowski Kazimierz, Urban Jerzy
W
Wachowski Mieczysław, Walendziak Wiesław, Waniek Danuta, Wałęsa Lech, Wąsacz Emil, Wende Edward, Widzyk Jerzy, Wielowieyski Andrzej, Wierchowicz Jerzy, Wittbrodt Edmund, Wojciechowski, Wolski Dariusz, Wujec Henryk
Z
Zając Jerzy, Zarębski Zbigniew, Zemke Janusz, Zoll Andrzej, Zych Józef
Ż
Żak Piotr
NA PODSTAWIE NASTĘPUJĄCYCH ARTYKUŁÓW KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
z dnia 2.04.1997 r.:
Rozdział II, Art. 43: „Zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości nie podlegają przedawnieniu.”
Rozdział II, Art. 77 paragr. l: „Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej.”
w związku z:
Rozdział I, Art. 13: „Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajenie struktur lub członkostwa.”
Rozdział II. Art. 58, paragraf 2: „Zakazane są zrzeszenia, których cel lub działalność są sprzeczne z Konstytucją lub ustawa.”
Rozdział I. Art. 8:
paragraf l: „Konstytucja jest Najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.”
paragraf 2: „Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej.”
Rozdział I, Art. 9: „Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.”
I NA PODSTAWIE NASTĘPUJĄCYCH ARTYKUŁÓW KODEKSU KARNEGO OBOWIĄZUJĄCEGO W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ:
Rozdział XVI Przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości oraz przestępstwa wojenne: Art. 118 (Eksterminacja)
Rozdział XXXIII Przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu: Art. 258 (Zorganizowana grupa i związek przestępczy)
Rozdział XXIX Przestępstwa przeciwko instytucjom: Art. 231 (Nadużycie funkcji)
Rozdział XXXVI Przestępstwa przeciwko obrotowi gospodarczemu: Art. 296 (Nadużycie zaufania)
w związku z:
Rozdział XI Przedawnienie: Art. 105 (Wyłącznie przedawnienia) paragrafy: l, 2.
Rozdział XIII Ściganie na mocy umów międzynarodowych: Art. 113
(Ściganie na mocy umów międzynarodowych).
Rozdział XXX Przestępstwa przeciwko wymiarowi sprawiedliwości:
Art. 240 (Niezawiadomienie o przestępstwie) paragraf l.
1. Żądamy natychmiastowego wszczęcia postępowania karnego w celu ustalenia wszystkich sprawców, wykonawców i kolaborantów czynów przestępczych wymienionych w niniejszym „Akcie oskarżenia”, popełnianych w okresie od tak zwanych układów „okrągło-stołowych” (z okresem układów „okrągło-stołowych” włącznie) do chwili obecnej.
2. Żądamy stwierdzenia obywatelstwa, narodowości, rasy, wyznania, przekonań politycznych, przynależności politycznej i organizacyjnej, oraz kolejnych miejsc pracy i zamieszkania sprawców, wykonawców i kolaborantów czynów przestępczych wymienionych w niniejszym „Akcie oskarżenia”.
3. Po wykryciu wszystkich winnych (osób fizycznych i prawnych) czynów przestępczych wymienionych w niniejszym „Akcie oskarżenia”, żądamy wymierzenia im kary, oraz ustalenia i wyegzekwowania odszkodowań cywilno-prawnych dla wszystkich ofiar i/lub następców prawnych ofiar popełnianych przez nich zbrodni przeciwko ludzkości na słowiańskim Narodzie Polskim, w sposób systematyczny prowadzący do unicestwienia: fizycznego, moralnego, narodowego i gospodarczo-politycznego.
4. Dla zabezpieczenia powództwa, żądamy zajęcia majątków osób fizycznych i prawnych objętych niniejszym „Aktem oskarżenia”, które są zobowiązane do naprawienia wszelkich szkód i cierpień doznanych przez Polaków, ofiary i/lub następców prawnych ofiar zbrodni przeciwko ludzkości popełnianych przez osoby objęte niniejszym „Aktem oskarżenia”.
Zakres cywilno-prawnych odszkodowań za szkody i cierpienia doznane przez etnicznych Polaków w wyniku popełniania na nich zbrodni przeciwko ludzkości przez objęte niniejszym „Aktem oskarżenia” osoby fizyczne i prawne, w okresie czasu od tak zwanych układów „okrągło-stołowych” (z okresem układów „okrągło-stołowych” włącznie) do chwili obecnej, jest następujący:
– Główna suma odszkodowań, w przybliżeniu 150 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększona o należne odsetki za okres czasu jak wyżej.
– Zwrot kosztów, na które zostali narażeni etniczni Polacy w wyniku popełniania na nich zbrodni przeciwko ludzkości – w przybliżeniu 50 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększonych o należne odsetki za okres czasu jak wyżej.
– Rekompensaty za utracone możliwości życiowe – w przybliżeniu 100 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększonej o należne odsetki za okres czasu jak wyżej.
– Zwrot wszystkich kosztów dotąd poniesionych, w przybliżeniu l O 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększonych o odsetki za okres czasu jak wyżej, oraz kosztów które zostaną poniesione w przyszłości, w związku ze staraniami o uzyskanie należnych odszkodowań cywilno-prawnych.
– Zapłaty odszkodowań, w przybliżeniu 100 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększonych o odsetki za okres czasu jak wyżej, za szkody spowodowane w wyniku nie wypłacania przez zobowiązane osoby fizyczne i prawne odszkodowań cywilnoprawnych, należnych etnicznym Polakom ze względów jak w niniejszym „Akcie oskarżenia”.
– Razem w przybliżeniu 410 000 złotych na osobę (według wartości złotego z 1990 roku), powiększonych o należne odsetki za okres czasu jak wyżej.
5. Na pokrycie kosztów postępowania, włącznie z kosztami wszystkich instytucji prawnych, przeprowadzaniem ekspertyz przez biegłych sądowych, oraz innych mogących wyniknąć kosztów, żądamy zajęcia majątków osób fizycznych i prawnych objętych niniejszym „Aktem oskarżenia”.
6. Żądamy ustalenia wszystkich winnych nie przeprowadzenia do tej pory skutecznego postępowania przeciwko osobom fizycznym i prawnym objętym niniejszym „Aktem oskarżenia”, sprawcom, wykonawcom i kolaborantom zbrodni przeciwko ludzkości popełnianych na słowiańskim Narodzie Polskim, w okresie od tak zwanych układów „okrągło-stołowych” (z okresem układów „okrągło-stołowych” włącznie) do chwili obecnej.
7. Żądamy ustalenia, ukarania i obciążenia odszkodowaniami cywilno-prawnymi na rzecz Polaków (ofiar i/lub następców prawnych ofiar zbrodni przeciwko ludzkości popełnianych na słowiańskim Narodzie Polskim, w okresie od tak zwanych układów „okrągło-stołowych”, z okresem układów „okrągło-stołowych” włącznie, do chwili obecnej), wszystkich sprawców, wykonawców i kolaborantów wszystkich tych zbrodni.
8. Żądamy wyłączenia z wpływu na i prowadzenie postępowania wnoszonego niniejszym „Aktem oskarżenia”, wszystkich osób pochodzenia żydowskiego, niemieckiego (w tym volskdeutsche’owskiego), a także wszelkich osób powiązanych w jakikolwiek szkodliwy dla wnoszonego postępowania sposób z objętymi niniejszym „Aktem oskarżenia” zbrodniami przeciwko ludzkości, oraz osobami i/lub następcami prawnymi osób fizycznych i prawnych objętych niniejszym „Aktem oskarżenia”.
9. W związku z zaistnieniem tak ewidentnych przestępstw najcięższego stopnia na tak ogromną skalę, wnosimy o zawieszenie aż do wyjaśnienia, praw osób fizycznych i prawnych objętych niniejszym „Aktem oskarżenia” w takim zakresie, który uniemożliwi tym osobom:
– korzystanie z środków i możliwości, które jak najprawdopodobniej uzyskały w wyniku popełnienia przestępstw,
– podejmowanie działań zmierzających:
– do wprowadzenia w błąd społeczeństwa i opinii publicznej,
– uniknięcia odpowiedzialności karnej i cywilnej.
UZASADNIENIE
Na podstawie bogatych i ogólnie dostępnych danych porównawczych odnośnie:
– Małżeństw, rozwodów, urodzeń żywych, zgonów i przyrostu ludności,
– Bilansów ludności,
– Ludności według płci i wieku,
– Ludności w wieku nieprodukcyjnym na 100 osób w wieku produkcyjnym,
– Zamachów samobójczych,
– Zatrudnienia i bezrobocia oraz wypadkowości przy pracy,
– Ocen rzeczywistej skali bezrobocia,
– Realnych dochodów ludności,
– Emerytur i rent,
– Siły nabywczej dochodów ludności,
– Skali ubóstwa,
– Wskaźników inflacji,
– Wskaźników produkcji przemysłowej i rolnej,
– Stanu opieki zdrowotnej, i wielu innych danych wskazujących na bardzo złe okoliczności życia słowiańskiego Narodu Polskiego w Jego własnej Ojczyźnie, w której stanowi około 97 setnych ludności.
W świetle argumentów zawartych w niniejszym „Akcie oskarżenia”, stwierdzamy jednoznacznie, że osoby fizyczne i prawne objęte niniejszym „Aktem oskarżenia”:
a. w celu wyniszczenia w całości albo w części grupy narodowej Polski o wyznaniu w przytłaczającym stopniu katolickim, stwarzają dla osób należących do tej grupy narodowej, to jest do słowiańskiego Narodu Polskiego, warunki życia grożące biologicznym wyniszczeniem tego Narodu, stosują środki ekonomiczne, administracyjne i inne mające służyć do wstrzymania urodzeń w obrębie słowiańskiego Narodu Polskiego, oraz
b. w celu wyniszczenia w całości albo w części grupy narodowej Polski o wyznaniu w przytłaczającym stopniu katolickim, dopuszczają się powodowania zza biurka masowych zabójstw, albo powodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu osób należących do tej grupy narodowej, to jest do słowiańskiego Narodu Polskiego,
czym wyczerpują znamiona art. 118 kk (Eksterminacja – Przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości oraz przestępstwa wojenne).
Działalność władz jest bezdyskusyjnie działalnością gospodarczą, ponieważ nawet w przypadku nie brania przez nie udziału bezpośredniego w działalności gospodarczej, decyzje budżetowe władz określają aktywność gospodarczą bezpośrednich czynników gospodarczych, jakimi są przedsiębiorstwa wydobywcze, rolne, wytwórcze i usługowe, a przede wszystkim są nimi gospodarstwa domowe, a więc poszczególne osoby fizyczne. Z tego względu, zachowanie się instytucji rządowych i parlamentarnych RP oraz osób fizycznych tworzących te instytucje, wyczerpuje znamiona art. 296 kk (Nadużycie zaufania – Przestępstwa przeciwko obrotowi gospodarczemu).
Przedstawione w niniejszym „Akcie oskarżenia” zachowanie się osób fizycznych tworzących instytucje rządowe i parlamentarne RP, wyczerpuje zarówno znamiona art. 231 kk (Nadużycie funkcji – Przestępstwa przeciwko instytucjom), jak i znamiona art. 258kk (Zorganizowana grupa i związek przestępczy – Przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu).
Te okoliczności sprawiają, że jedynym sposobem uniknięcia odpowiedzialności karnej i cywilnej przez osoby objęte niniejszym „Aktem oskarżenia”, byłoby stwierdzenie u nich niepoczytalności – stwierdzenie zupełnej niekompetencji, czy rażącego nieuctwa, nie zwalniałoby ich od odpowiedzialności. Ponieważ są to najczęściej osoby z tytułami doktorów i profesorów a do tego nagradzane za osiągnięcia naukowe, niepoczytalność i brak wykształcenia jak najprawdopodobniej nie wchodzą w rachubę pozostałe jedynie jak najbardziej prawdopodobne podejrzenie, że motywem tych osób są korzyści wynikające z działań przestępczych.
(…)

http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_61.html

7 Comments

  1. {
    Posted 13/02/2012 at 20:26 | Permalink | Odpowiedz

    Na samym początku moich wyznań zastanawiam się nad ich funkcją, czemu miałyby służyć? Każde moje wyznanie będzie szczerą apologetyką siebie samego przed samym sobą. Nie będzie bowiem umiał się bronić ten, kto nie obroni się wpierw przed własnymi obsesjami; to, czego pragniemy najbardziej, zazwyczaj czyni z nas tarczę, gdy już jesteśmy blisko celu. Resentyment bliźniego potrafi wszystko zniweczyć. Dlatego należy przeciwdziałać, aby dzieło naszego życia nie zostało zaprzepaszczone przez zwykłego głupca. Po pierwsze, zacząć od swoich słabości, obnażyć je i wypalić ze wstydu, tak aby kiedyś nie stały się naszym słabym punktem, w który z pewnością będzie chciał uderzyć wróg. A największym wrogiem jest zawsze ludzka głupota. Na przykład wyborcy, którzy nie głosują „za”, lecz „przeciw” z najzwyklejszej przekory. Po drugie, w dniu powszednim nadstawiać drugi policzek i ćwiczyć się w blamażu (podejmować ryzyko nawet za cenę publicznego ośmieszenia), tak że kiedy nadejdzie niedziela, nikt nie będzie śmiał nas tknąć. Geniusz świętości może zostać zbezczeszczony, ale nadal pozostaje świętością i każdy, prędzej czy później, przed nim się ugnie.

    Prawdziwe wyznania, skoro mają być autentyczne, nie mogą być za długie, nie mogą być nużące. Wyznania muszą podążać za intuicją, która usypia rozsądek i wdraża w uczucie ekshibicjonistycznej świeżości. Podobnie jest z wyznawaniem miłości, w pewnym momencie trzeba przerwać uwodzicielski wywód i ująć obiekt pożądania czymś bardziej konkretnym od słów. Obiektem pożądania niniejszych wyznań jest moja własna boskość. Wszak Bóg uobecnia się w ludzkiej duszy. Z kim jest Bóg, ten wygrywa, nawet jeśli zostaje ukrzyżowany. Nie będę więc tworzył fikcyjnej postaci w celu uwypuklenia własnych ekspresji, tylko swobodnie pisał w pierwszej osobie. Także nieestetycznie byłoby w tego rodzaju sumiennym rozrachunku podpierać się cytatami ze światka naukowego, ponieważ nie jest to żadna dysertacja, lecz wyznania, czyli relacja z życia, a faktu mojego czy waszego życia nie trzeba uzasadniać, z góry bowiem wiadomo, że jest on prawdziwy (wynika to z zasady tożsamości).

    Niemniej jednak jestem zobowiązany wskazać pewne źródła, nie mam bowiem zamiaru pretendować do absolutnej oryginalności. Dlaczego? Z jednej prostej przyczyny, nie jestem pierwszym geniuszem na tym świecie. Wprawdzie nie znam wielu takich źródeł, ale z pewnością mogę wskazać na teorię kapłana i błazna autorstwa Leszka Kołakowskiego, która odegrała kluczową rolę w powstawaniu teorii pseudokabotyna. Także na filozofię Paula Feyerabenda.

    Wyznania te są następstwem pewnych zagadkowych sił oraz mistycznych zdarzeń, które mogą wydać się komuś nieprawdopodobne lub nieco naciągane. Jednak żaden cień waszych podejrzeń nie zaneguje ich ciągle żywego powabu, którym co dnia karmi się serce moje. Stwierdziłem już, że każde życie jest prawdziwe, pozostaje jednak pytanie, czy żyje się w prawdzie? Niniejszy manifest jest właśnie manifestacją prawdy.

    Zastanawiam się, czy można podzielić to wszystko, co zamierzam wyrzucić z siebie, na rozdziały. Czyż można podzielić duszę i serce swoje? Można je po części obnażać, ale podzielić, jak mi się zdaje, mógłby tylko sam Bóg. Przyznam, że mam takie aspiracje, ale posłużą one czemuś zupełnie innemu. Będzie to zabieg uśmierzający mój brak zaspokojenia w dyscyplinie odtruwania zmysłów, emocji i ducha; trick powodujący wydzielanie wewnętrznej substancji obronnej, jak gdyby metafizycznej endorfiny, nastrajającej mój umysł na optymistyczną częstotliwość. Nazywam ją entuzjofiną.

    Entuzjofina jest we mnie, kiedy mam czyste sumienie. Także wówczas, kiedy czuję, że mogę postawić wszystko na jedną kartę. Ale nie chodzi tu o fart czy samą wygraną. To głupi ma szczęście. Ja nie mam szczęścia, tylko pewność, że musi być tak, a nie inaczej. A więc chodzi o sam akt, wynikający z pewnej rzadkiej dyspozycji do tworzenia ze swojego życia dzieła sztuki. Jak to się robi? Za pomocą wyborów moralnych. Entuzjofina wytwarza się wtedy, kiedy jestem pewien, że dokonam właściwego wyboru. Wtedy wyodrębniam w sobie jakąś intencję, a jej treść idealnie odbija się w moich uczynkach. Chodzi więc o tak zwaną dobrą passę. Ale żeby być królem dobrej passy, nie można być Jonaszem. Czyli należy nie tylko poznać, ale także uwierzyć w swoje powołanie. Wiara czyni cuda. To głupie na pierwszy rzut oka, ale prawdziwe, gdy się temu dokładnie przyjrzeć.

    Wobec tego nie będę niczego dzielił ani numerował, lecz pisał jednym ciągiem, nie ograniczając się do żadnej metodologii1, a jeśli pojawi się jakikolwiek wtręt rozdzielający nurt mojego wywodu, wtedy będzie to już koniec manifestu (czystej teorii), a początek ich przyczyn (sprawozdań z praktyki pseudokabotyna). Będą więc niniejsze wyznania podane w dwóch daniach. Najpierw jako sacrum, następnie przejdziemy do profanum.

    Niepodobna również obejść się w tego rodzaju pracy bez tak zwanych akapitów, ponieważ dadzą mi one, dzięki swej niedostrzegalnej — gdyby nie zdania — funkcji, sposobność eliminowania supłów na pozyskiwanych zwojach myśli. Jak każdy człowiek mam wgląd w całokształt swoich przemyśleń, jednak żeby go odtworzyć, należy m.in. w miarę poprawnie budować zdania w wybranym języku, co też staram się czynić. Dobrze, zatem mogę zaczynać.
    Homo cabotinus

    Słowo „kabotyn” pochodzi od francuskiego słowa cabotin, co kiedyś oznaczało kiepskiego aktora wędrownego. Dziś za kabotyna uważa się osobę, która pozuje. Kabotyn zgrywa się, udaje kogoś innego, ale to nie wszystko. Ponowoczesny kabotyn, o którym mowa, to postać „wzbogacona” jeszcze o co najmniej dwa „izmy”. Chodzi o epigonizm i snobizm. Słowo „epigon” pochodzi od greckiego słowa epígonos, czyli „potomek”, dziś powiemy: „naśladowca”, „kiepski następca koryfeuszy, którzy musieli odejść”. Natomiast snobem nazywa się osobę bezkrytycznie naśladującą modne zachowania lub poglądy ludzi, do których chciałaby się upodobnić. Ponadto snob lubi się popisywać wiedzą tudzież renomowaną marką nabytego produktu albo swoim niekoniecznie świadomym dyletantyzmem w dziedzinie sztuki. Toteż i jest tylko dyletantem, pożałowania godnym sympatykiem kiczu — wartości konwencjonalnych i stereotypowych. Kabotynem może być na przykład konsument, który posiadł dany produkt, gdyż reklama nadała mu jakąś pseudowartość, następnie uczynił on z niej składnik swojego życia, przynajmniej na jakiś czas. To postmodernistyczny mutant, złożony z marnego aktora, epigona i snoba; ignorant, który usiłuje pierwszy użyć modnego powiedzonka, skwapliwie imituje to, co zasłyszał, podpatrzył i przyswoił. Rozejrzyjcie się. Kabotyn to ten ostentacyjny gość, z którym normalny człowiek nie ma ochoty rozmawiać, ponieważ kabotyn zazwyczaj chce rozmawiać ze wszystkimi. Co więcej, stara się skierować tok rozmowy na tematy, w których już się wyćwiczył, zdecydowanie preferuje mówić niż słuchać, ponieważ jest płytkim egoistą.

    Ciekawostką może być jednak, że każdy kabotyn, nawet ten najbardziej beznadziejny, posiada coś cennego, mimo że jest to esencją jego prostactwa, ponieważ obnosi się z tym bez cienia cnoty. Coś, czego ja nie stosuję na pokaz, a jedynie wtedy, gdy rozpoznaję ślady swego powołania, pozostawione przez intuicyjny rekonesans, który dokonuje się samoistnie za każdym razem, kiedy przefiltrowany potencjał pozerstwa garnie się we mnie do erupcji. Chodzi o tak zwany rezon, czyli pewność siebie.

    Pierwszy raz spotkałem się z określeniem „kabotyn”, czytając książkę J. D. Salingera pod tytułem „Buszujący w zbożu” i od tamtej pory zacząłem zwracać na nich uwagę. Świat był zawsze pełen kabotynów, ale nigdy tak nasycony kabotynizmem, jak dziś. Wystarczy włączyć telewizor i już roi się od tych żałosnych komediantów. Występują w reklamach i tendencyjnych telenowelach oraz lansują się w komercyjnych reality show czy też talk show. Istnieje swego rodzaju niepisany popyt na kabotynizm. Im bardziej jakiś program lub teleturniej nasączony jest pozerstwem, tym większą ma oglądalność: „Idol”, „Big Brother”, „Jestem jaki jestem”, „You Can Dance”, „Supertalent”, „Mam Talent” etc. Aktorzy nie zgrywają się przed kamerą, to kabotyni nieudolnie zaczynają udawać aktorów. Na przykład wszystkie pseudogwiazdy pokroju Wiśniewskiego albo uczestnicy ww. programów, występujący w reklamach lub filmach typu „Gulczas, a jak myślisz?”. Kabotyni są wtórnym produktem show-biznesu. Wiśniewski, Mandaryna, Frytka, Rutowicz, Koczy, Ibisz, Szwedes, Kupicha, Piróg, Kammel, Jakimowicz-Kriegl – to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale to nic, o wiele gorsze jest to, że czasem też wielkie indywidualności najzwyczajniej „kabotynieją”, jak Piasek, Gawliński, Chylińska, Pazura! Dalej, zdarza się, że wybrani przez społeczeństwo kabotyni zasiadają w parlamencie i ośmieszają siebie i swoich „kolegów” z ławki. Chociażby Ziobro, Misztal, Beger, Lepper, Wierzejski, Gosiewski. Kabotyni przemawiają także do ludzi z ambony i mówią im, co kabotyńsko dobre, a co kabotyńsko złe – jak Rydzyk czy Jankowski. W zasadzie większość księży jest kabotynami (snobami). Nie naśladują przecież ubogiego Jezusa (cieślę, który ciężko pracował, aby utrzymać rodzinę), tylko Jezusa królewicza, odzianego w bogate szaty i zasiadającego po prawicy Boga Ojca. Schodząc na niziny, wystarczy pójść do jakiegokolwiek multipleksu, do nowoczesnego centrum handlowego lub na dyskotekę, wystarczy pójść gdziekolwiek — kabotyni są wszędzie!

    Dawniej było inaczej, ponieważ nie było takiego szybkiego transferu informacji, nie było mediów i internetu. Teraz każdy pragnie dopasować się do przeobrażającego się z dnia na dzień — propagującego kicz na wszelkie możliwe sposoby — ponowoczesnego świata. Każdy obsesyjnie próbuje dostosować się do modnych schematów i trendów, do przereklamowanego stylu bycia oryginalnym. Każdy chce oryginalnie się ubierać, więc wszyscy wyglądają tak samo; każdy chce pokazać, że ma oryginalny sposób myślenia, więc wszyscy myślą podobnie.

    Zadajecie sobie pytanie, co jest grane? Jeśli tak, to bardzo dobrze. Jeśli nie, to jeszcze lepiej, bo zaraz się dowiecie. Otóż kabotynizm jest siłą wyobcowaną, a dokładnie SUPER-IDOL, którego wymyśliliśmy, aby podpowiadał nam, poprzez reklamę, co jest na topie. Stworzyliśmy medialny wizerunek SI (w czasopismach, mediach, portalach internetowych), którym chcemy się stać. Właściwie zawód zwykłego idola — którego coraz częściej można spotkać na ulicy, dostać autograf, dotknąć, okraść, pobić — przechodzi powoli do lamusa. Teraz opiniotwórcza jest podobizna onlymana, która zaczęła żyć własnym życiem. W reklamie umieściliśmy wyidealizowany obraz siebie i mimo że nie jest on Bogiem, twór ten wydaje się nam boski. Już mało kto chce stać się bogiem, mało kto chce pójść w ślady Jezusa. Za to każdy chce być bogaty, przystojny, wiecznie młody, przebojowy, wolny od, dowcipny, etc. Każdy chce być Super-Idolem, bo SI jest oryginalny we wszystkim, co mówi i robi, jest metroseksualny w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ale potrafi też wziąć spektakularny ślub w kościele albo przyznać się, że jest z pokolenia JP2, ponieważ do pakietu polskiego SI wchodzi także opcja bycia zależnym duchowo katolikiem (rokuję, że utrzyma się ona w naszym kraju jeszcze dość długo).

    Wylansowaliśmy sobie takiego złotego-sexy-cielca do tego stopnia, że uniezależnił się on od swoich twórców i reklamożerców. W pewnym momencie zaczął on funkcjonować wbrew naszym intencjom, które towarzyszyły procesowi kształtowania się jego wizerunku w (pop)kulturze. Ostatecznie ten wyimaginowany Super-Idol podporządkował sobie swego pomysłodawcę. Zaczął nami sterować. Dzieje się tak, ponieważ jego twórcom chodziło o to, by sprzedać jakiś towar konsumentom, ale ci nie chcą już kupować towaru, tylko lepszą wersję siebie, inne życie, nowy image. Nie rozpoznajemy w tym pędzie zakupów i modyfikacjach stylu swojego prawdziwego Ja, lecz chcemy wierzyć, że tak jest. Narasta frustracja i gorączka zakupów, machina napędza się, trzeba zmienić telefon komórkowy na ten, który ma więcej funkcji, kupić lepszy samochód, założyć modniejszą sukienkę, w końcu — powiększyć sobie biust, penisa, odessać tłuszcz, a na koniec zmienić partnera na takiego, który będzie mógł te potrzeby zaspokoić. Już nie tylko kobieta szuka dzianego faceta, wszyscy szukamy niezależnego finansowo konsumenta, który pomoże nam zgromadzić więcej skarbów na Ziemi. Musimy mieć supersamochód, bo SI nim jeździ. Twoją nową dziewczyną będzie gorąca blondynka z długimi nogami, jeśli podjedziesz na dyskotekę ścigaczem albo BMW; gdy podjedziesz cinquecento, poderwiesz co najwyżej jakąś grubaskę. A respekt u blokersów będzie tym większy, im lepszą furą zaparkujesz na swoim osiedlu. Musimy nosić modną odzież, bo SI tak się ubiera. Wyglądając jak idol z reklamy, czujesz się pewniej, sprawiasz wrażenie niezależnego finansowo, a to jest teraz trendy, jazzy, funky… Musimy „skręcać” niezłą „bajerkę”, bo SI rzuca niezłymi tekstami. To chyba truizm, zazwyczaj gdy podchodzimy do osoby, którą chcemy poderwać, wykorzystujemy jakiś sprawdzony tekst z filmu, reklamy albo własnego-cudzego doświadczenia. Wniosek jest jeden: konsumpcjonizm jest prawdą zmistyfikowaną, nie wzrosła liczba klientów, tylko kabotynów.

    Gdzie podziały się ludzka inteligencja i mądrość? Nie ma ich, zaczęły służyć kabotynotwórczemu ideałowi, który stworzyliśmy (chyba nawet nie w pełni świadomie) i który przejął nad nami kontrolę (tego też nie jesteśmy świadomi, albo raczej nie chcemy sobie uświadomić). Dziś prawie każdy jest pozerem, a jeśli nim nie jest, to chciałby nim być. Ludzie mają obsesję na punkcie posiadania, a kabotyn sprawia wrażenie kogoś, kto dużo ma, aczkolwiek mało może. Wszyscy, którzy oddają się, jak „łatwa laska”, swoim Super-Idolom, są kabotynami. Człowiek masowy, pseudogwiazdy, prezenterzy telewizyjni, politycy, a nawet księża. Ale kabotynizm to przede wszystkim marnująca się młodość, urzeczowienie nieuchwytnych ideałów. Kabotynizm jest na topie, ponieważ przedostał się do każdej branży życia kulturalnego. Nastała era efekciarskiego pozerstwa, jego siedliskiem bez wątpienia są internet i telewizja. Z tego też powodu moi przodkowie (o ile tacy w ogóle istnieli) nie zwracali za bardzo na siebie uwagi. Nie spotkałem jeszcze w swoim życiu kogoś o takiej formacji jak moja. To implikuje dwie następujące możliwości: albo jesteśmy zagrożonym gatunkiem, albo ja — jako pierwszy lub ostatni — muszę się rozmnożyć. Dlatego przychodzę jako PSEUDOKABOTYN. Przychodzę, aby pokazać wam, czemu powinna służyć inteligencja (szczególnie moralna i duchowa) i czym jest prawdziwa mądrość.
    Błazen i arcykapłan

    Niełatwo jest określić, czym tak naprawdę jest pseudokabotynizm, ale postaram się go zdefiniować, stosując różnorakie peryfrazy i porównania. Już sama koncepcja dadaistycznego anarchisty, wysunięta przez Paula Feyerabenda, zdradza pewne cechy właściwe dla pseudokabotyna, szczególnie jeżeli chodzi o zasadę „anything goes”. Chociaż celem moim nie jest relatywizm, lecz swego rodzaju dyktatura etyczna, czyli obowiązkowa etycyzacja wypaczonego przez skostniały katolicyzm społeczeństwa — etyktatura, do której jeszcze wrócę pod koniec manifestu. Od dawna się do tego przygotowywałem, a wszystko zaczęło się od „Wakacyjnego dziennika pseudokabotyna”, którego pierwszą stronę zapisałem w 2002 roku. (Gdyby ktoś miał wątpliwości, jego fragmenty będą cytowane w części profanum, co z pewnością doda autentyzmu niniejszemu przedsięwzięciu).

    Najbliżej teorii pseudokabotyna był jednak Leszek Kołakowski. Dokładnie chodzi o okres, kiedy filozof był jeszcze członkiem PZPR, a zarazem protagonistą grupy tak zwanych rewizjonistów. Był to czas, kiedy Kołakowski walczył zarówno z Kościołem katolickim, jak i z partią komunistyczną. Z Kościołem, ponieważ religia oszukuje człowieka, kpi z jego rozumu i czyni go swoim niewolnikiem. Z partią, ponieważ zaczęła się ona rządzić tymi samymi prawami, co Kościół, a komunizm przeobraził się w religię. Obydwie instytucje uprzedmiotawiają człowieka i żądają, by wyrzekł się swojej podmiotowości, na co nie godzi się filozof. Był zatem Kołakowski heretykiem par excellence. Przyjrzyjmy się bliżej temu, co mówi. Swoją koncepcję kapłana i błazna opisał w 1959 roku w eseju „Kapłan i błazen: rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia”. Polega ona na tym, że historia kultury jest ciągłą walką pomiędzy filozofią opiewającą Absolut i filozofią podważającą wszelkie absoluty. Według Kołakowskiego, jest to konflikt dwóch postaw: kapłanów i błaznów. Kapłan jest strażnikiem Absolutu i tym, kto oddaje kult rzeczom zastanym i przyjętym na zasadzie ślepej wiary. Takich ludzi jest najwięcej. Każdy, kto przyjmuje jakąś religię czy filozofię za ostateczną i strzeże uparcie swoich dogmatów, jest kapłanem (obskurantem). Jak widać, kapłan jest tutaj przedstawiony w złym świetle. Inaczej błazen, który jest filozofem stawiającym niewygodne pytania, podważającym wszelkie oczywistości. A więc błazen nie błaznuje dla samego błaznowania, nie chodzi o błazna z cyrku. Błazen filozof to ktoś, kto mocno wierzy w ukryty sens rzeczywistości, ale nie akceptuje ludzi uzurpujących sobie prawo do mówienia, co jest dobre, a co złe, ludzi, którzy twierdzą, że mają monopol na prawdę. Dlatego młody Kołakowski krytykuje ciemnotę i tych, którzy próbują dzięki niej zabłysnąć, dając im do zrozumienia: Pyszałki! Żaden z was nie ma monopolu na prawdę! Postawa błazna jest bliska temu, co nazywam pseudokabotynizmem. Z tym że pseudokabotyn położy akcent gdzie indziej, mówiąc: Kabotyni! Daleko wam do oryginalności! Zaprawdę, jeżeli należysz do jakiejś subkultury, nie jesteś oryginalny. Nie wymyśliłeś tej subkultury, więc jesteś tylko naśladowcą. Punku, skinheadzie, dresiarzu, hiphopowcu, prozelito, nowy członku partii politycznej — jesteś tylko kabotynem! Powiem więcej, pseudokabotyn nie jest tylko filozofem, jest także kapłanem. Pseudokabotyn jest kapłanem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, więcej, jest ARCYKAPŁANEM. Gdyby na przykład połączyć Woltera z Platonem, wyszedłby wykapany pseudokabotyn.

    Przy okazji komunizmu można by to wyjaśnić za pomocą dialektyki. Kapłan jest tezą, błazen jest antytezą, a pseudokabotyn ich syntezą. Tak, jestem progresywną negacją samego siebie, każde moje alter-ego jest niezbędnym warunkiem dojrzewania mojej boskości. Pseudokabotyn jest dualistą do tego stopnia, że staje się monistą. Jestem dzieckiem Miłości wiary do rozumu i Nienawiści rozumu do tego, co irracjonalne. Filozofem i artystą, błaznem i arcykapłanem, humanistą i mistykiem. Vassago (filozof, humanista i błazen), nim jestem w dni powszednie. Vastug (artysta, arcykapłan i mistyk), tylko w niedziele i święta. Jest więc dualizm.

    Pseudokabotyn nie jest sceptycznym empirystą, uparcie powtarzającym, że etyki i religii nie da się uzasadnić naukowo, czyli że nie można przyznać im prawdy w tradycyjnym znaczeniu. Z jednej strony, pseudokabotyn jest kapłanem, ma słabość do światopoglądu, mitu, religii, które gwarantują gotowe i prawdziwe odpowiedzi na wszystko, czynią świat sensownym, uporządkowanym. Cenię sobie bardzo tego rodzaju azyle, w których mogę zatrzymać się na chwilę, ostudzić swój potencjał filozoficzny, po czym kontemplować absolut za pomocą danej doktryny religijnej, czyli oglądać Boga przez dziurkę od klucza. Błazen natomiast naśmiewa się, że kapłan patrzy przez tę dziurkę i śmie twierdzić, że za tymi drzwiami jest to, czego szukamy. Tak to wygląda z drugiej strony. Nie jestem ortodoksem, monopolizującym sobie prawo do ogłaszania prawd. Pseudokabotyn nie jest tego rodzaju kapłanem, pseudokabotyn jest arcykapłanem. To tylko garderoba, noszenie tymczasowej maski, a tychże jest wiele: ateista, katolik, protestant, muzułmanin, poganin, buddysta, mistyk, donżuan, hedonista, libertyn, idealista, materialista, nietzscheanista, komunista, egzystencjalista, newage’owiec czy też satanista. Każda ma jakąś cząstkę prawdy w sobie, dlatego zakładam ich jak najwięcej. Ale nie noszę żadnej maski zbyt długo, bo jestem też błaznem, który podważa prawdziwość każdej z nich. A więc kapłaństwo pseudokabotyna nie polega na dogmatyzmie, tylko na pewnym przekładańcu „izmów”. W ten sposób tworzę ze swojego życia sztukę, pełen autentyzmu pastisz. Można więc powiedzieć, że kapłan jest politeistą, a błazen monoteistą, gdyż jego bogiem jest rozum, a ten ma jeden. Jest więc monizm.

    Kiedy staję się pseudokabotynem? Gdy arcykapłan pada ofiarą jakiegoś „izmu”, błazen zaczyna go przedrzeźniać za pomocą nowych „izmów”, wtedy przekładaniec zaczyna znowu pracować. Dlaczego arcykapłan jest taki wrażliwy? Pewne światopoglądy i zjawiska nachodzą na siebie i z biegiem czasu wydają się konieczne. Z silnej potrzeby wiary i poczucia sensu budzi się we mnie arcykapłan, który żywi się jakimś „izmem” (teorią lub ideologią), aby przetworzyć je na swój obraz i podobieństwo. Lecz błazen-filozof, który jest we mnie, nie pozwala mi zbyt długo posilać się jednym i tym samym, ponieważ dzięki swojej wielkiej wiedzy, zdaje sobie sprawę, jak mało wie i jak dużo musi jeszcze poznać. Zgodnie z prawem dialektyki, dochodzi do syntezy i wyłania się prawdziwe oblicze pseudokabotyna. Głód metafizyczny, potrzeba filozofowania i nauczania, chęć tworzenia i kochania. Najgorzej jest stanąć w miejscu, a nie jest to śmierć — jak pospolity kapłan. Oczywiście, miło jest się czasem zatrzymać, to nawet wskazane. Pseudokabotynizm to nie perpetuum mobile, choć trzeba pamiętać, że życie to wędrówka.

    Nasuwa się pytanie, czy pseudokabotyn jest kimś, kto udaje zwykłego kabotyna? Nie, to bardzo uproszczone rozumowanie. Byłbym wtedy kimś, kto zgrywa się na zwykłego kabotyna, a więc kabotynem. Jaki miałoby to sens? Jeżeli celem pospolitego kabotyna jest tylko i wyłącznie podniesienie swojej wartości we własnych oczach (lub w oczach ludzi, od których czegoś potrzebuje), to celem pseudokabotyna jest bezinteresowne wywyższenie siebie w oczach wszystkich, jako że zwyczajne pozerstwo ma on już daleko za sobą. Pseudokabotynizm nie jest zwyczajnym symulowaniem pozerstwa, lecz prowokacyjnym manipulowaniem faktami, światopoglądami lub stereotypami. Jeżeli ktoś jest fanem Dody i pozuje w jej stylu, to pseudokabotyn będzie miał do tej osoby maksymalny dystans. Nie będzie nigdy udawał, jak ktoś udaje kogoś, to nie jest istotą pseudokabotynizmu. Kabotyn zazwyczaj naśladuje tylko jakąś postawę, ale nie wciela jej w życie. Chociażby polski bigot. Pseudokabotyn przeciwnie, realizuje wartość każdej teorii lub religii, której miąższem aktualnie się upaja, starając się nie krzywdzić drugiego człowieka, albowiem jest to wartość uniwersalna, obecna w prawie każdej kulturze. Maska, którą zakładam, staje się stymulatorem mojej moralności. Tak więc kabotyn kreuje swój perfekcjonizm wyłącznie subiektywnie, natomiast pseudokabotyn — intersubiektywnie. Wiem o tym, bo kiedyś byłem pozerem i liczyło się tylko to, co ja o sobie myślałem. Z czasem zaczęło mi zależeć na tym, co myślą o mnie inni. Jeśli ktoś mówi: Mam gdzieś, co myślą o mnie inni, to zazwyczaj jest kabotynem. Pseudokabotyn powie: Też mam to gdzieś, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ich przekonać, że jestem zajebisty. Jeżeli pseudokabotynizm jest imitatorstwem, to tylko w tym znaczeniu, że generuje pewne antypostawy; pseudokabotyn nie musi naśladować aktualnie popularnych postaw lub tego, co akurat jest trendy, gdyż doskonale wie, że każdy idol powinien naśladować pseudokabotyna, a nie na odwrót. Dlatego robię z siebie bezbożnika w świecie, w którym każdy robi z siebie superkatolika; robię z siebie trupa, kiedy wszyscy prostytuują się w imię młodości i życia; robię z siebie boga, kiedy wszyscy chcą uchodzić za pokornych; robię z siebie pozera, kiedy wszyscy usiłują zachowywać się naturalnie. Jestem pseudokabotynem, jestem tu po to, aby wprowadzać kontrast.

    Widać więc zasadniczą różnicę pomiędzy mną a Kołakowskim. Bogiem Kołakowskiego jest bóg filozofów, moim zaś — cały panteon bogów. Czy więc pseudokabotyn jest relatywistą? Nie tylko. Wartości istnieją obiektywnie, ale ich hierarchia i sens są tylko skutkami ubocznymi wytwarzania kultury. A żadna kultura nie objaśnia wartości jedynie prawdziwie. Religie i systemy etyczne danej kultury są tylko narzędziami do uchwycenia tych wartości. Wartości różnych kultur tak naprawdę niczym się nie różnią, są tylko różne technologie interpretacji-indoktrynacji. Pseudokabotynizm polega więc na operowaniu narzędziami wedle upodobania. Dlatego, na przykład, mogę być monogamistą lub poligamistą w zależności od tego, która religia jest bliższa temu, w co wierzę. Religie są tylko naroślą na naszej duchowości, a więc to ode mnie zależy, którym chwastom pozwolę kwitnąć, a którym więdnąć. Ideologie są tylko gotowymi scenariuszami, które trzeba wyreżyserować. Pseudokabotyn ma tych scenariuszy więcej niż przeciętny człowiek, ale z żadnego nie robi dzieła lub kiczu swojego życia. Geniusz mój polega na tym, że jednocześnie piszę i reżyseruję swój scenariusz. Albowiem żadna religia czy etyka nie wyjaśnia wartości jedynie prawdziwie. Jest to w sumie zgodne z heglizmem, żadna część nie może pretendować do prawdy absolutnej, tylko ich synteza daje pełne poznanie. Nasuwa się pytanie, czy ostatecznie pseudokabotynizm — z racji tego, że jest „izmem” — będzie musiał zostać zdyskredytowany jako maska pseudokabotyna? Nic bardziej mylnego. Prawda jest nieskończona, pseudokabotyn z pewnością nie zdąży zawrzeć w swoim życiu całości ludzkich (i nieludzkich) postaw moralnych. Tego mógłby dokonać tylko Bóg.
    Boska natura artysty

    Zagadką jest dla mnie, czy pseudokabotyn może być prawdziwym artystą i czy istniał ktoś taki przede mną? Wydaje się, że w dzisiejszych czasach trudno jest zostać artystą w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dlaczego? Albowiem droga, którą musi pokonać twórca, jest wspinaczką pod wodospad komercji, kiczu i pozerstwa. Nawet najwięksi mistrzowie pozwalają zalać się tym ściekiem. Wspominałem już, jak wielką rolę odgrywa internet w uwalnianiu pozerskiego potencjału. Nawet jeżeli blogi internetowe czy takie programy jak „Idol” lub „Eurowizja” wyłaniają jakieś indywidualności, to nadal jest to robienie ze sztuki targowiska, na co się nie godzę. Wychodzę z założenia, że ludzie zawsze będą lepsi i gorsi. A gorsi nie powinni mieć prawa decydowania o tym, kto ma być artystą, posłem czy prezydentem. Egalitaryzm jest niebezpieczną utopią, gdyż gorsi, mając do wyboru albo podobnych sobie, albo lepszych od siebie, z czystego resentymentu będą głosować na tych pierwszych. Potwierdza to sytuacja na polskiej scenie muzycznej i politycznej. Rozwój internetu zdemokratyzował, a tym samym zdearystokratyzował sztukę, przez co każdy może prezentować swoją pseudotwórczość szerokiej publiczności. Jest coraz więcej „twórców” niż odbiorców, a różnego rodzaju szkoły i reklama tylko napędzają tę machinę (od)twórczości. Wszystko to pod wodzą Super-Idola, który widnieje na posterach reklamujących szkoły artystyczne, kursy i konkursy. Kiedyś było inaczej, co więcej — było lepiej. Jeśli pseudokabotyni istnieli przede mną, to mogli być artystami we właściwym znaczeniu tego słowa, ponieważ ciemnota nie miała dostępu do obszaru, którego nie była w stanie zrozumieć, ba, nawet nie śmiała próbować. Oczywiście każdy człowiek może stać się artystą, niezależnie od pochodzenia. Sęk w tym, że ludzie nie są równi. Doświadczenie od zarania dziejów pokazuje, że gorsi chcą zniszczyć lepszych, a lepsi usiłują podporządkować sobie gorszych dla swojego lub swojego i ich dobra. Gorszy nie może stać się artystą, może nim co najwyżej zostać na mocy kaprysu ludowładztwa, co jest pożałowania godne. Artystą trzeba się nie tyle co urodzić, ale i stworzyć instar Dei, a więc trzeba być bogiem. Prawdziwych artystów się nie lansuje, lansuje się kabotynów.

    Z całą pewnością można dostrzec rys pseudokabotynizmu u wspominanego już Kołakowskiego, także u markiza de Sade’a oraz Jerzego Kosińskiego. Powiedzenie larvatus prodeo (chodzę w przebraniu, ukrywam się pod maską) kapitalnie oddaje jedno z praw bycia pseudokabotynem. Mam na myśli Kosińskiego, który udaje głuchoniemego, z tym że nie robi tego na pokaz, lecz po to, by szybciej obsłużono go w banku, albo żeby zbadać reakcje ludzi w celu zdobycia ciekawego materiału do nowej książki. Mogę jeszcze rozpoznać cechy pseudokabotyna w sylwetkach Charlesa Chaplina, Andy’ego Kaufmana, Jima Morrisona, Bruce’a Campbella, Jana Himilsbacha, Mariusza Maxa Kolonko, Doroty Rabczewskiej, Kuby Wojewódzkiego, Wojciecha Cejrowskiego, Janusza Palikota. Jednakże nie jest to ten pseudokabotynizm, który ja sobą reprezentuję. Dlatego muszę wytypować kogoś specjalnego. Będzie to tylko hipoteza, wersja robocza, gdyż — podobnie jak Rembrandt — będę tworzył obraz na jakimś pomocniczym profilu, na który ostatecznie naniosę oblicze pseudokabotyna. Mianowicie ośmielę się wskazać na postać Jezusa z Nazaretu, choć nie posiadam absolutnej gwarancji, że ktoś taki istniał. Niemniej spróbuję na tym powszechnie znanym przykładzie czytelnie i obiektywnie ukazać istotę pseudokabotynizmu, jako że Jezus zawsze „deptał mi po piętach”, nakierowując mnie w stronę mojego artystycznego powołania. Jezus nie jest moim idolem, ale rozpoznaję w nim siebie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeśli Jezus naprawdę istniał, to należał do mojego klanu; jeśli prawdą jest, że był pseudokabotynem, to jestem pełen podziwu dla jego geniuszu. Poza tym nie mógłbym się bez niego obejść w moich wyznaniach, gdyż jest on postacią archetypową, zakorzenioną w ludzkiej świadomości, postacią, która zapewnia odpowiedni kontrast. Rozcina nas niczym jakaś linia demarkacyjna, która oddziela kwitnące w nas zło od usychającego dobra. Bez niego moje zwierzenia nie miałyby sensu. Jest po prostu „niezbędnikiem” wszelkich wyznań.
    Objawienie pseudokabotyna

    Problem polega na tym, że prawdziwemu pseudokabotynowi trudno jest zwrócić uwagę drugiego pseudokabotyna, bo zarówno jeden, jak i drugi są święcie przekonani, że są jedyni w swoim rodzaju, że są wybrańcami. Nawet jeśli ich sytuacja jest nędzna, to nadal będą wierzyć w swoją nadrzędność i przeznaczenie. Jezus był święcie przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi jeszcze za życia uczniów, tak ślepo w siebie wierzył. Gdyby rabbi mieszkał w mojej dzielnicy, jako arcykapłan specjalnie bym się nim nie absorbował i vice versa. Innymi słowy, pseudokabotyn jest w stanie mniemać, iż jest synem-bożym-numer-dwa. Jezus mniemał, że był synem-bożym-number-one, bardzo namiętnie mniemał, gdyż słowo ciałem się stało. Niestety, one is the loneliest number even worse than two — pisał Richard Patrick, wokalista zespołu Filter, który także ma zadatki na pseudokabotyna. Kto wie, być może Budda i Mahomet także byli pseudokabotynami w stylu „number one”? W takim razie pierwszą cechą wspólną pseudokabotyna i Jezusa będzie mentalność rewolucyjna, czyli kierujemy się zasadą „wszystko albo nic”.

    Pseudokabotyn przenigdy nie jest kimś, kim wypada tylko być w towarzystwie. Pseudokabotyn jest zawsze autentyczny, jest tak autentyczny, że czasem wydaje się nierzeczywisty na tle owego roju pozujących marionetek. Nie udaje, ponieważ maska, którą zakłada, zrasta się z jego twarzą (duszą). Maski są niczym aparatury pojęciowe, za pomocą których różnie można rozumieć świat. Pseudokabotyn po prostu wyraża się w wielu językach transcendencji, ale zawsze mówi to samo: KOCHAM. Z Jezusem było podobnie, cokolwiek mówił, chodziło mu o miłość, zaś maski, które zakładał, były równie prowokacyjne jak moje, na przykład maska gniewu (wypędzenie kupców ze świątyni), obojętności (wyrzeknięcie się matki) czy też magiczności, czyli (cudo)twórczości. A więc kocham siebie i wszystkich, którzy są tacy jak ja, czyli — mówiąc językiem gnostyków — tak zwanych pneumatyków, tj. ludzi świadomych swego ciała, psychiki i ducha2. Takie przykazanie dał Jezus: kochaj bliźniego jak siebie samego. Zastanówmy się chwilę. JAK SIEBIE SAMEGO, czyli po pierwsze mam kochać siebie, to punkt wyjścia. Jak siebie samego, czyli ZA TO, JAKI JESTEM. W moim przypadku za to, że jestem boski, czyli dobry i mądry. Przecież nie kochałbym siebie, gdybym był zły i głupi, gdybym nie był zdolny do wyrzutów sumienia. Może ktoś inny, jakiś zapatrzony w siebie kabotyn, ale nie ja! Mnie, jako pseudokabotynowi, została dana tak zwana samoświadomość. Dlatego jak siebie samego kocham tylko dobrych i mądrych. Samych dobrych już nie, bo nie wiedzą, co czynią. Samych mądrych też nie, bo mądrość nie świadczy o dobrotliwej duszy. Jak widać, bliski jest mi intelektualizm etyczny Sokratesa.

    Pseudokabotyn otoczony przez ciemnotę oddałby życie w imię światłości swojego umysłu. Nie wyrzekłby się swojego słowa, podobnie jak Jezus, który sam wszedł na krzyż. Jezus był bezbronny wobec żądnej krwi gawiedzi żydowskiej, przesądnego Sanhedrynu oraz epigońskich rzymian, ale potrafił obronić się przed samym sobą. Uczynił to w Ogrojcu za pomocą modlitwy. Dlatego zwyciężył. Dzisiaj pseudokabotyn ma naprawdę nikłe szanse, by przemówić do tłumu, bowiem trudno jest się przebić przez pstrokaty tłum kabotynów. Lecz kiedy tego dokona, jego nauka nie będzie musiała czekać dwóch tysięcy lat, aby kabotyńscy ignoranci przerobili ją w kiczowaty blichtr. Przecież tak łatwo i legalnie zrobić dziś z wartościowego dzieła beznadziejną ekranizację, z wielkiego utworu muzycznego — lichy cover. Dlatego pseudokabotyn ma dziś większe szanse postradać zmysły. Muszę więc, podobnie jak Jezus, fanatycznie zacząć wierzyć, że nie oszalałem. Stąd też moje wyznania, ale jeszcze nie wiem, jaka będzie przyczyna mojej śmierci. W tej kwestii zaufam nieodgadnionemu sensowi predestynacji.

    Żołnierz śmiertelnie ranny na wojnie potrzebuje morfiny, dzięki której lżej mu umierać. Mimo wszystko pseudokabotyn jest tylko człowiekiem, ale w przeciwieństwie do reszty potrzebuje morfiny nie więcej niż parę razy w życiu. Jest nieuzależnionym od niej żołnierzem idealistą walczącym w imię prawdziwej miłości. Jest to wojna metafizyczna, a jego wrogiem jest ciążące na nim fatum. Jezus potrzebował morfiny, tego ostatecznego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze; potrzebował swojego Boga dopiero w Ogrojcu i gdy umierał na krzyżu. Zwykły człowiek nie może egzystować bez morfiny, zażywa jej przy każdej bolączce, ponieważ nie jest w stanie samodzielnie zmierzyć się ze swoim życiem. Potrzebuje przedmiotów kultu, świątyń i pasterzy rzekomo znających prawdę. Jest odwodniony z entuzjofiny, dlatego potrzebuje pośledniej morfiny. W takim razie kolejną naszą wspólną cechą będzie cierpliwość i niezłomna wiara we własne siły.

    Pseudokabotyn stara się nie ujawniać w obecności zwyczajnego kabotyna. Nie wyobrażam sobie Jezusa tworzącego cuda na żądanie i ujawniającego swoje prawdziwe oblicze w obecności swych dręczycieli, a Sanhedryn i gawiedź żydowska składała się głównie z beznadziejnych kabotynów. Kolejne cechy to: ezoteryczność, pogarda dla niedowiarków, przestroga przed uczonymi w piśmie (kapłanami). Wszystko to przemawia za tym, że Jezus mógł być pseudokabotynem. Ktokolwiek ma styczność z kimś takim po raz pierwszy, ulega dwóm sprzecznym uczuciom równocześnie, po czym któraś z nich tryumfuje. Są to fascynacja i wzgarda.

    Jeżeli chodzi o fascynację ze strony „użądlonych” przez pseudokabotyna, to jest ona przyjmowana z ironicznym dystansem i specyficznym, dla tego rodzaju charakteru, umiarkowanym cynizmem, co w rezultacie wzmaga doń uwielbienie. Pseudokabotyn nigdy nie ufa pochlebcom, bo sam dla kpiny jest pochlebcą, ale pochlebcą bona fides. To wielka charyzma. Nadstawianie drugiego policzka przez rabbiego było bez wątpienia pochlebstwem dla kpiny. Każdy, kto się do mnie garnie, traktowany jest z przymrużeniem oka, ponieważ prawdziwymi wrogami pseudokabotyna okazują się w głównej mierze serwiliści. Natomiast sposób, w jaki ich traktuję, uszlachetnia ich wydrążone z entuzjofiny, ubogie duszyczki, co jednocześnie zmniejsza ryzyko, że staną się kiedyś zdrajcami. I chociaż niewiele mi wiadomo o Chrystusowym sarkazmie, to jestem pewien, że jeżeli cechował jego usposobienie, to był on piekielnie charyzmatyczny. Spróbuję wskazać cytat z Nowego Testamentu. Mianowicie chodzi o Ewangelię wg św. Mateusza 5, 28-30. Jeśli podrozdział o cudzołóstwie nie jest specyficzną dla pseudokabotyna prowokacją, to oznaczać będzie on nic innego, jak chwilowy trans arcykapłaństwa syna Józefa. Co do pochlebców, wrogiem Jezusa okazał się na przykład Judasz.

    Na szacunek pseudokabotyna zasługuje przeważnie ten osobnik (pneumatyk lub psychik), który ignoruje lub nie popiera prezentowanego przezeń sposobu działania lub światopoglądu, no chyba że jest nic nie wartym obskurantem, niezauważonym przezeń kabotynem lub jednym i drugim. Jezus z pewnością szanował bardziej swoich oponentów (czyli ludzi światłych jak on) niż przygłupich pochlebców. Owszem, przestrzegał przed uczonymi w piśmie, sądzę jednak, że chodziło mu o kapłanów negatywnych. Natomiast jego Słowo przetrwało głównie dzięki działalności antychrześcijanina Szawła z Tarsu alias św. Pawła, który po Judaszu był drugim wykształconym apostołem. Zatem Jezus musiał cenić bardziej ludzi szukających i sceptycznych niż przekonanych prostaków (hilików), którzy później wybierają Barabasza! Jeśli więc wyzywał wszystkich bez wyjątku od jaszczurek i straszył piekłem, należy to potraktować wyłącznie jako prowokację, albowiem to typowe zachowanie pseudokabotyna. Jestem autentyczny w swojej izmomasce, ale nie w pełni daję po sobie poznać, co naprawdę myślę i czuję. Ten przywilej mają tylko ulubieńcy, a co dopiero ulubienice. Czasem jednak jestem w stanie doszczętnie obnażyć się w obcym towarzystwie, ale jako błazen zagram to w taki sposób, że nikt nie weźmie tego na poważnie. Jestem wirtuozem w robieniu koktajli z opinii na mój temat, ale zawsze pozostawiam sobie pole do odwrotu w razie niepowodzenia.

    Pseudokabotynizm nie jest tylko filozofią mojego życia. To prześwietlenie zachodniej kultury, którego dokonałem za pomocą tej filozofii. Pseudokabotyn jest typem introwertyka, który gra ekstrawertyka, jest sentymentalny, ale i zarazem odważny. Kocham samotność bardziej od miłości — im bardziej jestem samotny, tym bardziej doceniam wartość miłości. Pseudokabotyn nie może być prawiczkiem (ważne, żeby to zapamiętać), jako że prawiczkom brakuje owego rezonu. Lubi przebywać w towarzystwie kobiet, uwielbia się pokazywać z atrakcyjną kobietą, a najlepiej z kilkoma naraz. Na samą myśl, że jestem wtedy obserwowany i obmawiany, podniecam się i tryskam entuzjofiną. Pseudokabotyn jest zawodowcem, mistrzem w grze pozorów i dlatego często uchodzi za kobieciarza lub megalomana, choć w rzeczywistości trudno byłoby mu kogoś wykorzystać bez skrupułów. Jestem naturalnie stworzony do dotrzymywania obietnic — zawsze można zaufać pseudokabotynowi. Przeciętnemu przedstawicielowi rodzaju męskiego wystarcza jeden rodzaj kobiecej mentalności, ale łoże dzieli z wieloma jej nośnikami. Natomiast pseudokabotyn potrzebuje bardziej damskiego pluralizmu poza ciałem, jako że jest uzależniony od ducha kobiecości. Pseudokabotyn może współżyć z jedną kobietą, ale nie jest w stanie się do niej ograniczać, jeżeli chodzi o eksplorację płci pięknej. Moja cielesność jest zawsze wierna, ale moja wyobraźnia jest polimorficzna i zdradliwa. Większość ludzi rodzi się do miłości, ale niektórzy rodzą się DLA miłości.

    Z tego, co mówi Nowy Testament, Jezus wolał apostołów, swoich wiernych wyznawców, których równie dobrze można nazwać snobami. Nie widzę żadnych przeszkód, aby jakiś pseudokabotyn był homoseksualistą. Notabene, nie wiemy nic o dojrzewaniu Jezusa, znamy jego biografię tylko z okresu, kiedy był dzieckiem i dorosłym mężczyzną. Po środku jest jedna wielka, tajemnicza pustka. Tak jakby ktoś wyrwał te wszystkie strony i przywłaszczył sobie prawdę na temat nastoletniej konduity „Syna Bożego”. Z tego powodu nie mogę mieć całkowitej pewności, że należał on do klanu pseudokabotynów. Jednakże powołując się na zdrowy rozsądek, jeśli Jezus prowadziłby się, dajmy na to, jak papież Jan Paweł II, to po cóż ktoś miałby okrajać tak korzystny dla całej idei życiorys? W ten sposób mogę wydedukować, że musiało zdarzyć się w tym okresie coś, co rzucało cień na późniejszą filozofię życia rabbiego. Moim zdaniem, była to miłość do kobiety. Nie wierzę, że syn Boży umierał na krzyżu jako prawiczek, o ile w ogóle umarł na krzyżu. To chyba największa bujda, w jaką można wierzyć (abstrahując oczywiście od opcji, że Jezus naprawdę był wcieleniem Boga).

    Czy obruszyłby się ktoś, gdybym powiedział, że wszystkie cuda Jezusa były jedynie dziełem sztuki, sublimacją jego pseudokabotynistycznej fantazji? Czyż nie jest prawdopodobna sytuacja, potwierdzająca po raz wtóry geniusz pseudokabotyna, że Jezus był manipulantem? Skoro był erudytą i znał wszystkie proroctwa, ponadto za jego czasów zniewolony lud domagał się Mesjasza. Wobec tego, czy syn cieśli nie mógł wszystkiego ukartować? Przekonać do swych racji kilku rybaków, wjechać do świątyni na osiołku, jak w proroctwach Zachariasza? Namówić swojego przyjaciela Łazarza, u którego sypiał, aby udawał martwego, aż do słynnego zawołania „Łazarzu, wyjdź!”? Umówić się z Judaszem, by ten wydał go dla całej idei? W końcu ktoś musiał go zdradzić, by spełniły się przepowiednie. Po czym polecić pozostałym, aby wykradli jego ciało z grobu, gdyby faktycznie miał zawisnąć na krzyżu, co niekoniecznie musiało być zamierzonym finałem uknutej intrygi. A zatem żadna filozofia dla geniusza, zwłaszcza że zabobonny plebs złapie się na taką przynętę. Później już tylko potrzebna mitologizacja plotek i po sprawie. A więc kto poczuje się urażony? Może ludzie małego formatu, jakiś obskurant lub snobująca się dewotka, ale nie człowiek samoświadomy.

    Im więcej idei, im większy bagaż nagromadzonej wiedzy, tym szersza sieć aporii, w której plącze się mój intelekt, moja czysta, aktywna siła samoświadomości. Gdy przemawiam, zdarza się, że nie wiem, do jakich dojdę wniosków. Gdy czegoś nie przemyślę na spokojnie, zaczynam się powtarzać. Jezus popadał w persewerację, kiedy mówił o piekle, w kółko powtarzał, że będzie tam płacz i zgrzytanie zębami. Zaczynam coś, dochodzę do połowy i rzucam się w innym kierunku, aby zbadać, dokąd prowadzi nowa ścieżka. Tak wygląda raczkowanie po pajęczynie bytu jako bytu. Pseudokabotyn jest zarówno pająkiem, jak i muchą, czasami nie potrafi oswobodzić się z własnej sieci. Mam tak mało czasu, by nauczyć się żyć, by dokonać czegoś wielkiego, aby coś pozostało z tego, że jestem pseudokabotynem. Jezusowi się to udało (został Chrystusem), ale za jego czasów sieć bytu jako bytu nie była tak splątana.
    Etyktatura

    Gdy religia zaczęła przyciągać kościelnymi fasadami, stała się pusta. Przetrwała dzięki sztuce, którą dzisiaj zżera kicz, legalne plagiatorstwo oraz robak zwany kabotynem. Sztuka nie może być tylko komercyjną rozrywką, sztuka musi być pasją. Artysta nie może być skromny i konserwatywny, jego dzieło powinno być pseudokabotynistyczne (z tej roli świetnie wywiązuje się Quentin Tarantino). Artysta musi być pseudokabotynistycznym bożyszczem. Skończył się czas wyklętych poetów, nie ma już dla nich miejsca w dzisiejszym świecie. Nastała pora dla pseudokabotynów. Już sam Wojaczek był bardziej poetą kabotynem niż poetą wyklętym. Robił wszystko, aby go zapamiętano jako poetę maudit, nawet zabił się z tego powodu. Teraz sztuka przyciąga fasadami i jest coraz mniej wartościowa. Nie można łudzić się, że przetrwa dzięki religii. Dlatego potrzebna jest nowa interpretacja religii dla dobra sztuki. Potrzebna jest większa doza filozoficznej mistyki, zaś mniejsza dawka dogmatów i kanonizacji, które są właśnie pleśnią na fasadach. Nie można nakładać skorupy na skorupę w nieskończoność. Należy zerwać cały strup i wyssać tylko to, co wciąż świeże. Wobec tego religię powinno się zredukować do mistyki, która jest stałym rdzeniem prawdziwego życia religijnego. Potrzebna jest etyktatura. Nauka etyki i treningi wartościowania powinny być obowiązkowe. Wówczas będzie mogła nastąpić równowaga w kulturze. Aby ludzie byli braćmi, potrzebny jest „tyran” zwany pseudokabotynem.

    Czymże wobec tego byłaby etyczna dyktatura? Z grubsza mówiąc, chodzi tu o uwrażliwienie człowieka masowego (kabotyna) na wartości inne niż tylko materialne i hedonistyczne. To dyktatura związana z filozoficzną mistyką i jest to swego rodzaju pedagogika, którą proponował już Platon w alegorii jaskini. Należy zmusić człowieka przykutego łańcuchami w jaskini do tego, by je zerwał i odwrócił się od cieni. Należy go zmuszać, ponieważ jest on leniwym „krótkowidzem”. A najlepiej uświadamiać go, kiedy jest jeszcze dzieckiem, które nie jest skażone przez tradycyjne myślenie „wielu”, kiedy jego natura może być kształtowana dla jego oraz wspólnego dobra.

    Należy postawić obecną edukację na nogi, bo przewróciła się na głowę, a właściwie nigdy nie stała. Należy wprowadzić etyktaturę, czyli zastąpić religię etyką. O wiele bardziej humanitarnym jest nauczanie ludzi filozoficznego myślenia, niż wpajanie im przesądów i dogmatów. Nauczanie etyki może przynieść więcej korzyści niż nauczanie religii, która, jak wiadomo, naucza tylko etyki chrześcijańskiej, radykalnie narzuca jeden rodzaj moralności. Jakież są owoce nauczania religii w szkołach państwowych? Nie ma żadnych owoców! Jest tylko obłuda i wykorzystywanie słabych, naiwnych parafian. Należy uwrażliwiać stawiając sobie za cel nasze człowieczeństwo, nie zaś indoktrynować z myślą o erygowaniu nowych świątyń, aby móc gdzieś wystawiać obraz Matki Boskiej. Jestem święcie przekonany, że człowiek powinien poznawać religię dopiero, kiedy stanie się osobą dojrzałą. A więc religia (mistyka) powinna być tematem tabu — mówiąc językiem belfra — co najmniej do osiemnastego roku życia.

    Oto mistyczny instant, gotowy do spożycia w momencie wzruszenia. Oto, co chciałem wyznać i zapisać. Oczywiście jest to kropelka w morzu, ale za to kropelka autentycznie czysta. Cieszę się z tego, że mogłem ją wypłakać i podarować temu wysuszonemu światu. Gdyby każdy wydobył taką kropelkę nad tą rozrastającą się pustynią niebytu, którą staje się XXI wiek, to mogłaby powstać jakaś kontrkultura. Parafrazując słowa Karla Shappera: Pseudokabotyni wszystkich kultur łączcie się!

  2. fg
    Posted 11/04/2012 at 06:43 | Permalink | Odpowiedz

    jakoś na listach nie widzę pewnych złodziei przynależnych od jednej bogatej partii dla bogaczy

  3. Posted 28/10/2012 at 08:49 | Permalink | Odpowiedz

    I believe everything typed was very reasonable. However, think on this,
    suppose you were to create a killer headline? I
    ain’t saying your information is not good, however suppose you added a headline that makes people desire more? I mean POLSKA W BAGNIE – Henryk Pająk (fragment) ***PUBLIC-DISORDER*** is a little plain. You could peek at Yahoo’s front page
    and see how they write news titles to get people
    to open the links. You might add a video or a picture or two to
    grab people excited about what you’ve got to say. Just my opinion, it could bring your posts a little livelier.

  4. Posted 17/05/2013 at 22:20 | Permalink | Odpowiedz

    This site truly has all the information and facts I needed about this
    subject and didn’t know who to ask.

  5. Posted 23/06/2013 at 05:05 | Permalink | Odpowiedz

    Very great post. I just stumbled upon your blog and
    wanted to mention that I have really loved surfing around your blog posts.
    In any case I will be subscribing on your feed and I am hoping you
    write again very soon!

  6. Posted 16/07/2013 at 03:16 | Permalink | Odpowiedz

    I visited many web pages however the audio quality for audio songs current at this website is actually superb.

  7. Posted 04/01/2015 at 17:47 | Permalink | Odpowiedz

    I’ve read several good stuff here. Definitely price bookmarking for revisiting. I wonder how so much effort you set to create this sort of magnificent informative website.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: