Karlheinz Deschner – Opus Diaboli (e-book)

Ten zbiór piętnastu esejów o niesamowitych zbrodniach Kościoła katolic­kiego powinien stać się lekturą obowiązkową dla każdego.

Hans Scheibnir, Morgenpost, Hamburg

Ta kompilacja faktograficzna służy nie tyle uzasadnieniu nowej wizji hi­storii, ile podważeniu prezentacji własnych dziejów przez Kościół. Przy takim rozumieniu książki jej efekt jest szokujący.

El Independiente, Madryt

We wszystkich esejach, także tych, które dotyczą współczesności, znaj­duje potwierdzenie sformułowana przez Nietzschego definicja chrześcijaństwa jako „sztuki świątobliwego okłamywania”. Dlatego też: czytajmy i wyciągajmy wnioski.

Borshenblatt fur den Deutschen buchhandel

Kto jeszcze nie zna tego wielkiego krytyka Kościoła, w opinii Wolfganga Stegmiillera najwybitniejszego w tym stuleciu, ma teraz okazję do zawarcia znajomości z jego dziełami. W Opus diaboli Karlheinz Deschner przedstawia to, co stanowi podstawę jego krytyki, ogłasza fakty, straszne same przez się, ale też uwypuklone zabiegami stylistycznymi — domyślamy się, że mimo bły­skotliwości stylu autorowi nie chodzi o formę, lecz o treść, że poruszony temat sprawia mu ból, że dręczy go owcza mentalność, która pozwala na trwanie tego „monstrualnego trupa”, tego „historycznego potwora”.

Henry Gelhausen, D’latzeburger land, Luksemburg

Tyleż przekonujące, ile błyskotliwe.

Main-Echo, Ascheffenburg

Karlheinz Deschner napisał na ten temat ponad trzydzieści książek, a jego wywody nic tracą na ostrości: analiza jest fascynująca, styl błyskotliwy, eseje śmiałe, dobitne, wciągające czytelnika, przy całej swej naukowości zrozumiale i dla laika, a prócz tego trzymające w napięciu niczym powieść kryminalna.

Gunther Eischer, Muncher Stadt-Zeitung

To najwybitniejszy krytyk Kościoła w tym stuleciu albo diabeł we wła­snej osobie — zależnie od tego, czy jest czytany przez stających na ambonie, czy przez ludzi słuchających kazań. Bezwzględna, ciągła krytyka Kościoła ze strony Deschncra wyróżnia się bowiem tym, że pracuje on dla Pana, ale prze­ciw owym panom, którzy w sposób haniebny obchodzą się z Jezusem i Ma­ryją, którzy nadużywają kościelnych podatków i teologii moralnej ku więk­szej chwale swojej firmy. Nie powoduje nim nienawiść, lecz gniew w obliczu nieludzkich dziejów owych sług Boga — w imię prawdy bezkompromisowo występuje tu autentyczny humanizm. A że Deschner umie pisać porywająco, to przyznają nawet tacy w tym kraju, którzy nie mają swego zdania.

Unicum, Czasopismo studenckie, Bohum

Dr Karlheinz Deschner urodził się w 1924 r. w Hamburgu. Od zda­nia matury w 1942 r. do końca wojny służył w wojsku. Po wojnie studiował prawo, teologię, filozofię, literaturoznawstwo i historię. Uznawany jest za współczesnego Woltera i „najwybitniejszego kry­tyka Kościoła ostatnich stu lat”. Jego pasją jest pisanie, pracuje do ponad stu godzin tygodniowo. W ciągu czterdziestu lat odbył dwa i pół tysiąca odczytów i spotkał się z półmilionową rzeszą słucha­czy. Ma tysiące gorących zwolenników i tyleż samo fanatycznych wrogów. Oskarżony o blasfemię został przez sąd uniewinniony.

Deschner uprawia różne gatunki literackie; jest autorem po­wieści, pamfletów, aforyzmów, rozpraw krytyczno-literackieh, hi­storycznych, filozoficznych, a przede wszystkim dzieł krytykujących Kościół.

Powieścią Die Nacht steht um mein Haus (Noc spowiła mój dom), wydaną w 1956 r. wywołał olbrzymie poruszenie, które rok później, po ukazaniu się pracy polemicznej Kitsch, Konvention und Kunst (Kicz, konwencja i sztuka) przerodziło się w skandal. Od 1958 r. Deschner publikuje swe demaskujące i prowokujące dzieła historyczne z zakresu krytyki religii i Kościoła, m.in.: Aber-mals krachte der Hahn (1962), Mit Gott und den Faschisten (1965), Kirche und Faschismus (1968), Kirche und Krieg (1970), Das Kreutz mit der Kirche (1974), Opus Diaboli (1987). Od 1970 r. pracuje nad zakrojonym na wielką skalę opus magnum: Kriminalgeschichte des Christentums (Historia kryminalna chrześcijaństwa).

W 1988 r. za swe racjonalistyczne zaangażowanie i doko­nania literackie — po Kocppenie, Wollschlagerze, Ruhmkorfie — zostaje wyróżniony nagrodą im. Arno Schmidta, w czerwcu 1993 r. — po Walterze Jensie, Dieterze Hildebrandtcie, Gerhardzie Zwerenzu — Alternatywną Nagrodą im. Buchnera, a w lipcu 1993 r. — po Andrieju Sacharowie i Aleksandrze Dubćeku jako pierwszy Niemiec — otrzymuje International Humanist Award.

 

 

KARLHEINZ

DESCHNER

Opus diaboli

PIĘTNAŚCIE BEZKOMPROMISOWYCH ESEJÓW O PRACY W WINNICY PAŃSKIEJ

 

 

 

 

Przełożył Norbert Niewiadomski

Tytuł oryginału: Opus Diaboli

Fiinfzehn unversóhnliche Essays uber die Arbeit im Weinberg des Herrn

Copyright © 1987 by Rowohlt Yerlag GmbH, Reinbek bei Hamburg

Copyright © for the Polish edition and translation by Agencja Wydawnicza URAEUS, Gdynia 1995

Tłumaczenie z języka niemieckiego: Norbert Niewiadomski

Opracowanie graficzne: MBS studio

Maciej Boguszewski Martin Makarewicz

Skład komputerowy: Lech Chańko

Druk i oprawa: Łódzka Drukarnia Dziełowa S.A. 90-215 Łódź ul. Rewolucji 1905 r. nr 45

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna cześć tej publikacji nie może być powie­lana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez wła­ściciela praw.

ISBN 83-85732-16-0

Wydawnictwo URAEUS składa serdeczne podziękowanie Panu H. R. Gigerowi za udostępnienie i wyrażenie zgody na wykorzysta­nie w niniejszej książce Jego ob­razu „Szatan I”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poświęcam Katji, Barbel i Thomasowi (2.2.1959-20.10.1984)

Przedmowa

Ta książka zawiera piętnaście krytycznych rozpraw o dziejach chrześcijaństwa.

Niektóre z nich ukazały się wcześniej, lecz od wielu lat są niedostępne; niemal codziennie napływają zapytania o nie.

Dzięki opublikowanej w wydawnictwie Heyne książce Kirche des Un-Heils (Kościół pozbawienia) pięć spośród tych szkiców zyskało sobie większą poczytność niż inne; następna piątka — tych, które ukazały się dawniej — nie była szerzej znana; pięć dalszych wychodzi drukiem po raz pierwszy.

Z wyjątkiem wygłoszonej w 1969 roku w norymberskiej Meistersingerhalle mowy Ecrasez l’infame…, która stała się powo­dem wytoczonego mi w roku 1971 procesu sądowego, wszystkie rozprawy opracowałem na nowo pod względem formy, to i owo bardzo znacznie poszerzyłem, zarówno pewne fragmenty sformu­łowałem zwięźlej, jak też usunąłem większość powtórzeń — świadomie nie wszystkie, nigdy bowiem dość przypominania faktów szczególnie znamiennych.

Esej Pierwszy ukłon w stronę rzeczników postępu przedstawia pokrótce nadzieje środowisk katolickich i innych wiązane z II so­borem watykańskim i w zwięzły sposób wprowadza w problematykę niniejszego zbioru.

Rozprawa To się nazywa dziejami zbawienia stanowi dość ob­szerne omówienie średniowiecznych wojen prowadzonych przez Kościół, dokonanej przezeń zagłady pogan, polowania na „kacerzy”, czarownice i Żydów, a ponadto przedstawia — w kon­frontacji z ukazanym równolegle przepychem dworu papieskiego — wyzysk, jakiego dopuszczano się wobec wiernych: od chrześcijańskich niewolników i chłopów aż po dziewiętnastowieczny proletariat przemysłowy.

Szkic Wypasaj moje owieczki!” omawia fatalne przeobraże­nie, mającego trzechsetletnią tradycję, pacyfizmu najdawniejszego chrześcijaństwa w zainicjowane w 313 roku duszpasterstwo polowe, pokrętne argumenty teologów moralistów, zdumiewającą propagandę wojenną kleru nawet w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej oraz postawę duchowieństwa po roku 1945.

Seksualizm a chrześcijaństwo to rozprawa przedstawiająca dany problem historycznie, od Jezusa i świętego Pawła po współ­czesność, a jej przedmiotem są: osobliwości kultu Chrystusa i Ma­ryi w klasztorach męskich i żeńskich; celibat i jego rażąco ujemne skutki; budzące oburzenie poniżanie kobiet, które trwa już bez mała dwa tysiące lat; obrażanie uczuć małżonków; walka Kościoła z przerywaniem ciąży; „grzeszny seks” i manipulowanie tym po­jęciem przez duchownych; aggiomamento współczesnej teologii moralnej; pesymizm seksualny ostatnich papieży.

Ecrasez 1’infame albo O potrzebie wystąpienia z Kościołamowa, która sprawiła, że stanąłem przed sądem — nakreśla sko­rumpowanie Kościoła (katolickiego), jego umyślną nieudolność w sferze socjalnej, ogromne profity, jakie czerpie ze światowej produkcji wielkoprzemysłowej, a także wypaczanie, pozorowanie i fałszowanie zasad wiary oraz, nie rokujący żadnych nadziei na rozwiązanie, problem „reformy”.

Esej Dar Konstantyna omawia tło historyczne, motywację i trudne do przecenienia skutki owego największego fałszerstwa w dziejach świata.

Polityka papieży w XX wieku unaocznia współodpowiedzial­ność Kurii rzymskiej za pierwszą i drugą wojnę światową, zarówno decydującą pomoc Watykanu w umacnianiu reżimów faszystow­skich we Włoszech, w Niemczech i Jugosławii, jak i jego ryzy­kowną politykę powojenną.

Szkic Michael Schmaus — jeden z wielu dokumentuje, po­sługując się tym przykładem, entuzjastyczne przystosowanie się do reżimu jednego z najwybitniejszych teologów Trzeciej Rzeszy, poprzednika Karla Rahnera w Munster i Monachium.

Rozprawa Kto ma władzę, ten ma wszystko stanowi odpowiedź na sformułowaną w 1975 roku przez katolickiego historyka Ko­ścioła Georga Denzlera i adresowaną do „przyjaciół i wrogów” Kurii ankietę: 1. Jak ocenia Pan(-i) obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie? 2. Jak papiestwo powinno w najbliż­szej przyszłości prezentować siebie w Kościele i poza nim?

Szkic Ciężkie czasy dla papieży nawiązuje w ironicznym tonie do śmierci (czyżby zamordowanego?) w Watykanie trzydziestodniowego papieża Jana Pawła I.

Esej Papież udaje się na miejsce zbrodni konfrontuje piękne słowa Jana Pawła II (Karola Wojtyły) z jego homilii wygłaszanych w Ameryce Łacińskiej z dokonanym przez katolików krwawym podbojem tego kontynentu.

Mordowanie w imieniu Maryi odsłania mało znane janusowe oblicze „Matki Boskiej”, zniszczenia wynikłe z odgrywania przez nią roli „bogini wojny” i z powoływania się na nią w walce z ko­munizmem.

Atak i kontratak. Replika na skargę pewnego sługi Kościoła to esej gruntownie i szczegółowo komentujący lament jednego z niż­szych duchownych z archidiecezji wiedeńskiej po moim udziale w wyemitowanym jesienią 1986 roku przez telewizję austriacką programie „Klub 2″.

Występ solowy Deschnera w bibliotece albo Przeciwko dwojgu ewangelickim oszczercom stanowi odpowiedź na dwa artykuły, które ukazały się przed publicznym czytaniem przeze mnie fragmentów Kryminalnej historii chrześcijaństwa w Marł i po nim.

Alternatywa dla Bożego Narodzenia to moja wypowiedź w an­kiecie przeprowadzonej w 1975 roku przez rozgłośnię Hessischer Rundfunk.

Z przypisów do zamieszczonych w tej książce esejów zre­zygnowałem. Kto zechce, ten znajdzie aż nadto wskazówek źró­dłowych i bibliograficznych do wszystkich poruszonych tu tema­tów (oraz pod dostatkiem materiału faktograficznego) w moich dotychczas wydanych książkach, a zwłaszcza w Abermals krahte der Hahn. Eine kritische Kirchengeschichte (Giinther, 1962, Econ, 1986), Dos Kreuz mit der Kirche. Eine Sexualgeschichte des Christentums (Econ, 1974 i 1987) — w przekładzie polskim Marka Zellera Krzyż Pański z Kościołem. Seksualizm w historii chrześci­jaństwa (Uraeus, 1994), Ein Jahrhundert Heilsgeschichte. Die Politik der Papste im Zeitalter der Weltkriege (2 tomy, Kiepenheuer–Witsch, 1982-1983) bądź też w mających się ukazać kolejnych tomach mojej Kriminalgeschichte des Christentums (Rowohlt).

Pierwszy ukłon w stronę rzeczników postępu

 

 

Ponieważ biskup nie chce już bynajmniej być ekscelencją, ksiądz nosi się czasem po cywilnemu, a zakonnica krócej; ponie­waż Kościół uniewinnił nareszcie Galileusza i z zimną krwią wy­kreślony został z kalendarza niejeden pomocny święty, i to tylko dlatego, że nigdy nie istniał; ponieważ jezuita nie podróżuje już ze sztuczną brodą, lecz nago wkrada się między nudystów albo też — mniej ostentacyjnie — między uczniów świętego Marksa; po­nieważ w Rzymie ojciec święty machinalnie jak pewien pozłacany gwiazdkowy aniołek woła „Pokój, pokój!”, nie tylko w okresie Bożego Narodzenia urbi et orbi celebrując pozy, które sprawiają, że mężowie stanu bledną z zawiści; i wreszcie ponieważ w bazy­lice Świętego Piotra — superflua non nocent — znów pompatycz-nie zagościło zgromadzenie purpuratów i przy tej okazji przecież tyle spraw „ruszyło z miejsca”, „posunęło się naprzód”, nastąpiło „otwarcie się” na „świat”, na „pluralizm poglądów”, „dialog” — przeto właśnie bodajże nie tylko ci najgłupsi sądzą, iż nasz glob się odmienił, iż katolicyzm stał się bardziej liberalny, a jego teologia jest bardziej postępowa…

Ale kiedy teolog staje się postępowy, to nie jest już teolo­giem!

Kiedy katolicyzm się liberalizuje, to nie jest już katolicy­zmem!

A gdy chrześcijanin zaczyna myśleć, i to logicznie, i postę­puje zgodnie z takim myśleniem, wtedy zawsze wychodzi z niego niechrześcijanin albo i oportunista.

Ależ nic podobnego — co jest teraz inne? I zapytajmy, co by się zmieniło, gdyby nawet po „wyruszeniu” mimów i statystów nie nastąpiło od razu wielkie hamowanie, gdyby zgromadzenie świę­tych mężów nie skończyło się pod każdym względem? Czy nie mówiono by już o boskości Jezusa? O tajemnicy istnienia w trzech postaciach? O cudzie przemienienia? Czy zniknęłaby cała bajecz-ność dogmatów maryjnych? Ergo — owa wspaniała materia, na którą złożyły się grubymi nićmi szyta sofistyka i objawienia w sta­nie łaski?

Albo czy zaprowadzono by prachrześcijański komunizm i szybko a skutecznie usunięto biskupów wojskowych? (Tylko paru pasterzy zamiast całych tych stad?!) Czy nie byłoby już tej odra­żającej moralności seksualnej? Czy dopuszczono by aborcję? An­tykoncepcję? Spółkowanie z każdą osobą, która osiągnęła dojrza­łość płciową i pragnie tego?

Czy religia miłości na pewno głosi… miłość? Czy raczej nie jest tak, że nadal żąda ona wstrzemięźliwości poza małżeństwem i dosyć często w samym małżeństwie? Czyż Kościół nie wzbogaca się wciąż razem z bogatymi — i czyim kosztem? Czyż nie chce wciąż skazywać swych owieczek na rzeź, skoro tylko domaga się tego jakieś państwo? Zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie? Czyż nie działał ręka w rękę z chilijskimi faszystami? I z komu­nistami w Polsce, w Związku Radzieckim? Czyż w Hiszpanii nie są nadal odprawiane msze za Hitlera?

Krótko mówiąc: czyż ta religia nie jest taka, jaką była od niepamiętnych czasów? Czyż na pulchnej twarzy Kościoła nie pojawia się ciągle ta sama pobożna mina do wypróbowanej złej gry? Czy nie prostytuowano religii już za życia Pawła? Czyż nie sprzedawano jej od czasów Konstantyna? Czyż nie wpychano jej w chwilach dziejowych zawirowań wielkim tego świata do łoża — już to sztywną, majestatyczną, już to z giętkim, gumowym krę­gosłupem? Bo sam Kościół pałał żądzą władzy? Bo intrygował, był chciwy, diaboliczny, zarozumiały i bezgranicznie barbarzyń­ski? Czyż bezczelnie zagarnięta suwerenność nie służyła mu bez­ustannie do ukrywania własnej niegodziwości? Czyż frazeologia pokojowa nie była mu w każdej epoce potrzebna na to, by za­tuszować podżeganie do wojen? A głoszona przezeń miłość bliź­niego na to, żeby zakamuflować wyzysk? I czyż domaganie się od ludzi życia cnotliwego nie służyło kreowaniu grzeszników? Czy dobrzy wyznawcy tej religii nie stanowili zawsze tylko listków fi­gowych dla tych złych? I czyż o polityce Kościoła nie decydowali wręcz gangsterzy? Czyż to nie oni byli protagonistami historii? Dziejów zbawiania? Zbawiania i zwycięstw? Wielkiego oszustwa? Ciągłego zabijania i ciągłej eksploatacji?

Jak widać, nie serwuje się tutaj misteriów. Nie ma tu prawie wcale mowy o grzechu pierworodnym i odkupieniu. Niewiele się też mówi o proroctwach i cudach. W żadnym miejscu nie unosi się dym kadzidła. W żadnym miejscu nie ma transcendencji. Za­miast tego skromnie i przerażająco zarazem pojawiają się fakty — oczywiście jedynie dowody zła, najstraszliwsze terrores religio-nis. One jedne bowiem mogą tu przemówić. I tak jak budujące opowieści o „pięknie Kościoła katolickiego”, o „radosnym podą­żaniu do Boga”, jak opowiastki w stylu „z różańcem do nieba”, jak podnoszące na duchu wywody rozpoczynane pytaniem: „Dla­czego w naszym katolickim Kościele jest tak słonecznie i przyjem­nie, tak przytulnie i tak ciepło?” („Ponieważ tam, przed nami, pali się światełko, i ponieważ śpiewamy pieśni ku chwale Maryi”), jak tego rodzaju opowieści — co jest chyba słuszne — nie zawierają niczego, co wiązałoby się z naszym tematem, tak i przedstawione tu rozprawy — jeszcze słuszniej — *jgie wspominają o słonecz­nej, przyjemnej atmosferze Kościoła katolickiego, o dostrzeganiu w nim ciepła, o rozkwicie w nim kiczu. Ludzie znają to z milio­nów książek, milionów kazań, milionów lekcji religii i rozmów ze spowiednikami — a jednak wierzą w to coraz mniej.

Jeśli więc to, co tu zostaje zaprezentowane, jest jednostronne — taka sama jest druga strona! I czy nawet nie o wiele bardziej? I to z najgorszych pobudek? Z okropnym działaniem praktycz­nym, z szokującą rolą historyczną i bezmiarem niegodziwości — mimo dzielnych sióstr zakonnych w szpitalach, katedry kolońskiej, misji dworcowych itd. itp.?

Dlaczego bowiem Kościół tak bardzo unikał publicznej dys­kusji? Dlaczego uchyla się od niej również dzisiaj? Albo gdzie pozwalał nam, choćby na krótko, zmierzyć się ze sobą, niemalże zupełnie pokojowo? Czy w świątyniach? W szkołach? Na rynku, na placu apelowym w koszarach? Przez radio, na przykład tuż po „Słowie na niedzielę”, kiedy to jego przecież słudzy, owi często tak bardzo jowialni wrogowie oświecenia, już z rzadka tylko uży­wają słów „Chrystus” i „chrześcijański”, tak jakby już sami ich nie znosili, i dopiero pod koniec zdobywają się poczciwie na mały wy­bieg, już prawie że wstydliwie zastosowany ostatni fortel, dzięki któremu — przy tonie poważnym, a ponadto przyjaznym i sta­nowczym zarazem, z patrzeniem dalekiemu widzowi jakby prosto w oczy — niczym zrodzony z popiołów feniks ukazuje się deus ex, machina”?

Dlaczegoż to Kościół tak się bał i boi konfrontaq’i sądów, dyskusji na oczach ludzi, którymi przecież niepodzielnie kiero­wał, których zawsze sam nauczał, wychowywał? Do czego potrze­bował indeksu? Tortur? Cenzury? Palenia książek już od czasów apostołów? I potem również masowego palenia ludzi? Dlaczego w nim, jak nigdzie indziej, rozpowszechnione było całkiem nie­strawne starcze bajanie i wręcz fatalne doktrynerstwo? Dlaczego wciąż panowały nietolerancja, terror i despotyzm? Dlaczego przez dwa tysiąclecia nieustannie przechodzono od słów do mordów? Czy znowu naświetlamy zbyt jednostronnie? Ale choćby tu na­wet była jednostronność, jest w tym i prawda! I rodzi się zaraz pytanie, czy jeszcze zachowały swą prawdziwość głoszone przez Kościół dogmaty. Albo raczej: nie ma już o co pytać!

Dlaczego bowiem zawsze kładziono tak wielki nacisk na Credol Czemuż to zawsze stawia się wiarę ponad wszystkim innym? Czemuż propaguje się pokorę, głupotę, płaszczenie się przed krzyżem, flectamus genua, sacrificiwn intellectus — i to za­wsze nader drastycznie, z niebem i piekłem w tle, na pierwszym planie i u dołu obrazu, z wyczarowywaniem wszelkich aniołów i archaniołów, a jeszcze częściej oczywiście księcia ciemności oraz jego zastępów i piekielnych mąk?

„Chciałby Pan dotrzeć do wiary, a nie zna Pan drogi do niej” — pisze nawet taki geniusz, jak Pascal. „Chciałby Pan uleczyć się z niewiary i prosi Pan o lekarstwo: niechże się Pan uczy od tych, co już byli w takiej sytuacji… Niech Pan zacznie od tego, od czego oni zaczynali, a mianowicie od pokazywania całym swoim zachowaniem (używając wody święconej, zamawiając msze itd.), iż jest Pan człowiekiem wierzącym. W całkowicie naturalny sposób sprawi to, że nawet Pan uwierzy i ogłupieje”.

Uwierzyć i ogłupieć — nie takie jest nasze remedium, nasze vademecum, nasza oferta zbawienia. Wprost przeciwnie. Wzywam wszystkich: bądźcie sceptyczni! Pełni nieufności! Nie dowierzaj­cie mi! Szukajcie s^mi! Ale jednak nie tylko w biskupich postyl­lach, w „Bildpost”, u Ratzingera, Rahnera i Kunga! Przeczytajcie chociaż kilku spośród ich adwersarzy! Czytajcie to, co piszą obie strony! Porównujcie!

A reszta będzie zależała już wyłącznie od uczciwości.

To nazywa się dziejami zbawienia

[…] pragnę na sto różnych sposobów powtórzyć, że nigdy nie przysłuży się Bogu ten, kto wyrządza zło ludziom.

WOLTER

Wyznawca nihilizmu i wyznawca chrystianizmu — te określenia się rymują, ale ich obu łączy więcej…

NIETZSCHE

[…] jeśli się nie nawrócicie, wszyscy po­dobnie zginiecie.

ŁK. 13, 3

Oglądam właśnie fotografie: trupy dzieci w chorwackim obo­zie koncentracyjnym. I oto nadchodzi moja rozszczebiotana córka — coś opowiada. Patrzę na jej pociągłą, bladawą twarz, w jej jasne, wiele rozumiejące oczy, przenikam ją wzrokiem. Nagle, w środku zdania, ona urywa. „Tatusiu…!” — mówi.

Idę dokądś z dziećmi po obu moich stronach, trzymam je za ręce. W pewnej chwili przypomina mi się ktoś. Gdzieś na Wschodzie ten człowiek szedł na egzekucję; jego dwoje dzieci obejmowało go, lgnęło do niego, a on ciągnął je za sobą, póki nie oderwano ich wystrzałami od jego ciała.

Gdy piszę te słowa, mój syn chodzi tam i z powrotem wzdłuż strumyka. Czasem uderza kijem o trawę. A za nim klęczy na łące, wyciągnąwszy ręce do kotka, jego siostrzyczka.

Inne dzieci trafiały do Teresina, do Oświęcimia, do Jasenovca. Inni ojcowie ginęli pod Stalingradem, nad Atlantykiem, w Afryce. Moi towarzysze broni umierali bezdzietnie. Sami byli jeszcze dziećmi. W taki marcowy dzień jak ten zasapani szliśmy po jakiejś łące pod Wrocławiem. Było to po południu, świeciło słońce, czuło się już wiosnę. A tamci strzelali do nas jak na polowaniu… Klęczałem przy nim chwilę. Leżał na wznak, jego włosy były ja­sne, z jego brzucha wydobywały się wnętrzności. Miał siedem­naście lat. Uporczywie wpatrywał się swymi niebieskimi oczami w niebo, w to wiosenne niebo, wciąż wyjękując: „Mamo, mamo”…

Tak umierały miliony ludzi. Na tej wojnie. Tej ostatniej. Jak daleko sięgniemy pamięcią: pazerność, przemoc, ciąg katastrof. Odwieczne bankructwo. Historia.

Sporadycznie pojawiały się postacie świetlane. Budda, oko świata, światło niezrównane. Chrystus, ten, który widział wszystko, słońce sprawiedliwości, światło prawdziwe. Oni zabraniali zabija­nia, chcieli, by zło przezwyciężano dobrem. Chwalili ludzi nasta­wionych pokojowo. Głosili miłość bliźniego i miłość wroga. Znaj­dowali uczniów, całe gminy.

Przez półtora tysiąclecia chrześcijaństwo kształtowało Euro­pejczyków, pokolenie za pokoleniem, rządzących i rządzonych, kapłanów i ludzi świeckich, nauczycieli i uczniów. Chrześcijaństwo przenikało wszędzie, wszystko determinowało, miało wpływ na ży­cie prywatne, publiczne, na rodzinę, małżeństwo, miłość, kształ­cenie, gospodarkę, prawodawstwo i państwo. A jednak jeszcze w XX wieku chrześcijańskie narody toczyły największe w dziejach wojny, w których zginęło więcej ludzi niż kiedykolwiek przedtem.

Jak to było możliwe? Jak te narody osiągały dojrzałość? Jak wychowywano owych ludzi? Jak rządzono nimi?

Najlepszej odpowiedzi na te pytania udziela przeszłość Ko­ścioła. Kościół bowiem wpływał dłużej i przemożniej na miesz­kańców Europy, dłużej determinował ich losy niż wszelkie kró­lestwa, dynastie, ustroje społeczne, a był to wpływ pod każdym względem wysoce negatywny, tak też oceniany zgodnie — czego nie należałoby lekceważyć — przez myślicieli całkowicie odmien­nych od siebie: Goethego, Nietzschego, Marksa, Kierkegaarda, gdy tymczasem historycy, z nielicznymi wyjątkami, nadal go nie dostrzegają, a w najlepszym razie ów wpływ bagatelizują. A prze­cież właśnie to jest istotne.

Niech wykaże to zaprezentowana tu zwięzła prehistoria dwu­dziestowiecznego barbarzyństwa: jedynie zarysowana i być może jednostronna, ale w tym tylko, że dalej będzie wciąż mowa o re­gule, nie zaś o wyjątkach, naświetlam bowiem wyłącznie decy­dujące, przesądzające o orientacjach politycznych oddziaływanie miarodajnego chrześcijaństwa reprezentowanego przez Kościół powszechny, a ignoranci, pochlebcy, najrozmaitsi piewcy religijnej idylli zechcą je pewno poddać w wątpliwość.

Dla najdawniejszych chrześcijan służba frontowa była nie do pomyślenia. Nigdzie w ich piśmiennictwie z pierwszych stuleci nie ma zgody na to, co więcej, wszyscy Ojcowie Kościoła zakazywali zabijania w obronie koniecznej — i oto w 313 roku cesarz Kon-stantyn obdarzył chrześcijan pełną swobodą praktyk religijnych, po czym — w 314 roku — uchwalono ekskomunikę dla dezerte­rów. Kto porzucał broń, narażał się na wykluczenie z Kościoła. Przedtem wykluczano tych, którzy broni nie porzucali. Dawnych pacyfistów zastąpili więc kapelani polowi, a zabijanych chrześcijan uchylających się od udziału w wojnie — zabijający chrześcijańscy wojownicy. Sprzyjający armii Kościół wykreślił spiesznie wszyst­kich żołnierzy-męczenników ze swych kalendarzy i odtąd wspierał władców dopuszczających się masowych mordów, a nawet nieba­wem sam ich zaczął do takich mordów nakłaniać — i czyni to po dziś dzień.

Papież Stefan II, w worku pokutnym i z głową posypaną po­piołem, wyżebrał od króla Franków Pepina wojnę przeciw Longo-bardom, z którymi Frankowie żyli przedtem w najlepszej zgodzie. Gigantyczne klerykalne fałszerstwo (wyznane po jedenastu wie­kach) oraz dwie krwawe kampanie doprowadzają do założenia Państwa Kościelnego, które było uznawane i powiększane przez kolejnych władców frankijskich i saskich.

Ale i papieże zaczęli niezadługo pokazywać się w hełmach, zbrojach, z mieczami. Mieli własne wojska lądowe, marynarkę wojenną, fabrykę broni. Walczyli o każde hrabstwo, każdy zamek, każdą twierdzę. Zagrabiali całe księstwa. Wszędzie werbowali żoł­daków i dokonywali rzezi na własnych ziomkach.

Leon IX zignorował w 1053 roku uchwały pokojowe z Cluny, zignorował wydany przez siebie zakaz służby wojskowej duchow­nych, zignorował obiecaną mu przez chrześcijańskich Norma-nów przysięgę na wierność oraz wasalne uzależnienie i rozpoczął wojnę przeciw nim. Kluniacki teolog Hildebrand wezwał — jako Grzegorz VII (ulubiona dewiza: „Niech będzie przeklęty ten, kto nie chce miecza umaczać we krwi!”) — cały świat do stworzenia armii, którą chciał poprowadzić w roli „wodza i biskupa”. Grze­gorz IX zwrócił się zbrojnie przeciwko powracającemu jako zwy­cięzca z krucjaty cesarzowi Fryderykowi II. Urban VI, który — między innymi rękoma byłego pirata mianowanego generałem za­konu joannitów — nakazał zamordowanie po straszliwych tortu­rach biskupa Akwilei oraz egzekucję pięciu kardynałów, wziął ze swymi żołdakami udział w sycylijskiej wojnie sukcesyjnej. Pius V i Sykstus V stoczyli wielkie bitwy morskie: pierwszy pod Le-panto przeciw Turkom, drugi na kanale La Manche przeciwko

Anglikom. Juliusz II (dewiza; „Jeśli nie pomogą klucze Piotrowe, to niechaj pomoże jego miecz!”) prowadził wojny niemalże w każ­dym roku swojego pontyfikatu, i to tak skutecznie, że cesarz Maksymilian rozważał, czy nie zostać papieżem. Paweł IV wyznał w połowie XVI wieku, że ma ręce „po łokieć umarzane we krwi”, był jednak takim moralistą, iż kazał zamalować „nieprzyzwoite” fragmenty Sądu ostatecznego Michała Anioła. Jeszcze nieco ponad sto lat temu Pius IX werbował żołnierzy. I jeszcze przed czter­dziestoma, trzydziestoma laty mogliby papieże powtórzyć słowa Pawła IV, mając więcej podstaw po temu — chociaż i oni bar­dzo dbali o moralność; na przykład Pius XII, który w wystoso­wanym pod koniec 1939 roku liście do hierarchii kościelnej USA dopatrzył się przyczyny „dzisiejszych nieszczęść” bynajmniej nie w faszyzmie, który właśnie pogrążył świat w największej wojnie w dziejach ludzkości, lecz między innymi w krótkich spódnicach pań. Nie jest to kuriozalny epizod historii Kościoła, raczej fakt świadczący o istniejącej również dzisiaj moralności — jeśli nie brać pod uwagę owych stuleci, w których niejeden klasztor żeński był częściej odwiedzany niż burdele, a wszyscy duchowni — od szczytów hierarchii po wiejskiego proboszcza — mieli konkubiny. Co zaś czynili papieże, to powtarzali biskupi, opaci. Byli oni synami, braćmi, kuzynami świeckich przedstawicieli szlachty, nie mniej pazernymi i żądnymi władzy niż ta ostatnia, zapewne też równie znienawidzonymi, o czym świadczą częste w średniowie­czu morderstwa spotykające biskupów i opatów, wojny przeciw klechom i polowania na nich, a także niezliczone dokumenty li­terackie. W dawnym państwie niemieckim duchowni bywali mi­nistrami, podskarbimi, dowódcami królewskich wojsk. Za czasów cesarza Ottona II Kościół wystawił dwukrotnie więcej rycerzy niż wszyscy książęta świeccy. I na Pomocy, i na Południu kardyna­łowie i biskupi dowodzili całymi armiami. Niektórzy wyżsi du­chowni dokonywali własnoręcznie krwawej zemsty. Nie było też takiej diecezji, w której choćby jeden z biskupów nie toczyłby dłu­goletniej wojny lokalnej. Często nie oszczędzali ani kobiet, ani dziewcząt, zabijali starców i dzieci, czasami nawet ręka w rękę z „kacerzami”, jak w wypadku arcybiskupa Kolonii Dietricha von Moers. Wykłuwali wrogom oczy, tak jak to uczynił w 1368 roku opat klasztoru w Reichenau z każdym obywatelem Konstancji, który wpadł mu w ręce. Posyłali na tamten świat wszystkich jeń­ców, jak tego w 1379 roku dopuścił się biskup Osnabriick Die-trich. Zmuszali powstańców do błagania na klęczkach o litość, a potem jednak kazali ich masowo zabijać, tak jak to uczynił w roku 1415 biskup Liege, Johann von Wittelsbach. „Z kleszym stanem bywało tak, iż gdy słyszano o czymś złym czy o jakiejś woj­nie i pytano, kto by owo sprawił, to pokazywało się, że biskup, klecha”.

Biskupi sprzymierzali się z królami przeciw książętom, wal­czyli u boku książąt przeciw królom, u boku papieża przeciwko cesarzowi, u boku cesarza przeciw papieżowi, po stronie jed­nego papieża przeciwko innemu (aż sto siedemdziesiąt jeden lat), po stronie duchownych duszpasterzy przeciw duchownym z zakonów, ale i przeciw innym duszpasterzom — biskup Die-trich z Osnabriick przeciw biskupowi Gerardowi z Minden; bi­skup Eryk z Osnabriick przeciw biskupowi Henrykowi z Munster itd. — na polu bitwy, na ulicy, we wnętrzu świątyni, sztyletem, trucizną, na wszelkie sposoby.

Przez całe wieki kler propagował też świętą wojnę, do której Urban II jeszcze w roku 1095 — właściwie rzecz oceniając — na­kłaniał zbójców. Papież zapewniał odpuszczenie grzechów, obfity łup, krainę mlekiem i miodem płynącą i krzyczał: „To nakazuje Chrystus!”

I wyruszyli z krzyżami na odzieniu i na sztandarach. Już nad Renem i nad Dunajem wymordowali tysiące Żydów. Potem dopuszczali się gwałtów i mordów na chrześcijańskich Węgrach. Podczas zwycięskiego ataku na Jerozolimę latem 1099 roku — w piątek, w godzinie ukrzyżowania, o czym donoszą urzeczeni tym kronikarze — zmasakrowali blisko siedemdziesiąt tysięcy Sa-racenów… Zabijali, bo, jak pisze arcybiskup Wilhelm z Tyru, po­stanowili grabić zawsze i wszędzie, „każdego mieszkańca miasta”. Ociekali krwią i u wejścia do każdego „oczyszczonego” domu wie­szali, na znak przejęcia na własność, swoje tarcze — jest to jedno z najstarszych świadectw używania tarcz herbowych jako dowo­dów tożsamości. W świątyni urządzili taką jatkę, że — jak pisze ksiądz Rajmund z Agiles — „za sprawą cudownego, sprawiedli­wego zrządzenia bożego aż po kolana, a nawet aż po końskie siodła, nurzali się we krwi”. A następnie, co odnotował autor Gęsta Francorum, świadek naoczny, „szczęśliwi, z radości roniąc łzy, poszli nasi oddać cześć grobowi Zbawiciela”.

Żaden artysta kabaretowy nie potrafiłby lepiej sparodiować tego chrześcijaństwa.

Tabula rasa! Wojna totalna. Ich ideał od średniowiecza po faszystowskie krucjaty w Abisynii, Hiszpanii, Chorwacji, Rosji. Aż po masowe mordowanie w Wietnamie z udziałem kardynała Spellmana. Aż po moralno-teologiczne placet cieszącego się za­ufaniem Pacellego jezuity Gundlacha dla masowej zagłady po­przez wojnę atomową. Aż po „odwagę” jezuity Hirschmanna „przyzwolenia na ofiarę zbrojeń atomowych w obecnej sytuacji, mimo perspektywy utraty życia przez miliony ludzi”, co — we­dług niego — jest bliskie „postawy świętego Franciszka” oraz „ducha teologii krzyża”. Aż po książkę Die sittliche Ordnung der Yólkergemeinschaft (Ład moralny społeczności międzynarodo­wej), w której spora grupa teologów katolickich pochwala „stwo­rzenie zapasu broni jądrowej” i bagatelizuje masową śmierć nie­winnych ofiar jako dopuszczalne „działanie uboczne”, co — we­dług nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Muencha, który oka­zywał już swą sympatię hitlerowcom, „stanowi odpowiedź zgodną z zaleceniami ojca świętego”.

„Wyznawca nihilizmu i wyznawca chrystianizmu — te okre­ślenia się rymują, ale ich obu łączy więcej […]”.

Krucjaty stały się wkrótce dla świata katolickiego jedną wielką klęską. Całe armie znikały niemalże bez śladu, zniknęło nawet pięćdziesiąt tysięcy dzieci; potem już tylko Hitler posyłał dzieci na wojnę. Umocnił się natomiast islam i to był najtrwalszy efekt wypraw krzyżowych. Muzułmanie bywali zresztą nierzadko skorzy do rokowań i kompromisów. Po odzyskaniu przez nich w roku 1187 Jerozolimy nawet chrześcijańscy kronikarze przy­znawali, że sułtan Saladyn okazał się wspaniałomyślny, ludzki. Islamska obyczajność zrobiła zresztą niebawem pozytywniejsze wrażenie na wielu krzyżowcach niż obyczaje ich własnych do­wódców.

Ale papieże nie ustawali w nakłanianiu do nowych krucjat. Była to myśl przewodnia całej ich polityki zewnętrznej, nie „tylko” w XII i XIII wieku, lecz aż po schyłek średniowiecza. Euge­niusz III, Innocenty III, Grzegorz IX, Klemens VI, Urban V, Kle­mens VII — który podczas wyprawy krzyżowej do Tunisu już wy­próbował proch strzelecki, co stanowi jeden z najwcześniejszych wypadków użycia go w dziejach świata — oraz Benedykt XIII, Bonifacy IX i Eugeniusz IV niezmordowanie propagowali świętą wojnę, w której — jak wiadomo — coraz bardziej liczyły się aspekty polityczne, militarne, gospodarcze; „wyższe stadium pi­ractwa — mówi Nietzsche — i nic więcej”! Jeszcze pod koniec

XV wieku Pius II żądał od wszystkich europejskich monarchów powszechnej krucjaty. A przekonanie Piusa, iż „państwa trwają dzięki broni, nie dzięki prawom”, podzielała bez wątpienia więk­szość papieży, którzy przecież zawsze pozwalali na to, żeby wierni wykrwawiali się właśnie dla dobra państw, choćby istniały tam okrutne, zbrodnicze reżimy. Podczas gdy wierni giną jako ofiary coraz straszliwszych rzezi, papieże pozostają przy życiu. To na­zywa się dziejami zbawienia!

Ach, „jakież to wspaniałe przykłady niezłomnej wierności wobec monarchów, które nie mogły nie wyniknąć z przestrze­gania świętych zasad religii chrześcijańskiej”. Tak zachwyca się Grzegorz XVI, właśnie ten, który — wyraziwszy to, co ojcom świę­tym leży na sercach od 1789 roku — gani wolność sumienia jako „szaleństwo”, jako „zaraźliwy błąd”, który zjadliwie wypowiada się przeciw wolności handlu książkami, „zasługującej na ciągłe potę­pianie i odrazę”, który jeszcze w wydanym w 1936 roku Indeksie ksiąg zakazanych uzależnia czytanie Biblii w językach narodowych od zgody rzymskiej inkwizycji. To rozporządzenie odwołał defini­tywnie dopiero Leon XIII w 1897 roku.

„Duchowieństwo — pisze Schiller (dla chrześcijaństwa, tego „szaleństwa, które skorumpowało świat”, mający równie mało es-tymy, jak Goethe, któremu „nauki Chrystusowe” nie wydawały się „nigdzie bardziej poniewierane niż w Kościele chrześcijańskim”, któremu protestantyzm jawił się jako „stek bredni”, a katolicyzm przypominał teatr, karnawał, „hokus-pokus”) — było od niepa­miętnych czasów podporą władzy królewskiej i musiało nią być. Złote czasy duchowieństwa i królów przypadały zawsze na czas zniewolenia umysłów — i duchowni, i monarchowie zbierali żniwo głupoty i nonsensu”.

Przed Stalinem i Hitlerem nikt w Europie nie gardził tak bezwstydnie ludzkim życiem, nie pomiatał nim tak, jak czynił to chrześcijański Kościół, powołując się wręcz, co jest szczytem cy­nicznej przewrotności, na „wolę bożą”.

Świadczy o tym także rozprawienie się z pogaństwem.

Początkowo odnoszono się wprawdzie do pogan, jako do zni­komej mniejszości, z wyraźną rezerwą, czasem tylko polemizo­wano z nimi, a co więcej: z anielską słodyczą w głosie opowiadano się za wolnością religijną. Ale poczucie większej siły każe — na przełomie II i III wieku — działać bardziej stanowczo, atakować całą mocą własnych słów. Deprecjonuje się, choć bynajmniej nie jednomyślnie, tradycyjną kulturę, filozofię, z której czerpie się korzyść, jeszcze gwałtowniej atakuje się widowiska i oczywiście najokrutniej szydzi się z pogańskiej religii, z kultu dla kosmosu, z deifikacji wody, ognia, gleby, nie mówiąc o uznawaniu zwierząt za święte.

I ledwo się przełom dokonał — komentuje to teolog von Campenhausen — „dawna kościelna ideologia męczeństwa i prześladowania zniknęła bez śladu, przemieniając się prawie że we własne przeciwieństwo”. Już za czasów pierwszego chrześci­jańskiego cesarza proklamowana w 313 roku koegzystencja i sta­nowiąca zasadę wolność wyznania ustępują miejsca uciskowi. Już i Konstantyn zabrania stawiać nowe posągi bóstw, zabrania kultu dla istniejących, radzenia się wyroczni oraz wszelkich nabożeństw pogańskich. Już Konstantyn każe zamykać, ograbiać, demolować, burzyć świątynie, na przykład sanktuarium Eskulapa w Egeis, świątynię Afrodyty na Golgocie, Afakę w Libanie, Heliopolis. Jego syn, arianin Konstancjusz przeciwstawia się jeszcze rady­kalniej „zabobonowi”, „bezsensowi ofiar”. Jest pierwszym z cesa­rzy chrześcijańskich, który wyznacza karę śmierci za uprawianie pogańskiego kultu i zarządza konfiskatę mienia skazanych. Do­chodzi już wówczas do ataków na świątynie, tortur, terroru są­downiczego. A katolicki cesarz Teodozjusz I zwalcza pogaństwo nie tylko mnóstwem surowych przepisów prawnych, lecz i prowa­dzoną zaciekle wojną.

Krótko mówiąc, już w IV, a jeszcze wyraźniej w V wieku, Kościół idzie ku triumfowi krzyża po zgliszczach i trupach.

W Aleksandrii ariański biskup-autokrata Jerzy nakazuje atak na świątynię Mitrasa, obrazoburstwo, plądrowanie sanktuariów. Jego następca, katolicki patriarcha Teofil własnoręcznie niszczy toporem słynny posąg Serapisa i poleca, by w sąsiednim ośrodku handlu, mieście Kanopos, zrównano wszystkie świątynie z zie­mią. Jego z kolei bratanek i następca, Ojciec Kościoła święty Cy­ryl, wielki adorator Maryi, który uciekając się do przekupywania ogromnymi sumami, przeforsowuje dogmat o Bogurodzicy, po­leca w 415 roku napad na znaną i czczoną w całym ówczesnym świecie kobietę-filozofa Hypatię, zakończony sprowadzeniem jej do jednego z kościołów, rozebraniem do naga i dosłownie roze­rwaniem na strzępy kawałkami szkła. Wyznawców dawnej wiary zwalcza też fanatycznie patriarcha Jan Chryzostom, inny Ojciec Kościoła. W budzących podziw mowach, dzięki którym stanie się patronem kaznodziejów, nie tylko Izy pogan, lecz również nakła­nia do zburzenia wielu fenickich świątyń.

Szczególnie w prowinq’ach wschodnich, gdzie chrześcijanie byli początkowo najliczniejsi, już pod koniec IV wieku niszczono coraz więcej świątyń, a podjudzane tłumy nierzadko masakrowały pogan. Nieomal zawsze działo się to pod przewodem biskupów czy opatów, przy czym najaktywniejsi byli mnisi, „świńskie czarne habity”, jak nazywali ich Grecy, wyglądali bowiem jak ludzie, lecz żyli jak świnie. Atakują oni świątynie — twierdził Libaniusz w na­pisanej w 389 roku, adresowanej do cesarza rozprawie Pro templis — „obładowani drewnem albo uzbrojeni w kamienie i miecze, czasem nawet bez tego, tylko z siłą rąk i nóg. Potem, tak jakby chodziło o dobro bezpańskie, zrywają dachy, burzą mury, roz­trzaskują wizerunki bóstw, rozbijają ołtarze. Kapłanom pozostaje tylko wybór między milczeniem a śmiercią. Po zniszczeniu pierw­szej świątyni spieszą ku drugiej i trzeciej, i gromadzą łupy, drwiąc z prawa”.

Jednym z najgorzej osławionych niszczycieli świątyń był Sze-nute (= syn Boga), przeor „Białego Klasztoru” w Tebaidzie, klasz­toru męsko-żeńskiego, mieszczącego w pewnych okresach bez mała dwa tysiące dwustu braci oraz tysiąc osiemset sióstr zakon­nych. Jako „wielki opat”, „prorok”, „apostoł” nie cofał się ani przed oszustwem, ani przed własnoręcznym zabijaniem, morder­stwami. Na czele wystarczająco wygłodzonych hord wdzierał się do świątyń, rabował, dewastował i wyrzucał „obrazy bożków” do Nilu. Wszystko, co cenne, co nadawało się do spieniężenia, zabie­rał ze sobą. Zdarzało się — tak było w Achminie — że ograbiał całe miasto, po czym je podpalał, a mieszkańców okrutnie masa­krował.

Nie ustawano w wymuszaniu okupów za ocalenie świątyń od podpalenia, w przemienianiu ich w świątynie chrześcijańskie, niszczono unikatowe dzieła sztuki, urządzano szydercze procesje, pogańskich kapłanów spotykała śmierć i wreszcie — w VI wieku — wszyscy poganie zostali uznani za ludzi bez majątku i bez praw, „iżby — jak głosi dekret chrześcijańskiego cesarza — ograbieni z mienia, popadli w nędzę”.

Ale dwudziestowieczny katolicki teolog Jean Danielou stwierdza: „Kościół zawsze podkreślał swój szacunek dla wartości religijnych świata pogańskiego”.

W rzeczywistości żaden kościelny autorytet nie wystąpił prze­ciw owej eksterminacji. Przeciwnie: zachęcano do niej, z pozorną dbałością o interes państwa apelowano do władców: „Najświętsi cesarze, zabierajcie, zabierajcie bez skrupułów świątynne ozdoby” — judzi już około roku 347 Ojciec Kościoła Firmicus Mater-nus. „Niechaj ogień mennicy albo płomień pieca hutniczego roz­topi posągi owych bożków, obróćcie wszystkie dary wotywne na swój pożytek i przejmijcie je na własność. Po zniszczeniu świątyń zostaniecie przez Boga wywyższeni”. Ten sycylijski renegat spo­śród senatorów zaleca chrześcijańskim monarchom „najsurowsze prawa”, stosowanie „ognia i żelaza”, prześladowanie „na wszel­kie sposoby”, „iżby nie zachowała się nawet najmniejsza część tego diabelskiego nasienia […], by nie zachował się żaden ślad po owym pogańskim plemieniu”.

I Augustyn był wśród tych doctores Ecclesiae, którzy wystę­powali przeciw poganom — przeciwstawiał się „najrozmaitszym monstrualnym bożkom”, „bluźnierczym kultom”, „bałwochwal­czemu motłochowi”, mówił o „zarazie” i „zbrodni”. Zapalał się, szydził, wciąż na nowo podsycał furię niszczycieli, w swoim ma­gnum opus pod tytułem O państwie bożym przedstawia polite-izm jako przyczynę wszystkich okropności, wszystkich mala, bella, discordiae w dziejach Rzymu, nie cofa się nawet przed świado­mym przeinaczaniem, mówiąc o poganach, pozwala sobie wręcz na stosowanie „wszelkich środków” aż po „fałszowanie cytatów” (Andresen).

Owe pogromy przebiegały więc nieporównywalnie bardziej krwawo i okrutniej niż jakiekolwiek wcześniejsze prześladowania chrześcijan. Tabula rasa! Totalna „czystka”, Usunięcie wszystkich elementów szkodzących społeczeństwu. „To, co nie jest zgodnie z prawdą czy z normą obyczajową — poucza jeszcze w 1954 roku papież Pius XII — nie ma prawa istnieć”.

Dlatego też likwidacja pogaństwa temu Kościołowi nie wy­starczyła.

Chrześcijanie zawsze zwalczali się nawzajem, lżyli jedni dru­gich, oczerniali, już Paweł nazywał członków gminy pierwotnej „psami”, „kalekami”, określał ich jako „kłamliwych apostołów”, Piotr zaś w // Liście nazwał chrześcijańskich innowierców niero­zumnymi zwierzętami, które z natury stworzone są tylko do tego, by je chwytać i pozbywać się ich; zresztą już za czasów Kon-stantyna zwracano się przeciw niekatolikom. Zakazywano im na­bożeństw, niszczono piśmiennictwo, grabiono kościoły, rabowano mienie i skazywano ich na banicję. Już w 385 roku w Trewirze katoliccy biskupi polecili po raz pierwszy ściąć innych chrześcijan z powodów wyznaniowych.

Od Augustyna, prekursora łowców kacerzy, wiedzie prosta linia ku inkwizycji, ta zaś już w epoce Karolingów zainicjowała tworzenie specjalnych sądów biskupich i stopniowo doprowadziła do prześladowania sekt, z premedytacją rozpętała terror, który w ciągu następnych stuleci pozbawił życia niezliczone masy lu­dzi i który odnowił się w czasach faszystowskich, kiedy to nawet uczniowie Franciszka z Asyżu stali się ludobójcami, prowodyrami strasznych pogromów, komendantami obozów koncentracyjnych.

Kulminacją zbrodni inkwizycji było wycinanie języków, du­szenie, palenie na stosie, uprawomocnione najpierw — w 1194 roku — w Hiszpanii, a następnie we Włoszech, Niemczech, Fran­cji i wreszcie także w Anglii. W bulli^łd actripanda z 1252 roku pa­pież Innocenty IV przyrównał wszystkich chrześcijan niekatolików do zbójców i zobowiązał władców do tego, by winnych heretyków zabijano w ciągu pięciu dni. Dominikanie, uczniowie Tomasza z Akwinu, oficjalnego filozofa tego Kościoła, który sam domagał się wykluczenia „ludzi dotkniętych zarazą” ze społeczeństwa, za­częli tresować psy do polowań na kacerzy i przez pół tysiąclecia przewodzili inkwizycji.

I oto zaczęły się tortury, oblewanie wodą święconą, układanie na specjalnych ławach, sadzanie na huśtawce, na rozżarzonych węglach, zakładanie butów hiszpańskich. Robiono znak krzyża i robiono miazgę z ludzi. Gdy zbierał się trybunał, odwoływał się do Ducha Świętego, po czym zezwalał na wszelkie oszustwa. „Dla dobra sprawy — skomentował zbiór zeznań przez szesnaście dni coraz okrutniej torturowanego Savonaroli jeden z jego sędziów — to i owo pominięto, to i owo dodano”. Podobnie fałszowano protokoły zeznań świadków obrony.

Każdy katolik był zobowiązany składaną przez siebie przy­sięgą do prześladowania heretyków i musiał tę przysięgę powta­rzać co dwa lata, rodzice musieli denuncjować dzieci, te zaś swo­ich rodziców, mężowie denuncjowali żony, a te ostatnie — swoich mężów. Tak rozpoczęły się donosicielstwo, działalność konfiden­tów, szpiegowanie i zastraszanie, co później bardzo rozwinęły no­woczesne państwa policyjne, tak rozpoczęło się na wielką skalę wymuszanie pozornej uległości i zarazem owo niepowtarzalne, ohydne połączenie strusiej polityki z obłudą, charakterystyczne odtąd dla mentalności narodów chrześcijańskich.

Jakże tolerancyjne były — w porównaniu z nimi — kulty pogańskie! Jakże wspaniałomyślni bywali często sami Rzymia­nie wobec chrześcijan, którym po dziś dzień zdarza się w gro­teskowy sposób wyolbrzymiać zaciekłość doznanych prześlado­wań. Reskrypt Trajana z roku 112, który przesądza o stosunku do chrześcijan przez następnych sto kilkadziesiąt lat, nie zezwala na śledzenie ich ani też na anonimowe donosy. „Albowiem byłby to zły przykład, niegodny naszej epoki”. „Nie chcę — dekretuje później cesarz Hadrian — by dręczono niewinnych, i trzeba unie­możliwić oszczercom bezkarne uprawianie ich haniebnego proce­deru”.

A tysiąc lat później: jakiż postęp w obyczajowości cza­sów chrześcijańskich! Przy tropieniu „kacerzy” dopuszczalne jest wszelkie oszustwo. Ludzie są wszędzie podjudzani do polowań na heretyków, otwarcie zaszczepia się okrucieństwo. Dużo płaci się za miejsca w oknach z widokiem na stos, a wiernym, którzy zgromadzą drewno, zapewnia się odpust zupełny. Urządzane są imponujące autodafe, stanowiące okazje do masowego mordowa­nia ludzi — czasem na oczach dwustu tysięcy widzów. Na ostatnią drogę zakłada się skazanym nawet czapki błazeńskie, przytyka im się do ciała rozżarzone obcęgi, niekiedy ucina się im prawą rękę, a potem słychać śpiew, podczas gdy ofiary — zależnie od kierunku wiatru — już to się duszą, już to z wolna się palą: „Chwalimy Cię, wielki Boże”. „Budujący przykład społecznej doskonałości” — tak chwali jeszcze w 1853 roku inkwizycję wydawane przez jezuitów watykańskie czasopismo.

Żaden artysta kabaretowy nie potrafiłby lepiej sparodiować chrześcijaństwa.

Zdarzało się, że umierające kobiety zabierano w łóżkach na miejsce egzekucji i tam wrzucano je w ogień.

Sam wielki inkwizytor Torąuemada osobiście posłał w Hisz­panii dziesięć tysięcy dwieście dwadzieścia osób na stos oraz dzie­więćdziesiąt siedem tysięcy trzysta siedemdziesiąt jeden osób na galery. I jeszcze w połowie XX wieku chrześcijanie torturują we frankistowskiej Hiszpanii, w Korei, Algierii, Grecji, Wietnamie i w więzieniach Republiki Federalnej Niemiec. W hitlerowskich Niemczech zostaje przywrócona straszliwa kara odpowiedzialno­ści rodzinnej — papież Grzegorz IX ekskomunikował aż do siód­mego pokolenia, a papież Urban II nie uważał za morderstwo zabicia osoby ekskomunikowanej, „gwoli przysłużenia się Kościo­łowi — naszej matce”.

Nie wszystkich heretyków palono. Skruszonym okazywano łaskę. Bito ich w niedziele podczas mszy, raz w miesiącu w każ­dym domu, gdzie spotykali się z podobnymi sobie, oraz w czasie procesji, na każdej stacji. Czasem pędzono ich też nago po uli­cach, po czym byli biczowani przy ołtarzach i nawet legaci papie­scy nie uważali udziału w tym za uwłaczający im. Inni skruszeni trafiali pod „mur”. Skazywano ich na murus largus, dosyć łagodne ograniczenie wolności, albo na murus strictus, co oznaczało do­żywotnie przykucie rąk i nóg do ściany pozbawionej okien celi, zgodnie z nakazem papieża, jak najmniejszej i jak najciemniejszej, a więc karę nie stosowaną nawet za Hitlera. Jeszcze straszniej­szy był murus strictissimus, o którym protokoły inkwizycji jednak milczą.

Znani nam są katolicy, którzy w XIII wieku zaświadczali swoją prawowierność następującą przysięgą: „Nie jestem kace-rzem, bo mam żonę i śpię z nią, mam dzieci i jem mięso, kłamię, przeklinam i jestem wierzącym chrześcijaninem, tak mi dopomóż Bóg!”

Zmarłych, których „herezja” wychodziła na jaw dopiero po ich śmierci, trzeba było ekshumować i traktować tak, jak gdyby jeszcze żyli. Niesławnym wczesnym przykładem na to jest po­stępowanie z papieżem Formozusem. Stefan VI kazał go w 897 roku wykopać, wydał nań wyrok i pozbawił go dwóch palców pra­wej ręki. Sergiusz III zarządził w 905 roku ponowną ekshumację zwłok Formozusa, polecił przyodziać je w szaty papieskie, po­sadzić na tronie, po czym — skazawszy go jeszcze raz — kazał odrąbać mu kolejne trzy palce oraz głowę.

Gdy zadźgano Zwingliego, został poćwiartowany i spalony, a dla zbezczeszczenia jego prochów dorzucono do ognia świń­skie łajno, pod stosem Husa umieszczono natomiast potajemnie zgniłego muła, żeby zademonstrować ludowi odór diabła.

Ale sporadyczne akcje przeciw „kacerzom” nie zadowalały papieży. Pogrążyli oni całą Europę w wojnie. Na południe i na północ wysyłali krucjaty. To, co nie było katolickie, musiało znik­nąć, i tak samo działo się jeszcze w XX wieku w klerykalno-fa-szystowskiej Hiszpanii oraz w Chorwacji.

Pierwsza krucjata przeciwko chrześcijanom odbywała się od 1209 roku i dotknęła albigensów, „zakałę i hańbę rodu ludz­kiego”, jak pisał jeszcze w XIX wieku papież Grzegorz XVI, albigensów, którzy ewidentnie i w takiej mierze nawiązywali do pierwotnego chrześcijaństwa, że nawet doktor Kościoła Bernard z Clairvaux mówił o nich: „Nie ma pewno bardziej chrześcijań­skich kazań niż wygłaszane przez nich, czyste były też ich oby­czaje”. A tymczasem Innocenty III wezwał, w niecałe dwa mie­siące po intronizacji, cały świat chrześcijański do palenia „kace-rzy”, którzy by się nie wyrzekli swojej wiary. Szlachcie północ-nofrancuskiej obiecał posiadłości, królowi Francji (który wyraził swoje wątpliwości co do krucjaty!) panowanie nad krainą zamiesz­kiwaną przez albigensów, a wszystkim katolickim krzyżowcom, nawet najgorszym grzesznikom, wieczną szczęśliwość w raju.

Po owym wezwaniu chwycili za krzyże władcy duchowni i świeccy, całe hufce rycerzy, włóczęgów, tysiące łupieżców zwłok, najemni żołdacy, ladacznice z przewoźnych świątyń Wenery. Z pieśnią Przyjdź Duchu Święty atakowali miasta, wyrzynali miesz­kańców, i „heretyków”, i katolików, jak popadło. Wyrzynali trzy­mających monstrancje kapłanów przy ołtarzach, wyrzynali nie­mowlęta i starców: w samym tylko Beziers dwadzieścia tysięcy ludzi. Już wówczas matki tuliły dzieci do piersi, by nie widziały wrzucania w ogień, tak jak to było później w komorach gazowych Auschwitz. Ale że jeszcze po dwudziestu latach tej rzezi jacyś albi-gensi się uchowali, Kościół płacił dwie marki srebrem jako premię za każdego żywego lub martwego „kacerza”, dostarczonego już po zawarciu pokoju.

Krucjaty i wojny religijne szaleją odtąd w Europie przez całe stulecia. Kontynuowane jest również nawracanie pogan na Wschodzie, zainicjowane już w 782 roku nakazaną przez Karola „Wielkiego” egzekucją czterech i pół tysiąca Sasów. W roku 1147 odbywa się krucjata na ziemie Wenetów. Hasło: „Kto nie zechce się ochrzcić, niech zginie”.

U schyłku średniowiecza rycerze w habitach wymordowują na Wschodzie mieszkańców całych regionów. I w końcu katolicy staczają dziewięć bitew między sobą, bo papież żąda dla siebie — jako „dziedzictwa Matki Boskiej” czegoś, co rycerze też chcą sobie zatrzymać.

W połowie XV wieku ofiarą trwającej wojny prowadzonej przez zakon w Polsce padło tysiąc dziewiętnaście kościołów i sie­demnaście tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt siedem wsi. Pięćset lat później „europejska kruqata” (jak określają katolicki kapelan polowy Wehrmachtu), kampania rosyjska Hitlera, której postępy odnotowują „z satysfakcją” wszyscy biskupi niemiecko-austriaccy i którą papież Pius XII pochwala jako „obronę podstaw cywilizaq’i chrześcijańskiej”, otóż ta „krucjata” pociąga za sobą zniszczenie ponad tysiąca siedmiuset miast i siedemdziesięciu tysięcy wsi i po­zbawia dwadzieścia pięć milionów ludzi dachu nad głową, nie mówiąc już o zabitych. O dalszych perspektywach pisze katolik Friedrich Heer: „Planowanie, obmyślanie, przygotowywanie no­wej wojny przez chrześcijański Kościół — chcący odegrać rolę wspólnika w tej zbrodni — jest prostą kontynuacją poparcia dla wojny prowadzonej przez Hitlera, udzielonego przez przywódców obu głównych Kościołów”.

Sześćset lat prześladuje się waldensów — tylko dlatego, że poważniej traktują Biblię. W roku 1234 papież Grzegorz IX na­kłania do krucjaty przeciw chłopom ze Steding, którzy odmawiają arcybiskupowi Bremy nadmiernej daniny. Pięć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci ginie z rąk krzyżowców, a zagrody owych chłopów zajmują osadnicy obdarzeni nimi przez Kościół.

Na początku XV wieku Marcin V i Eugeniusz IV propagują krucjaty przeciw husytom, podczas których dochodzi do strasz­nych wyczynów obu stron: katolikom rzeźbi się na czołach krzyże, a husytom — kielichy; kapłanów piecze się w beczkach pełnych smoły albo zasztyletowuje się ich przy ołtarzach. Dokonywane rzezie wyludniają całe miasta, setki wiosek płoną, już wtedy zo­staje wypróbowana taktyka spalonej ziemi. Ale jeszcze po dru­giej wojnie światowej zostajemy pouczeni przez protestanckiego teologa Thielickego: „Chrześcijanie, którzy swą służbę frontową odbywają pod okiem Boga, zawsze pojmowali rzemiosło wojenne jako wykonywane w imię miłości [!]”. A jego kolega Kiłnneth oświadcza w trzynaście lat po Hiroszimie: „Nawet bomby ato­mowe mogą służyć okazywaniu miłości bliźnim”.

Żaden artysta kabaretowy…

W 1538 roku Paweł III wzywa do krucjaty przeciw odszcze-pieńczej Anglii, której „kacerzy” chciałby przemienić w niewolni­ków — wszystkich razem i każdego z osobna.

W roku 1568 hiszpański trybunał inkwizycji postanawia likwi­dację trzech milionów Niderlandczyków, którzy—jak brzmi hasło wypisane na kapeluszach „gezów” — wolą być „raczej Turkami niż papistami”. Gdy książę Alba ma już za sobą wymordowanie wielu tysięcy ludzi, papież przesyła mu dla podtrzymania ducha poświęconą szpadę i od tej chwili rozpoczyna się wyludnianie ca­łych miast, nie oszczędzające nawet jednego dziecka, a towarzyszą temu wymyślne okrucieństwa, na przykład dławienie córek krwią ich ojców.

We Francji dochodzi w 1573 roku — okrzyk bojowy: „Niech żyje msza! Zabijajcie, zabijajcie” — w ciągu jednej nocy do zma­sakrowania dwudziestu tysięcy hugenotów. „Wyplenienia” ich żą­dał Pius V, Grzegorz XIII zaś urządza z uciechy publiczne festyny i każe wybić okolicznościowy medal z wizerunkiem anioła, który zabija hugenota, na awersie i własną podobizną na odwrocie.

Potem, po roku 1685, opuszcza Francję dwieście tysięcy hu­genotów. Masowe przesiedlenia, banicje, emigracje obserwowane w XX wieku mają swoje wielkie precedensy już w średniowieczu, kiedy to w różne strony świata uciekają waldensi, humaniści, lu­teranie, erazmianie, baptyści, socynianie, antytrynitarze itd.

W roku 1584 papież Grzegorz XIII stawia w bulii In co-ena Domini protestantów na równi z piratami i zbrodniarzami. A gdy po toczonej przez trzydzieści lat XVII wieku wojnie reli­gijnej, która pochłonęła od czterdziestu do siedemdziesięciu pro­cent ludności krajów zaangażowanych w nią, całkowicie wyczer­pane strony walczące zawierają traktat westfalski, z oficjalnym protestem występuje papież Innocenty X.

Pokrótce tylko wspomnimy tu o krwawej działalności misyj­nej Kościołów chrześcijańskich poza Europą: w Indiach, Afryce, Ameryce, gdzie eksterminacja spotkała wiele milionów ludzi, na Kubie, gdzie objęła wszystkich mieszkańców, a wszystko to działo się oczywiście również — jak szydzi Schopenhauer — „in maio-rem Dei gloriam i gwoli ewangelizacji, a ponadto dlatego, że kto nie był chrześcijaninem, tego nie uważano za człowieka”.

Teoretycznie chrześcijaństwo jest najbardziej pokojową, ale w praktyce najkrwawszą religią w dziejach świata. Uczciwi ba­dacze podkreślali to niejednokrotnie. Angielski historyk William E. H. Lecky nie uważa bynajmniej za przesadne stwierdzenia, iż „Kościół zadał ludziom więcej niezasłużonych cierpień niż jaka­kolwiek inna religia”. A niemiecki teolog Bruno Bauer przyznaje: „Żadna religia nie pochłonęła tylu ofiar w ludziach, i tak hanieb­nie ich wymordowując, jak ta, która szczyci się przezwyciężeniem śmierci na zawsze”.

Oni toczyli wojny i nakłaniali innych do prowadzenia wojen, które im właśnie służyły. Rozprawili się z pogaństwem. Stworzyli inkwizycję. Wywoływali krucjaty przeciw Turkom i chrześcijanom. Ale tego im nigdy nie wystarczało.

Od wieku XIII do XIX chrześcijański Kościół palił czarow­nice — podczas gdy w starożytnej Babilonii palono tylko ich wize­runki. Charakteryzująca nawet najsławniejszych katolików nader prymitywna, obsesyjna wiara w zjawy (Augustyn wierzy mocno w faunów napastujących kobiety; Tomasz z Akwinu — w demony wpływające na pogodę; papież Grzegorz I — uczczony przydom­kiem Wielkiego i rzadkim tytułem doctor Ecclesiae, przyznanym prócz niego jednemu tylko papieżowi, przez z górą pięćset lat źró­dło chrześcijańskiej inspiracji i „nauki” — wypełnia cztery książki stekiem nonsensów, od których włos się jeży, na przykład donie­sieniem o zakonnicy, która nieopatrznie połyka szatana siedzą­cego na liściu sałaty itp.; wszystko najzupełniej serio!), owa nader prymitywna wiara w zjawy, groteskowa psychoza strachu przed diabłem, tłumiony popęd seksualny i bezgraniczna żądza wzbo­gacania się sprowadziły na miliony ludzi, zwłaszcza na kobiety, śmierć w strasznych męczarniach.

Papieże Grzegorz IX, Aleksander VI, Leon X, Juliusz II, Hadrian VI i wielu innych wierzyli w istnienie czarownic, w istnie­nie mężczyzn i kobiet, którzy — jak to formułuje Innocenty VIII w swojej bulli O czarownicach, „obcują cieleśnie z nocnymi du­chami”, czyniąc tym wielką szkodę ziemi, ludziom i zwierzętom. Tak więc prócz pogan, Turków i „kacerzy” polowano już też na czarownice i wyznaczano nagrody za schwytane kobiety — w kato­lickim Offenburgu na przykład dwa szylingi za sztukę — podczas gdy trzy tysiące lat wcześniej babiloński władca Hammurabi grozi w §2. najstarszego kodeksu świata każdemu, kto fałszywie oskarży kogoś o uprawianie czarów, śmiercią i konfiskatą mienia.

W czasach nowożytnych ofiary oskarżeń poddawano bezlito­snym torturom, zmuszano dzieci i matki do wzajemnych denun­cjacji, wymuszano torturami kłamliwe zeznania i nazwiska ko­lejnych ofiar, z których potem, również torturami, wydobywano następne nazwiska. W podziemnych lochach przywiązywano owe nieszczęsne kobiety do drewnianych krzyży, przykuwano je od zewnątrz do murów, narażano je na ataki szczurów, na wszelką pogodę, a ponadto znęcano się nawet nad dziećmi, często bliskimi śmierci po oćwiczeniu przez duchownych i oprawców. Były one na łańcuchach wywieszane z wież na zewnątrz, głodzone, pozwa­lano, by zamarzły, a potem smażono je na ogniu. Jedno z haseł towarzyszących rozprawianiu się z czarownicami brzmiało: „Bę­dziesz torturowana, dopóki twoje ciało nie zacznie przepuszczać promieni słonecznych”.

Wsłuchajmy się w krzyki tych nieszczęsnych ludzi! Wczytajmy się w to, co niektórzy pisali z więzień, żony do mężów, ojcowie i matki do dzieci: zapewnienia o własnej niewinności, słowa po­żegnania na zawsze. Trzeba to poznać, by zrozumieć, że diabeł jest chrześcijaninem, a chrześcijanin często diabłem, albo inaczej: że — jak mówi Kierkegaard — chrześcijaństwo to „wynalazek szatana”.

Zaraza wśród bydła w archidiecezji salzburskiej doprowa­dziła w 1678 roku do śmierci dziewięćdziesięciu siedmiu kobiet na stosie. Biskup Bambergu Fuchs von Dornheim wymordował około roku 1630 blisko sześćset osób płci obojga, które oskarżono o czary, oraz wszystkich pięciu burmistrzów miasta. Jego kuzyn, arcypasterz Wiirzburga Adolf von Ehrenberg posłał na stos około tysiąca dwustu czarownic i magów, po czym zarządził odprawia­nie mszy świętych za ich dusze. Arcybiskup Trewiru Jan zlikwi­dował w 1585 roku tyle czarownic, że w dwóch wioskach ocalały tylko dwie kobiety. „Niechybnie zginie całe miasto” — skarży się w połowie XVII wieku pewien ksiądz z Bonn, gdzie pod naci­skiem arcybiskupa Kolonii, bawarskiego księcia krwi Ferdynanda palono nawet trzyletnie dzieci za rzekome obcowanie z diabłami.

Jak pisze się w chrześcijańskich kronikach, wszędzie „sprzą­tano” i „usuwano brud”, pozbywając się owych kobiet. „Jako że ze starymi nieomal się uporaliśmy i zostały one na nasze pole­cenie pozbawione życia — informuje landgraf Jerzy z Darmstadt w roku 1582 swojego przedstawiciela w augsbruskim Reichstagu — teraz zabierzemy się do młodych […]”. W ogień wrzucano stu­letnie kobiety, roczne dzieci, kalekich i ślepych, śmiertelnie cho­rych, kobiety ciężarne, całe klasy szkolne, nawet duchownych i za­konnice. Szkody czynione w poszczególnych krajach były większe niż na skutek wojen. A każdy, kto przeciwstawiał się temu szaleń­stwu, jako uznawany za „protektora czarownic”, najczęściej sam służył za „opał”, że użyjemy tu określenia z czasów hitlerowskich, zilustrowanego przez długą praktykę Kościoła. Bo przecież w ar­chidiecezji bamberskiej i w diecezji wrocławskiej istniały już piece krematoryjne dla czarownic!

Po uśmierceniu owych nieszczęśników kler zagrabiał ich mie­nie i nierzadko był to prawdziwy powód wszczynania procesów o kacerstwo i czary. Jeden z mogunckich dziekanów zarządził spa­lenie ponad trzystu osób z dwóch wsi po to tylko, by móc przy­łączyć ich ziemie do swoich. Pewien skryba w Fuldzie, którego przełożony, opat, był znanym łowcą czarownic, groził zwłaszcza bogatym i pysznił się tym, że w ciągu dziewiętnastu lat trafiło na stos siedemset osób płci obojga. Każdy z licznych wyroków wy­danych w diecezji augsburskiej kończył się formułą: „Ich majątek przepada na rzecz fiskusa Jego Książęcej Wysokości, przewie­lebnego Marąuarda, biskupa w Augsburgu i proboszcza katedry w Bambergu”. Cesarz Ferdynand II przestrzegał biskupa Bam-bergu: „Co się jednak tyczy niegodnej zaiste konfiskaty, My nie możemy już bynajmniej pod żadnym pozorem pozwolić Warn na takie poczynania”.

Skropione krwią pieniądze inkasowali też inkwizytorzy i spo­wiednicy. Kata czarownic, GeiBa, który działając w Wetteru, nie tylko wspominał w swoich rachunkach o pokryciu kosztów „go­rzałki wypitej tam w ciągu dwóch dni polowania na czarownice przez członków komisji”, ale również zabierał dla siebie jedną trzecią mienia ofiary, uratowała przed gniewem ludu jedynie ucieczka, lecz gdy zwolniono go ze służby, zażądał dalszego wypła­cania poborów — postępując bardzo podobnie, jak wielu sędziów hitlerowskich w Republice Federalnej. Najszybszy i najłatwiejszy sposób wzbogacenia się — mawiano — to palenie czarownic. Czę­sto ustawało ono, gdy znikała perspektywa obłowienia się.

Reformacja nie zahamowała tego szaleństwa. Wręcz prze­ciwnie. Tak jak zwolennicy reformacji w Holandii w barbarzyński sposób zdziesiątkowali katolików, tak jak plądrowali, burzyli ich kościoły i klasztory, wrzucali w ogień krucyfiksy, wizerunki świę­tych oraz księży i zakonników, tak jak w 1527 roku w Rzymie luterańscy lancknechci uśmiercili tysiące papistów i nawet w ba­zylice Świętego Piotra zmasakrowali dwieście osób, po czym pod groźbą palenia domów wymuszając ogromne okupy albo — jak uważają sami luteranie — „dzięki łasce bożej wzbogacili się tak, że niepodobna tego opisać”, tak zabijali teraz również czarow­nice. Luter, który wszędzie widział szatana, zgadzał się na spo­pielenie „diabelskich ladacznic” równie łatwo jak papież albo — powtórzmy jego określenie — jak ta „papieska świnia”, której zresztą także chciał — podobnie jak całej Kurii — wyrwać język przez gardło na zewnątrz, a potem wszystkich tych dostojników według starszeństwa w takim stanie przygwoździć do szubienicy. Kalwin zaś, który swoich krytyków z zapałem uspokajał torturami i mieczem, a ponadto posłał na stos Serveta, chętnie przyznawał genewskiej radzie miejskiej wielkie zasługi w łowieniu czarownic i zwracał uwagę na to, że „jest takich jeszcze wiele”, domagając się, by „wypleniono […] tę rasę”.

Na wielu ziemiach zamieszkanych przez protestantów za­bijano w istocie więcej czarownic niż na ziemiach katolickich. W Brunszwiku, w okolicy Wolfenbuttel, gdzie pod koniec XVI wieku palono często nawet dziesięć kobiet dziennie, słupy, przy których stawały one trafiając na stos, wyglądały jak zwęglony las. Prześladowania osiągnęły punkt kulminacyjny dopiero po okre­sie reformacji. Jeszcze w XVII wieku ich ofiarą padło w Euro­pie przypuszczalnie około miliona ludzi, głównie kobiet. I nawet u schyłku XVIII wieku ewangelicki biskup Troilus ze szwedzkiej diecezji Dalarna wyraził głębokie zatroskanie „naszą epoką obo­jętności i wolnomyślności”, w której nie chciano już palić kobiet oskarżonych o czary.

W całych dziejach świata chrześcijańskiego kobieta była w ogóle źle traktowana, co też stało w sprzeczności z postawą Jezusa. Rozpoczął to Paweł, stawiający mężczyznę znacznie wyżej niż kobietę, a prócz Pawła również inni dawni teologowie, do­patrujący się w kobiecie tylko istoty niższego rzędu, uosobienia cielesności, istoty uwodzącej mężczyznę, po prostu Ewy i grzesz­nicy, którą najchętniej ostrzyżono by do gołej skóry, co zaleca święty Hieronim, której czasem zabrania się nawet śpiewu w ko­ściele, a często i wchodzenia doń i przyjmowania komunii w cza­sie menstruacji, i to pod groźbą surowych kar; kontynuatorem postawy Pawła okazuje się Luter i znajduje ona swoje odzwier­ciedlenie w wielu dyskryminujących przepisach prawnych — aż po XX wiek.

Parlament niemiecki odrzuca projekt ustawy o prawie głosu dla kobiet jeszcze w sierpniu 1918 roku. We Francji kobiety uzy­skują czynne i bierne prawo wyborcze dopiero w roku 1955. A w kraju pochodzenia papieża istniało i po tej dacie dwoja­kie ustawodawstwo dotyczące jednej i drugiej płci, a mianowicie zdrada męża—jak jeszcze niedawno uznał Sąd Najwyższy Włoch, powołując się na stare prawo, w rażącej sprzeczności z konstytu­cją — nie była nawet wykroczeniem, natomiast zdrada kobiety uchodziła za przestępstwo.

Kościołowi nie wystarczało jednak także nabożne polowanie na pogan, muzułmanów, „kacerzy”, czarownice — dołączono do nich Żydów.

Co prawda wszystko w chrześcijaństwie, co nie pochodziło od pogan, było żydowskie, od Starego Testamentu począwszy, poprzez zastępy aniołów, praojców, proroków, Modlitwę Pańską, aż po całą liturgię słowa. Ale właśnie dlatego, że Żydzi nie potrafili pojąć rzekomo chrześcijańskiego charakteru swojej wiary, dlatego że pozostawali „uparci”, w ciągu dwóch tysiącleci płonął ogień nie­nawiści do Żydów.

I ta nienawiść zaczęła się już za czasów Pawła, nasiliła się w Ewangelii świętego Jana i wciąż przybierała na sile. Już w II wieku, najwybitniejszy podówczas apologeta Kościoła po­wszechnego, święty Justyn uznaje Żydów nie tylko za winnych zła, jakie sami wyrządzają, „ale i tego, które wyrządzają wszyscy inni ludzie” — czego nie zdołał przelicytować nawet Streicher. Doktor Kościoła Efraim, „cytra Ducha Świętego”, Izy naród ży­dowski jako ludzi o naturach niewolników, szaleńców, sług sza­tana, morderców, ich przywódcy są nazywani zbrodniarzami, a sę­dziowie niegodziwcami, „oni są dziewięćdziesiąt dziewięć razy gorsi niż nie-Żydzi”. Doktor Kościoła Jan Chryzostom uważa Ży­dów za „nie lepszych niż świnie i barany”, a o synagodze mówi: „Choćby ją nazwać domem publicznym, miejscem rozpusty, przy­bytkiem diabła, twierdzą szatana, zgubą duszy, otchłanią pełną wszelkiego zła albo jakkolwiek inaczej, to nie powie się jednak wszystkiego, na co synagoga zasługuje”.

Nie ma więc nic dziwnego w tym, że już w IV wieku dymią ży­dowskie bożnice, że również rzymscy chrześcijanie podpalają już wówczas jedną synagogę, a inną każe zburzyć biskup Dertony In­nocenty, że nawet święty doktor Kościoła biskup Ambroży dekla­ruje żarliwą solidarność z podpalaczami z Kallinikon i utrzymuje, iż spopieliłby także synagogę mediolańską, gdyby nie zniszczyło jej uderzenie pioruna. Nic dziwnego, że w V wieku staje w pło­mieniach następna rzymska synagoga; że patriarcha Aleksandrii Cyryl, również święty i doktor Kościoła, konfiskuje wszystkie syna­gogi Egiptu i że pod jego przewodem, co prawda bez żadnej pod­stawy prawnej, synagoga w jego mieście rezydencjonalnym staje się obiektem szturmu ogromnego tłumu i ulega zniszczeniu, ma­jątek Żydów zostaje rozgrabiony, a oni sami, obarczeni żonami i dziećmi, lecz wyzuci ze wszystkiego i głodni, muszą opuścić mia­sto; było ich ponoć z górą sto tysięcy, a możliwe, że i dwieście, i tak przedstawiało się to pierwsze „ostateczne rozwiązanie” — Endlósung.

Już u schyłku starożytności uchwala się na dziesiątkach sy­nodów kolejne surowe restrykcje antysemickie, aż wreszcie w 638 roku szósty sobór w Toledo nakazuje przymusowe ochrzczenie wszystkich Żydów zamieszkałych w Hiszpanii, natomiast siedem­nasty sobór toledański roku 694 uznaje wszystkich Żydów za nie­wolników. Ich kapitały ulegają konfiskacie, zostają im też ode­brane dzieci od siódmego roku życia wzwyż.

Zdarzało się oczywiście i tak, że władcy świeccy i duchowni ochraniali Żydów, ale na ogół tylko z motywów ekonomicznych albo politycznych; kazali sobie za to słono płacić, a ponadto czę­sto żądali zmiany wiary. Kiedy Ojcowie Kościoła występujący u schyłku starożytności wprowadzili pojęcie żydowskiego zniewo­lenia, servitus Judeorum, listy żelazne cesarzy i królów z czasów ostatnich Karolingów ustanawiały coraz większą zależność Ży­dów, najpierw w zachodniej Francji, a potem w Anglii, gdzie w XII wieku zadekretowano: „Żydzi i wszystkie rzeczy, jakie posiadają, należą do króla”. W Niemczech byli odpowiednio własnością „ko­mory” cesarza, który uważał siebie za właściciela żydowskiego mienia, a przynajmniej miał do niego stałe prawo hipoteczne i od­stępował to prawo episkopatowi, szlachcie, miastom, przez co sy­tuacja Żydów destabilizowała się coraz bardziej, biskupi pochwa­lali stosowanie przemocy wobec Żydów i zapewniali im ochronę tylko w wypadku ochrzczenia się, choćby ci ludzie zdychali na ich oczach.

Od 1103 roku ochrona królewska została przyznana wszyst­kim Żydom — z niewielkim pożytkiem dla nich — na sto dwa­dzieścia, sto trzydzieści lat, a ustanowił to Henryk IV, którego pa­nowanie zapoczątkował spór z papiestwem o inwestyturę. Za ową ochronę Żydzi musieli co rok płacić wysokie podatki, co więcej, za „łaskę” ocalenia od stosu przychodziło im wyzbywać się jed­nej trzeciej majątku przy okazji wyboru każdego kolejnego króla Rzymu oraz koronacji każdego cesarza rzymskiego.

Byli co prawda chronieni ponadto bullami protekcyjnymi nie­jednego papieża: Aleksandra III w końcu XII wieku, Grzego­rza IX w roku 1237, Innocentego IV w roku 1247, ale ten ostatni już w 1244 roku kazał spalić Talmud. W innych jednak bullach — z roku 1279, 1577, 1584 itd. — papieże regularnie zmuszali Żydów do słuchania ściśle kontrolowanych kazań nawracających, przy czym byli oni bici laskami, żeby nie zasypiali.

„Złe traktowanie Żydów uważa się za dzieło miłe Bogu” — donosi w XII wieku Abelard. „Gdy chcą udać się do następnej miejscowości, muszą wysokimi sumami zapewniać sobie ochronę ze strony Kościołów chrześcijańskich, które w istocie pragną ich śmierci, by przywłaszczyć sobie spuściznę. Ziemi uprawnej ani winnic Żydzi posiadać nie mogą, bo nie ma komu gwarantować ich mienia. Jako źródło zysku pozostaje im więc tylko lichwa, a to z kolei naraża ich na nienawiść chrześcijan”.

W 1179 roku trzeci sobór laterański dekretuje, że „chrześci­janie, którzy ważyli się współżyć z Żydami, podlegają ekskomu-nice”. Innocenty III nazywa ich w roku 1205 „wyklętymi przez Boga niewolnikami” i pisze do hrabiego Tuluzy, którego obłożył ekskomuniką: „Na pohańbienie chrześcijaństwa obdarzasz Ży­dów urzędami […]. Nasz Pan zmiażdży Cię!”, a ponadto pra­gnie widzieć ich w wiecznej niewoli. Sobór w Zamorze w roku 1313 ponownie zarządza zniewolenie ich i pod groźbą ekskomu-niki żąda wykonania tego postanowienia przez władze świeckie. Krótko mówiąc, antysemickie dekrety kościelne pojawiają się aż do wieku XIX. Jeszcze Leon XII, intronizowany w 1823 roku (pa­pież tak moralny, że zakazuje walca jako tańca nieprzyzwoitego), tworzy nowe getta i poddaje ich mieszkańców inkwizycji.

Nic dziwnego, że stale podjudzany chrześcijański motłoch za­czął również likwidować Żydów. Byli oni kamienowani, topieni, łamani kołem, wieszani, rąbani na kawałki, paleni żywcem i grze­bani żywcem. Na postronkach i za włosy zaciągano ich do chrzciel­nicy i czynny udział w tym przymusowym chrzczeniu brał wyższy kler, który ciągle domagał się coraz zacieklejszych prześladowań.

Pierwsze rzezie Żydów na większą skalę były następstwami krucjat. Wyprawy krzyżowe finansowano w znacznym stopniu ży­dowskimi pieniędzmi, tak więc zabijanie Żydów uwalniało od zwrotu kapitału z procentami. Pierwszy taki wypadek to ograbie­nie przez krzyżowców w 1096 roku gminy żydowskiej w Rouen, po czym spalono domy i wymordowano ludność żydowską miasta. To samo spotkało Żydów nadreńskich w Kolonii, Wormacji, Trewi-rze, gdzie biskup Egilbert uratował tylko tych, którzy się ochrzcili, a pozostałych zamordowano. W Moguncji arcybiskup Ruthard obiecał Żydom ochronę w zamian za wysoką sumę, a potem jed­nak kazał ich zlikwidować — od siedmiuset do tysiąca dwustu osób. Podobny los zgotowano im w Ratyzbonie, Pradze i innych miastach. Podczas szturmu na Jerozolimę 15 lipca 1099 roku, kiedy to krzyżowcy nurzali się we krwi po kolana i po siodła koni, zapędzono ludność żydowską do synagog i tam spalono żywcem.

W czasie tak zwanej drugiej i trzeciej krucjaty również doszło do prześladowania Żydów, do czego we Francji zachę­cał opat Cluny Piotr, wielce czcigodny i święty, w Niemczech natomiast inicjatorem działań terrorystycznych był brat zakonny Rudolf. W Anglii rzezie rozpoczęły się podczas trzeciej krucjaty lat 1189/1190; jak się twierdzi, tamtejsze gminy żydowskie nigdy nie przezwyciężyły w pełni skutków owych rzezi.

W wieku XIII i XIV wybuchy antysemickiej nienawiści, które wstrząsnęły całą Europą, były inicjowane przede wszystkim przez sobory laterańskie.

Czwarty z nich, który obradował za czasów Innocentego III, najpotężniejszego papieża w całych dziejach — „Żyd — napisał on w 1205 roku do biskupa Paryża — jest jak ogień w łonie, jak mysz w worku, jak żmija u szyi” — otóż ten sobór potwier­dził, powołując się na Augustyna, tezę o wiecznym podporząd­kowaniu, zniewoleniu Żydów i wydał szereg antysemickich de­kretów. I tak zakazano Żydom sprawowania funkcji publicznych, co rok w okresie Wielkiejnocy musieli płacić specjalny podatek i pozostawać w domach, mając zamknięte sklepy. Nie wolno im było współżyć z chrześcijanami, a ponadto musieli nosić zarówno określoną odzież lub znaki rozpoznawcze, jak też wysokie stoż­kowate kapelusze, tak zwane kapelusze żydowskie, później zaś żółty pierścień; stąd wzięła się hitlerowska gwiazda dla Żydów. Surowo zakazane były stosunki płciowe między Żydami a chrze­ścijanami. Taka kopulacja, potem tępiona przez nazistów, ucho­dziła za zbrodnię przeciw chrześcijaństwu, zaparcie się wiary, cza­sem też objaw zezwierzęcenia. Prawo miejskie Moguncji karało to ucięciem członka i pozbawieniem jednego oka, jihlavskie — pogrzebaniem za życia, praskie — wbiciem na pal i konfiskatą mienia, augsburskie prawo miejskie oraz Zwierciadło szwabskie — spaleniem ułożonych warstwowo „winnych”.

W 1235 roku zabito w Fuldzie trzydzieści cztery osoby, męż­czyzn i kobiety, ponieważ dwoje spośród tych Żydów zamordo­wało jakoby piątkę chrześcijańskich dzieci, co później zwołana cesarska komisja uznała za oskarżenie całkowicie bezpodstawne. W latach 1257 i 1267 wymordowano członków gmin żydowskich w Londynie, Canterbury, Northampton, Lincoln, Cambridge i in­nych miastach. W roku 1281 wtrącono do więzień wszystkich Żydów Kastylii i wymuszono na nich horrendalne kontrybucje: metoda stosowana równie chętnie jak banicja, jeśli biskup albo władca świecki zapragnął większych pieniędzy. Z Franq’i wypę­dzano Żydów pięciokrotnie między rokiem 1182 a 1322, za każ­dym razem ograbiając ich i ponawiając wypędzenie. W 1290 roku pogrom dokonany w Czechach pozbawił życia około dziesięciu tysięcy Żydów.

We Frankonii, Bawarii oraz Austrii doszło, jak się utrzymuje, w 1298 roku, po oskarżeniu o mord rytualny, do ekstermina-q’i stu czterdziestu sześciu gmin żydowskich, przy czym pierwszą większą gminą, którą spotkały prześladowania, była wspólnota wiirzburska: dziewięćset ofiar. W katolickim Bambergu zginęło wówczas około stu trzydziestu pięciu Żydów, w katolickiej No­rymberdze — sześćset dwadzieścia osiem osób: mężczyzn, kobiet i dzieci. W roku 1328 następuje niemal całkowita likwidacja gmin żydowskich w Królestwie Nawarry. W 1337 roku z Deggendorfu rozprzestrzenia się na Bawarię, Czechy, Morawy i Austrię fala mordów, która obejmuje pięćdziesiąt jeden miejscowości. W roku 1348 zostają na jednej z wysp reńskich spaleni Żydzi bazylejscy, strasburscy zaś — na cmentarzu.

W 1349 roku w ponad trzystu pięćdziesięciu niemieckich miastach i wsiach giną niemalże wszyscy Żydzi, na ogół paleni żywcem. W tym jednym roku chrześcijanie wymordowali o wiele więcej Żydów niż niegdyś, w ciągu dwustu lat prześladowań, po­ganie zdążyli wymordować chrześcijan! Wielu Żydów mogłoby ocaleć dzięki ochrzczeniu się, ale prawie zawsze przedkładali mę­czeńską śmierć nad życie w katolicyzmie. W Moguncji katolicy zlikwidowali podówczas największą gminę żydowską Niemiec — sześć tysięcy osób. Po wymordowaniu Żydów norymberskich na­stępuje konfiskata ich domów i mienia, z czego biskup Bambergu inkasuje osiemset guldenów. W samym Bambergu część Żydów wybito, a inni z rozpaczy dokonywali samospalenia z całym mająt­kiem. Wszystkie niemalże domy ofiar przypadają bamberskiemu biskupowi Fryderykowi, a synagoga zostaje zamieniona w kaplicę ku czci Maryi. W Wiirzburgu następuje zbiorowe samospalenie w domach całej ludności żydowskiej.

W Hiszpanii wielkie rzezie rozpoczynają się w XIV wieku straszliwymi krwawymi orgiami w Geronie i Barcelonie. W Se­willi likwiduje się w 1391 roku pod przewodem arcybiskupa ko-adiutora Martineza cztery tysiące Żydów, a bez mała dwadzieścia pięć tysięcy zostaje sprzedanych w niewolę. Potem pogromy ob­jęły liczne inne miasta, wszystkie dzielnice żydowskie zamieniły się w zgliszcza, a ich mieszkańcy zostali poćwiartowani bądź wy­pędzeni.

Wydana l listopada 1478 roku bulla papieża Sykstusa IV upoważnia monarchów hiszpańskich do ustanowienia trybunału inkwizycyjnego, który 17 września 1480 roku otrzymuje polecenie rozpoczęcia „pracy” w Sewilli. Potem całkiem otwarcie odbywają się istne festyny ludowe z okazji palenia na stosach. Jeszcze za pontyfikatu Sykstusa inkwizycja pali w Toledo w ciągu trzech dni dwa tysiące czterystu marranów — tak nazywano przechrzczo­nych Żydów, a słowo to oznacza świnię. W krótkim czasie egze­kucje objęły, jak się oblicza, blisko trzydzieści tysięcy osób.

W roku 1389 ginie w Pradze jednego tylko dnia trzy tysiące Żydów, w roku 1420 w Austrii — tysiąc trzystu Żydów, w 1453 roku na Śląsku, w następstwie agitacji generała kapucynów Jana Kapistrana — zaciekłego antysemity, orędownika krucjat, inkwi­zytora i świętego Kościoła katolickiego, który czci go po dziś dzień 28 marca -r wybito wszystkich Żydów, a w 1648 roku w Polsce — około dwustu tysięcy Żydów. Takich danych liczbowych można by podać więcej.

Reformacja nie zmieniała ani na jotę chrześcijańskiego an­tysemityzmu. Wręcz przeciwnie. Po wczesnym okresie filosemity-zmu, kiedy to urzeczeni Lutrem Żydzi rozgłaszali, iż nastał czas pojawienia się Mesjasza, ów reformator zalecał w zjadliwych pam-fletach „surowe miłosierdzie” i ze swadą powtarzał gwoli przeko­nania wyznawców prawie wszystkie kłamstwa i straszliwe opo­wieści katolików, między innymi posądzenie o zatruwanie studni i o mordy rytualne. Utożsamiał Żydów ze świniami, uznawał ich za „gorszych niż prosięta”, żądał dla nich kary śmierci za odpra­wianie nabożeństw, domagał się zakazu publikacji, zniszczenia domów, spalenia szkół i bożnic, „iżby nikt nigdy nie zobaczył po­zostałego po nich kamienia czy popiołu. I niechaj to się dzieje na chwałę Pana naszego i chrześcijaństwa, by Bóg widział, że je­steśmy chrześcijanami”. Jeszcze na krótko przed swoją śmiercią namawiał Luter władców niemieckich do wypędzenia Żydów. Ale z większości dużych miast wypędzono ich już wcześniej.

Kontrreformacja, zapoczątkowana w 1540 roku utworzeniem zakonu jezuitów — żądali oni od każdego kandydata udowodnie­nia braku koligacji żydowskich najpierw do piątego, potem zaś do trzeciego pokolenia wstecz — ze szczególnym fanatyzmem tę­piła Żydów. Paweł IV, który — jeszcze jako kardynał Caraffa — był świadkiem zarządzonego przez siebie w 1553 roku spalenia na rzymskim Campo dei Fiori wszystkich znalezionych w mie­ście egzemplarzy Talmudu (na tym samym placu spalony został kilkadziesiąt lat później jeden z największych geniuszów czasów nowożytnych Giordano Brano), w roli papieża restytuował wiele średniowiecznych dekretów antysemickich, narzucił Żydom no­szenie żółtych kapeluszy, zakazał im posiadania ziemi i pełnienia urzędów, uniemożliwił im wykonywanie wszelkich profesji akade­mickich — te rozporządzenia zachowały się we Włoszech, pra­wie bez wyjątków, aż po wiek XIX — i kazał spalić publicznie dwudziestu czterech mężczyzn oraz jedną kobietę spośród mar-ranów. Gdy wielu marranów po odkryciu Ameryki przeniosło się pospiesznie do „Nowego Świata”, Stary Świat dopadł ich tam nie­bawem, urządzając okrutne autodafe — to słowo, pochodzące od łacińskiego actus fidei, oznacza „akt wiary”.

We Francji los Żydów uległ poprawie dzięki rewolucji, w większości miast niemieckich zaś, ale nie w Bawarii, dzięki wy­darzeniom roku 1848. Natomiast w Rosji, gdzie w XIX wieku żyły dwie trzecie Żydów całego świata, przy czym w znacznej liczbie byli to potomkowie ludzi, którzy w średniowieczu salwowali się ucieczką przed krzyżowcami i innymi pobożnymi chrześcijanami, otóż w Rosji dochodzi do pogromów wynikłych z kaznodziejstwa, postawy wrogości i jawnego szczucia ze strony kleru prawosław­nego. Nie był to przypadek, iż owe ekscesy zaczęły się na Wiel­kanoc 1881 roku, a w następnych latach zabijano, wypędzano, na przykład w roku 1903 usunięto Żydów z dwustu osiemdzie­sięciu czterech rosyjskich miast i zapowiedzią akcji stało się bicie kościelnych dzwonów, czasem też na czele ludu stawał pop ze sztandarem ukazującym Chrystusa ukrzyżowanego: przy aproba­cie rządu wymordowano pięćdziesiąt tysięcy ludzi.

I na Zachodzie antysemityzm trwa, nadal dochodzi do oskar­żeń o mordy rytualne, tortur, ofiar krwi. W Państwie Kościel­nym zostaje ze wszystkimi szczegółami odtworzony system gett. W Niemczech powstaje pod koniec XIX wieku protestancki związek antysemicki na czele z kapelanem nadwornym Adolfem Stoeckerem z Berlina; jako gadzinówki antysemickie funkcjonują przede wszystkim protestancka „Kreuzzeitung” i katolicka „Ger­mania”, której głównym udziałowcem jest w 1924 roku późniejszy zastępca Hitlera i szambelan papieski Franz von Papen.

Na wzór niemiecki powstaje również w Austrii Partia An­tysemicka, której przywódcy książę Liechtenstein i Karl Lueger otrzymują przed wyborami placet papieża. Lueger był potem dłu­goletnim burmistrzem Wiednia, antysemityzm zaś stał się jedynym niezmiennym punktem programu austriackiej Partii Chrześcijań-Sko-Społecznej, a „bezpośrednią negatywną pochodną” (według katolika F. W. Foerstera, autora jednej z publikacji katolickiego Wydawnictwa Herder Yerlag): Adolf Hitler.

Przyjmując 26 kwietnia 1933 roku w Berlinie biskupa Ber-ninga oraz wikariusza generalnego, księdza prałata Steinmanna, powiedział on, „w pełni przekonany o wielkiej potędze i głębokim sensie religii chrześcijańskiej”: „Atakowano mnie za sposób roz­wiązywania kwestii żydowskiej, Kościół katolicki uważał Żydów przez tysiąc pięćset lat za szkodliwych, umieszczał ich w gettach itd., bo rozumiano, jacy są Żydzi […]. Ja nawiązuję do tego, co robiono przez tysiąc pięćset lat […], widzę w przedstawicielach tej rasy ludzi szkodzących państwu i Kościołowi, i możliwe, że największą przysługę wyświadczę chrześcijaństwu”.

Owi duchowni nie zaprotestowali ani jednym słowem. A przecież w tym samym miesiącu redaktor teologiczny mie­sięcznika „Seele” skarżył się w liście do arcybiskupa Monachium, kardynała Faulhabera, „że w tych czasach rozniecania skrajnej nienawiści do — zapewne w ponad dziewięćdziesięciu dziewię­ciu procentach niewinnych — obywateli żydowskich, jak widzę, żadne pismo katolickie nie miało odwagi głosić katolickiej nauki katechetycznej, iż nie wolno nienawidzić ani też prześladować in­nych ludzi — a już najmniej ze względu na ich rasę”. Faulhaber zareplikował z zażenowaniem, rozdrażnieniem, ironią i wyjaśnił, że każdy chrześcijanin musi występować przeciw prześladowaniu Żydów; natomiast „najwyższe władze Kościoła” mają do czynie­nia z „o wiele ważniejszymi aktualnymi sprawami” i nie uważają za stosowne „dać rządowi pretekst do przeorientowania nagonki — z Żydów na jezuitów”.

Ale Kościół katolicki niejednokrotnie w przeszłości inicjo­wał i popierał nagonkę na Żydów. Jeszcze w XX wieku Pius X oświadczył dosłownie: „Religia żydowska była podstawą naszej religii; została jednak zastąpiona nauką Chrystusa i nie możemy uznać dalszej racji istnienia tamtej”. Dlatego też papież, którego pontyfikat przypadł na lata drugiej wojny światowej, Pius XII, sprzeciwiał się stanowczo utworzeniu państwa izraelskiego. Gdy zaś powstało, „wciąż” nalegał na „umiędzynarodowienie Jerozo­limy i miejsc świętych w całej Palestynie. Watykan nigdy nie uznał państwa Izrael i z tego właśnie powodu nie utrzymuje z nim sto­sunków dyplomatycznych” (Giinter Stemberger).

W czasach hitlerowskich Kościół często wygrywał dla siebie antysemityzm i narodowosocjalistyczną teorię ras.

I tak w opatrzonej kościelnym impńmatur książce katolic­kiego teologa Johannesa Petera Junglasa z roku 1935 pod tytułem Christus und der deutsche Mensch (Chrystus a naród niemiecki) cały jeden rozdział omawia naukowo, politycznie i światopoglą­dowo temat „chrześcijaństwo a rasa”. W wywodzie naukowym czytamy: „Kościół nie ma nic do zarzucenia temu nowemu ro­zumieniu kwestii. Bo Kościół błogosławi wszelkie dążenie do prawdy. Musi on więc przyjąć z uznaniem tę nową naukę […]”.

Wywód polityczny wręcz piętnuje — „ze zrozumieniem” — fakt, że „w warunkach dotkliwego kryzysu gospodarczego tyle dziedzicznie zdrowych ludzi pozostaje w stanie bezżennym i bez­dzietnym bądź ma niewiele dzieci, gdy tymczasem ludzie do­tknięci chorobami dziedzicznymi rozmnażają się bez skrupułów i obarczają naród osobami niepełnowartościowymi pod względem duchowym i cielesnym”.

Trzeci wywód, światopoglądowy, poucza nas jak następuje: „Rasa żydowska istotnie od zarania dziejów odnosiła się z naj­większą wrogością do chrześcijaństwa. W dzisiejszej ewangelii sam Zbawiciel [!] zapowiada odtrącenie plemienia Izraela […], Zbawiciel mówi: «Dzieci tego królestwa zostaną wrzucone w naj­ciemniejszą otchłań, będzie słychać płacz i zgrzytanie zębów»”. Chrześcijański Kościół jest tu gloryfikowany jako „Kościół ludów pogańskich”. „Wszystkie wartości rasy potwierdzają się i wzma­gają”, ale „według tego, co zaświadcza teoria ras, najszlachet­niejszymi przedstawicielami rasy nordyckiej w dotychczasowych dziejach świata byli średniowieczni rycerze epoki Hohenstaufów”, przy czym oczywiście „właśnie rycerstwo ukształtowało się pod wpływem chrześcijańskiego Kościoła”.

Zbiór kazań Lebendige Predigt (Kazania żywe), wydany z ko­ścielnym imprimatur w 1936 roku, proponuje na niedziele wielko­postne homilię O wyższości rasowych chrześcijan, a w niej fragment opatrzony podtytułem Krew Chrystusa przeważyła nad religijnością Żydów. Po wysunięciu na plan pierwszy „rasowości”, „rasowych chrześcijan” oraz „najautentyczniejszych rasowych chrześcijan”, świętych, następuje podsumowanie: „[…] religia żydowska musiała zostać przezwyciężona. Chrystus może sobie przypisać dokonanie tego nadludzkiego dzieła […]. Kto żyje we krwi Chrystusa, ten przezwycięża w sobie stopniowo ducha i formy zewnętrzne religii żydowskiej”.

Jeszcze w 1941 roku jezuita Peter Browe dokumentuje ob­szernie na łamach „Archiv fur katholisches Kirchenrecht” sytu­ację Żydów ochrzczonych oraz ich dzieci z punktu widzenia prawa kanonicznego, przy czym wciąż jest mowa o „potomstwie Żydów”. Ani w starożytności, ani w szczytowym okresie średniowiecza nie istniała co prawda dyskryminacja tych konwertytów de facto czy de iure, ale jednak pieniąca się wszędzie, zwłaszcza w Hiszpa­nii i Portugalii, pogarda dla Żydów dotyczyła również „nowych chrześcijan”.

Na przełomie XV i XVI wieku zaczęło się usuwanie takich „potomków Żydów” z większości zakonów rycerskich, na przy­kład z zakonu alkantarskiego, z zakonu świętego Jakuba od Mie­cza, a poza Półwyspem Iberyjskim z rycerskiego zakonu joanni-tów oraz zakonu rycerzy świętego Stefana. Ale i inne zgroma­dzenia zakonne występowały po okresie średniowiecza przeciw chrześcijanom krwi żydowskiej, na przykład kanonicy regularni, trynitarze, mercedarianie, karmelici, benedyktyni, cystersi, ere­mici świętego Hieronima, franciszkanie, tearyni, dominikanie — szczególnie po to, „by móc usłużyć inkwizycji”; ewidentnie cho­dziło o nieskazitelną czystość rasową inkwizytorów.

Założyciel zakonu jezuitów był co prawda niechętny przyj­mowaniu „potomków Żydów”, ale dwa razy stwierdził, że uważa pochodzenie od Żydów za wielką łaskę Pana, bo „czyż spokrew­nienie z naszym Panem i Najświętszą Marią Panną nie miałoby być wielką łaską?”. Niebawem jednak, już w roku 1592, prze­łożeni jezuitów na Półwyspie Pirenejskim zaczęli odtrącać ludzi „których ród nie jest rasowo czysty […]; musimy bowiem oczy­ścić z nich społeczeństwo, bo są tylko ciężarem, przynoszą szkody i wielu poważnym kręgom, zwłaszcza Świętemu Oficjum, spra­wiają kłopoty”. W rok później, w 1593 roku, zwołana do Rzymu piąta kongregacja generalna rozciągnęła ów zakaz niemalże jed­nogłośnie na całe Towarzystwo Jezusowe, przy czym nawet gene­rał zakonu nie mógł w żadnym przypadku udzielić dyspensy. Bo przecież generałowie jezuitów niejednokrotnie postanawiali, że kandydaci, których żydowskie pochodzenie było znane, nie mogą zostać przyjęci, „choćby ich antenaci byli dobrymi chrześcijanami do szesnastego pokolenia i jeszcze dawniej” i „choćby ród wydał dwóch kardynałów”.

Jezuita Browe kończy w roku 1941 swoją rozprawę jak na­stępuje: „Według prawa powszechnego, jakie dzisiaj obowiązuje, ta przeszkoda wynikająca z krwi już nie istnieje; jedynie dla neofitów pozostaje aktualny, zgodnie z §6. artykułu 987., okres próby, żądany przez sobór nicejski. Mimo to zapewne i dziś lu­dzie pochodzący od Żydów, których rodowód jest znany, nie zostaliby w wielu krajach tak łatwo wyświęceni na księży ani nie doczekaliby się wyższych dostojeństw, jak inni kandydaci, których rodzice i wcześniejsi przodkowie byli bez wyjątku chrze­ścijanami”.

Kościół ewangelicki Niemiec, który już w roku 1933 stworzył antysemicki paragraf dotyczący pochodzenia aryjskiego, ogłosił 17 grudnia 1941 roku następujący komunikat na temat stanowiska Kościoła wobec ewangelickich Żydów (podpisany przez biskupów bądź prezesów Kościołów krajowych Saksonii, Hesji, Meklembur­gii, Szlezwika-Holsztynu, Anhaltu, Turyngii oraz przez prezesa ewangelicko-luterańskiego Kościoła Lubeki): „Narodowosocjalistyczne kierownictwo państwa dowiodło niezbicie za pomocą licznych dokumentów, że ta wojna o za­sięgu światowym została wywołana przez Żydów. Dlatego też pod­jęło ono skierowane przeciw Żydom decyzje wewnętrzne- i ze-wnętrznopolityczne, niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa Niemcom.

Jako elementy niemieckiej wspólnoty narodowej, niżej pod­pisane niemieckie ewangelickie Kościoły krajowe oraz ich przy­wódcy znajdują się na froncie tej historycznej walki obronnej, która m.in. uczyniła niezbędnym zarządzenie policji Rzeszy doty­czące znaków rozpoznawczych dla Żydów jako naturalnych wro­gów całego świata i Rzeszy, podobnie jak już doktor Marcin Lu­ter [!] wysunął, nauczony doświadczeniem, żądanie, by podjęto jak najsurowsze kroki przeciw Żydom i skazano ich na banicję z krajów niemieckich.

Od dnia ukrzyżowania Chrystusa aż po dzień dzisiejszy Żydzi zwalczali chrześcijaństwo bądź też wykorzystywali je lub wypaczali dla osiągnięcia swoich egoistycznych celów. Chrzest nie zmienia niczego w rasowej odrębności Żydów, ich przynależności naro­dowej i egzystencji biologicznej. Niemiecki Kościół ewangelicki musi dbać o życie religijne niemieckich współobywateli i sprzyjać mu. Chrześcijanie rasy żydowskiej nie znajdą dla siebie miejsca w tym Kościele ani żadnych praw.

Niżej podpisane niemieckie Kościoły ewangelickie oraz ich kierownictwa zniosły dlatego wszelką wspólnotę z Żydochrześci-janami. Kościoły te nie będą tolerować żadnego wpływu ducha żydowskiego na niemieckie życie religijne i kościelne”.

I stąd wiedzie prosta droga do komór gazowych Auschwitz, utorowana tysiącami traktatów, kazań, listów papieskich, posta­nowień soborowych. Biskupi i święci chrześcijańscy już w czasach antycznych masowo konfiskowali lub palili synagogi, już wówczas pisali, że ojcem Żyda jest diabeł, co powraca u Streichera, już w IX wieku antycypowali dosłownie nazistowski slogan: „Nie ku­pujcie u Żydów!”, w wiekach średnich stworzyli precedens hi­tlerowskiej gwiazdy dla Żydów i uznali odpowiednie zarządzenie soborowe za część prawa kanonicznego. Już oni wyjmowali Ży­dów spod prawa, ograbiali ich, umieszczali w gettach, przepędzali z niezliczonych społeczności i krajów i setki tysięcy tych ludzi zma­sakrowali.

Kościół zwalczał i eksploatował wszystkich, w niemałym stop­niu również własne owieczki, co niech zostanie w proponowanych teraz rozważaniach o dziejach społeczeństw przedstawione nieco szczegółowiej choćby dlatego, że wielka chęć wzbogacania się, widoczna u wyższego duchowieństwa, czyni nieuchronnym jego sprzymierzanie się z państwami oraz obligatoryjne sankcjonowa­nia masowej zagłady — od Konstantyna po Wietnam. Gdy Ko­ściół stanął po stronie bogatych, to chwycił także za ich miecz — po czym szybko obrastał w dostatek…

Biblijny Jezus pojawił się co prawda jako przyjaciel paria-sów i ludzi wyzutych z praw, poborców ceł i grzeszników, kalek, ludzi napiętnowanych. Chwalił biednych i groził bogatym. Żądał rezygnacji z wszelkiego majątku. Potępiał „niesprawiedliwą ma­monę”, „ułudę bogactwa”, a jego „dobra nowina” dla ujarzmio­nych zapewne przyspieszyła działania misji chrześcijańskich, za­pewne przyciągała niewolników, wyzwoleńców, robotników, drob­nych rzemieślników, wygnanych chłopów, z których w większości składała się najdawniejsza wspólnota chrześcijańska. Zniewoleni przez rzymski kapitalizm agrarny i dyktatury cezarów, ci ludzie tę­sknili od pokoleń do wybawienia z nędzy i dostrzegali w chrześci­jaństwie nie tylko idealną religię, ale i spełnienie proletariackich nadziei, wyzwolenie z niedostatku.

Ale później kler nie zamierzał bynajmniej zmieniać struktur społecznych. Podczas gdy nauka Chrystusa była wręcz ekstremal­nie rewolucyjna, Kościół stawał się potęgą na wskroś konserwa­tywną, tłumił kompromisami i relatywizacją ewangeliczny radyka­lizm, całkowicie odżegnał się od tradycji pierwotnego chrześcijań­stwa, natomiast przejął antyczny ustrój gospodarczy ze wszystkimi jego elementami.

Najjaskrawiej wykazuje to utrzymywanie przez Kościół nie­wolnictwa, a na odpowiednią do tej sytuacji dewizę natrafiamy u Pawła: tak jak każdy powinien pozostać w tym stanie, w którym się znajduje, tak i niewolnik powinien pozostać w niewolnictwie. Co więcej, jak tego żąda w II wieku biskup Ignacy, niewolnicy po­winni „na chwałę Boga jeszcze gorliwiej wykonywać pracę niewol­niczą”! Doktor Kościoła Ambroży nazywa niewolnictwo „darem Boga”. A inny doktor Kościoła Augustyn już bez zastrzeżeń stoi po stronie bogatych i propaguje ideał „pracowitości w biedzie” — pozostać biednym i dużo pracować to jedna z najistotniejszych rad, jakich udziela biednym — otóż Augustyn z jednej strony po­ciesza (jak mutatis mutandis wszystkie encykliki społeczne ostat­nich stu lat) niewolników stwierdzeniem, że ich los to przejaw woli Boga, a z drugiej strony uświadamia właścicielom niewolni­ków korzyści płynące dla nich z takiego uzależnienia.

Równouprawnienie religijne niewolników, przyznane im już wcześniej w kulcie Dionizosa, ustaje jednak niebawem, w roku 257, w chrześcijaństwie, z chwilą gdy papież Stefan I zabrania im ubiegania się o godność kapłańską. „Podły niewolnik nie jest prze­cież godzien takiego zaszczytu” — pisze w 443 roku doktor Ko­ścioła, papież Leon I „Wielki”. Otóż to — w czasach pogańskich, przede wszystkim dzięki stoickiej doktrynie równości ludzi, nastą­piła wreszcie pewna poprawa losu niewolników, ale w IV wieku Kościół znowu pogorszył ich status prawny. I nie tylko przodo­wał w liczebności posiadanych niewolników, lecz również — co nie istniało nigdzie indziej — uniemożliwiał ich wyzwolenie. Jako „dobro kościelne” byli oni niezbywalni. Mało tego. W każdym ko­lejnym stuleciu zwiększało się zniewolenie i niewolnictwo utrzy­mało się za sprawą Kościoła przez całe średniowiecze. Tomasz z Akwinu jednoznacznie je usprawiedliwiał, Egidiusz Rzymianin zaś wysławiał je wręcz jako „instytucję chrześcijańską”.

U schyłku średniowiecza ta chrześcijańska instytucja nawet rozwinęła się w Europie Południowej. Spośród wielkich miast za­chodnioeuropejskich najdłużej zachował ją — konsekwentnie — papieski Rzym. Niesłuszne to, ale zrozumiałe, jeśli się pomyśli o ogromnym majątku Kościoła, choć przecież groteskowe, gdy wspomnimy Jezusa i „komunizm miłości” głoszony przez aposto­łów, do którego nawiązują nie tylko liczne sekty chrześcijańskie, lecz również wielu Ojców i doktorów Kościoła, jak Jan Chry-zostom, żądający niejednokrotnie wspólnoty dóbr zamiast wła­sności prywatnej i nakazujący, by wszystko „posiadano na spo­sób komunistyczny”. Albo doctor Eccksiae Bazyli, jeden z naj­lepszych chrześcijan wszechczasów, który cały swój majątek od­daje biednym, a potem dołącza do tego ogromne dziedzictwo i wreszcie przekazuje ludziom będącym w potrzebie większość do­chodu z bardzo bogatej diecezji, chrześcijanin, który innych chrze­ścijan posiadających cokolwiek stawia na równi ze zbójcami. Ale gdy ci doktorzy Kościoła jeszcze radykalnie krytykowali kapitali­styczny ustrój gospodarczy, domagali się jego likwidacji od pod­staw i głosili jako główną naukę chrześcijańską „komunizm miło­ści” pierwotnej gminy, zdążyła się już ukształtować sytuacja naj-bezwzględniejszej eksploataq’i w całych dziejach ludzkości. I była to też eksploatacja najbardziej bezwstydna.

Już za czasów pierwszych cesarzy chrześcijańskich majątek Kościoła znacznie się powiększył. W VI wieku pobiera się ko­ścielną dziesięcinę, zawarowaną prawnie za Karola „Wielkiego” i ściąganą aż do XIX wieku. W VIII wieku oszustwem i wojnami zostaje uzyskane Państwo Kościelne. I w średniowieczu co naj­mniej jedna trzecia całej ziemi uprawnej w Europie znajduje się w rękach duchowieństwa, a pracują na niej niewolni chłopi.

Kuria przechodzi wcześniej niż większość dworów monar­szych od gospodarki naturalnej do pieniężnej i rychło, dzięki na­wiązaniu ścisłych kontaktów z nowo powstającymi bankami, staje się jedną z największych potęg finansowych świata. Inkasuje, co jej się należy, uciekając się do ekskomuniki albo interdyktu, cza­sem też egzekwuje należności od opornych dłużników przy po­mocy władców, z którymi proporcjonalnie dzieli się przychodem. W podziemiach zamku papieskiego w Awinionie, „najohydniej-szym i najbrudniejszym mieście, jakie zdarzyło mi się poznać” — jak pisze Petrarca, gromadzone są skarby ze wszystkich stron świata. Alvarez Pelajo, szczerze dochowujący papieżom wierności dostojnik Kurii, opowiada, że ilekroć przybywał na pokoje papie­skie, zawsze zastawał duchownych przy liczeniu pieniędzy.

Już około roku 1000 wypomina biskup Orleanu tę „hańbę”, że w Kurii prawie wszystko jest do kupienia i wyroki wymierza się według wagi złota. W wieku XIII skarży się biskup Jakub z Vitry: „Wszystko dotyczy tylko spraw przyziemnych i docze­snych, królów i królestw, procesów i sporów. Rzadko kiedy po­zwalano na rozmowę o sprawach duchowych”. Pod koniec XV wieku wykrzykuje we Florencji Savonarola: „Oni handlują be-neficjami i nawet sprzedają krew Chrystusa”. A w połowie XX wieku francuski ksiądz-robotnik Henn Perrin dziwi się, „jak nie­wielką wagę przywiązywały w przeszłości środowiska chrześcijań­skie do problemu losu robotników. Z roku na rok nic prócz na­bożnych słów” — co potwierdzają dobitnie papieskie „encykliki społeczne”: Rerum novarum (1891), Quadragesimo anno (1931) oraz łagodniejsza tylko w tonie, ale merytorycznie prezentująca to samo, Mater et magistra (1961).

Ale równocześnie papież Pius XII (który pisze ponadto o ro­botniku i przedsiębiorcy co następuje: „Tworzą oni coś wspólną pracą. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że jedzą przy tym samym stole. Bo przecież żyją z ogólnego dochodu gospodarki swego kraju”.) stwierdza: „Kościół Chrystusowy idzie drogą wyznaczoną mu przez boskiego Zbawiciela […]. Nie wtrąca się do spraw czy­sto politycznych i gospodarczych”. Mniejsza o to, że należące do Kościoła ziemie, w sumie kilka milionów hektarów, w niektórych krajach stanowią prawie dwadzieścia procent wszystkich pól i jesz­cze dziś jest to największa posiadłość w świecie chrześcijańskim; że Kościół posiada kilka najbardziej wpływowych rzymskich ban­ków oraz udziały w przerażająco wielu spośród najpotężniejszych zakładów przemysłowych w Ameryce Pomocnej i Południowej; że niektóre z nich są nawet prawie wyłączną własnością Kościoła, jak czołowe włoskie towarzystwo lotnicze Alitalia, jak zakłady sa­mochodowe Fiat (gdy tymczasem rokrocznie umierają z głodu miliony ludzi i tylko w Ameryce Południowej, gdzie żyje trzydzie­ści trzy procent wszystkich katolików, trzydzieści procent ludzi to bezdomni) — również trzej bratankowie Piusa XII są wyso­kimi dostojnikami watykańskimi, prezesują liczącym się bankom, firmom monopolistycznym, i gromadzą, w mało którym wielkim skandalu finansowym we Włoszech nie umoczywszy palców, mają­tek rzędu stu dwudziestu milionów marek. A sam papież, którego beatyfikacja jest już bliska, pozostawia w spadku mienie osobiste wartości osiemdziesięciu milionów marek, w złocie i walucie.

Zaiste: wśród wszystkich dziwnych świętych Kościoła kato­lickiego — a są w tym gronie znani fałszerze dokumentów, jak doktor Kościoła Atanazy („doktor Kościoła” to największe wyróż­nienie dla katolika; spośród dwustu sześćdziesięciu papieży tylko dwóch otrzymało ten tytuł); znani specjaliści od przekupywania, jak doktor Kościoła Cyryl Aleksandryjski, znani złodzieje i podpa­lacze, jak Marcin z Tours, patron Francuzów — wśród wszystkich dziwnych świętych Ecclesiae Catholicea Eugenio Pacelli byłby jed­nym z najdziwniejszych, gdyby został kanonizowany. I nie tylko ze względu na słowa Łukasza (12,33 albo 14,33) bądź Jana Chry-zostoma, doktora Kościoła: „Bez niesprawiedliwości nie sposób się wzbogacić” oraz „Człowiek godny czci nie może, nie może być bogaty”.

Papieże przemieniali w pieniądze prawie wszystko, dając w każdym stuleciu przykład wielkiej korupcji i demoralizacji. Mimo zakazu sprzedawali każdą nominację na biskupa, każdą godność opata, każde probostwo katedralne. Co więcej, sprzeda­wali już samą możliwość ubiegania się o to, czasem nawet kilku chętnym jednocześnie, przy czym opłata rosła proporcjonalnie do prawdopodobieństwa uzyskania tego, o co chodziło. Sprzedawali każdą bullę, każdą łaskę, wszelkie dokumenty, wszelkie decyzje. Sprzedawali najświętsze relikwie i jeszcze w czasach antycznych zaczęli rozprowadzać je masowo, na przykład już w IV wieku pro­dukowano w Rzymie relikwie będące replikami całunu. Kościół zamkowy w Wittenberdze posiadał około roku 1510 aż pięć ty­sięcy pięćset relikwii. A po dziewiętnastu sprawdzonych świętych pozostaje po dziś dzień w kościołach i klasztorach sto dwadzieścia jeden głów, sto trzydzieści sześć torsów oraz zadziwiająca obfitość innych części ciała. „Napletek Chrystusa — pisze Alfonso de Val-des — widziałem osobiście w Rzymie, Burgos i Antwerpii” — ponoć występuje on jeszcze w czternastu innych miejscowościach — „w samej tylko Francji znajduje się pięćset zębów Dzieciątka Jezus. Mleko Matki Boskiej, pióra Ducha Świętego przechowuje się w wielu miejscach”.

Tak oto z górą tysiąc lat ogłupiali oni ludzi. Nic dziwnego, że i w XX wieku ludzie są podatni na wszelkie ideologiczne szal­bierstwo! Nic też dziwnego, że hierarchia kościelna, już od czasów apostołów i zacieklej niż hitlerowcy, zakazywała wszelkich pism krytycznych, paliła taką literaturę, przez pół tysiąclecia zabraniała nawet ludziom świeckim lektury księgi nad księgami, zwłaszcza poszczególnych Ewangelii, i to „z całą mocą”, jak pisano jeszcze w XVI wieku, gdy za pontyfikatu Juliusza III w mieście bisku­pim Wiirzburgu skracano o głowę chłopów, którzy czytali Biblię; hitlerowcy nie musieli tego stosować w wypadku Mein Kampf, bo i ta książka zawierała tylko opis czynów faktycznie przez nich popełnianych.

Papieże inkasowali czynsz dzierżawny i świętopietrze z ziem im podległych, z podporządkowanych im bezpośrednio kościołów, klasztorów, miast, ze wszystkich krajów objętych obowiązkiem daniny. Inkasowali cały majątek wszystkich „kacerzy” skazanych w Państwie Kościelnym i od każdego kościoła na świecie dzie­siątą część jego dochodów, a od niejednego nawet znacznie wię­cej. Inkasowali dochody biskupów zawieszonych w czynnościach oraz mienie duchownych zmarłych bez sporządzenia testamentu.

Inkasowali pieniądze za przyznanie i potwierdzenie prawowitości władzy królewskiej, za obowiązkowe wizyty książąt Kościoła ad limina apostolorum, za uchylenie niepożądanych wizytacji. Inka­sowali ogromne łapówki, na wielką skalę handlowali odpustami, coraz częściej ogłaszali lukratywne lata jubileuszowe, kiedy to zdarzało się, że pieniądze zgrabiano z ołtarzy. Stale zwiększali podatki i wymyślali coraz to inne, jeden tylko papież Urban VIII aż dziesięć. Wymyślali dziesięciny od wypraw krzyżowych, które nigdy się nie odbyły, i tymi pieniędzmi finansowali, cokolwiek zechcieli — Jan XXII, jeden z największych w dziejach świata geniuszów w obracaniu pieniędzmi, swoją wojnę z Ludwikiem Bawarskim; Grzegorz IX długoletnią wojnę z Fryderykiem II, na którego państwo ten papież dokonał wręcz inwazji, gdy cesarz odbywał krucjatę. Bonifacy IX anulował w 1402 roku wszystkie wnioski o beneficja, by móc każdego, kto już coś zapłacił, zaszan-tażować po raz drugi. Papież Sabinian gromadził zboże, i w 605 roku, gdy panował głód, sprzedawał je po lichwiarskiej cenie. Pa­pież Sykstus IV, niegdyś franciszkanin, który współżył fizycznie ze swoja siostrą i z własnymi dziećmi, zakładał w Rzymie domy publiczne, wydzierżawiał je kardynałom i, co więcej, obłożył spe­cjalnym podatkiem ladacznice. A Benedykt IX sprzedał — kiedy już wyzbył się wszystkiego — Grzegorzowi VI godność papieską w zamian za dożywotnią rentę.

Skoro wielu papieży, tak jak większość potentatów, wyda­wało duże sumy na reprezentację, luksus, metresy, bratanków, synów, córki, skoro dzięki łupieżczym wyprawom wojennym, li­chwiarskim zyskom, kłamstwom handlarzy odpustami, wznosili kościoły, które świat podziwia jeszcze dzisiaj; skoro Eugeniusz IV nabył koronę wartości dwóch milionów franków; skoro Leon X („Niechaj nasz pontyfikat będzie radosny!”) trwonił miesięcznie od dziesięciu do dwunastu tysięcy dukatów na jadło; skoro Miko­łaj III rozdawał swym krewnym jedno księstwo po drugim i skoro jeszcze w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat XVII wieku „namiest­nicy” przeszastali ogromną sumę bez mała siedemnastu milionów złotych skudów — oznacza to, że pieniądze stawały się w ich ro­zumieniu coraz ważniejszym środkiem sprawowania władzy, naj­ważniejszym instrumentem rządzenia aż po dzień dzisiejszy, kiedy wygląda na to, że nie chcą oni już ewangelizować, lecz kupić cały świat, co miałoby zresztą większe szansę powodzenia (jeśli zważymy, że nawet w Rzymie aż siedemdziesiąt procent ludności umiera bez ostatniego sakramentu).

Grzegorz IX polecił — już w XTV wieku — by Kościoły poszczególnych krajów zasilały bezpośrednio papieską kasę wo­jenną, a jego następcy zbroili się na coraz większą skalę. Bo na­wet gdy utrzymywali trójkę nieślubnych dzieci oraz dwudziestu nepotów, jak Pius IV, to nie zapominali o subwencjonowaniu wo­jen religijnych przeciw hugenotom i Turkom. I jeśli nawet, mimo olbrzymich dochodów, zastawiali swoje korony, tapety Rafaela, serwisy i zostawiali po sobie milionowe długi, jak w wypadku Le­ona X, to już kolejni papieże gromadzili nowe skarby, na przykład — znowu mimo wielkiego marnotrawstwa osobistego — Paweł III z górą siedemset tysięcy dukatów, która to suma zniknęła po jego śmierci tak szybko, że to, co zostało, starczyło tylko na żołd dla gwardii potrzebnej na następne konklawe.

Dość. Ta gospodarka pieniężna, trwająca sporo ponad tysiąc lat i naśladowana przez biskupów, opatów, świeckich możnowład-ców, była i jest oczywiście prowadzona kosztem ludu, najwcześniej włoskiego, który przez całe średniowiecze był wyzyskiwany najbar­dziej i ze wszystkich stron, ale szczególnie przez kler. „Śmierć kle­chom i mnichom! — krzyczano w Perugii. „Śmierć Kościołowi!” — to w Bolonii. „Precz z papieżem!” — a to w Neapolu. Flo-rentyńczycy szturmowali siedzibę inkwizycji i karmili psy księżym mięsem. Rzym stał się najbardziej buntowniczym i najbardziej eksploatowanym miastem w świece zachodnim. Głód, despo­tyczne rządy, rewolty powtarzają się bez końca. W roku 1585, gdy rozpoczął się pontyfikat Sykstusa V, toczyło się ponoć po ulicach Rzymu więcej głów niż trafiło melonów na targ. Rygorystyczne ustawy wyjątkowe i akcje polityczne to odpowiedź papieża na re-woluq’ę francuską, którą Kant powitał łzami radości. „[…] wolne Włochy!” — woła jeszcze lord Byron. „Czegoś takiego nie było od czasów Augusta”. W 1849 roku stu trzydziestu sześciu spośród stu czterdziestu jeden włoskich delegatów głosuje za pozbawieniem papieża suwerennej władzy nad Państwem Kościelnym.

Nie mogą go już uratować zmobilizowane przeciw rodakom, sprowadzone z połowy Europy wojska. W roku 1870 papiestwo popada w „niewolę watykańską”, z której wyzwalają je dopiero faszyści.

Główny ciężar ery arystokratyczno-hierarchicznej spoczywał jednak, również przez dłuższy okres epoki nowożytnej, nie na mieszczanach, lecz na chłopach czy raczej niewolnikach rolnych.

Nieliczne wolne chłopstwo zniknęło bowiem wkrótce całkowicie na skutek rozpowszechnienia się prawa rzymskiego w Europie — zostało wchłonięte przez latyfundia świeckie bądź kościelne. Postęp cywilizaq’i chrześcijańskiej pociągał za sobą coraz większy ucisk chłopów, najpierw przemienionych w ludzi przypisanych do ziemi, a później w odrabiających pańszczyznę. Mogli być razem z ziemią dziedziczeni, sprzedawani, wymieniani, darowani i dla swoich panów znaczyli często mniej niż bydło. Wielki mistrz za­konu krzyżackiego Siegfried von Feuchtwangen zwykł, około roku 1300, mawiać, że nie smakuje mu ani jeden kęs, jeśli przedtem nie każe powiesić kilku chłopów.

W świecie zachodnim powstania chłopskie rozpleniły się tak, że historycy wolą ich nie dostrzegać aż do wieku XX.

W roku 997 burzą się chłopi Normandii, w 1008 roku — chłopi bretońscy. We Fryzji, Holandii, Francji bunty chłopskie powtarzają się w ciągu całego XI wieku. Jeden niewolnik rolny kosztował wówczas we Francji trzydzieści osiem, a koń — sto sous. Francuska wojna chłopska rozpoczyna się w roku 1358, szlachta doprowadza do egzekucji dwudziestu tysięcy osób, ale zamieszki nie ustają przez następnych pięćset lat. W Anglii król Ryszard II tłumi krwawo wielkie powstanie chłopów, które wybuchło w 1381 roku. W roku 1437 buntują się chłopi siedmiogrodzcy. W 1514 roku szczególnie liczne i okrutne egzekucje kładą kres groźnemu powstaniu chłopów węgierskich. A w Rumunii bunty uciśnionych zdarzają się jeszcze w XIX i XX wieku.

W Niemczech niepokoje zaczynają się na długo przed wojną chłopską i prowodyrzy są wszędzie paleni, wieszani, ścinani, ćwiar-towani. W roku 1460 przeciwstawiają się opatowi chłopi z Kemp-ten. W 1476 roku szesnaście tysięcy chłopów manifestuje nocą przy blasku pochodni pod zamkiem biskupa Wiirzburga, który każe do nich strzelać z ustawionych na wałach dział. W 1490 roku chłopi augsburscy zwracają się przeciw biskupowi Frydery­kowi z rodu Hohenzollernów. W roku 1493 zostaje zawiązany alzacki Bundschuh; hasło: „Ruszajcie, cóż to za żywot? Przez kle­chów i szlachtę nie ma dla nas życia”.

Duchowni i szlachta, tron i ołtarz — za ich sprawą całe na­rody były przez tysiąc lat otaczane pogardą, uciskane, wyzyski­wane. Każdy mógł budować na tyranii tamtego drugiego. I chociaż często występowali przeciw sobie nawzajem, z socjologicznego punktu widzenia stanowili jedność, w układzie społecznym trzy­mali się razem, byli klasą zorientowaną na władzę i zysk, żyjącą z potu i krwi innych ludzi, zdemoralizowaną mniejszością, jak pisze ze Strasburga o władcach swoich czasów Biichner, mniej­szością, która „przemienia masy obywateli w harujące bydło”.

Niemiecka wojna chłopska wybuchła nieprzypadkowo na po­łudniowym zachodzie kraju, gdzie austriacki arcyksiążę Ferdy­nand i biskup Konstancji wspólnie prześladowali „kacerzy” w spo­sób szczególnie barbarzyński. I tak jak wielu innym mającym pod­łoże socjalne powstaniom chrześcijan przyświecały rewolucyjne idee wczesnego chrześcijaństwa — na przykład powstaniu chło­pów angielskich, którym przewodzili księża pozostający pod wpły­wem nauk Wiklefa; niektórym rewoltom proletariatu włoskiego albo husyckiej infiltracji na Węgrzech, w Polsce, Niemczech, Bel­gii oraz Francji — tak przyświecały one też niemieckiej wojnie chłopskiej, we Frankonii i w Tyrolu skierowanej przede wszystkim przeciw wyższemu duchowieństwu. Chłopi walczyli jako „brac­two ewangeliczne”, jako „wojsko chrześcijańskie i ewangeliczne”, na ich sztandarach były wizerunki Ukrzyżowanego i imię Jezusa. Ich manifest, napisany przez spalonego w 1528 roku w Wiedniu byłego kaznodzieję katedralnego z Ratyzbony Balthasara Hub-maiera, profesora i prorektora jednego z uniwersytetów, uzasad­niał wszystkie skargi natury ekonomicznej powołując się na Biblię i w artykule dwunastym deklarował niewysuwanie żądań niezgod­nych ze słowem bożym.

Zdarzali się władcy, którzy byli nastawieni pokojowo, skłonni do rokowań, którzy długo się wzdragali naruszyć to, co uzgod­nili z chłopami, jak na przykład władca Palatynatu, książę-elektor Ludwik, którzy nawet uważali bunt za sprawiedliwą karę bożą i chcieli go „uśmierzyć po dobroci”, tak jak książę-elektor Fryde­ryk Mądry i jego brat, książę Jan. Ale biskupi oraz znów Marcin Luter — bo, jak mówi Paracelsus, „czyż jest ktoś mniej miłosierny dla biednych niż duchowieństwo?” — nie ustawali w perswadowa­niu, zachęcali, powtórzmy za reformatorem, „do rychłego chwy­cenia za miecz”, do atakowania z „czystym sumieniem” (które kler pozostawia mordercom zabijającym podczas wszelkich wo­jen), do zasłużenia sobie „na niebo przelaną krwią” (to też jeden z ulubionych chrześcijańskich wątków), zachęcali, żeby „dławić, dźgać, po kryjomu i otwarcie, co komu będzie zręczniej zrobić, tak jak trzeba zabić wściekłego psa”. „Dźgaj, bij, duś, kto może” — szczuje Luter kiedy indziej, prawie że bardziej papieski w tym niż papież — „a jeśli wówczas zginiesz, to dobrze; lepszej śmierci nie dostąpiłbyś nigdy, bo tak umarłbyś posłuszny słowu bożemu”.

Tak oto chrześcijańska szlachta rozprawiała się z chłopami, tysiące ich zabijając ciosami skierowanymi w dół z wysokości koń­skiego grzbietu, wciąż oszukiwała ich, pozwalała, by się dobro­wolnie rozbrajali, po czym dokonywała na nich rzezi, tylko pod Zabern zginęło osiemnaście tysięcy chłopów. Chłopi byli ośle­piani, wieszano ich, ścinano, wbijano na pal, byli ćwiartowani, rozrywani przez konie, paleni żywcem. Gdy się zdarzyło, że mogli sobie posmarować buty hrabiowskim tłuszczem, gdy masowo gra­bili, przetrzebiali zamki i klasztory — „Dość długo wnosiliśmy, teraz możemy chociaż raz wynieść”. — to jednak lała się prawie wyłącznie ich krew. Nawet Luter uznał w końcu uciskanie chło­pów za „okropne” i „godne pożałowania”. „Ale co robić? Tak trzeba i Bóg też tego pragnie”.

„Bóg tego chce!” — tak krzyczeli już papieże przy okazji kruqat. I nadal się tak krzyczy. Jeszcze nawet hitlerowski atak na Rosję był przedstawiany przez cały episkopat niemiecki jako „święta wola Boga”. A protestancki biskup Lilje wołał jednocze­śnie: „Z Bogiem! Tę ofiarę można ponieść tylko w imię boże”. Im więcej mordują, tym głośniej powołują się na Boga.

„Niechaj was to tak nie smuci”, pociesza reformator szlachtę i zachęca: „Osioł chce być bity, a gmin rządzony przemocą” — chrześcijańska recepta na rządzenie, stosowana od dwóch tysięcy lat.

I wojna jest Lutrowi tak samo potrzebna, jak Tomaszowi czy Augustynowi, który szydzi z cyniczną beztroską człowieka raczej nie zagrożonego: „Cóż powiedzieć przeciw wojnie? Chyba tylko to, że giną na niej ludzie, którzy przecież muszą kiedyś umrzeć”. Od tych diabłów przejmuje Luter teorię „wojny sprawiedliwej”, dziś możliwą już tylko jako numer kabaretowy (albo teologia moralna) i poucza: „Na takiej wojnie chrześcijańską jest rzeczą i dziełem miłości, jeśli się wrogów bez skrupułów dusi, ograbia, podpala, i jeśli czyni się wszelkie szkody służące pokonaniu ich. A gdyby się miało wydawać, że duszenie i grabież to nie dzieło miłości, i gdyby jakiś prostak [!] pomyślał, że to nie po chrześci­jańsku i chrześcijaninowi tak czynić się nie godzi: zapewniam, że to też jest dziełem miłości”. Dlatego właśnie Luter zaleca i naka­zuje chrześcijanom wyruszającym do boju, by nie zwlekali długo, by odmówili Wierzę w Boga i Ojcze nasz i „tego niech wystarczy […], a potem dobądź broni i bij w imię boże”.

Podobnie jak Kościół papieski, Luter pozostawił biednych samym sobie, zdradził sprawę chłopów pańszczyźnianych, uczynił z reformacji ruch znowu korzystny tylko dla władców, nowe narzę­dzie despotyzmu, stąd też już Thomas Miinzer protestuje gorąco przeciw tej „cichej wodzie”, temu „żyjącemu w dostatku cielsku”, tej wittenberskiej „tucznej świni”, i ma całkowitą raqę, kiedy pi­sze: „Prawdziwe złodziejstwo uprawiają nasi książęta i magnaci, którzy przywłaszczają sobie wszelkie stworzenie, ryby w wodzie, ptaki w powietrzu, rośliny na ziemi, wszystko to musi należeć do nich. A biednym mówią: «Bóg przykazał, żebyś nie kradł». Oni sami pastwią się nad wszelkimi istotami żyjącymi i zabierają je dla siebie; ale jeśli biedak ukradnie byle rzecz, to zostaje ska­zany. Temu fałszywy doktor przyklaskuje i mówi «amen»”.

Po stronie papieskiej nie dopatrzył się Luter tak naprawdę „niczego, co by służyło chrześcijaństwu”, widział „tylko sprawy pieniężne i spory”. „Na to byłoby stać byle rozbójnika”. A potem zaczęła się reformacja z grabieniem na wielką skalę dóbr Kościoła katolickiego przez luterańskich książąt, „niemieckie królewiątka”, jak drwiąco nazywa ich Theodor Lessing, przez książąt, którzy byli gotowi „przyłączyć się do tego nowego ruchy aż do granic wła­snej korzyści”. I przytoczmy jeszcze wyznania zawarte w broszu­rze zapowiadającej zjazd ewangelików niemieckich w Stuttgarcie w roku 1952: „Nie jest zadaniem ewangelii w jakikolwiek sposób zmieniać istniejącą sytuację”.

Klęska wojny chłopskiej, nad którą potem wciąż ubolewano — a czynił to jeszcze Alexander von Humboldt na zamku pocz­damskim, tuż obok apartamentów króla, z którym codziennie rozmawiał — należy do tych przekleństw niemieckiej historii, które okazały się szczególnie brzemienne w skutki. Południowo-niemieccy chłopi pozostali w pańszczyźnie, a północnoniemieccy, według prawa uznani za wolnych, na powrót popadli w nią i od­tąd wszyscy są nękani jeszcze brutalniej — aż do początku XIX wieku.

Wojewoda sandomierski chce w 1586 roku, by terroryzowani przez szlachtę chłopi inflanccy zostali zrównani „przynajmniej z polskimi chłopami pańszczyźnianymi”. A zgromadzenie stanów frankowskich zastanawia się w roku 1583, gdy znowu trzeba za­płacić „podatek turecki”, czy „nie byłoby łatwiej żyć pod rządami Turków”. I faktycznie Turcy zaoferowali węgierskim chłopom wol­ność, w zamian za co ci ostatni chętnie wyrzekli się chrześcijań­stwa.

Na Śląsku, w Saksonii, w Prusach dochodzi około roku 1790 do rozruchów chłopskich. Hrabia Mirabeau opowiada o niewolnej egzystencji północnoniemieckich robotników rolnych: dziewięt-nastogodzinny dzień pracy w lecie i w zimie. Baron vom Stein, który dobrze zna„tych łajdaków, niemieckich władców”, obser­wuje w 1802 roku w Meklemburgu pewnego szlachcica, który traktuje swoich chłopów jak bydło. W roku 1812 Friedrich List patrzy nad Renem, Neckarem i Menem na chłopów pracujących zamiast koni i wołów, „ale bez pożywnej strawy tych zwierząt po­ciągowych”. Najbiedniejsi mieszkańcy Holsztynu koczują razem z chorymi i niemowlętami pod gołym niebem albo żyją w oborach. Gdyby jednak nie opłacili podatków, to groziła im licytacja i po­zbawienie dobytku. Jeszcze w Zgromadzeniu Narodowym 1848 roku wśród sześciuset deputowanych znalazł się tylko jeden chłop.

W Anglii, gdzie aż do XVIII wieku miewa się niewolników, gdzie aż po XI wiek rządzi kilkaset rodów feudalnych, gdzie do 1832 roku spośród piętnastu milionów mieszkańców prawo wy­borcze posiada czterysta tysięcy i gdzie jeszcze za czasów Scho-penhauera „dwie trzecie narodu nie umieją czytać”, kler i wielcy posiadacze ziemscy odnoszą się do chłopów gorzej niż do wszel­kiej trzody. Jeszcze w końcu XIX wieku chłop jada o połowę mniej, a pracuje dwa razy więcej niż więźniowie w angielskich za­kładach karnych. „W rachunkach arendarza równa się on zeru” — odnotowuje w roku 1865 pewien oficjalny raport. „Nie obawia się o przyszłość, bo niczym nie dysponuje prócz tego, co jest bez­względnie konieczne do życia. Cokolwiek by się działo, dla niego nie ma ani szczęścia, ani nieszczęścia”. Prasa liberalna szydzi bez­litośnie ze szlachty i państwowego Kościoła anglikańskiego (High Chwch) w związku z wysyłaniem do dalekich krajów „misji dla poprawy obyczajności dzikich ludzi znad Południowego Pacyfiku”. „Odważę się teraz zapewnić — kończy swój artykuł pewien ko­respondent «Morning Chronicle» — że położenie tych ludzi, ich bieda, ich nienawiść do Kościoła, ich zewnętrzna uległość i we­wnętrzne rozżalenie na dostojników kościelnych, stanowią regułę we wszystkich wiejskich gminach w Anglii, a odmienne okolicz­ności są wyjątkowe”. Pomagały tylko niektóre sekty chrześcijań­skie. Ale Kościół oficjalny — jak pisał Marks — wybaczyłby „ra­czej podważenie trzydziestu ośmiu spośród trzydziestu dziewięciu artykułów wiary niż zamach na jedną trzydziestą dziewiątą jego dochodów”.

Europa obchodziła się nie lepiej z robotnikami przemysło­wymi, o czym świadczy przede wszystkim sytuacja w kraju pocho­dzenia wielkiego przemysłu.

Jeszcze w połowie XIX wieku niejeden „wolny Anglik” sta­nowi tańsze zwierzę robocze niż starożytny niewolnik. Ci ludzie, półnadzy, mieszkają w nieprawdopodobnych wręcz norach na zgniłej słomie i żywią się zepsutym jedzeniem. Wszędzie brud, nieczystości, wilgoć, umierające dzieci, chorzy i kalecy, suchoty, tyfus, ślepota. Podczas gdy zyski fabrykantów urastają do gigan­tycznych sum, nędza robotników jest coraz straszliwsza, a w 1834 roku ustawa o biedocie z roku 1601 zostaje zastąpiona inną, w której nie przewiduje się już pomocy socjalnej.

Już William Blake, który uznaje za winnych Kościół i pań­stwo, słyszy dobiegający od kominów i z ulic krzyk nękanych istot. W 1866 roku mieszka tam dwieście tysięcy ludzi, „których nędzne położenie — jak czytamy w obszernym raporcie Juliana Huntera o zdrowotności — przekracza wszystko co kiedykolwiek widziano w Anglii”. Torysowska gazeta „Standard” upomina w 1867 roku: „Przypomnijmy sobie, jak cierpi ta ludność. Umiera ona z głodu. I to jest fakt: oczywisty, straszny. Tych ludzi jest czterdzieści ty­sięcy […]. Na naszych oczach w jednej dzielnicy tej cudownej me­tropolii tuż obok miejsc największej w dziejach świata akumulacji bogactwa, tuż obok umiera bezradnie czterdzieści tysięcy ludzi”. Na nic zdaje się poszukiwanie pracy i żebranina, bo „miejscowe ośrodki zobowiązane do wspierania biednych same się spaupery-zowały na skutek żądań parafii”.

W 1840 roku średni czas życia robotnika w Liverpoolu wy­nosi piętnaście lat. W Manchesterze pięćdziesiąt siedem pro­cent dzieci robotniczych umiera przed piątym rokiem życia. Dziewięcio-, dziesięciolatki nierzadko harują bez przerwy po dwa­dzieścia cztery, po trzydzieści sześć godzin. Pędzi się ich nocą do fabryk i pejczami zmusza się ich do zachowania przytomności umysłu. Jeszcze w 1860 roku zdarzają się listy otwarte domaga­jące się ograniczenia czasu pracy do osiemnastu godzin. Dzieci w wieku trzech, czterech lat, zatrudnione przy wyrobie koronek, stoją na krzesłach. W zakładach wikliniarskich miewają często mniej miejsca niż pies w swojej budzie. Marks nazywa to „prze­mianą dziecięcej krwi w kapitał”. W kopalniach cztero- i pię­cioletnie dzieci razem z mężczyznami i kobietami, półnagie albo całkiem nagie, na łańcuchach, czołgają się przez o wiele za wąskie chodniki. Kto się skarży, ten zostaje zwolniony i jako „napiętno­wany” nie dostaje pracy nigdzie indziej. Zmarłych wyrzuca się do rowów przydrożnych i grzebie w jamach, w bagnie. „Wykształce­nie” tych ludzi jest prawie żadne; dostępują jedynie nauki religii.

W Irlandii umiera w 1848 roku z głodu ponad milion ludzi. Dwa miliony emigrują.

Na Śląsku, gdzie katolicy i protestanci są podjudzani prze­ciw sobie nawzajem, tkacze popadają w coraz gorszą nędzę, mimo bardzo ciężkiej pracy. Byliby szczęśliwi — zapewnia w 1844 roku Wilhelm Wolff — gdyby mogli uszczknąć coś dla siebie z obfi­tej porcji ziemniaków, którą dostają tuczniki ich chlebodawców. I mieszkają w lokalach, w porównaniu z którymi „obora w ma­jątku ordynata musi uchodzić za wytworny apartament”. Chrze­ścijański rząd nakazuje stłumienie buntu.

W Kolonii jedna trzecia ludności trudni się około roku 1800 żebraniną. W Bawarii doliczono się pod koniec lat trzydziestych stu czterdziestu pięciu tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu trzech żebraków, między innymi dwudziestu czterech tysięcy dzie­więciuset sześćdziesięciorga dzieci. Prusy zakazują wszystkim wy­kładowcom uniwersyteckim (zresztą tradycyjnie prawomyślnym) prowadzenia dyskusji politycznych.

W latach czterdziestych emigruje z Niemiec rocznie sto ty­sięcy, a po roku 1849 dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi.

We Francji w roku 1801 Napoleon I zawiera konkordat. Bo przecież nie zna nikogo, kto by rozumiał innych „tak dobrze, jak rozumieją się księża i żołnierze”. Jest też świadomy tego, że kiedy ma się dobre stosunki z papieżem, to „jeszcze dziś posiada się władzę nad sumieniami stu milionów ludzi”; zacytował to po­tem Mussolini, gdy zawierał układy laterańskie. W roku 1808 Napoleon czyni podstawą całego kształcenia, po pierwsze, na­kazy religii katolickiej, po drugie zaś, wiernopoddańczy stosunek do cesarza — to zawsze były główne przyczyny nieszczęść naro­dów europejskich. Około roku 1830 dwie trzecie Francuzów nie jadają mięsa. W fabrykach marnieją mężczyźni, kobiety, dzieci, harując za psie pieniądze od piątej rano do ósmej, dziewiątej wieczór. Średni wiek robotników francuskich wynosi dwadzieścia jeden lat.

W roku 1848 tysiące z nich giną w Paryżu. W Berlinie do­chodzi do zamieszek na ulicach. W Badenii, w Poznańskiem i w Pradze zostają stłumione powstania. W Rzymie panuje sy­tuacja zmuszająca papieża do ucieczki, a jego minister hrabia Rossi pada ofiarą morderstwa. Po zażartych walkach reakcjoni­ści odzyskują dla siebie Wiedeń. Giną mężczyźni, kobiety, dzieci. Friedrich Hebbel, świadek naoczny, nie omieszkał opowiedzieć swoich wrażeń księciu Schwarzenbergowi: „[…] w ustach zwłok mężczyzn tkwiły niczym cygara członki tych ludzi; to już jest coś, nie wątpię, że ten fakt zachowa się w historii”.

Uciśnieni wszędzie się buntują i wszędzie strzela się do nich, są wtrącam do więzień, zmuszani do emigracji. W całej Europie oparcie dla religii stanowi policja i aż po XX wiek pozostaje ogra­niczona do możliwego minimum liczba uprawnionych do udziału w wyborach.

Wiktor Hugo, niegdyś ultrarojalista i chrześcijanin, woła 8 kwietnia 1850 roku w Zgromadzeniu Narodowym, gdzie prze­wagę mają katolicy: „Powstańcie wreszcie, katolicy, księża, bi­skupi, duchowni, wy, którzy siedzicie w tym Zgromadzeniu Na­rodowym i których widzę wśród nas! Powstańcie! Taka jest wa­sza rola! Cóż robicie na tych ławach?” Jedyna reakcja: śmiech. W 1851 roku zostają na rozkaz Napoleona III krwawo stłu­mione kolejne próby powstańcze. „Ma się za sobą Kościół, ar­mię i banki!” — oto komentarz Wiktora Hugo, wymieniający wszystko, co i dziś jeszcze rządzi światem. W 1871 roku zostaje krwawo zlikwidowane następne powstanie — Komuny Paryskiej. W odwecie za rozstrzelanie sześćdziesięciu czterech zakładników rząd morduje sześć tysięcy komunardów.

Już w połowie XIX wieku reakcjoniści wszystkich zainte­resowanych państw pragną likwidacji europejskiego proletariatu w wielkiej wojnie. Zabiegają o to gorączkowo na początku XX wieku. Niebawem pojawia się Chrystus niemiecki, rosyjski, fran­cuski — jeszcze przed 1914 rokiem niemiecki nieprzyjaciel ma po swojej stronie dwadzieścia siedem tysięcy dział Kruppa, nato­miast wszystkie patenty I. G. Farben na gazy trujące zostają sprze­dane francuskiemu koncernowi chemicznemu. Co więcej, gdy nie­mieccy żołnierze umierają z hymnem na ustach, firma Thyssena, który później finansował Hitlera, dostarcza tarcze ochronne dla piechoty prawie o połowę taniej do Francji niż na potrzeby armii niemieckiej. W ciągu jednego tylko półrocza 1916 roku niemiecki trust stalowy przekazuje trzydzieści siedem milionów cetnarów stali i żelaza do Francji. A Krupp otrzymuje zaraz po zakończeniu wojny sto dwadzieścia trzy miliony marek w złocie za sprzedany przed wojną do Anglii — za wiedzą niemieckiego Ministerstwa Wojny i z udziałami w zysku od każdego granatu! — patent KPz 96/04 na zapalniki do granatów, dzięki czemu firma kwitnie po dziś dzień.

A kler spieszy z miejsca na miejsce na tyłach wszystkich fron­tów, po tysiąckroć pochwala masowe wybijanie się jako „przejaw religijnego uduchowienia”, „odrodzenie religijne, moralne i spo­łeczne”, „krucjatę”, „świętą wojnę”, „służbę Bogu”, „nakaz na­szego Boga”, „wolę bożą” itd. Od „Tego chce Bóg!” z cza­sów wojen krzyżowych oraz „Tego pragnie też Bóg!” z okresu wojny chłopskiej, poprzez „wolę bożą” podczas pierwszej wojny światowej aż do „świętej woli Boga” w czasie drugiej wojny świa­towej. Kto nie brzydzi się tym chrześcijaństwem, ten sam jest takim chrześcijaninem. I podczas gdy nad ogłupionymi, sprzeda­nymi głowami wiernych zderzają się ze sobą bezwstydne frazesy biskupie, jezuickie i protestanckie, zawarte w mnóstwie kazań i obficie przenoszone na papier, za zabicie jednego tylko żołnierza inkasuje się ogromną sumę stu tysięcy marek, z czego przemysł zbrojeniowy dostaje każdorazowo sześćdziesiąt tysięcy — czysty zysk. Dwanaście milionów poległych.

A więc wybuchła ta wojna. Wreszcie. „Wojnę przygotowy­wano solidnie i poważnie od lat. Przez całe lata armia pozo­stawała w nieustającej gotowości do walki. Ale jednym z naj­ważniejszych kroków przygotowawczych był Kongres Euchary­styczny w Wiedniu”. To stwierdza w 1916 roku ktoś na pewno dobrze poinformowany, austriacki biskup sufragan Waitz, który później, w 1938 roku, już jako książę arcybiskup, razem z kar­dynałem Innitzerem z Wiednia chwali wkroczenie Wehrmachtu do Austrii, widząc w tym spełnienie „tysiącletniej tęsknoty na­szego narodu”. W tym samym roku odbywa się Kongres Eu­charystyczny w Budapeszcie, podobnie jak tamten w 1912 roku w Wiedniu, zapowiadający coś. Adherent faszystów Eugenio Pa-celli wskazuje przy tej okazji jak legat papieski na „niebezpieczeń­stwo bolszewizmu”. W rok później wybucha druga wojna świa­towa, dwadzieścia pięć tysięcy poległych każdego dnia, dzienne obroty: dwa miliardy marek. W 1960 roku, w jednym z okre­sów nasilenia zimnej wojny, obraduje Kongres Eucharystyczny w Monachium. Cieszący się zaufaniem Pacellego kardynał Spell-man, jeden z najaktywniejszych reakcjonistów świata, prorokuje nadejście czasów, w których obecni władcy komunistyczni zo­staną zmieceni, leci helikopterem nad żelazną kurtyną i odprawia dla wojska mszę pontyfikalną „wśród huku dział”, nie zapomina­jąc o nazwaniu żołnierzy swoimi „drogimi przyjaciółmi”. (Księża i żołnierze… — wiedział to Napoleon, wiedział to już nawet Kon-stantyn). A katolicki federalny minister obrony StrauB, który pra­gnie, by „okólniki papieskie stały się podstawą niemieckiego usta­wodawstwa”, wyznaje otwarcie: „Jesteśmy po to żołnierzami […] by władza przeszła z rąk ateistów z powrotem w ręce chrześci­jan”.

Już średniowieczni krzyżowcy śpiewali o chęci ruszenia na Wschód (Nach Ostland woll’n wir reiten…). I papiestwo miało w każdym kolejnym stuleciu nadzieję — powtórzmy to za katoli­kiem de Maistre’em — na przejęcie w spadku rozkładającego się trupa Kościoła wschodniego. Ten tak upragniony cel wydaje się znowu bliski podczas pierwszej wojny światowej, gdy państwa cen­tralne, popierane przez Watykan, chcą zdobyć tereny dla osadnic­twa na Wschodzie, na ziemiach polskich, na Ukrainie i nad Bałty­kiem. W czasie drugiej wojny światowej wywołuje entuzjazm kam­pania rosyjska antyklerykalnych hitlerowców. I te miliony Niem­ców, którym się wydaje, że giną za ojczyznę, zdychają tylko za największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości.

Krótko mówiąc: po tym systematycznym chrześcijańskim wy­chowaniu dla fizycznego i duchownego barbarzyństwa, kontynu­owanym przez półtora tysiąclecia, nie mogło wcale nastąpić nic innego niż to, co nastąpiło. Papież Leon XIII nie zawahał się co prawda stwierdzić w swojej encyklice Immortale Dei z roku 1885: „Wszystko, co sprzyja osobistej godności człowieka, co podtrzy­muje równouprawnienie obywateli, wszystko to powołał do życia, otaczał troską i zawsze chronił Kościół katolicki”.

Prawdziwe jest jednak twierdzenie przeciwne. Prawda jest taka, że wszystkie udogodnienia socjalne czasów nowożytnych zo­stały stworzone nie przez Kościół, lecz przeciw niemu. Że ludz­kość zawdzięcza prawie wszystkie bardziej humanistyczne formy i reguły współżycia świadomym swojej odpowiedzialności czynni­kom pozakościelnym. Że Kościół, jak pisze nie wróg chrześcijań­stwa, lecz wybitny teolog protestancki Martin Dibelius, zawsze stanowił „straż przyboczną despotyzmu i kapitalizmu”. „Dlatego też wszyscy, którzy pragnęli poprawy warunków życia na tym świe­cie, musieli — jak wyznaje ten chrześcijański uczony — walczyć przeciw chrześcijaństwu”.

I tak dzieje się jeszcze dzisiaj.

„Wypasaj moje owieczki!’

Proszę mi natychmiast znaleźć w ka­tolickich klasztorach w Halberstadt du­chownego nadającego się na kapelana polowego pułków, które mają wyruszyć do walki. Ów księżulo nie musi być inte­ligentny, przeciwnie: im głupszy tym lepszy […].

FRYDERYK II, 1740

Zaświadczanie całym życiem dziedzicz­nych praw cesarza (potężnej postaci władcy obdarzonego najczystszym mo­narszym sumieniem, uosobienia niemiec­kiej siły, majestatycznego ucieleśnienia cnoty żołnierskiej) jest równoznaczne z naśladowaniem Jezusa.

 MICHAEL FAULHABER, biskup, ka­pelan polowy Armii Bawarskiej, o Wil­helmie II podczas pierwszej wojny świa­towej

W nocy, o godzinie jedenastej, śmier­telnie ranieni granatem ekrazytowym, objęli się, mówiąc: „Umieramy razem, czyż nie tak, umieramy razem. Za na­szego ojca, cesarza w Wiedniu, umieramy chętnie”.

MICHAEL FAULHABER o dwóch żoł­nierzach pierwszej wojny światowej

Coś podobnego już przeżywaliśmy w czasie tamtej wojny światowej i dlatego wiemy z przykrego, gorzkiego doświad­czenia, jak bardzo to potrzebne i ważne, by w takiej sytuacji każdy z całym od­daniem, chętnie i wiernie spełniał swój obowiązek.

Kardynał   MICHAEL   FAULHABER podczas drugiej wojny światowej

[…] bo Chrystus wymaga od nas więcej, niż wymagał Hitler.

Współczesny katolicki duszpasterz woj­skowy

Ciągnąca się aż po wiek XX kronika potworności Kościoła katolickiego jest tym ohydniejsza, że działy się one — co niech zabrzmi jak krwawe szyderstwo! — w imię pokoju, miłości, do­brej nowiny. Żadna religia nie zrewoluq’onizowała dziejów świata tak jak ta i żadna nie stała się tak reakcyjna, żadna nie odbiegała w swej praktyce tak daleko od głoszonych nakazów i żadna nie wypierała się tak bardzo, bądź też nie bagatelizowała tak bardzo, przepaści między praktyką a doktryną. Czy był jakikolwiek inny Kościół, który musiał przez całe stulecia zakazywać lektury świętej księgi, bo rzeczywistość przeczyła jej w tak przerażającym stop­niu?! Czytać ją pozwalano tylko „ludziom pobożnym i uczonym”, a po lekturze in vulgań translatos, in vulgari lingua spodziewano się „większej szkody” niż pożytku.

Nie znane nam jest właściwie credo Jezusa historycznego, co więcej, nie mamy nawet pewności, czy istniał. Ale wiemy, że ten synoptyczny nauczyciel jest wolny od instynktów i namiętności nacjonalistycznych, od patriotyzmu i żądzy władzy, że nie chce być Mesjaszem politycznym, wojującym apokaliptykiem, lecz an-tybojownikiem, władcą pokojowym, pacyfistą. Wiemy, że odrzuca prawo pięści, terror, despotyzm, że żąda, by nie tylko bezwarun­kowo przyjmowano zło, ale i odpłacano za nie dobrem, że jego przykazanie miłości wroga jest nieograniczone — choćby się te jednoznaczne słowa przeinaczało, zawężało, przemieniało w ich przeciwieństwo. Wiemy, iż całe wczesne chrześcijaństwo bezkom­promisowo sprzeciwiało się wojnie — być może tylko dlatego, że propagowanie pacyfistycznych postulatów biblijnych odpowiadało jego politycznej nicości. Mając wokół siebie innowierców, można było łatwo głosić idee pojednania i miłości wroga.

Czyniono to z zapałem jeszcze w IV wieku. Od Justyna po­przez lacjana, Atenagorasa, Tertuliana, Orygenesa, Cypriana, po Arnobiusza i Laktancjusza teologowie chrześcijańscy nie ustają w sławieniu pokoju, tolerancji religijnej, rezygnacji z przemocy, przebaczenia, życia bez wrogości i wojny. Z pompatyczną mono­tonią zapewniają o swej łagodności, dobroci, niewinności i tole­rancji, twierdzą, że co prawda jeszcze są na ziemi, ale już też wę­drują po niebie, deklarują, że kochają wszystkich, do nikogo nie żywią nienawiści, nauczają, iż nie należy nikogo krzywdzić, odpła­cać złem za zło, iż trzeba raczej ścierpieć niesprawiedliwość, niż ją wyrządzić, raczej przelać własną krew, niż skalać ręce i sumie­nie cudzą krwią. Zapewniają, że nie odpowiedzieliby ciosem na cios, gdyby ich bito, nie procesowaliby się, gdyby ich okradzione, przeciwnie, nastawiliby drugi policzek i do tego, co zdarto by im z ciała, dorzuciliby jeszcze płaszcz, pobłogosławiliby swych wro­gów i modliliby się za chcących ich zabić. Chwalą się tym, że zastą­pili miecze pługami, a lance — innym sprzętem do uprawy ziemi. Przyrzekają, że już nie będą się zbroić, walczyć, bronić się, bo są dziećmi pokoju, bo Jezus odebrał broń wszystkim uczniom, gdy rozbrajał Piotra. Krótko mówiąc, nie akceptują nie tylko służby wojskowej i obrony koniecznej, ale i żadnego zabijania ludzi, bez względu na motywy i prawo, by tak postępować.

Ale że kler wciąż oszukuje, że nawet patron kaznodziejów święty Jan Chryzostom afirmuje potrzebę kłamstwa dla zbawienia duszy, powołując się na przykłady ze Starego i Nowego Testamentu (!), to i dziś katolicy z lekkim sercem kłamią, jakoby Kościół „za­wsze i wszędzie” głosił doktrynę wojny sprawiedliwej (Ermecke), jakoby „zawsze odrzucał bezwzględny pacyfizm i prócz osobistej obrony koniecznej oraz państwowej obrony koniecznej — kary śmierci — uznawał też ponadpaństwową, tj. wojnę sprawiedliwą” (Fleischmann). Przedkonstantyński pacyfizm chrześcijaństwa był jednak tak absolutny, że jeszcze na początku IV wieku synod w Elwirze pozbawił dożywotnio (nie wyłączając chwili śmierci) komunii każdego wiernego, który by tylko przez donos przyczynił się do egzekucji albo banicji innego człowieka. (Ten hiszpański sy­nod nie rozróżnia zresztą denuncjacji zgodnej z prawdą i oszczer­czej. Chrześcijanin, który — słusznie czy niesłusznie — powoduje śmierć człowieka, zostaje wykluczony ze wspólnoty).

Zgodnie z tym, Ojciec Kościoła Laktancjusz nie dopuszcza też do ujawnienia cudzej zbrodni, za którą grozi kara śmierci. Bo „skoro Bóg nie każe zabijać, to zakazane jest nie tylko zbójec­kie mordowanie innych ludzi; tego ostatniego zabrania już prawo państwowe; zabronione jest także wszelkie inne zabójstwo, nawet takie, które byłoby dozwolone według prawa świeckiego”.

Owa zasada wyklucza oczywiście wszelką wojnę, nawet tę „sprawiedliwą”. Konsekwentnie zwalcza Laktancjusz coś, co za­wsze prowadziło i prowadzi do rzezi, a co Kościół od tamtych cza­sów zawsze popierał — patriotyzm i nacjonalizm. Bo „cóż innego oznaczają korzyści ojczyzny, jeśli nie szkodę innego państwa czy narodu? — czyż nie poszerza się własnego terytorium, przemocą zabierając tę ziemię innym, czyż nie zwiększa się własnego do­statku, swoich dochodów, kosztem innych? Nie są to bynajmniej cnoty, lecz unicestwienie cnót. Ustaje bowiem więź społeczna, zanika uczciwość, szacunek dla cudzego majątku, wreszcie sama sprawiedliwość […]. Jakże miałby być sprawiedliwy ktoś, kto szko­dzi, nienawidzi, grabi, zabija? A to właśnie czynią ci, którzy chcą przysporzyć korzyści swojej ojczyźnie”.

Wyczytujemy to z jego głównego dzieła Divnae Institutiones, powstałego tuż przed rokiem 313. Ale, o dziwo, skrócone wzno­wienie tego traktatu, wydane nieco później, nie zawiera już frag­mentów antymilitarystycznych i gloryfikuje śmierć za ojczyznę! W roku 313 chrześcijanie zostali bowiem uznani przez Konstan-tyna i natychmiast się odmienili. Laktancjusz, wychowawca cesar­skiego syna, a być może i samego cesarza, błyskawicznie wyparł się nie tylko własnych przekonań, ale ponadto całej trzechsetlet-niej tradycji. Ze wszystkimi biskupami i świętymi przeszedł naj­krótszą drogę do obozu oprawców ludzkości. Bo teraz poczuli oni sprzyjającą atmosferę, dostrzegli szansę na zdobycie władzy, i dlatego zaczęli krakać jak wszystkie wrony. I tak jak przedtem po anielsku sławili tolerancję i miłość, niestosowanie przemocy, pokój, tak teraz nagle poczęli głosić i jedno, i drugie: pokój oraz przemoc, miłość wroga oraz nienawiść do wroga, dobrą nowinę i tę najgorszą: o wojnie, o wojnie! Pierwszym hasłem fascynowali ogłupionych ludzi, drugim zalecali się do rządzących, po czym i to pierwsze, i to drugie sprawiły razem, że oni sami stali się tymi najpotężniejszymi, tymi, co przetrwali wszystko, katami niejednej generacji.

Ludzie znajdują chyba szczególną przyjemność w tym, że po­zwalają się wciąż ogłupiać, sprzedawać, unicestwiać: za ojczyznę, przestrzeń życiową, wolność, za Wschód i Zachód, za tego czy in­nego pana, ale najczęściej za tych, którzy ciągle i z taką pewnością siebie mylą Boga z własną korzyścią, a własną korzyść z Bogiem, którzy z taką świadomością celu służą danej chwili, choć nigdy nie tracą z oczu wieczności, którzy w czasie pokoju propagują pokój, a w czasie wojny — wojnę, w obu wypadkach z równym przeko­naniem i równą perfekcją: tu Dzieciątko Jezus, tam armaty; tu Biblia, tam proch; tu „Kochajcie się”, tam „Zabijajcie ich, tego chce Bóg”. „Oni przysięgli, oni muszą być posłuszni!” Muszą gi­nąć marnie, skoro tylko rozkaże to jakiś arcyzbrodniarz obda­rzony władzą, muszą ginąć tysiące, setki tysięcy, miliony. Tak, to chyba szczególna przyjemność przez tyle stuleci nurzać się w ludz­kiej krwi i wołać „Alleluja”! To chyba szczególna przyjemność od bez mała dwóch tysiącleci kłamać, fałszować, oszukiwać. To chyba szczególna przyjemność, gdy przeżywając czasem upadki, ale i wo­dząc za nos i rujnując narody, czyni się z hipokryzji sztukę nad sztuki i sankcjonuje się ją wciąż na nowo — by wiodło się nam dobrze i byśmy długo żyli na tej ziemi.

Czy znajdziemy gdzie indziej takie zdumiewające przemie­szanie wilczego wycia i pokojowej nuty, nowiny o narodzinach bożych i stosu, legend o świętych i historii katów?! Gdzie znaj­dziemy tyle frazesów o wszechogarniającej miłości i taką, pochła­niającą właściwie wszystko, nienawiść? Gdzie znajdziemy religię, która z miłości zabija, torturuje, kradnie, szantażuje, pozbawia czci, oczernia, wyklina? Tak wspaniale uszczęśliwiało chrześcijań­stwo świat, taka była jego praktyka — zaraza, która szalała przez dwa tysiąclecia. Ujmijmy to krótko: chrześcijaństwo stało się an­tychrystem. Ono samo stało się owym ukazywanym przez siebie diabłem! Ono samo było tym złem, które rzekomo zwalczało! Tym piekłem, którym straszyło, było właśnie ono! Wśród wszyst­kich złych rzeczy stało się ono tą najgorszą: nie dlatego, że inne były lepsze, ale dlatego, że wszystkie inne nie potrafiły być złe tak długo i tak intensywnie, dlatego, że nic innego nie zdobyło takiej władzy nad ludźmi podatnymi na oszałamiającą ułudę, na którą składały się łacina, kłamstwa, duszpasterski patos, świątobliwe ge­sty, opowieści o koszmarach i urokach zaświatów; podatnymi na podjudzanie do zbrodni, byleby dochodziło do nich w imieniu Boga (i kapłanów), które to imię pozwalało na wszystko, wszystko czyniło możliwym i wszystko ułatwiało, a tymczasem sami kapłani umywali ręce, dbali o własną skórę, napełniali kiesy i pouczali: „Nie zbierajcie skarbów na tej ziemi”, „Nie sądźcie innych”, „Ko­chajcie się nawzajem”, „Czyńcie dobro tym, którzy was nienawi­dzą”. Oni czynili zło tym, którzy kochali Jezusa, którzy chcieli przestrzegać jego przykazań, takim ludziom wyrywali języki, wy­krawali oczy, miażdżyli kończyny, takich ludzi grzebali żywcem, rozpinali na krzyżach, palili, zamurowywali na resztę życia, nie oszczędzali im niczego, żadnej hańby, żadnego bólu, mścili się na ich dzieciach i wnukach, czując się dobrymi i uprawnionymi do owych czynów — i nadal tak się czują. A przecież ukrzyżo­wali ludzkość! Wszyscy za jednego? Wszyscy za nich! Od czasów Konstantyna cechami, po których rozpoznaje się ten Kościół, są obłuda i przemoc; codzienną praktyką tej religii stała się ma­sowa zagłada. Surowo zakazywano zabijania pojedynczych osób, ale uśmiercanie tysięcy ludzi było dziełem miłym Bogu. To nie obłęd, to jest chrześcijaństwo.

Pytanie o to, czy chrześcijanin może być żołnierzem, pojawiło się dopiero pod koniec II wieku, a w IV wieku już o to nie pytano.

Jeśli w III wieku służba wojskowa chrześcijanina była czymś wy­jątkowym, to w następnym stuleciu stanowiła regułę. Jeśli przed rokiem 313 biskupi wykluczali z Kościoła tych, którzy nie dezer-terowali, to po roku 313 ekskomunika dotykała właśnie dezerte­rów. Pospiesznie też usunięto z kalendarzy imiona tych, którzy stali się wcześniej męczennikami, bo nie chcieli służyć w wojsku. Minął czas żołnierzy-męczenników, zaczął się czas biskupów po­lowych. Towarzyszyli oni już chętnie Konstantynowi, oczywiście nie po to, żeby walczyć, lecz by czerpać korzyści; iniqały Chry­stusa (co za przewrotność!) widniały na sztandarach wojsk tego pierwszego władcy chrześcijańskiego, który — co z entuzjazmem podkreślał historyk Kościoła biskup Euzebiusz — toczył wojny z większą liczbą narodów i więcej ich ujarzmił niż wszyscy cesa­rze pogańscy.

Niektórzy dobrzy chrześcijanie wysuwali jeszcze co prawda zastrzeżenia. W drugiej połowie IV wieku Ojciec Kościoła Bazyli nakazuje, by nie dopuszczano do komunii ludzi świeckich wyru­szających przeciw zbójcom i by w wypadku naruszenia zakazu po­zbawiano księży ich godności duchownej. A samym wojownikom jeszcze przykazuje Bazyli, żeby „przynajmniej przez trzy lata nie przystępowali do komunii, bo mają nieczyste ręce”. Ale wkrótce wzajemne ataki z hostią w brzuchu weszły w zwyczaj, pobożny chrześcijański żołnierz nie mógł się wręcz obejść bez komunii przed walką, najpierw się modlił, a potem mordował, najpierw wznosił serce ku Bogu, a później rozłupywał czaszki istot stwo­rzonych na podobieństwo Boga. Już szesnaście i pół wieku zabi­jania z Chrystusem stanowi conditio sine qua non zbawienia duszy walczącego chrześcijanina. Już szesnaście i pół wieku ogromnie korzysta na tym kler — i zamierza dalej korzystać, jest zdecy­dowany dalej dostarczać owieczki rzeźnikom — obojętnie, czy czarnym, czy brunatnym, czy czerwonym albo jeszcze innym, obo­jętnie, czy uśmiercają tradycyjnie, czy z użyciem atomu. Bo gdyby nie dostarczał ich dłużej, sam straciłby wpływy; bo przecież tylko owo posyłanie bydła na rzeź, czemu towarzyszy błogosławieństwo, oraz uciszanie ludzi wyzyskiwanych w czasie pokoju czynią z kleru pożądanego sojusznika państwa, każdego państwa, nawet antykle-rykalnego.

Właśnie: pasterze, arcypasterze. „Wypasaj moje owieczki!” Piękne słowa. Ale „zadajcie sobie pytanie — pisze rozstrzelany przez hitlerowców przy własnym biurku Theodor Lessing — po co i z jakich pobudek dobry pasterz myśli za swoje stado. Po pierwsze dlatego, że chce te owieczki wystrzyc. Po drugie dlatego, że je chce pożreć”.

Synody odbywane w pierwszych stuleciach nie wyznaczyły żadnej pokuty za mord, bo sądzono, że u chrześcijan nic takiego się nie zdarza. I w tym czasie, gdy Ojciec Bazyli, który już sam miał dobre kontakty z najwyższymi dowódcami wojsk, nakazywał przynajmniej kilkuletnie niedopuszczanie żołnierzy do komunii, inny książę Kościoła, który miał liczniejszych zwolenników, po­chwalał już zabijanie na wojnie.

Atanazy, słynny „ojciec prawowierności”, tyleż doświadczony w walkach ulicznych, ile wprawiony w intrygach, pasterz wybrany na biskupa głosami tylko siedmiu krzywoprzysięzców i grona pięć­dziesięciu czterech purpuratów, który podszywał się pod cesarza Konstantyna i jego syna Konstancjusza II i ogłaszał ohydne fał­szywe paszkwile przeciwko arianom, opowiadające się za natych­miastową likwidacją (bez apelacji i bez ułaskawień!) każdego, kto miałby u siebie bodaj jedno z pism Ariusza; który zresztą jest po­dejrzewany o przyczynienie się do śmierci tego ostatniego — otóż ten osobliwy święty oświadczał teraz, że co prawda mordowanie jest zabronione, ale na wojnie „jest to i zgodne z prawem, i chwa­lebne, jeśli się zabija nieprzyjaciół”.

To upowszechniło się jako doktryna Kościoła.

Ale że całe to wojownicze pokrzykiwanie katolickich zbaw­ców zbyt jaskrawo kłóciło się z ewangelią i wczesnochrześcijańską tradycją, inny krzewiciel dobrej nowiny, tego samego pokroju, wy­kreował rozróżnienie wojny „sprawiedliwej” i „niesprawiedliwej”.

Augustyn, który usprawiedliwił nawet najgorsze sprzeczności społeczne, którego najistotniejsza rada dla biednych wyrażała się w słowach zalecenia, by wytrwali „w zawsze takiej samej i nie­zmiennie ciężkiej kondyq’i stanu niższego” (w czym jest zgodny i z Pawłem, i z Tomaszem z Akwinu); Augustyn, który stał się ponadto pierwowzorem średniowiecznego łowcy kacerzy, bo na­wracał przemocą innowierców, żądał dla nich kar pieniężnych, konfiskaty ich kościołów, banicji, a posługiwał się przy tym swoim przekonującym cogite intrare i takimi oto pięknymi sentencjami godnymi duszpasterza: „Rany przyjaciela są lepsze niż pocałunki wroga”, „Lepiej odebrać głodnemu chleb, jeśli ma on w pogar­dzie sprawiedliwość”, „Kto surowiej karze, ten okazuje większą miłość” i innymi podobnymi skarbami myśli katolickiej; który do­puszczał już też tortury, określał je jako „lekkie” w porównaniu z piekłem, jako „kurację” (emendatió) dla człowieka, a prócz tego przynajmniej akceptował milcząco karę śmierci, tak jak bronił wojny, uznając ją z charakterystycznym cynizmem za drogę do po­koju i twierdząc, że sukces w niej usprawiedliwia pewne straty — ach, ci pasterze, arcypasterze, „Wypasaj moje owieczki!”, ten oso­bliwy święty bronił teraz jako „wojen sprawiedliwych” wszystkich tych, które „mszczą niesprawiedliwość” — czego Jezus przecież zabraniał!

Początkowo za sprawiedliwe uchodziło oczywiście masakro­wanie pogan przez chrześcijan. A poza tym owe rzezie, w czasie których okazywano niewiernym miłość wroga za pomocą miecza, w czasie których dobra nowina wyrażała się słowami „Chrystus albo śmierć”, o ile nie nakazano z góry misji aż do wyplenienia, zawsze najskuteczniejszego sposobu nawracania, otóż owe rzezie bywały często nie tylko „sprawiedliwymi”, ale i „świętymi” woj­nami, podczas których każdy, nawet’największy rębajło, miał — gdyby poległ — kościelną gwarancję zbawienia!

Zdarzało się jednak coraz częściej, niebawem stało się re­gułą, atakowanie jednych chrześcijan przez innych — do czego po obu stronach przygotowywały posty, msze polowe, kazania po­lowe (w których to „wojenne armaty” stawały się „wyrazicielkami łaski apelującej”, jak określił je podczas pierwszej wojny świato­wej arcypasterz Michael Faulhaber) oraz oczywiście umacniająca komunia święta. Bywało i tak, że kler walczył z klerem, jeden klasztor z innym, biskup z biskupem, papież z papieżem (i to przez sto siedemdziesiąt jeden lat), przy czym nie zapomniano doprawdy o żadnych środkach prowadzących do celu.

W rażącej sprzeczności z nauką Jezusa i z wszystkimi teo­logami przedkonstantyńskimi Kościół katolicki zezwala już na „wojnę sprawiedliwą”, ale na przekór własnej (późniejszej) dok­trynie pozwala praktycznie obu stronom zabijać, chociaż tylko jedna może walczyć w poczuciu sprawiedliwości, o ile w ogóle może. Ale że Kościołowi — co potwierdzają właśnie dzieje wo­jen — nie chodzi wcale o sprawiedliwość czy niesprawiedliwość, lecz o to, by krakać jak wszystkie wrony i by razem z nimi oca­leć, dlatego też zmusza wiernych — powtarzam: po obu stronach — poprzez przysięgę do wzajemnego masakrowania się na woj­nie, a tymczasem w toku frenetycznie popieranego przez papieży powszechnego wymordowywania się, ci ostatni urządzają urbi et orbi budujące widowisko, podczas którego rozbrzmiewają wzru­szające apele o pokój — jest to najbardziej mordercza hipokryzja w dziejach świata!

Jak wyjaśniają to pasterze? Jak wymykają się spod stryczka, który wciąż zarzucają swoim owieczkom — bo czyż tych ostatnich nie wypasa się po to, by je wystrzyc, zarżnąć i pożreć?

Arcybiskup Fryburga Conrad Gróber, członek sympatyk SS i jeden z najgorliwszych adherentów nazizmu wśród kleru, poka­zał to w roku 1935 w książce Kirche, Yaterland und Yaterlandsliebe (Kościół, ojczyzna i patriotyzm), wychwalającej wobec brunatnych potworów właściwą katolicyzmowi moc utrwalania państwowości: „Katoliccy teologowie zawsze odróżniali wojnę sprawiedliwą od niesprawiedliwej i nigdy nie pozostawiali pojedynczemu człowie­kowi, z jego krótkowzrocznością i zmiennymi nastrojami, swo­body osądu dopuszczalności bądź niedopuszczalności ewentualnej wojny, natomiast prawo do ostatecznego rozstrzygnięcia przyzna­wali legalnym władzom”.

„To oznacza — komentuje katolik Johannes Fleischer (i nie sądzę, by ktoś sformułował lepszą glosę) — że teologowie kato­liccy zabijają nudę okresów dzielących jedną zorganizowaną przez państwo rzeź od drugiej rozważaniem ciekawej kwestii: kiedy wojna jest «sprawiedliwa», a kiedy «niesprawiedliwa»? Zapełniają tymi rozważaniami grube tomiska, bo przecież rozstrzygnięcie owej kwestii jest «nadzwyczaj trudne pod względem moralnym, politycznym i technicznym» (to słowa jezuity Hirschmanna), ale zapobiegliwie, mniej lub bardziej wyraźnie, daje do zrozumienia: dzieci, jakież wy jesteście grupie, skoro tak poważnie traktujecie naszą zabawę w teologię moralną! Bo w wypadku wybuchu wojny, kiedy to nasze «rozstrzygnięcia» powinny właściwie znaleźć zasto­sowanie praktyczne, w milczeniu, potajemnie, abdykujemy i po­zostawiamy każdemu zbrodniarzowi z osobna swobodę osądu, co jest sprawiedliwe, a co nie jest, o ile został on — a tak dzieje się przecież zawsze — zarekomendowany przez nas jako «legalna władza, służąca Bogu dla twego dobra» (tak Hirschmann komen­tuje List do Rzymian 13, 4). My, wy, papież i biskupi, wszyscy jesteśmy przecież tymi «pojedynczymi ludźmi», którzy osądzają krótkowzrocznie i ulegając zmiennym nastrojom. W wypadku wy­buchu wojny jesteśmy więc — od papieża po ostatniego wśród ka­tolików świeckich — tak naprawdę owymi «ludźmi reagującymi bardzo emocjonalnie» (Hirschmann)”.

Wszystkie owe teologiczne czytadła, pełne zawiłych roztrzą-sań tego, co „sprawiedliwe” i „niesprawiedliwe”, in casu belli zni­kają natychmiast z oczu i podczas gdy kilka milionów owieczek żegna się z tym światem — „Cóż komu szkodzi wojna?”, jak nie mógł się nadziwić Augustyn — duchowni dostarczają broni, co prawda tylko broni słownej, „broni oświecenia”: zbiór kazań wojennych Michaela Faulhabera stanowi „duchowy chleb komi-śny”, jak informuje, powtarzając swoje określenie kazań fronto­wych, wydawnictwo Herdera. I widzimy, że dopiero teraz są oni w swoim żywiole. Dopiero teraz stają się prawdziwymi robotni­kami w Winnicy Pańskiej. Bo chociaż rozstrzygnięcie, czy cho­dzi o wojnę „sprawiedliwą”, czy nie, jest — powtórzmy za jezu­itą Hirschmannem — „nadzwyczaj trudne”, to w chwili wybuchu wojny staje się dla teologów bardzo łatwe.

Teraz bowiem, bardziej niż w czasie pokoju, obowiązuje „wy­tyczna” zawarta w liście pasterskim biskupów niemieckich napi­sanym podczas pierwszej wojny światowej: „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie…”, teraz obowiązuje zwłaszcza wskazówka z Listu do Rzymian, 13: „Każdy niech będzie poddany władzom, sprawu­jącym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga”; przy czym wystarczy pomyśleć o Hitlerze, by uzyskać właściwe wyobrażenie o Bogu — albo o Pawle, któ­rego zwierzchność kazała nie tylko mocno wychłostać, ale i skró­cić o głowę, straconą zresztą w sposób bezkrwawy już w Liście do Rzymian, 13, jeśli nie wcześniej, w pobliżu Damaszku… Podobnie Jezus stał się ofiarą zwierzchności pochodzącej od Boga (od niego samego!), ale on wiedział, że ci, co panują nad ludźmi, ujarzmiają ich, a wielcy tego świata stosują wobec nich przemoc (jako że ewangelie, co ujawnia „duchowy chleb komiśny” Herdera, odzna­czają się „niezrównaną zdolnością adaptacji i wieloma zastosowa­niami”, to jest w nich „pokarm duchowy i komentarze na wszelkie [!] okoliczności i sytuacje”). O tym jednak, czy zwierzchność re­prezentuje „ład boży”, jak utrzymuje Paweł, czy stosuje przemoc wobec narodów, jak mówi Jezus, kler, doświadczony w rozstrzy­ganiu dylematów, jak nikt prócz niego, myśli w czasie wojny mniej niż kiedykolwiek indziej. W ogóle nie myśli. Modli się. Wygłasza kazania. Co w nich wysławia? Oczywiście „sprawiedliwą” wojnę. I tu, i tam!

Straszliwymi dowodami na to są dwie, jak dotąd, rzezie na­rodów. Po strome francuskiej pierwsza wojna światowa, na którą spędzono w ciągu czterech lat ponad sześćdziesiąt milionów lu­dzi, stała się dla katolików, od kardynała po wikariusza, czyn­nikiem wzmacniającym Francję, oczyszczającym i jednoczącym, „bożym posłańcem, którego zadaniem jest wywołanie odrodze­nia religijnego, moralnego i społecznego”; okop stał się „grotą w Getsemane”, pole bitwy — „Golgotą”, moment rzezi — „boską chwilą”, krótko mówiąc, cały kler francuski, między innymi rektor uniwersytetu katolickiego i późniejszy arcybiskup Paryża Baudril-lart, był „bardzo szczęśliwy z powodu tych wydarzeń” — i to mimo że wydana w 1915 roku przez jedenastu francuskich kardynałów i biskupów broszura La guerre allemande et le catholicisme (Wojna z Niemcami a katolicyzm) oskarżała Niemcy o prowadzenie „wy­niszczającej walki” z katolicyzmem i chrześcijaństwem.

I bardzo szczęśliwy był też, po przeciwnej stronie, niemiecki kler katolicki — z powodu rzezi, w której dziennie ginęło do siedmiu tysięcy ludzi („Co komu szkodzi wojna?”), w sumie dwa­naście milionów, do czego trzeba dodać dwadzieścia milionów rannych i kalekich oraz siedem milionów zmarłych z głodu pod­czas tej wojny, którą pasterze i arcypasterze sławili potem jako „wiosnę ludów”, „święty czas”, „czas łaski”, „największą epokę w dziejach Niemiec”, jako „dzień uczyniony przez Pana”, „wojnę miłą naszemu Panu”, „dzieło Ducha Świętego”, „przywrócenie Królestwa Bożego”, „zaślubiny zwycięskiego narodu z Bogiem”; moglibyśmy przytoczyć więcej podobnych bezwstydnych popisów eloąuentiae sacrae, z których rozpowszechnienia w milionach eg­zemplarzy trzeba sobie zdawać sprawę tak samo, jak z tego, co wyznaje katolicki teolog Heinrich Misalla: iż badając niemieckie kazania duchownych katolickich z lat wojny 1914-1918 nie natra­fił „w żadnym ze zbiorów kazań, jakie są dostępne” na wypowiedzi o innej wymowie. To samo oczywiście po stronie protestanckiej.

A w czasie drugiej wojny światowej? Jak wtedy wypasali pa­sterze swoje stada? Otóż zgodnie ze starym obyczajem paste­rzy; tym razem zresztą dla największego zbrodniarza w dziejach świata, któremu już w 1933 roku przypisali gremialnie „padający nań blask panowania Boga i udział w Jego wiecznej władzy”, któ­remu wspólnie obiecali w 1936 roku poparcie „na wszelkie spo­soby” i „wierność aż do śmierci”. A gdy biskup hrabia von Galen, znany „bojownik ruchu oporu”, w roku 1938, akurat w okresie wielkiego pogromu Żydów, „nocy kryształowej”, autoryzował rotę przysięgi na wierność Hitlerowi, kończącej się słowami:

Co tam ból i zima zła!

Mnie przysięga gna.

Ona jak pożar wybucha,

Ogarnia miecz, serce, rąk moich ruchy.

Cokolwiek czeka mnie potem —

Rzeszo, ja jestem gotów!

biskupi przykazali katolickim żołnierzom uczestniczącym w woj­nie, która po stronie niemieckiej była najzupełniej niesprawie­dliwa, by „przez posłuszeństwo wobec Fiihrera wykonywali swoje obowiązki i byli gotowi poświęcić się całkowicie”. Jego atak na Rosję odnotowali, znowu in corpore, „z satysfakcją”, utożsamili go ze „świętą wolą Boga” i „triumfem nauk Jezusa nad naukami niewiernych”, a także nie omieszkali wspólnie zaświadczyć dla po­tomności, że „zawsze i usilnie wzywali” do popierania tej rzezi. I podczas gdy niestrudzenie zachęcali do modlitw za owego super-gangstera i kazali bić w dzwony po jego zwycięstwach, nawet przez siedem dni z rzędu, podczas gdy odprawiali nabożeństwa dzięk­czynne, intonowali Te Deum, gratulowali, fundowali nowe dzwony do kościołów, żądali równocześnie — zauważmy: w interesie ban­dyty, który zdążył tysiące ich własnych duchownych (ale oczywi­ście nie było wśród nich żadnego arcypasterza) zamknąć w swoich obozach koncentracyjnych i rozkazał setki ich wymordować! — żądali od każdego, „by w pełni, chętnie i wiernie wykonywał swój obowiązek”, dołożył „wszelkich starań”, poniósł „wszelką ofiarę”; chwalili Hitlera jako „świetlany wzór”, jego koszmarne państwo jako „zbawcze przedmurze Europy”, zaatakowanie całego świata jako „wyprawę krzyżową” i „świętą wojnę” i wyjaśniali swoim owieczkom — gdy miliony ich zaczęły się wykrwawiać i zama­rzać, gdy niemieckie miasta zamieniały się w zgliszcza — „jakie to niewypowiedzianie wielkie szczęście, że możemy być Niemcami”.

Ach, bieg wydarzeń był znowu bardzo szczęśliwy! Zwłaszcza że i papież Pacelli, Pius XII, bez wątpienia najwyższy z arcypa-sterzy! — który jeszcze jako kardynał i sekretarz stanu popie­rał Hitlera w roku 1933, przy okazji zaanektowania Austrii oraz wkroczenia do Czechosłowacji, teraz popierał go tym bardziej, po­dobnie jak wszystkich faszystów. Bo chociaż, jak sam mówi, bez­ustannie apelował o pokój, o pokój, to jednak przestrzegał „mi­liony katolików” w „niemieckich wojskach”: „Oni przysięgali. Oni muszą być posłuszni”, a prócz tego, jak znowu sam wyznał, pod­czas tej największej krwawej łaźni w dziejach świata nie zabrakło mu „świetlanych momentów”, jego „serce przepełniała nadzieja na coś wielkiego, świętego”, był pełen „podziwu dla wspaniałych cech Fuhrera” i niczego nie pragnął bardziej niż jego zwycięstwa, o czym poinformował go za pośrednictwem aż dwóch nuncjuszów.

Miliony, wiele milionów poległych, rannych, kalekich, za­gazowanych, wdów, sierot, bezdomnych, wygnańców, nieszczę­śników wszelkich odmian — „Wypasaj moje owieczki!” Czyżby pasterze zawiedli? Czyżby wzięli w tym udział? Czy unurzali się po szyje we krwi? O nie! Przecież zawsze walczyli przeciw Hi­tlerowi. Już przed 1933 rokiem. A w 1945 roku znowu zaczęli z nim walczyć. A pokonane stada, które tymczasem posłali za pomocą kazań na jego pola bitewne, ściągali z powrotem do za­grody. Otwierali szeroko wrota: „Przychodźcie wszystkie do mnie, wy, które się utrudziłyście i jesteście objuczone […]”.

I co czynili później? Po doświadczeniach dwóch wojen świa­towych? Byli pierwszymi, którzy — ustami kardynała Fringsa (na zjeździe katolików w roku 1950) — zażądali publicznie ponow­nego uzbrojenia Niemców i uznali odmowę służenia w wojsku za „niegodny sentymentalizm”. W roku 1956 wikariusz generalny i pomocniczy biskup polowy armii Hitlera Werthmann, który — przyozdobiony swastyką — postulował swego czasu, by „rozpra­wiono się” z katolikami nie chcącymi iść na wojnę, by „skra­cano ich o głowę”, został wikariuszem generalnym Bundeswehry. W 1957 roku arcybiskup Jager, który służył już nazistowskim ban­dytom jako kapelan dywizji i oczywiście nie w nich, ale w ich ro­syjskich przeciwnikach dopatrywał się „nienawiści do Chrystusa, czyniącej z nich prawie że zwierzęta”, zażądał realizacji „ideałów krucjat […] w formie odpowiadającej nowym czasom”. W 1958 roku — zapewne gwoli uzmysłowienia owej formy — Jager i inni czołowi przedstawiciele duchowieństwa propagowali wyposażenie Bundeswehry w broń jądrową. W 1959 roku jezuita Gundlach oznajmił, opierając się na doktrynie najwyższego z pasterzy: „Wy­wołanie wojny jądrowej nie jest całkowicie niemoralne”. A dzisiaj katolickie duszpasterstwo wojskowe przygotowuje już żołnierzy na to, że Chrystus [!] wymaga od nas więcej niż wymagał Hitler […]”.

Czyżby jeszcze nie było wiadomo, z kim ma się tutaj do czy­nienia?

Seksualizm a chrześcijaństwo

Dopóki chrześcijańska moralność nie jest odbierana jako największa zbrodnia wobec życia, dopóty obrońcy chrześcijań­stwa są w korzystnej sytuacji.

NIETZSCHE

Najistotniejszym osiągnięciem chrze­ścijaństwa była „problematyzacja” seksualizmu […]. Potrzeba nam takiej postawy duchowej, która widziałaby w seksualiźmie nie „problem”, lecz „przyjemność”. Większości ludzi brak na to pewności sie­bie — i często także miłości.

ALEX COMFORT

Fundamentalne znaczenie seksu znajduje wyraz we wierze­niach każdego narodu i pierwotnie był to zawsze wyraz pozy­tywny. Vułva i phallus, srom i prącie, są dla tamtych wczesnych ludzi święte jako nosiciele zdolności do rodzenia i poczynania, akty płciowe zaś często są najważniejsze w dawnej religii.

Hołdowano seksualizmowi poprzez hierogamię, sakralne pa­rzenie dwojga ludzi, największy ze starożytnych kultów religijnych, przy czym — przynajmniej w najwcześniejszym okresie — zgro­madzeni ludzie często łączyli się przypadkowo w wyuzdanych ma­sowych orgiach. Czczono seks przez powszechną deflorację przed­małżeńską w świątyni; żadna dziewczyna nie mogła wyjść za mąż, póki nie została tam pozbawiona dziewictwa przez dowolnego mężczyznę — ten obrzęd był niegdyś równie dobrze znany w In­diach, jak na Bliskim Wschodzie oraz wśród niektórych plemion afrykańskich. Jako trzecią z głównych form kopulacji religijnej uprawiano stale, zwłaszcza w miastach semickich i w Azji Mniej­szej, spółkowanie w świątyni, ale hierodule nie były początkowo bynajmniej otoczone pogardą, przeciwnie: często przedkładano je nad inne kobiety.

Po tysiącletniej gloryfikacji seksualizm miał jednak coraz potężniejszych wrogów i z coraz większą wrogością odnoszono się do kobiety, tak wysoko stawianej w dawnych cywilizacjach matriarchalnych. Pojawiły się, pod auspiq’ami religii, siły, które zwalczały albo seksualizm, albo kobietę, a czasem i seksualizm, i kobietę. Rozpoczęła się wojna płci i w ogóle przeciwko płci — dosyć wcześnie w monoteistycznym judaizmie i w hellenistycznej obrzędowości misteriów, które to kulty miały później największy wpływ na chrześcijaństwo.

Sam Jezus nie żył bynajmniej jak asceta — nie mieszkał jak Jan Chrzciciel — na pustyni, przeciwnie: rozstał się z nim, co wię­cej, przez swych wrogów był lżony jako „żarłok i pijak”. Ponadto bez skrępowania obcował z kobietami, nie uważał ich za niższe istoty, nie poniżał ich, stykał się też z grzesznikami, z prostytut­kami i nawet nie potępił cudzołożnicy.

Natomiast u Pawła, właściwego twórcy chrześcijaństwa, po­brzmiewa już mocno pochwała wstrzemięźliwości, poskramiania żądzy, nienawiści do ciała. Ciało jawi się wręcz jako siedlisko grze­chu. Nie ma w nim „niczego dobrego”, to „śmiertelna powłoka”, chrześcijanin musi ciało „tłamsić”, „kiełznać”, „zabijać” itd. Rów­nocześnie deprecjonuje Paweł kobietę, przedstawia ją jako istotę zależną od mężczyzny, całkowicie mu podporządkowaną — wszel­kie apologetyczne wybiegi okazują się daremne w obliczu tekstów Pawła. I wreszcie deprecjonuje ten apostoł także małżeństwo, po­zwala na nie bowiem tylko „gwoli zapobieżenia nierządowi” i wy­raźnie pochwala stronienie od kobiet.

Najsławniejsi Ojcowie Kościoła zaczynają się prześcigać w propagowaniu ascezy; zachęcają z kuszącym cmokaniem — zwłaszcza dzieci, i to już pięcio-, czteroletnie, do zachowania dzie­wictwa. Wymuszają na nie pojmujących niczego głowach i ciałach dożywotnie śluby. Ale gdy bardziej świadomi dorośli protestują, to stają się ofiarami szczucia. „Rodzice się sprzeciwiają, ale chcą, by ich opór został pokonany” — naucza święty Ambroży.

Niejeden zakonnik chcący zachować czystość żyje dziwacz­nie. Niektórzy, tak jak Makary, tarzają się nago w mrowiskach albo, tak jak Benedykt, w cierniach, ciągle płaczą, tak jak Sze-nuta, lub są strasznie brudni, jak Antoni. (Zakon antonitów otrzy­muje przywilej hodowania świń i świnię jako atrybut, Antoni zaś awansuje do roli patrona zwierząt domowych). Przez całe życie, tak jak Szymon Słupnik, nie patrzą na rodzoną matkę i rzucają kamieniami w kobiety. Wiążą dokoła penisów kawałki ciężkiego żelaza, przez co upodabniają się do eunuchów. Całe lata spędzają zamurowani, całe dziesięciolecia na słupach, przez całe życie je­dzą tylko trawę, którą pasą się jak bydło. Udają wciąż obłąka­nych — i niejeden z nich jest obłąkany. Ale teologowie jeszcze w XX wieku pochwalają to wszystko jako „heroizm” i „świętość”, „pogłębione formy świadomości religijnej”, wytwór „wspaniałego wpływu Ducha Świętego” itd.

Wrogość wobec ciała i pożądania, objawiana przez histerycz­nych ascetów, pozostaje też najwyższym ideałem przez całe śre­dniowiecze. Wszystko nieomal, co wiąże się z seksem, jest nader grzeszne, patologiczna cnota jest święta, żądza uchodzi za pod­szept szatana, a wstrzemięźliwość jest wychwalana pod niebiosa. Teologowie lżą ciało jako „kopalnię nawozu”, „siedlisko zgnili­zny”, jako „pełne brudu i ohydy”. Nie byle kto, bo Jan z Avila, wy­niesiony do godności nauczyciela Kościoła dopiero w 1926 roku, poucza: „Gardź ciałem, uważaj je za pokryty śniegiem śmietnik, za coś, co budzi w tobie obrzydzenie, ilekroć o tym pomyślisz”. Nie byle kto, bo święty Franciszek każe ciało „nienawidzić, gdyż chce ono żyć w cielesności”; nakazuje traktować „chuć jako coś nie­godnego, poskramiać ją i pogardzać nią”. (Średniowiecznych mni­chów nazywa się czasem „siusiającymi w habity” —pissentunicis).

Gdy mieli polucję albo jej się tylko obawiali, gdy nie bez lu-bieżności spojrzeli na kobietę, to rzucali się natychmiast, nawet w środku nocy i zimą, do wody, do najzimniejszych rzek, lodowa­tych jezior, tam klękali i śpiewali psalmy. Dla poskromienia swych członków męskich zakładali przez okrągły rok niewygodną odzież i nawet w niej sypiali, jak przewrażliwiony Heinrich Seuse, albo często biczowali się do utraty przytomności, jak założyciel zakonu dominikanów. I jeszcze w XX wieku jezuici karzą siebie pejczami, stalowymi ostrzami — bo przecież, jak mówi święty Franciszek Salezy, zewnętrzne poskramianie to owies dla osła, żeby szybciej biegł.

Wysławiany wciąż przez Kościół asceta, uznawany za czło­wieka silnego, pogromcę „zwierzęcia w nas”, „niskiego popędu”, nie ma bowiem bynajmniej silnej woli, raczej przeciwnie: jest to tylko pokorny, pełen bigoterii wykonawca rozkazów, który chce być cnotliwy nie z własnego wyboru, ale jedynie dlatego, że od najmłodszych lat mu to wmawiano; nie jest niezłomny w swym wnętrzu, nie odznacza się duchową autarkią, lecz jest wielce nie­samodzielny, słaby, tak słaby, że musi się doprowadzić do sza­leństwa, by jakoś wytrwać. Słusznie nazywa Nietzsche fanatyzm jedyną odmianą silnej woli, którą można zaszczepić także czło­wiekowi słabemu.

Jako że jest tu tłumione całe życie seksualne, przeto docho­dzi do tego, iż zakonnicy miewają rozpustne wizje kobiet w naj­różniejszych pozach, a siostry zakonne widują bardzo lubieżne diabły, dochodzi do nader wyuzdanego obcowania ze służebnicą Pańską, czasem z samym Panem, do psychicznych tańców świę­tego Wita i groteskowych ekscesów duchowych tych chrześcijan, którzy — co ich wystarczająco demaskuje — potrafią wyobra­zić sobie swoje kontakty metafizyczne jedynie pod symbolicznymi postaciami miłości i małżeństwa. „Adi, Afrodyta wyciska swoje piętno na miłości do Boga aż nazbyt często” (Schiller).

Duchowni chętnie hołdują nienaturalnej miłości do Ma­donny, bywają zaręczeni z Maryją, związani z nią ślubem, uwi­kłani w tajemne stosunki z nią, wysysają jej mleko, zagłębiają się — w duchu — w jej macicę; dlatego właśnie nowoczesna teo­logia moralna rozważa kwestię onanizmu przed figurą Świętej Dziewicy.

Mistycznym substytutem płciowym dla zakonnic jest Jezus. Kościół czyni je „oblubienicami”, „świątyniami Pana”, nazywa je tabemacula Christi, obdarza welonem, wiankiem, pierścion­kiem, a benedyktynki otrzymują nawet ukwiecone łoże małżeń­skie z Ukrzyżowanym jako panem młodym na poduszce. Te za­konnice przyciskają namiętnie figurę Jezusa do swych nagich piersi, czują się brzemienne. Odbywa się całowanie, tulenie, odby­wają się medytaqe o świętym obrzezaniu Jezusa, o cieple w łonie Maryi w chwili zapłodnienia, i przy tym roznieca się taki cudowny, oszałamiający żar w sobie samej.

Wiele kobiet doświadcza słynnej głębokiej rany, która wy­wołuje w nich niesamowitą żądzę. Niejedna, na przykład święta Katarzyna z Genui czy Madame Guyon, doświadczyła tego pod­czas spotkania sam na sam ze spowiednikiem, w sposób magiczny przyciągającym ją ku sobie. Inne, przykładowo święta Katarzyna ze Sieny, całymi godzinami, dniami, trwają przez swą chuć w sta­nie pozornej śmierci. Jeszcze inne stają się tym żywsze. Święta Magdalena dei Pazzi biega w szale — sama lub z innymi sio­strami — po klasztorze, woła: „Miłości, miłości, miłości… tego już za wiele”, zrywa z siebie odzienie i, według opowieści jej spowiednika, ojca Cepariego, skacze 3 maja 1592 roku na wyso­kość dziewięciu metrów w jednej z kaplic, żeby uchwycić krucyfiks i umieścić go między swoimi piersiami.

Święta Teresa z Avila, największa mistyczka katolicka, osoba czczona ponad wszelką miarę (nawiasem mówiąc, przesadnie pazerna), wciąż widzi w snach oszczepy, szable, długie ostre przedmioty, nie może się powstrzymać i pokazuje Panu „figę”, a tak często przeszywa ją, dźga, unosi w powietrze boska miłość, że utrzymuje uporczywie, iż nieraz przez pół godziny poruszała się w przestrzeni.

Mniej wybitne chrześcijanki noszą przynajmniej jako pier­ścionek zaręczynowy boski napletek, przechowywany i czczony w wielu miejscach, ma się rozumieć, w oryginale, między innymi przez „bractwo świętego napletka”, specjalnych księży i rzesze pielgrzymów. Co więcej, wiedeńska zakonnica Agnes Blannbekin delektuje się w XVIII wieku całym posiłkiem z napletków. Prawie że od dziecka zafascynowana niepewnym losem najświętszego na­pletka — podobnie jak wielu poważnych Ojców Kościoła — czuje, właśnie w święto obrzezania, tuż po komunii, ten cudowny naple­tek na języku, okazuje się on bardzo słodki, zakonnica rozkoszuje się nim, połyka, czuje nowy napletek, znowu połyka. „I tak zrobiła — co dokumentuje uczony benedyktyn austriacki Pez — chyba sto razy”.

Czyż potrzeba dalszych dowodów na to, że podstawą tego kultu miłosnego jest libido? Pomijając aspekt czysto literacki, nie ma też znaczącej różnicy między mistyką „autentyczną” a „nieau­tentyczną”, „wyższą” i „niższą”, między mistyką a mistycyzmem. Wszędzie w tym, co „ponad naturą”, kryje się natura, w spirytu-alizmie — seksualizm, w agape — erotyzm; wprawdzie różnią się one pod względem ekspresji, ale nie tym, co istotne. Jeśli jest tak, że ktoś tarza się po podłodze, wzywając Jezusa albo masturbu-jąc się krucyfisem, to zawsze chodzi tylko o surogaty tłumionego popędu cielesnego.

Ani łono Maryi, ani kult najświętszego napletka nie zadowa­lają jednak większości pobożnych chrześcijan. I dlatego sam Ko­ściół narzeka coraz bardziej — od starożytności i mimo wszystkich średniowiecznych reform — że zakonnicy „dają ludziom najgor­szy przykład”, że „w całej prawie Europie nie pozostało z mnicha nic prócz tonsury i habitu”, że wielu tylko po to poszło do klasz­toru, żeby możliwie swobodnie uprawiać rozpustę. Libertynizm duchownych stał się faktycznie przysłowiowy. Jeszcze pod koniec XVI wieku roi się w klasztorach męskich od kobiet i dzieci.

Jezuici, według statutu zobowiązani do „anielskiej czystości”, ćwiczyli (przy tak zwanej dyscyplinie secundum sub) najchętniej nagie pośladki dam, nawet tych najlepiej urodzonych — od Nider­landów po Hiszpanię. A na Wschodzie, wymordowujący wszyst­kich, rycerze zakonu niemieckiego nie przejmowali się ślubami czystości i „służbą niebiańskiej Pani, Maryi”, nie omijając żadnej pochwy; zadawali się z kobietami zamężnymi, dziewicami, małymi dziewczynkami, a ponadto, jak mamy podstawy przypuszczać, in­teresowały ich samice zwierząt. Homoseksualizm kwitł w klaszto­rach od początków ich istnienia.

Natomiast zakonnice inicjują w świecie zachodnim prostytu­cję u siebie. Rozprzestrzenianie Królestwa Bożego na tej ziemi wiąże się coraz częściej z sytuacją, w której siostry zakonne sta­nowią konkurencję dla ladacznic. Już w IX wieku pojawia się, powtarzane później, porównanie klasztorów żeńskich z lupana-rami. Potem wiele klasztorów przemienia się w jawne burdele, tak jest na Pomocy, gdzie święta patronka Szwedów wyrzeka, iż furty klasztorów żeńskich w dzień i w nocy są otwarte dla ludzi świeckich i dla duchownych, tak jest we Francji i we Włoszech, gdzie teolog Mikołaj z Clemages wyznaje: „Założenie pannie kor­netu oznacza dziś skazanie jej na prostytuqę”. Owe miejsca me­dytacji Izy się jako „domy rozpusty” albo „domy otwarte” dla szlachty. Rada miejska Lozanny zaleca zakonnicom, by nie czy­niły zbytecznymi burdeli, rada miejska Zurychu wydaje w 1493 roku utrzymane w ostrym tonie rozporządzenie skierowane prze­ciw „nieobyczajnemu odwiedzaniu klasztorów żeńskich”.

Tam gdzie brakowało mężczyzn, gdzie zakonnicom nie po­zwalano nawet mieć spowiedników, musiały one często zadowalać się dziećmi, czworonogami albo całkiem bezdusznymi przyrzą­dami do dawania rozkoszy, prymitywnymi rurkami, ale i sztucz­nymi fallusami z moszną pełną mleka, które — zimne lub cie­płe — siostry wtryskiwały sobie w najciekawszym momencie do mniej czy bardziej dziewiczych pochew, tworząc złudzenie ejaku-lacji; byty to namiastki, które we Francji nie bez kozery nazywano klejnotami zakonnic, bijoiuc de religieuse. Gdy w 1783 roku zmarła Marguerite Gourdan, najsłynniejsza bajzelmama w tym stuleciu, znana też z produkowania owych wymyślnych przedmiotów po­cieszających, znaleziono u niej setki zamówień na takie bijowc z francuskich klasztorów.

Kiedy Kościół kładł nacisk na „obyczajność”, wymierzał nie­ludzkie kary. Osoby, które sprzeniewierzyły się ślubom zakon­nym — nawet te zmuszone do wstąpienia do klasztoru! — we­getowały latami o chlebie i wodzie, były dożywotnio więzione, wciąż dodatkowo maltretowane, biczowane, przy czym liczbę ude­rzeń — jak to gdzieś zapisano — pozostawiano „uznaniu” opata, któremu tylko w wyjątkowych wypadkach wolno było wysmagać śmiertelnie.

Klerowi świeckiemu narzucono celibat, który jeszcze prymas Republiki Federalnej Niemiec kardynał Dópfner propagował jako „formę życia wynikającą z Biblii i zalecaną przez nią”, mimo że Stary Testament zaleca nawet arcykapłanowi, by pojął „dziewicę za żonę”, a według Nowego Testamentu nawet biskup musi być „mężem niewiasty”. Ponadto apostołowie zabierali swoje żony ze sobą w podróże misyjne i w całym dawnym Kościele księża i bi­skupi byli w większości żonaci.

Kościół katolicki wymusił celibat z trzech powodów. Po pierwsze, rezygnacja ze stosunków płciowych miała uczynić du­chownych bardziej wiarygodnymi i bardziej godnymi szacunku. Po drugie, kler bezżenny był dla Kościoła tańszy niż obarczony żo­nami i dziećmi. Po trzecie, potrzebowano zawsze dyspozycyjnych, bezwolnych narzędzi, nie związanych z rodziną, społeczeństwem, państwem, narzędzi, za których pośrednictwem chciano panować — i o to tylko chodzi.

Rozpoczęło się ohydne szpiegowanie, z góry ustalone we wszystkich swych szczegółach. Żonatych duchownych usuwano, więziono ich przez pewien czas lub dożywotnio, torturowano, ka­leczono, zabijano — po tym, jak papieże i nauczyciele Kościoła, tacy jak Aleksander II czy Damiani, nakłonili wiernych do prze­śladowania duchownych „aż do rozlewu krwi”, „aż do całkowitego unicestwienia”.

A żony księży, choć poślubione całkiem legalnie, często na­wet z zachowaniem ceremoniału kościelnego, tracą ze stulecia na stulecie swoją prawowitość, bywają biczowane, sprzedaje się je i przemienia w niewolnice; to samo spotyka dzieci kapłanów.

Tymczasem księża zachowujący celibat miewają zamiast za­bronionej jednej kobiety niejednokrotnie mnóstwo kochanek, księże małżeństwo zostaje zastąpione przez swoisty księży harem. W VIII wieku święty Bonifacy wspomina o duchownych, którzy „mają nocą w łożu cztery, pięć albo i więcej konkubin”, później zdarzają się — w Bazylei, w Liege — biskupi będący ojcami dwa-dzieściorga dzieci, w jednym wypadku liczba dzieci wynosi nawet sześćdziesiąt jeden.

W XIII wieku, gdy chrześcijaństwo przeżywa czas rozkwitu, papież Innocenty III nazywa kapłanów „mniej obyczajnymi niż ludzie świeccy”, a papież Honoriusz III zapewnia: „[…] oni sieją zgorszenie i stanowią pułapkę dla ludzi”, papież Aleksander IV stwierdza zaś, „że lud, zamiast stawać się lepszym, jest całkiem de­moralizowany przez duchownych”. Confessio propria est omnium optima probatio (własne wyznanie jest najlepszym dowodem). „Oni gniją jak bydło na kupie gnoju” — to jeszcze jedna złota myśl papieża z XIII wieku. A w wieku XIV, kiedy to austriacki au-gustianin Waldhausen grzmi o „stajni Augiasza, zwącej się Kościo­łem Chrystusa, lecz będącej tylko burdelem antychrysta”, sprawy przedstawiają się jeszcze gorzej. W XV wieku zaś, gdy znani teo­logowie zaświadczają, że stan duchowny jest „od góry do dołu zepsuty”, że „ludzie obyczajni i uczeni nie uzyskują wysokich god­ności”, że tylko „cuchnące trupy” ubiegają się o biskupstwa, w tym wieku XV na soborze w Konstancji, który spalił Husa, było obec­nych — jak opowiada kronikarz miejski Ulrich von Richenthal — oprócz papieża, ponad trzystu biskupów i Ducha Świętego, także siedemset ladacznic, nie licząc tych, które uczestnicy soboru przy­wieźli ze sobą.

W Watykanie postępowano in puncto puncti tak, jak pięćset lafwcześniej. Przykładowo, papież Sykstus IV wystawił nie tylko (nazwaną jego imieniem) Kaplicę Sykstyńską, ale i burdel. Sam, będąc jednym z najlubieżniejszych ludzi, obcował cieleśnie z ro­dzoną siostrą i ze swymi dziećmi, nie tylko wprowadził w roku 1476 święto Niepokalanego Poczęcia, ale również inkasował od swych ladacznic rocznie dwadzieścia tysięcy dukatów podatku — a ponadto mianował krwawego zbira Torąuemadę inkwizytorem! Jego siostrzeniec kardynał Piętro Riario, obdarzony czterema bi­skupstwami i patriarchatem, dosłownie zakopulował się na śmierć i otrzymał za to jeden z najpiękniejszych grobowców na świecie.

W roku 1490 było w Rzymie — według dość wiarygodnej statystyki — niespełna sto tysięcy mieszkańców i w tej liczbie sześć tysięcy osiemset kobiet lekkich obyczajów; co siódma rzy-mianka była prostytutką! Ale nie tylko papieże budowali czy ku­powali domy publiczne; pozwalali sobie na to także kardynało­wie i biskupi, opaci i przeorysze. Wciąż potwierdzała się słusz­ność Piusa II, który powołując się na Augustyna, zapewniał króla Czech, że Kościół nie może istnieć bez będących pod kontrolą burdeli.

I widocznie także kler nie mógł żyć bez kobiet, czy były to żony, konkubiny, czy kucharki. Mimo surowego zakazu biskupi zezwalali wielu księżom na kochanki, byleby płacili „czynsz od prostytucji”, żądany nawet (w Norwegii oraz Islandii w podwójnej wysokości) od kapłanów bez kobiet.

Duszpasterze kontynuowali życie seksualne oczywiście także po trydenckich reformach. Jeszcze w XVII wieku nawet purpu-raci miewali konkubiny i dzieci, na przykład arcybiskup Salzburga von Raitenau (z piękną Salome Alt) aż piętnaścioro. I jesz­cze w roku 1970 nie wrogie Kościołowi, lecz katolickie stowa­rzyszenie „Aktionskreis Miinchen” wypowiedziało się w memo­randum przesłanym do wszystkich duchownych diecezji mona­chijskiej o „ukrywanych związkach podobnych do małżeńskich” i o wymuszonym „fałszu” księdza katolickiego. Gdy jednak w roku 1973 Hubertus Mynarek, były dziekan wydziału teologicznego uniwersytetu w Wiedniu, opisał ten fałsz po swoim wystąpie­niu z Kościoła, to tuż przed wydaniem jego książki Herren und Knechte der Kirche (Panowie i słudzy Kościoła) rozpoczęło się ta­kie intrygowanie, że wydawca zerwał umowę i wycofał z handlu już wydrukowany i częściowo sprzedany nakład.

Obłuda należy po dziś dzień do najohydniejszych, ale i naj­istotniejszych cech charakterystycznych chrześcijaństwa. Zgodnie ze starą katolicką dewizą si non caste caute, jeśli nie cnotliwie, to przynajmniej ostrożnie, papieże Aleksander II, Lucjusz III i wielu innych ściśle rozróżniali grzech tajny i taki, o którym się dowie­dziano, i w tym drugim wypadku wymierzali karę podwójną albo i potrójną. Nauczyciel Kościoła kardynał Damiani uznał expressis verbis za znośną ukrytą rozpustę duchownych, ale za nieznośne — świadczące o ciąży brzuchy oraz rozkrzyczane dzieci ich kon­kubin — sprowokował tym błyskotliwe szyderstwo Panizzy: „Ten Damiani miał już iście katolicki sposób myślenia: co stało się w ukryciu, to nie zdarzyło się w ogóle; grzechem jest tylko to, co krzyczy”. A Jean de Gerson, kanclerz Sorbony, doctor christianis-simus, pouczał kler wprost: „Trzeba jednak dbać o to, by wszystko działo się potajemnie”. I taka właśnie jest utajona maksyma mo­ralna również naszych czasów, bo i teraz karze się za czyn roz­pustny wobec osoby spowiadanej wieczną pokutą i odsunięciem od kapłaństwa tylko wtedy, „gdy jest on znany powszechnie”.

Ogólnie biorąc, nigdy nie przedstawiano czarno mężczy­zny, lecz kobietę, którą sam Jezus traktował przecież życzliwie, wzorowo i której najdawniejsze chrześcijaństwo zawdzięcza sporą część swoich sukcesów misyjnych.

Ale najwięksi Ojcowie Kościoła: Ambroży, Augustyn, Jan Chryzostom rozpowszechniają później twierdzenia, iż kobieta nie została stworzona na podobieństwo Boga, że jest istotą niższą, przeznaczoną do służenia mężczyźnie, co więcej, używa się nie­rzadko zwrotów sugerujących zależność podobną do niewolniczej. W szczytowym okresie średniowiecza Tomasz z Akwinu, pod ko­niec XIX wieku uznany za pierwszego nauczyciela Kościoła kato­lickiego, określa kobietę jako niepełnowartościową pod względem fizycznym i duchowym. Stanowi ona jakby „okaleczonego”, „nie­udanego mężczyznę”. To, że w ogóle, pożal się Boże, przychodzą na świat dziewczynki, wynika, według tego oficjalnego filozofa Kościoła, patrona wszystkich szkół i uczelni katolickich, z niedo­brego nasienia, z niewłaściwej krwi macicznej albo też z tego, że wieją „wilgotne wiatry południowe” (yenti australes) i wywołują nie tylko deszcz, ale i rodzenie się dzieci z większą zawartością wody, mianowicie dziewczynek.

Podobnie Luter, który co prawda zniósł celibat i wyprowa­dził zakonnice z klasztorów, nazywał jednak mężczyznę „wyżej stojącym i lepszym”, a kobietę „półdzieckiem” i „dzikim zwierzę­ciem”; „największą ich zasługą jest to, że nas rodzą” — takich pochlebstw znajdujemy u niego więcej.

Ta trwająca prawie że po dziś dzień kampania oszczerstw, wśród których wypowiedzi pozytywne całkiem się zagubiły, nie tylko doprowadziła w Kościele do wielu kompromitujących prze­jawów dyskryminaqi, ale również — wobec ogromnego wpływu kleru — odbiła się bardzo negatywnie na niemalże wszystkich dziedzinach życia. Kobietę dyskryminowano prawnie, ekonomicz­nie, społecznie pod względem możliwości kształcenia; była to stała i bardzo dla niej dotkliwa postawa. Przez całe wieki nie mogła wy­stępować jako osoba prawna, nie miała prawa do dziedziczenia ani do znaczniejszego majątku, jako żona musiała żyć zgodnie z wolą męża, któremu Corpus luris Canonici, obowiązujący do 1918 roku (!) kodeks Kościoła katolickiego, pozwala na zmusza­nie żony do postów, bicie, wiązanie i więzienie jej.

Dlaczego właściwie teraz głównie kobiety głosują na CDU? Oczywiście ze względu na Kościół! Ze względu na Kościół, który niegdyś — to najokropniejsze następstwo nienawiści do kobiet — posłał miliony „czarownic” do izb tortur i na stosy i który zezwa­lał na to, by kobiety z najniższych warstw, a więc ich większość, jeszcze w połowie XIX wieku traktowano znacznie gorzej niż sta­rożytnych niewolników.

Kościół deprecjonował przez dwa tysiące lat nie tylko ko­bietę, ale i małżeństwo — choć się tego wypiera. Od świętego Ju­styna poprzez Tertuliana do Orygenesa bardziej chwali się eunu-cha niż mężczyznę żonatego. Według Ojca Kościoła Hieronima, małżonkowie żyją „na sposób bydlęcy”, kopulując nie różnią się „w niczym od świń i innych nierozumnych zwierząt”. Według Ojca Kościoła Augustyna, żonaci otrzymują gorsze miejsca w nie­bie, „prawdziwym małżeństwem” jest tylko „małżeństwo Józefa”, z całkowitą wstrzemięźliwością, i byłoby najlepiej, gdyby dzieci były „rozsiewane ręką, tak jak ziarno”.

Odpowiednio do tej sytuacji idea małżeństwa jako sakra­mentu pojawiła się dopiero po ponad tysiącletnim istnieniu chrze­ścijaństwa, dopiero w XI i XII wieku rozpowszechnił się zwyczaj wypowiadania „tak” wobec kapłana, ale aż do XVI wieku uzna­wano ważność małżeństwa zawartego bez jego udziału. Odpo­wiednio do tej sytuacji często uniemożliwiano zawarcie związku małżeńskiego, także drugiego (w wypadku osób owdowiałych), choć takie małżeństwa nie były zabronione; kiedy indziej zwal­czano je zaciekle, chętnie przytaczając powiedzenie: „Maciora znowu się tarza”.

Ściśle ograniczano też stosunki płciowe w małżeństwie. We wczesnym średniowieczu były one zakazane w niedziele i w święta, w dni pokuty i modlitw błagalnych, we wszystkie środy i piątki albo w piątki i soboty, w oktawie wielkanocnej i zielonoświąt­kowej, w okresie czterdziestodniowego postu, w adwencie, przed komunią, czasem i po niej, podczas ciąży i po niej, summa summa-rum: przez osiem miesięcy w roku. A w szczytowym okresie śre­dniowiecza i jeszcze później — prawie przez pół roku. Wykrocze­nia w tej mierze były karane przez Kościół, a nadużycia narażały, aż po wiek XX, na straszliwą zemstę Boga: na dzieci pryszczate, chore na padaczkę, kalekie, opętane przez diabła. Jako wzór oby­czajowy zalecano wielbłąda spółkującego raz w roku, a zwłaszcza słonicę — robiącą to tylko raz na trzy lata.

Kościół zezwalał tylko na stosunki małżeńskie: po pierwsze, by uniemożliwić, czasem przyjemniejsze, stosunki pozamałżeń-skie. „Dziewczę ma po to swą pochewkę — mówi Luter, obra­zowo wyrażając zarazem stanowisko Kościoła katolickiego — by on [małżonek] czerpał ż niej zdrowie, by nie dochodziło do polu-cji i zdrad”. Po drugie, potrzebowano małżeństwa ze względu na potomstwo. „Jeśli one nawet męczą się brzemiennością i w końcu umrą z tego — pisze, jakże szczerze, Luter — nie zaszkodzi to, niech donoszą do śmierci, po to są”.

A skoro już — co wołało o pomstę do nieba — trzeba było się kochać, to niechby robiono to rzadko i bez pożądania! Przez całe stulecia określano prawie wszystkie stosunki małżeńskie jako grzeszne, a później za bezgrzeszne uchodziły tylko te, przy których odżegnywano się od rozkoszy; ta zawsze stanowiła w chrześcijań­stwie cńmen capitale. Gdy wybierano inną pozycję niż ta ponoć naturalna, chciana przez Boga — kobieta na wznak, mężczyzna nad mąfacies ad faciem; według pewnych ekspertów jest to pozy­cja dająca najmniej rozkoszy, w świecie niechrześcijańskim często wyśmiewana, zwana jako pozycja misjonarska — otóż jeśli upra­wiano, gwoli większej przyjemności, situs ultra modum (nieraz roz­ważany fachowo, w różnych wariantach, przez moralistów), ucho­dziło to za zbrodnię gorszą niż morderstwo. Teologowie byliby najbardziej zadowoleni, gdyby małżonkowie spółkowali z odrazą do własnego popędu, w mroku nocy, i oboje obleczeni w spe­cjalną mnisią koszulę, która zakrywała wszystko aż po duży palec u nogi i miała tylko maleńki otwór w okolicy genitaliów, służący wyłącznie do płodzenia nowych chrześcijan i praktyków celibatu.

O środkach antykoncepcyjnych — w starożytności używano ich często, i mechanicznych, i farmakologicznych, znano też me­todę Knausa-Ogino — świat chrześcijański nie wiedział, jak się zdaje, nic aż do wieku XVIII. I odtąd były one na wszelkie spo­soby przedstawiane jako zło.

Wierni powinni raczej cierpieć niedostatek, zrezygnować z wszelkich dobrodziejstw dla siebie — nauczali w 1913 roku niemieccy biskupi in corpore. Potępiali nawet odpowiedni prze­mysł za „zbrodniczą pomoc”, określali go jako „zasługujący na wyklęcie”, bo „nasz biedny naród niemiecki piąci za jego ohydne wyroby nie tylko pieniędzmi, ale i krwią, zdrowiem ciała i duszy, szczęściem rodziny” — a przecież pieniędzmi, zdrowiem, szczę­ściem, płaci ten, kto gardzi środkami antykoncepcyjnymi!

A nawiasem mówiąc, kiedyż to Kościół zwalczał z równym zapałem przemysł zbrojeniowy? Kiedyż to określił go jako „za­sługujący na wyklęcie”, „zbrodniczy”? A właśnie jego „wyrobów” mogłyby z powodzeniem dotyczyć owe słowa z listu pasterskiego, wypowiedziane w 1913 roku: „Za nie nasz biedny naród niemiecki musi płacić nie tylko pieniędzmi, ale i swoją krwią”. Biskupi nie mieli jednak na myśli granatów, armat, gazów trujących. Granaty, działa i gazy, i całą wojnę wychwalali niezadługo jak opętani, uznawali tę wojnę za świętą! A prezerwatywy były w ich oczach diabelskim wymysłem i takim pozostają. Bo dziesiątkują eksplo­atujących i eksploatowanych, dziesiątkują konsumentów, ujmują mięsa armatniego, władzy, prestiżu. Dlatego trzeba było wypowie­dzieć prezerwatywom wojnę. Ale nigdy nie wypowiedziano wojny wojnie! Taka jest moralność Kościoła, który chwali rzezie i lu­dobójstwo jako służbę Bogu — ale nadal zakazuje sanitariuszom wydawania środków antykoncepcyjnych: niech już raczej żołnie­rze zapadają na kiłę i rzeżączkę. I na AIDS.

Sama sprzedaż środków antykoncepcyjnych jest i dziś uzna­wana za „formalny współudział w grzechu kupującego”. A sprze­daż granatów? Ależ nie! Taka jest moralność Kościoła, któremu to zawdzięczamy fakt, iż jeszcze teraz za reklamę środków anty­koncepcyjnych grozi więzienie, że jeszcze w drugiej połowie XX wieku (w Niemczech, we Włoszech) stawiano przed sądem leka­rzy, którzy sterylizowali kobiety, a nawet takich, którzy tylko po­lecali środki zapobiegawcze — podczas gdy w niechrześcijańskich Indiach wypłaca się dorosłym premie za dobrowolne poddanie się sterylizacji.

„Ojcowie” nawiązali oczywiście do starej antyhumanistycznej postawy wrogości wobec rozkoszy podczas Vańcanum Secundum i znalazła ona też swój wyraz w nieludzkiej encyklice Humanae vitae autorstwa Pawła VI, która nadal zabrania wszelkiej regu­lacji urodzeń z wyjątkiem zaakceptowanego przez Piusa XII — zresztą wbrew całej katolickiej tradycji — wykorzystywania dni niepłodnych u kobiety, na co oburzali się nawet znani teologowie, a krytyczni katolicy szydzili z tego: „Kanonizacja Knausa i Ogino, odegrana przez trupę z domu starców pod wezwaniem świętego Piotra w Rzymie, w reżyserii papieża Pawła VI”.

Ale po cóż mielibyśmy atakować właśnie jego osobiście? To nie tyle jego wina, ile wina systemu. Nie tylko encyklika zajmuje „stanowisko całkiem przestarzałe”, jak uważa przewodniczący ka­tolickiego stowarzyszenia lekarzy (Saes), nie tylko jest, według tego medyka, „katastrofalna”, lecz katastrofalny jest Kościół — i w ogóle chrześcijaństwo. I to już od czasów Pawła, a nie dopiero od czasów Pawła! Kto tego dziś nie widzi, jest ślepy albo ślepego udaje. Tertium non datur.

Właśnie ludziom biednym przemienia kler jedyną bodaj ra­dość, jaką miewają, w czynność pokutną wykonywaną pod krzy­żem, mało przyjemną, w ramach obowiązkowej bezustannej pro­dukcji katolików. Albo też żąda się — o ile ktoś nie kocha się „zgodnie z prawami natury” (uprawiając w bardzo ograniczonym czasie miłość według Knausa i Ogino) — ścisłej ascezy, wybrania „całkowitej wstrzemięźliwości”, życia takiego, jakie wiodą, „brat i siostra podług szlachetnego wzoru Matki Boskiej i świętego Józefa”.

A tymczasem już w ubiegłym stuleciu świat miał tyle lud­ności, ile przez poprzednich sześćset tysięcy lat razem wziętych. I za niecałych dwieście lat żyłoby na świecie sto miliardów lu­dzi — jeśliby nie było planowania rodziny i przy obecnym tem­pie przyrostu — przez co cały glob, jeśli wyłączyć morza, wy­sokie góry i obszary polarne, stałby się jednym gigantycznym miastem.

I oto podczas gdy wszyscy demografowie apelują do ludzi, alarmują świat, katolicyzm podtrzymuje zakaz wszelkich środków antykoncepcyjnych. Rzym przeprowadził tajną ofensywę dyplo­matyczną, domagając się od rządów, organizacji międzynarodo­wych, zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych i ONZ, by zaprzestano finansowania i popierania kontroli urodzeń. Ostatnie, najtragicz­niejsze następstwo takiej polityki zasygnalizował działający w Rzy­mie teolog Jan Yisser, który na zadane mu w telewizji niemieckiej pytanie, czy Kościół godzi się, w związku ze swym tradycyjnym nauczaniem, na beznadziejne przeludnienie, odpowiedział: „Tak. Jeśli będzie przekonany, że taki jest nakaz Boga, to sądzę, że po­godzi się z tym. Choćby świat miał zginąć, sprawiedliwości musi stać się zadość”.

            Fiat iustitia et pereat mundus (niech się dzieje sprawiedliwie, choćby świat miał sczeznąć). Zgoła podobnie jezuita Gundlach uznał w swej interpretacji doktryny Piusa XII o wojnie jądrowej zagładę atomową świata za „dowód wierności” ładowi bożemu i dlatego za w pełni usprawiedliwioną.

Ale zanim świat zginie, trzeba jak najwięcej płodzić i w żad­nym wypadku nie należy usuwać płodów. Stąd też wzięły się la­menty Kościołów z powodu §218; zdarzyły się już występy wstrzą­sające, na przykład sui generis majstersztyk — popis uroczej małej Ewy, której los jest co prawda niepewny, ale której dziennik zo­stał przez federalny kler obu wyznań przeniesiony prosto z macicy na słupy ogłoszeniowe i wrota kościołów.

„W akcie miłości — mówi ten klerykalny zarodek — zosta­łam dziś przez rodziców powołana do życia”. I już to pierwsze doniesienie — jak przystało na reklamę robioną przez klechów — jest fałszywe. Bo przecież ci rodzice nie powoływali do ży­cia. Gdyby tak było, nie chcieliby — co zaraz się okaże — usu­nąć płodu! Ale nasze maleństwo tego jeszcze się nie domyśla. Przeciwnie. Po czternastu dniach, 15 lipca, chwali się ono, jak na swój wiek nieco zbyt kokieteryjnie (i nie po chrześcijańsku) swo­imi wdziękami. Mając dwa milimetry wzrostu, stwierdza: „Moja główka jest coraz ładniejsza […]”. A 2 sierpnia to maleństwo, które ma już ręce o połowę krótsze niż drukowany wykrzyknik, szczebiocze (z równym talentem, jak pani Hedwig Courths-Mah-ler): „Wyrosły mi te moje kochane paluszki. Będę się nimi ciebie mocno trzymać, kochana mamo”. W cztery dni później maleń­stwo — ważące dopiero jeden gram — wzrusza do łez nawet tego, który je spłodził: „Teraz mam śliczny nosek. Moje uszy też są już gotowe i są całkiem podobne do uszu tatusia”. Ale w poło­wie sierpnia ten propagandowy, klerykalny embrion zaczyna się dziwić: „Dzisiaj mama dowiedziała się, że jestem z nimi. Dla­czego ona się martwi? Przecież obie jesteśmy zdrowe i jest nam dobrze”. O tak. Zwłaszcza mamie będzie dobrze. Tym lepiej, że 19 września dowiadujemy się, iż dziś „mama chce pod presją ta­tusia [albo przekonanego o słuszności swoich poczynań społe­czeństwa…] pozwolić, żeby mnie zabito. Proszę cię, proszę cię, kochana mamo, nie rób tego, jest tyle ludzi, którzy pomogą ci w potrzebie! [!]”

Kłamie się i w pierwszym zdaniu, i w ostatnim. Bo któż po­może? Czyżby Kościół?

Nie pomagał już przy porodzie. Aż do drugiej połowy XX wieku pozwalał, by zginęła raczej matka niż embrion. „Bezpo­średnie zabicie płodu jest zabronione i wtedy, gdy lekarz uważa za konieczną aborcję terapeutyczną dla ocalenia matki i gdy bez takiego zabiegu miałyby umrzeć i matka, i dziecko”.

A jak pomagał i pomaga narodzonym?

W średniowieczu, by tylko wtrącić mimochodem, tolerowano dzieci w przytułkach i sierocińcach jedynie dopóty, dopóki nie mogły same żebrać, bo prócz religii nie uczyły się na ogół niczego. Ale gdy w późnym średniowieczu, u progu czasów nowożytnych, wystąpił nadmiar żebraków, zaczęto na nich dosłownie polować, bito ich publicznie, wypalano im piętna na piersiach, plecach, ramionach, ucinano im pół ucha albo i całe, okaleczano ich na inne sposoby, a po kilkakrotnym schwytaniu jako bezrobotnych — bez względu na to, czy była jakakolwiek praca — po prostu uśmiercano.

Spośród siedmiuset czterdzieściorga dzieci, które w latach 1763-1781 trafiły do przytułku dla podrzutków w Kassel, pod ko­niec 1781 roku żyło już tylko osiemdziesięcioro ośmioro, a za­ledwie dziesięcioro osiągnęło czternasty rok życia. „Proszę cię, proszę cię, kochana mamo, nie rób tego, jest tyle ludzi, którzy pomogą ci w potrzebie!”

Jeszcze w 1927 roku w katolickim Wiedniu osiemdziesiąt procent ludności żyło co najmniej po cztery osoby w jednym po­koju. Kilkadziesiąt lat później w katolickich Włoszech ponad mi­lion ludzi żyje z bardzo niskich dochodów z pracy chałupniczej, bez ubezpieczenia, a pięćdziesiąt procent młodych, wykwalifiko­wanych (!) robotników przemysłowych zarabia tygodniowo pięć tysięcy lirów (trzydzieści marek); milion trzysta tysięcy Włochów pozostaje bez pracy, w południowych Włoszech — aż ponad czter­dzieści osiem procent absolwentów szkół. A jaka nędza panuje w Ameryce Łacińskiej! Ale dzieci muszą się rodzić…

Lament Kościoła z powodu nie narodzonych wywoływałby pewno mniej szyderstw, gdyby Kościół bardziej się troszczył o dzieci narodzone! Czyni natomiast co innego, sięgając zaiste do korzeni bytu: przy okazji każdej większej krwawej łaźni — dwie wojny światowe i długa rzeź w Wietnamie (w tych wojnach zginęło więcej ludzi niż Republika Federalna ma mieszkańców) dowodzą tego w sposób dostatecznie przerażający — Kościół nie spoczywa, póki święte życie, tak przezeń hołubione w zarodku, póki życie człowieka ukształtowanego nie przemieni się w miazgę i brud — taki stan również określa się jako święty.

Od czasów Konstantyna Kościół błogosławił masowej za­gładzie, ale stosunki płciowe poza małżeństwem (i często także w małżeństwie) zawsze traktował jak zbrodnię.

Sami katolicy pisują o tym, że istnieje w tej religii „długa tradyqa” uważania wszelkich aktów płciowych za grzechy albo przynajmniej za dokonywane w grzesznych okolicznościach, uwa­żania, iż „wszelka konkretna aktywność seksualna okazuje się zła, bo nieodłącznie towarzyszy jej pożądanie”. I właśnie „wykrocze­nia” seksualne uchodziły zawsze za szczególnie ciężkie.

Już sobór apostolski prezentuje w swoim dekrecie znaną triadę „bałwochwalstwo, mord, porubstwo” jako grzechy główne albo śmiertelne. Wszystko zostaje tu zrównane: religia, zabijanie, miłość.

Augustyn, który nie radził sobie z własnymi problemami sek­sualnymi, który miotał się wciąż między lubieżnością a frustraq’ą, który potrafił na serio modlić się jak następuje: „Daj mi czystość… ale nie od razu”, który spobożniał dopiero, gdy się nasycił roz­pustą, gdy jego słabość do kobiet, jak u niejednego starzejącego się mężczyzny, przerodziła się w swoje przeciwieństwo, gdy za­częły go nękać niedomagania zdrowotne, kłopotliwe dla retora schorzenia pnąc i piersi, otóż ten Augustyn stworzył klasyczną patrystyczną naukę o grzechu, potępiającą zwłaszcza pożądanie płciowe, i w ten sposób zdeterminował chrześcijańską moralność, przesądzając los wielu milionów ludzi Zachodu z mniejszymi czy większymi zahamowaniami seksualnymi, także w naszych czasach, i zresztą nie tylko ich los.

Miłość to u Augustyna zawsze tylko miłość do Boga, a ta sek­sualna stanowi w gruncie rzeczy coś szatańskiego, jest „ohydna”, „piekielna”, „jak dokuczliwy wrzód”, „jak przerażający żar”, jest porównywana do „zgnilizny”, „obrzydliwego bagna”, „obrzydliwej ropy”. Wydobywa się to z niego niczym z wrzodów towarzyszą­cych zakaźnej chorobie i przechodzi do scholastyki — tej naj­wcześniejszej i tej doskonalszej — w której Wilhelm z Owernii określa rozkosz płciową jako „zwierzęcą”, Ojciec Kościoła Bona-wentura nazywa akt miłosny „cuchnącym”, Ojciec Kościoła To­masz z Akwinu porównuje pożądanie z „brudem”, kopulację zaś zalicza do „tego, co najniższe”, a Ojciec Kościoła Bernard z Clair-vaux stwierdza, że człowiek przez swą chuć stawia siebie poniżej poziomu życia świń.

Szczegółami zajęto się w sposób odpowiadający temu, co przedstawiliśmy — interesowano się stosunkiem ze zmarłą, ze statuą, z przedziurawioną drewnianą lalką, z dziurawą gałęzią. Rozważano przypadek, w którym „do pochwy zostaje wprowa­dzony dziób kury”, w którym „do pochwy wprowadza się plwocinę albo chleb, żeby skłonić psa do lizania sromu”, w którym „ona­nizuje się psa, by doprowadzić jego członek do erekcji, a potem wprowadzić go do pochwy”.

Te i liczne inne podobne do nich sytuacje doczekały się do­kładnego oszacowania przez ekspertów, a groziły za nie przera­żająco wysokie kary.

W szczytowym okresie średniowiecza teologowie zastana­wiają się nad ludźmi, którzy przez swą tuszę mogą spółkować tylko „na sposób zwierzęcy”, albo rozważa się grzeszność sytuacji, kiedy to „mężczyzna jest podniecony jak koń albo muł”. Sumien­niej zajęto się zdolnością eunuchów do życia małżeńskiego (czy jedno jądro albo brak jąder pozostawia taką zdolność, czy wystar­czy virga erecta bez wytrysku itd.), ale także „kobietą zwężoną”, co stanowiło przeszkodę uniemożliwiającą zawarcie związku mał­żeńskiego.

Właściwy złoty wiek katolickiej teologii moralnej zaczął się w XVIII stuleciu. Jeden z jej klasyków, uhonorowany najwyż­szym tytułem kościelnym, święty Alfons de Liguori, bada w swej Theologia Moralis, wydanej ponad siedemdziesiąt razy, grzeszność i karalność kontaktów małżeńskich i pozamałżeńskich, z wytry­skiem nasienia i bez niego; rozważa oglądanie „niepoczciwych części ciała” (partium inhonestarum) — do których zaliczano ge­nitalia oraz to, co w ich bezpośrednim otoczeniu, przy czym wy­różniano „części mniej poczciwe” (partes minus honestae), piersi, ramiona, uda; tak jeszcze w XX wieku! — innego człowieka z bli­ska i z bardzo odległego miejsca; rozważa też mimowolne polu-cje lekarzy, którzy muszą dotykać narządów płciowych. Wyznacza „najstosowniejszą pozycję do wytrysku męskiego nasienia i przy­jęcia go przez narządy rodne kobiety”. Zastanawia się nad kopu­lacją na siedząco, na stojąco, z boku i od tyłu na sposób zwierzęcy; nad taką, przy której mężczyzna jest pod kobietą albo pozbywa się spermy „poza naturalnym naczyniem kobiety” (extra vas natu-rale). Rozważa spółkowanie z trupem kobiety (coire cum femina mortua), sprawdza, czy to grzech śmiertelny, jeśli po trzecim akcie jednej nocy odmówi się czwartego albo jeśli odmówi się komuś, kto chciałby to robić pięć razy w miesiącu. I z tym wszystkim teo­logia moralna nazywa się po dziś dzień „nauką o naśladowaniu Chrystusa”.

Liguori, zżerany przez skrupuły, lęki, wątpliwości, popadł w obłęd, a później, w osiemdziesiątym ósmym roku życia, cierpiąc przez własną chuć, wołał z płaczem: „Och, mam już osiemdziesiąt osiem lat, a ogień mej młodości jeszcze nie wygasł!”

Zdarzali się moraliści, którzy przebadali dwadzieścia tysięcy „wypadków obciążających sumienie”, którzy dręczyli swe ciało aż do krwi, którzy — jak Liguori — oszaleli. A nakładane przez nich pokuty zrujnowały niejednego człowieka spowiadanego.

Wymowne jest porównanie kar za grzechy związane z sek­sem i tych za morderstwa. We wczesnym średniowieczu kobieta pokutowała już za jednorazowy onanizm (który przecież nikomu nie szkodził, lecz tylko sprawiał przyjemność) nawet przez trzy lata, co mogłoby oznaczać zróżnicowanie kary zależnie od czasu i miejsca: trzy lata bez stosunków płciowych, z zakazem podróżo­wania i jazdy konnej, jedynie o chlebie i wodzie. Natomiast ten, kto zabił na wojnie lub na rozkaz swego pana zamordował kogoś w czasie pokoju, pokutował tylko czterdzieści dni!

Dziś co prawda onanizująca się katoliczka pokutuje niedłu­go, a’żomierz-katolik, który zabija na wojnie, od dawna jest zwol­niony z pokuty, jeśli pokutuje, to wtedy, gdy nie zabija, gdy sprze­niewierzy się przysiędze. lak się zmienia — ale czy na lepsze?

Ależ tak — wołają teologowie. W Kościele myśli się teraz liberalniej, z większą otwartością na świat. Wiele z tego, czego broniono jeszcze niedawno (!), czego konserwatyści bronią nadal, straciło aktualność i zostało już potępione przez samych morali­stów, krótko mówiąc, znamienna przemiana (i pod tym wzglę­dem), nowe perspektywy, przesunięcie akcentów, postępowość, większa dynamika, myślenie ewolucyjne itd.

Ale czy to prawda? Czy teologia moralna naprawdę się ra­dykalnie zmienia? Czy raczej mamy tu do czynienia z paroma nowymi czczymi zapewnieniami i starą hipokryzją? Owszem, dziś, gdy cnota nie jest w cenie (chociaż w kraju papieży istnieją jeszcze polisy ubezpieczeniowe na dziewictwo córki), obserwuje się usilne próby pokazania innego oblicza; dziś głosi się mniej prawd wiecz­nych niż dawniej, raczej chce się uprawiać „teologię dostosowaną do obecnej sytuacji”, mniejsza jest skłonność do trzymania się „dawniejszej otoczki” słowa bożego, raczej chce się „przekazywać je według dzisiejszego widzenia człowieka i świata” (Schoonen-berg). Kompleksom seksualnym Pawła byli winni Żydzi i poganie, poglądom Orygenesa — Platon i stoicy, poglądom Augustyna — manicheiści, deprecjonowaniu seksu w średniowieczu — „kace-rze”. I jeśli w „ostatniej epoce dziejów Kościoła” katolicka wro­gość wobec seksu znalazła swój „niezrównany wyraz”, to mamy tu tylko do czynienia z „odzwierciedleniem społeczeństwa miesz­czańskiego proweniencji wiktoriańsko-purytańskiej” (Pfurtner).

Ale niektórzy nie wahają się nawet oskarżać samych siebie, „najbardziej postępowi” apologeci celebrują powszechnie Pater, peccavi — chętnie mówi się o grzechu pierworodnym i chętnie kapituluje się honorowo, pochwalając van de Yeldego. Ci lu­dzie przyznają, że „we wszystkim [!] dopatrywali się tylko zła, że często „niewłaściwie” oceniali seksualizm, że wyolbrzymiali „wartość dziewictwa dla ogółu”, że wyolbrzymiali też „grzesz­ność” (Schróteler). „Spokojnie” wyznaje inny katolik, że „mamy tu ogromnie wiele [!] do’nadrobienia i naprawienia. Nieodległe są czasy, w których nasze rozumienie obyczajności było bardzo zdeterminowane przez pruderię i nienaturalność” (Roetheli).

            Zdarza się, że takie wyznania są krótkie, czasem dotyczą przynajmniej niektórych spraw, ale kiedy indziej są rozproszone w całym dziele, przez co czytelnik nieuważny, a obdarzony wy­obraźnią, mógłby i po dwustu stronach kuszących moralnoteolo-gicznych snów o miłości (z zaleceniem stosunków przedmałżeń­skich, przynajmniej w paru wypadkach, ale „nie jest to wcale przyzwolenie dotyczące wszelkich sytuacji”) dopatrzyć się w kato­licyzmie całych bachanalii zmysłów i dionizyjskiego ubóstwienia seksu.

W którymś jednak momencie, raczej wcześnie niż późno, na­wet najbardziej ambitnych apostołów postępu ogarnia przeraże­nie własną odwagą i wtedy coraz wyraźniej dają do zrozumie­nia, że właściwie pojmowane aggiomamento moralności kościelnej nie oznacza bynajmniej „ograniczenia czy rezygnacji z przesłania ewangelicznego poprzez oportunistyczne dostosowanie się do ak­tualnych gustów”, o nie, „chodzi tu o coś przeciwnego, o wydoby­cie tego, co dla nas dziś stanowi właściwą treść chrześcijańskiego przesłania […]” itd. (Pfurtner).

„Rzecznicy postępu” prawie zawsze posługują się tą samą to­porną metodą. Najpierw rozbrzmiewa przyznanie się do ewident­nych błędów z blisko dwóch tysięcy lat, zwięzłe, dobitne, czasem wręcz tak radykalne, że świadczące o chęci zmieniania świata, że można by sądzić, iż czeka nas rewolucja, gdyby się od dawna nie wiedziało, że nie pojawi się nic prócz starych wad.

Pewien współczesny teolog moralista (to smutne, że ktoś taki żyje w naszych czasach) pisze bez żadnego wstydu: „Kościół zawsze opowiadał się przeciw podejrzliwości wobec prokreacyj­nych kontaktów płciowych”, a na tej samej stronie przedstawia następującą hierarchię: seks; nad nim, „znacznie wyżej”, miłość fizyczna; i wreszcie o wiele ważniejsza niż to pierwsze i to drugie — agape (Haring). Ale nie oznacza to dyskredytowania seksu, nie, nie! Sprzeciw dotyczy tylko rozsmakowania się w nim, lu-bieżności, żądzy, intensywnej rozkoszy. Sprzeciw dotyczy „prze­żywania”, a chodzi tu przecież o „zabicie”! Bo „popęd płciowy jest oczywiście chciany przez Boga i dlatego dobry. Ale biada temu, kto nie potrafi już nad nim zapanować! Temu, kto bez umiaru i bez zahamowań folguje popędowi, staje się on bowiem zwierzęciem!” (Leppich). Tak, jeśli nawet popęd jest dobry, to „pożądanie musi się skończyć tam, gdzie zaczyna się grzech […]. nieśmiertelne dusze nie mogą być poświęcane zaspokajaniu po­pędu” (Berghoff).

Wszystko już jakby znane. Według powszechnego stanowiska teologii moralnej, za ciężki, śmiertelny grzech uchodzi nadal nie tylko pełne zaspokojenie seksualne („nie brzmi to pięknie” — na­rzeka prymas Hóffner) poza małżeństwem, lecz i „każde chciane bezpośrednie podniecenie się”. Rozkosz nadal jest obrzydzana, choćby była „niewolna i krótkotrwała”! Teologowie podkreślają, że nie chodzi tu o „sprawę błahą” (Jone).

Kilka milionów ofiar wojny im nie przeszkadza; to wręcz bu­dujący, uszlachetniający fakt. Ale kopulacja — ileż ona niszczy! Grzech seksualny jest tak szatański, że według nauki katolickiej wolno „bliźniemu życzyć czegoś złego, nawet śmierci (!)”, „na przykład po to, żeby lekkomyślny młody mężczyzna nie zszedł na manowce” (Jone).

Tak ci ludzie pojmują moralność i jeszcze dziś — od profe­sora po kardynała z Kurii — mimo przemian w teologii, prze­sunięcia akcentów, nowych perspektyw, pustych słów, frazesów, wyrzekają na „ewangelię cielesności i zdziczenia seksualnego”, „dyktaturę seksualną”, „otępiający odór seksu”, „przeklęty sek-sualizm naszych czasów”, „niegodny człowieka seks”, „tę zarazą” itd. Odstręczanie od seksu wciąż jest powiązane z groźbą popad-nięcia w „chaos”; człowiek afirmujący rozkosz dla samej rozkoszy, „zniża się do poziomu życia zwierzęcia”, staje się ofiarą „bezli­tosnego zniewolenia”, które prowadzi do perwersji i sadyzmu, a kończy się to „zbrodnią na tle seksualnym” i „degradacją na­rodu” — brzmi to wszystko tak samo, jak tysiąc czy pięćset lat temu.

I nie może być inaczej, bo przecież moraliści są całkowicie zależni od papiestwa, które i w XX wieku jest arcyreakcyjne, jest najbardziej wpływowym reprezentantem moralności seksualnej, nadal w swej istocie średniowiecznej.

W encyklice Costi connubii z 1930 roku ważny sojusznik Mus-soliniego, Hitlera i generała Franco Pius XI wyznaje co prawda, że jest „do głębi poruszony skargami małżonków, którzy przez nękającą ich biedę nie wiedzą, jak zdołają wychować dzieci”. Ale — mimo poruszenia — „fatalna sytuacja majątkowa” nie może się stać „przyczyną jeszcze bardziej fatalnego błędu”. Skoro bo­wiem akt płciowy w małżeństwie „powinien ze swej natury budzić nowe życie, to ci, którzy swoim działaniem świadomie pozbawiają go jego naturalnej mocy, postępują wbrew naturze”. Encyklika Piusa XI o małżeństwie uznaje wszystko, co przeszkadza reali-zaq’i kurialnej żądzy władzy — wciąż propagowanej jako władza „boska” — za „grzeszne”, „naganne”, „nieobyczajne”, za „wielką winę”! Wszyscy, którzy „przez niechęć do błogosławieństwa, jakim są dzieci, unikają ciężaru, ale chcą zażywać rozkoszy”, postępują wręcz w sposób „zbrodniczy”.

Taką samą moralność rozpowszechniał następca Piusa XI — Pius XII.

„Wszelki zamach małżonków — pouczał w roku 1951 wło­skie akuszerki — na spełnienie aktu małżeńskiego albo na jego naturalne następstwa, z zamiarem pozbawienia tego aktu właści­wej mu mocy i zapobieżenia powstaniu nowego życia, jest nie-obyczajny”. Ów papież twierdził nawet, że ta norma „będzie obo­wiązywać i jutro, i zawsze”. A w odpowiedzi na pismo Światowej Federacji Młodych Katoliczek, domagające się większego libera­lizmu, Pius XII jeszcze raz podkreślił „konieczne obowiązywanie prawa moralnego” (a więc oczywiście rzymskiego katolicyzmu) i wyjaśnił, że „zdrada małżeńska, stosunki płciowe osób nieżona­tych i niezamężnych, nadużywanie małżeństwa, samozaspokaja-nie” są „surowo zakazane” przez boskiego prawodawcę. Zakoń­czył ostrym tonem: „Nie ma czego badać. Jakakolwiek jest sytu-aq’a osobista, nie ma innego wyjścia: trzeba się podporządkować”.

W roku 1968 nawiązał do starej tradycji zwalczania rozkoszy Paweł VI swą encykliką Humanae vitae, zwaną „encykliką o pi­gułce” (choć nie wspomina ona o pigułce, ale jednak również jej dotyczy) i przyjętą na całym świecie niechętnie, także przez ka­tolików. Nadal dopuszczała ona tylko uwzględnianie dni niepłod­nych, o czym już była mowa, natomiast zabraniała wszystkiego, co zapobiega zapłodnieniu, „już to przed aktem płciowym mał­żonków, już to w jego trakcie albo po nim”, i dekretowała, że „każdy akt płciowy w małżeństwie musi jako taki (per se) być zo­rientowany na tworzenie życia ludzkiego”, i to nawet wtedy, „gdy istnieją zasługujące na rozpatrzenie, ważkie argumenty na rzecz innej praktyki”.

Drugi sobór watykański też nie pozwalał „dzieciom Ko­ścioła wkraczać w regulacji urodzeń na drogi zakazane przez dok­trynę w związku z interpretacją prawa bożego”. Yaticanwn Secun-dum nazywa aborcję „ohydną zbrodnią” (konstytucja pastoralna nr 51). Zasadniczo przeciwny przerywaniu ciąży jest również pro­testantyzm, ale po stronie ewangelików obserwuje się ostatnio przejawy tendencji bardziej humanistycznej; poza tym protestan­tyzm dopuszcza wszelkie formy kontroli urodzeń, o ile nie powo­dują szkodliwych dla zdrowia skutków ubocznych.

Jednakże wszystkie Kościoły chrześcijańskie w mniejszym czy większym stopniu podtrzymują tradycyjny pesymizm seksu­alny, zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki. Tak więc byłoby błędne, wręcz absurdalne, mniemanie, iż moralność kleru pod tym wzglę­dem zmieniła się ostatnio. Po pierwsze dlatego, że niewiele albo i nic nie znaczy kilka lat pozornego przystosowywania się, skoro poprzedziły je prawie dwa tysiąclecia chybionego wychowania ze wszystkimi jego straszliwymi następstwami. Po drugie dlatego, że — mimo istnienia postępowej mniejszości wśród moralistów — kościelna „literatura uświadamiająca” w swej masie trzyma się starego podziału na popęd cielesny i przeżycia duchowe, na ciało i duszę, nic więc się nie zmienia. Po trzecie dlatego, że ogół katoli­ków (i nie tylko katolików) ma niewielki pożytek z małych konce­sji teologów „bardziej postępowych”, a intelektualistów karmi się pozorami odmiany na lepsze. Po czwarte dlatego, że i „poważna” teologia moralna stoi wciąż w tym samym miejscu, w którym stała zawsze. I po piąte dlatego, że Kościół może w każdej chwili wy­cofać się ze wszystkich ustępstw, jeśli będą po temu sprzyjające okoliczności.

Rekapitulacja dziejów prowadzi do niepodważalnego — w każdym razie nie do podważenia przez teologa moralistę — wniosku, że wierni zawsze byli jednakowo uwikłani w grzeszność seksualną. Paweł grzmi przeciw temu bardzo podobnie, jak czyni to wczesny czy późniejszy scholastyk albo dwudziestowieczny mo­ralista. Czyżby przez dwa tysiące lat wychowywano daremnie?

Pewne jest przynajmniej to, że katolicka instytucja pokuty nie może się obejść bez grzesznika. Pewne jest i to, że nikt nie zdawał sobie z tego lepiej sprawy, niż sam kler. Tak, był tego świa­domy, ale też nie chciał, by ludzie byli inni, chciał, żeby owieczki pozostały nie zmienione — i to jest najważniejsza konkluzja tej naszej rekapitulacji.

Początkowo, w pierwotnym chrześcijaństwie, działo się tak być może bez ukrytych intencji, bez ewidentnych hipokryzji. Ten domysł wynika z surowości pierwszych kar. Ale gdy jednorazową pokutę zastąpiono dwu- i wielokrotną (jak mówi Nietzsche: „Ktoś porusza usteczkami, / Ktoś dyga i się oddala, / I nowymi grzesz­kami / Sprawia, że starych nie ma wcale”), to zaczęło być coraz bardziej oczywiste, że nie chodzi o obyczajność, etykę, „poprawę” grzesznika, lecz o stworzenie zależności. Kler potrzebuje grzechu, z niego żyje. A najlepiej żyje z tego grzechu, który zdarza się naj­częściej i dlatego jest jego ukochanym dzieckiem: z grzechu sek­sualnego. Przez niego właśnie wierny staje się — aż po najgłębsze włókno mózgu i ostatni skrawek łóżka — niewolnikiem Kościoła, od najmłodszych lat jest wychowywany w nienawiści do popędu, zaszczepia się mu świadomość grzechu, nie po to, żeby był wolny od grzechu, lecz po to, żeby wciąż popadał w konflikty, by cią­gle grzeszył, ciągle ulegał pokusie, bo tylko jako winny, jako ten, który nie zapanował nad sobą, otrzymuje pomoc od Kościoła, absoluqę i nadzieję na upragnione wieczne zbawienie, inaczej mówiąc, przez to właśnie staje się człowiekiem manipulowanym, rządzonym, uciskanym.

Kler propaguje ofiarę, rezygnację, i pragnie ich. Ale liczy się „ze słabością” ludzkiej natury, nad która obłudnie ubolewa, gdy tymczasem stanowi ona źródło największego szczęścia, podstawę egzystencji kleru. Luter, często okazujący się najbardziej szczerym z tego bractwa, sformułował to bez ogródek: „Bądź grzesznikiem i grzesz do woli, ale pokładaj ufność w Chrystusie i raduj się z nim”. I chyba jeszcze dobitniej: „Prawdziwi chrystusowi święci muszą być dobrymi, wielkimi grzesznikami i muszą pozostać świę­tymi”.

Ten czy ów obojętny katolik, protestant, bezwyznaniowiec mógłby powiedzieć: co mnie obchodzi ta cała przeszłość chrze­ścijaństwa i dzisiejszy Kościół?! Ale trudno o pogląd bardziej fał­szywy i bardziej niebezpieczny. Bo chociaż znaczenie duchowe chrześcijaństwa jest teraz niewielkie, mniejsze niż kiedykolwiek przedtem, równe zeru, to jednak wpływa ono nie tylko na poli­tykę i gospodarkę, ale również, i to w sposób decydujący, na naszą moralność w sprawach seksu, a tym samym na każdego człowieka w świecie zachodnim, nawet na niechrześcijan i wrogów chrześci­jaństwa. To, co sobie myśleli jacyś tam wędrowni pasterze kóz sprzed dwóch i pół tysiąca lat, wciąż ma wpływ na oficjalne ko­deksy Europy i Ameryki. I dziś jeszcze istnieje ewidentny związek między perwersyjnymi poglądami na seks proroków Starego Te­stamentu czy Pawła a odpowiedzialnością karną za nierząd — w Rzymie, Paryżu, Nowym Jorku.

W Republice Federalnej Niemiec również występuje nadal tendencja do utożsamiania prawa z moralnością, zwłaszcza co się tyczy obyczajności i moralnej oceny seksu, i jest to niewątpliwie spuścizna po tłumieniu popędu w chrześcijaństwie. Ustawodawca powołuje się monotonnie, nużąco, na „pojmowanie obyczajno­ści”, „dotychczasową obyczajowość”, „zasady moralne narodu” — za tymi formułkami kryje się tylko stara wrogość chrześcijaństwa wobec seksu. A Federalny Trybunał Konstytucyjny powołuje się ipsissimis verbis na „publiczne związki wyznaniowe, zwłaszcza oba wielkie Kościoły chrześcijańskie, z których nauk znaczna część narodu czerpie mierniki dla swej postawy moralnej”.

Analogiczna sytuacja panuje w wielu innych krajach europej­skich. Kościelny zakaz kazirodztwa znajduje swój wyraz w prak­tyce sądowniczej, pojęcie nierządu rozciąga się nawet na małżon­ków i grożą za to bardzo surowe kary, dzieci urodzone na skutek zdrady małżeńskiej nie mogą zostać zalegalizowane nawet przez późniejszy związek małżeński z ich matką, karze się za aborcję, za stosunki z nieletnimi, za reklamę antykoncepcji — wszystko to i wiele więcej przy zasadniczej zgodności z moralnością Kościoła.

Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie religia i prawo są przecież w teorii rozdzielone, ta pierwsza ma wielki wpływ na legi­slację. Werdykty sądów amerykańskich w sprawach karnych opie­rają się po dziś dzień na jurysdykcji seksualnej angielskich sądów cywilnych z okresu późnego średniowiecza, dla których wzorem są z kolei kościelne dekrety w kwestiach dotyczących seksu.

Ale, niezależnie od obowiązującego prawa czy raczej bez­prawia, również obyczajowość powszechna — zresztą nie tylko na Zachodzie — jest nader represyjna. Bo mimo wszelkich naruszeń tabu obowiązuje ono nadal. Zbyt głęboko utkwiło w świadomości mas i nie tylko mas. Potworności staro- i nowotestamentowego za­bobonu wciąż oddziałują poprzez teologię, prawo, a nawet pewne obszary medycyny i psychologii, i w znacznym stopniu szkodzą naszemu życiu płciowemu — i w ogóle naszemu życiu.

Rekapitulując, byłoby naiwnością sądzić, że klerykalne tabu już nie istnieje, że wrogość wobec rozkoszy została przezwycię­żona, że kobieta się wyemancypowała. Tak jak nas bawi dziś średniowieczna mnisia koszula, tak przyszłe pokolenia będą się śmiały z tego, co my pojmujemy jako „wolną miłość”: życie płciowe, które nie śmie pokazywać się publicznie, ukryte w czte­rech ścianach, przepędzone do — ach, jakże wolnej! — „sfery intymności”, najczęściej skazane na nocną ciemność, jak wszel­kie inne ciemne sprawki, a jednak kulminacja radości, rozkoszy, miłości — ograniczane przez cenzurę, regulowane prawnie, ob­warowane karami, ciągłe, dożywotnie ukrywanie się, źródło już to depresji, już to niebezpiecznych aktów agresji, jedna z głównych przyczyn histerii, oziębłości, strachu, melancholii, obłudy.

Chrześcijaństwu można i trzeba zarzucić wiele, i to rzeczy po­twornych, dla których nie ma usprawiedliwienia. Najpoważniejszy zarzut brzmi tak oto: chrześcijaństwo nie uczyniło ludzi szczęśli­wymi, wpędziło ich w jeszcze większe nieszczęście.

Ale niech tę zwięzłą rekapitulację zakończą słowa nie prze­ciwnika chrześcijaństwa, lecz teologa, Demosthenesa Sawamisa: „Zazdrość, mordy, samobójstwa, najróżniejsze przejawy obłudy, częsta frustracja i agresja, totalne uprzedmiotowienie kobiety […], zdegradowanie wspólnoty dwojga ludzi przez zamianę jej na do­żywotnie więzienie, ponadto zaniedbywanie głównych zadań mał­żeństwa i rodziny oraz odpowiedzialnej troski o dzieci — oto nie­które z licznych skutków wrogiej seksualizmowi moralności Ko­ściołów, które jeszcze dziś, powołując się na Chrystusa, bronią na wszelkie sposoby swego destrukcyjnego oddziaływania na życie seksualne ludzi […]”.

Ecrasez L’infame albo

O potrzebie wystąpienia z Kościoła

[…]  nazywają  siebie  chrześcijanami, a są to wilki w owczej skórze.

GOETHE

Dlaczego zwracamy jeszcze uwagę na tego trupa? Na ogromne zwłoki dziejowego potwora? Na resztki po monstrum, które dopadło, rozszarpało i pożarło wiele istot ludzkich (braci, bliźnich, istot stworzonych na podobieństwo Boga!), a czyniło to ze spokojnym sumieniem i świetnym apetytem przez półtora ty­siąclecia — tak jak się trafiały ofiary, tak jak zdawało się pożytecz­nie, wszystko to na większą chwałę molocha i gwoli lepszego utu­czenia siebie: monstrum pożerało ojców i matki, dzieci i starców, chorych i kalekich, ubogich duchem i talentami, miliony pogan, miliony Żydów, miliony czarownic, miliony Indian (co najmniej piętnaście milionów z jednego pokolenia!), miliony Afrykańczy­ków, miliony chrześcijan, wszystkich tych ludzi oczerniono, a po­tem zostali zabici i strawieni przez owo monstrum; było wśród nich również siedemset tysięcy prawosławnych, których — jesz­cze w naszych czasach — żywcem grzebano, żywcem rozpinano na krzyżach, bito aż do ostatniego tchnienia, topiono, rozstrzeliwano, uśmiercano sztyletami, duszono, wieszano, ścinano, którym prze­rzynano gardła, wykłuwano oczy, ucinano uszy i nosy. Wszystko to zaś działo się zgodnie z dawnym obyczajem, z pomocą bar­dzo aktywnego duchowieństwa, zwłaszcza franciszkanów! — które samo strzelało, dźgało, skracało o głowę, i to z błogosławieństwem i aprobatą Eugenio Pacellego, papieża Piusa XII, tego zawsze tak seraficznego na pozór ascety, szanowanego i niemalże ubó­stwianego na całym świecie, a poza tym tak skromnego, z takim samozaparciem, tak przez całe życie przywiązanego do ewange­licznego ideału ubóstwa, że (tak, nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie powtarzać bezustannie) pozostawił po sobie tylko sym­boliczny grosik, grosik świętego Piotra albo, by tak rzec, grosik Eugeniusza, grosik Pacellego w wysokości osiemdziesięciu milio­nów marek w złocie i walucie — wszystkie te pieniądze zarobione całkiem prywatnie, dzięki pracowitości oraz oszczędnemu życiu, ciężkim własnym trudem (bo przecież potrzeba tylko jednego, nieprawdaż?), i dlatego właśnie za tak apostolską metamorfozę, za tak piękne naśladowanie Chrystusa czeka go niebawem ka­nonizacja. Ach, jakaż satyra w światowej literaturze jest lepsza, równie dobra czy choćby w połowie tak dobra, jak żywot tego naj­sławniejszego papieża naszych czasów!? I podczas gdy stryj Eu­genio, święty aż po końce delikatnych, wąskich i długich palców (ach, niezapomniane są udzielane nimi błogosławieństwa!), zain-kasował osiemdziesiąt milionów, jego trzej bratankowie, wszyscy doskonale ustawieni i w stolicy apostolskiej, i w wielkim bizne­sie, dorobili się stu dwudziestu milionów marek — a ile milionów katolików zmarniało tymczasem w nędzy, umarło z głodu?

Czy zatem nasze pytanie początkowe i nasza na pozór tak anachroniczna autopsja nie są już bardziej zrozumiałe: dlaczego nadal przypatrujemy się temu potworowi przemawiającemu jak anioł, który przecież od dwustu lat jest martwy, bo w dosko­nałym stylu pokonany przez kilka najtęższych umysłów świata, ale w gruncie rzeczy martwy z własnej winy, przez straszliwą żą­dzę krwi (występującą równocześnie z głoszeniem dobrej nowiny oraz miłości bliźniego i wroga) i przez niezrównany fałsz (gdy tymczasem ten potwór podawał się za źródło jedynie zbawiennej prawdy)? Przypatrujemy mu się wciąż, bo z tym swoim cudow­nym żołądkiem — tylko on jest u niego cudowny! — nadal leży to tu, to tam i na ludzkich oczach marnieje, choć jest rozpiesz­czany i odkarmiany bardziej niż święte krowy w Indiach (które przynajmniej są żywe i nie szkodzą nikomu); bo jego woń ciągle jeszcze unosi się dokoła w powietrzu; bo nadal atakuje nas w ha­bitach i sutannach, w katedrach i koszarach, za pośrednictwem parlamentów, paragrafów, podręczników, kiczowatych piśmideł, rozgłośni radiowych; wszędzie jeszcze średniowiecze, wszędzie na­bożne zawodzenie, radosne „Alleluja!” i głośny zachwyt z powodu zmartwychwstania, a potem: zdjąć hełmy do modlitwy i rzucić się do masowego grobu ofiar atomu — bo ci uprawiający wolną amerykankę chrześcijanie dopuszczają nawet wojnę jądrową, na­wet bomby atomowe — tak pouczają oni — mogą przysłużyć się miłości bliźniego, mogą rozpropagować naukę świętego Fran­ciszka i teologu krzyża, choćby miało dojść do powszechnej za­głady. „Mamy bowiem — to słowa ojca Gundlacha S. J., profesora i rektora Uniwersytetu Papieskiego za pontyfikatu Piusa XII, któ­rego wizje atomistyczne propagował on z wielką elokwencją — niezachwianą pewność, że świat nie trwa wiecznie, a po drugie nie ponosilibyśmy odpowiedzialności za koniec świata. Mogliby­śmy wtedy powiedzieć, że Pan Bóg […]”.

Czyżby, jeszcze po zagładzie świata? Ale nic to, dla nich nie ma nonsensu, który nie byłby możliwy i który uchodziłby za przestępstwo. Najważniejsze to stać przy Panu Bogu. Z pokole­nia na pokolenie w jego imieniu wypowiadano kłamstwa, tortu­rowano, dokonywano rzezi, z jego pomocą strumyki i rzeki za­barwiały się na czerwono od krwi i w ciągu dziejów nagroma­dziły się całe góry trupów, z Bogiem przeciw Żydom, z Bogiem przeciw Longobardom, Sasom, Saracenom, Węgrom, Brytyjczy­kom, Polakom; z Bogiem przeciw albigensom, z Bogiem przeciw waldensom, z Bogiem przeciw mieszkańcom Steding, husytom, gezom, hugenotom, chłopom; z Bogiem przeciw protestantom, z Bogiem przeciw katolikom, a przede wszystkim z Bogiem prze­ciw sobie nawzajem, z Bogiem na pierwszą, na drugą wojnę świa­tową, z Bogiem wyruszy się pewno i na trzecią; nie mające sobie równych ekumeniczne święte zabijanie: bo w tym kończącym się wieku dwudziestym wszędzie jeszcze występuje maksimum środ­ków zagłady oraz minimum człowieczeństwa, jeszcze u progu ery atomowej najczystszej wody etos ludożerczy, wszędzie jeszcze — gdy tymczasem stąpa się po Księżycu (co prawda tylko po to, by kiedyś kontynuować mordowanie; tam właśnie albo stamtąd) — średniowieczna mentalność rodem ze składowiska trupów, wszę­dzie jeszcze trupi zapach chrześcijaństwa, w którym przemieszały się kadzidło, muzyka Palestriny oraz głosy takich ludzi, jak o. Lep-pich; jeszcze w czterysta lat po śmierci Giordana Bruna, trzysta lat po śmierci Pierre’a Bayle’a, dwieście lat po Wolterze, sto — po Nietzschem, pięćdziesiąt — po Freudzie, tak zawstydzająco, tak fatalnie mało osób opuszcza ten Kościół, który całe generacje przodków nie tylko podkładał pod nóż państwa albo i sam uśmier­cał, lecz ponadto przez półtora tysiąclecia zubożał ich w sposób zgoła straszliwy, ten Kościół, który już przez Karla Kautskiego został nazwany „największą machiną wyzysku, jaką świat kiedy­kolwiek oglądał”.

Nie bez kozery właśnie papieże, namiestnicy Chrystusa, su­rowo zabraniali przez całe stulecia czytania Biblii w języku naro­dowym, co więcej, do roku 1897 uzależniali to od zgody rzym­skiej inkwizycji — wystawiając sobie w ten sposób najbardziej kompromitujące świadectwo nikczemności! Bo tak jak wszystkie owe masakry, ludobójcze kampanie, rzezie pogan, pogromy Ży­dów, polowania na kacerzy, stosy, pale oraz izby tortur, wieże dla czarownic, wyprawy krzyżowe, wszystkie owe rzekomo miłe Bogu jatki, owe niezliczone wojny i wojenki, w które Kościół był zaan­gażowany bezpośrednio lub pośrednio (a w ile wojen w Europie nie był zaangażowany?), tak jak całe to mordowanie wcale nie było zgodne z intencjami tego, który przecież chciał pokoju i mi­łości wroga, tak też uprawiana przez kler od czasów antycznych polityka eksploatacji, przyczyna niewyobrażalnych nieszczęść, po­zostaje w jaskrawej sprzeczności z postawą owego Jezusa, który według Biblii żyje w całkowitej biedzie, w ostrych słowach potę­pia „niesprawiedliwą mamonę” i „fałsz bogactwa”, żąda od swoich uczniów, by sprzedali wszystko, co posiadają, i by głosili ewangelię bez trzosa za pasem.

Ale już w III wieku biskupi przyznają sobie prawo do zaspo­kajania wszystkich swoich potrzeb z dochodów Kościoła. W IV wieku stają się sojusznikami państwa, które wręcz wysysa krew ze swych poddanych. A już w V wieku biskup Rzymu jest najwięk­szym posiadaczem ziemi w cesarstwie rzymskim. Od dawna tłumi się wszędzie protesty polityczne, likwiduje się zamieszki chrześci­jan na tle socjalnym w Afryce, Hiszpanii i Galii, a zarazem elo-kwentnie obiecuje się biedakom szczęście w zaświatach, między innymi po to, by tym łatwiej było ich wyzyskiwać na tym świecie.

Już w VI wieku pobiera się kościelną dziesięcinę, zalegalizo­waną później przez Karola Wielkiego, pogromcę Sasów, i Kościół otrzymuje ją aż do XIX wieku. W ósmym stuleciu zostaje na skutek oszustwa uzyskane Państwo Kościelne, którego istnienie jest potem wciąż na nowo potwierdzane prawnie przez władców frankijskich i tych z dynastii saskiej, a terytorium powiększane, i wreszcie własne wojska lądowe i marynarka wojenna — uzbro­jone po zęby — toczą wojny. Grabi się wszystko, co jest do za­grabienia, twierdze i zamki, całe hrabstwa i księstwa. Kradnie się wszystko, co jest do ukradzenia: już w IV wieku mienie świątyń pogańskich, w VI wieku mienie wszystkich pogan, potem majątek milionów wygnanych albo zabitych Żydów, dobytek spalonych ka­cerzy i często również dobytek spalonych osób płci obojga, które oskarżono o czary. Okradani są nie tylko ludzie inaczej myślący, ale i wierni tego Kościoła, poprzez coraz to inne i coraz wyż­sze podatki, poprzez czynsz dzierżawny, świętopietrze, szantaże, sprzedaż odpustów, rzekome cuda, fałszywe relikwie, przy czym często inkasuje się pieniądze dzięki ekskomunikom, interdyktom oraz za pomocą miecza; ze zrozumiałych względów najbardziej wyzyskiwany jest naród włoski, a sam Rzym staje się najbardziej buntowniczym i najuboższym miastem Europy Zachodniej: liczba jego mieszkańców spada z dwóch milionów w czasach pogańskich do niecałych dwustu tysięcy w XIV wieku.

W średniowieczu Kościół posiada — oczywiście nie tylko w następstwie grabieży i wojen, ale i dzięki dotacjom ze strony tych, z którymi był podczas owych rabunków i walk w sojuszu — jedną trzecią całego europejskiego areału i ziemia ta jest obra­biana przez pańszczyźnianych chłopów, często przez swoich wła­ścicieli traktowanych gorzej niż bydło. Nie jest przypadkiem, że w czasach rozkwitu chrześcijaństwa za takiego chłopa nie płaci się nawet połowy tego, co za konia! Nieprzypadkowo posiada Kościół, który już w IV wieku — w związku z potrzebą taniej siły roboczej dla coraz większych majątków ziemskich — zaostrza i umacnia niewolnictwo, prawdopodobnie największą liczbę nie­wolników. Nieprzypadkowo uniemożliwia ich wyzwalanie jako „dobra kościelnego”, co nigdzie indziej nie występuje; mało tego, w kolejnych stuleciach zwiększa zniewolenie tych ludzi. Nieprzy­padkowo ów „dar boży”, jak nazywa to Ojciec Kościoła Am­broży, owa „instytucja chrześcijańska”, jak określa to za Toma­szem z Akwinu Egidiusz Rzymianin, uzyskuje nawet jeszcze więk­sze znaczenie w Europie Południowej u schyłku średniowiecza. Nieprzypadkowo papieski Rzym jest spośród wielkich miast euro­pejskich tym, które najdłużej utrzymuje niewolnictwo. I nieprzy­padkowo nowożytne niewolnictwo Murzynów amerykańskich, sta­nowiące bezpośrednią kontynuację niewolnictwa średniowiecz­nego, jest usprawiedliwiane tymi samymi argumentami teologicz­nymi: powoływaniem się na zrównanie religijne i na wolę bożą. Inaczej mówiąc: jeśli przedtem niewolnik był posłuszny przez bez­radność i ze strachu, to potem Kościół chrześcijański narzucił mu ślepe posłuszeństwo jako obowiązek etyczny! (I tak jak jemu, tak w gruncie rzeczy wszystkim — wszystkim żołnierzom i osobom cywilnym, w ogóle wszystkim chrześcijanom).

Albowiem Kościół, w ogóle Kościoły chrześcijańskie wszel­kich wyznań stały zawsze po stronie właścicieli niewolników, wy­zyskiwaczy: katolicki, który już w starożytności (co widzimy w pi­smach Augustyna) wysławiał ideał „pracowitej biedy”, pocieszał niewolników tym, że ich los jest zgodny z wolą Boga, natomiast ich panom wyjaśniał korzyść wynikającą dla nich z takiego wpływu na niewolników; Kościół Lutra, który sam w sposób iście kleszy zaprzedał straszliwie eksploatowanych chłopów władcom, umac­niając tak i zapewniając kontynuację panowania tych ostatnich aż do XX wieku; angielski Kościół oficjalny, który jeszcze przez cały wiek XIX nie reagował w ogóle na przerażającą nędzę angielskich robotników rolnych i przemysłowych — pod wieloma względami gorszą niż antyczne niewolnictwo — i raczej wybaczyłby, jak pi­sał Marks, zamach na trzydzieści osiem spośród trzydziestu dzie­więciu artykułów swojej wiary niż na jedną trzydziestą dziewiątą własnych dochodów; oraz Kościół prawosławny Rosji, który aż do 1917 roku posiadał tam trzecią część ziemi i eksploatował naród nie mniej niż car, którego najwyższej władzy trzeba było się pod­porządkować — według pierwszego artykułu kodeksu imperium — „bo to nakazuje sam Bóg”. Zawsze, jak już powiedzieliśmy, w imię boże. I bieda też w imię boże. Tak samo wczoraj, jak dzisiaj, kiedy to zmieniły się co prawda — zauważmy, że z ko­nieczności — metody, ale wyzysk pozostał.

Bo skąd wziął się ogromny kapitał będący dziś w posiada­niu Kościołów? Przewyższa je wszystkie bogactwem Kościół kato­licki, który nadal dysponuje największym areałem ziemi w świe­cie chrześcijańskim, którego akcje i inwestycje kapitałowe sza­cowano już dziesięć lat temu na blisko pięćdziesiąt miliardów marek; któremu podlega kilkanaście banków w samym Rzymie; do którego należy de facto również największy prywatny bank świata, Bank of America, bo Kościół ma w nim pięćdziesiąt je­den procent udziałów, który posiada niemałe zapasy złota w Fort Knox oraz kapitał zainwestowany w najróżniejsze przedsiębior­stwa, między innymi w liczące się firmy hiszpańskie, francuskie towarzystwa naftowe, gazownie oraz elektrownie w Argentynie, boliwijskie kopalnie cyny, brazylijskie fabryki kauczuku, przemysł hutniczy w Stanach Zjednoczonych, General Motors Corpora­tion, największe włoskie towarzystwo lotnicze „Alitalia” oraz za­kłady samochodowe Fiat, ponadto w cały szereg przodujących włoskich firm ubezpieczeniowych i budowlanych, w ubezpiecze­nia na życie i ubezpieczenia materialne w Niemczech, w badeń-skie fabryki aniliny i sody, w fabryki farb w Leverkusen, w to­warzystwo naftowe Deutsche Erdól Aktiengesellschaft, w ham-burskie elektrownie, w esseńskie kopalnie węgla kamiennego, w nadreńskie huty stali, w koncern Yereinigte Deutsche Metall-werke, w Siiddeutsche Zuckeraktiengesellschaft, w Gesellschaft fiir Lindes Eismaschinen (maszyny do produkcji lodów), w firmę Siemens & Halske AG, w firmę Mannesmann AG, w BMW itd., itd., nie mówiąc już o bankach stanowiących własność Ko­ścioła…

Kościół, kampanie wojenne, kapitał są od czasów Konstan-tyna po dziś dzień tak nierozerwalnie związane ze sobą, tak ewi­dentnie złożyły się na ciąg bezustannych potworności, że nawet obrońcy Kościoła przyznają teraz, iż nie wszystko jest zgodne z ideałem i boskie, iż ziemskie dzieje Kościoła mają bardzo ludzki, być może aż nazbyt ludzki bieg. Pojęcia człowieczeństwa i nad­miernego człowieczeństwa nie są tu najstosowniejsze, skoro Ko­ściół, reprezentujący religię zdecydowanie nakazującą miłość bliź­niego i wroga, masakruje i pozwala masakrować swoich bliźnich i wrogów gorzej niż bydło i czyni to nie jeden raz, nie dziesięć razy, nie sto razy, ale przez półtora tysiąclecia; skoro przezeń, bezpośrednio i pośrednio, zginęło więcej ludzi niż za sprawą ja­kiejkolwiek innej religii na świecie i przypuszczalnie nawet za sprawą wszystkich innych razem wziętych! I chyba jednak mamy do czynienia z pewnym nadużyciem pojęć człowieczeństwa i nad­miernego człowieczeństwa, skoro „naśladując” tego, który z całą surowością kontynuował bezwzględnie antykapitalistyczne nasta­wienie żydowskich proroków oraz żyjących we wspólnocie mająt­kowej esseńczyków, który nauczał: „Nie zbierajcie skarbów na tej ziemi […]”, „sprzedajcie to, co posiadacie, albo oddajcie to bied­nym”, „nie będzie moim uczniem żaden z was, który nie pozbę­dzie się wszystkiego, co posiada” i podobnie; skoro „naśladując” właśnie jego, powtórzmy jeszcze raz za Kautskim, Kościół stał się najbardziej gigantyczną machiną wyzysku na świecie; skoro, po wielu stratach w wieku oświeconym, w tym stuleciu w sojuszu z Bogiem i wszystkimi supergangsterami faszyzmu — od Mus-soliniego poprzez Hitlera i generała Franco aż po Pavelicia — znowu uzyskuje kolosalne bogactwo i dzięki żebraninie, datkom, podatkom i ogromnym udziałom w wielkim przemyśle Europy i Ameryki bezustannie je powiększa, jak chętnie wyznaje, musi powiększać, bo — oprócz duszpasterstwa wojskowego i głupoty ludzkiej — już tylko pieniądz jest ową opoką, fundamentem, na którym spoczywa dzisiaj chrześcijaństwo (nie tylko) rzymskie i na którym marnieje, ważne jedynie dla umysłów prymitywnych i dla tych, co czerpią z niego korzyści.

Gwoli usprawiedliwienia się wypowiadane są twierdzenia, iż ideały ewangeliczne stawiają bardzo wysokie wymagania, iż nie powinno się potępiać chrześcijaństwa i Kościołów za to tylko, że nie realizują owych ideałów w całej pełni, że realizują je połowicz­nie albo w jeszcze mniejszym stopniu. Ale, powtórzmy, pojęcia człowieczeństwa i nadmiernego człowieczeństwa zostają jednak cokolwiek nadużyte, skoro w każdym kolejnym stuleciu i tysiąc­leciu realizuje się coś wręcz przeciwnego, krótko mówiąc, skoro Kościół dowiódł całą swoją historią, że jest symbolem, uciele­śnieniem i absolutnym mistrzem zbrodni dziejowej! Zbrodniczych poczynań, w obliczu których nawet ktoś tak zdegenerowany jak Hitler wydaje się niemalże człowiekiem honoru, bo przecież od początku występował na rzecz przemocy, a nie — tak jak Kościół — na rzecz pokoju!

Jaskrawy kontrast między ideałem a rzeczywistością ujawnił zresztą niebawem to, co było i jest łatwo rozpoznawalne, główną cechę charakterystyczną wszelkiego chrześcijaństwa kościelnego: występujący w nim od starożytności czynnik niezmiennej obłudy, który odbił się negatywnie na egzystencji sześćdziesięciu poko­leń chrześcijan; ponadto ów kontrast sprzyjał rozwojowi dosłow­nie niewiarygodnej sztuki egzegezy, polegającej na przeinaczaniu sensu wszelkich słów Jezusa istotnych z etycznego punktu widze­nia; kłamano interpretując, wypaczając, znajdując co innego, niż Jezus chciał powiedzieć, a zamiast tego wszystko, co trzeba było znaleźć, i wykazywano przy tym o wiele więcej cynizmu i hipo­kryzji niż uczciwości i człowieczeństwa.

Kościoły chrześcijańskie całkowicie się zdyskredytowały nie tylko z pacyfistycznego i socjalnego punktu widzenia, ale i pod trzecim względem, który jeszcze musimy omówić: co się tyczy prawdy. Bo przecież nieprawdziwe są już nawet podstawy wiary! Jeśli zatem przyjąć, że te Kościoły mogłyby nagle, po tylu wiekach grabieży i mordów, przemienić się we wspólnoty pod względem etycznym nieskazitelne, nawet w symbole człowieczeństwa (co de facto jest niemożliwe, bo żyją one z krwi dostarczanej różnym państwom), to przecież nadal byłyby nieprzekonujące co do do­gmatów, jako że właściwie nic nie łączy tych Kościołów z Jezusem, lecz przeciwnie: prawie wszystko oddala od niego — szczęśliwie wiadomo to nie tyle o zajadłych libertynach, ile o całych genera­cjach chrześcijańskich teologów, których żmudna praca, akrybia przy krytycznym badaniu Biblii jest wprost niewyobrażalna dla laika.

Nie wiemy z całą pewnością, czy postać Jezusa z Nazaretu — o której milczą wszystkie pozachrześcijańskie źródła historyczne jego stulecia (prócz ślepych, którzy przejrzeli, kalekich, którzy odzyskali władzę w nogach, zmarłych, którzy zostali wskrzeszeni) — czy ta postać jest historyczna. Ale wiemy z całą pewnością, że Jezus biblijny — którego radykalny etos, chociaż nie do zrealizo­wania przez masy, zasługuje na największy szacunek — pomylił się w swym niezachwianym przekonaniu o bliskim końcu świata i nastaniu sądu ostatecznego, pomylił się tak samo, jak wszyscy inni apokaliptyczni heroldowie, jak wcześniejsi prorocy żydowscy i perscy, którzy zapowiadali koniec świata, i jak całe późniejsze pierwotne chrześcijaństwo.

Wiemy i jesteśmy pewni tego, że ewangelie — przez czoło­wych teologów naszego stulecia scharakteryzowane jako ahisto-ryczne zbiory anegdot, które należy wykorzystywać z największą ostrożnością — nie są dziełami pierwszych apostołów ani żadnych świadków naocznych; że zostały skompilowane dopiero w kilka­dziesiąt lat po domniemanej śmierci Jezusa z obiegowych opowie­ści i zmyśleń ewangelistów, i że jeszcze w II wieku nie uważano ich w chrześcijaństwie za święte i wynikłe z boskiej inspiracji; że żadna ewangelia, i w ogóle żadne pismo biblijne, nie istnieje w oryginale, w pierwotnym brzmieniu, lecz jedynie w odpisach do­konywanych z kopii innych odpisów; że kopiści przez ponad dwa wieki wprowadzali zmiany, zamierzone i nie zamierzone, robili za­biegi harmonizujące, uzupełniali, poprawiali, przez co oryginalny tekst Biblii jest często nie do ustalenia z jakąkolwiek dozą praw­dopodobieństwa, a co dopiero z całkowitą pewnością, natomiast liczba różnych lekcji zbliżyła się do pięćdziesięciu tysięcy.

Wiemy z całą pewnością, że tak w chrześcijaństwie, jak i w ogóle w antyku, od początku przyzwalano na pobożne oszu­stwo, że należało ono niejako do literackich obyczajów tamtej epoki; dlatego nie tylko Paweł, któremu też przypisano pewne li­sty biblijne, sfałszowane bądź w całości, bądź częściowo, wyznaje, że chodzi jedynie o to, by głosić chwałę Chrystusa, „z ukrytymi intenqami albo bez nich”, a oprócz niego Ojciec Kościoła Jan Chryzostom, patron kaznodziejów, całkiem otwarcie opowiada się za potrzebą kłamstwa dla zbawienia duszy, i to powołując się nawet na przykłady ze Starego i Nowego Testamentu; również Orygenes, jeden z największych i najszlachetniejszych chrześci­jan, z całą stanowczością dopuszcza oszustwo i kłamstwo jako ..zbawienne”. Podana przez Nietzschego definicja chrześcijaństwa jako sztuki świętego kłamstwa znajduje swoje potwierdzenie w ca­łej protestanckiej krytyce Biblii. „Fałszerstwa — pisze dziś teolog Carl Schneider w swej monumentalnej pracy Geistesgeschichte des antiken Christentums (Duchowa historia starożytnego chrześcijań­stwa) — rozpoczynają się w epoce nowotestamentowej i nigdy nie ustają”.

Wiemy i jesteśmy pewni tego, że Jezus jest coraz bardziej ubóstwiany w kolejnych ewangeliach — od najstarszego tekstu Marka poprzez późniejsze ewangelie Mateusza i Łukasza aż po najmłodszy tekst Jana — ale jeszcze w III wieku nie jest na ogół utożsamiany z Bogiem, lecz wyraźnie temu ostatniemu podpo­rządkowany, i taka była powszechna doktryna Kościoła! Wiemy z całą pewnością, że młodsze ewangelie systematycznie popra­wiały starsze, że nie tylko postać Jezusa, ale także postacie jego uczniów są coraz bardziej idealizowane i wciąż przybywa coraz wspanialszych cudów.

Wiemy i jesteśmy pewni tego, że Paweł, właściwy twórca chrześcijaństwa, raczej ignorował osobę Jezusa i fundamental­nie zmienił jego naukę, że nie tylko wprowadził ascezę, brze­mienną w skutki pogardę dla kobiety i deprecjację małżeństwa, ale i sformułował szereg zupełnie nowych dogmatów, całkowicie sprzecznych z nauką Jezusa, jak na przykład doktrynę predesty-naq’i, doktrynę odkupienia, całą chrystologię; że między nim a je­rozolimskimi apostołami toczyły się długie spory teologiczne, bo w chrześcijaństwie w ogóle, nawet w pierwotnej gminie, nie było nigdy jednolitości prawd wiary, a zamiast tego już w III wieku istniały dziesiątki, w IV wieku zaś już setki rywalizujących ze sobą „wyznań”, spośród których zwyciężył w końcu katolicyzm, bo przejmował wszystko, co przydatne, z innych wielkich „he­rezji”, zręcznie unikając przy tym popadnięcia w skrajności, był bowiem najlepiej zorganizowany i najbrutalniejszy w owej walce konkurencyjnej. Cała historia dogmatów to przecież jeden łań­cuch intryg, przemocy, denuncjacji, przekupstwa, fałszowania do­kumentów, ekskomunik, banicji oraz mordów.

A przy tym wszystkim — to też wiemy z całą pewnością i jest to wystarczająco tragikomiczne — nie ma w chrześcijań­stwie w ogóle niczego, co mogłoby pretendować do oryginalności z punktu widzenia dziejów ideologii i religii. Wszystko bowiem — od centralnych idei po marginalne obyczaje — zostało prze­jęte od „pogan” albo od Żydów: zapowiedź Królestwa Bożego, status dzieci bożych, miłość bliźniego i wroga, idea Mesjasza–Zbawiciela, proroctwa Odkupiciela, jego pochodzenie, cudowne narodziny z łona dziewicy, hołd pasterzy, prześladowanie go już w kołysce, kuszenie przez szatana, nauczanie, cierpienie, śmierć (również na krzyżu), zmartwychwstanie (również w trzecim dniu albo po trzech dniach, a więc w dniu czwartym, bo i ta chwiejność w ewangeliach bierze się ewidentnie stąd, że zmartwychwstanie boga Ozyrysa świętowano w trzecim, a boga Attysa — w czwartym dniu od jego śmierci), jego objawienie się w postaci cielesnej, jego zstąpienie do piekła i wniebowstąpienie, nauka o grzechu pier­worodnym, doktryna predestynacji, trójca, chrzest, spowiedź, ko­munia, liczba siedem dla sakramentów, liczba dwanaście dla apo­stołów, samo apostolstwo, urząd biskupa, kapłaństwo, diakonat, sukcesje, łańcuchy tradycji, Matka Boska, kult Madonny, miej­sca pielgrzymek, tablice wotywne, czczenie relikwii, jasnowidztwo, cuda, takie jak chodzenie po wodzie, uciszanie burzy, pomnaża­nie jadła, wskrzeszanie — po cóż wyliczać: nic nowego! I wszystko to powtarza się w chrześcijaństwie bynajmniej nie tylko w swej zewnętrznej postaci, jako analogia formalna, jako wyłącznie pa-ralelność obrzędów, ale również z takim samym znaczeniem, tyle że pod innymi nazwami, a często nawet bez zmiany nazwy.

Wobec zafałszowanych podstaw wiary traci właściwie sens, tak częste obecnie, rozważanie ewentualnej reformy Kościoła. Bo gdyby naprawdę chciano nawiązać do Jezusa, a dziś oznacza to oczywiście nawiązanie do owego Jezusa, którego bez mała dwie­ście lat badania ewangelii przez krytycznych teologów uwolniło od wizerunku legendarnego, nawiązanie stanowiące warunek ko­nieczny wszelkiej reformy! — to musiałby Kościół zrezygnować ze wszystkiego, czym jest, z czego się składa, z sakramentów, do­gmatów, biskupów i papieża! Żadna reforma chrześcijaństwa nie ograniczyłaby się do reform, lecz stałaby się rewolucją, przewro­tem w stosunkach międzyludzkich. To wynikałoby — niezależnie od rezultatów badań krytycznej teologii — z samego nakazu mi­łości wroga! Co więcej, wynikałoby to już z przykazania miłości bliźniego, przez jednego z najprzyzwoitszych antycznych chrześci­jan, Ojca Kościoła Bazylego (który cały swój ogromny majątek, podlegający opodatkowaniu przez trzech władców, niezwłocznie i całkowicie podarował biednym) skomentowanego takim oto zda­niem: „Kto kocha bliźniego swego jak siebie samego, ten nie po­siada więcej niż bliźni”. (Niestety, byłoby to śmieszne, gdybyśmy choćby przez chwilę jeszcze kontynuowali tę myśl — śmieszne, trzeba to przyznać, w obliczu praktyki chrześcijańskiej, ale i ko­munistycznej).

Zajmijmy się jednak, na zakończenie, nieco mniej utopijnymi pomysłami reformy, bo czyż nie reformowano od niepamiętnych czasów? Czyż już drugie pokolenie chrześcijan nie reformowało tego, co pozostało po pierwszym, czy Kościół pokonstantyński nie reformował przedkonstantyńskiego: reformowali Bonifacy i Hugo z Cluny; reformowano w Górze, Brogne, Hiersau, Siegburgu, Ein-siedeln; reformowano w Konstancji, Bazylei, Trydencie. Reformo­wano — i to niemało — w Rzymie.

Innocenty III, który nie tylko antycypował hitlerowską gwiazdę dla Żydów, nie tylko wprowadził do prawa kanonicznego mnóstwo surowych sankcji antysemickich oraz podjudził chrze­ścijan przeciw albigensom i waldensom — „powstań i przepasz sobie miecz”, dobrze znany chrześcijański język, na który zare­agowano tak wymordowaniem dwudziestu tysięcy mieszkańców Beziers, jak również rozpoczęciem dwudziestoletniej (oczywiście „świętej”) wojny domowej — ale który ponadto tak był uwikłany w konszachty wojenne i finansowe, że biskup Jakub z Vitry wyrze­kał, iż nie pozwalano już na mówienie o sprawach duchowych, jest uważany za jednego z największych reformatorów wśród papieży. A Luter okazywał się, gdy reformował to, co naprawdę istotne, jak wiadomo, bardziej papieski niż papież i chyba posłał na stos więcej czarownic, stał się o wiele zajadlejszym antysemitą (na któ­rego słusznie powoływał się w Norymberdze Streicher), żądał, by wszystkie synagogi i szkoły żydowskie podpalono, „by zburzono ich domy”, „by odebrano im modlitewniki i pisma talmudyczne”, „by zabroniono im u nas publicznego chwalenia Boga, dziękowa­nia mu, modlitw, nauczania, i to pod karą śmierci”, i wzywał też szlachtę do „duszenia, dźgania, zabijania po kryjomu i otwarcie, jak komu wypadnie” wyzyskiwanych przez nią chłopów, „tak jak trzeba zabić wściekłego psa”; był to reformator tak wybitny, że sam przyznał: „Największymi mordercami są kaznodzieje […]. Ja, M. Luter, pokonałem wszystkich zbuntowanych chłopów, bo ka­załem ich zabić; cała ich krew spada na mnie. Ale przypisuję to naszemu Panu i Bogu, on przykazał mi tak mówić”.

Oczywiście jak zawsze: w imieniu Boga! Najgorsze gangster-stwo w dziejach świata zawsze w jego imieniu. I tak to, z Bogiem, dalej odnawiali oni i doskonalili, po dziś dzień trwa bezustanna re-formatio in capite et membris: z etycznego punktu widzenia ciągle wielkie masakry — aż po dwie wojny światowe, czczone jako „kru-q’aty” i prowadzone przy znaczącym poparciu Kościoła (czemu towarzyszyły papieskie apele o pokój!). A w dogmatach coraz dziwniejsze zmyślenia — aż po dogmatyzację (przez wiele stuleci podawanego w wątpliwość również w Rzymie) cielesnego wnie­bowzięcia Maryi, za sprawą niesławnej pamięci Pacellego, który — choć bardzo niechętny proletariatowi — był w tak cudownych stosunkach z ową żoną galilejskiego cieśli (podobnie też z czoło­wymi faszystowskimi inicjatorami wojen i z wielkim kapitałem), iż ukazała mu się na niebie w trzy kolejne dni (o godzinie szesnastej) w roku 1950, w którym to został zdefiniowany ów dogmat.

O Boże — naprawdę nie mogę się powstrzymać, muszę go wezwać — a więc pojawiają się nowi reformatorzy? Inspiratorzy ekumenizmu i tacy, co go realizują? Rzecznicy unae sanctael Ini­cjatorzy dialogu ze światem? Ewangelizatorzy ateistów? Ci, którzy otwierają się na lewo i na prawo? W jakim charakterze się poja­wiają, jaka jest ich funkcja? Chyba jednak pojawiają się jako ci, co przedłużają owo nieszczęście, wykonawcy zaleceń hierarchii, która właśnie dzięki nim — jak po każdej reformie — będzie nadal egzystować, ciesząc się jedynie uszczęśliwiającymi benefi-cjami i jedynie uszczęśliwiającą władzą, mając do dyspozycji bi­skupów i kapelanów polowych, całą armię asystujących teologów „moralistów”, i mając papieża, który gdy giną ludzie, wzrusza apelami o pokój i przypomina o przysiędze wojskowej! Refor­matorzy? Zaledwie kosmetycy trupa. Mianowani konserwatorzy zwłok, co już cuchną i nie potrzebują reformy, lecz rakarza, który by je uprzątnął.

„Dar Konstantyna”

Czyżby świat chciał być oszukiwany? Zwłaszcza w tym, z czym wiąże największe nadzieje — w religii. I najbardziej przez tych, co wymyślili „zbożne oszustwo”? Jak pisze jeden z naszych klasyków teolog Herder, nie było ono „już wkrótce grzechem, lecz zasługą na chwałę bożą i ku zbawieniu dusz”.

Fałszerstwa zaczynają się w Nowym Testamencie i niebawem przeważają nad prawdą, a twierdzenie, iż w średniowieczu ist­niało niemalże tyleż sfałszowanych dokumentów, annałów, kro­nik, ile prawdziwych, nie jest chyba przesadzone; trzeba dodać, że aż po właściwe średniowiecze oszustami byli prawie wyłącz­nie duchowni. (Albo, jak to eufemistycznie wyraża historyk Bosi: „Prawdą jest, że fałszerze prawie nigdy nie byli ludźmi świec­kimi”). Niezliczeni przedstawiciele kleru, zakonnicy, przysparzali w owych czasach swojemu Kościołowi, poprzez fabrykowanie fał­szywych dyplomów lub interpolację dyplomów oryginalnych, ko­rzyści politycznych, ekonomicznych, prawnych, krótko mówiąc: pieniędzy, władzy, prestiżu.

Ale fałszerstwo, o którym teolog Kantzenbach mówi, że „nie miało właściwie znamion przestępstwa”, zapewne dlatego, iż jest największym i najskuteczniejszym — tak zwany „dar Konstan­tyna” — zostało dokonane w połowie VIII wieku. Jakie było jego tło historyczne, jakie motywy i jaki cel?

Wcześniej papieże, coraz potężniejsi dzięki tym, co stali nad nimi, dzięki wschodniorzymskim cesarzom, doprowadzali stop­niowo do skutku separację od wschodniego imperium — z po­mocą Longobardów. Gdy jednak ci ostatni zapragnęli dla siebie całej Italii, stali się zbyt niebezpieczni dla papieży. I jeśli przed­tem Rzym zwracał się razem z imperium wschodnim przeciw jego wrogom, potem zaś razem z Longobardami przeciw imperium wschodniemu, to teraz uciekł się do pomocy Franków dla pokona­nia Longobardów. Papież Grzegorz III usiłował niejednokrotnie podjudzić Karola Młota przeciwko królowi Longobardów Liut-prandowi, chociaż byli oni zaprzyjaźnieni.

Podżeganie do wojny odbywało się przy pomocy świętego Piotra i stało się już bardzo modne w polityce kościelnej. Nawet w pierwszych listach do Karola Młota czytamy: „Budujemy na tym, iż darzysz świętego księcia apostołów Piotra i nas samych sy­nowską miłością i że przez wzgląd na cześć, jaką żywisz dla niego, zastosujesz się do naszych zaleceń”. „Wysłuchaj życzliwie mojego żądania, bo wówczas książę apostołów wpuści cię do Królestwa Niebieskiego”. „Zaklinam cię na żywego, prawdziwego Boga i na najświętsze klucze grobowca świętego Piotra, które przesyłamy ci w darze, byś nie przedłożył przyjaźni dla królów longobardzkich nad miłość do księcia apostołów”. „Upominamy cię w obliczu Boga i jego strasznego sądu”. „Obawiamy się, iż zostanie ci to poczytane za grzech” — długo kontynuowana taktyka kija i mar­chewki.

Na nic nie zdały się jednak pochlebstwa i groźby, dary w po­staci wielce wątpliwych relikwii, ogniwa łańcuchów, które krępo­wały niegdyś księcia apostołów.

Późną jesienią 741 roku zmarli obaj: Karol Młot i Grze­gorz III, ten, który jako ostatni z biskupów Rzymu poprosił re­zydującego w Konstantynopolu cesarza o potwierdzenie swojej godności. I gdy następca Grzegorza papież Zachariasz (741-752) przechytrzył Longobardów w ten sposób, że na pozór całkiem legalnie pozbawił ich starego króla niejednego kasztelu i rozle­głego lenna, a nowy król z żoną i córką trafili za sprawą papieża — już to nakłonieni perswazją, już to zmuszeni — do klasztoru, i gdy brat Ratchisa longobardzki król Aistulf zaczął brać odwet, wówczas nowy papież Stefan II pospieszył do Franków.

W środku zimy w żałobnym stroju przekroczył Alpy. Na po­czątku stycznia 754 roku padł razem ze swą świtą na podłogę zamku Pepina w Ponthion, koło Chalons nad Marną, ubrany w worek, z głową posypaną popiołem, i przez łzy, powołując się na zasługi świętych apostołów Piotra i Pawła, błagał Pepina, by ten wyrwał i jego, i wszystkich Rzymian z rąk Longobardów. „Nie chciał wstać — opowiada frankijski kronikarz — dopóki król, jego synowie oraz dostojnicy spośród Franków nie podali mu rąk i nie podnieśli go z podłogi na znak przyszłej pomocy i wyzwolenia”.

Pepin został osadzony na tronie przy aprobacie papieża Za­chariasza w roku 751, kiedy to prawowitego króla Childeryka III, ostatniego Merowinga, postrzyżono i umieszczono w klasztorze. Teraz oto ów uzurpator i krzywoprzysięzca, który jako pierwszy nazwał siebie trafnie władcą „z bożej łaski”, przysiągł, iż doce­nia „pożyteczną rolę świętego Piotra w cesarstwie rzymskim”; wkrótce po tym papież przywłaszczył sobie prerogatywy cesarza i mianował Pepina oraz jego synów patrycjuszami Rzymian. Ty­tuł patricius Romanorum, do 751 roku noszony przez cesarskiego namiestnika, egzarchę Rawenny, oznaczał wszelako jaskrawe po­gwałcenie prawa i faktyczne oderwanie się od Bizancjum.

Papież wciąż wspominał podówczas o „państwie błogosła­wionego Piotra i świętym Kościele bożym”. W kwietniu 754 roku, podczas zgromadzenia rady państwa Franków w Ouierzy (Carisiacum), zostaje postanowiony „dar Pepina”, równoznaczny z utworzeniem Państwa Kościelnego. Pepin obiecuje Stefanowi II ogromne terytoria, przyrzeka świętemu Piotrowi coś, co wcale nie jest jego, Pepina, własnością, lecz należy do cesarza: większość ziem włoskich, zwłaszcza że cesarz Konstantyn jakoby już wcze­śniej obiecał o wiele więcej.

Jeśli wszystkie wskazówki nie są mylące, to tak zwany dar Konstantyna — najbardziej spektakularna kulminacja niezliczo­nych szalbierstw duchowieństwa w średniowieczu — zrodził się na początku lat pięćdziesiątych VIII wieku w otoczeniu Stefana II, prawdopodobnie jeszcze przed jego podróżą do państwa Fran­ków. Według Waltera Ullmanna i innych badaczy, wszystko wska­zuje na to, że „miejscem narodzin tego falsyfikatu była kan­celaria papieska”. Nawet katoliccy historycy papiestwa Seppelt i Schwaiger piszą przecież: „Ów dokument został zapewne sporzą­dzony w kręgach rzymskich, być może z okazji podróży Stefana II do państwa Franków, żeby nakłonić króla Pepina do spodziewa­nych donaqi terytorialnych we Włoszech”.

Potrzebny był tytuł prawny do owych nader finezyjnie uzy­skiwanych ziem. Prawdopodobnie właśnie podczas sesji rady pań­stwa w Ouierzy przełamał Stefan opór Pepina za pomocą doku­mentu, który ogłaszał świętego Piotra prawowitym suwerenem i właścicielem ziem włoskich, papieża zaś osobą obdarzoną god­nością cesarską, wręcz cesarzem Zachodu.

Wzorem dla sławetnego Constitutum Constantini była, po­wstała chyba w Rzymie pod koniec V wieku, Legenda sancti Siłve-stń, jedna z najpoczytniejszych opowieści hagiograficznych chrze­ścijaństwa, znana we Włoszech, w Anglii, w państwie Franków. Posługując się tym gatunkiem literackim, kler często dokonywał aktów o znaczeniu historycznym. Już na początku VI wieku, kiedy toczyli ze sobą wojnę papież Symmachus i antypapież Wawrzy­niec, owa legenda znalazła zastosowanie przy okazji fałszerstw Symmachiańskich, którymi chciano na wszelkie możliwe sposoby dowieść, że nikt nie może sądzić papieża.

Jak czytamy w tej obiegającej świat w rozmaitych wersjach, przekazanej w setkach odpisów postylli, cesarz Konstantyn był prześladowcą chrześcijan, za co został ukarany wysypką na ciele, z której go jednak papież Sylwester wyleczył, a potem ochrzcił. Ale faktycznie Konstantyn nigdy nie prześladował chrześcijan, lecz uprzywilejowywał ich niebywale, nigdy nie dręczyła go wy­sypka i nigdy nie został też ochrzczony przez Sylwestra; tym, który go ochrzcił, był przecież biskup Euzebiusz z Nikomedii, „kacerz” ariański, a stało się to dopiero w roku 337, gdy cesarz był na łożu śmierci, papież Sylwester zaś nie żył już od dwóch lat. (Kościół czci Sylwestra 31 grudnia — tak jakby w każdy ostatni dzień roku chciał sobie przypomnieć, co mu zawdzięcza).

Przyjmując za podstawę bajkę, sfabrykowano dokument, któ­rym papiestwo w oszukańczy sposób uzyskało dla siebie Państwo Kościelne, zalegalizowało swą władzę świecką i wręcz odwróciło sytuację, jaka panowała do tego czasu. Zgodnie z owym prawem konstytucyjnym cesarz rzymski, któremu papiestwo dotąd podle­gało, został oto podporządkowany papiestwu!

Dokument ten jest sformułowany jako edykt cesarza Kon­stantyna I (306-337) wydany dla papieża Sylwestra I (314-335), z datą i własnoręcznym podpisem Konstantyna oraz tegoż adno­tacją, iż on sam spisał go u grobu świętego Piotra. Z wdzięczno­ści za cudowne wyleczenie się z wysypki cesarz darowuje Rzym oraz cały Zachód Sylwestrowi i jego następcom. Konstantyn po­twierdza uroczyście prymat papieża nad patriarchatami Antio-chii, Aleksandrii, Jerozolimy, Konstantynopola i prymat na całym globie. Zezwala biskupowi Rzymu na używanie wszelkich oznak godności cesarskiej, przyznaje mu cesarski majestat. Papież ma być głową wszystkich Kościołów, arcykapłanem świata. Monar­cha przekazuje w darze jemu i jego następcom pałac cesarski na Lateranie, miasto Rzym, miasta i prowincje Italii oraz cały Za­chód. Sam władca — tak kończy się ten falsyfikat — zamierza przenieść swoje imperium na „obszary wschodnie”. Albowiem „nie godzi się, by cesarz ziemski sprawował władzę tam, gdzie powstało wspaniałe państwo i założona została stolica chrześci­jaństwa”. Każdy, kto okaże się na tyle zarozumiały, by chcieć sprzeniewierzyć się temu edyktowi, zostanie — jak czytamy — skazany przez cesarza na banicję.

Co skłoniło Pepina do pogodzenia się z tą „donacją” — wy­razem skrajnej megalomanii i niepospolitej żądzy władzy?

Ani jedno słowo w aż pięćdziesięciu listach papieży do Ka­rolingów, od Karola Młota po Karola nazywanego Wielkim, nie wskazuje na jakąkolwiek realną korzyść polityczną, na prawdziwy pożytek dla Franków — bo też żadnych korzyści nie było! Zamiast tego chytrze i nieodmiennie kuszą papieże przychylnością straż­nika bramy niebios, świętego Piotra, nagrodą na tamtym bądź już na tym świecie, ale oczywiście straszą też wiecznymi karami; za papieżem stał zawsze właściwy partner kontraktu, święty Piotr we własnej osobie, którego kult owi „namiestnicy” rozwijali syste­matycznie, zwłaszcza wśród Anglosasów i Franków; na przełomie VII i VIII stulecia był to już ich najważniejszy święty. Adresa­tami dziesiątków zachowanych z epoki Merowingów dokumen­tów były klasztory pod wezwaniem świętego Piotra, których od czasów Dagoberta I powstało około trzydziestu. Germanowie za­częli niebawem czcić Piotra jako gwaranta chwały doczesnej i nie­biańskiej, jako wielkiego protektora i wojownika, jako strażnika bramy niebios. Do jego rzekomej krypty grobowej pielgrzymowali z najdalszych krajów nawet ich królowie, a niektórzy wyzbywali się tam koron i bogactwa i przywdziewali habity. Wybieg z wyko­rzystaniem postaci świętego Piotra — o którym nie wiadomo, ani gdzie, ani kiedy umarł, bo wszelkie relaqe na ten temat to „sagi i bajki” (Kalwerau) — umocnił wczesnośredniowieczną Kurię jak mało które z innych jej poczynań i, powtórzmy za Gregoroviusem, „ugruntował w istocie… świecką władzę papieży”.

Krótko mówiąc, do posłuszeństwa zmusiły Pepina względy nie polityczne, ale czysto religijne. Przy swym wielkim doświad­czeniu wojennym był on bowiem w kwestiach „metafizyki” do­słownie krwawym laikiem, który po prostu okazywał posłuszeń­stwo „rzymskiej wyroczni” (Zwólfer), dla którego „miłość do świętego Piotra” stanowiła wytyczną postępowania — jak mówi Heller, był to człowiek naiwny, myślący podług swoich zmysłów, któremu Stefan II, znając go na co dzień, mógł obiecywać i gro­zić: „Nie spraw mi zawodu, a nie zostaniesz odtrącony u bramy do Królestwa Niebieskiego i odłączony nagle od swojej najmilszej małżonki!”

W dniu 28 lipca 754 roku w kościele w Saint-Denis papież jeszcze raz godnie namaścił w imieniu Trójcy Świętej majordoma Pepina, którego odtąd zawsze nazywał „kumem”. Namaścił rów­nież jego synów, Karola i Karlomana, czyniąc ich królami „z bo­żej łaski” (Dei gratid), by tym sposobem umocnić prawowitość władzy uzurpatora. Grożąc karami kościelnymi, Stefan zabronił Frankom wszelkich elekq’i królów innego pochodzenia. Pepin ze swej strony przysiągł po tym „boskim potwierdzeniu” jego pano­wania, iż będzie szanował prawo, zapobiegał grabieżom i niespra­wiedliwości, chronił i powiększał mienie Kościoła, co w istocie oznaczało waśnie, grabieże i bezprawie, tym bardziej że Pepin narzucił płacenie klerowi dziesięciny poprzez ustawę państwową, a z ziem dzierżawionych od Kościoła zażądał nawet podwójnej dziesięciny (nona et decima).

Wszystkie te negocjaq’e, przysięgi, obietnice, w otoczce ku­rialnej „metafizyki”, oznaczały oczywiście po prostu wojnę, który to cel papież osiągnął chyba przede wszystkim dzięki „darowi Konstantyna”.

Żaden król frankijski nie wojował co prawda z Longobar-dami od ponad stu lat, od czasów Merowinga Childeberta II Lon-gobardowie nie czynili niczego, co mogłoby zostać poczytane za akcję nieprzyjazną. Frankowie widzieli w nich spokrewnione ple­mię, byli ich przyjaciółmi i towarzyszami broni już od czasu walk z Arabami. Dlatego też frankijscy wielmoże stawiali rzymskim żądaniom opór mający niemalże znamiona buntu. Część wielkich panów groziła porzuceniem króla. Jego rodzony brat, były ma-jordom Karloman pospieszył z Monte Cassino, by zapobiec woj­nie albo, powtórzmy za biografem papieża, by „udaremnić dzieło świętego Kościoła”. Karloman wywarł głębokie wrażenie na Fran­kach, został jednak przez Stefana dyscyplinarnie zamknięty w jed­nym z klasztorów Vienne, gdzie wkrótce zmarł. W areszcie klasz­tornym znaleźli się też jego postrzyżeni i przemocą ubrani w ha­bity synowie. Tak jak przed trzema laty papież Zachariasz dopo­mógł Pepinowi w usunięciu prawowitych władców, Merowingów, tak teraz Stefan udzielił mu wsparcia w pozbyciu się jego własnych krewnych.

A jednak Pepin, niegdyś na dworze w Pawii adoptowany przez Longobarda Luitpranda, co zobowiązywało Germanina do bezwzględnej wierności przez całe życie, latem 754 roku przebył ze swoimi wojskami i razem z papieżem Mont Cenis. Stało się to, jak usilnie zapewniał, tylko z miłości do świętego Piotra, w na­dziei na nagrodę od Boga. Armia longobardzka została wzięta w kleszcze — od przodu i od tyłu — i poniosła klęskę. Król Aistulf, który ledwo uszedł z życiem, zawarł bardzo niekorzystny dla siebie pokój. Papież jednak, uzyskawszy to, do czego Pepin zobowiązał się w Ponthion, ale nie to, co mu obiecał w Quierzy, nadal podżegał do wojny, której Frankowie mieli już serdecznie dość. Ledwo wrócili do domów, Aistulf złamał narzucony rozejm. I gdy spustoszył kraj, okradł go z relikwii, otoczył ze wszystkich stron Rzym, przez trzy miesiące oblegając bronione przez frankij-skiego opata Warnehara miasto, pontifac majdmus nawoływał do błagalnych procesji i w jednej z nich sam niósł krzyż z bazyliki na Lateranie z przypiętym doń traktatem — zerwanym przez króla Longobardów.

Nieustannie docierały odtąd do uszu Pepina papieskie woła­nia o pomoc, ów Rzymianin błagał, zaklinał, używał wszelkich rejestrów swojej kaznodziejskiej i retorycznej sztuki perswazji. Na wypadek nieposłuszeństwa zagroził bowiem Pepinowi i jego synom ekskomuniką, a nawet swoistym przyspieszonym sądem ostatecznym.

W wielu listach tak do niego, jak i do świeckich oraz duchow­nych dostojników państwa Franków, do wojska i całego narodu — swoich „przybranych synów” — odmalowywał papież wymownie nieszczęścia świętego Piotra: zniszczone winnice, pomordowane dzieci, zhańbione siostry zakonne. Twierdził, iż nikt nie potra­fiłby opowiedzieć o tym, co uczyniono Kościołowi, tylko kamienie mogłyby to opłakać. Okropną łaciną, naszpikowaną frazesami bi­blijnymi i słownictwem rodem z najohydniejszego żargonu bizan­tyńskich kancelarii (od „słodkiego jak miód spojrzenia i oblicza” po „Waszą miodopłynną Wysokość” i ludzi „kąpanych w bosko-ści”, deifluo), wyrzekał, kusił, ostrzegał, powołując się na Pana Naszego, na Najświętszą Marię Pannę, na świętego Piotra, na wszystkie niebiańskie zastępy, męczenników i głosicieli wiary, na­kłaniał / jednej strony do dokończenia zbożnego dzieła i oddania świętemu Piotrowi tego, do czego ma on „prawo”, z drugiej zaś strony zachęcał, by pomyśleć o „zbawieniu duszy”. „I ty, i twoi urzędnicy będziecie musieli ze wszystkiego zdać sprawę przed są­dem bożym”. „W dniu strasznego sądu odpowiecie przed Bogiem i świętym Piotrem. Wiedzcie, że książę apostołów […]” itd., itd.

Skoro sam (!) książę Piotr napisał w końcu do Franków, i oczywiście w równie złym stylu, strasząc „groźnym Stwórcą wszechrzeczy” i znowu kusząc „wieczną nagrodą i nie kończą­cymi się nigdy rajskimi rozkoszami” — byleby się pospieszono, by­leby się pospieszono! — Frankowie rozpoczęli w 756 roku drugą wojnę. Pepin przekroczył jeszcze raz Alpy i znów tylko gwoli od­kupienia grzechów, z miłości do świętego Piotra, którego frankijscy wojownicy wzywali już teraz przed swoimi bitwami. Powtórnie pokonali Longobardów i znowu podyktowali zwyciężonym twarde warunki pokoju. I już w następnym roku doniósł Stefan królowi Franków o śmierci „tyrana”, tego, który „poszedł za szatanem, upijał się krwią chrześcijan, burzył kościoły”; o tym, że „przebity bożym sztyletem, spadł on w piekielną czeluść”.

Papież miał się z czego cieszyć. Uzyskał władzę nad Rzy­mem, nad egzarchatem, nad Pentapolis. Zagarnął dwadzieścia dwa grody na pomoc i na wschód od Apeninów, które stano­wiły odtąd razem z księstwem rzymskim „dziedzictwo świętego Piotra”, średniowieczne Państwo Kościelne. Bizancjum mogło się spodziewać i spodziewało się, że Pepin jemu przekaże to teryto­rium. Ale pełnomocnik Pepina opat Fulrad z Saint-Denis ruszył od grodu do grodu, niewoląc najznakomitszych mieszczan jako zakładników i składając klucze od miejskich bram u stóp świę­tego Piotra. Pepin przekazał bowiem owe ziemie odpowiednim dokumentem jemu i jego namiestnikowi we wieczne władanie, a sprzeczne z tym legatem roszczenia greckiego cesarza odrzucił, oświadczając, że stało się to nie dla dobra jednego człowieka, ale przez miłość do świętego Piotra i gwoli zbawienia duszy.

Wdzięczny kler już w VIII wieku nazywa Pepina „Dawidem”, „Salomonem”, „nowym Mojżeszem”. A Franków wychwala pa­pież Paweł I (757-767) jako „święty naród”. Kuria miała przecież teraz swoje państwo, Państwo Kościelne. Ale z czasem i każdy inny biskup, każdy opat zapragnął tego, co posiadał biskup Rzymu — własnego „państwa kapłańskiego”. I tak jak papieże uzyskali to swoje w następstwie wojen i oszustw, a potem przez całe tysiąc­lecie starali się je dalszymi wojnami i szalbierstwami zachować i powiększyć, tak też pozostali książęta Kościoła toczyli niezli­czone boje i — biorąc przykład z Rzymu — fabrykowali niezli­czone dowody darowizn, nie mniej kłamliwe niż akt „darowizny Konstantyna”.

Co prawda początkowo wykorzystywano ów akt bardzo wstrzemięźliwie, kultywowano tylko pamięć o pierwszym chrze­ścijańskim cesarzu i jego wzorowym zachowaniu, ale nigdy nie czyniono użytku z samego dokumentu, nigdy Constitutum Con-stantini nie służyło do legitymizacji uroszczeń. Prawdopodobnie również papieże uznawali ów dokument za fałszywy. Pierwszy powołuje się nań Hadrian I — w swojej korespondencji z Ka­rolem „Wielkim”. Dopiero jednak w połowie IX wieku, gdy ten falsyfikat uzyskał już pewien prestiż, stał się dokumentem praw­nie wiążącym i został zarówno włączony w inne wielkie fałszer­stwo Kościoła. Dekretałpseudo-Izydora, jak też w końcu uwzględniony w licznych innych kodeksach kanonicznych. Ekspansywna polityka terytorialna papiestwa, które podporządkowywało sobie stopniowo różne księstwa i całe królestwa, miała swoją podstawę prawną w owej rzekomej darowiźnie; powołuje się na nią nadal to „Państwo Kościelne”, które istnieje obecnie.

Nie licząc pewnych wyjątkowych sytuacji, ów dokument spo­czywał, właściwie nie wykorzystywany, przez trzysta lat w kościel­nych archiwach. Kiedy jednak przyzwyczajono się do tego ogrom­nego „daru”, a falsyfikat stał się dokumentem nadzwyczaj autory­tatywnym, zaczął odgrywać wielką rolę. Ze względu nań Kościół wyklinał każdego, kto przywłaszczał sobie majątek Kurii albo w ja­kikolwiek sposób sprzyjał takiemu przywłaszczeniu.

Szczególnie często powołuje się na ten dokument tak zwane papiestwo czasu reformy. W ówczesnej korespondencji papieskiej są przytaczane jego dłuższe fragmenty. Leon IX (1049-1054) mo­tywuje nim — i to z naciskiem — prymat papieski; papież inter­pretuje przy tej okazji ów dar jako zwrot, z donere czyni reddere: cesarz zwrócił zatem poniekąd Bogu to, co od Niego otrzymał. W ten sposób uniknął Leon wywołania wrażenia, że Kościół był niegdyś zdany na cesarską łaskę.

Pełną autorytatywność osiągnęło Constitutum Constantini dzięki Grzegorzowi VII. Stało się ono wówczas uznanym ele­mentem prawa kanonicznego. I w czasie wojny przeciw Henry­kowi IV, który nigdy nie akceptował papieskich ambicji opartych na zwykłym oszustwie, Grzegorz zażądał, zarówno przy wyborze pierwszego antykróla Rudolfa Szwabskiego w roku 1077 jak i przy elekq’i drugiego antykróla Hermana von Salm w 1081 roku, przy­sięgi zawierającej uznanie owego klerykalnego szalbierstwa.

Powołując się na nie, Grzegorz IX podkreślał wręcz — w XIII wieku — że według Konstantyna papież sprawuje nie tylko rząd dusz na całym globie, lecz także rządy nad wszystkimi ludźmi i rzeczami; nie mogło zatem istnieć niezawisłe cesarstwo, praw­dziwym cesarzem był przecież papież. Podobnie podczas ostatniej wielkiej kampanii średniowiecznego Rzymu przeciw cesarstwu, przeciwko Ludwikowi Bawarskiemu w XIV wieku, w wielu krę­gach za właściwą podstawę prawną akcji Kościoła uchodził „dar Konstantyna”. Jeszcze w roku 1433 musiał zobowiązać się do ho­norowania go przyszły cesarz Zygmunt. Tak długo bowiem uwa­żano owo gigantyczne fałszerstwo, którego skutki trudno przece­nić i bez którego papiestwo nie osiągnęłoby pewno swej przyszłej potęgi i późniejszego autorytetu, za autentyczny dokument.

            Zdarzyli się jednak tacy mądrzy ludzie, którzy nie dali się zwieść.

Po raz pierwszy określił cesarz Otto III (983-1002) w nie­zwykłym zgoła dokumencie skierowanym przeciw Sylwestrowi II (999-1003) ów „dar”, później uznawany nawet przez Dan­tego za prawdziwy — jako nieważny pod względem prawnym. W wieku XII tamto oszustwo zostało zdemaskowane przez zwo­lenników Arnolda z Brescii. Jeden z jego uczniów Rzymianin imieniem Węzeł pisał w liście do Fryderyka Barbarossy — wkrótce po wyborze tego ostatniego na króla Niemiec, a więc po roku 1152 — że cały ten „dar Konstantyna” to bajka i kłamstwo, o czym w Rzymie wie się powszechnie i nawet kobiety i robotnicy najemni potrafiliby tego dowieść najuczeńszym mężom. W XIII wieku wąt­pił w autentyczność dokumentu również monarcha tak niepospo­lity, jak Fryderyk II. W 1440 roku humanista Laurentius Valla, sekretarz papieski i proboszcz bazyliki laterańskiej, definitywnie zdemaskował fałszerstwo. Gdy zaś u zarania nowożytności papież Aleksander VI (1492-1503) zażądał, opierając się na „darze Kon­stantyna”, od Wenecji, by ta przekazała stolicy apostolskiej swoje wyspy na Adriatyku, poseł Wenecji zaproponował szyderczo Jego Świątobliwości odnalezienie dokumentu i zapewnił, że na odwro­cie zobaczy papież uwagę, iż Adriatyk należy do Wenecji.

Historiografia rzymskokatolicka przyznała jednak dopiero w XIX wieku, że było to fałszerstwo. A sama Kuria niejedno­krotnie rościła sobie energicznie prawo do uzyskanych w ów pod­stępny sposób przywilejów, a nawet dzisiaj opiera się na nich. Goethe, który „całą historię Kościoła określa jako pomieszanie omyłek i przemocy”, mówi więc za mało. Nie jest ona bowiem nagromadzeniem omyłek, lecz oszustw — zapewne nie w tym jednym, ale w tysiącach wypadków.

Polityka papieży w XX wieku

Syn Człowieczy nie miał na czym złożyć głowy. W Biblii jawi się jako żyjący całkiem biednie. Domaga się rezygnaq’i z wszel­kiego majątku. Żąda pracy misyjnej bez trzosa za pasem. I w pier­wotnej gminie istotnie panuje swoisty komunizm. Wywodzący się z niej ebionici również obstają przy wspólnocie dóbr, czynią ubó­stwo nieuchronnym obowiązkiem. Zostają co prawda uznani za kacerzy. Jeszcze jednak w IV wieku zdarzają się tacy Ojcowie Kościoła, co głoszą: „Naśladujmy pierwsze zgromadzenie chrze­ścijan, u których wszystko było wspólne” (Bazyli), „Wspólnota dóbr jest odpowiedniejszą formą życia niż posiadanie prywatnej własności i jest ona naturalna” (Jan Chryzostom).

Ale już w piątym stuleciu biskup Rzymu przewyższa bo­gactwem każdego innego mieszkańca imperium. W VIII wieku uzyskuje Państwo Kościelne, dopuszczając się oszustw i wywołu­jąc wojny. A niebawem i sami papieże będą przywłaszczać sobie zamki, grody i całe księstwa. Inicjują pracę misyjną za pomocą miecza. Prowadzą wojny obronne i zaczepne, wojny domowe, „święte wojny”. Rozpoczynają „zbrojne pielgrzymki”, krucjaty. Jeszcze w XIX wieku posyła Grzegorz XVI w chwili wybuchu rewolucji swoją soldateskę przeciwko Włochom, sprowadza też na pomoc wojska austriackie. I nawet podczas pierwszej i drugiej wojny światowej kapelani polowi na wszystkich frontach, repre­zentujący wszystkie strony walczące, popychają wiele milionów ludzi ku śmierci — papieże tymczasem wołają: „Zawrzyjcie po­kój! Pokój!”

A równocześnie dochodzi w dziejach papiestwa i do in­nych oszustw: za pomocą świętych pieluszek i spódniczek, nie­zliczonych zębów i napletków Pana, mleka Matki Boskiej, piór, jaj Ducha Świętego. Zostaje sfabrykowana Donatio Constantini, największe fałszerstwo w historii. Zostaje sporządzony Dekre-tał pseudo-Izydora, przez wiele wieków sporządza się nieomal tyleż fałszywych dyplomów, annałów, kronik, ile prawdziwych. I podczas gdy samemu sobie przyznaje się wszelkie możliwe przywileje, immunitety, prawo nadawania tytułów hrabiowskich, prawa handlowe, celne, ulgi podatkowe, wszelkie możliwe statusy wyjątkowe, podczas gdy papieże, biskupi, opaci żyją często w nie­bywałym przepychu, miewają metresy, burdele, banki, podczas gdy przekupują, szantażują, dopuszczają się szachrajstw, kiedy w grę wchodzą godności, synekury, relikwie, bulle, podczas gdy roztrwaniają dobra kościelne obdarzając nimi krewnych, fawory­tów, podczas gdy domagają się świętopietrza, procentów, płacenia za odpusty, podatków, dziesięcin i dziewięcin, nie tylko wyzyskują, posuwają się do oszustw, intryg, ale i zadają śmierć, walczą prze­ciw sobie nawzajem, sztyletem, trucizną; wdając się wciąż w spory prawne, kampanie wojenne, masakrują — tych, co są po ich stro­nie, i tamtych, pogan, Żydów, „kacerzy”, czarownice, Indian, Mu­rzynów — to nie walka, to rzeź! Krótko mówiąc: Wypełniają po­słannictwo. Ewangelizują.

Często stwierdzano — najpierw Goethe, potem Dostojewski, Nietzsche, i wreszcie Henry Miller, który napisał to w liście do mnie — że gdyby Jezus pojawił się znowu, to ukrzyżowano by go jeszcze raz. Ale tylko jeden z kardynałów Kurii był na tyle kompetentny, żeby dodać: „tym razem jednak nie w Jerozolimie, lecz w Rzymie”. lak, bo przecież w Jeruzalem jeden poświęcił się dla innych, a w Rzymie poświęca się innych dla siebie.

Tymczasem jednak wszystko znacznie się poprawiło, czyż nie tak? Przyjrzyjmy się więc temu — na tym świecie ma się bowiem nie tylko do wyboru wycie w stadzie wilków albo beczenie wśród owiec.

Leon XIII (1878-1903)

Polityka Kurii na przełomie stuleci — za czasów Leona XIII i jego sekretarza stanu Rampolli — była zorientowana szczególnie na Francję i carską Rosję. Sądzono, że przyszłość należy do ludów słowiańskich, i dlatego wspierano je, a w nagrodę spodziewano się rosyjskiego Kościoła prawosławnego.

Leon XIII, żądny papieskiej suwerenności i duchowej wła­dzy nad całym światem, był właśnie tym papieżem, który miał siebie za bliskiego osiągnięcia owego celu. Chociaż publicznie, podobnie jak wszyscy papieże od czasu utraty Państwa Kościel­nego, potępiał wyścig zbrojeń, prywatnie oczekiwał jednak rychłej wojny światowej i tak oto przedstawił jej „niechybne następstwa” w rozmowie z austriackim historykiem Theodorem von Sickelem: „Kwestia wschodnia zostanie natychmiast rozwiązana i zarazem wyeliminuje się islam; Rosja, która będzie korzystać ze wspar­cia i rad Kościoła, podyktuje Europie pokój…” Mówiąc te słowa, Leon XIII wstał i przepowiedział klęczącemu przed nim prote­stantowi Sickelowi: „A gdy to się stanie, wy, protestanci, pójdzie­cie po prostu za przykładem Rosjan”.

W 1903 roku, gdy sędziwy papież zgasł, obie wielkie koalicje — Francja-Rosja oraz Niemcy-Austro-Węgry — wszelkimi spo­sobami dyplomatycznymi popierały każda swojego zwolennika. Ale, jak tyle razy przedtem, zwyciężył, w siódmej turze wyborów, ktoś neutralny, patriarcha Wenecji Giuseppe Sarto, odtąd Pius X — zmiana imion charakteryzuje papieży i hochsztaplerów.

Pius X (1903-1914)

Wybór Sarta — pozorny kompromis — okazał się wkrótce sukcesem państw centralnych. Wychowany w austriackim regionie weneckim, we wrogości do żyjących po sąsiedzku Słowian połu­dniowych, Pius X pozostał przez całe swe życie wierny orientacji antysłowiańskiej. Dlatego też cenił starego, oddanego Kurii ce­sarza Franciszka Józefa i — jak sam twierdził — „przywiązywał zawsze największą wagę do utrzymania bardzo dobrych stosun­ków z Austrią”. Przy pomocy bowiem Austrii, której zależało na Ukrainie, chciano podbić Wschód, skatolicyzować Bałkany i ujarzmić rosyjski Kościół prawosławny — było to odwieczne marzenie Rzymu, które w różnych epokach usiłowano urzeczy­wistnić ekspansją wojenną i dyplomatyczną, krucjatami, z pomocą niemieckich rycerzy w habitach i szwedzkich wojsk, groźbami, ma­mieniem, niebywałymi oszustwami: tak oto, około 1605 roku, in­scenizując nie mającą sobie równej farsę, osadzono na tronie mo­skiewskim fałszywego cara, prawdopodobnie zbiegłego mnicha, Dymitra Samozwańca, któremu papież Paweł V zalecił w brewe z 10 kwietnia 1606 roku: „[…] jako że możesz swojemu narodowi nakazać wszystko, co zechcesz, przykaż mu przeto, by uznał na­miestnika Chrystusa!”

Przed pierwszą wojną światową nastąpiło także zbliżenie Kurii do cesarskich Niemiec, również skorych do ekspansji na Wschód. A po aneksji tureckich prowincji Bośni i Hercego­winy przez Austrię zażądano, żeby zajęła ona ponadto Alba­nię — a stało się to na wiedeńskim Kongresie Eucharystycz­nym w roku 1912. (Kongresy eucharystyczne odbyte zarówno tuż przed drugą wojną światową, jak i w okresach nasilenia zimnej wojny, także służyły zażartej kampanii skierowanej przeciw Ko­ściołowi wschodniemu). W lipcu 1914 roku zaś, po zamordowa­niu następcy tronu, minister spraw zagranicznych Austrii hrabia Berchtold oświadczył ambasadorowi Niemiec, iż uważa za wy­kluczone, by nawet taki rząd, jak serbski, przełknął austriackie żądania. Gdyby jednak tak się stało, to Austrii nie pozostawa­łoby nic innego prócz prowokowania Serbii dopóty, dopóki nie zaistniałaby możliwość wkroczenia armii austriackiej do Serbii.

Tego właśnie pragnął Pius X, papież „na wskroś religijny”, „czysty niczym Parsifal”! Wszakże nie tylko niejednokrotnie i z dokładnością niemalże co do roku zapowiedział (pierwszą) wojnę światową, globalny kataklizm, guerrone — la guerra che viene, w jego ustach prawie już stereotyp — ale chciał też docze­kać się ukarania Słowian „za wszystkie winy”, bo obawiał się, że w przeciwnym razie oddadzą się oni gremialnie pod opiekę Ro­sji, „największego wroga Kościoła”. Sono tutti ąuanti barbari — wołał w 1913 roku. I Austro-Węgry powinny były ich pokonać — to nie ulegało wątpliwości. Nie kto inny jak biskup pomocniczy Salzburga, późniejszy książę-arcybiskup Waitz, przyznał w środku wojny, iż „jednym z najważniejszych kroków przygotowujących” do niej był „Kongres Eucharystyczny w Wiedniu”. A wiedeń­ski metropolita kardynał Nagel, szczególnie ceniony przez Wa­tykan, chciał swego czasu „wśród Słowian, rasy bezspornie zy­skującej na znaczeniu” znaleźć „oparcie i szerokie zaplecze” dla Kościoła, a nawet mówił o utworzeniu „katolickiego państwa sło­wiańskiego”.

Tuż przed wybuchem tamtej katastrofalnej wojny za pro­wadzeniem walki opowiedział się też na łamach katolickiego tygodnika „GroBósterreich” późniejszy wiceburmistrz Wiednia E. K. Winter: „Już sześć lat czekamy na ostateczne rozładowa­nie wszystkich dręczących napięć, które odczuwamy tak dotkliwie w całej naszej polityce. Wiemy, że tylko z wojny może zrodzić się nowa i wielka Austria, szczęśliwe, zapewniające swym ludom spokojną egzystencję państwo wielkoaustriackie, i dlatego chcemy wojny. Chcemy wojny, bo żywimy głębokie przeświadczenie, że tylko poprzez nią, w sposób radykalny, raptowny, osiągniemy nasz ideał: potężną, wielką Austrię, w której austriacka państwowość, austriackie posłannictwo, polegające na obdarzeniu ludów bał­kańskich wolnością i kulturą, rozkwitną w słonecznym blasku wielkiej, pomyślnej przyszłości. Już dwakroć kazał nam los chwy­cić za broń i dwakroć włożyliśmy ją z powrotem do pochew. Za trzecim i ostatnim razem czeka nas zbawienie. Znowu nadarza się nam okazja do przypomnienia sobie o naszym historycznym zada­niu, byśmy stali się hegemonem Bałkanów, znowu wskazuje nam palec boży drogę, którą musimy pójść, żeby nawałnica niedalekich już wydarzeń nie zmyła nas z areny życia — tak jakby Austria ni­gdy nie istniała. Stawką jest tu: być albo nie być! Jeśli chcemy egzystować nadal jako wielkie, kulturotwórcze, mocarne państwo i jeśli chcemy sprostać naszemu historycznemu posłannictwu na Bałkanach i na Ukrainie w imię katolicyzmu i europejskiej kul­tury, to musimy chwycić za miecze… Módlmy się do Boga, by tamtym, to znaczy: kręgom nastawionym pojednawczo, niechęt­nym wojnie, nie udało się tym razem postawić na swoim, i Bóg, którego jesteśmy narzędziami na tym świecie, wysłucha nas.”

Tak pisano w owym katolickim tygodniku, popieranym przez arystokrację i biskupów. I w cesarstwie niemieckim „najgłośniej­sze fanfary” słychać było z „szeregów kleru”; i tutaj właśnie prasa ultramontańska domagała się, by jako ultima ratio przemówiły armaty (Jórg).

Nie dziwi więc, że 26 lipca 1914 roku baron Ritter, bawar­ski charge d’affaires w stolicy apostolskiej, telegrafuje do swego rządu: „Papież aprobuje stanowczość Austrii wobec Serbii. Kardy-nał-sekretarz stanu ufa, iż Austria tym razem nie ustąpi. Stawia sobie pytanie, kiedyż Austria mogłaby prowadzić wojnę, jeśliby nie miała nawet tyle determinacji, by zbrojnie dać nauczkę ob­cemu rządowi odpowiedzialnemu za zamordowanie arcyksięcia”. Również poseł austriacki hrabia Moritz Palffy potwierdza w ko­respondencji z ministrem spraw zagranicznych, że „Jego Świąto­bliwość kilkakrotnie wyraził żal, iż Austro-Węgry poniechały uka­rania swojego niebezpiecznego naddunajskiego sąsiada” i że kar­dynał Merry del Val, sekretarz stanu, wyraził 27 lipca 1914 roku nadzieję, iż „monarchia zastosuje środki ostateczne”.

Nazajutrz Austria, początkowo bynajmniej niezdecydowana na to, wypowiedziała Serbii wojnę, ulegając także — i przede wszystkim — presji Berlina. Później Merry del Val i przedstawi­ciele innych kręgów zbliżonych do Kurii rozgłaszali wiadomość, iż wybuch wojny złamał serce, zmarłemu 20 sierpnia 1914 roku, Piu­sowi X -r kto wie, czy raczej nie radość z tego powodu. A w roku 1954 został on kanonizowany przez Piusa XII, wielkiego sprzy­mierzeńca faszystów. Ale, jak pisze Helvetius, gdy się czyta le­gendy o świętych, znajduje się wśród nich tysiące kanonizowanych zbrodniarzy.

Nawet długo działający w Rzymie katolicki biskup Alois Hu-dal — uhonorowany Złotą Odznaką Partyjną NSDAP — stwier­dza po zapoznaniu się z aktami austriackiej misji dyplomatycz­nej w Watykanie: „Jak wykazują relacje tego przedstawicielstwa, w kołach watykańskich uważano wojnę z Serbią z religijnego punktu widzenia za obrachunek ze schizmą, która umocniła się wśród wszystkich ludów bałkańskich dzięki kulturalnej i ekono­micznej pomocy Kościoła rosyjskiego i której katolicyzm nie zdo­łał się już przeciwstawić mimo znacznego nakładu sił i środków. Powrót prawosławnych pochodzenia słowiańskiego i narodowości rumuńskiej na łono rzymskiego Kościoła wyrażał się we wszyst­kich krajach bałkańskich znikomymi liczbami, niewartymi tego, by je wymieniać.”

Benedykt XV (1914-1922)

Następcę świętego Piusa, Giacomo delia Chiesa, Bene­dykta XV, człowieka rażąco niskiego wzrostu, nie całkiem pro­porcjonalnego, pochodzącego ze starej szlachty genueńskiej, po­przedzała nie najprzychylniejsza fama. Przyczynił się do niej pe­wien epizod jeszcze z czasów pontyfikatu Leona XIII. Ów papież upatrzył sobie na przełomie stuleci na podsekretarza stanu nie­jakiego Tarnassiego, zwolennika państw centralnych. Zachowa­nie pozorów neutralności wymagało przeciwwagi dla całkowicie zorientowanego na Rosję i Francję, potężnego sekretarza stanu Rampolli. Ale Tarnassi zmarł nagle w sposób zagadkowy w 1901 roku, kiedy to — jako w istocie jeden z najniebezpieczniejszych adwersarzy Rampolli — mianowany kardynałem, miał się prze­nieść do Rzymu. „W Watykanie chodziły słuchy o otruciu, bo śmierć Tarnassiego była nazbyt pożądana, by — w mniemaniu Kurii — mogła nastąpić z przyczyn naturalnych. Za mordercę uchodził Monsignore delia Chiesa” (Eduard Winter).

Tak czy inaczej, ów markiz i najbardziej zaufany uczeń Ram­polli awansował zamiast zmarłego tak nagle Tarnassiego na sta­nowisko podsekretarza stanu, a po śmierci Piusa X, co prawda dopiero w szesnastej turze wyborów, został jego następcą.

Mimo że Benedykt XV był przeciwnikiem polityki Leona i zwolennikiem Francji, początkowo działał na rzecz państw cen­tralnych, zgodnie z pradawną strategią Watykanu: jeśli to moż­liwe, stać po stronie najsilniejszego, przypuszczalnego zwycięzcy.

Niemcy zdążyły przecież zająć całą Belgię, Królestwo Polskie i Li­twę, zdobyły część Francji, nadbałtyckich ziem imperium rosyj­skiego, Białorusi; Serbia i Rumunia również zostały podbite. To zrozumiałe samo przez się, że Kurii leżał na sercu los Austro–Węgier. Nawet katolicki historyk papiestwa Schmidlin przyznaje: „Naturalną koleją rzeczy już w czasie wojny światowej — przy całej neutralności — w zasadzie zarówno osobista, jak i oficjalna sympatia papieża była po stronie habsburskiej monarchii podwój­nej, ze względu na jej katolicki charakter przeciwstawianej schi-zmatyckiej Rosji, protestanckiej Anglii oraz niewierzącej Francji.” Monarchia habsburska stanowiła przecież jedyne wielkie mocar­stwo pozostające w ścisłych związkach z Watykanem, i to takie, które rokowało skuteczną obronę przed Słowiańszczyzną i pra­wosławiem. Stolica apostolska uwikłała też w wojnę po stronie państw centralnych Bułgarię, realizując w ten sposób jeden z ce­lów swej polityki wschodniej. I mając właśnie na myśli katolickie Austro-Węgry, Benedykt jeszcze wiosną 1915 roku potwierdzał „całkowitą zbieżność naszych interesów”.

I wówczas, gdy Włochy przystąpiły do wojny zwanej guer-rone albo nostra guerra, wojny propagowanej z zapałem przez włoski kler oraz prasę i organizacje katolickie; wojny prowadzo­nej jako dalszy ciąg walk przeciw Austrii, jako „czwarta wojna o niepodległość”, za „ujarzmionych braci” w Trydencie i Trie­ście; wojny, w której błogosławiono wyruszające na front wojska, poświęcano sztandary, w której walczyło z bronią w ręku ponad dwadzieścia tysięcy włoskich duchownych — papież nadal stał po stronie państw centralnych. Jemu i Kurii chodziło przy tym zarówno o przetrwanie katolickiej monarchii nad Dunajem, jak i o własną egzystencję. Od roku 1870 bowiem, kiedy to doszło do konfiskaty Państwa Kościelnego, stosunki stolicy apostolskiej z Włochami były bardzo napięte. Dostojnicy Kurii liczyli się też nadal ze zwycięstwem państw centralnych. Dlatego właśnie Bene­dykt XV ujawnił ich sztabowi generalnemu w dniu 6 maja 1915 roku planowane przystąpienie Włoch do wojny. Tym samym pa­pież potwierdził inne meldunki na ten temat, Austria zaś mogła przygotować się do odparcia włoskiego ataku, który został natych­miast powstrzymany.

Dopiero gdy „szczęście wojenne” się odmieniło, również Wa­tykan przeszedł do obozu ententy. Ale „Osservatore Romano” pisał 24 maja 1919 roku: „Stolica apostolska w czasie wojny nieustannie (costantemente) działała na rzecz państw ententy (a favore delie potenze dęli’ Intesa), zwłaszcza na rzecz Belgii, Włoch i Francji”. Benedykt zaś oświadczył teraz: „Tę wojnę prze­grał Luter”.

Póki jednak trwało owo dantejskie piekło, grał rolę całkowi­cie bezstronnego „papieża pokoju”. Ale w jednym czasie wykrzy­kiwał pod adresem wyrzynających się chrześcijańskich narodów swoje piękne biblijne nakazy, głosił pokój, pojednanie, miłość, i — przyjął na siebie odpowiedzialność za duszpasterstwo woj­skowe, które narzucało katolickim żołnierzom wzajemne uśmier­canie jako najwyższy nakaz moralny, co było najbardziej zbrodni­czą hipokryzją w dziejach świata.

Nie potrafimy pojąć ani tego, ani jego chwiejnej polityki. W państwach centralnych określano go przez pewien czas jako „francuskiego papieża”, w rozumieniu ententy był to „le papę bo-che”, on sam zaś odnosił do siebie słowa Benedykta XIV o „mę­czeństwie neutralności”. W 1917 roku co prawda jeszcze raz inter­weniował na rzecz państw centralnych, ale tylko ze strachu przed rosyjską rewolucją. Ta ostatnia musiała wszystkich dostojników Kościoła przyprawić o lęk, zwłaszcza tak beznadziejnie konser­watywnego papieża, wywodzącego się z włoskiej arystokracji pa­pieża, który w swym orędziu urbi et orbi, wygłoszonym w pierw­szym dniu roku 1917, nie zawahał się powiedzieć: „Wobec Boga nie ma osób wyżej postawionych, ale — jak mówi święty Ber­nard — nie ulega wątpliwości, iż Bogu jest milsza cnota wiel­kich panów, bo jaśniej świeci. Jezus Chrystus też był szlachcicem, do szlachty należeli i Maryja, i Józef”; mało tego: „namiestnik” stwierdził, że panuje „doskonałe zrozumienie między Chrystusem a szlachtą na tym świecie”.

Ta wojna, guerrone, przyniosła Kurii ogromne zyski. Kardynał Gasąuet przyznał bez ogródek podczas zjazdu katolików w Liver-poolu: „Zapanowało przekonanie, iż tym, który najwięcej skorzy­stał na wojnie, był papież!” Teraz jednak nie bał się on niczego tak, jak przewrotu na Wschodzie, tym bardziej że zaczęto się li­czyć z proliferacją rewolucji na Polskę i całą Europę. Dlatego też Benedykt uznał wspólnoty unickie za czatę rzymskiego Kościoła, której przypadło w udziale zadanie ruszenia z Białorusi i Ukra­iny na Wschód i pozyskanie prawosławnej Słowiańszczyzny dla papiestwa, co oznaczało inaugurację polityki antybolszewickiej, kontynuowanej o wiele energiczniej przez jego następców.

„Papież pokoju” Benedykt XV odszedł do wieczności w roku 1922; po nim przewodzili Kościołowi dwaj kolejni papieże pokoju.

Pius XI(1922-1939)

Wpierw pojawił się w roli papieża jako Pius XI, Achille Ratti, wybrany w czternastej turze głosowania. I z jego pomocą — w ra­mach programu pontyfikatu: „Pokój Chrystusowy w Królestwie Chrystusa” (w Ewangelii brzmi to: „Pokój na Ziemi”) — pojawili się Mussolini, Franco, Hitler.

Mussolini, autor Nie ma Boga i Metresy kardynała, co prawda jeszcze w 1920 roku określał ludzi pobożnych jako chorych, drwił z dogmatów i stroił się w obelgi adresowane do klechów „niczym w wonny wianek”. Ale już w roku 1921 chwalił Watykan i katoli­cyzm tak żarliwie, iż kardynał Ratti, którego dzielił rok od wyboru na papieża, zawołał: „Mussolini robi szybkie postępy i żywiołowo zdławi wszystko, co mu stanie na drodze. Mussolini to wspaniały człowiek. Słyszycie? To wspaniały człowiek!”

I papież, i Duce pochodzili z Mediolanu. Obaj nienawi­dzili komunistów, socjalistów, liberałów. Pertraktowali ze sobą — co obaj potwierdzili — jeszcze przed farsą, jaką był „marsz na Rzym”, przez tego nowego Cezara wykonany w wagonie sypial­nym pociągu Mediolan-Rzym. „Pięć minut strzelaniny — stwier­dził wówczas szef sztabu generalnego, Piętro Badoglio — i nikt już nie usłyszy nic o faszyzmie”. Ale że Mussolini — w przeci­wieństwie do poprzedniego reżimu liberalnego — zniósł wolność prasy i zgromadzeń, a ponadto polecił zawiesić krzyże w szko­łach, wprowadzić naukę religii, ochraniać procesje, jak też zwró­cić skonfiskowane kościoły i klasztory, to doszłoby do porozu­mienia, choćby ten ateista nie modlił się do Madonny na oczach zgromadzonych faszystów. Adoracja zawsze pociąga za sobą jakąś diabelską sprawkę.

Pierwszą przysługą tego byłego socjalisty stało się uratowa­nie od bankructwa Banco di Roma, któremu Kuria i niejeden z jej dostojników powierzyli wysokie sumy, a uczynił to, uszczu­plając skarb państwa p półtora miliarda lirów, po czym kardynał Yannutelli, dziekan „Świętego Kolegium” oświadczył, że Musso­lini został „wybrany jako ten, który ocali naród i przywróci mu szczęśliwy byt”.

Następnie Pius XI zaczął z wdzięczności coraz bardziej ogra­niczać wph/wy antyfaszystowskiej katolickiej partii chłopskiej i na­kazał jej przywódcy, sycylijskiemu księdzu Sturzo, rezygnaqę ze stanowiska w niej, później zaś zażądał wycofania się wszystkich duchownych z tej partii, co równało się jej rozwiązaniu. Papież nie protestował wcale, gdy wielu jej członków, między innymi księży, zginęło z rąk faszystów. I nie zamierzał bynajmniej prote­stować, gdy mordowano tysiące komunistów i socjalistów. I nawet kiedy najzagorzalszy przeciwnik Mussoliniego, młody wykładowca prawa karnego i zarazem przywódca socjalistów Giacomo Mat-teotti, który cały swój znaczny majątek rozdzielił między bied­nych chłopów, został wywieziony i w okrutny sposób zamordo­wany przez faszystów, na co zareagowano nadzwyczajnym oburze­niem i adresowanym do króla żądaniem odsunięcia Mussoliniego od władzy, nawet wtedy ojciec święty znowu stanął po stronie tego faszystowskiego zbrodniarza i ogłosił 20 grudnia 1926 roku: „Mussolini został nam zesłany przez Opatrzność”.

Trzy lata później doszło do zawarcia układów laterańskich, które przysporzyły faszystom prestiżu — tak jak niebawem kon­kordat z Niemcami hitlerowskimi przysporzył prestiżu nazistom — ale przede wszystkim przyniosły ogromne korzyści Kurii. Wprawdzie zrezygnowała ona definitywnie z Państwa Kościelnego (które powstało w VIII wieku w następstwie oszustw i wojen, po czym poprzez oszustwa i wojny z górą tysiąc lat było powięk­szane przez papieży, wielokrotnie je tracących i uzyskujących aż do ostatecznej likwidacji w 1870 roku), w zamian jednak papież uzyskał nieograniczoną suwerenność terytorialną i osobistą w ob­rębie Citta del Yaticano oraz, jako rekompensatę, „kapitał na miarę banku o zasięgu światowym” — według ówczesnej warto­ści pieniądza zawrotną sumę miliarda lirów w obligaqach i sie­demset pięćdziesiąt milionów lirów gotówką; przy pięcioprocen­towej kapitalizacji powstawała roczna renta w wysokości bez mała dziewięćdziesięciu milionów. Kościoły to spółki handlowe, dające wieczny zysk wiernym i doczesny kapłanom. Katolicyzm stał się religią państwową, jego krytyka podlegała karze, śluby kościelne zrównano z cywilnymi, uniemożliwiono rozwody, a naukę reli­gii uczyniono obowiązkową. Wydano zakaz publikaqi i filmów skierowanych przeciw Kościołowi. Państwo przyjęło wręcz na sie­bie obowiązek dostosowania całego swojego ustawodawstwa do prawa kanonicznego.

Oznaczało to koniec duchowej niezawisłości kraju. Pius XI wymógł na faszystach to, do czego nie zdołały doprowadzić pro­testy czterech papieży wobec liberalnych władz włoskich: kapi­tulację rządu. „Stało się coś, czego nie obserwowano w politycz­nych stosunkach Włoch z Kościołem od z górą stulecia”. To słowa adwokata Francesca Pacellego, który przez wiele lat, przeważnie potajemnie, osobiście pertraktował z Mussolinim w kwestiach ob­jętych układami, po ich ratyfikacji otrzymał tytuł margrabiego, a gdy jego brata ukoronowano na papieża, został nagrodzony jako negocjator dziedzicznym tytułem książęcym.

Kuria triumfowała. Pius XI znowu dopatrzył się w Mussoli­nim człowieka „zesłanego nam przez Opatrzność” i nakazał księ­żom codzienną modlitwę za niego. Owe wydarzenia stały się oka­zją do uroczystości, w których brali udział dostojnicy kościelni, przywódcy partyjni i generalicja — pod sztandarami faszystow­skimi i kościelnymi. Razem z Włochami cieszył się cały świat ka­tolicki; swą radość — wcale gorliwie — okazywały też wierne Niemcy. W Monachium wyraził aprobatę dla owego klerykalno-faszystowskiego zbratania Hitler, i to zgoła nie mniej żarliwie niż jego późniejszy entuzjastyczny zwolennik, kardynał Faulha-ber. A nadburmistrz Kolonii Konrad Adenauer, który zimą z 1932 na 1933 rok oświadczył, iż „tak wielka partia, jak NSDAP musi koniecznie stać się partią współrządzącą”, przepowiedział Musso-liniemu w wystosowanym do niego telegramie gratulacyjnym, że zapisze się on złotymi głoskami w dziejach Kościoła katolickiego. Natomiast Pius XI, który w ciągu kilku lat osiągnął tak sen­sacyjne wyniki dzięki ofiarowaniu partii katolickiej i wyniesieniu Mussoliniego, podjął oto próbę podobnego przewrotu w Niem­czech poprzez ofiarowanie Centrum. W obu wypadkach papież zainicjował rozwiązanie partii katolickiej, by umożliwić dyktaturę — we Włoszech: Mussoliniego, w Niemczech: Hitlera.

Ów historyczny przewrót udał się za sprawą sekretarza stanu Eugenia Pacellego, późniejszego papieża. Będąc do 1929 roku nuncjuszem w Monachium i Berlinie, kierował on Partią Centrum (której ponadwyznaniową pochodną stanowi dziś CDU/CSU), to polityczne narzędzie Kurii w Niemczech, coraz dalej na prawo. Jeden z jego pomocników, później szambelan papieski i zastępca Hitlera, Franz von Papen usunął latem 1932 roku — jako kanc­lerz — socjaldemokratyczny rząd Brauna i Severinga, odwołał zakaz działalności SA i SS i zrobił wszystko, co mógł, żeby do­prowadzić do przejęcia władzy przez Hitlera. Drugim człowiekiem w tym spisku był przyjaciel Pacellego, profesor prawa kanonicz­nego Kaas, który w swej roli przywódcy Centrum nie podejmo­wał żadnej ważnej decyzji bez zgody Pacellego. Natychmiast po przekonaniu swojej frakcji do głosowania za przekazaniem władzy Hitlerowi pospieszył do Rzymu. Stamtąd przesłał Hitlerowi, z któ­rym tuż przed wyjazdem konferował w cztery oczy, czego nie byli świadomi nawet jego najbliżsi partyjni przyjaciele, „szczere ży­czenia pomyślności”, zażądał rozwiązania Centrum, co też zaraz nastąpiło, i — porozumiawszy się z papieżem i Pacellim — uspo­koił licznie protestujących katolików: „Hitler potrafi poprowadzić nawę państwową. Jeszcze zanim został kanclerzem, spotykałem się z nim niejednokrotnie i wielkie wrażenie zrobiło na mnie jego liczenie się z faktami przy niezachwianej wierności szlachetnym ideałom […]”.

Skoro Fuhrer otrzymał to, co Fuhrerowi się należało, musiał i papież swoje otrzymać. W dniu 10 kwietnia odwiedzili go Papen i Hermann Góring, który zdążył już zagrozić „nocą drugich noży” i oświadczył: „Moim zadaniem jest nie wymierzanie sprawiedliwo­ści, lecz tylko unicestwianie, eksterminacja”. Pius XI przyjął obu z wielkimi honorami i — wcześniej już kilka razy pochwaliwszy Hitlera za wydanie zakazu działalności partii komunistycznej — ponownie wyraził radość z tego, że — jak stwierdził — na czele rządu niemieckiego stanął polityk bezwzględnie zwalczający ko­munizm. Niemieccy biskupi zaś, którzy dotąd jednogłośnie zaka­zywali wstępowania do partii hitlerowskiej pod groźbą kar kościel­nych, zaczęli teraz popierać tę partię. Ale ten, kto się decyduje na zmianę punktu widzenia, nie musi zmieniać przekonań, jeśli zmiana przekonań w nich się mieści.

Tak więc już 20 lipca 1933 roku został zawarty konkordat, który Hitler określił jako „trudny do opisania słowami sukces” i wyraz „całkowitego uznania” jego władzy, bo przecież ten traktat zalegalizował ją z dnia na dzień w oczach całego świata. „W isto­cie” bowiem — mówił w jednym z kazań w 1936 roku kardynał Faulhaber — „papież Pius XI był najlepszym, a początkowo wręcz jedynym przyjacielem nowej Rzeszy. Miliony ludzi za granicą od­nosiły się z początku nieufnie do nowej Rzeszy i zajmowały po­stawę wyczekującą, a zaufania do nowego rządu Niemiec nabrały dopiero po zawarciu konkordatu […]”. Skądinąd ojciec święty go­dził się też na ewentualne sprzeniewierzenie się układom między­narodowym ze strony Hitlera, bo już wtedy — w tajnym protokole dodatkowym — zawarł z nim umowę na wypadek wprowadzenia powszechnego obowiązku służby wojskowej. Kuria pragnęła re-miiitaryzacji Niemiec pod rządami Hitlera — tak jak pragnęła remilitaryzacji rządzonej przez Adenauera Republiki Federalnej!

We Włoszech, gdzie w 1931 roku Mussolini wyraził życzenie wszechobecności religii — „[…] trzeba dzieci uczyć katechizmu, i to od najmłodszych lat” — podręczniki dla szkół podstawowych składały się podówczas w jednej trzeciej z fragmentów katechizmu i modlitw, a w dwóch trzecich z apologii faszyzmu i wojny, która zresztą niebawem wybuchła — w Abisynii.

Mussolini przygotowywał tę inwazję potajemnie od 1933 roku, jakoby zmuszony do tego brakiem przestrzeni życiowej dla Włochów. Ale w Italii było jeszcze bardzo wiele nie uprawianej ziemi, która co prawda należała do właścicieli latyfundiów oraz do Kościoła, i dziś jeszcze najmajętniejszego posiadacza ziemi w świecie chrześcijańskim. Faszyści nie mogli sobie pozwolić na utratę sympatii tych pierwszych i tego ostatniego, dlatego też wdali się w wojnę. „Gwiżdżemy — krzyczał Mussolini 6 lipca 1935 roku w Eboli do swoich żołnierzy — tak na wszystkich Mu­rzynów, teraźniejszych, dawnych i przyszłych, jak też na ich ewen­tualnych obrońców”, po czym wszystkim zgromadzonym obiecał „ogień pełnych ołowiu pocisków”. Od dawna był zdecydowany na konflikt zbrojny, potrzebował go. „Nie —wrzasnął po raz drugi — choćby mi wręczano Abisynię na srebrnej tacy, ja chcę ją zdobyć dzięki wojnie”. Podczas gdy pięćdziesiąt dwa państwa członkow­skie Ligi Narodów potępiły rozpoczętą 3 października 1935 roku agresję jako bezprawną wojnę zaczepną, włoscy purpuraci nie po­siadali się z zachwytu. Ze swych ambon głosili to samo co mówcy partyjni, wzywali do datków na rzecz zwycięstwa, sami ofiarowy­wali swoje złote krzyże biskupie, łańcuchy, pierścienie, zegarki (w Abisynii zagrabiono złoto negusa, trony cesarskie, korony, po­wozy, szable, zastawę stołową, w wielu wypadkach rzeczy zawie­rające mnóstwo złota i usiane szlachetnymi kamieniami). Wyż­szy kler zażądał też darów wotywnych z klasztorów i sanktuariów będących celami pielgrzymek, a prócz tego zabronił dyskutowa­nia o słuszności wojny, krótko mówiąc, i to słowami napisanymi przez katolika: „Cały świat potępiał Mussoliniego — z wyjątkiem papieża”.

Katolicki teolog-moralista Johannes Ude, Austriak, oświad­czył wówczas: „Ale chrześcijańskie Kościoły oraz różne państwa przyglądają się tej ohydnej rzezi i tej bezwstydnej, otwarcie gra­bieżczej kampanii i milczą. Milczy także Rzym. Odpowiedzialne osobistości nie zdobywają się na odwagę wykrzyczenia w obliczu tych szatańskich niegodziwości w Abisynii — w imieniu Chry­stusa non licet. Tak oto mści się postawa dwulicowa, niezgod­ność doktryny z praktyką. W ten sposób Kościół staje się jednak pośmiewiskiem i przedmiotem wielkiej irytacji niejednego czło­wieka”.

Ale Rzym nie milczał, Rzym koloryzował. Watykański or­gan „Osservatore Romano” określił w 1935 roku ową grabieżczą klerykalno-faszystowską agresję jako „akt wspaniałej ludzkiej so­lidarności”. A wydawane również w Watykanie jezuickie czasopi­smo „Civilta Cattolica” pisało butnie w następnym roku: „Wszy­scy [!] byli jednomyślni: sprawiedliwa jest ta wojna, a więc i doko­nana przemocą aneksja […]”. Dlatego też Mussolini „z najgłęb­szą wdzięcznością” mówił o „użytecznej współpracy kleru pod­czas wojny abisyńskiej” dodając: „[…] a mam na myśli przede wszystkim przykładny patriotyzm wielu włoskich biskupów, któ­rego dowiedli przekazując swoje złoto lokalnym placówkom partii faszystowskiej, oraz tych kapłanów, którzy umacniali w narodzie włoskim wolę oporu i gotowości do walki”.

Czy wszystko to jednak działo się wbrew woli ojca świętego? Wręcz przeciwnie. Wplatając świadczące o tym słowa w wiele we­zwań do opamiętania, w apele o pokój — obowiązkowa rzymska obłuda — stwierdzał Pius XI, iż wojna obronna [!] w celu ekspan­sji [!] coraz liczniejszej ludności może być sprawiedliwa i słuszna. Wiedeńskie pismo katolickie „Reichspost” określiło owe wypo­wiedzi kilkakrotnie — w komentarzu „z kompetentnych kręgów” — jako „jednoznaczne”: „Skoro papież Pius XI jednoznacznie [!] uznaje za sprawiedliwą tak wojnę obronną, jak również wojnę ko­lonialną, jeśli utrzymuje się ona w rozsądnych granicach i ma po­służyć coraz liczniejszej ludności, to chce on całkiem świadomie przyznać Italii w tak wyznaczonych granicach prawo naturalne — i w ramach owego niedoskonałego prawa ludzkiego ponadto uprawnienie do ekspansji w Abisynii”.

Włoskiej ekspansji! Dlatego też „namiestnik Chrystusa” za­lecił swoim biskupom, by propagowali i chwalili faszystowskie okrucieństwa za morzem jako „akty słuszne i sprawiedliwe”, jako „świętą sprawę”, „świętą wojnę”, jako — powtórzmy to za szczególnie życzliwie nastawionym do faszystów kardynałem Schusterem, beatyfikowanym za pontyfikatu sojusznika faszystów Piusa XII — „kampanię ewangelizacyjną”, jako „dzieło cywilizacji chrześcijańskiej służące etiopskim barbarzyńcom”! I podczas gdy purpuraci błogosławili broń i bombowce, podczas gdy kazali się modlić za Abisyńczyków i głosili, że ci ludzie są obiektem wielkiej misji cywilizacyjnej — posyłano do Afryki wizerunki Madonny, armaty, gaz trujący, a tamci, półnadzy, padali jednak tam, gdzie dosięgał ich rozpylany z powietrza gaz, który wypalał skórę i roz­rywał płuca, po czym wszyscy — martwi czy na wpół martwi — byli likwidowani w sposób najhigieniczniejszy: miotaczami ognia. Wśród najważniejszych dostawców sprzętu wojskowego znalazła się watykańska fabryka amunicji!

Kiedy Abisynia została ujarzmiona i za katolickimi wojskami podążyły całe zastępy braci i sióstr zakonnych, kardynałowie i bi­skupi wysławiali „nowe rzymskie imperium, które poniesie krzyż Chrystusowy po całym świecie — pod przewodem Duce, tego wspaniałego człowieka”. Sam Pius XI też podzielał „triumfalną radość całego tego wielkiego i dobrego narodu z pokoju, który — jak powiedział 12 maja 1936 roku — będzie przypuszczalnie, i na to liczymy, stanowić istotny wkład, preludium do zaprowa­dzenia prawdziwego pokoju w Europie i na całym świecie”.

Drugie preludium do zaprowadzenia prawdziwego pokoju nastąpiło tegoż lata, rozpoczęła się bowiem wojna domowa w Hiszpanii, kraju przez wiele stuleci aż do granic wytrzymałości eksploatowanym przez Kościół. Sami jezuici, by tylko o tym wspo­mnieć, kontrolowali w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku jedną trzecią całego hiszpańskiego kapitału. (Pod koniec XX wieku posiadają oni największy prywatny bank na świecie, Bank of America, w którym mają pięćdziesiąt jeden procent udziałów). Natomiast Kościół hiszpański, ściśle związany ze szlachtą i wiel­kim przemysłem — el dinero es muy catolico, pieniądze są bar­dzo katolickie; tak brzmi tamtejsze porzekadło — kazał niegdyś średniowiecznymi metodami torturować tysiące więźniów i roz­strzeliwać setki ludzi. Już około roku 1910 Hiszpanie w ponad dwóch trzecich nie byli praktykującymi katolikami; około 1930 roku większość robotników pozostawała bez chrztu, choćby dla­tego, że ich rodziców nigdy nie byłoby stać na opłacenie chrztu, a ponadto osiemdziesiąt procent chłopów stanowili analfabeci. Jak bowiem przyznał jeden z prawicowych ministrów oświaty, gdy miał wydać zgodę na otwarcie szkoły dla sześciuset dzieci robotni­czych: „Nam nie potrzeba ludzi myślących, lecz wołów, co potrafią pracować”.

Niemalże bez kropli krwi zastąpiła Hiszpania w 1931 roku dotychczasowy ustrój republikańskim. Ale już w roku 1933 — ten rok został chyba wybrany nie bez kozery — tamtejsi biskupi w li­ście pasterskim, a papież w wydanej 3 czerwca encyklice, zażądali „świętej krucjaty dla przywrócenia Kościołowi pełni praw”. Pucz generała Franco przeciw legalnemu rządowi również rozpoczął się z błogosławieństwem purpuratów — „chciałbym kiedyś doczekać tego — pisze Tucholsky — że Kościół nie pobłogosławi czegoś, co mu się opłaci” — przy czym niejedna świątynia służyła jako baza operacyjna w walce z narodem, a ponad dwadzieścia tysięcy kościołów uległo w tej wojnie zniszczeniu.

Całemu światu przedstawiali jednak owi klerofaszyści swoje powstanie — hasło legionistów frankistowskich oraz wyznających islam Maurów brzmiało: „Niech żyje śmierć! Precz z inteligenta! — fałszywie jako wojnę religijną przeciw ateistycznemu komu­nizmowi, jako, by powtórzyć słowa zawarte w liście pasterskim hiszpańskiego episkopatu, krucjatę przeciw czerwonej rewolucji światowej”; to zafałszowanie historii było kolportowane zarówno przez Watykan, jak i przez hitlerowskiego ministra propagandy: wśród czterystu siedemdziesięciu trzech deputowanych do parla­mentu znajdowało się piętnastu komunistów, a hiszpańska partia komunistyczna liczyła tylko dziesięć tysięcy członków!

Ale kłamliwe twierdzenie o wojnie religijnej oraz antyko­munistycznej krucjacie wpłynęło na to, że prawie wszystkie pań­stwa europejskie i Stany Zjednoczone postanowiły nie wspierać rządu Hiszpanii. Natomiast papiescy partnerzy, Hitler i Musso-lini, przysłali niezwłocznie samoloty myśliwskie, bojowe i zwia­dowcze — patronką włoskiego lotnictwa wojskowego była „Naj­świętsza Bogurodzica z Loreto”, której święto faszyści czcili szcze­gólnie uroczystymi nabożeństwami, po nich zaś defiladami — a ponadto przysyłali czołgi, działa przeciwlotnicze, granatniki oraz inny sprzęt wojskowy i były to ciągłe dostawy, które pozwoliły ar­mii powstańczej na przykład na to, że podczas bitwy nad rzeką Ebro przez pięć tygodni zrzucano średnio dziesięć tysięcy bomb dziennie. W rewanżu Kuria zobowiązała się do „rozpoczęcia w ca­łym świecie katolickim obliczonej na szeroki zasięg kampanii antybolszewickiej” (Avro Manhattan).

Nad główną kwaterą generała Franco jako pierwsza załopo-tała flaga papieska, a nad Watykanem zawisła niebawem flaga frankistowska. Oprócz tego Pius XI — w tym samym czasie co w Norymberdze Hitler — wezwał świat do walki z bolszewizmem, określił udzielone przez jego faszystowskich sojuszników wspar­cie bombowe jako „środki prewencyjne i zaradcze” i latem 1938 roku bez wahania odrzucił prośbę rządów Francji i Anglii o przy­łączenie się do protestu przeciw bombardowaniu republikańskiej ludności cywilnej. W szczytowym okresie wojny podziękował nato­miast zbuntowanemu generałowi Franco za jego hołdowniczy te­legram, wielce uradowany tym, że „w posłaniu Waszej Ekscelencji dostrzegamy przejaw odwiecznego ducha katolickiej Hiszpanii”.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Niemcy zaanektowały Au­strię i jej episkopat stanął po stronie Hitlera nawet szybciej niż w roku 1933 episkopat niemiecki: „My, biskupi Austrii, postano­wiliśmy po sumiennych naradach, w obliczu wielkiej chwili dzie­jowej, jaką przeżywa naród austriacki, i w przeświadczeniu, iż w naszych czasach zostaje zaspokojona tysiącletnia tęsknota na­szego narodu do zjednoczenia się z Niemcami w jednym wiel­kim państwie, skierować do wszystkich wiernych przedstawiony niżej apel. Możemy to uczynić z tym większą ufnością, że peł­nomocnik Fuhrera odpowiedzialny za przeprowadzenie w Austrii plebiscytu Gauleiter Biirckel zaznajomił nas z uczciwymi inten­cjami polityki Fiihrera, której dewizą są słowa: «Oddajcie Bogu to, co boskie, a cesarzowi to, co cesarskie». Wiedeń 21 marca 1938 roku. Za wiedeńską prowincję kościelną: Th. kard. Innitzer, za salzburską prowincję kościelną: S. Waitz, książę-arcybiskup”. (Waitz był właśnie tym, który wcześniej określił Kongres Eucha­rystyczny w Wiedniu jako „jeden z najważniejszych kroków przy­gotowawczych” do — „od lat pilnie i solidnie przygotowywanej” — pierwszej wojny światowej!)

Po „przedmowie” tych dwóch książąt Kościoła nastąpiło „uroczyste oświadczenie”: „Powodowani naszym najgłębszym przekonaniem, my, niżej podpisani biskupi austriackiej prowincji kościelnej oświadczamy dobrowolnie, w związku z mającymi wiel­kie historyczne znaczenie wydarzeniami w państwie niemiecko-austriackim, co następuje: Z radością konstatujemy, iż ruch na-rodowosocjalistyczny dokonał i dokonuje wiele tak dla podno­szenia jakości życia narodu i rozwoju gospodarki, jak również w polityce społecznej, co służy Rzeszy Niemieckiej i narodowi nie­mieckiemu, a szczególnie najuboższym jego warstwom. Ponadto żywimy przekonanie, że dzięki działaniom ruchu narodowosocja-listycznego zostało zażegnane niebezpieczeństwo rozprzestrzenie­nia się niszczącego wszystko ateistycznego bolszewizmu. Biskupi obserwują to działanie dla przyszłości, życząc mu pełnego powo­dzenia i błogosławieństwa bożego, i do takiej właśnie postawy wzywają wiernych. W dniu plebiscytu my, biskupi traktujemy to jako oczywisty patriotyczny obowiązek, byśmy poczuli się Niem­cami i optowali za Rzeszą Niemiecką i od wszystkich wierzących chrześcijan oczekujemy, że okażą się świadomi tego, co są winni swojemu narodowi. Wiedeń, 18 marca 1938. Th. kard. Innitzer — Hefter, abp — S. Waitz, ks-abp — Pawlikowski, abp — Johannes Maria Gfóllner — Michael Memelauer”.

Wiedeński kardynał przesłał ten hołdowniczy dokument 18 marca pełnomocnikowi Fuhrera odpowiedzialnemu za przepro­wadzenie plebiscytu w Austrii, Gauleiterowi Biirckelowi, z nastę­pującą adnotaqą: „Ten dokument przekona Pana, że my, biskupi spełniliśmy swój patriotyczny obowiązek dobrowolnie, bez żad­nego przymusu. Wiem, że to oświadczenie zapewni naszą dobrą współpracę. Z wyrazami najwyższego szacunku i Heil Hitler, Th. kard. Innitzer, abp”.

W „starej Rzeszy” poparli przeprowadzany tu 10 kwietnia 1938 roku plebiscyt kardynałowie: Bertram z Wrocławia, Faul-haber z Monachium i Schulte z Kolonii. Podobnie jak inni nie­mieccy biskupi, również Faulhaber, który zdążył stać się „bojowni­kiem ruchu oporu”, zarządził z tej okazji bicie w dzwony i prócz tego nakazał całemu podległemu sobie klerowi udział w plebi­scycie. Pełni zapału arcypasterze sformułowali swoje zalecenia: „W przyszłą niedzielę, 10 kwietnia: Za zjednoczonymi, silnymi Niemcami (biskup Osnabriick); „W niedzielę jednogłośnie tak” (biskup Bambergu); „Niemiecki mężczyzno, niemiecka kobieto, spełnij swój obowiązek wdzięczności dla Fuhrera!” (biskup Mi­śni); „Każdy głos za wodzem wielkich Niemiec” (biskup Rotten-burga) itd., itd.

Nie wzruszeni walką z Kościołem, stali oni od 1933 roku jak jeden mąż po stronie Hitlera. Wszyscy chwalili go, podziwiali, glo­ryfikowali (niejeden zapewne tylko na pozór; ale przecież naród widział, słyszał i czytał jedynie takie jawne przejawy poparcia!) za kampanie, które — powtórzmy za wydaniem pisma „Regensbur-ger Bistumsblatt” [organu ratyzbońskiej kurii biskupiej — przyp. tłum.] z 16 kwietnia 1939 roku — „na zawsze wprowadziły Niemcy na arenę dziejów świata. Jeśli rok 1935 był rokiem zapoczątkowu­jącym remilitaryzację, a 1936 — rokiem, w którym zajęta została Nadrenia, to rok 1938 jawi się naszemu myśleniu politycznemu i niemieckiemu patriotyzmowi jako ten, w którym urzeczywist­niono Wielkie Niemcy i dzięki historycznym dokonaniom Fuhrera spełniło się odwieczne marzenie […]. Nie mniej imponujący jest rozwój wewnętrzny, jaki Niemcy od roku przeżywają: wojskowe wzmocnienie Wehrmachtu, zabezpieczenie granic Rzeszy, reali­zujący cele planu czteroletniego przyrost gospodarczy, znaczny rozwój komunikacji, rozbudowa autostrad, wzrost liczby samo­chodów, istotne zwiększenie tonażu statków i postęp w przemyśle lotniczym, a także wiele innych zjawisk — ileż w tym zawiera się pracy i sukcesów, które trzeba przypisać Adolfowi Hitlerowi!”

Jednym z sygnatariuszy pronazistowskich listów pasterskich był nawet „bojownik ruchu oporu” von Galen; podpisał on i ten list, w którym — jeszcze pod koniec 1941 roku — niemieccy bi­skupi zapewniali wspólnie, że „niejednokrotnie” i „zdecydowa­nie” poparli politykę Hitlera! Prowadzona przez niego straszliwa wojna, której wszyscy oni, bez wyjątku, sprzyjali i sprzyjać zale­cali, była w ich mniemaniu — wyrażonym w tymże roku m corpore — zgodna ze „świętą wolą Boga”. A w sierpniu 1942 roku rów­nież katolicki biskup połowy Wehrmachtu Rarkowski, ogłosił, co następuje: „[…] za wszystkim, co wam, żołnierze, rozkazuje nasz wódz i naczelny dowódca sił zbrojnych, i za tym, czego od was oczekuje ojczyzna, kryje się wola i nakaz samego Boga!”

Bo i w ostatnich latach owego wojennego piekła stali oni po stronie Hitlera. Jeszcze w 1944 i 1945 roku arcybiskup Bambergu Kolb, którego nazwiskiem ochrzczono z wdzięczności jedną z ulic w tym mieście, mówił: „Jeśli armie złożone z żołnierzy walczą, to na zapleczu frontu musi znaleźć się armia ludzi rozmodlonych”. „Chrystus oczekuje, że tak jak On, posłusznie i chętnie przyj­miemy na siebie cierpienie i odważnie poniesiemy krzyż”. A bi­skup Wiirzburga nawoływał z zapałem jeszcze 22 stycznia 1945 roku: „Opowiedzcie się jednak za ładem państwowym! W duchu nauk świętego Brunona wolno mi wezwać was, byście właśnie w godzinie próby spełnili swoje obowiązki wobec ojczyzny! Przyj­mijcie na siebie wszystkie klęski, by spodobać się Bogu! Te ofiary przemienia się w szczeble drabiny, która zawiedzie was do Kró­lestwa Niebieskiego. Przez ofiarę zasłużycie na zbawienie”. Jesz­cze w 1945 roku polowy biskup pomocniczy Werthmann zachęcał wojska Hitlera do walki: „Naprzód, chrześcijańscy żołnierze, ku zwycięstwu!”

Ale powróćmy do papieży, bez których placet owi biskupi na pewno nie popieraliby tak żarliwie Hitlera.

Po zdławieniu z pomocą Berlina i Rzymu republiki hiszpań­skiej — pomoc Moskwy dla rządu Hiszpanii była o kilka miesięcy późniejsza — dopiero co ukoronowany jako papież Eugenio Pa-celli, Pius XII, pogratulował tego sukcesu l kwietnia 1939 roku generałowi Franco: „Wznosząc serce ku Bogu, cieszymy się ra­zem z Waszą Ekscelencją z tego tak upragnionego przez Kościół katolicki zwycięstwa. Żywimy nadzieję, że odzyskawszy pokój Pań­ski kraj z nowym przypływem energii przywróci dawne tradycje chrześcijańskie!”

I znowu największe wpływy w Hiszpanii uzyskał kler. Znie­siono wolność słowa, prasy, zgromadzeń; literaturę, filmy, audyq’e radiowe poddano surowej cenzurze; wszystkie partie z wyjątkiem faszystowskiej, a nie wyłączając katolickiej, bo Franco reprezen­tował teraz interesy Rzymu w sposób rokujący znacznie większą skuteczność, zostały objęte zakazem działalności. (Patronką ko­biecej sekcji Falangi obrano świętą Teresę z Avila, największą mistyczkę katolicką!) Watykan doprowadził przedtem do rozwią­zania partii katolickich w rządzonych przez Mussoliniego Wło­szech i w hitlerowskich Niemczech. Tu, w Hiszpanii, rozegrał się taki sam krwawy dramat. Chociaż w wojnie domowej już stra­ciło życie około sześciuset tysięcy Hiszpanów, po jej zakończeniu nie ustały morderstwa na rozkaz generała Franco, którego „na­der szlachetne chrześcijańskie uczucia” sekretarz stanu kardynał Pacelli wychwalał już w czasie puczu. Włoski minister spraw za­granicznych hrabia Ciano szacował, że codziennie odbywało się podówczas w Sewilli osiemdziesiąt, w Barcelonie sto pięćdziesiąt, a w Madrycie od dwustu do dwustu pięćdziesięciu egzekucji. We­dług oficjalnych statystyk rządu hiszpańskiego, od zakończenia wojny domowej w roku 1939 do wiosny roku 1942, a więc w Hisz­panii przeżywającej czas pokoju, w okresie, w którym na życzenie Piusa XII Franco zaczął przywracać „dawne tradycje chrześcijań­skie”, rozkazał on rozstrzelać ponad dwieście tysięcy osób!

Pius XII (1939-1958)

Nowy papież spędził — w roli nuncjusza — trzynaście lat w Niemczech, podziwiał „wspaniałe cechy tego narodu” i otaczał się Niemcami. Jego doradcami byli: dawny przewodniczący Par­tii Centrum, Kaas, niemiecki jezuita Hentrich, niemiecki jezuita Gundlach, niemiecki jezuita Hiirth. Miał niemieckiego sekreta­rza osobistego, jezuitę Leibera, oraz niemieckiego spowiednika, którym był jezuita Bea. Ojciec Wiistenberg, Niemiec, piastował ważny urząd w Sekretariacie Stanu. I nawet szczególnie bliska ojcu świętemu zakonnica Pasąualina Lehnert, wzięta na frywolne języki jako la papessa, papieżyca, czasem też nazywana virgo po-tens, która służyła mu już w niekanonicznym wieku dwudziestu trzech lat — w nuncjaturach na ziemiach niemieckich dzięki dys­pensie Benedykta XV, w pałacach Watykanu dzięki dyspensie Piusa XI, i wreszcie w jego własnym papieskim apartamencie, dokąd, dzięki dyspensie samego papieża Pacellego, sprowadzała inne siostry zakonne, „bo ten apartament był bardzo duży” — nawet ta najbliższa mu zakonnica pochodziła z Bawarii. Mało tego: nie tylko dwa wspaniałe koty perskie papieża nazywały się Peter i Mieze, nawet kanarki (między nimi całkiem biały ulu­biony ptak Gretchen) oraz „inne ptaszki, których w papieskich pokojach było wiele”, nosiły na ogół niemieckie imiona. Ludzie odwiedzający Watykan dochodzili do wniosku, że pontifex mcad-mus żyje „na niemieckiej wyspie”, mówili o „papieżu Niemców” i często nazywano go po prostu „niemieckim papieżem”.

W walce Kościoła z Hitlerem, którego dojściu do władzy, otwarcie pochwalonemu przez nuncjusza w Berlinie, sam Pacelli sprzyjał w decydującej mierze poprzez Papena i Kaasa, tak jak wywarł istotny wpływ na wyraźnie profaszystowską politykę swo­jego poprzednika, zwłaszcza przed wojnami w Abisynii i Hiszpanii i podczas nich — w owej walce Kościoła „niemiecki papież” był niezmiennie skłonny do mediacji. Jeśli bowiem Pius XII, z oczywi­stych względów, nie żywił sympatii dla antyklerykalizmu Hitlera, a wciąż to potępiał, cenił go jednak za rozprawienie się z libera­łami, socjalistami i komunistami i spodziewał się po nim walnej rozprawy z bolszewizmem. Miał nadzieję, iż to, czego papiestwo nie osiągnęła w pierwszej wojnie światowej, postawiwszy na Habs­burgów i cesarza niemieckiego, zostanie osiągnięte przy pomocy Hitlera w drugiej wojnie światowej, kiedy to codziennie ginęło dwadzieścia pięć tysięcy osób, a dzienne obroty pieniężne docho­dziły do dwóch miliardów marek — mianowicie katolicyzacja Bał-kanów i podporządkowanie rosyjskiego Kościoła prawosławnego.

Dlatego właśnie Rzym, w swych rachubach myślący tradycyj­nie o całych stuleciach, popierał, mimo prowadzonej walki z Ko­ściołem, politykę wewnętrzną i, nawet bardziej, zagraniczną an-tyklerykalnych hitlerowców. Dlatego też wydawany przez Kurię dziennik otrzymał niebawem polecenie zaprzestania druku arty­kułów polemicznych, szczególnie o charakterze politycznym. Dla­tego też pierwszą głową państwa, którą Pius XII poinformował o swojej elekcji był „Fiihrer” — co sam papież podkreślał — i ten właśnie człowiek, jeden z największych zbrodniarzy wszechcza­sów, mający za sobą już siedem lat rządów znaczonych terrorem, został uhonorowany w pewnym liście od papieża najlepszymi ży­czeniami oraz nadzieją na opiekę nad nim i łaskę Boga wszechmo­gącego. Dlatego też po dokonanym jesienią 1939 roku zamachu na Hitlera Pius XII osobiście pogratulował mu, poprzez swego nuncjusza, uratowania się od tego wielkiego niebezpieczeństwa; w imieniu biskupów Bawarii pogratulował też Hitlerowi kardynał Faulhaber. („My wszyscy dziękujemy Panu Bogu za Jego łaska­wość” — pisał organ ratyzbońskiej kurii biskupiej po „zbrodni­czym zamachu […] na życie Fiihrera i kanclerza Rzeszy”. „My wszyscy modlimy się z głębi naszych serc: Panie, miej zawsze pod Twoją cudowną opieką Fiihrera i cały nasz naród niemiecki!”) Dlatego też Pius XII oświadczył tuż po niemieckiej inwazji na Czechosłowację, iż gotów jest „wiele uczynić dla Niemiec”. Dla­tego też nie potępił ani jednym słowem hitlerowskiej agresji prze­ciw katolickiej Polsce, a tymczasem niemiecki biskup polowy Rar-kowski, jakby naśladując Goebbelsa, gorąco zalecił wszystkim ka­tolickim żołnierzom, by „w tej kampanii wzorowali się na świetla­nej postaci prawdziwego bojownika, naszego Wodza i naczelnego dowódcy”.

Dlatego też w tydzień po inwazji na Rosję nie zabrakło pa­pieżowi „przebłysków światła”, o czym z radością mówił w swym radiowym orędziu, przebłysków „dających sercu nadzieję na rze­czy wielkie, święte”, i dostrzegał „wspaniałą ofiarność walczących w obronie [!] zrębów chrześcijańskiej kultury”, wyrażając ufność w „ich triumf” — wypowiadający te słowa „namiestnik Chrystusa” nie miał zapewne na myśli żołnierzy Armii Czerwonej; tym bar­dziej trzeba w to wątpić, iż już na rok przed hitlerowską inwa­zją na Rosję grupa jezuickich absolwentów rzymskiego Collegium Russicum przekroczyła radziecką granicę, w przebraniach i pod fałszywymi nazwiskami, by na zlecenie Watykanu prowadzić dzia­łalność szpiegowską. Dlatego też podsekretarz stanu w rządzie Rzeszy Luther doszedł w dłuższym memorandum do następują­cego wniosku: „Obecny papież już od chwili wybuchu wojny wiąże swe plany polityczne ze zwycięstwem państw osi”. Dlatego też szef wywiadu Schellenberg, Obergruppenfuhrer SS, podsumował swoją pięciostronicową relację z rozmowy z papieżem: „Papież uczyni wszystko, co w jego mocy, żeby zapewnić zwycięstwo Nie­miec. Jego celem jest zniszczenie Rosji”.

Dlatego też Pius XII — niezmordowanie apelując o pokój — dał w kulminacyjnym okresie wojny wyraz „nie tylko najgoręt­szej sympatii dla Niemiec, ale i podziwowi dla wielkości Fuhrera” i polecił aż dwóm nuncjuszom, żeby mu przekazali, że papież nie pragnie „niczego bardziej niż zwycięstwa Fuhrera”! Przecież już w 1939 roku podkreślał, iż „Fiihrer” jest prawowitym przywódcą Niemców, a kto odmówi mu posłuszeństwa, ten zgrzeszy. Dla­tego też i po wojnie usiłował ów papież — stawiając w Europie nade wszystko na niemieckiego kanclerza Adenauera — uparcie i bez gotowości do kompromisów kontynuować swoją politykę ka­taklizmów, przy czym niejednokrotnie przyzwalał nawet na wojnę jądrową, ewidentnie bowiem zależało mu na tym, by zostały zli­kwidowane następstwa tego, za co był współodpowiedzialny i co zakończyło się również jego klęską — choćby dziesięć razy więcej ludzi miało stracić życie.

Jan XXIII (1958-1963)

Pius XII zmarł na początku października 1958 roku, pogrą­żywszy świat w głębokiej żałobie. Duch Święty sam był chyba prze­rażony „namiestnikami”, których przedtem wybierano, i dlatego przeznaczył tę godność ich zupełnemu przeciwieństwu, patriarsze Wenecji nazwiskiem Angelo Giuseppe Roncalli. Gdy po elekcji Jan XXIII stanął po raz pierwszy na loggii ponad placem Świę­tego Piotra, pewna dama krzyknęła un grasso! (grubas) i zemdlała. Nie brakowało nigdy i nadal nie brak przecież katolików ocenia­jących papieży podług ich dobrej aparycji (ale nie według tego, jakimi siebie kreują). I choć Szekspirowski Juliusz Cezar woła: „Niech otaczają mnie grubasy!”, na ludziach z poczuciem este­tyki Jan XXIII musiał wywrzeć druzgocące wrażenie, zwłaszcza w porównaniu z ascetycznym Pacellim, białym aniołem, angelo bianco, jak go nazywano w Rzymie, człowiekiem „jak promień światła”, by powtórzyć pełne zachwytu słowa Reinholda Schne-idera — mimo że działalność Jana, w przeciwieństwie do działal­ności poprzednika, nie miała cech niszczycielskich.

Ten papież był bowiem, jako już z natury człowiek w najlep­szym tego słowa znaczeniu ludzki, prawdziwie dobrotliwy, nie bez wdzięku, prosty, niekonwencjonalny. Wbrew obyczajom chętnie wyrywał się ze swej złotej klatki, wsiadał do pociągów i odbywał krótkie pielgrzymki — Amerykanie nazywali go: Johnny Walker, rzymianie zaś: Giovanni fuori le mura. Każda religia żyje i dzięki temu, że część jej sług jest więcej warta niż ona sama. I czasem, dosyć rzadko, nawet papież jest więcej wart niż papiestwo.

Jan był kochany przez swoje owieczki, nie dręczył ich utrud­niającymi życie dekretami, zabiegał nawet o pojednanie z Żydami i w ogóle o przezwyciężanie nienawiści rasowej. Zamiast polityki pozornej neutralności, uprawianej przez Pacellego, jego celem była chyba polityka prawdziwie neutralna, czego najbardziej zna­nym świadectwem jest encyklika Pacem in tenis (1963). I zamiast idącego po milionach trupów antykomunizmu poprzedników za­inicjował ostrożne, często wspominane „otwarcie na lewo”, co stało zresztą w sprzeczności z jego postawą jako kardynała, przy czym ta nowa, elastyczniejsza tendencja wynikała z liczenia się z nowymi realiami polityki światowej.

O tym, iż Jan XXIII był jednocześnie wytworem swego ka-tolicko-teologicznego wychowania oraz więźniem kurialnego apa­ratu władzy, świadczy — wyraźnie i przerażająco—jego encyklika Mater et magistra (1961). Tkwi ona każdym swoim słowem w śle­pym zaułku, gdzie znalazły się wszystkie wcześniejsze „encykliki społeczne”; widać w niej żałosny — i doprowadzający czytelników do żałosnego stanu — tok myślenia, którym to ojcowie święci zawsze, w niewiarygodny wręcz sposób, uchylają się za pomocą ogólników od poruszania istotnych problemów i, co zakrawa na przestępstwo, bagatelizują jaskrawą dysproporcję między pozio­mem życia ludzi zamożnych a biedaków.

Znamienne jest też to, że natychmiast po swej elekcji Ron­calli położył kres eksperymentowi socjalnemu francuskich księży-robotników, który sam niegdyś, jako nuncjusz w Paryżu, popierał — bo obawiał się teraz, iż owi księża zarażą się wirusem marksi­zmu. Równie znamienne są fakty, że nie dopuścił do poruszenia na zwołanym przez siebie soborze tematu „Małżeństwo czy celibat dla kapłanów”, że sprzeciwiał się emancypacji kobiet i nie chciał słyszeć o dopuszczeniu ich do posługi kapłańskiej, że — mimo nader ekumenicznego, braterskiego obcowania z prawosławnymi i protestantami — nigdy nie pozostawiał najmniejszych wątpli­wości co do tego, że zjednoczenie byłoby możliwe tylko poprzez „powrót” wszystkich owieczek do rzymskiej owczarni.

Ale chociaż ten serdeczny i — abstrahując od urzędu, od czego jednak abstrahować nie możemy — sympatyczny człowiek nie był pod względem podejścia do dogmatów dysydentem czy wręcz kryptokomunistą, lecz przeciwnie — papieżem wiernym obowiązującym interpretacjom, to przecież w oczach wielu hierar­chów tak dalece wypadał ze swojej papieskiej roli, że niebawem zaczęto dopatrywać się w nim — zwłaszcza w Rzymie — już tylko „niefortunnie wybranej osoby”, a działający w Kurii kardynał Ot-taviani stwierdził wręcz, gdy papież zmarł po długich cierpieniach, iż za życia popadł on w „święty obłęd”.

Paweł VI (1963-1978)

Z tej właśnie przyczyny za pontyfikatu następcy Roncallego, Pawła VI, który przedtem jako kardynał Montini był arcybisku­pem Mediolanu, powrócono pod każdym względem do trady­cji, a stało się to jeszcze podczas soboru, przedmiotu tylu ab­surdalnych nadziei omamionego świata. Dyskusja na soborze zo­stała ograniczona jeszcze bardziej, wiele spraw wyłączono z niej w ogóle — jako bezdyskusyjne — i Paweł VI nie spełnił też prośby o kanonizowanie Jana XXIII przez aklamację, lecz proces kano­nizacyjny uzależnił, co jest wystarczająco wymowne, od równo­czesnej kanonizacji Piusa XII, z którego szkoły on, Montini, sam wyszedł.

Już w pierwszej encyklice Ecclesiam Suam (1964) ten z jednej strony nieskory do decyzji, bojaźliwie nieufny, a z drugiej strony autorytarny i neoabsolutystyczny pontifex rozwiał większość na­dziei, jakie pół świata zdaje się żywić po każdym konklawe, co jest absurdalne, bo żaden papież, ktokolwiek nim będzie, nie uczynił z tej instytucji niczego lepszego. Jego pisma okólne na temat celibatu oraz encyklika Humanae vitae okazały się arcyre-akcyjne. Nadal narzucał średniowieczną moralność w podejściu do życia seksualnego i nadal zalecał wiarę w diabła. Stosujące tortury i dopuszczające się mordów rządy latynoskie pomijał ten papież zazwyczaj absolutnym milczeniem, chociaż nie przepuścił bodaj żadnej okazji do poskarżenia się z namaszczeniem na zło tego świata, a bywało i tak, że właśnie w krajach Ameryki Łaciń­skiej występował w kazaniach przeciw „niecierpliwości” uciska­nych, żyjących w śmiertelnym niebezpieczeństwie, przeciw rewo-luq’i, przeciw przemocy, bo przecież nie jest ona ewangeliczna ani też chrześcijańska, przewrót zaś okazuje się złudny. Ten pa­pież udzielił nawet uroczystej audiencji postrachowi Afryki, krwa­wemu Aminowi. A bliski Pawłowi VI kardynał Spellman, który sprawdził się jako zaufany człowiek Pacellego już podczas dru­giej wojny światowej, później zaś, w jednym ze szczytowych mo­mentów zimnej wojny wystąpił razem z ministrem obrony Straus-sem na rzecz żelaznej kurtyny, krzyczał teraz, w roli amerykań­skiego biskupa polowego w wojnie wietnamskiej, że Ameryka­nie bronią tam sprawy bożej, bronią sprawiedliwości i cywiliza-cji. Ale gdy ten kardynał, zadomowiony bardziej chyba na Wall Street niż w swoim Kościele, domagał się całkowitego zwycięstwa („Trudno wyobrazić sobie mniej niż zwycięstwo”), gdy wygłaszał podżegające mowy, którymi niejednokrotnie wprawiał w zażeno­wanie nawet Waszyngton, co jest wielce wymowne, gdy więc robił to samo, co robił kler w pierwszej i drugiej wojnie światowej, gdy bez skrupułów wzywał do rzezi, do zabijania, papież Paweł, tak jak Benedykt XV podczas pierwszej, a Pius XII podczas dru­giej wojny światowej, apelował w czasie owej wojny wietnamskiej o pokój, pokój, pokój. Każdy papież papieżem pokoju!

I każdy jest również papieżem biednych. I sam biedny. Biedny jak mysz kościelna. Albo jak Pius XII. Jak jego następca Paweł. Spośród aż pięciuset zarejestrowanych watykańskich sa­mochodów — Jego Świątobliwości przysługiwały tylko trzy, mię­dzy innymi skromny mercedes 600, specjalnie wykonany dla na­stępcy biednego Syna Człowieczego, a podarowany mu dzięki po­średnictwu również biednego rycerza Grobu Świętego, bankiera Absa. Biedacy trzymają się razem, a jakże! W „świętym Rzymie”, w tej citta dei barracati — mieście pełnym slumsów, dzielnic nę­dzy, miał Paweł Biedujący bardzo mizerne mieszkanie, tylko dla siebie trzynaście pokojów, a ponadto na zaspokojenie podstawo­wych potrzeb tylko pięcioosobową służbę płci obojga, nie mówiąc już o tysiącu innych niedogodności. Och, biedny był ten papież! Nietrudno zrozumieć, dlaczego od czasu do czasu przypominał ludzkości, zwłaszcza jej katolickiej części, „o Naszej świętej bie­dzie i braku dochodów”…

Aż tak zbiedniał! W dniach 25 i 26 kwietnia 1973 roku szef Departamentu Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji bynaj­mniej nie w Moskwie, ale w amerykańskim Ministerstwie Spra­wiedliwości, Lynch, przybył w asyście funkcjonariuszy policji oraz FBI do papieskiego Sekretariatu Stanu i przedłożył „oryginał pi­sma, którym Watykan” zamówił u nowojorskich mafiosi „sfałszo­wane papiery wartościowe na fikcyjną sumę bez mała miliarda do­larów”, co było „jednym z największych oszustw wszechczasów” (David A. Yallop).

Tak czy inaczej, Paweł VI żył jeszcze pięć lat w tej biedzie, ciesząc się dobrym zdrowiem. Był zahartowany, bo przeżył wiele trudnych chwil, a oprócz tego był to kunktator oraz intelektuali­sta (w tym stuleciu chyba jedyny na papieskim tronie), człowiek, którego wcale dowcipny kardynał Felice — zapytany przez jego następcę, Lucianiego, o stosunek Pawła do masonerii — scharak­teryzował tym oto błyskotliwym zdaniem: „Ojciec święty wyrabiał sobie pogląd na to jeszcze wówczas, gdy zaskoczyła go śmierć”.

Jan Paweł I (26 YIII-28 IX 1978)

Albino Luciani był człowiekiem, który często wyrabiał sobie pogląd od razu, i nierzadko nawet słuszny, po czym zaraz nastę­powały czyny; to z kolei sprawiło, że jego pontyfikat trwał nie półtorej dekady, jak w wypadku jego poprzednika, lecz zaledwie miesiąc.

Ów dawny patriarcha Wenecji, syn robotnika, chrześcijań­skiego socjalisty i wroga kleru, był kimś całkiem nietypowym, człowiekiem, który wcześnie wstawał, mało jadł, pił wodę mine­ralną, czasem cytował takich antychrystów, jak Mark Twain czy George Bernard Shaw, lubił prostolinijność, uczciwość, konse­kwencję, krótko mówiąc, był księciem Kościoła mającym wiele danych po temu, żeby ubiec w popularności nawet papieża tak lubianego, jak Jan XXIII — jeśliby mu pozwolono biec.

Ale dla nazbyt wielu okazał się aż nazbyt niebezpieczny. Wizerunek papieża rozpowszechniony tuż po jego śmierci wła­śnie przez te środowiska w Kurii, które były najbardziej zainte­resowane w jego zniknięciu, wizerunek wiecznie uśmiechniętego niedołęgi, niezdary, prowinq’onalnego apostoła, stanowił bowiem tylko obrzydliwą, potwarczą karykaturę.

To, że Luciani jest niebezpieczny, sygnalizowały już pozorne błahostki protokolarne, choćby fakt, iż zabronił gwardzistom klę­kania na jego widok („Kim jestem, żeby oni przede mną padali na kolana?”), natomiast przed Pawłem VI zakonnice i księża klę­kali, przynajmniej przez pewien czas, nawet rozmawiając z nim tylko przez telefon.

O wiele bardziej niepokojące były oczywiście groźne inno­wacje technologiczne; na przykład to, że papież chciał uwypuklać macierzyński charakter Boga; to, że okazał się rzecznikiem sztucz­nej regulaq’i urodzeń, co miało wielkie znaczenie polityczne. Po rozmowie na ten temat z sekretarzem stanu Wlotem papież od­prowadził tego ostatniego do drzwi i powiedział: „Eminencjo, przez trzy kwadranse dyskutowaliśmy o antykoncepcji. Jeśli praw­dziwe są dane, jakie otrzymałem, te różne statystyki, to w czasie naszej rozmowy ponad tysiąc dzieci w wieku poniżej pięciu lat zmarło z niedożywienia. W ciągu następnych trzech kwadransów, kiedy to i Eminencja, i ja będziemy z przyjemnością oczekiwać następnego posiłku, umrze z niedożywienia dalszy tysiąc dzieci. Jutro o tej porze okaże się, że zmarło trzy tysiące dzieci, które teraz jeszcze żyją — że zmarło z niedożywienia. Nasz Pan nie zawsze troszczy się o to, żeby nam niczego nie brakowało.”

Takie słowa mówią o Albinie Lucianim więcej niż długie roz­prawy.

Ale najbardziej niebezpieczny stał się Jan Paweł I przez po­litykę kadrową, jaką zamierzał prowadzić — jest to zawsze naj-kłopotliwszy obszar polityki i zresztą najważniejszy, bo na nim za­zwyczaj ponosi klęskę wszelka polityka, szczególnie ta najlepsza. Ten papież, który postrzegał Watykan jako „targowisko”, plano­wał szybką, energiczną czystkę i tam, i gdzie indziej, przy czym na liście osób przewidzianych do odstrzału znalazły się czołowe osobistości, nawet sekretarz stanu kardynał Jean Yillot (6 sierp­nia 1966 roku przyjęty do jednej z lóż masońskich w Zurychu); ponadto mający ścisłe powiązanie z najprawdopodobniej zamor­dowanymi mafiosi, bankierami Calvim i Sindoną, prezes Banku Watykańskiego biskup Paul Marcinkus; ponadto przyjaciel tego ostatniego, arcybiskup Chicago Cody, ów najpewniej nie tylko dlatego, że roztrwonił ogromne sumy z funduszy Kościoła na za­spokojenie potrzeb swojej kochanki, którą przywiózł nawet do Rzymu, gdy miał otrzymać kapelusz kardynalski.

Wszystkich wymienionych tutaj, i niejedną inną osobistość, papież Jan Paweł I przyprawił o niepokój, czy uda się zacho­wać władzę, stanowisko, prestiż (odejście Marcinkusa było prze­widziane już na ten dzień, który przypadał po dniu śmierci Lu-cianiego), tak więc w obliczu tej sytuacji, jak i całego splotu dzi­wactw, sprostowań, sprzeczności, kłamstw, którymi Kuria otoczyła ten zgon, chciałoby się rzec, iż nic nie wydaje się bardziej natu­ralne niż nienaturalna śmierć Lucianiego. Jeśli nawet nie sposób udowodnić morderstwa, nie pozostawiając żadnej wątpliwości, to przecież dużo więcej przemawia za tym, że doszło do niego, niż przeciwko temu, a łańcuch poszlak przedstawiony przez Davida A. Yallopa ma zaskakująco wiele ogniw i aż nadto zrozumiała staje się wypowiedź opata Ducaud-Bourgeta, arcykonserwatyw-nego przedstawiciela Kościoła: „Zważywszy na wszystkie te wy­twory diabła, które panoszą się w Watykanie, trudno uwierzyć, że ta śmierć była śmiercią naturalną”. (Żaden lekarz Kurii nie wziął jednak na siebie odpowiedzialności za uwiarygodnienie przyczyny śmierci wystawionym przez siebie aktem zgonu).

Chcąc przynajmniej na pewien czas uciszyć rozchodzącą się błyskawicznie po świecie pogłoskę o zamordowaniu papieża i odwrócić uwagę nowym widowiskiem, czym prędzej, już 16 paździer­nika, wybrano jego następcę.

Jan Paweł II (1978-)

Jak słychać, arcybiskup Krakowa Karol Wojtyła znalazł się na tronie biskupów Rzymu w efekcie powstania sieci wzajem­nych powiązań politycznych, sięgającej od kardynałów zachod-nioniemieckich i amerykańskich poprzez CIA — w analizie do­konanej przez tę agenq’ę wypadł najlepiej — i poprzez osławione Opus Dei, którego przywódców przyjął już w kilka dni po elek­cji, aż do Kurii. Będąc człowiekiem arcykonserwatywnym, pro­paguje, nie bez pewnej domieszki chłopskiej jakby przebiegłości oraz słowiańskiego wdzięku, wyraźnie ofensywnie — optymizm; jest to niewątpliwie postawa, którą przeciwstawia się świadomie raczej sceptycznemu i defensywnemu konserwatyzmowi poprzed­nika, Pawła VI. A jako „papież podróżujący” od kilkunastu lat trafia częściej na pierwsze strony gazet niż szef jakiegokolwiek innego rządu na świecie.

Ale poza tym wszystko pozostało po staremu: kardynał Cody nie opuścił Chicago, kardynał Wlot utrzymał się na stanowisku sekretarza stanu, arcybiskup Marcinkus, mocno uwikłany w inte­resy mafii oraz inne ciemne sprawki, pozostał prezesem Banku Watykańskiego i Jan Paweł II awansował go nawet w 1981 roku na zastępcę przewodniczącego Komisji do Spraw Państwa Wa­tykańskiego, którego to państwa nie mógł później przez dłuższy czas opuścić, bo czyhała na niego włoska policja!

I pod innymi względami nic się nie zmieniło. Przeciwnie: Ka­rol Wojtyła okazał się kontynuatorem antykomunistycznej i anty­radzieckiej polityki ostatnich Piusów, chociaż prowadził ją, do­stosowując się do okoliczności, ostrożniej. Ale wybór na papieża zawdzięcza przecież między innymi — i nie jest to najmniej ważna przyczyna — swej zdecydowanie antymarksistowskiej postawie i wschodnim doświadczeniom, przy czym rezolutnie staje po stro­nie USA, skąd pochodzi większość dochodów Kurii.

Papieską strategię całkowicie jednoznacznej obłudy w sło­wach demaskują przede wszystkim dwa spośród jego teatrów: Ameryka Łacińska i Polska.

Zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej dokłada Jan Paweł II wszel­kich starań, by z jednej strony zachować przychylność tych, co są u władzy, a z drugiej strony utrzymać wpływ na uciskane kato­lickie masy, i z tym karkołomnym tańcem na Unie radzi sobie całkiem zręcznie, co prawda tylko dzięki łatwowierności znacz­nej części tamtych ludzi i za pomocą rażących kłamstw. Tak więc ten „namiestnik Chrystusa”, jak sam siebie nazywa, twierdzi, że cele jego podróży są „na wskroś duszpasterskie”, że zabiegi Ko­ścioła jako „eksperta w kwestii człowieczeństwa” (Paweł VI), jako „obrońcy praw człowieka” mają „zawsze charakter religijny”, nie zaś „społeczny albo polityczny”, bo też Kościół bynajmniej „nie pragnie mieszać się do polityki”.

W istocie Kościół uprawia wyłącznie politykę, chociaż w re­ligijnej otoczce, i wszystko, co się dzieje za sprawą Kościoła, ma następstwa polityczne; wówczas gdy podróżując po Ameryce Po­łudniowej, papież stara się za wszelką cenę rozładować napięcie sytuacji przedrewolucyjnej po to, żeby zapewnić rządzącym za­chowanie władzy i pieniędzy; wówczas gdy tam, i wszędzie in­dziej, działa w pełnej zgodności z interesami USA, nie licząc się ze straszną nędzą i niezliczonymi trupami.

Wprawdzie sam dostrzega na „pewnych obszarach tego kon­tynentu nadziei” w „doprawdy przerażającej mierze niezdrowe warunki życia, biedę, wręcz nędzę, ciemnotę i analfabetyzm, nie­ludzkie warunki mieszkaniowe, chroniczne niedożywienie oraz wiele innych, równie smutnych przejawów zła”, ale zawsze tylko ogólnikowo, bez przekonania domaga się sprawiedliwości, spra­wiedliwego podziału dóbr, przestrzegania praw człowieka. Jest zdecydowanie przeciwny „zmniejszaniu liczby urodzeń”, co sta­nowi nieodzowną przesłankę zmniejszenia masowego ubóstwa. Nie godzi się z tym, żeby „zmiany konieczne do osiągnięcia więk­szej [!] sprawiedliwości następowały gwałtownie, w sposób rewo­lucyjny, krwawo” — gdy tymczasem papieże nakazywali przecież, poprzez duszpasterstwo wojskowe, przelewanie krwi, wręcz je for­sowali, i jakim tonem!

Ale papieże zawsze stają po stronie tych, co mają władzę, i bogatych, do których sami się zaliczają. Gdy tamci chcą wojny, to chcą jej też papieże. Gdy tamci nie pragną wojny, to często i papieże jej nie pragną. „Nie pałajcie nienawiścią, nie myślcie o używaniu siły” — krzyczał Wojtyła szlachetnie, po chrześcijań­sku do wyzyskiwanych Indios i campesinos. „Błogosławieni ci, co wobec Boga się biedni, bo do nich należy Królestwo Niebieskie” — pocieszał na stadionie Morumbi w Sao Paulo robotników. I nie wstydził się użyć tego biblijnego frazesu w dzielnicy nędzy Vidigal w Rio de Janeiro. Nic prócz pustych stów! „Niech rodziny, które cierpią biedę, nie upadają na duchu, niech nie uważają walki za swój ideał ani bogactwa za pełnię szczęścia; zamiast tego staraj­cie się, wspomagani przez wszystkich innych, pokonać trudny etap niedostatku, a doczekacie się lepszych czasów […]” — na tamtym świecie! — „starajcie się pokonać troskę nadzieją” — która spełni się na święty nigdy!

Głodującym ten papież mówi: „Biednymi wobec Boga są również tak zwani bogaci”. Papież naucza, iż Chrystus nie potępia człowieka bogatego, dlatego że jest bogaty, naucza, iż Chrystus nie godzi się tylko na egoistyczne korzystanie z dóbr materialnych, nie potępia natomiast posiadania ich! Ludzie „stanowią jedną ro­dzinę”. „Jesteśmy rodziną złożoną z dzieci Boga” — pouczył pa­pież robotników rolnych w Racife i wezwał tych nieszczęśników, by zachowali wszystko, co „uprawnione we współżyciu obywateli”: umiłowanie harmonii, ufność wobec Boga i otwartość na sprawy nadprzyrodzone, cześć dla Najświętszej Marii Panny itd., itd.!

Ten papież odrzucił twierdzenie, jakoby „Jezus był zaanga­żowany politycznie”, „a nawet uwikłany w walkę klasową”, zane­gował takie „rozumienie Chrystusa jako polityka, rewolucjonisty i wywrotowca” i zamiast tego mówił o „całkowitym zbawieniu przez miłość, która odmienia, przynosi pokój, przebacza i jedna”. I w duchu takiej przebaczającej, jednającej miłości Jan Paweł II nie uścisnął ręki nikaraguańskiemu księdzu i ministrowi Ernesto Cardenalowi, ale niebawem tym serdeczniej ściskał dłonie dyk­tatorowi Riosowi Monitowi w Gwatemali oraz mordercy arcybi­skupa Romero, D’Abuissonowi, w Salwadorze!

„Waszego głodu absolutu — zwrócił się do młodzieży — nie zaspokoją surogaty ideologii, sprowadzające nienawiść, przemoc, rozpacz. Jedyne źródło radości stanowi Chrystus, o ile dąży się doń i kocha Go szczerze […]”. Sam przecież „przebywał wśród lu­dzi jako potrzebujący pomocy biedak”, „urodził się w biedzie […], by nas wzbogacić swoim ubóstwem”. I tak samo biedna była Jego matka. „Kiedy nękają was troski i jesteście u kresu wytrzymało­ści, myślcie o tym, że Bóg obrał sobie ubogą matkę […]”. Radość pochodząca od Jezusa Chrystusa przewyższa „wszelkie cierpienie i wszelkie trudy życia”. „Oto na czym polega prawdziwe wyzwo­lenie: głosić chwałę Jezusa”. „Nie pozwólcie, żeby przemieniano was w narzędzia!” Tak — zwłaszcza żeby nie robił tego Watykan!

Ten papież przeciwstawia się zdecydowanie „humanizmowi ateistycznemu”. Ciągle podkreśla, że Kościół nie musi „szukać azylu w obrębie jakichkolwiek ustrojów politycznych czy w jakiej­kolwiek: ideologii”, że nie ucieka się „do żadnego rodzaju prze­mocy ani do dialektyki walki klasowej, ani też do praktyki bądź analizy marksistowskiej”. „Negacja walki klas jest równoznaczna ze zdecydowanym opowiedzeniem się za szlachetną walką o spra­wiedliwość społeczną. Walka klas stworzyłaby jedynie sytuację niesprawiedliwą dla tych… którzy dotychczas mieli przywileje po swojej stronie”. I po ich stronie powinny one oczywiście pozostać. Szczególnie zaś po stronie wyższego kleru.

„Biskupi latynoscy mieszkają w pałacach, kontrolują gazety, popierają wyzyskujących lud polityków, a majątek osiągany z pod­ległych im parafii wykorzystują do tego, żeby wyposażać fawory­zowanych przez siebie «biedaków» lub dla innych, bardzo podej­rzanych celów politycznych i kościelnych. W okresie mojego po­bytu w Ameryce Łacińskiej duchowni ze wszystkich szczebli hie­rarchii wypełniali sobie czas organizowaniem zbiórek pieniędzy; z uzyskanej sumy, np. z dziesjęciu tysięcy dolarów, zabierali cztery tysiące dla siebie, a na cel kwesty wydawano w końcu aż dwa ty­siące dolarów”. „Wielkie sumy z tych środków pieniężnych, które płyną do latynoskich organizacji religijnych, są przekazywane na Półwysep Iberyjski oraz do Włoch i do Watykanu. Gdyby ludzie mieli choćby jakiekolwiek pojęcie o bogactwie biskupów czy or­ganizacji religijnych, to nikt rozsądny nie zasiliłby ich już żadnym datkiem”.

Taką opinię sformułował katolicki duchowny Giuliano Fer­rari, który w końcu nazwał Kościół rzymski „największym i naj-ohydniejszym biznesem na świecie”, który był zaprzyjaźniony z kardynałami Confalonierim, Tisserantem i Beą, znał bez mała pięćdziesięciu innych kardynałów, a w kardynale Samore miał serdecznego wroga i którego zwłoki po kilku „próbach morder­stwa” (jak stwierdził sam Ferrari, zaliczywszy do „gangu” rów­nież paru wymienionych przezeń z nazwiska biskupów) znale­ziono w jednym z pustych przedziałów w pociągu pospiesznym Genewa-Paryż. Czy padł ofiarą „watykanizmu”? Podobnie jak, według jego słów, inni latynoscy duchowni, Camilo Torres czy Oscar Romero, o którym Ferrari na krótko przed swoją śmiercią napisał: „Najnowsza zbrodnia Watykanu to zamordowanie w San Salvador mojego przyjaciela, arcybiskupa Oscara Romero”.

Determinacji Jana Pawła II, papieża z Polski, w kontynuowa­niu antysowietyzmu Piusa XI i Piusa XII — chociaż w obliczu ak­tualnego wówczas układu sił musiał zachowywać się powściągliwie — dowiodła już jego pierwsza pielgrzymka do Polski. Mówiono już wtedy o „wdarciu się do sowieckiego imperium”, a kardy­nał Kónig, arcybiskup Wiednia, zdecydowanie przychylny Woj-tyle, przepowiadał „trzęsienie ziemi aż po Ural” i spodziewał się tego, na co papiestwo liczy od tylu stuleci, mianowicie wielkiego „napływu Słowian do Kościoła”.

Bez wojny nie jest to realne ani dzisiaj, ani jutro. A pa­pież wyjaśnił na niezliczone sposoby, jak naprawdę pojmował swą rzekomo „duszpasterską” wizytę. Nie gdzie indziej, ale właśnie na placu Zwycięstwa w Warszawie, przed Grobem Nieznanego Żołnierza, wołał: „W iluż miejscach naszej ojczyzny tracił życie ten żołnierz! W iluż miejscach Europy i świata zaświadczył swą śmiercią, że bez niepodległej Polski na europejskiej mapie nie będzie Europy sprawiedliwej!” Wymownie też zakończył tę ho­milię: „I oto wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem papież Jan Paweł II, wołam z głębi tego stulecia, wołam w przededniu Zielo­nych Świątek: Ześlij swego ducha! Ześlij swego ducha! I odnów oblicze Ziemi! Tej Ziemi! Amen”. Wołał z głębi tego stulecia — wieku pierwszej i drugiej wojny światowej, faszyzmu i późniejszej walki ze Związkiem Radzieckim, bo pod względem politycznym takie właśnie było — i jest — to stulecie w Europie.

Następnego dnia wspomniał o chrystianizacji Wschodu, nie tylko Polaków, ale i Chorwatów, Słoweńców, Bułgarów, Mora­wian, Słowaków, Obotrytów, Wieletów, Serbów łużyckich. „Czyż nie chce tego Chrystus, czyż nie dzieje się to za sprawą Ducha Świętego — zapytał — że ten polski, słowiański papież właśnie te­raz uświadamia duchową jedność chrześcijańskiej Europy?” I od­powiedział okrzykiem zakrawającym na dewizę krzyżowców: „Tak, Chrystus chce tego”.

Ten ojciec święty, który nieprzypadkowo nakazał Radiu Wa­tykańskiemu reorientację na Europę Wschodnią, zażądał „wol­ności Kościoła w Polsce i na całym dzisiejszym świecie”. Wspo­mniał o najeździe Tatarów w roku 1241, któremu stawił czoło Henryk II Pobożny. (W istocie poniósł on straszliwą klęskę i sam padł 9 kwietnia w bitwie pod Legnicą). Papież wysunął postulat: „Europa, którą tragicznie podzieliła [!] straszna wojna światowa stoczona pod koniec pierwszej połowy tego stulecia, ta Europa, która mimo że jest obecnie trwale rozdarta pod względem ideolo­gicznym i polityczno-gospodarczym, co wynika z różnicy ustrojów, nie przestając dążyć do fundamentalnej dla niej jedności, musi zwrócić się ku chrześcijaństwu”. Albo: „Być chrześcijaninem to znaczy: czuwać. Jak żołnierz na posterunku […]”.

Nie był to naturalnie przypadek, że Wojtyła jako papież właśnie w Polsce zaapelował o „ponowne zjednoczenie Europy w chrześcijaństwie”; że oświadczył: „My, Polacy, wybraliśmy drogę na Zachód tysiąc lat temu”! Pójście tą drogą oznacza jednak znowu — tak jak za Piusa XI i Piusa XII — przeciwstawienie się Wschodowi, prawdopodobnie coraz ostrzejsze. Następstwem orientacji zachodniej jest kroczenie u boku Ameryki — Stanów Zjednoczonych, dla których dwie światowe potęgi to stanowczo za dużo i którym chyba nie wystarcza dwóch wojen światowych.

Michaeł Schmaus — jeden z wielu

„Rok 1933 a katolicyzm niemiecki! Znowu zbliża się wier­tło dentysty — i znowu pacjent drgnie, strasznie krzycząc”. Tak, dosyć kiczowato, zaczyna się jeden z rozdziałów książki, w której „dentysta” Carl Amery wini za kapitulagę Kościoła katolickiego w roku 1933 nie papieża i nie biskupów, lecz wiernych. Bo prze­cież, jak twierdzi, najpierw stanęła po strome Hitlera większość wiernych, a dopiero potem episkopat i Watykan. W rzeczywisto­ści jednak kolejność była odwrotna; zmianę postawy zainicjowała Kuria, za jej przykładem zaś poszli niemieccy biskupi i cała reszta. Jak bowiem pisała katolicka „Allgemeine Rundschau”, „biskupi nie mogą walczyć, gdy Rzym opowiada się za pokojem”. A Karl Bachem, historiograf Partii Centrum, uważał opór po uznaniu rządu przez Kościół za wręcz niemożliwy do pogodzenia z moral­nością. „Pozostaje tylko pójście za przykładem biskupów […]”.

            Roma locuta, causa finita — dla niemieckich purpuratów. Jeszcze w 1932 roku bez wyjątku wrogo nastawieni do nazizmu, teraz bez wyjątku przeszli na jego stronę. Biskupi bawarscy dopa­trzyli się 6 maja 1933 roku w programie rządu Hitlera „odnowy duchowej, obyczajowej i gospodarczej” i przestrzegali: „Teraz nikt nie powinien przez zniechęcenie albo gorycz stać z boku i wyrze­kać; nikt kto szczerze pragnie się włączyć, nie powinien przez jed­nostronność i brak wielkoduszności zostać odstawiony na boczny tor”. „Nikt nie może się uchylać od udziału w wielkim dziele bu­dowania […]”. Już w czerwcu cały niemiecki episkopat przypisał Hitlerowi i jego państwu „realizację władzy bożej i partycypowa­nie w wieczystym boskim autorytecie…”

W gruncie rzeczy nie zaskakuje to aż tak bardzo. Zwróce­nie się Hitlera przeciwko Wschodowi było pożądane. Zniesienie przezeń wolności prasy, słowa i zgromadzeń stanowiło powtórze­nie odwiecznego obyczaju papieży. Kościół nie zaprotestował też nigdy przeciw więzieniu i mordowaniu komunistów, socjalistów i liberalnych antagonistów Hitlera; późniejsze pretensje dotyczyły prawie wyłącznie naruszenia interesów czysto katolickich. A że nie przejmowano się zbytnio losem Żydów, to jest zrozumiałe samo przez się, zważywszy na bez mała dwa tysiące lat chrześci­jańskiego antysemityzmu.

Po pierwszych zapewnieniach biskupów o wierności i chęci kolaboracji, powtarzanych przez oba Kościoły jeszcze w później­szym okresie drugiej wojny światowej, nastąpiły niebawem dekla­racje tzw. teologii naukowej, dostosowywanie się do ducha epoki jest przecież od dawna jedną z jej wielkich namiętności.

Już w 1933 roku wydawnictwo Aschendorff w Munster za­inicjowało serię książek o nazwie „Rzesza i Kościół”, po czym w każdej z tych broszur stwierdzało: „«Rzesza i Kościół» to se­ria publikacji mająca służyć budowaniu Trzeciej Rzeszy połączo­nym wysiłkiem państwa narodowosocjalistycznego oraz katolic­kiego chrześcijaństwa. Przyświeca jej przekonanie, iż nie ma za­sadniczej sprzeczności między dokonującym się w naszych czasach naturalnym odrodzeniem narodu a nadprzyrodzonym życiem Ko­ścioła. Dzieje się natomiast tak, że przywrócenie ładu politycz­nego zdaje się domagać dopełnienia, które miałoby swe źródło w religii. Uświadomienie tego i pogłębienie takiej świadomości to chyba najważniejsze obecnie zadanie duchowe niemieckiego katolicyzmu i jego najlepszy wkład do sukcesu wielkiego dzieła niemieckiej odnowy, do którego Fuhrer wezwał wszystkich Niem­ców. Owemu zadaniu powinna posłużyć ta seria, która będzie się ukazywać bez ścisłych ram czasowych. Seria na wskroś niemiecka i na wskroś katolicka”.

Niemalże z dnia na dzień usprawiedliwili tu najwybitniejsi teologowie kompromis między państwem a Kościołem.

Braniewski teolog Joseph Lortz, członek partii od l maja 1933 roku, autor wydanej po raz pierwszy w roku 1932 (a w roku 1965 opublikowanej po raz dwudziesty trzeci) książki Geschichte der Kirche in ideengeschichtlicher Betrachtung (Historia Kościoła w świetle dziejów ideologii), nie cofa się przed zadaną tyradą, która mogłaby usprawiedliwić katolicką woltę. Skarży się na to, że w Kościele panuje „wręcz tragiczna niewiedza o potężnych po­zytywnych siłach, ideach, planach narodowego socjalizmu, które są powszechnie dostępne w swej autentycznej postaci już od roku 1925, dzięki książce Hitlera Mein Kampf”. Teolog Lortz przypi­suje „katolikowi Adolfowi Hitlerowi” i jego książce zadziwiającą pewność wykładu i przeważającą nad wszystkim innym logikę we­wnętrzną, co więcej, określają jako „doprawdy wielką”. Ze wzru­szeniem dziękuje „Wodzowi” za ocalenie Niemiec i Europy od „chaosu bolszewizmu”, obwieszcza, iż dopatrzył się pokrewnych podstaw narodowego socjalizmu i katolicyzmu, i wyraża pogląd, że tylko katolicyzm może w wielu istotnych dziedzinach zrealizo­wać założenia narodowego socjalizmu, oraz swoją całkowitą apro­batę tego kierunku, po czym kończy proroczo: „[…] albo ten ruch doprowadzi nas do ocalenia, albo znajdziemy się w chaosie”.

Cieszący się wówczas światową sławą teolog z Tybingi Karl Adam również nie omieszkał przypodobać się nowej władzy. Na łaniach „Theologische Ouartalsschrift” publikuje artykuł Deut-sches Volkstum und katholisches Christentum (Przynależność do narodu niemieckiego a wyznawanie katolickiego chrześcijaństwa) — przemilcza go bibliografia zamieszczona w wydanym w 1952 roku zbiorze prac dedykowanych autorowi! — artykuł, w którym nie dopatruje się sprzeczności między narodowym socjalizmem a Kościołem. Przeciwnie: są nierozłączne jak natura i łaska. Sam Hitler przybył, początkowo co prawda nie rozpoznany, „z Połu­dnia, z katolickiego Południa”. „Ale nadeszła chwila, w której go zobaczyliśmy i rozpoznaliśmy” — zapewnia Adam, wychwala­jąc dalej tego historycznego superbandytę niemalże jak Mesjasza. „I oto stoi przed nami jako ten, którego wezwały głosy naszych poetów i mędrców, jako wyzwoliciel niemieckiego geniuszu, który zdjął nam przepaski z oczu i pozwolił za wszelkimi zasłonami po­litycznymi, gospodarczymi, społecznymi, wyznaniowymi zobaczyć znowu to, co istotne, i pokochać to: naszą wspólnotę krwi, na­szą niemiecką tożsamość, człowieka, jakim jest homo Germanus”. I jeszcze podczas drugiej wojny światowej, u szczytu sławy Hitlera, wołał Adam: „Oto stoi przed nami ta nowa Rzesza, pełna żarli­wej woli życia i pasji, obdarzona potężną siłą, twórcza, płodna. My, katolicy, widzimy siebie jako elementy tej Rzeszy i dopatru­jemy się swojego najważniejszego zadania na tej ziemi w służbie tej Rzeszy […]. Krew niemiecka jest i pozostanie w swej isto­cie podstawą również naszej chrześcijańskiej rzeczywistości […]. Z nakazu sumienia służymy wszystkimi siłami tej nowej Rzeszy i będziemy służyli, cokolwiek się wydarzy […]”.

I co się wydarzyło? Nadszedł rok 1951 i Karl Adam otrzy­mał Wielki Federalny Krzyż Zasługi, przyznany przez prezydenta Republiki Federalnej Niemiec Heussa, który ze swej strony już w 1932 roku w książce Hitlers Weg (Droga Hitlera), na przekór różnym głosom krytycznym, pochwalił „skuteczność”, „nieulega-nie w obliczu przeciwności”, „szlachetność”, „zdumiewające osią­gnięcia” Fiihrera, w sumie całą tę „wspaniałą przemianę”, i sam też rozpoznał „pokrewne elementy strukturalne” programu hitle­rowców i katolickiej nauki społecznej, podobnie jak Lortz, Adam i wielu innych teologów; w tym gronie było również mnóstwo teologów protestanckich, którzy w swoim zachwycie przeprowa­dzali nawet paralele między gminami świętego Pawła z I wieku a „oddziałami brunatnej armii Hitlera” i z zapałem mówili o „SA Jezusa Chrystusa” (Th. Daechsler).

Wszyscy ci teologowie dostarczali, oczywiście postfactum, „naukowego” uzasadnienia wielce szokującego współudziału kle­ru w poczynaniach jego dotychczasowego przeciwnika. W takim ujęciu i człowiek mający stać się teraz jedyną postacią centralną eseju, okazuje się kimś do zastąpienia, tylko jednym z wielu tych, którzy nagle uznali siebie za powołanych do objawienia światu, iż cele Hitlera są w znacznej mierze i od dawna zbieżne z celami Kościołów chrześcijańskich.

Michael Schmaus, urodziny w 1897 roku w Górnej Bawa­rii, był profesorem dogmatyki w Pradze, Miinster, i — od za­kończenia wojny — w Monachium; w Miinster i Monachium okazał się poprzednikiem jezuickiego dogmatyka Karla Rahnera. Schmaus napisał, często wznawiane, czterotomowe dzieło Katholi-sche Dogmatik (Dogmatyka katolicka), również często wznawiane dzieło Vom Wesen des Christemtums (O istocie chrześcijaństwa), a ponadto Meditationen tiber Christus (Medytacje o Chrystusie), Von den letzten Dingen (O rzeczach ostatecznych) oraz szereg innych prac, między innymi wydaną w serii „Rzesza i Kościół” zaledwie pięćdziesięciostronicową rozprawę o konfrontacji ka­tolicyzmu chrześcijańskiego ze światopoglądem narodowosocja-listycznym (Begegnungen zwischen katholischem Christentum und nationabozialistischer Weltanschauung), w której medytuje mniej o sprawach ostatecznych niż o sprawach podówczas pierwszych. Wznowiona już w listopadzie 1933 roku, książka ta miała tra­fić przede wszystkim do katolików rozumiejących epokę, zgodnie z dewizą: Vox temporis — vox Dei (Głos czasu to głos Boga).

Głos czasu był tym, co skłoniło samego autora do publikacji jego traktatu, nie miał bowiem wątpliwości, że powinien zarówno „bez zastrzeżeń podporządkować się nowemu państwu, jak i doce­nić podstawy duchowe światopoglądu narodowosocjalistycznego” oraz „przekazać istotne wskazania w chwili, w której są one nie­zbędne”.

Głos Boga rozbrzmiał natomiast u Schmausa z ust uczest­ników konferencji biskupów w Fuldzie 28 marca 1933 roku —

Schmaus przytoczył dosłownie treść zezwolenia biskupów na jego wstąpienie do partii hitlerowskiej. „Dla każdego katolika jest to z góry oczywiste, że episkopat nie cofnąłby wcześniejszego za­kazu, gdyby żywił przekonanie, że myśl katolicka i narodowo-socjalistyczna przeczą sobie”. Do głosu Boga i głosu czasu do­szły „Głosy Czasu” — „Stimmen der Zeit”, jezuicki miesięcznik, który w tym samym roku, „roku jubileuszu naszego zbawienia” (to odnosiło się zresztą do Jezusa Chrystusa, a nie do Hitlera), uczcił „potęgę symboli” — „sama osoba Hitlera stała się symbo­lem wiary narodu niemieckiego w jego przyszłą egzystencję” — i nie wspomniał o wrogości między swastyką a krzyżem chrze­ścijańskim. „Przeciwnie: znak natury znajduje dopiero spełnienie i doskonałość w znaku łaski”.

Schmaus nie ryzykował więc, kiedy śmiało zapuścił się w od­ległą historię. Kto bowiem „chce pojąć to, co się dokonuje u nas z żywiołową siłą gwałtownej burzy, ten musi poszukać źródeł, z których ona powstała”. Poza sferą rozważań pozostało oczywi­ście bogobojne średniowiecze, „kosmos uporządkowany”. Kata­strofa zaczęła się dopiero w czasach nowożytnych z ich swobodą, autonomią, „duchem wolności”, właśnie teraz zaczynającym prze­śladować Europę. „Wolność była tą potęgą, która zdominowała okres od XVI do początku XX wieku”.

Zadziwiająca to wizja historii, jeśli zważymy, że prawie przez cały ten okres spora część chłopów w Europie podlegała pańsz-czyźnie! Że jeszcze w XVI wieku przedstawiciele szlachty nie­mieckiej grywali w karty o życie swoich parobków albo wymieniali ich na psy! Że jeszcze na początku XIX wieku biskupi sankcjo­nowali handel niewolnikami! Że niewolnictwo w krajach chrze­ścijańskich dotrwało aż do początków XX wieku: w prawosławnej Rosji do 1861 roku; w protestanckiej Ameryce Pomocnej do roku 1865; w katolickiej Brazylii — do 1888 roku.

Wolność nie była zresztą jedynym nieszczęściem, jakie nę­kało ludzi w czasach nowożytnych. Do tego doszła idea równości. Co gorsza, obie zaczęto w 1789 roku wcielać w życie. „Według praw człowieka proklamowanych przez rewolucję francuską wszy­scy ludzie rodzą się wolni i równi i pozostają wolnymi i równymi”. W tym zdaniu Schmausa nie rozpoznajemy obrzydzenia, z jakim je sformułował. Jak pisze dalej: „Nic nie jest mniej katolickie niż skrajnie demokratyczne podejście do bytu”. Albo: „Odtąd nie było już załączonych przez wspólną egzystencję członków spo­łeczności, lecz były tylko równe, równouprawnione, samodzielne jednostki, które na mocy swobodnie podjętej decyzji wiązały się, poprzez zawartą między sobą umowę, w jedność, które istniały podobnie jak pojedyncze kamienie w całym ich stosie, nie zaś jak części jednego organizmu […]. Pozostaje wrażenie, iż ma się wciąż przed sobą masę kamieni”.

Owa zdobycz XIX wieku wydała mu się co prawda niebaga­telną — wolność to doprawdy dobro wielkiej wagi. Ale, ma się rozumieć, tylko w „rzeczywistości boskiej”. I tak samo jest w wy­padku innych przejawów postępu, na przykład swobody naucza­nia i myślenia, stanowiących zapewne „wielkie”, ale i „tragiczne osiągnięcia”. „Uwolnienie się od więzi religijnych” prowadzi bo­wiem do „całkowitego zaniku związku myślenia i woli z konkret­nymi rzeczywistościami, ustrojami, wartościami”; owa tak nisz­cząca „epoka zapoczątkowana przez Kanta” wprowadziła prze­cież nie tylko „ideę wolności”, ale również „ideę równości, tego, co u każdego człowieka realizuje się jednakowo jako humani-tas”. Co więcej, od rozumu oczekiwano wręcz, że „skieruje życie, nie regulowane już przez normy ponadludzkie, na tory egzysten­cji spokojnej, wolnej od przesadnych reakcji”. Ależ to straszne! A prócz „wolności” i „równości” były jeszcze nauka, „obfitość odkryć”, scjentystyczne „różnice poglądów” itd. Wszystko to co prawda „zgodne z naturą”, ale „w XIX wieku spotkało ludzi zu­pełne rozdarcie duchowe”.

Coraz bliższa stawała się katastrofa, która przypadła na czas przed pierwszą wojną światową i po niej. „Ludzi XIX i po­czątku XX wieku, którym się wydawało, że osiągnęli najwyższe szczyty, ogarnęła beznadziejna, śmiertelna samotność. Zostali wy­rwani z sytuacji żywotnego powiązania z rzeczywistością boską, ze wspólnotą, wyrwani z gleby, na której trwali. Paraliżująco […]” — dziwaczna to wizja — „[…] podziałało na przedwojenne pokolenie to, co określamy jako oderwanie od korzeni”.

Ten teolog gani bezlitośnie ową unicestwiającą „sytuację przedwojenną” oraz czas po rzezi, „duchowość, jaka panowała przed wojną i jaka po wojnie okazała się bezużyteczna i destruk­cyjna”, duchowość, która zdobyła się na „wyrażanie istoty i war­tości człowieka wzorem chemicznym. Czytaliśmy kiedyś w gaze­tach o tym, że rosyjscy [!] chemicy szacują wartość człowieka na kilka marek”. Ale w czasie wojny, kiedy to późniejszy zwolen­nik Hitlera, biskup polowy Faulhaber, nie tylko przyrównał po­parcie dla cesarza Wilhelma II do „naśladowania Jezusa”, lecz również określił „wojenne armaty” jako „wyraz łaski apelującej do człowieka”, w czasie wojny ten człowiek, którego wartość — jak twierdzi Schmaus — rosyjscy chemicy oszacowali na zaled­wie „kilka marek”, zaczął nagle być wart sto tysięcy marek, przy czym przemysł zbrojeniowy inkasował zysk dochodzący do sześć­dziesięciu tysięcy marek — od jednej „bohaterskiej śmierci”… Jakiż to wzrost wartości! Ale o tej wojnie, która pozbawiła ży­cia dwanaście milionów żołnierzy, pozostawiła rany albo kalec­two dwudziestu milionom i spowodowała głodową śmierć siedmiu milionów ludzi, nie mówiąc o szkodach materialnych ocenianych na tysiąc sześćset osiemdziesiąt miliardów marek, nie wspomina Schmaus ani jednym słowem, i to w roku, w którym Watykan wyraził zgodę na ewentualne wprowadzenie powszechnego obo­wiązku służy wojskowej w Niemczech hitlerowskich, co zostało za­pisane w wychwalanym przez szambelana papieskiego i zastępcę Fiihrera von Papena protokole dodatkowym, dołączonym do kon­kordatu z Rzeszą Niemiecką.

Jako straszliwa jawi się tylko „sytuacja przedwojenna”, a po­tem czas po „dyktacie z okolic Paryża”. W tym właśnie okresie Schmaus dostrzega bowiem tak „tragiczne osiągnięcie”, jak „swo­boda nauczania i uczenia się”, dopatruje się w rozumie — nie ina­czej niż Karl Adam — „autokraty”. A przecież jedynowładztwo to przywilej chrześcijaństwa lub tak bardzo pokrewnej mu bru­natnej zarazy — kombatantki w walce z racjonalizmem, libera­lizmem, indywidualizmem. „Otóż dopatruje się w ruchu narodo-wosocjalistycznym najostrzejszego i najskuteczniejszego protestu przeciw duchowości XIX i XX wieku. Ruch ten zastępuje me-chanistyczny obraz świata światopoglądem organicznym, postawę liberalną i indywidualistyczną — związkiem z tym, co jest dane, z ziemią, ze wspólnotą. Pojęcia organizmu, ładu, wspólnoty to fundamenty światopoglądu narodowosocjalistycznego […]. Praw­dziwy narodowy socjalizm występuje jako radykalne przeciwień­stwo liberalizmu oraz indywidualizmu. […] Oba te światopoglądy są bowiem tak przeciwstawne, jak natura i nadnaturalność” — gdy tymczasem, według jezuickich „Stimmen der Zeit”, swastyka i krzyż uzupełniały się przecież jako „znak natury” i „znak łaski”!

A rangę prekursorów owej tak wielkiej „naturalności”, „roz­machu”, „tempa” tej „narodowej rewolucji” nadaje Schmaus nie tylko nijakiemu albo i niepojętemu katolickiemu felietoniście na­zwiskiem Julius Langbehn, ale również największym antychry­stom w dziejach ludzkości: Friedrichowi Hólderlinowi oraz Frie-drichowi Nietzschemu! I przy tym ów autor, który zdecydowanie odcina się od rzekomego liberalizmu czasów dawniejszych, grzęź­nie coraz bardziej w takich pojęciach, jak natura, gleba, następ­stwo rodowe, wspólne pnie, rasa, krótko mówiąc, w całym hitle­rowskim bełkocie o krwi i ziemi oraz o „wyższości” ducha nie­mieckiego. „Ludzie tego samego pochodzenia narodowego, któ­rzy czują się związani ze sobą, nie ulegają bezpodstawnemu uro­jeniu. W naszej krwi krążą, jak to kiedyś wspaniale przedstawił Peter Lippert, w drobnych, a przecież niewymownie potężnych kroplach owi utajeni posłańcy, którzy aktywizują wszystkie nasze siły, elementy, narządy, a więc nadają też rozmach życiu ducho­wemu. Dlatego właśnie ludzie jednej krwi mają podobne reakcje umysłu i wrażliwości. Bo — jak wyraża to Lippert — na pod­łożu życia emocjonalnego wznoszony jest gmach życia duchowego i ono również zostało unurzane we krwi, podobnie jak religia […]. Przedstawiciel któregokolwiek z narodów romańskich inaczej wy­obraża sobie Boga niż Germanin. W tym dopatruje się narodowy socjalizm swojego najważniejszego celu wychowawczego: w takim wychowaniu każdego Niemca, by był prawdziwym Niemcem”.

Po pouczeniu, że nie istnieje „człowiek sam przez się”, ale każdy jest „Francuzem, Japończykiem albo Niemcem”, albo jeszcze kimś; po wyjaśnieniu definicji „Niemiec jest w pełni czło­wiekiem, gdy jest w pełni Niemcem” następuje, jako niemalże nieuchronna konsekwencja, przedstawienie stanu, w którym „jest się cząstką narodowej całości”, „wspólnoty narodowej”, wizja tego właśnie narodu i jego — a jakże! — szczególnej misji dziejo­wej. „Ponieważ za wszelką historią kryje się wola Boga, możemy z historii bez obawy o pomyłkę wyczytać, iż Bóg wyznaczył naro­dowi niemieckiemu jedno z największych zadań […j. Jeśli historia świata nie miałaby stracić sensu, jeśliby nie miała się dokony­wać bez udziału woli bożej, to narodowi niemieckiemu należałoby przyznać inną rangę niż murzyńskiej Republice Liberii”.

Ale że dogmatyk Schmaus znał nie tylko wolę bożą, lecz również wolę ziemskiego realizatora tamtej, którego Mein Kampf oczywiście przeczytał, to i nie omieszkał poprzeć „energicznego działania różnych kręgów na rzecz zainteresowania Niemców w Rzeszy ich rodakami za granicą”. Na sześć lat przed agresją Hitlera na Czechosłowację przypomniał, że „przez dyktat z oko­lic Paryża wielkie skupiska Niemców zostały odseparowane od Rzeszy”; że „w Czechosłowacji żyje mniejszość niemiecka licząca ponad trzy miliony ludzi”; „że te trzy miliony to co prawda obywa­tele czechosłowaccy, ale jednak członkowie narodu niemieckiego, i to bardzo świadomi swojej niemieckości”; i wreszcie, że istot­nym celem „ruchu narodowosocjalistycznego jest unarodowienie Niemców”.

Ten teolog zaserwował też kłamstwo o narodzie bez prze­strzeni, podkreśliwszy, że ostatni cel założony przez narodowych socjalistów polega na tym, by „naród niemiecki uzyskał znowu swobodną przestrzeń życiową dla zwiększenia swojej liczebności i dla rozwoju i by wszyscy jego członkowie mogli otrzymać nie­zbędną im część przestrzeni, ziemi, i odpowiednio partycypować w szansach rozwoju. Tymczasem musimy, na ile to możliwe, urzą­dzić się na przestrzeni, jaką dysponujemy […]”.

Na Niemcy spadła nazistowska burza i w proteście prze­ciw duchowości XIX i XX wieku oraz w bagnie ideologii „krwi i ziemi” wyrosły jej najcenniejsze owoce, a Schmaus pyta te­raz o stosunek katolicyzmu do tego wszystkiego. Odnajdujemy, zresztą już dużo wcześniej, wiele podobieństw. Bo przecież i bi­skup sufragan Burger wołał w 1933 roku: „Cele rządu Rzeszy są od dawna również celami naszego katolickiego Kościoła”.

Profesor Schmaus otwiera swój wykaz cech pokrewnych po­wołaniem się na Syllabus Piusa IX, tego ojca świętego, który w XIX wieku sformułował ponadto dogmat o nieomylności pa­pieża; którego wówczas jednak, co możemy przeczytać między innymi w nowej biografii Piusa napisanej przez katolickiego teo­loga Augusta B. Haslera, dyplomaci katoliccy, historycy Kościoła oraz hierarchowie całkiem serio uznali za chorego umysłowo, a prócz tego za „nieuczonego”, „głupca” (to stwierdził biskup Maret, podobnie wyraził się kardynał Lavigerie). A więc ten osła­wiony Syllabus, symbol religijnego barbarzyństwa — bo potępia on wszystko, co wtedy i dziś uchodziło i uchodzi za mniej lub bar­dziej oczywiste: panteizm, naturalizm, socjalizm, liberalizm, racjo­nalizm, indywidualizm, indyferentyzm, towarzystwa biblijne i tak dalej, i tak dalej — otóż ten Syllabus przedstawiał Schmaus w 1933 roku, będąc pewnym jego znacznej zbieżności z nazistowskim credo, jako tekst nadal autorytatywny dla katolików i z dumą tę jego miarodajność podkreślał. „Wówczas — stwierdza Schmaus, wspominając wiek XIX i chyba nie zdając sobie wcale sprawy z ironicznej wymowy swoich słów — dopatrywano się w tym do­kumencie czarnej reakcji, wrogości wobec postępu i kultury. Ale dla postawy duchowej katolików pozostał on miarodajny. O tym każdy może się przekonać […]”.

Tak, słusznie! Schmaus odrzuca konsekwentnie wszelką myśl liberalną. W epoce „liberalistycznej” panował co prawda „wielki respekt dla łączącej wszystkie jednostki humanitas”. Ale to jest tym mniej istotne, że owa humanitas „gwarantuje wszystkim ludziom rów­ność”. A „wolność”! Otóż to, taki liberalizm, który „każdemu z osobna dawał prawo do życia według własnego uznania [!], nie­uchronnie prowadził do socjalizmu głoszącego walkę klas bądź do marksizmu […]. Stał się on walką wszystkich ze wszystkimi”. Fakt, że Schmaus potępia wszelki socjalizm (nie związany z tym, co wyznawali hitlerowcy) nie wymaga komentarza — było to kiedyś równie powszechne wśród teologów, jak dzisiaj, gdy „socjalizm” zatriumfował w wielu częściach świata, powszechne jest ich żeglowanie z socjalistycznym wiatrem.

Ale między rokiem 1933 a 1945 pływało się w brunatnym wirze. Schmaus cieszy się, że „prawdziwy narodowy socjalizm, będący skrajnym przeciwieństwem liberalizmu oraz indywiduali­zmu” nadał „ideom antyliberalnym głębię, której się nie domyśla­liśmy, i rozpowszechnił je w całym narodzie”; tak, był to niewąt­pliwie jeden z celów papieskiego paktu nie tylko z Hitlerem, ale i z pozostałymi faszystami: z Mussolinim, którego grabieżcza in­wazja na Abisynię była z zachwytem chwalona przez kler; z gene­rałem Franco, którego wojnę domową Kościół popierał w sposób fanatyczny; z Paveliciem, w którego „Niezależnej Chorwacji” — to wciąż fakt mało znany — tamtejsi katolicy, księża i zakonnicy wymordowali siedemset pięćdziesiąt tysięcy prawosławnych Ser­bów, topiąc, ścinając, krzyżując żywcem, grzebiąc żywcem, ćwiar-tując i paląc. Wszystko to jest ściśle powiązane. „Między wiarą ka­tolicką a myśleniem liberalistycznym nie ma równowagi ideowej. Przystają one do siebie równie mało pod względem duchowym, jak mało przystają do siebie ogień i woda. Antagonizm między nimi jest nieuchronny i nieodwołalny”. Natomiast w pełni upraw­nione było związanie się z hitlerowcami, ponieważ: „Zdecydo­wana negacja liberalizmu, który przypisywał ludziom moc twórczą przysługującą tylko prawdziwemu Stwórcy, świadczy o podobnym ukierunkowaniu katolicyzmu i narodowego socjalizmu”.

Jako pokrewne jawią się one również przez swój stosunek do racjonalizmu — są bowiem nade wszystko irracjonalne. Hi­tleryzm nie jest wykoncypowanym systemem, wymyślonym świa­topoglądem, lecz „ruchem wynikłym z podstaw bytu, z pierwot­nych instynktów. Przeciwstawność wobec racjonalizmu jest tu ewi­dentna”.

I podczas gdy katolik nie może się dopatrzyć związku mię­dzy „duchowością narodowosocjalistyczną” a witalizmem Nietz-schego, Francuza Bergsona i Żyda Theodora Lessinga, to dopa­trzy się bez trudu związku między katolicyzmem a „narodowo­socjalistyczną witalnością”. „Widzi on bowiem, jak cały człowiek odzyskuje w tej witalności swoje prawa, a nie tylko jedna jego cecha — rozum. A poza tym sama wiara nie jest niczym innym jak życiem wynikającym z ukrytych źródeł i również jest daleka od zwyczajowego racjonalizmu”.

Schmaus odcina się też od indywidualistycznej interpretacji Kościoła. Powierzchowną postawą jest traktowanie go jako „insty­tucji zbawczej”, w której każdy dla siebie miałby szukać zbawienia. Kościół nie jest niczyją prywatną domeną, lecz ciałem, w którym wszystkie części są ze sobą związane. Jawi się prawie że jako swoiste wcielenie w życie cytowanego tu chętnie hitlerowskiego hasła: „Pożytek ogółu jest ważniejszy niż pożytek jednostki”, to hasło zaś okazuje się z kolei przeformułowaniem nakazu miło­ści bliźniego, tej „najistotniejszej cnoty” chrześcijan. I tu, i tam centralne miejsce zajmuje wspólnota — istniejąca w sposób na­turalny. „Narodowy socjalizm czyni ideę narodu wyrosłego z krwi i ziemi, z określonego losu i określonego zadania punktem ciężko­ści swojego światopoglądu”. „Katolickość oznacza związek z tym, co dane, co obiektywne, szacunek dla tego, co wynikło, co po­wstało”.

Katolik, od którego ten teolog wymaga umiejętności rozróż­nienia „kwestii istotnych i nieistotnych, aktualnej formy i wiecznej treści”, powinien więc afirmować hitleryzm z podwójnego nakazu sumienia — jako katolik i jako Niemiec. „Ponieważ Kościół jest sam wspólnotą, to uznaje i afirmuje inne wspólnoty naturalne. We wszystkim, co naturalne, przejawia się bowiem to, co nad­przyrodzone. Katolik jest z góry zorientowany na anrmowanie wspólnoty. Dlatego też w jego akceptacji wspólnoty narodowej nie ma objawów sceptycyzmu czy zwlekania. Wypowiada on swoje «tak» nie tylko jako Niemiec, jako człowiek wyrosły z tej samej krwi i ziemi, doświadczający tego samego losu i wykonujący to samo zadanie co tysiące, miliony innych ludzi, ale również jako ktoś zobowiązany do tego przez swą wiarę. Widzi w całości na­rodu wyrosłej z krwi i ziemi, mającej wspólny los i jedno zadanie, dzieło bożej Opatrzności. Bóg uprządł i powiązał nici w splot, który nazywamy narodem. Miłość człowieka wierzącego do wła­snego narodu zostaje przez to wyniesiona ponad wszelkie wahania osobistych skłonności i przekonań.Tkwi swymi korzeniami w ki­piącej krwi i urodzajnej ziemi, dwóch dziełach Boga, ma więc zakotwiczenie w nienaruszalnym pierwotnym boskim fundamen­cie. Jedną z konsekwencji miłości do własnego narodu jest słuszna troska o utrzymanie czystości krwi, tej podstawy struktury ducho­wej naszego narodu”.

Faktem oczywistym jest to, że nie tylko Schmaus ugrzązł w bagnie krwi i ziemi. Owa tendencja rozpanoszyła się tak, iż w pewnym raporcie gestapo zostało zawarte szyderstwo, że w „sys­temowej epoce republiki weimarskiej Kościół uwypuklał takie wartości, jak: wolność, równość, braterstwo, a teraz mówi się o więzi narodowej, o potrzebie przywództwa, o krwi i ziemi”.

Schmaus afirmuje z pasją, jak wszyscy jego koledzy, ale nie każdy w czasach najdawniejszych, państwo. Idąc śladami Toma­sza z Akwinu, zwanego doctor Ecclesiae kat acochen, „w którego żyłach płynęła przecież także niemiecka krew”, wychwala pań­stwo — nazwane przez Nietzschego „najbezwzględniejszym z bez­względnych potworów” :jako „najdoskonalszą społeczność na tej ziemi”. I nie chodzi tu oczywiście tylko o abstrakcyjne pojęcie. „Wolę państwa ucieleśnia jego wódz”.

„Obowiązującej bezwzględnie zasadzie przywództwa w obrę­bie partii narodowosocjalistycznej” odpowiada jednak „ogromny autorytet papieża”. Tak, akcentowanie przez hitlerowców auto­rytetu stanowi „na poziomie naturalnym odpowiednik sytuacji, w której Kościół jest obdarzony autorytetem w kwestiach świata nadprzyrodzonego”. Co więcej, hitlerowskie pojęcie autorytetu prowadzi do „ponownego zrozumienia dla autorytetu Kościoła”. Bo nie ma wątpliwości co do tego, że „papież jest wodzem nie­kwestionowanym”. Tam, gdzie się tak zdecydowanie występuje na rzecz irracjonalizmu, kultu krwi i ziemi, autorytetu, totali-zmu, tam też nie sposób nie pomyśleć o efekcie tego wszystkiego: o ofierze. „Ofiara jest bardzo istotnym elementem języka i zasobu pojęć narodowego socjalizmu”. Jako „wspólnotę ofiarną w naj­głębszym sensie” ma Schmaus jednak przede wszystkim okazję pochwalić Kościół, uznać „postawę heroiczną” za zgodną z „ideą katolicką”, a życie spokojnie i wygodne za „odejście od ducha Chrystusa”, który w każdej chwili był gotów do „bezgranicznego poświęcenia”, który „nie wahał się ani chwili przed wybraniem śmierci. Nikt nie przedstawił tej jego cechy bardziej przekonu­jąco niż Karl Adam”.

Kilkakrotnie zostaje też przypomniany Heliand, ów epos bo­haterski z „wczesnych czasów powiązania chrześcijaństwa z ide­ologią germańską”, w którym Chrystus okazuje się królem-wo-dzem i jego śladem idą „wierni wojownicy”; kilkakrotnie wspo­mina się o średniowiecznych klasztorach, gdzie „w podniosłym na­stroju pisano pierwsze kroniki uwieczniające wielkie czyny narodu niemieckiego”. Znajdujemy ponadto dalsze rozważania o świado­mości narodowej i państwowej katolików, dowiedzionej później, w roku 1935, przez członka sympatyka SS, arcybiskupa Freiburga Gróbera w jego własnej książce Es lebe Christus, der die Franken liebt (Niech żyje Chrystus, który kocha Franków).

Wykazawszy w ten sposób, że Kościół (któż by w to wątpił?) „wydobywa” z narodu „to, co najwyższe”, Schmaus chowa się — operując wciąż cytatami z Tomasza z Akwinu i z „najbardziej mia­rodajnego dzieła Hitlera Mein Kampf” — również pod koniec, tak jak robił na początku, za plecami biskupów, tym razem bawar­skich, którzy w liście pasterskim z 5 maja wołali pod wodzą kar­dynała Faulhabera: „Teraz nikt nie powinien przez zniechęcenie i gorycz stać z boku i wyrzekać”. A dalej cytuje Schmaus zapew­nienia kardynała Bertrama, że biskupi „pokładają ufność w Bogu, iż nowy ład w życiu społecznym jest właściwy, żywią bowiem tę ra­dosną świadomość, że wierna Kościołowi katolicka część narodu ma właśnie teraz wielkie zadanie przed sobą”. Schmaus stwierdził już zresztą ze swojej strony, co następuje: „Katolik wypowiada swoje tak głośno i stanowczo, nie tylko w taki sposób, jak gdyby był życzliwym obserwatorem dzieła unarodowienia, ale jako po­ważny, chętny i gotowy do poświęcenia uczestnik”.

Tak oto ów katolicki dogmatyk przedstawił „w dużym skrócie istotne zbieżności między katolickim chrześcijaństwem a świato­poglądem narodowosocjalistycznym”. Należy mówić tylko o zbież­nościach, nie zaś o „pokrywaniu się w całej pełni”. Ale, jak pisze Schmaus: „Tablice narodowosocjalistycznych konieczności i ta­blice imperatywów katolickich znajdują się co prawda właściwie na różnych poziomach bytu: te pierwsze na poziomie naturalnym, te ostatnie zaś na poziomie rzeczy nadprzyrodzonych; te pierwsze dbają o naturalne zdrowie narodu, te ostatnie o nadprzyrodzone zabarwienie, zgodnie ze swoimi celami, ale wskazują one ten sam kierunek”.

Wskazywały… I Kościół poszedł tą samą drogą co brunatni zbrodniarze. Katolikowi nie przystawało bowiem — powtórzymy za teologiem Schmausem — „z rezygnacją spoglądać w przeszłość i żałować zmarłych, który trafiali do grobu, bo minął czas ich życia”.

Wśród owych zmarłych były jednak nie tylko katolickie partie i stowarzyszenia, które musiały się rozwiązać, ale i cały fałsz ide­ologiczny wieku XIX i początku wieku XX: naturalizm, racjona­lizm, indywidualizm, krótko mówiąc, wszystko, co oto zdawała się zmiatać nie mająca sobie równej burza dziejowa. „Grzech śmier­telny liberalizmu i marksizmu polegał na tym, że zawiniły one bezlitosnym gwałtem zadanym naturze, że uległy złudzeniu, iż człowiek jest źródłem i stwórcą wszystkiego, co istnieje, i wszyst­kich norm. Nie można arbitralnie tworzyć sztucznych ustrojów. Taka próba przynosi w efekcie sztuczne wytwory, które nie ostają się w obliczu wichrów i burz dziejowych”.

Ale ani liberalizm, ani marksizm nie zginęły, zginęło nato­miast właśnie to, co wychwalał Michael Schmaus. W roku 1951 przyjęto go jednak do Bawarskiej Akademii Nauk i został rek­torem uniwersytetu w Monachium. Szesnaście konwentów ka­tolickich, których przywódcy również opowiadali się żarliwie za Hitlerem, mianowało Schmausa „honorowym filistrem”. Sojusz­nik Hitlera Franco udekorował Schmausa krzyżem komturskim hiszpańskiego orderu Al merita dvii. A kolaborujący z Hitlerem Pius XII wyniósł go w 1952 roku do godności prałata osobistego Jego Świątobliwości.

„Oby idee przedstawione w tej broszurze — zakończył Schmaus swój wywód z 1933 roku — z coraz większą dynamiką zstępowały z szarych wyżyn teorii na poziom rzeczywistości i ob­jawiały się w konkretach życia codziennego. Im głębiej wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety w narodzie niemieckim przenikną do pokładów więzi narodowych i wiary, z tym większą ufnością bę­dziemy mogli patrzeć w mrok przyszłości, z tym większą ufnością będziemy mogli zakładać, że uda się podjęta budowa Rzeszy — Rzeszy, która stanie się wspólnotą ofiarną członków narodu nie­mieckiego, niezłomnie trwających przy Bogu, znajdujących źródło życia w przynależności do tego narodu, pokornie pokładających nadzieje w Bogu, świadomych swojej odpowiedzialności, ukształ­towanych przez Chrystusa”.

Kto ma władzę, ten ma wszystko

Odpowiedź na ankietę katolickiego teologa Georga Denz-lera (1975): „1. Jak ocenia Pan(i) obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie? 2. Jak papiestwo powinno w naj­bliższej przyszłości prezentować siebie w Kościele i poza nim?”

            Pytanie pierwsze: „Jak ocenia Pan(-i) obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie?”

Dzisiejszy wpływ papiestwa jest znikomy, jeśli porównamy go z pełnią władzy, jaką miało ono w średniowieczu. Ale gdy przyjmiemy za miernik jego porażkę sprzed stu lat, to okaże się, że nie ma się ono aż tak źle — albo też, wskutek faszyzmu, znowu niezbyt dobrze. Facta loguuntur.

Wprawdzie aneksja rosyjskiego Kościoła prawosławnego, którą podczas pierwszej wojny światowej chciano zrealizować przy pomocy Habsburga, a w drugiej wojnie z pomocą Hitlera, nie powiodła się — i jakże często działano na Wschodzie: od cza­sów Hadriana VI (1522-1523), Klemensa VII (1523-1534), Kle­mensa VIII (1592-1605), od czasów inwazji dokonanej przez ka­tolicką Polskę jeszcze przed pojawieniem się Romanowów, ale Kuria wychodziła z każdej katastrofy obronną ręką — dzięki ukła­dom laterańskim, wojnie w Abisynii, wojnie domowej w Hiszpanii, drugiej wojnie światowej, od klęski do klęski potwierdzając słusz­ność słów Ojca Kościoła i biskupa Kyros Teodoreta: „Fakty histo­ryczne uczą, iż wojna przynosi nam większą korzyść niż pokój”.

Rósł kapitał, przybywało władzy, ale wiara kurczy się coraz bardziej, i wiadomo, komu to kurczenie się wychodzi na zdrowie, a kogo zabija. Ten bowiem, kto dawno przestał być obiektem za­biegów duchowych, kto się nie liczy dla nauki, raczej nie zachowa religijności. Jeśli przestaną wierzyć intelektualiści, to i lud prę­dzej czy później straci wiarę. Ona więc zadecyduje. Jedynie wiara umożliwiła zdobycie władzy i jedynie ona może zapewnić utrzy­manie jej. A władza to wszystko, bez niej, jak dowodzi historia, nie ma niczego.

W czasach krucjat, masakrowania Żydów, wybijania Mau­rów na ziemiach hiszpańskich, rzezi pogan, Indian i Murzynów, i palenia czarownic, autodafe, niewolnictwa papiestwo stało wy­soko ponad globem — i właśnie dlatego było trwalsze niż dziś, kiedy to, ściągnięte na ziemię, straciło wiele z dawnego czaru. Bo tylko będąc opromienionym owym nieocenionym nimbem zaświa­tów, tylko tam, gdzie w kadzidlanym dymie zawsze bez najmniej­szego skrępowania popełniano crimen capitale, tylko tam można było i można dalej pozwalać sobie na wszystko, nawet na rolę diabła — jako „namiestnika” Pana.

Śmiertelne niebezpieczeństwo wiąże się z zanikiem wiary u ludzi świeckich, a ferment wśród kleru nie jest aż tak groźny. Czyż nie było już nieraz tak, że kler się burzył i wierzył coraz mniej? Ale mając (legalnie) kobiety przy sobie, a prócz tego in­tratne prebendy i wyższe godności w wypadku przywódców „bun­towników” (honores mutant mores), duchowni będą nadal głosić tę jedyną prawdę, która uszczęśliwia ludzi.

Skądinąd jednak „rzecznicy postępu”, czasem nazbyt „dyna­miczni”, „giętcy”, irytują tych bardziej konserwatywnych w Ko­ściele, zachwycając zarazem osły liberalne, pseudolewicowe, a Rzym ma z nich w gruncie rzeczy największy pożytek, mimo że chwilami wysuwają „poważne” zarzuty. Bo właśnie ich „nowe akcenty”, „perspektywy”, ich odnawiające zabiegi kosmetyczne, krótko mówiąc — cały ten nowomodny makijaż niegdysiejszej królowej nauk, sprawiają, że wiara zachowuje pozory żywotno­ści — podobnie jak w znanych Drogach nieobecnych Eyelyna Waugha wielce uzdolnieni mumifikatorzy czynią to wobec „nie­boszczyków”: „— O, pan Joyboy, jaki piękny! — Tkk, on na­prawdę wygląda teraz bardzo ładnie. Mumifikator uszczypnął go lekko w udo, tak jak to robią handlarze drobiem: — Jeszcze miękki”. Owi rzecznicy postępu zapewniają to, że „mówi się” o religii, czynią ją w dość przyjemny sposób „aktualną”, spra­wiają, że nadaje się do telewizji, jako akme tej epoki, jako język, na który „tłumaczą” Ewangelię, i porzez takie „kuracje odmła­dzające”, poprzez konieczne dostosowanie do bieżących potrzeb, do tego, w czym upatrywany jest genius saeculi, stwarzają do­piero warunki do przetrwania religii. Za pomocą najróżniejszych łamańców terminologicznych, dziwacznego przeformułowywania, manewrów w duchu aggiomamento, wykonywanych raczej niepo­radnie niż z polotem, a jednak jeszcze dla wielu nie do rozszy­frowania, ze śmiertelną powagą sugeruje się „postęp”, i to nawet z przyzwoleniem najwyższej instanqi, postęp centymetr po cen­tymetrze, i w ten sposób nie ujmuje się pewno brzemienia wiary nieco mniej ospale myślącym wiernym, ale i nie pozbawia się ich nadziei na ulgę.

W takim „postępowym” działaniu, owocnym już od czasów Pawła, równie starym i szacownym jak chrześcijaństwo, kryje się jednak straszne ryzyko. Ustępstwa na rzecz aktualnych potrzeb, ducha epoki, w imię postępu (w cudzysłowie i bez niego) od­dalają bowiem coraz bardziej od źródła. Ten dystans, widoczny z czasem i dla najospalej myślącej owieczki, zwiększa się, a wiara staje się własną karykaturą, przeciwieństwem dawnej wiary, któ­rej przecież nie mogą całej diabli porwać, bo byłoby to fatalne. Jakkolwiek żwawo jednak nadąża się, postukując szpotawymi sto­pami, za biegiem dziejów świata, zawsze chce się zachować pozory trwania, pozory semper idem w ciągłej wyprzedaży.

Skoro hierarchia kościelna właśnie tu zyskuje swą szansę stu­lecia, to może ona przecież być zarazem nowoczesna i tradycjona-listyczna, reformatorsko radykalna i wierna religii; jednocześnie posuwać się naprzód i cofać. Tam „towarzysz Jezus”, „komunizm miłości” w duchu apostołów, gdzie indziej lewicowy katolicyzm i socjalizm, „teologia rewolucji”. Cóż to za wspaniały bodziec! Cudowniejszy piż Lourdes i wszelkie łaski pochodzące od Boga!

W latach trzydziestych Rzym współdziałał wprawdzie ze skrajną prawicą i, jeszcze prawie że w połowie stulecia, przy po­nad sześćdziesięciu milionach trupów z chłodem nawet w sercu, z Mussolinim, generałem Franco i Hitlerem; pastor bonus Pa-celli usankcjonował wprawdzie jeszcze później — w jednoznacz­nie wskazanym kierunku — wręcz wojnę atomową. Ale wszystko to nie przeszkodzi żadnemu papieżowi niezadługo po tym inter­pretować Ewangelii „po proletariacku”, poniekąd jako social go-spel, jako God’s political activity — i razem z komunistami prze­ciwstawić się kapitalizmowi, gdyby ten miał ostatecznie zbankru­tować. (Czyż kardynał hrabia Chiaramonti, bratanek Piusa VI, nie antycypował już w 1797 roku, w sposób przykładny, „otwarcia na lewo”? Gdy do Imoli, w której od lat był biskupem, zbliżyły się silne oddziały rewolucyjne, zapewnił sobie wybór cywilny na bi­skupa, stał się z dnia na dzień demokratycznym apostołem równo­ści, wygłosił podżegające, przełomowe kazanie, uczcił Chrystusa jako demokratycznego przyjaciela ludu, a chrześcijan określił jako najlepszych demokratów — i z wzajemnością zachwycił generała Bonapartego).

„Ten Kościół, Kościół katolicki, w każdym momencie dzie­jów brał na siebie wszystko” — mówi z pochwałą teolog Joseph Bernhart. Czasem przeciw cesarzowi, kiedy indziej przeciw księ­ciu, innym razem przeciw miastom, kiedy indziej przeciwko miesz­czanom, czasem przeciw komunizmowi, innym razem przeciw fa­szyzmowi, ale zawsze przeciwko masom, z których się żyje. „Kto wyje tak jak wilki — głosi pewne mazurskie przysłowie — ten może długo wieść swój pieski żywot”.

            Pytanie drugie: „Jak papiestwo powinno w najbliższej przyszłości prezentować siebie w Kościele i poza nim?”

Postępowanie papiestwa zależy od sytuacji na szczytach wła­dzy i tylko od niej. Dlatego też pytanie o sposób jego własnej „prezentacji” jest pytaniem o utopię, bo zawsze przedstawiało siebie jako coś, czym nie było.

            Fiat executio!

 

 

Ciężkie czasy dla papieży

Będąc już w V wieku w posiadaniu największych majątków ziemskich w cesarstwie rzymskim, jeszcze w wieku XX mieli oni z „pożytku ubóstwa”, który wychwalali, nade wszystko pożytek. Nawet najjaśniej spośród nich świecąca gwiazda, angelo blanco, „promień światła”, w mniemaniu biskupa Gubera wręcz wytę-skniony „papież anielski”, nawet Pius XII, nawet ten seraficzny Pius XII stał się multimilionerem — dzięki temu, że jego towa­rzyszka życia i on ubiegali się nawzajem w wyłączaniu światła, że oszczędzał na ogrzewaniu (co prowadziło nawet do odmrożeń), w sposób „prawie że niewiarygodny”, jak opowiada ta towarzyszka życia, tak nierozłączna, iż wolno jej było rano go budzić, a wie­czorem odprowadzać do sypialni, iż jemu pozwolono ją — jako „pierwszą i jedyną w dziejach kobietę” (według Grigulevicia) — zabrać na konklawe.

A potem dobroduszny grubas Jan zapomniał o tym, że w ży­ciu potrzeba tylko jednego! I już jego następca Paweł poczuł się zmuszony całkiem serio przypomnieć „o Naszym świętym ubó­stwie i braku źródeł dochodów”, o tej „niepomyślnej okoliczności […], iż Kościołowi braknie środków materialnych potrzebnych na wszechogarniające dzieło dobroczynności i miłosierdzia […]”.

Ów brak był tym bardziej przykry, że wiernych przerażały takie tytuły z pierwszych stron gazet, jak ten oto: Arcybiskup zu-bożyt papieża Pawła o 752 miliony. I jeśli nawet chodziło o kilka milionów mniej w wypadku sumy, którą przywłaszczyli sobie ma­fioso Sindona oraz sekretarz Instytutu Działalności Religijnej, szef Banku Watykańskiego, monsignore Marcinkus, (zwany „Świętym Gorylem”) — to jednak bolało. Purpuraci — do tamtych dwóch usposobieni zapewne nieżyczliwie — doliczyli się co prawda wła­śnie wówczas, w tym jednym „świętym roku” 1975, „interesu” na sumę dwunastu miliardów franków na korzyść Kościoła, to znaczy: mistycznego Ciała Chrystusa. I jeśli nawet było o kilka miliardów więcej — wiadomo przecież, jak szybko rozchodzą się pieniądze…

W końcu pozostały Pawłowi już tylko trzy trumny — jedna ze „zwyczajnego drewna cyprysowego”, jak dowiedziano się na całym świecie, druga — „prosta trumna dębowa”, a o trzeciej, ołowianej, nie powiemy nic. Nad ciałem biedaczyny paliła się też tylko „jedna gromnica”. I członkowie stu dziesięciu delegacji rzą­dowych, siedem tysięcy policjantów oraz telewidzowie w prawie pięćdziesięciu krajach patrzyli na tę nędzę wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami.

Co więc pozostało Janowi Pawłowi I? Pozostał mu tylko jego uśmiech! I urzekał nim prawie każdego, ale ten i ów przebiegły kardynał nie poddał się czarowi. Ten Luciani potrafił zrezygno­wać z tiary, tronu, lektyki, czasem potrafił mówić jak wiejski pro­boszcz, czasem wywoływać wybuchy śmiechu w wytwornej sali au-diencyjnej, używać nawet formy „ja” zamiast „My”, prezentować Boga Ojca raczej jako matkę. Nie został jednak jeszcze podpisany żaden oficjalny dokument. Jeszcze nie zdarzyło się nic, czego nie dałoby się cofnąć. I podczas gdy zaczęto — dokoła tego tronu nad trony — z troską patrzeć na owego człowieka, który na nim zasiadał, on sam był jeszcze bardziej zatroskany swoim losem: już przed wyborem dręczyła go myśl o „grożącym niebezpieczeń­stwie”; mimo wielu uśmiechów czuł się „przytłoczony” tym urzę­dem, który napawał go „lękiem”, wydawało mu się nawet, że, tak jak Piotr, postawił stopę na powierzchni wody i że „ze strachu przed szalejącą burzą” będzie musiał zaraz zawołać: „Ocal mnie, Panie!”

Za późno! Już dosięgła go jedna z owych nagłych śmierci, których nie brak w dziejach „ojców świętych”. Zwyczajny zawał, w naszych czasach przecież tak częsty! „Niemożliwe” — wykrzy­czał co prawda od razu jego wenecki sekretarz, który znał swo­jego patriarchę — zbadanego tuż przed wyjazdem na konklawe, bez stwierdzenia jakiejkolwiek choroby serca — jako człowieka zaprawionego w wędrowaniu po Dolomitach. „Tacy ludzie nie umierają na zawał”. Inni krzyczeli: „Potrzeba sekcji zwłok! Ale Kuria powołała się czym prędzej — zbyt skwapliwie — na prawo kanoniczne.

Ale w owym czasie uśmiechał się już — patrzcie, patrzcie — Jan Paweł II. Czy na myśl o tamtych dziesięciu milionach, o któ­rych znów było głośno na świecie? Czy na myśl o niepewnych lotach Ducha Świętego, który najpierw szybował nad kardyna­łami Sirim i Benellim, potem zaś nad Colombem i Polettim, aż wreszcie zniżył się do niego, Wojtyły? Chyba że uśmiechał się po prostu dlatego, iż została dowiedziona możliwość uprawiania poli­tyki globalnej również metodą ciągłego uśmiechania się (i zawsze z przyjemnością, jak w pewnej starej operetce)? Albo uśmiechał się wręcz dlatego, że jego, też „pełnego troski i obaw”, według wszelkiego prawdopodobieństwa — nie mogło spotkać rychłe za­trzymanie pracy serca? I być może nie tylko według wszelkiego prawdopodobieństwa?

Teraz uśmiechał się pewno niejeden człowiek Kurii. Zwłasz­cza że wszystkich — kilka tysięcy pracowników — czekały dodat­kowe pensje z okazji śmierci jednego papieża i wyboru nowego; w ciągu dwóch miesięcy — sześć, co musiało oczywiście powięk­szyć „świętą biedę”, pomimo znanej na całym świecie pracowito­ści. (Na pytanie o to, ile osób w Watykanie pracuje, Jan XXIII odpowiedział ponoć bez wahania: „Zapewne połowa”).

I zarówno dlatego, jak też z paru innych, nie wymienionych jeszcze, przyczyn. My też najchętniej uśmiechalibyśmy się wciąż, a gdyby nasze konto nie było chronicznie uszczuplane ponad jego stan, to doprawdy nawet my posłalibyśmy czek do Rzymu — do tej beczki bez dna, której nie zdołają nigdy zatkać ani bramy piekła, ani bramy nieba.

Papież udaje się na miejsce zbrodni

„Widzi pani, Mylady — powiedziałem — każdy ruch, jaki pani tu ogląda, spo­sób składania rąk i otwieranie ramion, to przyklękanie, mycie rąk, okadzanie, ten kielich, cały wręcz strój tego czło­wieka, od mitry po rąbek stuły, wszystko to jest staroegipskie i stanowi pozosta­łość po duchowieństwie, które zgłębiało pierwotną mądrość, wynajdowało pierw­szych bogów, wyznaczało pierwsze sym­bole i młodą ludzkość…” „Jako pierwsze oszukiwało — dodała z goryczą Mylady

— i sądzę, doktorze, że z najwcześniej­szej historii świata nie zostało nam nic prócz paru żałosnych, oszukańczych for­mułek. I są one wciąż skuteczne. Bo czy widzi pan tamte ponure twarze? Zwłasz­cza tego mężczyznę, który padł na swoje głupie kolana i wygląda tak strasznie głu­pio ze swą rozdziawioną gębą?”

HEINRICH HEINE

Ale gdy ten człowiek sprawia raczej wrażenie dobrego ojca, postaci czasem przyjaznej, osoby kiedy indziej niemalże przebie­głej? I jego wygląd nie nasuwa myśli o poprzednikach, którzy roz­pinali na krzyżu całe narody i kontynenty? Tak jakby nie istniał Baronius, kardynał świętego Kościoła rzymskiego, który dopatry­wał się „urzędowych obowiązków” głów tego Kościoła w „wypasa­niu i zabijaniu”, zgodnie z nakazem: wypasaj moje owieczki, a po­tem: zabijaj i jedz! Bo gdy papież ma do czynienia z opornymi, to jest dla niego nakazem zabicie i zjedzenie ich. Tak jakby żołądki kilkuset papieży — ach, gdyby je tak wysondować! — nie prze­trawiły wielu milionów w złocie i akcjach, całych miast, księstw, wszelkich ilości ludzkiego mięsa, kruchych niemowląt i ugotowa­nych kości kacerzy, smakowitych dziewic, śmiertelnie chorych, na­wet ciężarnych („Ratujcie życie poczęte!”), istot stworzonych na podobieństwo Boga, w różnym wieku i różnych wyznań. Tak jakby ulubioną dewizą Grzegorza VII nie były słowa: „Niech będzie przeklęty ten, kto nie chce miecza unurzać we krwi”. I tak jakby dewiza Juliusza II nie brzmiała, jak następuje: „Skoro nie poma­gają klucze Piotrowe, to niechaj pomoże mi miecz Piotrowy”. Tak jakby jego „niezapomniany poprzednik Pius XII” (to słowa Jana Pawła II) nie wołał, wspominając o wojownikach Hitlera: „Oni przysięgli. Oni muszą być posłuszni”. Tak jakby Madonna („za­wsze będąca prawdziwą gwiazdą przyświecającą ewangelizacji”, według słów Jana Pawła II) nie przepowiedziała, że jeśli Rosja się nie nawróci, to „niejeden naród zginie […]”.

Nie, on nie zbliża się z groźną miną i nie z mieczem; zbliża się po biblijnemu, z pokojowymi intencjami, z „dobrą nowiną”. „Bóg przychodzi do nas!” — woła. „Królestwo Boże jest wśród nas!” tak, otrzymujemy od niego królewski dar, co prawda tylko jeden — „bezgraniczną życzliwość”. To przyjaciel ludzi, który chciałby odwiedzić „każdy dom i każdą chatę”, chętnie spotkałby się ze wszystkimi, z każdym chciałby porozmawiać, ale najchętniej za-siadłby do stołu z rodzinami biedaków, „tych, którym brak chleba — żeby im pomóc”. Ale to jest niestety niemożliwe — wyjaśnił w Rio i zaproponował coś lepszego: „ciało Jezusa i jego bezcenną krew […] w nie mającym końca kościele pod firmamentem roz­pościerającym się nad Rio de Janeiro, o wiele większym i wspa­nialszym niż kopuła stworzona przez Michała Anioła”. Ach, czyż najuboższemu z biedaków nie żyje się tam lepiej niż papieżowi w Rzymie?

Ale chociaż chętnie i tam, i wszędzie dzieliłby szczęśliwy los biedaków, których bezustannie uznaje za „błogosławionych”, bo „do nich należy Królestwo Niebieskie”, jeszcze piękniejsze niż niebo nad Rio — on nie może głodować razem z nimi. Troska o całość gna go dalej, przez lądy i morza; nie, nie po to, żeby przy­nosić ze sobą powiew wielkiego świata, lecz po to, by pozwolić poznać Chrystusa. I nie występuje on, Mylady, na sposób „sta-roegipski”, ani też — powtórzmy szyderstwo Goethego — „jako najlepszy aktor Rzymu” czy wręcz najlepszy urbis et orbis. Jesz­cze raz: nie. On zbliża się jak anioł Pański, dosłownie z wyżyn nieba, jak sam Duch Święty. Tyle że teraz już bez gołębich skrzy­deł i bez piór — takich, jak te pokazywane jeszcze w 1542 roku przez biskupa Moguncji: dwa pióra trzeciej osoby Boga razem z jajem tejże osoby. I przychodzi „bez kostura wędrowca”, na sposób całkiem ewangeliczny, nawet „bez pieniędzy za pasem”. Te są ukryte w szwajcarskich bankach, w USA, w tysiącach firm; w piwie, ropie naftowej, likierach klasztornych, w hotelach i nie­ruchomościach, w małych miejscowościach wczasowych i gazetach, w elektrowniach, ubezpieczeniach, towarzystwach telefonii, kolejach („Otrzymaliście to za nic i za nic przekażcie dalej…”); są ukryte w argentyńskich gazowniach, boliwijskich kopalniach cyny, brazylijskich fabrykach gumy („Opłaca się służyć sprawie Chrystusa” — mówi papież Jan Paweł II); są ukryte w Alitalii, koncernie Fiat, w BMW, w Bayer Leverkusen, w firmie Siemens und Halske, w General Motors Corporation, w U.S. Steel, Sharon Steel, Bethlehem Steel, a do tego dochodzą dywidendy z fabryk broni, kasyn gry, ach, mógłbym tak wyliczać całymi stronicami. Ale: „I tego wystarczy, by pojąć, jakie wspaniałe jest to powoła­nie” — mówi Karol Wojtyła.

Nadlatuje czterosilnikowym odrzutowcem papieskim z wbu­dowaną sypialnią („Moje królestwo nie jest z tego świata”), po czym zstępuje jako „gwiazda religijnego happeningu”, budząc za­chwyt całego globu, jako „geniusz”, „bohater ludu”, the moral leader of the world, „John Travolta Ducha Świętego”, po prostu: John Paul Superstar. W gołębiej białej sutannie, oznace niewinno­ści, całuje — wśród skierowanych na niego kamer, na bynajmniej nie głupich kolanach, przeciwnie, skutecznie działając na masy — kraj swego nawiedzenia, i to zawsze „ciepło i spontanicznie, jak ktoś, kto czyni to po raz pierwszy”, choć w Brazylii zrobił to już trzynaście razy. A potem naprzód, między salutujących ofi­cjałów, ekscelenqe i eminencje, ku mężom stanu i racjom stanu, nawet pomiędzy piłkarzy, między całe stada reporterów, z któ­rych wielu przywiózł ze sobą — propaganda fide! Salwy, honory wojskowe, orkiestry wojskowe, marsze wojskowe, prócz tego złote słowa, ale, Mylady, bez „żałosnych, oszukańczych formułek”, tylko słowa prawdy, słowa życiodajne, „dobra nowina” dla setek tysięcy, w błocie, w deszczu, w słonecznym skwarze — w czterysta lat po spaleniu Giordana Bruno, który jęczał już, gdy „w kurzu / klę­czano / Przed tym potworem, Jego Świątobliwością /1 modlono się — modlono…”, który szydził i wzdychał:

O święta i ośla ciemnoto, o święta ignorancjo, O święta głupoto, o święta dewocjo!

Tak, klęczeć w błocie — „Święte osły tym się nie przejmują / Kolana zginają, ręce nabożnie składają / W nadziei, że je Pan błogosławić będzie…” — i w powietrzu nie ma już tak często występujących przy podobnych okazjach niebiańskich zastępów, lecz jest „latająca superbrygada antyterrorystyczna”; na dachach strzelcy wyborowi, a pod ziemią jednostki specjalne przeczesują dzień i noc systemy kanałów — mówiąc krótko: nikt nie pokłada ufności w Bogu!

Ale za to, wszystko jak w filmie kryminalnym. Każde miejsce akcji jest zarazem miejscem zbrodni. I to jakim!

Jeden tylko przykład: pierwsza daleka podróż.

W dniu 25 stycznia 1979 roku Jan Paweł II dotknął ziemi w Republice Dominikańskiej na wyspie Haiti, potem wstał i po­wiedział: „Panie prezydencie, umiłowani bracia w biskupiej posłu­dze, bracia i siostry! Dziękuję Bogu, że pozwala mi wstąpić na ten skrawek ziemi amerykańskiej”; „przyjść tutaj drogą, którą obrali pierwsi krzewiciele wiary po odkryciu tego kontynentu […]”.

Słusznie. „Tutaj — stwierdza naoczny świadek, hiszpański dominikanin Bartolome de Las Casas, późniejszy biskup Chiapas

— rozpoczęło się mordowanie, duszenie tych nieszczęśników […]”

— „[…] bo dziś możemy wyrażać tylko podziw i wdzięczność za to, czego oni dokonali” — powiedział papież.

„Chrześcijanie — pisze Las Casas — wdzierali się między ludzi, nie oszczędzali ani dzieci, ani starców, ani kobiet brzemien­nych, ani tych w połogu, rozpruwali im ciała i rozrywali wszystkich na kawałki, nie inaczej, niż gdyby napadli na stado owiec […]” — „[…] żeby głosić chwałę Chrystusa, Zbawiciela — mówił radośnie papież — żeby bronić godności tubylców, strzec ich nienaruszal­nych praw”, „unaocznić waszym przodkom Królestwo Boże”.

„Oni szli w zawody, który potrafi rozpłatać człowieka za pierwszym ciosem miecza, który zdoła rozerwać głowę piką albo wyrwać wnętrzności”. „Wówczas to — mówił triumfalnym gło­sem papież — ten umiłowany lud otworzył się na wiarę w Jezusa Chrystusa”. „Nowo narodzone istotki — opowiada Las Casas — odrywali, chwytając je za nogi, od piersi matek i rzucali je na skały, rozbijając im głowy”. „Niech będzie pochwalony Pan, który mnie tu zaprowadził” — zawołał papież… „Inne dzieci włóczyli ze sobą po ulicach, trzymając je za ramiona, śmiali się przy tym i żartowali, a w końcu wrzucali te dzieci do wody i mówili: «Teraz tam się miotaj, ty małe, nędzne ciało!»” — „[…j tu, gdzie na tym kontynencie rozpoczęło się dzieło boże, na chwałę i cześć Pana naszego […]”. „Inni zabijali i matkę, i dziecko […]” — „[…] tu, gdzie zatknięto pierwszy krzyż, odprawiono pierwszą mszę i od­mówiono po raz pierwszy Ave Maria”.

„Robili oni też szerokie szubienice, takie że stopy prawie do­tykały ziemi, na każdej z tych szubienic wieszali na cześć i chwałę

Zbawiciela i dwunastu apostołów po trzynastu Indian, potem pod­kładali drewno, rozniecali ogień i palili wszystkich żywcem” — „[…] w istocie łaska i właściwe powołanie Kościoła” — stwierdził papież. „Kościół istnieje po to, żeby ewangelizować”.

„Kiedyś pojawił się gubernator wyspy […] przywołał on do siebie trzystu najznakomitszych władców i obiecał im bezpieczeń­stwo. Większość z nich zwabił podstępnie do słomianej chaty […] i kazał ich wszystkich spalić żywcem”. Najznakomitsi władcy spa­leni — nowi władcy zainstalowani.

„Stolica apostolska — powiedział papież — ustanowiła pierwsze biskupstwa Ameryki właśnie na tej wyspie”.

„Wszystkich pozostałych, razem z ich świtą, chrześcijanie za­bili lancami i szpadami; ale królową Anacoanę przez respekt po­wiesili”. Bo przecież wyświadczyła ona chrześcijanom „największe przysługi”, „wprost nadzwyczajne dobrodziejstwa”. Dlatego też przez respekt dla niej: na szubienicę. Reguła była natomiast taka: „Możnych i szlachetnie urodzonych zabijali oni zazwyczaj jak na­stępuje: robili stosy z bierwion kładzionych na widły, przywiązy­wali do nich nieszczęśników, a niżej rozniecali niewielki ogień, i ci ludzie z czasem krzyczeli żałośnie i w straszliwych cierpie­niach oddawali ducha Bogu […]. Wszystkie opisane tu okropności i jeszcze wiele innych widziałem na własne oczy”.

„Krzewiciele wiary w stosunkowo krótkim czasie objęli swoją działalnością całe Santo Domingo” — mówił papież. „Byli to lu­dzie, którzy lgnęli zwłaszcza do biednych i bezradnych, do tubyl­ców […] Później, za czasów Francisca de Yitoria, ukształtowały się na tej podstawie początki prawa międzynarodowego”.

Biskup Las Casas: „Jako że wszyscy, którzy mogli uciec, skryli się w górach i weszli na najbardziej strome szczyty, żeby uchronić się przed tymi okrutnymi, bezlitosnymi ludźmi, podobnymi do zwierząt drapieżnych, więc ci dusiciele, ci śmiertelni wrogowie rodu ludzkiego, tak wytresowali swoje psy myśliwskie, by szybciej, niż odmawia się Ojcze nasz, rozrywały one każdego napotkanego Indianina; potężniejsze psy łowiły Indian niczym dzikie świnie i pożerały ich”.

Papież Jan Paweł II: „Jeśli mamy tu wyrazić zasłużoną wdzięczność tym, którzy jako pierwsi posiali ziarno wiary, to na­leży się ona przede wszystkim zakonom, które bez reszty poświę­ciły się dziełu ewangelizacji, chociaż ponosiły czasem ofiary, nawet spotykała je męczeńska śmierć […]”.

Biskup Las Casas: „Jako że Indianie, co zdarzyło się jednak tylko parę razy, w słusznym i świętym gniewie zabili kilku spośród chrześcijan, ci ostatni przyjęli za swą regułę, by w odwecie za zabicie jednego chrześcijanina ginęło z ich rąk stu Indian […]”.

Papież Jan Paweł II: „Kościół był więc na tej wyspie pierwszą instancją, która zatroszczyła się o sprawiedliwość i prawa czło­wieka […]”.

Czy Karol Wojtyła zna tylko katolicką wersję historii swego Kościoła? Z takiej wiedzy bierze się oczywiście ostrzejsze widze­nie tego, co piękne, zwłaszcza tych paru własnych „męczenni­ków”, którzy zawsze stanowią to najlepsze, co w dziejach danej religii może się wydarzyć; dlatego też papież przypomina o tym „ze wzruszeniem”. Ale, podobnie jak w wielu innych historiach Kościoła, nie wspomina się słowem o ofierze krwi milionów ludzi zaatakowanych, prawowitych właścicieli tej ziemi! W każdym ra­zie teraz — nauczał papież — teraz nie należy próbować „gorzej sytuowanych obdarzać przywilejami”, bo przecież stworzyłoby to tylko „nowe sytuacje niesprawiedliwe — dla tych, którzy dotych­czas korzystali z przywilejów” [!]. (Ach, przydałaby się już „en­cyklika społeczna” jego autorstwa! Świat łaknie jej! I na pewno jeszcze więcej ludzi umrze po niej z głodu!)

Ale własność Kościoła to oczywiście coś innego niż niegdy­siejsza własność Indian. Nie powinniśmy, co historycy wciąż pod­kreślają, dostosowywać dzisiejszych wyobrażeń do czasów daw­niejszych. Jednocześnie możliwe, że dawne wyobrażenia były cał­kiem fałszywe i że dopiero teraz dochodzimy do właściwego wi­dzenia przeszłości.

Na przykład Las Casas. Ten człowiek był co prawda — do czego się zapewne nie nadawał — zakonnikiem i biskupem. Żył na Haiti i na Kubie, w Gwatemali, Peru, Meksyku, i to bez mała pół wieku. Ale właśnie ten długi okres, tropikalny klimat, a prócz tego wielkie tempo realizacji dzieła bożego, sprawiły, że ten czło­wiek widział wkrótce już tylko czerwień, krew, dotknęła go zawo­dowa ślepota, nie dostrzegał bowiem owych — tak często przez papieża określanych jako „piękne” — owoców, „owoców ewange­lizacji”, które tam właśnie dojrzewały, i — co gani pewien jezuita z naszych czasów — w końcu potrafił już tylko produkować „opo­wieści grozy”. Ale nie dlatego — powtórzmy za owym jezuitą — że — jak można by sądzić — naprawdę działy się tam straszne rzeczy, lecz po prostu dlatego, że będąc na miejscu, Las Casas „nie widział spraw w ich właściwym wymiarze”. Tak, Panie Boże, dziś widać, ma się rozumieć, że owych z górą pięćdziesiąt mi­lionów czerwonoskórych i czarnych, którzy tracili życie w miarę postępów dzieła bożego, to nic, co ja mówię, to przecież w ogóle żadna tragedia. Przeciwnie: „W całych dziejach misjonarstwa nie ma niczego wspanialszego”.

To jest nauka! Z kościelnym imprimatur.

A po przeciwnej stronie autor tego eseju. Jakby nie dość było tego, że bez skrupułów wyrywa cytat za cytatem z kontekstu, to jeszcze brak mu owej subtelniejszej (czy wyższej) umiejętności odróżnienia tych, którzy torowali drogę, właściwych rębajłów, od tych, którzy szli za nimi z „dobrą nowiną”. „Jakież piękne są stopy tych, co głoszą słowo boże!” — to powiedzieli Paweł i Wojtyła. Jedni bowiem zabijali, a drudzy ewangelizowali; jedni orali, dru­dzy obsiewali: to dwa całkiem odmienne zadania, właściwie tak samo nie mające ze sobą związku, jak części ciała rozerwanego na strzępy i wypatroszonego Indianina. Staranne oddzielenie spra­wia, że nie istnieje żadne powiązanie.

I chociaż późni scholastycy hiszpańscy, Soto, Bańez, Grze­gorz z Walencji, pozwalali na wojnę kolonialną, wojnę przeciw „wrogom misjonarzy”, sama krwawa robota nie była oczywiście — przytoczmy słowa Francisca Suareza, czołowego wówczas hisz­pańskiego teologa, jezuity — „sprawą kapłana i stanu duchow­nego”. Nie, ci ostatni mieli z tym równie mało do czynienia, jak z eksterminacją pogan, Żydów, „kacerzy”, „czarownic”. Zwłasz­cza najwyżsi duchowni, papieże, nie zabijali żadnego Indianina — że papież zabił papieża, to się czasem zdarzało — ale prze­cież nie Indianina. Pod tym względem są oni całkiem niewinni; tak niewinni, jak Hitler — który też nigdy nie zamordował żad­nego Żyda — nie jest winien temu, że Żydzi ginęli w komorach gazowych.

Ale jeśli chodzi o „pierwszych krzewicieli wiary” (w węż­szym rozumieniu) na Haiti, owych dwunastu „synów św. Fran­ciszka”, to Jan Paweł II mógłby doczytać się nawet u Josepha Hóffnera, arcybiskupa Kolonii, że pochwalali oni metody „osad­ników”, które opisał Las Casas. A gdy nieco później do francisz­kanów dołączyli dominikanie i Antonio de Montesino grzmiał w 1511 roku z ambony kościoła Świętego Dominika: „Czyż to nie ludzie?” (na chrześcijańskim Zachodzie spierano się o to jesz­cze w XVIII wieku!), „Czyż nie mają pojętnych dusz? Czyż nie jesteście zobowiązani kochać ich jak samych siebie?” — wtedy to prowincjał dominikanów, Alfonso de Loaysa, przypuszczalnie na polecenie biskupa Juana de Fonseca zakazał „z mocy Ducha Świętego” wszelkiej krytyki. Kto ma zbyt wrażliwe sumienie, ten niechaj wraca do Hiszpanii!

Kościół katolicki, którego ewangelizacja jako „jedyna” po­siada moc „zbawiania ludzi, bo stanowi objawienie miłości”, Ko­ściół katolicki, który tutaj — wołał papież Jan Paweł II — w tym właśnie mieście „rozpoczął tyle pięknych rzeczy”, gdzie — co wię­cej — sam Bóg „rozpoczął swoje dobroczynne dzieło”, w istocie pod względem teologicznym i praktycznym w pełni popierał znie­walanie i masową eksterminację, owo dobroczynne dzieło; było to zresztą za czasów takiego poprzednika Karola Wojtyły, któ­rego ten — niewdzięczny — nie wspomina ani razu w czterdziestu siedmiu homiliach latynoskich, zapewne dlatego, że tamten chyba nie tak bardzo cenił celibat, „bezcenną wartość chrześcijaństwa — według słów Jana Pawła II — i tysiącletnie dziedzictwo Kościoła”, skoro sam miał z różnymi kochankami dziesięcioro dzieci i często współżył z bardzo jeszcze młodą rodzoną córką. Aleksander VI, wcale nie najgroźniejszy z „namiestników”, przyznał w bulli Inter coetera z 4 maja 1493 roku Nowy Świat (omnes insulas et terras firmas irwentas et inveniendas, detectas et detegendaś), który nie należał do niego, tak jak Watykan nie należy do Dalaj Lamy, po prostu Hiszpanom i Portugalczykom, wzywając ich jednocześnie, by „tubylców, mieszkańców owych lądów, doprowadzili do oka­zywania czci Zbawicielowi i do wyznawania wiary katolickiej”.

Gdy w niecałe czterdzieści lat po tym akcie darowizny — jak zwykle wzmocnionym mszą i komunią świętą, bez udziału prawni­ków, ale w asyście pobożnej braci zakonnej — rozpoczęto krucjatę przeciw Peru, władca Inków Atahualpa oświadczył po kazaniu mi­syjnym późniejszego biskupa ojca Yicente de Valverde: „Co się tyczy papieża, o którym mówicie, to musi być szalony, skoro my­śli o tym, żeby rozdawać ziemie, do niego nie należące. Ja nie chcę zmieniać wiary. Wasz Bóg został, jak mówicie, zabity przez tych samych ludzi, których stworzył. Mój zaś — władca wska­zał na wspaniałe słońce, co właśnie zachodziło za góry — żyje wciąż w niebie i spogląda na swoje dzieci”. Po tych słowach ów mnich, jeden z tych tak często chwalonych przez Jana Pawła II „nieustraszonych misjonarzy” z „odległego XVI wieku, których wiara i wielkoduszność zasługuje na podziw”, rozkazał: „Atakuj­cie od razu! Udzielam wam absolucji!” I z okrzykiem bojowym Santiago ci, co nieśli „dobrą nowinę”, wymordowali od dwóch do dziesięciu tysięcy swoich bezbronnych gości; a na koniec, po odebraniu całego złota, zabito — jak pospolitego zbrodniarza — przy użyciu garoty, śruby duszącej, również władcę, ostatniego Inkę, którego ojciec de Valverde nawet ochrzcił i — co więcej — nazajutrz odprawił uroczystą mszę za jego duszę. Tak objawiła się „chrześcijańska miłość”, „ten istotny czynnik życia kościelnego”, tak odbywało się „budowanie Królestwa Bożego”, „ewangeliza­cja”, by powtórzyć kolejny stereotypowy, dobitny slogan Karola Wojtyły, tak wyglądało to, czemu papieże nie od dziś zawdzię­czają swoje latynoskie szczęście, a latynosi jeszcze dziś — swoje nieszczęście.

Dla konkwistadorów i dla Kościoła zagrabienie Ameryki było jeszcze jedną „krucjatą”, walka przeciw tubylcom stanowiła bez­pośrednią kontynuację ich wojny z Maurami; Indianie to dla nich „potwory” i ich „zagłada spodoba się Bogu”. Misjonarze ani myśleli podawać w wątpliwość konkwistę. Ta krwawa akcja była warunkiem powodzenia misji, „wojna sprawiedliwa” (guerra justa) jest zawsze dopuszczalna, a bellum romanum, wojna z nie­wiernymi, „zawsze sprawiedliwa ponad wszelką wątpliwość”, więc także każda wojna z Indianami. Hiszpański kaznodzieja nadworny Gregorio, który nazywał Indian „mówiącymi zwierzętami”, dowo­dził według pism Tomasza z Akwinu, że „trzeba rządzić nimi żela­znym prętem”, i propagował zniewalanie ich. Poza paroma zniko­mymi wyjątkami, misjonarze domagali się „przemocy”. Również ów, tak wychwalany przez papieża, jezuita Jose de Anchieta, „pio­nier ewangelizacji”, „boży człowiek”, „apostoł Brazylii, który wię­cej niż ktokolwiek przyczynił się do szczęścia waszego narodu”, „wzór dla całej generacji misjonarzy”, wypowiadał taką oto de­wizę: „Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje” — a Jan Paweł II beatyfikował go w 1980 roku!

W końcu nie wystarczała już nawet reguła haitańska — stu martwych Indian za jednego zabitego chrześcijanina. Chcąc po­mścić trzech jezuitów zamordowanych przez Karibów nad rzeką Orinoko, posłano tam żołnierzy, by — jak donosił w 1685 roku z Ameryki Południowej jezuita Johann Gastl — „zabili oni tylu Karaibów, ilu zdołają zabić. Nie ma lepszego sposobu na okieł­znanie dzikości ludów barbarzyńskich […]”. I jeszcze w 1812 roku jezuita del Coronil pouczał wojska wyruszające przeciw powstań­com w Wenezueli: „Zabijajcie wszystkich powyżej siódmego roku życia!”

Ale papież nie zawahał się ani chwili i powiedział: „Kościół chciałby poświęcić się Indianom. Dziś tak samo [!], jak czynił to wobec ich przodków od czasów odkrycia kontynentu”. Wyspa Haiti, w chwili przybycia katolików zamieszkana przez lud in­diański na wysokim poziomie cywilizacji, miała około miliona stu tysięcy ludności; w 1510 roku — już tylko czterdzieści sześć ty­sięcy; w 1517 roku — już tylko tysiąc. „Tu, mimo trudności i ofiar, osiągnięto piękne wyniki” — powiedział papież. „Tu zaświadcza się dziś istnienie Chrystusa […]”.

Liczy się tylko jedno. Ich władza! Obecnie dziewięćdziesiąt pięć procent ludności Republiki Dominikańskiej to katolicy. I być może — któż to wie — jakaś wojna atomowa sprawi, że i dzie­więćdziesiąt pięć procent mieszkańców Europy będzie katolikami, tyle że nie będą to już pewnie potomkowie Europejczyków, lecz na przykład wyłącznie rzymskokatolickich Latynosów. Jakiż szczę­śliwy byłby potem każdy papież — taki szczęśliwy, jak Jan Paweł II w Ameryce Łacińskiej!

Bo kto idzie po z górą pięćdziesięciu milionach trupów, tak jak to czynią papieże, ten potrafi przejść także po pięciuset mi­lionach trupów czy po jeszcze większej ich liczbie. Gdyby na­wet świat zginął — tak jezuita Gustav Gundlach zinterpretował doktrynę Piusa XII o wojnie atomowej (podkreślając, że papież „zdaje sobie doskonale sprawę z zasięgu i realiów”) — znaczyłoby to niewiele; bo przecież nie my, mówi dosłownie ten jezuita, „po­nosilibyśmy odpowiedzialność za koniec świata”, natomiast „mo­glibyśmy wtedy powiedzieć, że Pan Bóg przyjmuje odpowiedzial­ność na siebie”.

Wskutek zagłady milionów Indian na Haiti, na innych wy­spach i na kontynencie zaczęło brakować rąk do pracy. I wtedy właśnie Bartolome de Las Casas, współczujący Indianom, pora­dził, by sprowadzono do Ameryki niewolników murzyńskich, co rozpoczęło nowy wspaniały etap realizacji dzieła bożego. Jak się bowiem oblicza, w pewnych okresach na jednego schwytanego niewolnika, który docierał żywy do wybrzeży Afryki, przypadało dziesięciu zmarłych podczas transportu drogą lądową, a potem na morzu umierało dziewięć osób z każdej ocalałej dziesiątki. Ludzie zachodni — stwierdza papież — „zaszczepili w Ameryce Łacińskiej nową kulturę, zasiedlając kontynent coraz to innymi narodami”, między innymi — jak wspomniał uczciwie — „Murzy­nami z Afryki”. Trzydzieści milionów — tego już nie powiedział — trzydzieści milionów czarnych, albo nawet o wiele więcej, spro­wadzili z czasem chrześcijanie do Ameryki; prawie tyle samo, albo nawet o wiele więcej, straciło życie jeszcze na lądzie afrykańskim bądź na osławionych statkach niewolniczych. Ale i ten „rozdział”, pocieszył Jan Paweł II, „został już zamknięty […]”. I pełen „nieza­tartych wspomnień” o „pięknych dniach”, które przynajmniej on przeżył „w kolebce katolicyzmu Nowego Świata”, odleciał w huku salw armatnich 27 lutego 1979 roku do Meksyku.

Po czterech godzinach wysiadł z samolotu DC-10 włoskiego (czy raczej: watykańskiego) towarzystwa lotniczego Alitalia, padł na „uświęconą meksykańską ziemię” całując ją, potem zwinnie się podniósł i szybko podszedł do przybyłego w ostatniej chwili prezydenta Jose Lopeza Portillo. Senor — powitał papieża szef państwa, w którym co prawda żyje dziewięćdziesiąt siedem i pół procent katolików, ale które nie ma stosunków dyplomatycznych z Watykanem — nawiązania ich po papieskiej wizycie spodzie­wał się tylko przywódca meksykańskich komunistów — i nawet wywłaszczyło kler na mocy konstytucji z 1917 roku. Ergo: Por­tillo powitał „namiestnika Chrystusa” nie jako składającego wi­zytę państwową, lecz jako turystę („bo to nic złego i do niczego mnie nie zobowiązuje”), zdobył się na dokładnie cztery krótkie zdania i niezwłocznie opuścił lotnisko.

Papież Jan Paweł II nawiązał nie do roku 1917, ale do czasów pomyślniejszych. „Już w dwadzieścia lat po rozpoczęciu, w 1492 roku, głoszenia dobrej nowiny w Nowym Świecie — poinformował — ta wiara dotarła do Meksyku”. Ale razem z wiarą, co ponti-fex znowu przemilczał, przyszły wojny, inkwizycja, niewolnictwo, syfilis — choroba, której oznakami ponoć się pyszniono tak, jak gdzie indziej bliznami po ranach wojennych.

Wraz z katolicyzmem rozprzestrzeniła się przecież „atmos­fera rozpasania seksualnego” i właśnie duchowieństwo nader płodnie powiększało Królestwo Boże, najchętniej za pośrednic­twem czarnoskórych Mulatek i Murzynek, „Tutaj — podkreślił papież — nie może być żadnej różnicy między poszczególnymi rasami i cywilizacjami”; Chrystus jest bowiem „wszystkim i we wszystkich”. Ale i w jego wybranych oblubieńcach tkwił nie tylko Pan, lecz i syfilis. W klasztorach pobożnych kobiet było go aż nadto. „Wiem dobrze — pochwalił je papież — jak wielki był wkład zakonnic w rozpowszechnianie wiary w Ameryce Łaciń­skiej […]. Tutaj pracowały one stale u boku kleru diecezjalnego”. Ale że oblubienice Pańskie mimo najlepszych chęci nie mogły zaspokoić wszystkich chętnych, to zastępczo ofiarowywały przy­najmniej to, co upiekły, jako „brzuch zakonnicy” i „westchnienie zakonnicy”, jako „niebiańską słoninę” i „anielski kąsek”.

Rozpasaniu seksualnemu towarzyszyło rozpasanie morder­ców. Bo „ewangelizacja”, która — według Jana Pawła II — „w tym kraju dokonała się w sposób cudowny”, była i tam, jak przy tylu innych okazjach, połączona z „totalną”, „dogmatyczną”, „świętą” wojną; bynajmniej nie z walką „bladych twarzy przeciw czerwonoskórym”, lecz z walką „chrześcijan przeciwko niewier­nym”. To wyjaśnia radykalny charakter rozpowszechnienia dzieła bożego również w Meksyku, a potraktowano tak ludzi całkowicie ufnych, gościnnych, którzy zfiliżali się do Hiszpanów dosłownie jak do bogów; pod względem techniki wojennej stali oni na tyle niżej od Hiszpanów, że w końcu ich heroizm nie zdał się na nic, „tak jak daremna byłaby odwaga żołnierzy znad Marny w obliczu dzisiejszej bomby atomowej”.

Mimo poniesionych strasznych ofiar w ludziach, stojąc pod względem etycznym znacznie wyżej od katolików, ci Indios, któ­rzy ocaleli, otrzymali zatem to, co Karol Wojtyła określił w Mek­syku jako „podstawy wiary chrześcijańskiej”, „miłość Chrystusa do ludzi”: „Ta miłość nie jest stronnicza, bo nikogo nie wyłącza […]”, to, co propagował jako „dobrą nowinę” przynoszoną „lu­dziom bez względu na narodowość, poziom kultury, rasę, epokę rozwoju, status społeczny czy warunki życia”, to, co pochwalił jako „dzieło ewangelii i pokoju, oparte na sprawiedliwości i miło­ści między ludźmi i między narodami”; krótko mówiąc, otrzy­mali przeciwieństwo „ateistycznego humanizmu”, poznali „wy­miar absolutu”: oszustwa, grabieże, tortury, niewolnictwo i ma­sową zagładę.

Posłuszni Rzymowi katolicy bili, dźgali, dusili, zatapiali, pa­lili; wszystko to w imię boże i w imieniu Najświętszej Maryi Panny. Palili królów, wodzów plemion, „czarownice”, całą warstwę rzą­dzącą dawnego Meksyku. Spalili mnóstwo wsi, miast, bezcennych świątyń, wizerunków bogów, dzieł sztuki, prawie całą kulturę Az­teków. Uhonorowany przez papieża w Meksyku jako pierwszy z grona „wielkich postaci krzewicieli dobrej nowiny”, franciszka­nin Juan de Zumarraga, pierwszy meksykański arcybiskup, szcze­gólnie wyróżnił się w niszczeniu miejsc kultu. Już w 1531 roku doniósł o zburzeniu ponad pięciuset świątyń i ponad dwudziestu tysięcy „wizerunków bożków”. Kapitan Bernal Diaz del Castillo wyznał zresztą, że Hiszpanom „nie zdarzyło się nigdy takich rze­czy oglądać i nawet nie śniło się o nich […]”. A przecież i Al­bert Durer zanotował, będąc w 1520 roku w Brukseli, na dworze Karola V: „I przez całe życie nie widziałem niczego, co by tak radowało moje serce, jak te przedmioty […] i dziwiłem się prze­myślności ludzi w obcych krajach”.

Trupy i popiół. „Oni mieli dla tamtych nie tylko o wiele mniej szacunku i litości — pisze Las Casas — a mówię prawdę, bo przez cały czas oglądałem to na własne oczy, nie tylko mniej szacunku i litości niż dla swego bydła, dałby Bóg, żeby nie traktowali ich okrutniej niż bydło, ale nawet znaczyli tamci nie więcej, raczej o wiele mniej niż nieczystości na drogach”. Na mężczyzn i na ko­biety szczuli psy, karmione ludzkim mięsem, ćwiartowanymi żyw­cem indiańskimi niemowlętami. Rozrywali jeńców między dwoma końmi albo dwoma czółnami. Wbijali ciężarne kobiety na pale, przywiązywali ofiary do luf armatnich i puszczali je z dymem, „na większą chwałę Zbawiciela” prowadzili je na szubienice, ucięli im setki rąk, nosów, warg, piersi, „z pomocą Boga, Świętej Dziewicy i apostoła Santiago […]”, świętego patrona Hiszpanów, Jakuba, którego rzekomy grób w Santiago de Compostela stanowi od póź­nego średniowiecza ważny cel pielgrzymek w świecie zachodnim. I to, co jeszcze w XVIII wieku zostało przez Gottfrieda Arnolda określone jako „czyny drapieżnych bestii, istnych diabłów wcielo­nych”, w XX wieku stanowi dla kardynała Hoffnera z Kolonii — kto by pomyślał, że stać go na taką otwartość! — wyraz „niekła­manej… religijności”!

Tym, których owi szczerzy papiści nie zamordowali, którzy w obliczu ich religii miłości sami nie odebrali sobie życia, jak to często robili w Europie Żydzi, tym ludziom, przy oficjalnej aprobacie teologów, zakładano żelazne obroże na szyje, łańcu­chy, i wypalano im na ciałach — w imieniu cesarza oraz w imię wiary chrześcijańskiej — rozżarzonym żelazem literę G (guerra = wojna). Bezustanne polowanie na ludzi. Bóg i bogactwo — jak pisze Las Casas — królom hiszpańskim dostało się dwieście milionów dukatów w złocie, srebrze i kamieniach szlachetnych; według pewnego badacza z naszych czasów, tamtym gangsterom udało się w ciągu stu pięćdziesięciu lat od początku konkwisty zarobić dwieście pięćdziesiąt siedem milionów czterysta osiem­dziesiąt siedem tysięcy czterysta osiemnaście funtów szterlingów i nic innego ich nie interesowało, chyba że kobiety, które ci szcze­rzy adoratorzy Maryi czynili „brzemiennymi”, żeby je móc drożej sprzedać. Za jednego konia płacili nawet ośmiuset Indianami.

„[…] i po stu latach głoszenia dobrej nowiny — mówił w Mek­syku ojciec święty — znalazło się na tym nowym kontynencie po­nad siedemdziesiąt biskupstw z czterema milionami chrześcijan”, w końcu tu właśnie „po pięciu wiekach ewangelizacji żyje blisko połowa wszystkich wiernych Kościoła katolickiego […]”. Tak, czyż to nie równoważy dwunastu, może piętnastu milionów malucz­kich, mężczyzn, kobiet, „a nawet dzieci”, wymordowanych — jak pisze Las Casas — w ciągu czterdziestu lat?! I prócz tego blisko czterdziestu milionów czarnoskórych?

Szkoda tylko, że papież nie wspomniał nigdy o człowieku, który zdobył cały Meksyk dla katolicyzmu, dla Kościoła, wysła­wianego wciąż przez Karola Wojtyłę jako instytucja troszcząca się o „ludzką godność”, „broniąca praw człowieka”, „wyspecjalizo­wana w humanizmie”, natomiast Adolf Hitler przypomniał owego wielkiego katolickiego bohatera 26 stycznia 1936 roku w Mona­chium, kiedy to przedstawił swoje wyobrażenia o „prawie” do kolonii i posłużył się przykładem krwiożerczej, potwornej gra­bieży, której dokonał Fernando Cortez „odważny i szlachetny — tak nazywa go szczerze katolicki leksykon Herder-Yerlag — wy­kształcony i zasłużony dla propagandy chrześcijaństwa”.

Sam Cortez nazywał siebie „sługą Chrystusa, powiększającym jego władzę”; jego główne zadanie: „rozpowszechnianie wiary ka­tolickiej”. Ma się rozumieć, towarzyszyli mu — podobnie jak Hi­tlerowi — kapelani polowi, którym polecał wygłaszać kazania, sam zawsze działał w imię boże, w imieniu Matki Boskiej i świę­tego patrona Hiszpanii. Jego towarzysz broni Bernal Diaz, opo­wiada: „Codziennie rano czytał brewiarz. Każdego dnia z wielkim skupieniem słuchał mszy. Na patronkę obrał sobie Madonnę”. Wszędzie w Meksyku kazał Cortez pokazywać wizerunki Maryi i wznosić krzyże; na sztandarach jego podpalaczy też widniał krzyż — „znak nadziei dla ludzi w każdej epoce” (Wojtyła). „Poprzez krzyż Bóg ukazał człowiekowi jego godność […]”.

Dzięki Cortezowi nadzieja i godność spod znaku krzyża roz­przestrzeniały się zazwyczaj dopóty, „dopóki na polu nie było już żywych, a za to było pełno trupów” — to jego własne słowa. I do­rzućmy zaraz dalsze cytaty z relacji przesyłanych przezeń między rokiem 1520 a 1522 do Karola V, w którego królestwie słońce nie zachodziło, między innymi dzięki Cortezowi! „Szacuję, że po­zostało ich niewielu”. „[…] gnaliśmy ich przed sobą przez dwie mile i było to ucieszne widowisko. Wielu z nich dopadliśmy i za-dźgaliśmy […]”. „[…] napadłem na dwie wsie, w których zabi­łem wielu Indian.” „[…] zdobyliśmy obie wsie, podpaliliśmy je i uradowani wróciliśmy do miasta”. „[…] wrzuciliśmy ogień do ponad trzystu domów”. „[…] podpaliłem sześć wsi.” „[…] spali­liśmy dziesięć wiosek”. „Ludzie wybiegali z domów bez broni, kobiety i dzieci nago, wszyscy przemieszani. Na początku wielu zabiliśmy […]”. „[…] z okrzykiem bojowym Santiago! napadłem ich znienacka i zadźgałem ponad stu mężczyzn”. „Z okrzykiem Santiago! przejechaliśmy konno szeroki plac i zadźgaliśmy wszyst­kich, którzy podpadli pod lance […]. Zginęło ponad pięciuset wro­gów”. „Przyzywając na pomoc świętego Jakuba, zaczęli oni ata­kować […] i rzeka, która płynie w dole, była — jak mi doniesiono — czerwona od krwi pomordowanych”. „[…] wtedy to zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad ośmiuset Temikstitańczyków”. „W ciągu dwóch godzin padło wtedy trzy tysiące mieszkańców”. „[…] i pognaliśmy obrońców do jeziora. Zginęło przy tym ponad sześć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci”. „[…] w tym jednym dniu zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad dwanaście tysięcy Te­mikstitańczyków”. „Tego dnia […] zabito albo wzięto do niewoli ponad czterdzieści tysięcy Temikstitańczyków”. „Ponad pięćdzie­siąt tysięcy ludzi umarło w tym mieście”.

To, o czym Cortez lakonicznie informuje swojego katolic­kiego monarchę, staje się żywsze, a zwłaszcza bardziej krwiste, w pewnym tekście azteckim, opisującym rzeź tysiąca Indian w któ­reś święto. Jedynie w taki sposób przyczyniano się do zwycięstwa „fundamentalnych praw człowieka”, „dzieła ewangelii i pokoju” — tak było na Haiti, tak w Meksyku i wszędzie indziej w Ameryce Południowej.

Właśnie wtedy, gdy „krąg tańczących wykonywał najpiękniej­sze figury i rozbrzmiewała jedna pieśń po drugiej, w tym szczy­towym momencie festynu”, pobożni Hiszpanie wdarli się „na uważany za święty wewnętrzny dziedziniec, żeby wyciąć uczestni­ków zabawy. Przybyli pieszo, mieli w rękach żelazne miecze oraz drewniane i żelazne tarcze. Tak uzbrojeni, zaatakowali tańczą­cych i utorowali sobie drogę do tego miejsca, gdzie bito w bębny. Schwycili dobosza i odrąbali mu ręce. Potem odrąbali mu głowę, która potoczyła się daleko po ziemi. A później napadali na tań­czących, dźgali, przebijali ich na wylot, zabijali swoimi mieczami. Niektórych przekłuwali od tyłu i ci padali na ziemię ze zwisają­cymi wnętrznościami. Innych skracali o głowę; najpierw rozdwa-jali głojvy, a potem roztrzaskiwali je na małe kawałki. Jeszcze in­nych dźgali w ramiona i otwierały się tym ludziom wielkie rany na plecach. Temu i owemu oderwano ramiona od ciała. Niektórych trafiono w uda i łydki. Innym rozpłatano brzuchy i wnętrzności wylewały się na ziemię. Ten i ów próbował uciec, ale daremnie, bo potykali się o własne trzewia. Jakkolwiek się ratowali, nikt nie ocalał. Jedni próbowali przedostać się na zewnątrz, ale Hiszpanie mordowali ich przy bramach. Inni wspinali się na mury, lecz tych Hiszpanie wbijali na ostrza mieczów […]. Krew wodzów lała się jak woda i zbierała się w kałużach. Kałuże zlewały się ze sobą, sprawiając, że cały dziedziniec świątyni przemienił się w wielkie grząskie bajoro. W powietrzu unosił się odór krwi i wnętrzności. A Hiszpanie rozbiegli się teraz po domach prywatnych i zabili wszystkich, którzy się tam jeszcze ukrywali”.

Ta krwawa orgia jest jedną z tych wielu, którymi Cortez wy­ludnił Meksyk — Cortez, katolik, który — jak pisał do swego cesarza — zgodnie z nakazami ewangelii „nie chciał odpłacać złem za zło”, który nie tylko kazał swoim kapelanom głosić „naj­ważniejsze prawdy wiary”, ale i sam wygłaszał kazania: „Jesteśmy chrześcijanami i wierzymy tylko w jednego prawdziwego Boga, w Jezusa Chrystusa, który za nas cierpiał […]”. „Wierzymy tylko w niego i dlatego też jego tylko czcimy”. „Na miejscu waszych bożków znajdzie się teraz nasza pełna chwały, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest synem Boga […]”.

Właśnie kult Maryi jest tym, co szczególnie łączy ludobójcę Corteza z papieżem wszędzie i stale zalecającym nabożną cześć dla niej, i to chętnie właśnie w krajach, w których „spełnił się nakaz Chrystusa”, gdzie „poprzez łaskę chrztu wszędzie przybyło dzieci bożych” — a dzieci szatana trochę ubyło…

Gdy katoliccy Hiszpanie zawitali do Meksyku, żyło tam około jedenastu milionów Indian, a po stu latach — już tylko półtora miliona.

W taki sposób Kościół — „broniący praw człowieka”, „wy­specjalizowany w humanizmie” — zdobył dla siebie kontynent, na którym odtąd panuje samowola i terror, na którym odtąd on sam stoi po stronie morderców, dyktatorów, na którym odtąd istnieje niewielka klika wielkich posiadaczy ziemskich, żyjących w fanta­stycznym przepychu, a prócz nich żyje tam ogromne mnóstwo ludzi wegetujących, niedożywionych, analfabetów, aż do końca XIX wieku były tam społeczności utrzymujące instytucję niewol­nictwa, co niewiele się różniło od sytuaqi znanej ze starożytnego Rzymu.

„Dziękuję Bogu, że już nigdy nie będę musiał odwiedzić kraju, w którym są niewolnicy”, zanotował Charles Darwin 19 sierpnia 1836 roku, uszczęśliwiony tym, że „wreszcie na za­wsze” opuszcza wybrzeże Brazylii.

Podobnie jak u schyłku epoki antycznej — gdy już pod koniec IV wieku feudalny żywot biskupa Rzymu, jego luksus, stał się przysłowiowy, gdy wreszcie Kościół nie tylko przodo­wał pod względem liczby posiadanych niewolników, ale i, czego nigdzie indziej nie było, uniemożliwił wyzwalanie niewolników jako „dobra kościelnego” — podobnie jak w średniowieczu, tak później w Ameryce Południowej niewolnictwo było w zasadzie akceptowane przez Kościół katolicki. Korzystali z niego ludzie świeccy i duchowni; duchowni i klasztory, często będące w posia­daniu wielkich latyfundiów, uczestniczyli w handlu niewolnicami; co więcej, jezuici i franciszkanie, tyle razy chwaleni przez Jana Pawła II, sprzyjali małżeństwom między Indianami i czarnymi, by potem uznać ich potomstwo za chłopów pańszczyźnianych, co na przełomie XVIII i XIX wieku wytykał generał Arouche, dyrek­tor generalny brazylijskich wiosek indiańskich. Konkubinat wśród niewolników był dozwolony, ochrzczeni mogli zadawać się z nie chrzczonymi, tolerowano nawet zakazane współżycie z ludźmi wolnymi i było ono wręcz bardzo swobodnie uprawiane, również przez kler. Katolicka Ameryka hodowała niewolników, tak jak się trzyma trzodę albo gołębie. „Najproduktywniejsze przejawy nie­wolnictwa — czytamy w pewnym manifeście plantatorów — to płodne ciała kobiet”. Ale gdy ci ludzie umierali, to zwłoki owych nieszczęśników stawały się łatwym łupem psów i sępów, często składano je jakkolwiek na plaży albo, przywiązane do drewnia­nych bali, były w porze odpływu wyrzucane do morza… „Instytuqa wyspecjalizowana w humanizmie [!]” Jeszcze w XX wieku Kościół Ameryki Łacińskiej jawi się jako beznadziejnie ultramontański, arcyreakcyjny, jako właściwa ostoja panującego „ładu”, wielkiej finansjery, kolonializmu na poły feu­dalnych latyfundystów. Podczas gdy masy ludowe z pokolenia na pokolenie marniały w brudzie i nędzy, kapłani stawali się nie­malże wszechmocni, obrastali w ogromne bogactwo, podobnie jak pozostali właściciele niewolników, jak wielcy panowie; księża licytowali schwytanych Indian, żeby pokryć koszty budowy „do­mów bożych”, utrzymywali dla własnej przyjemności trzydziesto­osobowe orkiestry i czasem potrzebowali nawet rąk niewolników przy załatwianiu się.

Franco i Salazar byli w Ameryce Łacińskiej bohaterami kle-rykalnej propagandy, czczono ich jako wzory do naśladowania, prawie wszędzie kręgi chrześcijańskie uczestniczyły w ustanawia­niu dyktatur czy innych reżimów antyludowych, inscenizowały pu­cze i kontrpucze, torturowano, rozstrzeliwano tysiące ludzi, bie­dacy ubożeli jeszcze bardziej, a bogaci byli coraz zamożniejsi. Ma­jątki o powierzchni pięćdziesięciu tysięcy hektarów uważane są za niewielkie. W niektórych państwach, np. w Brazylii, do trzech pro­cent ludności należą prawie dwie trzecie obszaru kraju; istnieją też diecezje, gdzie przeciętny dochód roczny nie przekracza stu pięćdziesięciu dolarów i na trzysta tysięcy mieszkańców przypada jeden szpital (z trzydziestoma łóżkami). Szerzą się ciemnota, anal­fabetyzm, chroniczne niedożywienie. A przy tym (według danych z roku 1980) liczba ludności Peru podwaja się co dwadzieścia lat, Meksyku — co osiemnaście lat, Brazylii — co siedemnaście lat.

A co papież Jan Paweł II miał do zaoferowania temu gło­dującemu kontynentowi, gdzie w więzieniach jest coraz ciaśniej, gdzie slumsy wciąż się rozrastają, gdzie całe masy peonów są prze­pędzane, zabijane, rozstrzeliwane w czasie ucieczki? Otóż zgo­dził się, że robotnikom należą się pewne prawa, ale przypomniał im też o ich obowiązkach. Uznał własność za zobowiązanie so­cjalne, ale i podkreślił prawo do prywatnej własności. Wyraził pragnienie, by dobra były rozdzielane sprawiedliwiej, nie chciał jednak, żeby rozumiano Jezusa opacznie jako rewoluq’onistę. Pro­sił rządzących, by czynili więcej dla rządzonych, i błagał Maryję, żeby uchroniła te państwa przed przewrotami. Co prawda jeden raz upomniał się o „pilne reformy”, „istotne zmiany”, mówił też o „przeprowadzonym we właściwy sposób wywłaszczeniu”. Ale utonęło to wręcz w powodzi prawie bezustannie powtarzanych perswazji całkiem innego rodzaju, w jawnym strofowaniu tych biednych, wyzyskiwanych ludzi, w ewidentnym tłumieniu sytu­acji rewolucyjnej, w ciągłym zwalczaniu, jeśli się nie mylę, nie wymienionego nigdy z nazwy komunizmu, w który ten wykrwa­wiany od stuleci kontynent mógłby teraz popaść. Papież ostrzegał wciąż przed „ideologiami opartymi na nienawiści i przemocy”, przed „radykalizmem społecznym i politycznym”, przed „działa­niem bezpłodnym i niszczącym”. „Walka klasowa nie prowadzi do ładu społecznego”. Ależ, seńor, by powtórzyć odezwanie pre­zydenta Meksyku, czyżby chrześcijaństwo doprowadziło do „ładu społecznego”? I czy nie miało ono na to prawie dwóch tysięcy lat? A jak wyglądało, gdy było wszechmocne? Czy wtedy nie by­wało tak, że chłop kosztował blisko trzykrotnie mniej, Indianin zaś osiemset razy mniej niż koń? A jak jest dzisiaj? Czy walka klasowa nie jest jednym z następstw chrześcijaństwa? „Instytucja wyspecjalizowana w humanizmie [!]” Apostoł „ładu społecznego” apelował też niestrudzenie do robotników, pouczał ich, że „robotnik powinien sumiennie wy­konywać swoje obowiązki”, że powinien wnosić swój „wkład” do tego, co inicjują ludzie „stojący nad nim”. Oddał hołd „godności pracy”, „szlachetności pracy”. „Praca czyni z was przede wszyst­kim współpracowników Boga”. „Praca zbliża was bardzo do zba­wienia, które Chrystus sprawił męką na krzyżu”. Dlatego też ro­botnicy powinni być gotowi „przyjąć wszystko, co w codziennej monotonii jest ciężkie, przytłaczające, co upokarza i dręczy”. „Ro­botnicy, jesteście kochani przez Boga” — powiedział. „Bóg kocha was. Chrystus kocha was. Matka Boska, Maryja dziewica, kocha was. Kościół i papież kochają was […]”. „I wy musicie kochać Boga”. „Na tym skorzysta nawet [!] gospodarka” — zawołał do robotników. (Nie, do przedsiębiorców!)

A co do tych najbiedniejszych z biednych? Ich zapewnił najważniejszy przedstawiciel, posiadającego miliardy, Watykanu o swej „szczególnej sympatii”. Ich nazwał „przyjaciółmi i braćmi”, „przyjaciółmi i uczestnikami tego samego dzieła”, „szczególnie kochanymi przez Boga”. W nich dopatrzył się „w całkiem od­mienny sposób obecnego Chrystusa”. Co więcej, nie omieszkał przypomnieć im, że i Syn Boży „urodził się w biedzie”, że „żył wśród biedaków”, że „Bóg wybrał sobie biedną matkę”. Zażądał od robotników, by „dzień w dzień” troszczyli się o własny „rozwój religijny i moralny”, to znaczy, by pozwalali Kościołowi jeszcze bardziej sobą komenderować. Przestrzegł, by nie uważali bogac­twa za coś, co daje szczęście, w żadnym wypadku, raczej niech „przezwyciężają troskę nadzieją”. Pochwalił „prawdziwą radość biedaków”, dostrzegł w nich „godne pozazdroszczenia bogactwo duchowe, ludzkie i religijne”. „Biedni wobec Boga są też boga­tymi” — mówił w dzielnicy nędzy Yidigal, w Rio de Janeiro. Po­wiedział, że Bóg wszystko „wynagrodzi” i że „wszyscy jesteśmy braćmi […]”. „Papież kocha was” — zawołał.

Za wprost „cudowne” uznał to nawet idol katolickich „rewo­lucjonistów”, biskup Helder Camara. A przy tym we wszystkich „encyklikach społecznych” papieży — Jan Paweł II słusznie czę­sto się na nie powoływał — jest takiego bezwstydnego mydlenia oczu pod dostatkiem; bogatych karci się w nich zawsze łagodnie, biednych łudzi się nabożnie, i każdy — to doprawdy cudowne — może z tych encyklik, tak jak z Biblii, wyczytać, co zechce. Cały kunszt katolickiej moralności społecznej polega przecież na tym, by z wielkich ofiar na rzecz bogatych uczynić małe ofiary bogatych na rzecz biednych.

„Papież, który rozbudził nadzieje” — piała z zachwytu „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Papież dla biednych, papież dla robotników, dla Indian, więźniów, chorych i dzieci — papież, którego miliony darzą szczerym zaufaniem […]”. I milionerzy też! Bankierzy robili już w całostronicowych ogłoszeniach, zawierają­cych wiersze Wojtyły z jego polskiego okresu, reklamę i papie­żowi, i „nowemu pokoleniu bankierów”.

Jan Paweł II domagał się usilnie czci dla Maryi, powszechnej pobożności, wierności biskupom, celibatu. W ostrym tonie prote­stował przeciw rozwodom, środkom antykoncepcyjnym, aborcji. Bo przecież wciąż jest za mało katolików, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej…

A „teologia wyzwolenia”? Pomijając już to, że podobno uznał ją za „fałszywą teologię” (zresztą wszelka teologia jest taka), za­pytajmy: czy nie istniały zawsze białe kruki, nawet wśród chrześci­jan? I czyż tacy ludzie nie byli zawsze — w starożytności, w śre­dniowieczu, rozpinani na krzyżach i paleni przez purpuratorów? Czyż nie zdarzyło się w 1810 roku tak, że Miguel Hidalgo, ksiądz, wystąpił na czele zgrai Indian i Metysów w łachmanach przeciw despotom? Czyż nie rozstrzelano go z biskupim błogosławień­stwem i czyż nie pokazywano przez dziesięć lat jego głowy zatknię­tej na pal w centrum twierdzy katolicyzmu Guanajuato? A gdy w wypadku zwycięstwa socjalizmu wszystkie kruki zbieleją i ludzie pokroju Miguela Hidalgo zostaną uznani za świętych, to czyż so­cjalizm chrześcijański nie okaże się — powtórzmy słowa Lenina z 1913 roku, zawarte w liście do Maksyma Gorkiego — najgor­szą odmianą „socjalizmu”, jego najgorszym wypaczeniem? Tak czy inaczej zapytajmy, jak pytano w Prusach Wschodnich: czyż koryta nie pozostają takie same, a tylko pojawiają się nowe świnie?

Na trzecim synodzie generalnym biskupów latynoskich w Pu-ebli, w dniu 28 stycznia 1979 roku, Jan Paweł II stwierdził: „Kto zna historię Kościoła, ten wie, że zawsze bywali biskupi zasługu­jący na szacunek, tacy, którzy angażowali się mocno na rzecz god­ności ludzi powierzonych przez Boga ich trosce i odważnie bronili tej godności. Czynili to zawsze w imię swego biskupiego posłan­nictwa; bo dla nich godność ludzka stanowiła wartość ewange­liczną, którą nie należy poniewierać, jeśli nie chce się bardzo obrazić Stwórcy. W wypadku jednostki podeptanie tej godności następuje wtedy, gdy niedostatecznie respektuje się takie warto­ści, jak wolność, prawo do praktyk religijnych, nietykalność fi­zyczna i psychiczna, prawo do podstawowych dóbr niezbędnych do życia, prawo do życia właśnie […]”.

Ale nikt nie respektował tych wszystkich praw mniej, nikt ich przez dwa tysiące lat nie deptał tak bezwzględnie i bezustannie, jak Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki.’ I tylko taki papież, jak Jan Paweł II, który posuwa się do tego, że gloryfikuje biskupów jako „mistrzów prawdy”, potrafi zdobyć się i na to, żeby nieliczne wyjątki przedstawić jako regułę, a samą regułę przemilczać i w ten sposób okłamywać cały świat w żywe oczy, zresztą odwiecznym obyczajem swoich poprzedników.

Mordowanie w imieniu Maryi

[…] kult Maryi […] to powstała z ludz­kiej bezradności i potrzeby oparcia, z je­zuickiego sprytu i kościelnej żądzy wła­dzy historia zgoła infantylnego zabo­bonu, bezwstydnych fałszerstw, przeina­czeń, arbitralnych interpretacji, oma­mień i manipulacji; widowisko do pła­czu i do śmiechu — prawdziwa boska komedia.

ARTHUR DREWS

Jan Paweł II nasilił kult Maryi — od Polski po Afrykę, od Hiszpanii po Amerykę Łacińską. Nieszkodliwe zjawisko? Apoli­tyczne wzmożenie pobożności? W tym Kościele nie ma rzeczy nieszkodliwych! Nie ma rzeczy apolitycznych!

A już na pewno nie jest apolityczna Maryja, choć zdziwi to chyba katolików, którzy najmniej znają historię swego Kościoła. Nieprzypadkowo.

Kim jest Maryja?

Czy triumfuje ona już w Biblii! Tak jak to dzieje się póź­niej, gdy wypiera ze świadomości wielu wiernych nawet „Syna Bożego”? Wręcz przeciwnie! W całym Nowym Testamencie mówi się o niej bez szczególnej czci. Paweł, najstarszy pisarz chrześcijań­ski, wspomina o niej równie mało, jak najstarszy ewangelista. Ale ignorują tę postać także Ewangelia św. Jana, List do Hebrajczyków, Dzieje apostolskie. I sam Jezus, w Piśmie występujący z siedmior-giem rodzeństwa i jako „pierwszy syn” Maryi, przemilcza swe narodziny z dziewicy. Nigdy nie nazywa jej matką, karci ją, a ona widzi w nim szaleńca. Żaden Ojciec Kościoła sprzed III wieku nie wie nic o jej wiecznym dziewictwie, żaden sprzed VI wieku nie wspomina o Wniebowzięciu. Co więcej, zdogmatyzowana później wiara w Niepokalane Poczęcie była przez największych świętych: Bernarda, Bonawenturę, Alberta Wielkiego, Tomasza z Akwinu i innych, którzy powoływali się na Augustyna, zwalczana jako za­bobon.

Kim jest Maryja?

Postacią nową, wyjątkową w dziejach religii? Przeciwnie! To tylko chrześcijańska „kontynuacja” antycznej Wielkiej Matki, najstarszego bóstwa rodu ludzkiego, zaświadczonego już około 3200 roku p.n.e. Zna je już najwcześniejsza z rozpoznanych reli­gii, sumerska. Wizerunek tej postaci znajduje się już na ołtarzu świątyni w Unik, prehistorycznym mieście na obszarze Babilo­nii. Sumerowie zwą ją Inanną, Babilończycy — Isztar, Huryci — Sauską, Asyryjczycy — Mylittą, Syryjczycy — Atargatis, Fenicja-nie — Astarte; jako Aszera, Anat albo Baalat (partnerka Baala) jest określana w Starym Testamencie, jako Kybele — przez Fry-gijczyków, jako Gaja, Rea, Afrodyta znana jest Grekom, jako Magna Mater — Rzymianom. Odnajdujemy ją też w Indiach pod imieniem Mahadevi. A w Egipcie widzimy ją pod postacią Izydy, niemalże dokładnego pierwowzoru Maryi.

Izyda była na długo przed Maryją czczona jako „matka pełna miłości”, „królowa niebios”, „królowa mórz”, „obdarzająca ła­skami”, „ratująca”, „niepokalana”, semper virgo, sancta regina, mater dolorosa. Izyda uchodziła, jak później „Maryja umajająca”, za matkę zieleni i rozkwitu. Podobnie jak Maryja, już Izyda poro­dziła w dziewictwie i będąc w podróży. Podobnie jak Maryja, już Izyda trzymała dziecię boże — tu zwane Harpokratesem albo Ho-rusem — na kolanach bądź karmiła je piersią. Podobnie jak Ma­ryja, już Izyda nazywana jest „Matką Boską” (mwt n/r). I w roku 431 musi ona odstąpić swoje tytuły „Matki Boskiej” i „Bożej ro­dzicielki” żonie galilejskiego cieśli, przy czym jednym z czynników współdecydujących o przyjęciu tego dogmatu na soborze w Efezie były ogromne sumy, którymi patriarcha Aleksandrii, święty Ojciec Kościoła Cyryl, przekupił, kogo tylko mógł, począwszy od wyso­kich urzędników państwowych, poprzez małżonkę prefekta preto­rianów, aż po wpływowych eunuchów i wpływowe pokojówki; choć sam był bogaty, wykosztował się tak, że musiał dopożyczyć sto tysięcy sztuk złota i jeszcze nie wyszedł na swoje. Nawet zapłod­nienie Maryi zostało przypisane tej porze roku, kiedy nastąpiło zapłodnienie Izydy, której chronologię ciąż nadzwyczaj dokładnie rejestrował egipski kalendarz świąt. Izyda przekazała tamtej Ży­dówce w spadku także swoje atrybuty: półksiężyc, gwiazdę i zdo­biony gwiazdami płaszcz. A że istniały kiedyś czarne wizerunki Izydy, to i karnacja Maryi bywała ciemna, nawet czarna, i tym czarnym madonnom — z Neapolu, Częstochowy, a zwłaszcza ro­syjskim — przypisywano szczególną świętość. Kim jest Maryja?

Obrończynią kobiety? Symbolem kobiety, czczonej przez Boga jako „matka”? Przeciwnie! Karykaturą kobiety! Jest to istota wniebowzięta za życia cielesnego, „niepokalana” pożąda­niem, bez skazy, czysta, triumfująca nad swoimi zmysłami, dzie­wica ante partum, in partii, post partum, pełna glorii antagonistka Ewy, grzesznicy, winnej, partnerki węża i fallusa. Im bardziej w bogobojnym średniowieczu rozkwita kult Madonny, im bar­dziej roi się od pieśni, kazań, kościołów, bractw na jej cześć, tym częściej jest poniżana, upokarzana, ujarzmiana — kobieta. Ko­bieta ma niewiele praw, jako menstruująca i ciężarna uchodzi za istotę nieczystą, jakoby kalał ją też poród, a nierzadko i kopulacja. Uchodzi za „stale otwartą bramę piekieł”, gdy tymczasem Maryja, „służebnica Boga”, a więc kapłana, awansuje do miana „bramy niebios”. Tu wywyższenie ponad wszelką miarę, tam nieomal bez­graniczne poniżanie, którego kulminacją stało się spalenie setek tysięcy czarownic.

Kim jest Maryja?

„Umajającą królową”? „Matka Boską Lipową”? „Leśną”? Owszem. Ale zarazem, tak jak jej antyczne poprzedniczki, jak bogini miłości i walki Isztar, jak dziewicza bogini wojny Atena i inne — chrześcijańską boginią krwi i zemsty, Matką Boską Bi­tewną i Matką Boską Eksterminacyjną. Bo starym obyczajem lu­dzi pobożnych jest mordowanie w imieniu Maryi.

Wojska bizantyjskie zabierały na wojny jej wizerunek, który znajdował się też w pałacu cesarskim w Konstantynopolu i w róż­nych miejscach stolicy. Liczni katoliccy wodzowie byli szczerymi czcicielami Maryi. Cesarz Justynian I, który z papieską pomocą wyplenił dwa plemiona germańskie: Wandalów i Ostrogotów, przypisał swe krwawe zwycięstwa Maryi. Podobnie uczynił jego bratanek Justyn II, który uznał ją za patronkę wojny z Persami. Na dziobach okrętów wojennych cesarza Herakliusza widniały wizerunki Maryi. Chlodwig, istny potwór, upamiętniany po dziś dzień nazwą jednego z placów w Kolonii, przypisywał swe bru­talne triumfy nad „kacerzami” — Maryi. Będące celami pielgrzy­mek sanktuaria w Tours i Poitiers zostały ponoć przez Karola Młota, zwanego „młotem bożym”, wielkiego czciciela również „Matki Boskiej”, zarzucone trupami trzystu tysięcy Saracenów. Karol „Wielki”, który mając wiele żon i kochanek, zawsze no­sił na piersi wizerunek Maryi, zdołał w ciągu czterdziestu sze­ściu lat rządów, podczas pięćdziesięciu kampanii, zdziesiątkować niejeden naród i złupić setki tysięcy kilometrów kwadratowych, „wysłuchawszy naszych przestróg” — jak skomentował to papież Hadrian I. Poczuwając się do wdzięczności, Karol rozpowszechnił w swoim państwie kult Maryi na miarę wcześniej nie spotykaną i wzniósł „na polach bitewnych godne tej niebiańskiej protektorki sanktuaria” (Hócht).

Całe średniowiecze to epoka rozkwitu miłości do Maryi i ohydnych rzezi w jej imieniu. Myśl o „zwycięstwie Maryi” po­jawiała się „we wszelkich dziedzinach życia […]. Nawet w wal­kach świeckich imię Maryi rozbrzmiewało w bojowych okrzykach chrześcijan” (Hócht; z kościelnym impńmatur).

Przy pasowaniu na rycerza otrzymywało się poświęcony miecz, wręczany ze słowami: „Na chwałę Boga i Maryi przyj­mij ten miecz i żadnego innego”. „Maryjo, dopomóż” — wo­łano często przed bitwą. O clemens, o pia, o dulcis virgo Maria „O dobra, łagodna, słodka Panno Maryjo!” — śpiewali krzy­żowcy przed wyruszeniem na okrutne rzezie w „Ziemi Świętej”. Na Wschodzie rycerze Zakonu Niemieckiego, którzy mordowali i pacyfikowali bez ustanku, „służyli tylko swej niebiańskiej Pani — Maryi”. Straszliwe rozprawienie się z albigensami to „triumf Naszej Pani Zwycięskiej”.

Trwająca przez całe średniowiecze, od roku 711 do 1492, wojna z islamem w Hiszpanii, też została uznana za zwycięstwo „Matki Bożej”. Imię Maryi rozbrzmiewało podczas bitwy stoczo­nej w 1212 roku w dniu Święta Szkaplerza Najświętszej Panienki pod Navas de Tolosa, gdzie król Kastylii Alfons i jego żołdacy pod maryjnymi sztandarami położyli ponoć trupem ponad sto tysięcy Maurów i nagrabili mnóstwo złota oraz kamieni szlachetnych. W kilkadziesiąt lat później, w 1248 roku, król Ferdynand Święty z wizerunkiem Maryi na piersi i jej imieniem na ustach pokonał Maurów w bitwie pod Sewillą. A wygnał ich w końcu z Hiszpanii Ferdynand Katolicki, fanatyczny czciciel Maryi.

Wszędzie była widoczna „mariańska dynamika dziejów”. W bitwie o Belgrad (1456) — „mariańskim czynie zbrojnym pod wodzą wielkiego propagatora Maryi” świętego Jana Kapistrana, szalejącego generała franciszkanów, który miał też na sumieniu bardzo wielu Żydów — zginęło, ponoć, z pomocą Maryi, osiem­set tysięcy Turków. Osiem tysięcy padło podczas morskiej bitwy pod Lepanto (1571). Święty Pius V ogłosił dzień tej bitwy, 7 paź­dziernika, ważnym świętem „na pamiątkę Naszej Pani Zwycię­skiej”. A Wenecjanie, którzy przyczynili się istotnie do zwycięstwa, umieścili pod powieszonym w Pałacu Dożów obrazem przedsta­wiającym bitwę napis: „Nie potęga, nie broń i nie wodzowie, lecz Maryja Różańcowa pomogła nam zwyciężyć!”

W Nowym Świecie adoratorem Maryi był krwawy zbir Cor-tez. Obrał ją sobie za patronkę wszędzie, gdzie na górach trupów wznosił krzyż, pokazywał też jej wizerunek i oświadczał, że oto na miejscu indiańskich „bożków” znajdzie się „nasza triumfująca, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest synem Boga […]”. Również pierwsza krwawa łaźnia wojny trzydziestoletniej, bitwa pod Białą Górą w pobliżu Pragi (1620) była zwycięstwem Maryi; katolicki wódz Tilly też ją z zapałem wielbił; na głównym sztan­darze Ligi widniał wizerunek „Matki Boskiej” i napis, na który „Nasza Pani Zwycięska zasłużyła” (te słowa otrzymały imprima-tur!): Terńbilis, est castrorem acies ordinata — „Straszna jak wojsko w szyku bojowym”.

Jak to możliwe, że Tilly odniósł trzydzieści dwa zwycięstwa „pod znakiem Naszej Pani z Altótting”, a potem, będąc jed­nym z „największych wodzów wszechczasów” i podówczas, ucho­dząc za „najpoważniejszy autorytet w kwestiach strategii nie tylko w Niemczech, ale i w Europie” (Gilardone), za trzydziestym trze­cim razem uległ przewadze „kacerza” Gustawa Adolfa i sam też poległ — mimo udziału Maryi?

A zwycięża ona jeszcze w XX wieku. Po grabieżczej inwa­zji Mussoliniego na Abisynię Włosi przesyłali z wojny widokówki ukazujące ugwieżdżoną Madonnę z Dzieciątkiem ponad wieżą spowitego dymem z dział czołgu, który atakowali z boku żołnierze. Podpis: Ave Maria. Arcybiskup Neapolu kardynał Ascalesi urzą­dził na trasie z Pompejów do Neapolu procesję z obrazem „Matki Boskiej”, podczas której samoloty wojskowe zrzucały ulotki glo­ryfikujące w tym samym zdaniu Świętą Dziewicę, faszyzm i wojnę w Abisynii. Patronką lotników Mussoliniego była „Święta Matka Boska z Loreto”. Sukcesem Maryi okazała się oczywiście także hiszpańska wojna domowa.

Krótko mówiąc, cała pobożna historia Zachodu to ciąg cudownych zwycięstw Maryi. Według tego, co twierdzi Hócht w swoim wydanym za zgodą władz kościelnych dziele Maria ret-tet das Abendland. Fatima und die „Siegeńn in allen Schlachten Gottes” in der Entscheidung urn Ruftland (Maryja ratuje świat za­chodni. Fatima i „triumfatorka we wszystkich bitwach bożych” w starciu decydującym o losach Rosji, 1953) — utworze budzącym grozę i zasłużenie dedykowanym z „wyrazami czci Jego Świąto­bliwości Papieżowi Piusowi XII, wielkiemu bojownikowi o pokój” — większość decydujących bitew odbyła się w święta maryjne albo przynajmniej „na trzy dni przed Jej największym świętem”, „na dwa dni przed narodzinami Maryi”, „w przeddzień Wniebowzię­cia Maryi”, „w wieczór poprzedzający Święto Różańcowe” i tak dalej, i tak dalej, aż do Napoleona i Hitlera, który — czego się wreszcie stąd dowiadujemy — właściwie został pokonany tylko przez Maryję i papieża Pacellego. Albowiem, „jako papież praw­dziwie mariański”, Pius XII wezwał w 1942 roku, „kiedy to narody zachodnie” były „w śmiertelnym niebezpieczeństwie”, „cały świat katolicki do ślubowania Królowej Różańca i do potężnej krucjaty modlitewnej” — i patrzcie, patrzcie, zwycięstwa Maryi następują jedno po drugim, tyle że nie po stronie państw osi, dla których przeznaczył je Pacelli.

Właśnie 31 października 1942 roku, gdy papież zaślubił ludz­kość z Niepokalanym (!) Sercem Maryi, dokonało się, jak wia­domo, pierwsze przełamanie przez Anglików frontu nieprzyjaciel­skiego pod El Alamein. Następne zwycięstwo Maryi: Stalingrad! W Święto Matki Boskiej Gromnicznej. „Matka Boska” w sojuszu z Armią Czerwoną! A dalej: wyzwolenie Tunisu i Afryki Północnej w święto Fatimy. Kapitulacja Włoch, kraju pochodzenia papieża, w Święto Narodzin Maryi. Ostateczne pokonanie Rzeszy Nie­mieckiej i zawieszenie broni w Święto Objawienia się archanioła Michała (patrona Niemiec!) na górze Gargano. Oprócz tego zwy­cięstwo nad Japonią, po zrzuceniu pierwszych bomb atomowych — triumf Maryi! Kapitulacja Japonii w Święto Wniebowzięcia!

Na pamiątkę najkrwawszych orgii bitewnych w naszych dzie­jach obszar Europy pokrywają kościoły pod wezwaniem Maryi Zwycięskiej: od Santa Maria de Yictoria pod Fatima, poprzez Ma­ria de Yictoria w Ingolstadt, kościół Zwycięstwa Maryi w Wiedniu, kościół „Maryi Zwycięskiej” na polu bitwy pod Białą Górą koło Pragi, aż po kościół Maria delia Yittoria w Rzymie itd.

I akurat w okresie trwania otoczonego chwałą sojuszu klero-faszystowskiego, za czasów Mussoliniego, Hitlera, generała Franco, Salazara, Fatima staje się — wspólnie z Lourdes — kolej­nym celem pielgrzymek maryjnych, sławnym i nader niesławnym zarazem, bo coraz wyraźniej funkcjonującym jako ośrodek propa­gandy antykomunistycznej i antybolszewickiej. Wszędzie powstają gazety, wydawnictwa, kościoły, kaplice ku czci Matki Boskiej Fa­timskiej. Powstaje „szwabska Fatima” i „Fatima w kraju Zulu-sów” oraz „Fatima wschodnioafrykańska”. Kult dociera do Chin, na Południowy Pacyfik. I w roku 1942, gdy wojska Hitlera tkwią w głębi Rosji, a Pius XII i jego biskupi rozpętują na całym świe­cie, iście goebbelsowskimi metodami, kampanię antyradziecką, kolportuje się też „proroctwo” fatimskiej Madonny: Pokój nasta­nie, gdy Rosja się nawróci. „Jeśli tak nie będzie, to rozpowszechni ona swe pomyłki na całym świecie, wywoła niejedną wojnę i prze­śladowania Kościoła; dobrzy ludzie będą dręczeni, ojciec święty wiele wycierpi; niejeden naród zginie […]”. A w roku 1950, gdy Pius XII, obdarzony widzeniami równie obficie jak kapitałem, ogląda na niebie „cud doliny fatimskiej”, biskup Sheen wykrzy­kuje, przemawiając w Fatimie: „Plac Czerwony w Moskwie ma oto przeciwwagę w Białym Placu w Fatimie […]. Za pięćdziesiąt lat Plac Czerwony będzie Placem Białym. Młot przemieni się w krzyż Chrystusa, a sierp w księżyc pod stopami Naszej Pani!”

Nieważne, że przy okazji zniknie „niejeden naród”… Byleby Rzym uzyskał to, czego chce! Ale w tym wszystkim Maryja od­grywa, i w polityce kościelnej, i jako obiekt kultu, rolę niebaga­telną — od Portugalii do Polski i Ameryki Łacińskiej. Na całym świecie Kuria zwalczała komunizm i ZSRR. Od lat dwudziestych, kiedy to czczono „cud nad Wisłą” (1920) jako zwycięstwo Ma­ryi nad Armią Czerwoną, jako „ocalenie Europy przed bolszewi-zmem” (biskup Graber), stolica apostolska otwarcie i potajemnie podtrzymywała istnienie frontu antyradzieckiego, stając po stro­nie Piłsudskiego, Hitlera, Stanów Zjednoczonych. A odwieczne zadanie Polski polega na tym, by stanowić „przedmurze chrze­ścijaństwa” w obronie przed Rosją, kordon sanitarny, a zarazem bazą wypadową.

Watykanowi chodziło przecież nie tylko o likwidację szatań­skiego Związku Radzieckiego, lecz również o podporządkowanie sobie rosyjskiego Kościoła prawosławnego. Cel aktualny już pra­wie tysiące lat, a próbowano go osiągnąć na wszelkie sposoby, dyplomatyczne i militarne, poprzez krucjaty, wysiłkiem niemiec­kich rycerzy w habitach i wojsk szwedzkich; gigantycznym oszu­stwem, jak w wypadku awantury owej bezczelnej postaci, którą na początku XVII wieku jako rzekomego carewicza w efekcie kampanii wojennej osadzono na tronie, by Rosja stała się rzym­skokatolicka. Ta farsa historyczna — nie ustępująca bynajmniej pod względem oszukańczego charakteru „darowi Konstantyna”, największemu fałszerstwu wszechczasów — również rozpoczyna się w Polsce, przy aplauzie ojca świętego Pawła V i szczególnym poparciu jezuitów, nuncjusza papieskiego oraz arcybiskupa kra­kowskiego, jednego z poprzedników Karola Wojtyły, który nie tylko niezmordowanie zaleca wszędzie nabożną cześć dla Maryi, lecz ponadto przypomina Polsce o jej „historycznym” zadaniu.

Właśnie podczas jego „pielgrzymki” w czerwcu 1979 roku powtarzało się to ciągle, chociaż z bardzo potrzebną ostroż­nością, w wypowiedziach o budzących strach moskiewskich od-mieńcach. Ale każdy wie, co to oznacza., jeśli Jan Paweł II mówi w Polsce, że „przez swą tysiącletnią historię” należy ona do Europy, że „bez niepodległej Polski na mapie Europy nie może istnieć Europa sprawiedliwa!” Jeśli on, „papież słowiań­ski, właśnie teraz chce uwidocznić jedność duchową chrześci­jańskiej Europy” i woła: „Tak, tego chce Chrystus”, co paskud­nie przypomina stary okrzyk bojowy krzyżowców, który słyszeli­śmy jeszcze w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej: w cza­sie tej wojny, która „Europę w tragiczny sposób podzieliła” — z wszelką pomocą Watykanu! i dlatego „Europa musi zwró­cić się ku chrześcijaństwu”, jak tego zażądał w czasie swej po­dróży po Polsce — kontynuując poprzednią myśl — papież Woj-tyła; właśnie w „sanktuarium maryjnym” na Jasnej Górze, gdzie Czarna Matka Boska jest obłożona odznaczeniami wojennymi, zażądał „wolności Kościoła w Polsce i w dzisiejszym świecie”; właśnie tam, przed obliczem „Maryi, Królowej Polski”, wyja­śnił, „co to znaczy być chrześcijaninem w Polsce […]. Być chrze­ścijaninem — to oznacza: czuwać. Jak Żołnierz na posterunku […]”.

Horst Herrmann, były wykładowca katolickiego prawa ka­nonicznego, podkreśla słusznie w swojej książce Papst Wojtyla. Der Heilige Narr (Papież Wojtyła. Święty głupiec), że od czasów Piusa XII nie było tak bardzo zorientowanego na kult Maryi pa­pieża, jak Jan Paweł II; że podczas jego podróży wizyty w miej­scowych sanktuariach maryjnych są wręcz punktami kulminacyj­nymi i tak było w irlandzkim Knock, włoskim Loreto, meksy­kańskim Guadalupe oraz w Polsce, na Jasnej Górze; że również jego adoracja Maryi jest „wyrazem swoistej teologii politycznej”; że również dla niego Maryja jest „triumfatorką”, co przypomina słowa Piusa XII, osławionego stronnika faszystów, który nazwał ją „triumfatorką we wszelkich bitwach bożych”. I tak jak papież Pacelli apelował o to, by śluby złożone Maryi stały się „wołaniem o skuteczne reformy obyczajów, o konieczne zmiany na pozio­mie życia osobistego i rodzinnego, na poziomie życia w państwie i społeczeństwie, na poziomie życia narodowego i międzynaro­dowego”, tak też papież Wojtyła wspomniał w kontekście ślu­bów złożonych „Czarnej Matce Boskiej” z Częstochowy nie tylko o „polskich cierpieniach”, ale także o „polskich zwycięstwach” i uznał za konieczne, za „coraz bardziej konieczne panowanie Matki Boskiej”.

Czy chodzi tu o Polskę? O Niemcy? O Europę Zachodnią? O Stany Zjednoczone? Chodzi tylko o nich samych oraz ich wła­dzę! „Gdyby pomyślny wynik wojny pozwolił Amerykanom stać się panami świata, zwłaszcza Włoch — wyjaśnił po drugiej wojnie światowej jezuicie Tondiemu Monsignore Fallani z watykańskiego Sekretariatu Stanu — to sytuacja ekonomiczna Watykanu i kato­licyzmu byłaby niepewna i ciężka. Teraz Ameryka daje nam tyle dolarów, ile chcemy, bo potrzebuje nas jako potęgi politycznej. Ale jutro przejęliby wszystko protestanci”. „A jak my się wówczas zachowamy?” — spytał jezuita. „Poszukamy kogoś, kto by podjął walkę z Amerykanami — odparł Fallani — tak jak teraz chcemy, żeby Ameryka walczyła z komunizmem”.

Ale i wówczas jakiś papież zaapeluje o pokój, jakiś „Kościół oddolny” będzie mieć nadzieję na „reformy”, kult Maryi będzie kwitł, a wierni będą śpiewać raczej odruchowo, niż z głębokim przekonaniem: „Maryjo, dopomóż…”

Atak i kontratak Replika na skargę pewnego sługi Kościoła

Deschner

HaBfurt, 2 II 1987

Pan

Dr Peter Huemer

Redakcja „Club 2″

Wiedeń

Szanowny Panie,

jeszcze raz dziękuję serdecznie za zaproszenie mnie do udziału w programie „Club 2″. I proszę o wybaczenie tego, że przez kilka podróży i nadmiar korespondencji odpowiadam z opóźnieniem na Pańskie listy. A poza tym wahałem się, czy warto tracić czas przez święte oburzenie owego diakona z archidiecezji wiedeńskiej.

Zazwyczaj zadaję sobie w wypadku takich elukubragi tylko to jedno pytanie: czy ów człowiek jest nieświadomy, czy jedynie udaje niewiedzę? Ta pierwsza sytuacja świadczyłaby źle o jego intelekcie, ta ostatnia zaś — o jego charakterze. Ale przecież w klasycznym Kościele obłudy — tylko na pozór nielogicznie — straszy też połączenie jednego i drugiego zła. Co krytykuje ten człowiek?

Nieustannie rozwodzi się na temat moich „nierzeczowych i pełnych nienawiści wypowiedzi”, mojej „nacechowanej niena­wiścią, wrogiej postawy”, braku „przyzwoitości i tolerancji”, mo­jego „niewłaściwego zachowania”, popadnięcia w „histerię i ton nienawiści”; lamentuje z powodu „wysączonego jadu”, narzeka na „agresywnego pisarza”, na „dzikie zachowanie tego pisarza”, który „wręcz cynicznie zaatakował łagodnego i odpowiadającego z godnością ojca Bsteh, wyszydziwszy i obraziwszy tym zachowa­niem i swoimi wypowiedziami uczucia religijne wszystkich ludzi wierzących, również moje”.

Ależ to brzmi strasznie. Przełożeni diakona odnotowali jego wypowiedź i o to zapewne chodziło. A teraz trzeba by się spo­dziewać kontrargumentów, przekonującego zdezawuowania, nie­zbitego dowiedzenia mi tego, że mijam się z prawdą, że jestem niekompetentnym ignorantem, sprostowania moich zafałszowań, ujawnienia oszczerstw, przesady, pomyłek, sprzeczności, fałszy­wych wniosków, ulegania złudzeniom oraz kłamstw — ileż sługa Kościoła miałby tu możliwości rozprawienia się ze zdeklarowa­nym wrogiem Kościoła i wszystkimi jego perfidnymi wypowie­dziami!

Ale na trzech stronach małego druku nie ma ani jednego sprostowania. Ów diakon przybiera tylko ton mentorski, ma za złe, gniewa się, nie pochwala, wyraża dezaprobatę, coś mu się nie podoba, z czym innym nie może się już pogodzić, jest oburzony, czuje się dotknięty, obrażony. A że niczego, zupełnie niczego nie może obalić, więc przypisuje mi ryczałtem nierzeczowość, ry­czałtem niestosowne zachowanie, ryczałtem nietolerancję. Nie­rzeczowa, nieuczciwa, właściwie jednym wielkim skandalem jest bowiem dla takich jak on zawsze i z góry wszelka fundamentalna krytyka tego, ach, tak nieomylnego, wyłącznie uszczęśliwiającego, jedynie świętego Kościoła — Ecclesiae Catholicae.

Gdyby owieczki myślały, to uznałyby taką pretensję do wy­łączności już a priori za podejrzaną. I gdyby miewały odczucia etyczne, to napawałaby je odrazą ta ich „łódka Piotrowa”, poko­nująca łatwo wszelką mętną wodę, łódź, na której odbywa się wy­przedaż dusz; raziłaby historia dogmatyzmu, wojen, okropności, owo upokarzanie, ujarzmianie, wysysanie prawie sześćdziesięciu pokoleń, owe oszustwa za pomocą cudów i relikwii, oszustwa fi­nansowe, intrygi, fałszerstwa, ogłupianie wszystkich dokoła, bez mała dwa tysiące lat trwające przemykanie się przez dzieje świata dzięki kłamstwom, krwi, łzom.

Ale owieczki nie myślą — one powtarzają modlitwy. Wie­dzą, co prawda, że Kościół to też ludzie, że nawet kapłani są tylko ludźmi, że nie wszystko jest święte, że zdarzały się pomyłki, słabo­ści, a nawet — to autentyczne słowa zaczerpnięte z jednej z maso­wych gazet katolickich — zdarzył się jeden zły papież. Myślenie, samodzielne myślenie jest jednak owieczkom niepotrzebne, jest dla nich niewskazane. Kiedy natomiast kościelne oświecanie stara się ludzi oślepiać, żeby ich móc prowadzić, to zaspokaja potrzeby, które nie wystąpiłyby bez tego oświecania. Dobrze jest bić w puste głowy.

Ale co ja właściwie powiedziałem podczas tej odbytej tuż przed Zaduszkami dyskusji, która dotyczyła umierania, śmierci, obrzędów i kultów odnoszących się do niej?

Na wstępne pytanie prowadzącego Kunona Knóbla o to, jak wyobrażamy sobie swoje pogrzeby, odpowiedziałem, że już zadys­ponowałem, iż chciałbym zostać pochowany — oczywiście mutatis mutandis — tak jak moje psy; w najtańszej trumnie, odprowa­dzany tylko przez niosących ją ludzi, którzy powinni się jedynie upewnić, że grzebią właśnie mnie; bez śpiewów, bez słowa, bez żadnych innych dźwięków, bez dzwonienia, wieńców, nekrologów, podziękowań, bez — i w tym momencie odwróciłem się do sie­dzącego naprzeciw i na ukos ode mnie profesora teologii funda­mentalnej i teologii religijnej, ojca Bsteh — proszę mi wybaczyć, bo byłem bliski dodania: i, Boże uchowaj, bez klechy. I już dziś przeklinam każdego, kto chciałby rozgłaszać wieści o moim na­wróceniu…

Często przecież rozpowszechnia się takie pogłoski. I jeśli na­wet są prawdziwe, to „udowadniają” równie mało, jak przeciwna sytuaq’a, o której opowiada Hans Georg Brenner z Grupy 47 w odpowiedzi na moją ankietę „Co Pan(-i) sądzi o chrześcijań­stwie?” — a mianowicie wspomina o duchownych popełniających w chwili śmierci „teologiczne samobójstwo”, pod koniec życia wy­rzekających się swojej wiary; Brenner opowiadał mi to o swoim własnym ojcu, pastorze, który doświadczył szczególnie długich i ciężkich cierpień.

Kiedyś chciałem zniknąć przy dźwiękach trzeciej części VIII symfonii Brucknera; dziś, jak powiedziałem, chcę być w tym podobny do moich psów. Niejeden uzna, że zszedłem na psy. Ale ja cenię te zwierzęta znacznie bardziej niż wiele osobistości cho­wanych na koszt państwa. I niech się ludzie pobożni boczą o to, że można i tak, całkiem zwyczajnie, bez najrozmaitszych uczuć tych, co kołyszącym się krokiem podchodzą do pogrążonych w żało­bie, składając kondolencje, tych, co uśmiechają się złośliwie, tych, po których widać współczucie, ciekawość, chęć udziału w spekta­klu, radość z cudzego nieszczęścia; że można się obejść bez księ­dza, kazania, uścisków dłoni, sentencji: „[…] będzie żył, chociaż umarł”, bez pozornie pełnego troski, ale w podtekście groźnego wezwania: „Pomódlmy się za następnego, który nas opuści…”

W czasie tamtego programu także inne osoby wyrażały ży­czenie, by się nimi zbytnio nie przejmowano po ich śmierci, wo­lały raczej więcej skorzystać za życia; ale wszyscy katolicy chcieli zapewnić swoim zwłokom — ku pocieszeniu rodziny — całą zwy­czajową tromtadragę, żadnemu ceremoniałowi dla uczczenia oby­watelskiego bohaterstwa nie towarzyszy tyle kłamstw, co temu właśnie! Zapanowała wśród uczestników programu prawie pełna zgoda co do tego, że zmarły nie ma już z owych ceremonii żad­nego pożytku, bardziej natomiast przydają mu się msze święte za jego duszę, jak stwierdziła jedna z dwóch pań siedzących obok za­konnika, która wydała mi się — to pewno zadziałała moja bujna fantazja! — wcieleniem pobożnej Heleny.

Pani Ottilie Schiechl, pielęgniarka, zaznała co prawda tej po­ciechy (oprócz owej większej, jaką stanowi dla niej wiara), że na pogrzebie jej dwudziestojednoletniego syna było „bardzo, bardzo wiele osób i bardzo, bardzo dużo kwiatów”, przy czym w ciągu całego programu prawie że nie znikał z jej ust niewątpliwie po­godny, ale i nieco drwiący uśmiech: niema demonstracja niezłom­nej wiary, której nie zdradzały natomiast bynajmniej, świadczące przeważnie o przeżywanych katuszach, rysy twarzy ojca Bsteh (na ten temat wypowiedział się w pewnej znanej sentencji Nietzsche) — chociaż ten zakonnik bardzo się starał zatuszować taki stan rze­czy słowami. Ale powtórzmy słowa pani Ottilie Schiechl: „Zmarły ma więcej pożytku z mszy odprawianych za spokój jego duszy”. Tak mocny argument wysunęła, ze względu na jego moc, w do­słownym brzmieniu jeszcze raz, opatrując go niemalże zaskakują­cym zastrzeżeniem: „Zmarły ma, moim zdaniem, więcej pożytku z mszy odprawianych za spokój jego duszy i ja je zresztą często zamawiam”. Dla niej jest bowiem wielką pociechą, że może wie­rzyć w to, iż kiedyś znowu będzie przy nim, a wierzy w to bardzo mocno. „Jestem przekonana, że on widzi nas stamtąd albo czuje, że tu jesteśmy…”

A z drugiej strony i w pewnej sprzeczności z powyższym na­wet Ottilie Schiechl (której wygląd, wyrażonym potem w domu zdaniem mojej córki, odpowiada jej nazwisku [schiechl — w au­striackiej niemczyźnie: „brzydki”, przyp. tłum.]) była przekonana, że zmarły nie ma żadnego pożytku ze swojego pogrzebu; z „pięk­nych zwłok, jak mówi się w Wiedniu” — to jeden z nielicznych wtrętów urzędnika wiedeńskiego zakładu pogrzebowego, pana Miillera, według mojego wrażenia werbalnie i optycznie gwiazdy tego wieczoru, chociaż nie będę już pewno o nim później wspo­minał. (Tymczasem — korci mnie, żeby naszkicować wszystkich gości, mimo że nie dotyczy to tematu, ale jednak wiąże się z nim — pewien pisarz niemiecki, którego honor można uratować tylko stwierdzeniem, że lepiej pisze, niż mówi, chwilami zbyt zapalczy­wie włączał się, zaprzeczał, wpadał w słowo, w ogniu walki pienił się, jąkał, połykał całe wyrazy, tak jakby chciał je ocalić, jakby się bał, że zostanie ich zaraz pozbawiony albo że sam ich zapomni; tak, ten człowiek, który powinien pozostawić mówienie zawodo­wym gadułom, mistrzom show, demagogom, politykom, klechom, później, gdy w domu wpatrywałem się w ekran, w fatalny do­prawdy sposób przypominał mi mnie samego…)

Jedynie moja austriacka koleżanka po piórze Lotte Ingrisch, znana z takich publikaq’i, jak Przewodnik po zaświatach, Umie­ranie dla początkujących, również wykazała poglądowo, choć ina­czej niż Ottilie Schiechl, z większą elokwencją i ostentacją, ja­śniej i dogłębniej zarazem (jej sympatyczna twarz przypominała mi przegrzewający się kocioł) swoje stałe obcowanie z potęgami, siłami z innych wymiarów: „Wszyscy jesteśmy duchami” — za­wołała w pewnej chwili, i to, jeśli się dobrze zastanowić, wcale słusznie, otóż Lotte Ingrisch wie, że zmarły współprzeżywa, źle mówię, współrozkoszuje się swoim pogrzebem, „ponad wszelką wątpliwość jest ciekaw siebie w postaci zwłok”, bo „aż tak wielka jest ludzka ciekawość”! Nie tylko jednej z jej przyjaciółek przy­trafiło się coś takiego, że zobaczyła zmarłego w chwili, gdy fikał koziołki, widziała go „całkiem pijanego”, ale i jej samej: „Widy­wałam, i to w sytuacjach zupełnie banalnych, już nie pamiętam, czy dyrektora banku, czy pisarza, rozmawiałam z tym kimś, po­tem wysiadałam z tramwaju albo żegnałam się i dopiero później przychodziło mi na myśl, chwileczkę, ale przecież ten człowiek zmarł trzy tygodnie temu […]” — tu roześmiała się serdecznie — „tak, tak, zmarły zawsze towarzyszy swoim zwłokom”; to zdanie nawet we mnie nie budzi sprzeciwu.

Natomiast nieco smutne wydaje mi się to, że wiele osób nie zaznaje przez całe życie tylu objawów szacunku, ilu po śmierci; że ostatni zaszczyt, jaki je spotyka — powiedziałem to, posłużywszy się dobitnym cytatem — nierzadko jest i pierwszym.

Na pytanie moderatora programu o życie „potem” odpowie­działem: moim zdaniem, zmarli żyją nadal nie w swojej, lecz w na­szej świadomości. Umierają, gdy popadają w zapomnienie. I — przeciwstawiając się chrześcijańskim iluzjom co do życia poza­grobowego — dodałem, że chrześcijaństwo w sposób sadystyczny powiększa radość zbawionych tym, że dane im jest patrzeć z nieba na piekielne męki grzeszników, i to przez całą wieczność!

Ale czy są to słowa nieprawdziwe? (Abstrahujmy od faktu, że cała ta wizja jest fałszywa!)

To są przecież dawne chrześcijańskie wyobrażenia.

Już w Nowym Testamencie stykamy się z podjudzaniem prze­ciw niewiernym, z zachętą, by wyrządzić im to samo, co oni nam uczynili, i odpłacić im w dwójnasób, tak jak na to zasługują swo­imi uczynkami. Nawiasem mówiąc, widać tu sprzeczność z pacyfi­stycznymi przykazaniami Jezusa. A potem Tertulian cieszy się, że grzesznicy „miękną i kruszeją” w piekielnym ogniu. Chciałby bez końca sycić wzrok widokiem swoich smażących się tam oponen­tów: „Jakież tam będzie wielorakie widowisko? Co będzie przed­miotem mojego zdziwienia, mojego śmiechu? Gdzie zaznam ra­dości, ekstazy?” Także biskup-męczennik Cyprian obiecuje zba­wionym, gwoli powiększenia niebiańskiej szczęśliwości, przez całą wieczność (!) widok mąk ich niegdysiejszych prześladowców. Po­dobnie Laktancjusz osładza życie wieczne widokiem potępionych. A przecież i oficjalny teolog Kościoła Tomasz z Akwinu („łagodny jak baranek” — szydzi Nietzsche) zapewnia: „Iżby świętym bar­dziej się spodobała (magis complaceat) niebiańska szczęśliwość i żeby jeszcze żarliwiej dziękowali za nią Bogu, dane im jest wi­dzieć w całej pełni (perfecte) kary dotykające bezbożnych”.

Czyż to nie sadyzm?

Cóż znaczy piekło Oświęcimia wobec wiecznego pobytu w piekle? — powiedziałem i postawiłem pytanie: Jak takie wieczne męki piekielne dają się w ogóle pogodzić z ideą Stwórcy zawsze dobrego i wszechmogącego? Jak ten ostatni to wytrzy­muje? Jak wytrzymują to wierni? Jak radzi sobie z tym sam ojciec Bsteh? Jakże można uznawać owo późniejsze „życie” za to właściwe, jakże tu cieszyć się nim, skoro duża część ludzko­ści, jej większość wiecznie pada ofiarą rzezi, jest dręczona, i to w najokropniejszy, najperfidniejszy sposób? W tym momencie oj­ciec Bsteh skinął głową, po czym powiedział: „Zrozumiałem pana dobrze”.

Nie zaprotestował. I tamten diakon też potrafi tylko narzekać ogólnikowo, jeśli protestuje, to nie wdając się w żadne szczegóły, skarżąc się na mnie, uderza tylko w patetyczny ton — nigdy nie wypowiada się konkretnie!

A w kwestii zgodności nauki o wiecznej karze piekła z mi­łosierdziem Pana Boga poradźmy się ks. A. M. Rathgebera, któ­rego leksykon Czy państwo to wiedzą? zdążył się już „tak przyjąć i sprawdzić, jak Ploetz czy Dahlmann-Waitz w opinii historyków” („Deutsche Tagespost”) i przeczytamy u niego: „Bóg jest nie­skończenie dobry i cierpliwy, zawsze chętnie wybacza. Ale Bóg nie może pozwolić na to, by wiecznie go lekceważono”. Zatem z jednej strony jest on nieskończenie dobry, cierpliwy, zawsze go­towy przebaczać, a z drugiej — jednak nie wiecznie i nie zawsze; niech tam, my to wytrzymamy, ale nie do zniesienia jest sposób, w jaki teologowie obchodzą się z logiką. „Bóg nie może pozwo­lić na to, by wiecznie go lekceważono”, nie, wiecznie, wiecznie potrafi on karać: za to, że ktoś przez kilkadziesiąt lat miał inne pragnienia niż on. I to, co określa monsignore Rathgeber jako sprawiedliwość, miłosierdzie, miłość — wszystko to charaktery­zuje ową postać Boga. Ale i dla tego „Ploetza” i „Dahlmanna–Waitza”, katolików, piekło „stanowi właściwie wielką tajemnicę, tak wielką i głęboką, że […]” — oszczędźmy sobie tych pustych słów. (Ten autor przypomniał mi zaraz przy lekturze pełen drwiny żart Roberta Musila, który stwierdził, że jeśli się dobrego chrześci­janina albo pobożnego żyda strąci z któregokolwiek piętra nadziei czy dobrobytu, to „on zawsze spadnie, by tak rzec, na cztery łapy swojej duszy. Bierze się to stąd, że wszystkie religie przewidziały w swojej eksplikacji życia darowanego człowiekowi pewną irracjo-nalną, niewymierną resztę, do której odnoszono słowa o niezba­danych wyrokach Opatrzności; jeżeli śmiertelnikowi coś się nie zgadzało w jego rachubach, to wystarczało mu, żeby przypomniał sobie o owej reszcie i już jego duch mógł z zadowoleniem zacierać ręce”.

Ojciec Bsteh nie zacierał rąk. Prawie bez przerwy malowała się na jego twarzy niejaka troska, gorycz, żeby nie powiedzieć: zgorzknienie (ale właściwie nie było po nim widać niechęci, nie). I teraz oto zdystansował się, wprawdzie łagodnym i nabożnym to­nem, ale rzeczowo, jednoznacznie, od wszelkiej wiary w wieczny charakter mąk piekielnych, mało tego, w ogóle w piekło; trzy­krotnie wypowiedział „z całą pewnością” i mówił tylko o piekle „w cudzysłowie”.

„Przeciwnie — wyznał ten rzymskokatolicki profesor teolo­gii fundamentalnej oraz teologii religii — gotów byłbym z całą pewnością (!) powiedzieć, że jeśli o mnie chodzi, to jako chrze­ścijanin uważam za swój obowiązek żywić nadzieję, że w piekle — w cudzysłowie — nie znajdzie się żaden człowiek”, że „żadne” ze stworzeń boskich „nie zostanie na wieki odseparowane od Boga. Bo piekło z całą pewnością (!) nie istnieje nigdzie w żadnej po­staci jako miejsce realne i czekające na gości bądź ludzi, którzy powinni tam trafić, jak to sobie czasem tak chętnie (!) wyobrażano […]” — „jak to sobie wyobrażano przez całe stulecia”, wtrącił pro­wadzący program Kuno Knóbl — „tak, tak”, potwierdził Bsteh, po czym mówił dalej: „[…] a pozostali trafiają w inne miejsce. Nie jest więc z całą pewnością (!) tak — powtórzył, obalając tamto przypuszczenie — że ktokolwiek musi być na zawsze odłączony od Boga”.

„Ale ja chciałabym tego” — powiedziała siedząca obok mnie młoda pisarka niemiecka Constanze Elsner. „Mieć do czynienia z takim Bogiem, który jest odpowiedzialny za Sodomę i Gomorę i inne podobne historie, o nie… Mnie ten Bóg, w którego wierzy ojciec, przeraża”.

Reagując na ewidentne zanegowanie przez tego zakonnika wiecznych mąk piekielnych, stwierdziłem, iż jako katolicki teo­log ma on obowiązek wierzyć w nie, bo wieczność mąk piekiel­nych występuje i w katolickiej, i w protestanckiej ortodoksji, ergo — powiedziałem z naciskiem — „ojciec jest heretykiem”. Bsteh uśmiechnął się łagodnie, a siedząca przy nim Ottilie Schiechl też ledwo powstrzymała się od drwiącego uśmiechu. „Heretykiem” — powtórzyłem. Bo to, co głosi ten zakonnik, głosił już największy teolog pierwszych trzech wieków chrześcijaństwa, jeden z najsza­cowniejszych chrześcijan, Orygenes, a mianowicie doktrynę apo-katastazy, wszechpojednania, powrotu wszystkich — nawet sza­tana — do Boga. Ale Orygenesa wciąż na nowo okrzykiwano heretykiem, „co dzisiaj pewno budzi żal wielu kolegów ojca — powiedziałem — bo przecież czasy się zmieniły […]”. Ojciec Bsteh miał już skinąć głową, ale skrzywił się, gdy dodałem: „…a wtedy chętnie zmienia się trochę teologię”.

Ów uczony poprosił w tym momencie, bym mu pozwolił za­dać „jedno proste pytanie”: Czy w którejkolwiek prawdzie wiary tego Kościoła jest mowa o piekle? Kościół mówi o tym od wie­ków, od dwóch tysięcy lat — odparłem. Ale teolog obstawał przy swoim: „Czy gdziekolwiek w doktrynie Kościoła stwierdza się, że tyle a tyle ludzi trafiło do piekła bądź też, że ktokolwiek jest w piekle? Czy istnieje taka prawda wiary?”

Przedtem wyraziłem swoją sympatię temu sprawiającemu wrażenie przygnębionego (co zawsze budzi moje współczucie), zapewne życzliwemu ludziom zakonnikowi, który wiele podróżo­wał i nabył wielkiego doświadczenia życiowego i którego też na podstawie jego wypowiedzi zacząłem podejrzewać — on zapro­testowałby oczywiście — o to, że jego wiara w życie pozagro­bowe nie jest (o wiele) większa niż moja (i niż wiara większości tych dość licznych teologów, których znam osobiście), otóż wy­raziłem mu przedtem swoją sympatię, przekonawszy się o jego humanitarnych nadziejach dotyczących naszego losu po śmierci, teraz jednak stwierdziłem: „W tej chwili wydaje mi się ojciec mniej sympatyczny, jeśli wolno mi to powiedzieć. Bo teraz…” — „dlaczego?”, odezwał się Bsteh — „nie, proszę mi pozwolić to po­wiedzieć, teraz odzywa się w słowach ojca znana aż do przesytu obłuda, do której w wypowiedziach kolegów ojca i tego Kościoła jesteśmy przyzwyczajeni. Bo z jednej strony ma ojciec wprawdzie rację, to nie zostało dogmatycznie zdefiniowane, zgadza się, ale rzeczywistość była taka, że przez dwa tysiąclecia kolejne pokole­nia nękano nauką o piekle… to był horror dla każdego człowieka”. „Tak, z całą pewnością — stwierdził ojciec Bsteh. — Gotów jestem potraktować bardzo poważnie to, co pan mówi, to nie ulega wątpliwości. Ale tu chodzi o sposoby rozumienia wiary, które w dziejach faktycznie ustaliły się tak czy inaczej i jeszcze (!) się jakoś ustalą, z pewnością. Ale zależałoby mi na tym, żeby stało się jasne, że Kościół nie wysuwa nigdzie w wykładzie wiary twierdzenia, iż choćby jeden człowiek jest naprawdę definitywnie odseparowany od Boga, twierdzenia, z którym jako chrześcijanin musiałbym się pogodzić […]”.

Prowadzący dyskusję chciał zakończyć rozważania o Koście­le, dodał jednak: „z drugiej strony, dopowiem tylko to jedno — i tymi słowami chciałbym uzupełnić wypowiedź pana Deschnera — otóż przypominam sobie, kiedykolwiek wspomnę swoje dzie­ciństwo i swoich przyjaciół: panował wtedy wielki strach…” — „o tak!”, potwierdził ktoś — „…przed piekłem z widłami, dia­błem i wiecznym smażeniem się, i można to sobie było wyobrazić, i oczywiście tego nauczali księża, katecheci et cetera, nie mnie, ale moich przyjaciół: zobaczysz, co cię spotka, jeśli nie zrobisz tego czy tamtego…” — albo to zrobisz!

Zająłem się, szanowny panie Huemer, szerzej tym tematem, by wykazać, że profesor teologii katolickiej pozwala sobie na to, żeby na oczach milionów widzów po prostu zbagatelizować wiarę w piekło i wieczne męki piekielne, zbyć ją, tak jakby prawie wcale nie istniała.

Dzisiaj bowiem jest to wierzenie dla niejednego trudne do przyjęcia. Dziś wydaje się to i katolikom, i protestantom niewiary­godne; dlatego też liczni „postępowi” słudzy Boga starają się do­stosować do ducha nowych czasów, to jest zresztą ich najważniej­sze zajęcie i z tej właśnie przyczyny zawsze określam takich „naj­bardziej postępowych” teologów jako najgorszych. Jednocześnie jednak wciąż nie brak chrześcijan, są ich pewno setki milionów, tych, którzy nadal wierzą w istnienie piekła i oczywiście powinni wierzyć — są to bynajmniej nie tylko ludzie prymitywni. Znam pewnego wykształconego człowieka (właściciela fabryk w Europie i Ameryce), który teraz, gdy jest stary i chory, znów — i z więk­szym przejęciem — ulega wyobrażeniom swego katolickiego dzie­ciństwa i dręczy go myśl o piekle.

Można by stworzyć ogromne biblioteki tekstów, które w wszystkich epokach istnienia chrześcijaństwa prezentowały okropności piekła. I mimo że papiestwo nigdy nie zdefiniowało wiary w piekło jako dogmatu, to jednak przysporzyła mu więk­szych korzyści niż którakolwiek (zdefiniowana) prawda wiary, a ponadto — chociaż bez definicji — i w katolicyzmie, i w or­todoksji protestanckiej występuje owo wierzenie jako prawda ab­solutna.

Najsławniejsze autorytety chrześcijaństwa nie ustają w uświa­damianiu tego, że piekło istnieje.

Biblia wspomina o tym ponad siedemdziesiąt razy. Dwadzie­ścia pięć razy mówi o piekle Jezus, przestrzega przed „robakiem, który nie umiera”, „ogniem, który nie wygasa”, „ogniem nie da­jącym się ugasić”, „wieczną karą”. Podobnie czyni Paweł, pod­kreślając, że tego, kto grzeszy, spotyka „kara i wieczna męka”. I powołując się na Biblię, na Jezusa i Pawła, formułują swoje sądy najwybitniejsi Ojcowie Kościoła; Jan Chryzostom wie, „że ów ogień nie ma końca” i dlatego „zawsze” trzeba o nim my­śleć, „w czasie porannego posiłku nie mniej niż przy wieczerzy”! Także Augustyn mówi często o „wiecznej udręce”, o „wiecznej ka­rze”, o tych, co „na swoje nieszczęście pozostają w stanie wiecznej śmierci”, chociaż od 421 roku — co zabrzmi dosyć kuriozalnie — występuje w jego pismach swoiste zawieszenie ognia, weekend w piekle, przerwanie kary od sobotniego wieczoru do wczesnych godzin rannych w poniedziałek! Jeszcze kilka lat wstecz, aż do 415 roku, gwałtownie negował taką możliwość, a Tomasz z Akwinu odrzucił ją ponownie.

Naukę o piekle rozpowszechniali przez wiele stuleci oczywi­ście również papieże, Wigiliusz, Pelagiusz I, Innocenty III, Inno­centy IV i inni, jest to też doktryna soborowa, na przykład nie­sławnej pamięci, ze względu na decyzje godzące w Żydów, IV so­boru laterańskiego (1215) albo, o wiele wcześniejszego, zgroma­dzenia Konstantynopolitańskiej Prowincji Kościelnej (543), które po raz kolejny uznało Orygenesa za heretyka: „Kto mówi bądź wierzy, że kara spotykająca złe duchy i bezbożnych ludzi trwa tylko do czasu i po upływie pewnego okresu ustaje, po niej zaś następuje całkowite przywrócenie do łask [apokatastaza] złych duchów i bezbożników, ten niechaj będzie usunięty z Kościoła” — jest to zresztą takie zdanie, które czołowy rzekomo katolicki teolog XX wieku Karl Rahner uważa za twierdzenie doktrynalne nacechowane nieomylnością.

            Katechizm rzymski ustalony przez sobór trydencki i wydany na polecenie Piusa V też uprzedza w mocnych słowach, że „bez­bożni są w piekle wiecznie (perpetuo) pozbawieni światłości bo­skiego obrazu”, że zostają wrzuceni „w ogień wieczny” (in i&iem aetemum) i cierpią ból, „jak przy biciu albo biczowaniu, albo też przy innego rodzaju karach cielesnych, spośród których bez wątpienia największy ból sprawia udręka ognia”, tym bardziej że „trwać będzie po wsze czasy” (utperpetuum tempus duraturum sit) i potępieni „nigdy nie zdołają się uwolnić od towarzystwa najnie-godziwszych diabłów”! Catechismus Romanus podkreśla jedno­znacznie: „Oto co duszpasterze powinni bardzo często uświada­miać wiernym” (saepissime inculcare debent).

Jeszcze przecież w XX wieku jezuici wykonują „ćwiczenia duchowe” założyciela zakonu Ignacego Loyoli — który, zdaniem jednego z jego „synów”, łączył w sobie ludzką wielkość z „czy­nami człowieka obłąkanego” — muszą w różnych ćwiczeniach i różnymi zmysłami przekonywać samych siebie o takich wymia­rach, jak „długość, szerokość i głębokość piekła”, wyobrażać so­bie „owe niezmierzone ogniste czeluście oraz dusze znajdujące się jakby w ognistych ciałach”, a ponadto „płacz, wycie, krzyk”, „dym, siarkę” et cetera. I wreszcie w ostatnim ćwiczeniu „na godzinę przed wieczerzą” powinni „przypominać sobie wszystkie dusze, które są w piekle” i cieszyć się, że sami (jeszcze) się do nich nie zaliczają.

Powtarzam: przez dwa tysiące lat wbijano to do głów, choć ni­gdy ex cathedra, przez dwa tysiące lat w ten sposób doprowadzano niezliczone rzesze ludzi do najgorszych, dożywotnich wyrzutów sumienia, do beznadziejnego nieszczęścia, i oto teraz, gdy nawet katolicy wierzą w to coraz mniej, ojciec Bsteh — jak z całą pew­nością wielu innych teologów w naszych czasach — daje do zro­zumienia, że chrześcijanin jest obowiązany mieć nadzieję na coś całkowicie sprzecznego ze wszystkim, czego na ten temat uczono dotychczas, i w to wierzyć. Nagle przestają się liczyć wszelkie we­zwania soborów, papieży, największych Ojców Kościoła, nawet słowa Pawła i nawet te, które wypowiedział Jezus.

A czy w ogóle go kiedykolwiek słuchano?! Czyż nie uśmier­cano go wciąż na nowo? Dlatego właśnie w odpowiedzi na an­kietę katolika Heinricha Spaemanna: „Kim jest Jezus z Nazaretu — dla mnie?” napisałem krótko: „Na pewno nie Bogiem. Być może człowiekiem. W Biblii ukrzyżowanym jeden raz, a w dzie­jach Kościoła stale rozpinanym na krzyżu”.

Właśnie, któż przejmował się zawsze Jezusem mniej niż kler! Nie bez powodu mieszkańcy Rzymu rozszyfrowują skrót S.C.Y. (Stało Citta del Yaticano) na tablicach rejestracyjnych samocho­dów dostojników Kurii słowami: Se Cristo vedesse (Gdyby Chry­stus to widział!)

Przypomina mi się przy tej okazji karta pocztowa, którą przy­słała mi niedawno „zapalona czytelniczka” z Górnej Bawarii, od lat w służbie Kościoła. „Na Pańskie książki — czytamy — jak i na zamordowanie papieża w roku 1978, na miliardowe oszustwo z 1971 roku, na zasługi Kościoła dotyczące pigułki antykoncep­cyjnej i przy tym próby przekupstwa zwróciłam uwagę członka kapituły diecezjalnej… (telef.) Zadałam mu pytanie! «Co powie­działby na to Jezus?» Ten duchowny odparł: «Ach, gdybyśmy za­wsze pytali o zdanie Jezusa…»”

Ale ci ludzie nie tylko nie pytają Jezusa, z całą konsekwencją nie spieszą się też do niego. Tak samo jak my — to zadziwiające zjawisko — boją się umierania.

W książce Ein Jahrhundert Heilsgeschichte. Die Politik der Papste im Zeitalter der Weltkńege (Sto lat dziejów zbawienia. Po­lityka papieży w epoce wojen światowych) — niewątpliwie naj-aktualniejszej z moich krytyk Kościoła i właśnie dlatego na ogół przemilczanej — wskazałem na podeszły wiek papieży w ciągu ostatnich stu lat i w programie „Club” przypomniałem o tym: Leon XIII — powiedziałem — dożył do dziewięćdziesięciu trzech lat; Pius X — do siedemdziesięciu dziewięciu, Pius XI — do osiemdziesięciu dwóch, Pius XII — do osiemdziesięciu dwóch, Jan XXIII — do osiemdziesięciu dwóch, Paweł VI — do osiem­dziesięciu jeden lat. Co do dwóch głów Kościoła zmarłych w młod­szym wieku istnieje podejrzenie, że nie spotkała ich śmierć na­turalna. Benedykt XV, chyba nieprzypadkowo najmniej znany papież w tym stuleciu, odszedł do wieczności jako człowiek sześćdziesięciosiedmioletni, całkiem niespodziewanie, zaskaku­jąco szybko, skulony i wykrzywiony z bólu, co dało powód do pogłoski o otruciu (on sam ponoć — nie według pogłosek roz­powszechnianych przez ludzi nieżyczliwych, lecz według tego, co mówiono w Watykanie — otruł kiedyś rywala). Równie na­gle, w bardzo zagadkowych okolicznościach, zgasł Jan Paweł I, uśmiechnięty Albino Luciani, ledwo zaczął rządzić i ledwo chwycił za miotłę, żeby zrobić porządek. Ale nawet jeśli uwzględnić tych zmarłych w młodszym wieku książąt Kościoła, przeciętna długość życia znacznie przewyższa naszą.

Nieodparcie nasuwa się taki oto wniosek: ani ten urząd, ani tęsknota piastujących go ludzi do Jezusa nie są pewno zbyt wy­czerpujące. Umacnia nas w tym podejrzeniu aktywność ich le­karzy osobistych i innych koryfeuszy medycyny, sprowadzanych w chwilach kryzysów zdrowotnych z całego świata, a „ostatnie słowa” niejednego z papieży przed odejściem do Chrystusa nie za­wsze były wyważone, jak na przykład wyznanie wiary Piusa X: „[…] chyba wszystko się kończy” czy wyznanie Leona XIII: „Zbliża się katastrofa […]”.

W każdym razie pozostali ludzie, także ci katoliccy, osiągają przeciętnie wiek o wiele młodszy niż papieże, którzy widocznie poświęcają znacznie więcej troski i pieczy własnemu życiu niż życiu swoich owieczek. Bo przecież od późnego antyku po dziś dzień dopuszczają do tego, by często nawet kolejne generacje wy­mierały na polach bitewnych; ostatnimi czasy co prawda zawsze towarzyszą temu wypowiadane z namaszczeniem apele o pokój, ale równocześnie żołnierzy obowiązuje „święta przysięga”, iż będą walczyć do ostatniej kropli krwi. Tak, to, czego kler strzeże w łonie matki, to zarazem wydaje na pastwę losu, gdy jest wojna; tak jakby gromadził mięso armatnie w brzuchach kobiet. Posłuszeństwo — oto ideał tych, którzy chcą panować. Nie jest to przesłanka mą­drości, jak sądził Augustyn, lecz nieraz przesłanka bohaterskiej śmierci. Tak więc sternicy Kościoła starają się wydłużać własne życie, mimo radości czekającej w zaświatach, a jednocześnie — kiedykolwiek widzą taką potrzebę, co zdarza się często — skra­cają życie innym.

Przyznaję, że w Wiedniu to i owo pomieszałem, nie wypowie­działem się tak jasno: dyskutowanie nie jest moim atutem i pora przed pomocą nie jest też dla mnie najlepsza (bo przez całe życie wstawałem wcześnie).

Tak czy inaczej mój wkład do dyskusji nie był aż tak dez-orientujący, żeby ojciec Bsteh musiał uznać siebie za zdezorien­towanego. „Szczerze mówiąc — odrzekł on, dostojnie i roztrop­nie dobierając słowa — w tej chwili właściwie nie wiem, jak miał­bym ocenić pańskie wypowiedzi, zważywszy na temat tej rozmowy.

Pańskiej książki nie czytałem. Przypuszczam, że to, co pan mówi, wiąże się z całą treścią pańskiej książki. Powiedziałbym po pro­stu, że padły tu słowa, do których nie potrafię się odnieść, na przykład do tego, czy papieże są teraz starsi, czy nie. Proszę mi nie wziąć tego za złe, to znaczy, jest tu jakaś kwestia, ale po pro­stu nie wiem co, traktuję pana poważnie, naprawdę, bo czuję, że dla pana jest to jakaś kwestia, ale ja nie mogą podzielić pańskiej oceny, bo czy papież Leon XIII do dziewięćdziesięciu lat, czy tylko do siedemdziesięciu […]”.

Tak jakby o to chodziło! Przypomniała mi się (i wspomniałem o tym) recenzja pierwszego tomu moich Dziejów zbawienia napi­sana przez innego teologa, który na łamach „Wiener Zeitung” stwierdził, że Deschner „z nienawiścią i cynicznie żałuje, iż pa­pieże dożyli do tak późnej starości”.

O tym nie może oczywiście być mowy — powiedziałem w programie „Club” — to jest oszczerstwo, zawarte zresztą w „krytyce” pełnej oszczerstw, ale przecież tym przypominają­cej potępienie sformułowane przez owego diakona i kogo tam jeszcze, iż dezawuuje wyłącznie ogólnikowo, piętnuje sumarycz­nie, ryczałtem deprecjonuje mnie i moją pracę, mówi o moim „diabolicznym sercu”, odmawia mi „dokładności”, „uczciwości”, przypisuje mi dzieło, w którym roi się jakoby „od błędów, niepre­cyzyjnych sformułowań, fałszywych wniosków i niezrozumiałych stwierdzeń niezgodnych z prawdą”, „rzecz monstrualną”, któ­rej cechy charakterystyczne to „nieznośne ślizganie się po po­wierzchni, niechlujstwo i wywołana nienawiścią nierzeczowość”, opluwanie w stylu „totalitarnych pismaków w Trzeciej Rzeszy, li­teratów stalinowskich i nieprzyjaciół Boga z podziemi tajnych sto­warzyszeń, sekt, bractw międzynarodowych, tak ohydne, że w dzi­siejszych czasach wręcz niespodziewane […]”.

To ta sama ogólnikowa maniera i mania krytycznego osądu, co u owego diakona — bez jakichkolwiek dowodów! Jedyny kon­kretny obiekt ataku tego katolika na łamach „Wiener Zeitung”, mój rzekomy żal, „iż papieże dożyli do takiej późnej starości”, został zmyślony — ja tego nie napisałem!

Przeciętna długość życia biskupów Rzymu (i wszystkich in­nych) jest mi obojętna już choćby dlatego, że jak wykazuje hi­storia rzadko kiedy pojawia się ktoś lepszy albo też dlatego, że jeśli wyjątkowo zdarzy się ktoś taki, to przecież ów aparat jest tak przemożny, skorumpowany, zły, iż nawet „lepszy” papież nie wprowadzi istotnych zmian. „W gruncie rzeczy jest to całkiem obojętne — oświadczyłem więc w Wiedniu — kto stoi na czele tej instytuqi”. Nie może ona stać się niczym innym, niż jest — po dwóch tysiącach lat można to już powiedzieć.

Potem przypomniałem, że umierają nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, i uznałem za znamienny fakt, iż zawsze mówi się tylko o człowieku, tym „ukoronowaniu dzieła stworzenia”, które trzeba by raczej nazwać ukoronowaniem dzieła wyzysku. A prze­cież już w Starym Testamencie czytamy: „Kto wie, czy dusza czło­wieka kieruje się ku górze, dusza zaś bydlęcia w dół, pod ziemię?” (Stara religia Izraelitów nie znała wiary w zmartwychwstanie; od­rzucali ją też saduceusze i Samarytanie). Z drugiej jednak strony jest również w Starym Testamencie owo straszne w swej wymowie i skutkach wezwanie: „Poddajcie je sobie!”

Jedynymi osobami, które w programie „Club” jednoznacz­nie podzielały moje współczucie wobec zwierząt (powiedziałem tam, że człowiek jest notorycznym przestępcą — jadłospis to naj-krwawsza karta, jaką zapisujemy!) były młoda aktorka Katerina Jacob i, nawet bardziej, Lotte Ingrisch. Ale właśnie ta ostatnia słyszała — oczywiście z ust teologa, pewno któregoś z „postępo­wych”, zieleniących się jak trawa na wiosnę — że w owym miejscu wystąpił „błąd w tłumaczeniu”. W rzeczywistości miałoby to zda­nie brzmieć nie: „Poddajcie je sobie”, lecz: „Idźcie i strzeżcie, ochraniajcie ziemię”.

To aż nazbyt śmieszne. (I aż nazbyt typowe). Przecież już na pierwszej stronie Biblii Bóg nakazuje podobnym mu ludziom kilkakrotnie, by objęli władzę nad rybami w morzu, nad podnieb­nymi ptakami, nad bydłem i wszelką zwierzyną na polu. I zaraz po tym wzywa się nas jeszcze raz: „[…] poddajcie je sobie i panujcie […]”. A później jeszcze raz mowa jest o strachu i grozie, którą po­winien człowiek budzić we wszystkich zwierzętach, o tym, że one powinny znaleźć się w dyspozycji człowieka. „Niech wszystko, co się porusza i żyje, będzie waszym pokarmem”.

Z owego ogarniającego najwięcej istot wyroku niewoli i śmierci, z owej piekielnej introdukcji do przeobrażenia jednej z gwiazd w rzeźnię, ojciec Bsteh, wierny właściwej jego rzemiosłu sztuce łagodzenia, przeinaczania, przedstawiania rzeczy sprzecz­nie z faktami, uczynił coś całkiem odmiennego, prawdziwie pięk­nego. Zapytany o ów „błąd w tłumaczeniu”, ten sługa Boga stwier­dził bowiem: „Widzi pan, ja zacząłbym akurat w tym miejscu, a raczej wyszedłbym jednak od tego, że chrześcijanin, który uza­leżnia własną egzystencję od pomocy boskiej, musi zakładać to samo w odniesieniu do zwierząt, do całego świata, gwiazd, świa­tła, księżyca i słońca. Nie ma on prawa uważać siebie za w jakiej­kolwiek mierze uprzywilejowanego, jako stworzony przez Boga, a wszystko inne uważać za po prostu istniejące i nadające się do takiego czy innego wykorzystania. Motywacją mojej wiary jest właśnie świadomość, że jestem tym, kim jestem, bo Bóg w swej miłości chce mnie takiego, i że to samo dotyczy zwierzęcia, słońca, księżyca i kwiatów”.

Do zasad biblijnych przystaje to wszystko jak pięść do nosa. Bo Genezis, pierwsza księga Mojżesza, mówi bardzo wyraźnie o wywyższeniu człowieka, nigdzie zaś o tym, jakoby nie miał on prawa „uważać siebie za w jakiejkolwiek mierze uprzywilejowa­nego”. Według Księgi Rodzaju powinien on „panować”, sprowa­dzać strach i grozę na wszystkie zwierzęta i te ostatnie są jedno­znacznie oddane mu we władanie, ale nie po to, by ich strzegł i je chronił, lecz by pożerał wszystko, „co się porusza i żyje”! Nato­miast ojciec Bsteh, przedstawiciel religii jaskrawię dualistycznej, zaprezentował zgoła monistyczny obraz świata, obraz wielce po­zytywny, taki, że w harmonii sfer nieomal słychać dzwony, ale z Pismem Świętym, a jeszcze bardziej z chrześcijańską praktyką, kontrastuje ta wizja w sposób budzący grozę.

Dlatego też moderator programu Knóbl uznał za pożą­dane, nader interesujące z politycznego punktu widzenia i na­der ważne dogmatyczne zdefiniowanie „takiego sposobu myślenia przez Rzym”. Na to Bsteh: „Widzi pan, zagadnięty o to, stwier­dziłbym jednak, że cały Kościół zawsze utrzymywał, iż nie ma żadnej rzeczy widzialnej ani niewidzialnej, której by nie stworzył Bóg. Jest on więc stwórcą nieba i ziemi. Inna sprawa, że po czę­ści, i nie wiem, jak wielka to część, zostało to później zapomniane i przepadło, nie wiadomo gdzie”. Ależ właśnie o to chodziło i o to chodzi! „Skoro mówi pan, że byłoby pożądane, żeby Kościół sfor­mułował to kiedyś ex cathedra, ja powiedziałbym, iż odkąd istnieje chrześcijańskie wyznanie wiary, zaczyna się ono od słów: «Wierzę w Boga, Stworzyciela nieba i ziemi». A jeżeli ma pan na myśli Genezis (!), to przecież w tych wielkich wizjach zawiera się cała historia stworzenia, nie tylko globalnie wszystko to, co w nie­bie i na ziemi, ale wspomina się tam też o wodzie, o oddziele­niu światła, o księżycu i słońcu, o zwierzynie, robactwie i rybach […]”. Wtem rozległ się okrzyk protestu. Teolog mówił jednak da­lej: „Najpierw zostało to stworzone przez Boga. Takie stwierdze­nie występuje w istocie również w Nowym Testamencie. W wierze chrześcijańskiej świat stanowi przecież niepodzielną całość. I na tym świecie żyje człowiek ze swym powołaniem […]”. „Jakim?”, zainteresował się ktoś. Bsteh pominął to pytanie milczeniem. „Po­wiedziałbym więc, że tak się szczęśliwie składa, iż naprawdę od zarania dziejów wiary chrześcijańskiej datuje się wyraźna świado­mość tego, że nie może być tak, by człowiek uważał tylko siebie za stworzenie boże, a wszystko inne za istniejące ot tak, po pro­stu. Z tego wynika, że każdą inną istotę też muszę traktować jak stworzenie boże, to znaczy pochodzi ona od Boga, Bóg obdarzył ją racją istnienia, odrębnością, a nie ja, On ją stworzył, niepraw­daż, tak jak stworzył mnie”. Pani Jacob zapytała dwa razy pod rząd: „Kto daje nam prawo do zabijania?” Na to Bsteh odpowie­dział w końcu: „Kto, kto daje, kto je sobie uzurpuje, dzieje się tak po prostu gwoli zabijania”.

To oczywisty nonsens. Zabija się nie gwoli zabijania, lecz — to niemalże zbyt banalne stwierdzenie — gwoli zysku i z żądzy panowania.

Co się tyczy zwierzęcia, to już starsi greccy filozofowie z cza­sów przedchrześcijańskich przyznają mu duszę podobną do na­szej. U pitagorejczyków wiązał się z tym przekonaniem zakaz spo­żywania mięsa; podobnie w Indiach. Już Budda żąda wyrzecze­nia się przemocy „wobec wszelkich istot”, obojętnie, czy chodzi o roślinę, o zwierzę, czy o człowieka. Zgodnie z tym nakazem, buddyzm stawia zwierzę na równi z człowiekiem, na równi z bó­stwem. Hindus symbolizuje takie myślenie kultem okazywanym krowie.

Ale w chrześcijaństwie zwierzę stanowi rzecz; wyłącznie przedmiot eksploatacji, hodowli, łowów, pożerania; człowiek jest śmiertelnym wrogiem zwierzęcia, jego diabłem. „Czyż Bóg trosz­czy się o woły? Czyż nie wypowiada się zawsze tylko z myślą o nas?” Tak pytał już Paweł, „pierwszy chrześcijanin” (Nietz-sche). W czasach inkwizycji w dniu świętego Jana w całej Eu­ropie Zachodniej wrzucano masowo koty do ognia, a w Metzu takie autodafe utrzymywały się aż do połowy XVIII wieku. Chrze­ścijańska miłość do zwierząt kwitnie: dzisiaj w masarniach, rzeź­niach, wylęgarniach, tuczarniach, ciemnych oborach, w „szlachet­nym myślistwie” rzeźników leśnych i łąkowych, w akcie dogdum-ping, tormentum malitiae, na arenach walk byków, podczas walk kogutów i psów, przy wiwisekcjach. W Republice Federalnej Nie­miec przynajmniej do 1970 roku istniało publiczne „ucinanie łbów kogutom” i „ucinanie łbów gęsiom”, przy czym wieszane łbem w dół ofiary były często straszliwie masakrowane. Dawniej było niemalże powszechnym zwyczajem przed wyjazdem na urlop, że wyrzucano do sedesu i spłukiwano, a teraz przed swoim wypo­czynkiem ludzie pozbywają się psów i kotów, przywiązując je do drzew, rozbijając im łby, wyrzucając je do zsypów, w Ameryce taki los rokrocznie spotyka miliony zwierząt. A miliony innych bada się (nie tylko) w naszym kraju w sposób ohydny, by tak rzec, w celach naukowych.

Wspomniałem wówczas o Włoszech, gdzie ludzie uśmierca­jący zwierzęta nadal mówią: senza anima [bez duszy — przyp-tłum.] i non e cristiano [to nie jest stworzenie chrześcijańskie — przyp. tłum.]. Przypomniałem takich filozofów, jak Klages i Theodor Lessing, którzy dali wstrząsające opisy na początku XX wieku tego niesamowitego zniszczenia. Podówczas ginęło rok w rok trzysta milionów ptaków, padając ofiarą mody damskiej. „Cywilizacja — pisze Klages — ma cechy rozpasanej żądzy zabi­jania i jej trujące wyziewy wyniszczają bogactwo ziemi”. Lessing zaś ubolewa nad niesamowitym pastwieniem się nad zwierzętami, na przykład fokami, przy ich zabijaniu i pisze: „Połowy ryb i mordy popełniane na ptakach w ciągu jednego roku sprowadzają na zie­mię tyle cierpień, że w porównaniu z tym krwawa łaźnia wojny światowej lat 1914-1919 wydaje się niewinną dziecięcą zabawą”.

Niestety nie wymieniłem Schopenhauera, który dopatruje się w chrześcijańskiej pogardzie dla zwierząt „następstwa owej sceny instalowania się w rajskim ogrodzie” i twierdzi, że znalazł tylko jedno takie miejsce w Biblii, gdzie — dość słabo — występuje się na rzecz oszczędzania zwierząt.

Ale ojciec Bsteh uczcił w swej przemowie stworzenie nieba i ziemi, wielkie wizje Genezis, chrześcijańskie wyznanie wiary, słońce, księżyc i gwiazdy, także kwiaty, wszystko; powiedział, że każdą inną istotę też trzeba traktować jak stworzenie boże, bo tego chce Bóg w swej miłości, bo od niego te istoty pochodzą. Mimo to sposób wypowiadania się owego katolickiego teologa, wykluczający dyskusję, bo uciekający od przedmiotu i od dziejów, raczej nieporadny niż świadomie wprowadzający w błąd (chociaż ten człowiek nie jest pewno aż tak poczciwy, za jakiego chciałby uchodzić), otóż jego sposób wypowiadania się wydaje mi się jed­nak nie tak fatalny, jak wypowiedzi protestanckiego papieża na­szych czasów Karla Bartha, który co prawda również uznaje zwie­rzę za pochodzące od Boga, a nawet zabrania człowiekowi je mor­dować, ale czyniąc takie oto sofistyczne, źle mówię, teologiczne rozróżnienie: „Człowiekowi nie wolno też mordować zwierzęcia. Może je tylko zabić, gdy jest świadomy tego, że należy ono nie do niego, lecz do Boga […]. Zabijanie zwierząt jako wyraz posłuszeń­stwa jest możliwe tylko w postaci pełnego czci aktu pokuty, dzięk­czynienia, okazania przez ułaskawionego grzesznika wdzięczności temu, który jest stwórcą i panem człowieka i zwierzęcia. Zabijanie zwierząt dokonywane z przyzwoleniem i z nakazu Boga stanowi akt kapłański […]”. Tak jak zabijanie ludzi!

            O-hy-da!

Pod koniec programu podjąłem się zwięzłego podsumowa­nia i wskazania kwintesencji naszego stosunku do umierania, do śmierci, a mianowicie: żyć aktywniej, świadomiej, intensywniej, z o wiele większym szacunkiem dla życia, dla życia każdej innej istoty, każdego człowieka i każdego zwierzęcia. I zakończyłem słowami: „Być może nasza tragedia polega przede wszystkim na tym, że utrudniamy życie innym, nie potrafiąc ułatwić sobie wła­snego życia. I być może źródłem nadziei dla nas byłaby przede wszystkim sytuacja, w której ułatwialibyśmy życie innym po to, by i nam samym żyło się lżej”.

Tak to, szanowny panie Huemer, w większości — z wyjątkiem wtrąceń — ująłem swój wkład do dyskusji, to i owo przedstawiw­szy zwięźlej, inne kwestie zaś rozszerzywszy. Zadaniem owego skarżącego się diakona byłoby wychwycenie, podważenie i oba­lenie wypowiedzi, które go zaszokowały. Jak powiedziałem, nie spróbował tego nawet, tak jak — co wielce znamienne — nie spróbował tego nigdy wobec mnie Kościół (katolicki).

W innych wypadkach rzuca się Kościół na wszystko, co na­daje się do zaatakowania, na najmniejsze, najbłahsze potknięcie. A jakże chętnie sprowadziłby mnie ad absurdum — gdyby mógł! Kościół nigdy mi tego nie wybaczy, że jest tak odrażający, jak go przedstawiłem. Gdy jednak z braku argumentów trzeba uni­kać kontrowersji, to — jeśli nie sposób milczeć — argumentuje się zawsze ad kominem, wybiera się znieważenie osoby. Dlatego też nasz diakon mówi źle o mnie, bo nie może mówić źle o mo­ich intencjach. Stawia mnie na równi z osobnikami podstępnymi („sączy […] jad”) albo patologicznymi („histeria”), niemalże dzi­kimi — pod względem etycznym jednak bardziej godnymi sza­cunku niż ludzie „cywilizowani”, do których sam siebie zalicza. Ów diakon przypisuje mi również hasła „ateistyczne”, chociaż nie jestem ateistą, czego dowodziłem nieraz, nawet tytułami swo­ich książek. Oczywiście i w tym wypadku oskarża tylko ryczałtem. I ryczałtem tylko wytyka „niedbałe, nieobiektywne prowadzenie programu Club 2″, ponieważ moderator pan Kuno Knóbl „nie przeszkodził temu dziko zachowującemu się pisarzowi powiedzieć aż tyle przeciwko wierze, przeciw Kościołowi i przeciwko Bogu”. (Ten człowiek opowiada się za tolerancją!)

Jedynie ogólnikowo krytykuje „hasła z dziewiętnastowiecz­nego lamusa kulturkampfu” — tak jakby hasła były błędne dla­tego, że są stare, dziewiętnastowieczne, ze stulecia Marksa i Nie-tzschego. A jak głośno zaprotestowałby pewno, gdybym mu wska­zał hasła z lamusów I, II i III wieku, kiedy powstało to, czego on, herold antyku, broni po dziś dzień!

Ów diakon stwierdza u mnie kilkakroć nienawiść, która ni­gdzie nie grasuje tak bardzo, jak w szeregach duchowieństwa, w traktatach Ojców Kościoła, papieży, teologów: najgorsza, naj-ohydniejsza, najzwyczajniejsza nienawiść. Diakon się myli — ja nie pałam nienawiścią do nich. Ja nimi pogardzam.

Nie jestem fanatykiem, jestem sceptykiem. A nie widziano chyba nigdy sceptyka, który byłby fanatykiem. Nie, ja nie propa­guję żadnej doktryny, żadnego dogmatu ani też nieomylności. Nie, nie chcę mieć prozelitów, nie chcę stworzenia wspólnoty, zwolen­ników i osób zależnych ode mnie. Nie cierpię na zapędy misjo­narskie, chęć nawracania, wyolbrzymione posłannictwo. Wszystko podaję w wątpliwość, czasem nawet własne wątpliwości. Wierzę w mało co i nawet nie zawsze z pełnym przekonaniem. Lubię znak zapytania: to mój znak rozpoznawczy, mój krzyż, moja wiara, je­dyna, której misjonarzem, a nawet męczennikiem mógłbym się stać — gdyby nie moje Wątpliwości.

Ale wątpliwości i krytyka mają to do siebie, że są atrak­cyjne nie dla ludzi najgłupszych, lecz dla tych myślących. I na­wet nasz diakon trafia jeden raz w sedno, gdy pisze: „Krytyczna młodzież, ludzie stojący z boku, wątpiący, rozczarowani Kościo­łem […] umocnią się natomiast w swej rezerwie wobec Kościoła i uznają wypowiedzi pana Deschnera za demaskujące chrześcijań­stwo i Kościół”. „Jad, jaki sączy ten autor, utwierdzi chrześcijan niepraktykujących i odszczepieńców w ich postawie”.

Ale i cała większość owieczek nie cieszy tego diakona. Bo „w masach chrześcijan substancja wiary jest bardzo cienka”. Uważa owe masy za podatne jeśli nie na „agresję, to jednak na awersję czy animozję”. Czyja to wina? Czy takich aroganckich, zdziczałych bojowników kulturkampfu jak ja? Czy raczej tych, co mają monopol na uszczęśliwianie, tych, którzy przecież od dwóch tysięcy lat troszczą się o ową „substancję wiary”, od dwóch ty­sięcy lat strzygą, posyłają na rzeź swoje owieczki, od dwóch ty­sięcy lat ogłupiają, wyzyskują, zniewalają, zabijają. To nie „prze­sadnie przedstawione fakty historyczne”, to są po prostu fakty historyczne — obojętnie, czy ów diakon je zna, czy nie, czy przy­znaje, iż zaistniały, czy też nie.

Wygląda na to, że tego sługę Kościoła uszczęśliwiają tylko najubożsi w intelekt i najubożsi duchem. „Prości ludzie — na przykład w szpitalach” (gdy przez chorobę i bliską perspektywę śmierci znowu ogarnia ich strach przed piekłem!) — „skarżą się na skrócenie kazania porannego z pięciu do trzech minut, na to, że przeniesiono część audycji religijnych na mniej dogodną porę itd. Jak osiągnąć to, żeby te tak przecież liczne (!) audycje pla­nowano i przygotowywano w sposób na tyle przemyślany i atrak­cyjny, by podstawowe wartości chrześcijaństwa oraz nasza wiara, jako pomocna w życiu każdemu z osobna i wszystkim ludziom razem, lepiej docierały i wywoływały entuzjazm? Serca, umysły, ręce niechaj przeciwstawiają się zanikowi!”

Właśnie, trzeba dać światu jeszcze więcej tego katolickiego bełkotu na ekranie!

Czy jestem nietolerancyjny? Czy raczej dotyczy to owego dia­kona? „To było oburzające… Protestuję… Żądam…” Tak w kilku kolejnych wersach strofuje on zarząd radia i telewizji austriackiej i pyta władczym tonem: „Gdzież my jesteśmy?”

Ha, na pewno już nie w Austrii Ignaza Seipela! Księdza i kanclerza, który rządził całkowicie zgodnie z oczekiwaniami Wa­tykanu. Którego pierwsze i ostatnie pytanie brzmiało: „Czy to posłuży Kościołowi?” Który nie cofnął się przed niczym w walce z „wrogami Jezusa Chrystusa”, nawet przed wojną domową. Który polecił otworzyć ogień do tych, co ze zrozumiałych powodów pod­palili Pałac Sprawiedliwości, czego następstwem było ponad ty­siąc rannych i osiemdziesiąt dziewięć ofiar śmiertelnych w Wied­niu. Który bezustannie, aż do śmierci, nakłaniał swoich przyjaciół w niemieckiej katolickiej Partii Centrum, by się porozumieli z Hi­tlerem. Który wyznał 26 września 1930 roku na łamach sztokholm-skiej gazety „Aftonbladet”: „Nie znam Hitlera, ale jestem przeko­nany, że i on, i wielu innych młodych ludzi, którzy opowiedzieli się za nim, to ludzie z ideałami”. W przerażający sposób przypomina to pewną wypowiedź jego kolegi, duchownego i teologa — księ­dza Kaasa, przywódcy Partii Centrum, który — przyczyniwszy się do zaprowadzenia dyktatury przez Hitlera — napisał z Watykanu: „Hitler potrafi poprowadzić nawę państwa. Zanim jeszcze został kanclerzem, spotkałem się z nim kilka razy i byłem pod wielkim wrażeniem jasności jego myśli oraz tego, że liczy się on z fak­tami, a przy tym pozostaje wierny swoim szlachetnym ideałom […]”. Podobnie — wszystko to się wiąże i przystaje wzajemnie do siebie! — kardynał Innitzer z Wiednia uznał, że z chwilą zajęcia Austrii przez Hitlera, „tego wodza zesłanego przez Boga”, speł­niła się „tysiącletnia tęsknota naszego narodu”; uczcił wkroczenie Niemców biciem w dzwony i wywieszeniem flag ze swastyką na kościołach, po czym za swoje zasługi został osobiście przez Hi­tlera odznaczony Medalem Marchii Wschodniej — to fakt po dziś dzień prawie nie znany, bo wszędzie pomija się go milczeniem. (O innych szczegółach i dalszych powiązaniach może się ten dia­kon dowiedzieć z mojej książki Ein Jahrhundert Heilsgeschichte; wszystko jest tam bardzo dobrze udokumentowane).

„Gdzież my jesteśmy?!”

Czy to ja jestem nietolerancyjny? Czy zażądałem od ojca Bsteh albo innych katolików z grona dyskutantów, żeby przepro­sili mnie za to, iż rozpowszechniali twierdzenia nierzeczowe i fał­szywe? Za to, że ich wiara głęboko rani moje uczucia? Czy miałem pretensję do prowadzącego program o to, iż nie „wmieszał się”, żeby apodyktycznie „przyhamować” katolików? Czy zażądałem od niego przeprosin za „niepoważne ekscesy w tym programie”? Nie, to on, wyznawca religii miłości bliźniego i miłości wroga, ubolewa, oburza się, protestuje „w imieniu wszystkich katolików austriackich przeciw niepoważnemu i obraźliwemu prowadzeniu programu Club 2, jeśli to w ogóle można określić jako prowa­dzenie”… „My, katolicy, nie pozwolimy już, by tak się z nami obchodzono (!)”.

On stawia czoło, pod którym kryje się niewiele, i również on nie skorzystał na tym, że kiedyś żył Karl Kraus.

„Żądam, żeby ten pisarz przeprosił ojca Bsteh osobiście za swoje napaści, i chciałbym prosić, by ORF poinformowało mnie o treści swojego listu do wspomnianego pisarza oraz o jego reakcji nań. Jeśli to nie jest możliwe, prosiłbym, by pan Kuno Knóbl (!)” — galopując do Rzymu, diakon pozostawia za sobą słowa i na­zwiska z takim samym brakiem żenady, jak i materię, o którą tu chodzi — „przeprosił ojca Bsteh za swoje niewłaściwe prowadze­nie i poinformował mnie o tym”.

Kuno Knóbl prowadził dyskusję lekko, swobodnie, szar­mancko. Zachowywał — wobec wszystkich! — neutralność, nie­malże wyłączając siebie samego, każdemu dawał czas na wypo­wiedź, pozwalał każdemu mówić bez ograniczeń. I właśnie za taką tolerancję, liberalizm, otwartość — z pewnymi wyjątkami — pro­gram „Club 2″ jest lubiany w Austrii i gdzie indziej przez bar­dziej wybrednych widzów, ale być może nie przez wszystkich pro­stych ludzi w szpitalach i nie przez wszystkich diakonów. Nawet nasz sługa Kościoła potwierdza jednak, że „dotychczas zwyczajem ORF była przyzwoitość i tolerancja, także w programie Club 2″, a więc od lat, jeśli nie dziesięcioleci.

Ale teraz on protestuje, żąda, oczekuje przeprosin; przepro­sin za moją rzekomą nietolerancję, „zajadłość”, „histerię”, „jad”.

Czyż nie wie, że to wszystko stanowi odwieczne domeny zwłaszcza jego Kościoła? Czyż nie wie, że chrześcijanie, mię­dzy innymi niejeden z największych świętych katolicyzmu, już we wczesnych dziejach Kościoła nawet chrześcijan innego wyznania lżyli jako „zarażonych”, „kalekich”, „synów diabła”, „psy”, „wście­kłe psy”, „chore psy”, „lisy”, „wilki”, „zwierzęta w ludzkiej po­staci”, „dzikie zwierzęta”, „bestie”, „żydowskich pobratymców”, „brudne świnie”, „bydło rzeźne nadające się do piekła”, „całkiem obłąkanych, zasługujących na zgładzenie”?

Czyż nie wie, że jeszcze w XX wieku katolicy piszący petycje do Watykanu nazywają wszystkich innowierców „zwierzętami nu­rzającymi się w brudzie”? Że jeszcze w XX wieku katolicy opowia­dają się za prawem do zabijania kacerzy, mówią o „błogosławio­nym ogniu stosów” i bronią palenia kacerzy jako „aktu żarliwej miłości”? Że jeszcze w XX wieku „Osservatore Romano” okre­śla protestancką szkołę w Rzymie jako „obrazę naszego Pana”? Czyż nie wie, że jeszcze w 1947 roku madryccy studenci puszyli się w pewnej ulotce wydanej przed splądrowaniem anglikańskiej kaplicy: „My, hiszpańska młodzież akademicka z roku 1947, uwa­żamy siebie za — w pełnym tego słowa znaczeniu — spadkobier­ców ducha inkwizycji”? Że inna ulotka głosiła: „Wolelibyśmy stosy inkwizyqi niż liberalistyczną tolerancję! Ani kroku dalej w tej he­rezji!”?

A on mnie zarzuca brak tolerancji!

I czyż nie wie, że kardynał Segura w swym dotyczącym pro­testantów liście pasterskim z roku 1952 uznał, że „kacerzom” nie przysługuje ochrona prawna w wypadku konfliktu z katolikami? Że jeszcze w 1953 roku kardynał Ottaviani z Kurii oświadczył w kwestii protestanckich mniejszości w Europie Południowej, co następuje: „Z punktu widzenia prawdziwego katolika tak zwana tolerancja jest nie na miejscu”?

A ja miałbym przepraszać, iż przeciwstawiam się nietoleran­cji, brutalności oraz oszustwom tego Kościoła?

Czyż Ecclesia Catholica wyraziła choćby jeden raz skruchę — co zresztą byłoby bezsensowne! — z tego powodu, że bezpośred­nio i pośrednio jest odpowiedzialna za eksploatację i uśmiercenie setek milionów ludzi, że przez długie lata i dożywotnio więziła rze­sze niewinnych, że całe rzesze ludzi przez wiele wieków skazywała na spalenie, poprzedzone ucięciem rąk czy języka, a gdy umie­rali, kazała im śpiewać: „Chwalimy Cię, wielki Boże!”? Z tego powodu, że — by przytoczyć tylko ten fakt — za jej sprawą Anno Domini 1600, po siedmiu latach ciężkiego więzienia, trafił rów­nież na stos jeden z najgenialniejszych myślicieli czasów nowożyt­nych Giordano Bruno? Wręcz przeciwnie! Gdy w 1889 roku na tym samym rzymskim targu kwietnym, na którym Kościół spopie­lił tego dominikanina, odsłonięte jego pomnik, papież Leon XIII modlił się, pragnąc odpokutować to świętokradztwo, przez cały dzień przed „sakramentem”, potępił tę rzekomą próbę wytrzebie­nia wiary chrześcijańskiej i otrzymał niezliczone wyrazy poparcia z całego świata. Difficile set satiram non scribere.

Chyba że zbrodnia nie jest zbrodnią, jeśli datuje się sprzed kilkuset lat? Byłaby to bardzo chrześcijańska interpretacja!

I czyż ten człowiek nie wie, że — w ujęciu czysto ilościo­wym — Kościół katolicki dopuścił się w XX wieku większych potworności niż w którymkolwiek wcześniejszym stuleciu swoich dziejów? Czyżby nie wiedział, jak Kościół zachowywał się podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, w czasie wojny wietnamskiej? Jak się odnosił do faszystowskich dyktatur Mussoliniego, Franco, Hitlera?

Czyż nie wie, że w katolickiej Polsce, odrodzonej dzięki trak­tatowi wersalskiemu, w latach dwudziestych i trzydziestych do­szło do bodaj czy nie najokrutniejszych prześladowań religijnych w nowszej historii, i to według instrukqi prosto z Watykanu? Że większość cerkwi prawosławnych na Ukrainie rozgrabiono, prze­mieniono w stajnie i latryny, że ponad tysiąc księży prawosław­nych trafiło do więzienia i poprzez masakry wyludniono całe wsie? Podówczas to watykańscy wizytatorzy jeździli stale po kraju, żeby obserwować rozpowszechnianie się tej jedynie zbawiennej reli­gii. W roku 1930, jak się twierdzi, aż dwieście tysięcy Ukraińców przebywało w więzieniach. Czyż nie wie, że w 1938 roku doszło tam do kolejnych pogromów? Że w lipcu spośród trzystu cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Podlasiu sto przerobiono już na kościoły rzymskokatolickie, ponad siedemdziesiąt zostało spa­lonych >albo uległo zniszczeniu w inny sposób, prawie tyle samo zamknięto; że już w sierpniu po stu trzydziestu tamtejszych świą­tyniach prawosławnych pozostał tylko popiół?

I sługa tego Kościoła chce mnie uczyć tolerancji! Czyż nie wie, że od roku 1941 do 1943 podczas kato­lickiej krucjaty przeciw Serbskiemu Kościołowi Prawosławnemu dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć cerkwi obrabowano, zburzono, przemieniono w magazyny, szalety, stajnie, że dwieście czterdzie­ści tysięcy prawosławnych Serbów nawrócono pod bezwzględnym przymusem na katolicyzm, a blisko siedemset pięćdziesiąt tysięcy prawosławnych Serbów — chrześcijan! — wymordowano, często po straszliwych torturach? Że obcinano im uszy, nosy, wykłuwang oczy, że wyrywano im włosy, brody, że ich skalpowano? Że dzieci, starcy, mężczyźni i kobiety byli ścinani, sztyletowani, rozstrzeli­wani, duszeni, topieni, że palono ich żywcem, ćwiartowano ich żywcem, krajano żywcem na kawałki, grzebano żywcem i rozpi­nano żywcem na krzyżach?

Czyż nie wie, że zamordowano również co najmniej trzy­stu prawosławnych księży, że w Zagrzebiu, stolicy Chorwacji, gdzie rezydowali prymas arcybiskup Stepinać oraz legat papieski Marcone, metropolita prawosławny Dozyteusz był torturowany tak okrutnie, iż popadł w obłęd? Że uduszono osiemdziesięcio­letniego metropolitę Sarajewa Petera Simonicia, że osiemdzie-sięciojednoletniemu biskupowi Platovowi z Banja Luki podkuto stopy jak koniowi, po czym zmuszono go, by szedł dopóty, do­póki nie stracił przytomności, później zaś rozniecono ogień na jego piersi, wykłuto mu oczy, odcięto uszy, nos, w końcu go dobito?

Czyż nie wie, że haniebne wyczyny jego Kościoła w tej „Chor­wacji Boga i Maryi”, w tym „Królestwie Chrystusa”, były tak ohydne, iż zaprotestowały nawet niemieckie czynniki oficjalne, dy­plomaci, generalicja, funkcjonariusze partyjni, nawet służba bez­pieczeństwa SS i wreszcie także hitlerowski minister spraw za­granicznych polecił, by wyrażono w Zagrzebiu zdecydowaną dez­aprobatę rządu Rzeszy dla „niesamowitych ekscesów”, mało tego, sam Hitler oświadczył: „Kiedyś rozprawię się z tym reżimem — ale nie teraz!”?

Czyż nie wie, że Kościół katolicki miał ścisłe powiązania z tym państwem, że nie tylko był jego duchowym protektorem i adherentem, ale ponadto część kleru, zwłaszcza jezuici, a jeszcze liczniej franciszkanie, wzięła czynny udział w masakrach? Że du­chowni przyznawali się, iż „często sięgają po pistolet maszynowy”, iż „nadszedł czas na używanie rewolweru i pistoletu”, iż „nie jest już grzechem zabicie siedmioletniego dziecka, jeśli naruszy ono ustaszowskie prawo”. „W możliwie krótkim czasie wymordować wszystkich Serbów — oto nasz program”. Czyż nie wie, że prymas Alojzije Stepinać dopatrzył się „w tej akcji ręki Boga”, że wyraził on w jednoznacznych słowach podziękowania chorwackiemu kle­rowi, „przede wszystkim franciszkanom”, i usprawiedliwił nawet „metody zastosowane przeciwko Żydom”? Że sam ojciec święty, prywatnie multimilioner, Pius XII szefa partii, rządu i państwa — tego raju dla morderców — Antego Pavelicia (który nazywał zresztą swoje państwo „Królestwem Bożym”) przyjął w Watyka­nie na uroczystej audienq’i, na pożegnanie życzył mu powodzenia w „dalszej pracy”, a” podczas samej audiencji pochwalił go jako „praktykującego (!) katolika”?

I przedstawiciel tego Kościoła żąda ode mnie, bym przepro­sił innego sługę tego Kościoła! Czy ten człowiek jest szalony? Nieświadomy? Bez charakteru? Jakkolwiek się to przedstawia, ja zrobię co innego. Tak, postaram się mu przysłużyć — a miano­wicie udzielę mu pewnej rady, wskażę mu coś palcem, i niech on bądź jego przełożeni skorzystają z tego w pełni, ci ostatni bowiem mogliby zobaczyć w nim człowieka z inwencją, odznaczającego się wyczuciem potrzeb duszpasterskich, zrozumieniem potrzeby zwiększenia powszechnej pobożności, umiejętnością nieomylnego rozpoznawania, co jest, a co nie jest katolickie; Bóg raczy wie­dzieć, czy ten duchowny nie zasługuje na awans…

Wspólnota świętych, do której on należy, ma, jak wiadomo, patronów do wszystkiego; są to święci, których ludzie wzywają na pomoc i których czczą jako tych, co mają w swojej opiece kon­kretne kościoły, osoby, stany, zawody, a dzieje się tak zarówno na podstawie prawdy wiary dotyczącej wspólnoty właśnie świętych, jak też na podstawie doktryny pouczającej o różnych funkcjach mieszkańców Królestwa Bożego. Bóg potrzebuje pomocników — do „dalszej pracy”; do pracy w Winnicy Pańskiej.

Ale wśród owych patronów, owych świętych zapewniających ochronę, są i tacy, którzy opiekują się rzemiosłami wręcz krwa­wymi, aż nazbyt krwawymi, dlaczegoż by nie, skoro krew ma w tym Kościele tak wielkie znaczenie! Pośród tego mnóstwa patronów — uświadomiłem to sobie właśnie wówczas, gdy zainteresowałem się „Chotwaq’ą Boga i Maryi”, owym „Królestwem Chrystusa” — brak jednak wciąż patrona komendantów obozów koncentracyj­nych. Takiego „autentyku” zabrakło we wspaniałej galerii kato­lickich monstrów. (Chciałoby się powiedzieć, że ojcem chrzest­nym tego sformułowania jest kodeks karny). Krótko mówiąc: dla wypełnienia luki, o którą tu chodzi, proponuję osobę franciszka­nina Filipovicia-Majstorovicia, zwanego „bratem-szatanem”. Bę­dąc komendantem obozu koncentracyjnego w Jasenovcu, osławio­nego masowymi egzekucjami, zlikwidował w ciągu czterech mie­sięcy niemało, bo czterdzieści tysięcy osób, ma więc za sobą prak­tykę zawodową, a w 1945 roku doczekał się męczeńskiej korony.

Wynieśmy go na ołtarze!

Czy kaci mają już swojego patrona? Zważywszy na rolę, jaką to właśnie rzemiosło odgrywało w cywilizacji chrześcijań­skiej, brak ich patrona byłby wprost niepojęty. Ale jeśli go nie ma, to proponuję kolejnego koryfeusza: franciszkanina-stypendy-stę Brzicę. W ciągu jednej nocy, 29 sierpnia 1942 roku, skrócił on w Jasenovcu o głowę tysiąc trzysta sześćdziesiąt osób, posługując się specjalnym nożem.

Wynieśmy go na ołtarze!

Czy takie kanonizaq’e nie zdziałałyby więcej niż przedłuże­nie porannego kazania z trzech do poprzednich pięciu minut? Oby w ich następstwie „podstawowe wartości chrześcijaństwa” — by powtórzyć za diakonem i jego słowami zakończyć — oby dzięki nim wiara chrześcijańska „jako pomocna w życiu każdemu z osobna i wszystkim ludziom razem, lepiej docierała i wywoły­wała entuzjazm”! Niechaj pracują na to serca, umysły, ręce — czy tak, jak u skracającego o głowę Brzicy, czy raczej tak, jak u diakona bez głowy?

Drogi panie Huemer, życzę Panu wszystkiego najlepszego.

Karlheinz Deschner

Występ solowy Deschnera w bibliotece

albo Przeciwko dwojgu ewangelickim oszczercom

Deschner

HaBfurt, 7 II 1987

Do Redakcji „Marler Zeitung”

Szanowna Redakcjo,

powołując się na znaną Państwu ustawę prasową, uprzejmie pro­szę o zamieszczenie w miejscu, w którym został omówiony mój wieczór autorski w Marł, następującego sprostowania:

1. Nieprawdą jest to, co napisano 2 II 1987 w „Marler Zeit­ung” w artykule pod tytułem Występ solowy Deschnera w Insel: silą słów przeciw chrześcijaństwu, a mianowicie, że Deschner „popro­sił pod koniec wieczoru autorskiego w bibliotece [ośrodka kul­tury] «Insel» o powstrzymanie się od braw i zwrócił się do słu­chaczy z prośbą o zastąpienie ich «wsparciem materialnym i du-chowym»”. To prawda, iż od ponad dwóch lat, po największym wstrząsie w moim życiu, nie pragnę już braw, o czym za każ­dym razem informuję audytorium, powtarzając to wyjaśnienie; w Marł brzmiało to, jak wynika z nagrania magnetofonowego dokonanego przez pracowników biblioteki, tak: „Proszę państwa o niewyrażanie aplauzu. Jeśli zamiast uznania, braw dla mnie, po­mogliby państwo komukolwiek, ale nie mnie, materialnie bądź, co też jest chwalebne, duchowo, byłby to gest o wiele rozsądniejszy”.

Dziennikarka tej gazety zniekształciła moje słowa w sposób perfidny (być może spała), zmieniła je w swoisty apeł o jałmużnę, i napisała: „Trzeba by kupować jego książki choćby przez współ­czucie […]”. Zanim to napisała, mogła zasięgnąć języka u aż stu pięćdziesięciu słuchaczy albo przesłuchać (widoczną wówczas dla wszystkich) taśmę magnetofonową; na nią spadnie odpowiedzial­ność, jeżeli owo zgodne z tendencją artykułu pomówienie trafi do innych gazet czy książek, co nie byłoby pierwszym takim wy­padkiem.

Moja Kryminalna historia chrześcijaństwa, której fragmenty czytałem, doczekała się w cztery miesiące od ukazania się drukiem czwartego wydania. Według informacji zawartej w niewielkiej bro­szurce wydawnictwa Rowohlt Uber Karlheinz Deschner. Leben, Werke, Resonanz (O Karlheinzu Deschnerze. Życie, twórczość, recepcja), jestem sponsorowany przez „pewnego wspaniałomyśl­nego Szwajcara”. Ale i bez tego nie pozwoliłbym sobie nigdy na zwrócenie się do publiczności o „wsparcie materialne i duchowe”. Nawet w koszmarnym śnie nie mógłbym zapragnąć, żeby kupo­wano moje książki „przez współczucie”. Mam kilka milionów czy­telników i przypuszczam, że jeszcze nikt nie kupił żadnej z moich książek przez współczucie. Ale tamta chrześcijańska dziennikarka nie ma jak oponować. I dlatego, że nie może zbić żadnego z mo­ich argumentów (nawet nie usiłuje tego zrobić), ucieka się do drwiny i pisze nieprawdę — typowe zachowanie.

I dlatego, że również nikt inny nie mógł mi zarzucić kłam­stwa, przypisuje mi ona „arogancję człowieka chcącego zawsze mieć rację” i twierdzi, że była to dla mnie okazja do „pławienia się w arogancji i bucie tego jedynego, który wie”. Kto mnie zna, wie, że nie kwapię się do dyskutowania; w swoim zawodzie na­prawdę dobrze czuję się tylko za biurkiem. Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem bynajmniej arogancki, chyba że w stosunku do pewnego określonego typu ludzi. A w mniemaniu, jakie faktycznie mam o sobie: iż po kilkudziesięciu latach zajmowania się histo­rią chrześcijaństwa (przy stugodzinnym tygodniu pracy) wiem na ten temat chyba nieco więcej niż niejeden ministrant albo ten i ów spośród moich słuchaczy, nie wyrażają się — mam nadzieję — arogancja i buta. Pozostawmy bez komentarza słowa o „tym jedynym, który wie”.

W wiedzy dopatruję się — cum grano salis — nieszczęścia, ale prawdziwym nieszczęściem jest dla mnie (ludzka) niewiedza. Do nauki, zwłaszcza do historiografii, odnoszę się sceptycznie i z wie­kiem dochodzę do przekonania, że najmniejsza pomoc znaczy więcej niż największa myśl.

2. Nieprawdą jest to, co w „Marler Zeitung” zostało stwier­dzone już w tytule: Wieczór autorski bez możliwości sprzeciwu. Prawdą jest natomiast, iż nie zabrakło głosów przeciwnych, w któ­rych przeważały wątpliwości, ale zdarzały się i protesty. Niemalże zawsze zachęcam i — jeśli mnie całkiem nie zawodzi pamięć — zachęciłem także w Marł do metodycznego powątpiewania, do „niewiary” w moje wywody, a uczyniłem to jednoznacznie, bo — cóż za arogancja! — uważam, że mogę sobie na to pozwolić, w przeciwieństwie do tych, którzy zawsze odwołują się do wiary i muszą się do niej odwoływać. Zachęcam jednak również do po­równywania argumentów obu stron, to znaczy: do myślenia, sa­modzielnego rozstrzygania, ale nie do powtarzania czegokolwiek jak modlitwy!

3. Nieprawdą jest, że „To, co nie było możliwe przez dwie i pół godziny trwania imprezy, mianowicie dyskusja, zaczęło się później w mniejszych grupach”. Prawdą jest natomiast, że czyta­łem przez godzinę i kwadrans, a potem tyleż czasu dyskutowano. Jeżeli faktycznie, jak utrzymuje gazeta — „siła słów tego krytyka Kościoła zdruzgotała słuchaczy”, to nie ja jeden wywołałem taki efekt.

W (ustnych) debatach nie odznaczam się jednak siłą swoich słów (czym upodabniam się nawet do świętego Pawła, z którym nie miałbym zbytniej ochoty stanąć w jednym szeregu): poruszane kwestie mówią same za siebie więcej, niż ja mógłbym powiedzieć (u Pawła wygląda to inaczej).

4. Jeśli owa chrześcijańska reporterka uważałaby „za przy­najmniej uczciwszą […] polemikę z teologiem”, to przychodzi mi wyjaśnić, iż przebieg imprezy zależał nie ode mnie, lecz od orga­nizatorów, których dobrym prawem jest taka koncepcja wieczoru autorskiego bez polemiki — to jest zresztą reguła z nielicznymi wyjątkami. Czy po prelekq’i teologa „Marler Zeitung” życzyła so­bie kiedykolwiek polemiki z wrogiem Kościoła? Idę o zakład, że jeszcze nigdy! A dlaczego odwrotnie? Czy w ogóle polemizuje się z kazaniami? Czy po kazaniach odbywają się dyskusje? Na przykład po „Słowie na niedzielę”? Nie pozwala na to nie tyle „dostojeństwo” materii, ile ona sama! Na pojedynki słowne ze mną i innymi przeciwnikami Kościoła zapraszano dziesiątki teo­logów, ale nie zjawił się prawie żaden. Oni nie mogą sobie na to pozwolić. Jak zarazy boją się porażki w merytorycznej dyskusji oraz krytycznej eksplikacji.

5. Typowa jest postawa duchownego — podobnie jak owa dziennikarka ewangelika — który spotwarzył mnie w artykule na czterech szpaltach „Marler Zeitung”, zanim jeszcze wystąpiłem w tym mieście; który wyrzekał, że proponuje się „takiego lite­rata”, ogłupiającego słuchaczy w stylu „Sturmera”, że doprowa­dzam do „upadku kultury” (mój dawniejszy i obecny wkład do niej jest chyba większy niż wkład tego pastora), że w moich wypowie­dziach „powraca w najlepsze mentalność «Sturmera» oraz hasła, które w III Rzeszy pociągnęły za sobą zagładę ludzi inaczej my­ślących i wysegregowanych pod względem rasy”. Człowieku! Czy ja kiedykolwiek rozgłaszałem kłamstwa i przerażające opowiastki o Żydach? Czy porównywałem Żydów ze świniami, czy lżyłem ich jako „gorszych niż prosięta”!? Czy żądałem dla nich kary śmierci za udział w nabożeństwach, zakazu publikacji, zniszczenia ich do­mów, szkół, synagog, żeby zniknęli „na wieki” i „na chwałę Pana naszego i całego chrześcijaństwa, by Bóg przekonał się, że jeste­śmy chrześcijanami”!? Czy to ja napisałem to, a oprócz tego tyle innych podobnych rzeczy, które trzeba uznać za nakłanianie do zbrodni?

Nie, to napisał Marcin Luter, w którego Kościele ksiądz pa­stor służy! Luter, na którego słusznie powoływał się Streicher, szef wydawanego w Norymberdze „Sturmera”! I ten pastor mnie zarzuca styl i mentalność „Sturmera”!

Czyżby ten człowiek nie wiedział o tym, że już w IV wieku chrześcijanie podpalali synagogi, a biskupi deklarowali żarliwą so­lidarność z podpalaczami? Czyż ten człowiek naprawdę nie wie, że hitlerowska gwiazda dla Żydów ma swoje źródło w średnio­wiecznym papiestwie i prawie kościelnym? Że niesławnej pamięci slogany „Sturmera”: „Nie kupujcie u Żydów!”, „Ojcem Żyda jest szatan”, pochodzą od chrześcijańskich świętych? Czyżby ten czło­wiek nie wiedział, że mające długą i krwawą tradycję prześlado­wanie Żydów przez chrześcijan wiedzie prosto do hitlerowskich komór gazowych? Czyż ten człowiek naprawdę nie wie, z jakim entuzjazmem właśnie jego Kościół, Ewangelicki Kościół Niemiec, układał się z Hitlerem i nazistami? Że w wielu Kościołach krajo­wych odsunięto nawet Żydów wyznania ewangelickiego od prak­tyk religijnych? Jeżeli tego nie wie, to wyzywani go na pojedynek słowny w Marł — ale od razu dodam: on się uchyli od tego. Już raz tak zrobił: najpierw na czterech szpaltach, w najlepszym stylu klechów, obrzucił mnie błotem, domagając się zresztą „szansy na replikę”, potem zaś, gdy przyjechałem do Marł, sam świecił nie­obecnością; wiedział, co czyni.

Mało tego: ów pastor sugeruje, że opowiadam się za „mo­ralnością autorytarną” i walczę z „etyką współczucia”. W rze­czywistości właśnie współczucie, właśnie to, że nie potrafię się pogodzić z cierpieniem, niesprawiedliwością, przemocą, stało się moją główną motywacją pisarską, a zaświadczają o tym wszystkie moje publikacje. Podobnie, powodowany braterskim podejściem do zwierząt, nie jadam ani mięsa, ani ryb. Ów sługa Boga kłamie twierdząc, że ja, Karlheinz Deschner, nie uznaję już „żadnych wartości w życiu człowieka prócz absolutnej wolności władzy”.

            In summa: elukubracje owego ewangelickiego pastora przy­pominają mi, tak jak wywody tamtej ewangelickiej damy, pewne (cytowane z pamięci) zdanie Karla Krausa: Zniekształcenie rze­czywistości w relacji stanowi wiarygodną relację o rzeczywistości.

Z wyrazami szacunku

Karlheinz Deschner

Alternatywa dla świąt Bożego Narodzenia

Chrześcijańska baśń o Bożym Narodzeniu jest nam wszyst­kim tak dobrze znana, iż wielu sądzi, że znajduje się w każdej Ewangelii. Ale opowiada ją tylko Łukasz, a wywiódł ją niemalże w całości z żydowskich i pogańskich legend. I ponieważ jedynie na zmyślenia zdobyli się także Marek, Mateusz i Jan, to i sam Albert Schweitzer dochodzi do następującego wniosku: „Nie ma niczego, co byłoby bardziej negatywne niż rezultaty badań nad ży­ciem Jezusa. Ów Jezus z Nazaretu, który pojawił się jako Mesjasz, zapowiedział Królestwo Boże i zmarł, by nadać dziełu swego życia znamiona świętości, nigdy nie istniał”.

Zastąpmy więc pasterkę, uroczyste kazania i Bóg raczy wie­dzieć, jakie jeszcze inne chimery szczęśliwości, bodaj chwilową refleksją historyczną.

Radzę zostawić choinki w lesie, a świece w domu towarowym i raczej zapalić światło z myślą o sobie samych. Już bowiem nawet przy nikłym oświetleniu staje się jasne to, że niewiele jest rzeczy tak błahych, jak cały ten bożonarodzeniowy blichtr i fałsz dookoła, prawie nic zaś nie ma tak wielkiego znaczenia, jak niedostatek do­tykający bliźniego. Lepiej nakarmić głodującego, niż się samemu przejeść i wrzucić swoje pieniądze w paszczę przemysłu. Zamiast rok w rok wsłuchiwać się w słowa rzymskiego „świętego Miko­łaja”, należałoby się zainteresować kapitałem, jakim dysponuje Kościół, jego nadal olbrzymimi posiadłościami ziemskimi oraz zarobkami purpuratów. Niejednego zdziwiłyby one bardziej niż wszystkie bożonarodzeniowe cuda opisane przez Łukasza i nie­jeden zrozumiałby pewno, dlaczego już w dniu narodzin Pana znalazły się w pobliżu wół i osioł. „Lud — mówi Arno Holz — ma duże szare uszy, a jego poganiaczami są rabini, księża i pa­storzy”. Krótko mówiąc, zamiast śpiewać „o świeczkach na cho­ince”, warto byłoby sobie przypomnieć, gdzie jeszcze się coś pali na tym świecie; można by odtąd odwrócić tę ohydną zabawę: co­dzienne swoiste Boże Narodzenie, a tylko w Boże Narodzenie — dni powszednie. Proponuję: od zaraz zrezygnować z poruszania w pełnym tajemnic dniu narodzin Pana — przez najdawniejszy Kościół, który przecież musiał to wiedzieć najlepiej, wiązanym z datą 19 kwietnia, 20 maja lub 14 listopada — słynnego tematu

„A na Ziemi pokój ludziom dobrej woli” i kazać zamilknąć wszyst­kim chórom dziecięcym, dzwonom katedralnym i klechom. Niech wszelkie przejawy popadania w nastrój sentymentalny zasłużą na potępienie, niech zostanie surowo ukarany każdy, kto będzie miał w domu choinkę, kto zaintonuje kolędę, kto złoży życzenia „We­sołych Świąt”, kto będzie z namaszczeniem rozprawiał o pokoju albo wypowie jakieś inne nabożne słowa.

Zamiast tego niech stanie się obowiązkowe uprawianie wła­śnie w owym dniu — intensywniej, z większą koncentracją i, jakże by inaczej, z całym chrześcijańskim elan vital i elan d’amour — tego, co zwykle rozkłada się równomiernie na cały rok: szerzenia niezgody, nienawiści, jadu, przemocy, ledwo skrywanego barba­rzyństwa, wojny wszystkich przeciw wszystkim. Teraz intrygujmy w Boże Narodzenie, dopuszczajmy się iście diabelskich oszustw, rzucajmy oszczerstwa, judźmy i niszczmy bliźnich. Aut Caesar aut nihil, aut vincere aut mori. Kto zabija przez cały rok, niechże teraz popełnia swe mordy rabunkowe, seksualne, z mocy prawa — już tylko w Boże Narodzenie. I niech odtąd wszystkie wojny toczą się wyłącznie w ater dies.

A w pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni niechaj panuje bezwzględny rozejm, najwspanialszy pokój, niech każdy postę­puje tak, jak postępowalibyśmy pewno, gdyby była choć odrobina prawdy w tym, co słyszymy tutaj spomiędzy choinek, ze szklanych ekranów, w kościołach. „A na Ziemi pokój ludziom…” — gdy tymczasem ludzkość w każdej minucie każdego roku trwoni bez mała milion marek na zbrojenia i co kilka sekund umiera z głodu jakieś dziecko. „Cicha noc, święta noc, wszystko śpi […]”. Otóż to.

Nota o autorze

 

Karl Heinrich Leopold Deschner urodził się 23 maja 1924 r. w Bambergu. Jego ojciec Karl, leśnik i hodowca ryb, pocho­dził ze skromnej rodziny katolickiej. Matka, Margareta Karolinę, z domu Reischbóck, protestantka, wychowywała się w pałacach swego ojca we Frankonii i Dolnej Bawarii. Później przeszła na katolicyzm.

Karlheinz Deschner, najstarszy z trójki dzieci, uczęszczał do szkoły podstawowej w Trossenfurcie (Steigerwald) w latach 1929-33, później do seminarium franciszkańskiego w Dettelbach nad Menem, gdzie początkowo zamieszkał z rodziną swego ojca chrzestnego (i bierzmowania), radcy duchownego Leopolda Bau-manna, a później w klasztorze franciszkanów. W latach 1934-42 uczęszczał w Bambergu do Starego, Nowego i Niemieckiego Gim­nazjum jako uczeń Internatu Karmelitów i Angielskich Panien. W marcu 1942 r. zdał maturę.

Studia zaczął zaocznie na wydziale leśnictwa Uniwersytetu Monachijskiego, w latach 1946/47 słuchał wykładów z dziedziny prawa, teologii, filozofii i psychologii w Wyższej Szkole Filozo-ficzno-Teologicznej w Bambergu. W latach 1947-51 na uniwersy­tecie w Wiirzburgu studiował nowe literaturoznawstwo niemiec­kie, filozofię i historię. Studia zakończył w 1951 r. broniąc pracy doktorskiej na temat Liryka Lenaua jako wyraz metafizycznej roz­paczy. Z zawartego jeszcze w tym samym roku małżeństwa z Elfi Tuch urodziło się troje dzieci: Katja, (1951), Barbel (1958) i Tho-mas (1959-1984).

W latach 1924-1964 Deschner mieszkał w byłej siedzibie my­śliwskiej książąt biskupów w Tretzendorf (Steigerwald), następnie przez dwa lata w domku wiejskim swego przyjaciela w Fischbrunn (Hersbrucker Schweiz). Wreszcie przeniósł się do HaBfurtu nad Menem, gdzie mieszka do dziś.

Karlheinz Deschner uznawany jest za współczesnego Wol-tera i „najwybitniejszego krytyka Kościoła ostatnich stu lat”. Pu­blikował powieści, krytykę literacką, eseje, aforyzmy, a przede wszystkim dzieła historyczne z zakresu krytyki religii i Kościoła: Abermals kraehte der Hahn (1962), Mit Gott und den Faschisten (1965), Kirche und Faschismus (1968), Kirche und Krieg (1970), Das Kreuz mit der Kirche (1974), Opus Diaboli (1987). Wygło­sił ponad dwa tysiące odczytów, które zarówno fascynowały jak prowokowały słuchaczy.

W 1971 r. stanął przed sądem w Norymberdze oskarżony o „znieważanie Kościoła”.

Od 1970 r. pracuje nad zakrojonym na wielką skalę opus magnum: Kńminalgeschichte des Christentums (Historią krymi­nalną chrześcijaństwa). Z zaplanowanych dziesięciu tomów do dziś ukazały się cztery. Ponieważ dla tak niespokojnych i niepo­kojących duchów jak on nie ma posad, urzędniczych stanowisk, stypendiów naukowych, gratyfikacji i dotacji, całą jego ogromną pracę badawczą i jej prezentację umożliwiła jedynie bezintere­sowna pomoc kilku przyjaciół i czytelników, zwłaszcza poparcie serdecznego przyjaciela i mecenasa pisarza, Alfreda Schwarza — który wraz z autorem przeżywał wydanie pierwszego tomu Histo­rii… we wrześniu 1986 r., ale drugiego już nie doczekał — oraz niemieckiego przedsiębiorcy, Herberta Steffena.

W semestrze letnim 1987 r. na uniwersytecie w Munster prowadził Deschner seminarium na temat „Historia kryminalna chrześcijaństwa”.

W 1988 r. za swe racjonalistyczne zaangażowanie i dokonania literackie — po Koeppenie, Wollschlagerze, Ruhmkorfie — został wyróżniony nagrodą im. Arno Schmidta, w czerwcu 1993 r. — po Walterze Jensie, Dieterze Hildebrandtcie, Gerhardzie Zwerenzu — Alternatywną Nagrodą im. Biichnera, a w lipcu 1993 r. — po Andrieju Sacharowie i Aleksandrze Dubćeku jako pierwszy Niemiec — otrzymał International Humanist Award.

6 Comments

  1. Posted 10/02/2013 at 13:34 | Permalink | Odpowiedz

    Hello I am so happy I found your blog, I really found you
    by accident, while I was researching on Google for
    something else, Anyhow I am here now and would just like to say thanks a
    lot for a fantastic post and a all round thrilling blog (I also love
    the theme/design), I don’t have time to browse it all at the minute but I have saved it and also included your RSS feeds, so when I have time I will be back to read a great deal more, Please do keep up the awesome job.

  2. Posted 19/04/2013 at 06:11 | Permalink | Odpowiedz

    This is really fascinating, You’re an excessively professional blogger. I’ve joined your rss feed and stay
    up for looking for more of your wonderful post. Also, I’ve shared your web site in my social networks

  3. Posted 16/07/2013 at 14:38 | Permalink | Odpowiedz

    Good day! This is kind of off topic but I need some help from an established blog.
    Is it very hard to set up your own blog? I’m not very techincal but I can figure things out pretty quick. I’m thinking about making my own but I’m not sure where to start. Do you have any ideas or suggestions? Appreciate it

  4. Posted 04/01/2014 at 18:13 | Permalink | Odpowiedz

    Do you have a spam issue on this blog; I also am a
    blogger, and I was wondering your situation; many of us have
    created some nice procedures and we are looking to exchange solutions with other folks, be
    sure to shoot me an e-mail if interested.

  5. Posted 27/07/2014 at 06:12 | Permalink | Odpowiedz

    What’s up it’s me, I am also visiting this website daily, this website is actually good and the users are genuinely sharing pleasant thoughts.

  6. pekok12
    Posted 03/12/2014 at 15:19 | Permalink | Odpowiedz

    Reblogged this on Pekok – antylichwiarz.

2 Trackbacks

  1. […] sposób okłamywać cały świat w żywe oczy, zresztą odwiecznym obyczajem swoich poprzedników. Link Share this:FacebookTwitterDodaj do ulubionych:LubięBądź pierwszą osobą, która doda ten do […]

  2. […] Źródło : https://publicdisorder.wordpress.com/2011/11/19/karlheinz-deschner-opus-diaboli-e-book/ […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: